Odwstydzanie Jak bronić swoich emocji, ciała i doświadczeń przed kulturą wstydu - ebook
Odwstydzanie Jak bronić swoich emocji, ciała i doświadczeń przed kulturą wstydu - ebook
Toksyczny wstyd dotyka nas wszystkich – często w zupełnie niespodziewany sposób.
Jest czymś znacznie więcej niż poczucie winy, zażenowanie i smutek. Pojawia się, gdy doświadczamy traumy, ale brakuje nam narzędzi, by wyrazić swoje uczucia; gdy nie mamy możliwości poprosić o wsparcie; gdy czujemy się pomijani i niezauważani. A choć wielu z nas nosi w sobie coś, co uważa za wstydliwe, to przecież nie jesteśmy wadliwi i całkowicie zasługujemy na miłość. Tylko jak przekonać o tym samego siebie…?
W tej książce profesor David Bedrick wyjaśnia społeczne i psychologiczne mechanizmy powstawania wstydu i dostarcza praktycznych narzędzi, dzięki którym:
• na nowo przyjrzysz się sobie i swojej przeszłości, bez oceniania i umniejszania swoich przeżyć,
• nauczysz się rozpoznawać wstyd nie jako emocję, ale jako sposób myślenia o sobie, który da się zmienić,
• odrzucisz szkodliwą narrację o sobie samym, odbierającą ci poczucie własnej wartości,
• zbudujesz głębsze relacje z innymi dzięki samoakceptacji i nauce bezwarunkowej miłości,
• zaopiekujesz się wypieranymi częściami siebie, które domagają się uwagi,
• wybaczysz sobie i innym, by móc ruszyć dalej.
Czas przestać się ukrywać. Uwolnij się od toksycznego wstydu i odkryj, kim naprawdę jesteś – bez osądu, bez lęku, w pełni akceptacji.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Psychologia |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68516-74-6 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Rozdział 1
Nastawienie na odwstydzanie
Dorastałem w rodzinie naznaczonej przemocą. Brutalność ojca była ewidentna – używał pasów, pięści i ostrych słów – natomiast wypieranie i lekceważenie jego napaści przez matkę oraz stosowany przez nią gaslighting miały moc ukrytą, choć nie mniejszą. Wywoływały we mnie wstyd, prowadziły do tego, że nie ufałem własnemu doświadczeniu, ignorowałem cierpienie, które dotykało mnie w późniejszym życiu, i uważałem, że coś jest ze mną nie tak, a mój ból jest nieważny, zamiast się zastanowić: „Co takiego się stało, że cierpię?”. Nie wierzyła mi ta jedna osoba na całym świecie, która miała mnie kochać. To właśnie mnie przekonało, że ludziom należy głęboko wierzyć, że powinni czuć się naprawdę dostrzeżeni oczami świadka. Ale nie chodziło mi o to, żeby po prostu uznawać, że słowa jakiejś osoby odpowiadają obiektywnym obserwacjom. Uważałem, że doświadczenia i zachowania innych – niezależnie od tego, jak irracjonalne mogą się wydawać – są stosowne i uzasadnione, a ta pozorna irracjonalność to woal skrywający święte przesłanie, które stanie się jasne, jeżeli tylko uwierzymy w ludzi, zamiast ich zawstydzać.
Podkreślaniem tego punktu widzenia w młodości ściągałem na siebie krytykę obydwojga rodziców. Ojciec nazywał mnie marzycielem, co dla niego oznaczało „idealistyczny”, „oderwany od rzeczywistości”. Matka z kolei mówiła: „Świata nie zmienisz”.
Jak na ironię, ich dezaprobata naprowadziła mnie na cel mojego życia. Poświęciłem ponad trzydzieści lat na zgłębianie psychologii jungowskiej i marzeń sennych. (Ojciec raczej nie takie marzenia miał na myśli, ale życie ma własną magię). Kształciłem się w rozwiązywaniu konfliktów na tle problemów światowej skali – rasy, płci kulturowej, nierówności materialnej, antysemityzmu – i w końcu poszedłem na prawo z nadzieją, że owszem, zmienię świat. Skupiłem się na pomaganiu kobietom i dzieciom w przebrnięciu przez konflikty domowe, rozwody oraz walkę o prawa rodzicielskie.
Początkowe próby zrozumienia dynamiki rodzinnej i społecznej skłoniły mnie do studiowania psychologii organizacji na Uniwersytecie Minnesoty. Na podstawie zdobytej wiedzy przez dwanaście lat próbowałem zmienić świat poprzez przekształcenie instytucji; udzielałem konsultacji pracownikom 3M, Honeywell, United Way, marynarki wojennej USA i dziesiątkom innych organizacji, a następnie odbyłem szkolenie kliniczne w zakresie pracy z klientami indywidualnymi oraz rozwiązywania konfliktów na dużą skalę w Process Work Institute, odnodze Jung Institute. Zostałem w nim nauczycielem i wykładowcą. W kolejnych latach otworzyłem prywatną praktykę, przeprowadziłem liczne zajęcia i napisałem trzy dobrze przyjęte książki na temat wstydu związanego z ciałem, przemocy w rodzinie, zagadnień dotyczących uzależnienia i władzy oraz roli psychologii w aktywizmie społecznym. Wszystkie te doświadczenia doprowadziły mnie do tego punktu, w którym wyjaśniam – nie tylko klientom i obserwatorom moich profili w mediach społecznościowych, ale i tobie – jak działa wstyd. Nie tylko ukrywa nas on przed innymi, ale i przed nami samymi, uniemożliwiając nam zdobycie samoświadomości i pokochanie siebie.
Obietnica odwstydzania
Z książki tej dowiesz się, w jaki sposób wstyd jest zaszczepiany w każdym z nas, najczęściej w dzieciństwie; w jaki sposób go identyfikować, zamiast pozwalać mu sobą kierować; jak się odwstydzić poprzez dekonstrukcję zinternalizowanego wstydu i zapobieganie ponownemu zawstydzaniu siebie i innych; jak nazywać wstyd po imieniu i pozbawiać go mocy. W trakcie odwstydzania dowiesz się także, co wstyd dotąd ukrywał: twoje prawdy, twoje dary i przeznaczoną ci ścieżkę życiową.
Wstyd wnika w nas przez drobne pęknięcia i szczeliny, czasami zupełnie niezauważenie. Być może nie lubisz swojego ciała. To już źle, ale jeśli w dodatku myślisz sobie: „Jestem takim nieudacznikiem, kompletną porażką”, jest to wstyd. A może odczuwasz silne uczucia, których nie kontrolujesz: złość, rozpacz, przygnębienie. To trudne samo w sobie, a ty jeszcze myślisz: „Co ze mną nie tak, że nie potrafię tego kontrolować?”. To także wstyd. Być może jesteś cichszy bądź głośniejszy od innych, za co otoczenie cię krytykuje. To z kolei sprawia, że czujesz się źle albo masz wrażenie bycia outsiderem, a potem myślisz: „Dlaczego nie potrafię być taki jak inni?”, i to jest wstyd. Wstyd to nie to samo, co krytyka. Robi więcej niż tylko zadawanie ran – powoduje, że przestajesz być lojalny wobec swojej natury, zwracasz się przeciwko sobie. To atak przypuszczany na samego siebie, bez odwstydzania zatem nigdy nie uda ci się uwolnić od dalszych krzywd. Nieposkromiony wstyd, jako światopogląd, może cię zniszczyć. To wyjątkowa forma przemocy. Odwstydzanie jest również ścieżką samopoznania. W ujęciu jungowskim jest pracą z cieniem: rzucaniem światła na to, co do tej pory pozostawało dla nas niewidoczne.
Inne formy napaści i przemocy ranią ciało bądź psychikę, ale nie przesłaniają nam przy tym świadomości, że cierpimy, ponieważ zostaliśmy skrzywdzeni. Wstyd natomiast wypacza tę fundamentalną świadomość i sprawia, że wierzymy, iż zasługujemy na cierpienie, ponieważ nie jest ono wynikiem krzywdy, a tego, że coś jest z nami nie tak. Tradycyjne wyobrażenie na temat wstydu zakłada, że czujemy go, gdy zrobimy coś złego – albo jesteśmy kimś złym. Jest to zgodne z moralizującym, judeochrześcijańskim poglądem mówiącym, że powinno się ponieść karę za grzechy. Największą krzywdą wyrządzaną nam przez wstyd jest czynienie nas niewidzialnymi dla samych siebie. Po zinternalizowaniu ten fundamentalny system przekonań uniemożliwia nam zatem zajęcie się wszelkimi ranami, które są nam zadawane. Zamiast tego tracimy zasoby na „uzdrawianie” tego, co – naszym zdaniem – jest w nas zepsute, zamiast zerwać zasłonę wstydu, dzięki czemu moglibyśmy wyraźnie dostrzec rzeczywistą ranę. Zbyt wiele procesów, które ludzie nazywają „uzdrawianiem”, opiera się na naszym zaufaniu do głosu wstydu, na traktowaniu ludzi, jakby coś było z nimi nie tak, przez co tracą nie tylko czas i pieniądze, ale też wiarę w siebie i we własny autorytet.
Możesz się zastanawiać: „Czy istnieje pozytywny rodzaj wstydu? Pożyteczny? Potrzebny?”. Wielokrotnie zadawano mi te pytania. Badam to zagadnienie od ponad trzydziestu lat i wciąż sądzę, że nie ma żadnej pozytywnej funkcji wstydu. Nie oznacza to, że nieodpowiednie zachowania niektórych osób nie powinny doprowadzać nas do furii ani że nie powinniśmy ich potępiać bądź ograniczać. Oznacza to, że wstyd wcale nie pomaga w trwałym zwalczaniu takich zachowań.
Myśliciele i teoretycy utożsamiający się z judeochrześcijańską moralnością prędzej będą żywić przekonanie, że zarówno wstyd, jak i poczucie winy są niezbędne do kierowania ludzkim sumieniem, jakby bez wiszącego nad nim bata wstydu sumienie miało pogrążyć się w chaosie. Jednakże badaczki June Price Tangney i Ronda L. Dearing, autorki wydanej w 2003 roku książki _Shame and Guilt_ (Wstyd i poczucie winy), przeprowadziły badanie podłużne na czterystu dzieciach i odkryły coś innego: chociaż poczucie winy faktycznie prowadziło do pewnych pozytywnych reakcji na krzywdzące zachowania, wstyd prowadził do częstszego zażywania narkotyków, nasilonych skłonności samobójczych i tym podobnych niekorzystnych skutków. Inne badania potwierdziły te odkrycia.
Istnieją znacznie trafniejsze terminy na opisanie kwestii moralnych: _wyrzuty sumienia_, _współczucie_, _empatia_, _odpowiedzialność_, _zrozumienie, pokuta_, _odnowa_, _obowiązek_ oraz – owszem – _wina_. Używając ich, unikamy lekkomyślnego posługiwania się słowem „wstyd”, co zaciemniałoby nam obraz rzeczywistości, i możemy lepiej zrozumieć faktyczne działanie tego uczucia. Ostrożne stosowanie wyrazu „wstyd” to ważny krok ku zmniejszeniu tolerancji na jego wpływ i ku dokładniejszemu zrozumieniu, na czym polega odwstydzanie.
Osoby, które się upierają, że wstyd jest konieczny, nawet jeśli przedstawiono im badania i własne doświadczenia jednoznacznie pokazujące, że się mylą, często twierdzą, że istnieją dwa rodzaje wstydu: toksyczny i nietoksyczny. Podział na te dwie kategorie w żaden sposób nie odpowiada jednak na fundamentalne pytania: Jak tak naprawdę wygląda uzdrawianie wstydu? Jak można się z niego wyleczyć? Jak uzdrowiciele, terapeuci i facylitatorzy mogą poruszać zagadnienie wstydu w taki sposób, by wspierać swoich klientów?
Żeby odpowiedzieć na te pytania, należy dokładniej zrozumieć przyczyny pojawiania się wstydu i to, jak odwstydzanie wygląda w praktyce. Musimy również pojąć powiązania wstydu z przemocą i traumami wczesnodziecięcymi oraz międzypokoleniowymi (tematy te poruszam w całej książce, a zwłaszcza w rozdziałach 9 i 10), a także to, jakiej wiedzy i jakich umiejętności potrzebujemy do odwstydzania.
Zacznijmy od przyjrzenia się, w jaki sposób wstyd jest w ogóle w nas wzbudzany i utrwalany.
Wpajanie poczucia winy
Część ekspertów, którzy rozpoczęli badania w dziedzinie wstydu, jak Brené Brown, definiują go jako emocję. W swoich książkach Brown podaje przykłady historii zawstydzania, z których niemal wszystkie dotyczą osób poddanych krytyce – wewnętrznej bądź zewnętrznej.
Doceniam wkład Brené Brown i jestem wdzięczny za jej pracę, ale jednocześnie, opierając się na jej definicji, twierdzę, że wstyd wykracza poza bycie krytykowanym i obejmuje wszelkie formy ataku, w tym przemoc. Z kolei krytyka nie zawsze wyzwala w nas wstyd. Czy ktoś kiedyś oskarżył cię o coś tak niedorzecznego, że miałeś ochotę wybuchnąć śmiechem? Domyślam się, że nie czułeś się wtedy zawstydzony.
Co zatem sprawia, że czyjś atak wywołuje w nas wstyd? Wielu autorów pisze w tym kontekście o przynależności, lęku, władzy i oczekiwaniach społecznych. Moje ponad trzydziestoletnie badania można streścić tak: wpływ ataku na naszą psychikę zależy od tego, w jaki sposób postrzegają go inni – jako zawstydzający świadkowie – niezależnie od tego, czy widzieli sytuację na żywo, czy opowiedzieliśmy im o niej później.
Jeżeli zbyli doznaną przez nas krzywdę, wyparli ją, zlekceważyli, zastosowali gaslighting bądź zasugerowali, że sobie na nią zasłużyliśmy, stali się świadkami zawstydzającymi. Jeżeli wydarzało się to wielokrotnie lub miało miejsce na wczesnym etapie naszego życia, my tego zawstydzającego świadka zinternalizowaliśmy. Wierzymy teraz, że nie potrafimy niczego trafnie oceniać i że coś musi być nie tak z naszymi uczuciami i wrażeniami. Tracimy zaufanie do siebie i dochodzimy do wniosku, że nie jesteśmy ważni. Ten głos, zaprzeczający nam, lekceważący nas albo obwiniający – punkt widzenia zawstydzającego świadka – przenosi się z zewnątrz do wewnątrz nas. Niesie to ze sobą ogromne konsekwencje, ponieważ zaczynamy postrzegać siebie przez pryzmat wstydu, który wypacza i psuje nasz obraz samych siebie i sprawia, że przestajemy dostrzegać swoje prawdziwe ja. Jak powiedział Gershen Kaufman, „wstyd jest kluczową zmienną”¹, znacznie bardziej wpływową od jakiejkolwiek emocji.
Dlatego też kiedy dochodzi do kolejnych napaści, łącznie z krytyką, nie odpowiadamy naturalną reakcją zranienie. Nie ufamy sobie, ponieważ wierzymy, że robimy coś źle. Nie otacza nas warstwa miłości i zaufania do siebie, która pomogłaby nam przetrawić wydarzenia i odpowiednio się bronić. Patrzymy na siebie tak, jak patrzyli na nas inni. To właśnie zinternalizowany wstyd.
Jeżeli jednak świadkowie zareagowali współczuciem, uwierzyli nam i stanęli w naszej obronie, internalizujemy ten sposób postrzegania siebie. Ktoś nas dostrzegł, poczuł to, co my, zaufał nam – więc i my tak podchodzimy do samych siebie. Zatem kiedy później ktoś nas atakuje bądź krytykuje, reagujemy zatroszczeniem się o siebie, bronimy się i wierzymy w siebie. Ten atak nadal może nas skrzywdzić, ale nie internalizujemy niesprawiedliwego przekonania na swój temat. W tym przypadku wstyd jest nieobecny.
Toteż wstyd jest zinternalizowanym świadkiem, a nie emocją, chociaż może wywoływać emocje, takie jak poczucie winy, zakłopotanie i wyrzuty sumienia. Wstyd jako zinternalizowany świadek ma pewne cechy charakterystyczne:
- Zaprzecza wydarzeniom i naszym faktycznym doświadczeniom, lekceważy je bądź nas gaslightuje, zamiast po prostu je dostrzegać.
- Uprzedmiotawia. Jego punkt widzenia dehumanizuje, ponieważ wstyd nie jest świadkiem człowieka czującego, podmiotu, tylko przedmiotu.
- Patologizuje. „Ustala”, co z nami nie tak, żebyśmy to zmienili. Zamiast próbować zidentyfikować moment doznania krzywdy w naszym życiu, wyszukuje nasze wady.
- Nie jest ciekawy. Nie docieka, czego doświadczyliśmy somatycznie, fizycznie bądź emocjonalnie. Zawstydzający świadkowie nigdy nie pytają o nasze rzeczywiste doznania. Sprawiają wrażenie, że już wszystko rozumieją.
Każdy z nas zinternalizował pewien pryzmat, przez który na siebie patrzy. Według niego warunkiem rozwoju i uzdrowienia jest określenie, co w nas nie działa, jakie są nasze objawy – fizyczne bądź emocjonalne – i ich naprawienie albo usunięcie. Ta perspektywa jest zawsze obecna. Za każdym razem, kiedy robimy lub czujemy coś, co powoduje dyskomfort, automatycznie zaczynamy się zastanawiać: „Co jest ze mną nie tak? Jak to naprawić?”. Nie wydarza się to sporadycznie, a notorycznie. I ten punkt widzenia ukrywa nas przed nami samymi. Przesłania nasze prawdziwe uczucia, doznane krzywdy, wydarzenia, w wyniku których ucierpieliśmy. Ukrywa prawdę na temat tego, kim jesteśmy i kim mamy się stać. Wstyd powoduje, że próbujemy udzielać się towarzysko i być jak inni, zamiast rozkwitać jako my, łączyć się ze swoim prawdziwym ja i wychodzić do świata jako dar. Kiedy wypełniają nas założenia i teorie na własny temat, nie mamy wyboru – musimy lekceważyć nasze faktyczne doświadczenie. A dlaczego doświadczenie jest takie ważne? Ponieważ jest brzemienne w dary, lekarstwa i inteligencję: od nas dla nas.
Zawstydzająca sytuacja
Wyobraź sobie taką sytuację: ktoś wstaje, żeby wygłosić mowę przed grupą ludzi. W trakcie przemówienia ktoś inny krzyczy: „Nie masz pojęcia, o czym gadasz!”.
Mówca milknie. Zastyga w bezruchu. Nie wie, co zrobić ani co powiedzieć. Publiczność również zamiera w oczekiwaniu na jego reakcję.
Mówca myśli: „Dlaczego on tak uważa? Ile osób się z nim zgadza? Może niewystarczająco się przygotowałem. Dlaczego nie potrafię wymyślić, jak zareagować? Wszyscy się na mnie gapią. Muszę wyglądać na przerażonego. Powinienem być w stanie coś zrobić. Co ze mną nie tak, do cholery? Zróbże coś!”.
Wydarzyły się tu trzy rzeczy. Po pierwsze, ktoś publicznie skrytykował mówcę. Wysłuchiwanie krytyki na osobności to nic przyjemnego, a publicznie staje się jeszcze trudniejsze, ponieważ nasza krzywda jest upokarzająco wyeksponowana przed świadkami, którzy mogą nas zawstydzić albo odwstydzić. Krytyka ta przeszyła mówcę na wskroś. Koszmarnie zabolała.
Po drugie, nikt inny z widowni nie odezwał się ze współczuciem. Nikt nie zaprzeczył słowom krytyka ani nie powiedział: „Wow, to było niegrzeczne”, „Auć, musiało zaboleć” ani „Wszystko w porządku? Dla mnie to byłoby bardzo trudne”.
Po trzecie, głowę mówcy wypełniają pytania, wątpliwości i połajanki pod własnym adresem. Mówca stara się zidentyfikować, co zrobił źle, i gani się za to, że nie potrafi zareagować. Wierzy, że musi przezwyciężyć poczucie krzywdy i upokorzenia oraz zamrożenie. Uważa, że powinien być silniejszy, jaśniej się wyrażać i potrafić inaczej odpowiedzieć.
Te trzy części składają się na zawstydzającą sytuację. Przyjrzyjmy się im po kolei.
1. Napaść krytyka
Każdy wielokrotnie doświadcza w swoim życiu krytyki. Często przyjmuje ona postać ataku słownego. Może nas on zranić, zdruzgotać albo poniżyć. Jeśli doświadczamy jej publicznie, do tego bólu dołącza upokorzenie.
Jednakże krytyka sama w sobie nie wywołuje wstydu. Czasami spływa po adresacie jak po kaczce. Może on w ogóle nie poczuć się zraniony. Zdarza się, że zarzut odbieramy jako absurdalny albo nietrafiony. Możemy zlekceważyć krytykę albo może ona dotyczyć czegoś, z czego zdajemy sobie sprawę i z czym już się pogodziliśmy, albo nawet czegoś, co wręcz polubiliśmy. Dlatego już na nas nie wpływa; pozostajemy obojętni.
Mówca mógłby powiedzieć: „Wyraziłeś właśnie mocną krytykę. Przez chwilę byłem oszołomiony. Chętnie wysłucham twojego punktu widzenia, ale nie wyrażanego takim tonem. Porozmawiajmy rzeczowo” bądź: „Nie tylko się z tobą nie zgadzam, ale uważam również, że twoje zachowanie jest niekulturalne i nieakceptowalne. Mam coś ważnego do przekazania i nie pozwolę na siebie wrzeszczeć”.
Dlaczego te reakcje nie będą prowadzić do wstydu? Ponieważ mówca jest świadkiem krytyki, reakcji innych na sytuację i swoich własnych uczuć. W takim przypadku krytyka nadal może być bolesna, ale mówca prawdopodobnie nie zakończy przemowy z poczuciem, że zrobił coś źle albo że jest nieważny. Te dwa przekonania – „Coś jest ze mną nie tak” oraz „Jestem nieważny” – to cechy charakterystyczne wstydu.
2. Zawstydzający świadek
Publiczność nie była współczującym, odwstydzającym świadkiem. Nikt nie stanął w obronie mówcy ani nie przemówił do niego z troską. Nikt nie nazwał sytuacji po imieniu. Ten milczący tłum stanowi przykład zawstydzającego świadka.
Krzywda, na którą nikt nie reaguje współczuciem, sprawia, że nabieramy przekonania, iż nasze uczucia są niewłaściwe, nasza odpowiedź na krytykę jest nieodpowiednia, a nawet iż nie zasługujemy na troskę. Zwymyślany mówca najprawdopodobniej zinternalizuje zawstydzającego świadka, ponieważ uzna, że atak był zasłużony i usprawiedliwiony, a jego osobiste uczucia się nie liczą. To działanie wstydu.
Gdyby jednak publiczność okazała troskę, współczucie i empatię, czy nawet zezłościła się na krytyka, mówca byłby znacznie mniej narażony na wstyd. Wystarczyłoby wręcz, żeby ktoś powiedział: „Wow, to było mocne”, a pojawienie się wstydu byłoby mniej prawdopodobne. Mówię o mniejszym prawdopodobieństwie, ponieważ z powodu wcześniejszych zawstydzających doświadczeń mówcy publiczność może nie być w stanie w pełni go ochronić.
Reakcja otoczenia na krytykę skierowaną w naszą stronę albo na naszą opowieść o takiej krytyce wpływa na to, czy doznamy wstydu i czy go zinternalizujemy.
3. Zinternalizowany zawstydzający świadek
W naszej przykładowej sytuacji mówca natychmiast zaczął snuć bolesne rozważania na temat tego, co sam robi i jak reaguje. Nie przyznał, że został zaatakowany i zraniony, nie zaczął też automatycznie się bronić. Jego odpowiedź – reakcja zawstydzającego świadka – połączyła siły z krytykiem.
Mówca nie zinternalizował odwstydzającego świadka, tylko tego zawstydzającego: takiego, który analizuje, co mówca zrobił źle, który nie zauważa faktycznie doświadczanych uczuć i który traktuje doznaną krzywdę jako coś nieistotnego. Mówca nie dostrzega, że nie jest wybrakowany i nie brak mu kompetencji.
Gdyby potrafił spojrzeć na swoje wewnętrzne doznania ze współczuciem i instynktem opiekuńczym – jako świadek odwstydzający – nadal mógłby odczuwać ból, ale nie doświadczyłby wstydu i nie zacząłby autodestrukcyjnego poszukiwania w sobie wad bądź wypierania swoich autentycznych doświadczeń.
Niełatwo iść przez życie z samoświadomością i przytomnością umysłu, które umożliwią wytrzymanie ataku bez poczucia, że się na niego zasługuje. Dlaczego nie reagujemy na każdą krytykę, wewnętrzną i zewnętrzną, mówiąc: „Auć” albo „Ej, odczep się”? Dlaczego tak często jest to trudne?
Powód jest następujący: w przeszłości (zazwyczaj w dzieciństwie) wycierpieliśmy krzywdy, a żaden zaufany bliski czy rówieśnik nie stanął w naszej obronie ani nawet nie przyznał, czego doświadczyliśmy. Mógł milczeć, sam zastraszony, jak inne dzieci w klasie, gdy szydził z nas okrutny nauczyciel. Mógł się przyłączyć do krzywdzącego, jak rodzic, który, upokorzony tym, że duchowny obwinia o coś jego dziecko, zaczyna je strofować bądź karać, bez prób zrozumienia całej sytuacji. Nikt nie odgrywał dla nas roli odwstydzającego świadka – kogoś, kto rozbroiłby zawstydzające wydarzenie swoim współczuciem. Zostaliśmy natomiast zawstydzeni. A jako osoby zawstydzone godzimy się na napaść. Kiedy się wstydzimy, mamy też poczucie, że zasługujemy na atak. Po prostu wierzymy w słuszność ataku, a następnie próbujemy ustalić, czym zawiniliśmy. Tłumimy swoje doświadczenie, po czym w późniejszych latach zmagamy się z objawami fizycznymi i psychicznymi, których nie łączymy już z minionym wydarzeniem, a zatem patologizujemy samych siebie. Innymi słowy, brakuje nam wewnętrznego obrońcy i miłości własnej.
Kiedy definiuje się wstyd jako krytykę (albo jako poczucie winy, co omawiałem wcześniej) bądź jako emocję, traci się okazję do rozpoznania złożoności zawstydzających wydarzeń i przepracowania ich. Przegapia się też możliwość odwstydzenia samego siebie. Osiąga się to, wykorzystując zinternalizowanego współczującego świadka jako sojusznika i źródło wewnętrznej mocy. Innych odwstydzamy, ze współczuciem przyznając, że doznali krzywdy, broniąc ich i potwierdzając ich przeżycia oraz prawo do bycia traktowanymi z życzliwością. Działania te składają się na supermoc rozbrajania wstydu.
Wstyd pojawia się za każdym razem, kiedy czujemy się atakowani i niezdolni do postawienia granic; gdy traktujemy uczucia jako problem do rozwiązania; należymy do grupy marginalizowanej lub unieważnianej i nikt nie zauważa wyrządzanych nam w ten sposób krzywd; padamy ofiarą przemocy, a inni temu przeczą bądź to lekceważą; uważamy objawy fizyczne za słabość, za dowód niezdolności do sprostania normom społecznym; kiedy ludzie wokół nas postrzegają długoterminowe konsekwencje traumy jako patologie, a nie skutki wcześniejszych doświadczeń albo historii międzypokoleniowych. Wstyd pojawia się także wtedy, gdy traktujemy używki jak lekarstwo, jakby za głodem tych substancji nie krył się żaden inny uzasadniony głód.
Grzybnia wstydu i odwstydzania
Ponieważ wstyd to pryzmat, przez który postrzegamy siebie, można go porównać do grzybni – podziemnej sieci łączącej niezliczone organizmy – która karmi albo głodzi poszczególne części naszej istoty: części naszego zdrowia psychicznego i fizycznego. To ona wpływa na samoświadomość i na to, że podświadomie identyfikujemy się jako marginalizowani oraz podświadomie marginalizujemy innych. Decyduje o tym, jak przechowujemy wspomnienia o przemocy i w jaki sposób doświadczamy somatycznych odpowiedzi na traumę, a także o tym, jak opiekujemy się swoimi uczuciami. Odwstydzanie przekształca tę grzybnię w odżywczy, krzepiący system, który podbudowuje ciebie i innych. Ze względu na tę rozgałęzioną naturę odwstydzania tematy poruszane w poszczególnych rozdziałach tej książki są ze sobą powiązane. Podczas lektury rozdziału 4, „Rola granic w uzdrawianiu wstydu”, dowiesz się, że granice wpływają na zinternalizowane opresję, przemoc i uczucia. Wątki opresji, przemocy i samokrytyki powrócą z kolei w rozdziale 8, „Odwstydzanie przykrych uczuć”. Wszystkie te tematy są połączone. Nachodzą na siebie i są nierozerwalne.
Możesz się więc zastanawiać, po co rozdzielam je pomiędzy rozdziały. Robię to, ponieważ mamy naturalną skłonność do myślenia o sobie i uzdrawianiu w taki właśnie usystematyzowany sposób. Każdy rozdział to inne drzwi prowadzące do domu odwstydzania.
Wstyd izoluje nas od innych oraz od różnych części nas samych. Odwstydzanie zaczyna splatać je ze sobą na nowo, a my zyskujemy zrozumienie, jak wszystko jest ze sobą powiązane, i odzyskujemy poczucie pełni. Dostrzegamy też, w jaki sposób pryzmat wstydu rzuca światło na różne aspekty rozwoju osobistego i uzdrawiania, wcześniej niewyraźne. Nadałem tej książce taką strukturę również po to, by każdy kolejny rozdział mógł bazować na poprzednich.
Zaproszenie do samopoznania
Biorąc pod uwagę liczne wymiary wstydu, pomocne może się okazać skupienie na wspólnym oddziaływaniu zawstydzania i krytyki.
Ćwiczenie
Weź długopis i kartkę papieru albo notes i zapisz odpowiedzi na poniższe pytania.
1. Przypomnij sobie sytuację, w której ktoś cię skrytykował. Jak zareagowałeś? Czy przyjąłeś tę krytykę? Czy mogłeś się z nią nie zgodzić i obronić się bezpośrednio (nie dałeś się ponieść furii, ale byłeś stanowczy i precyzyjny)?
2. Czy masz świadomość swoich zranionych uczuć, gdy ktoś cię krytykuje? Czy traktujesz ten ból poważnie? Czy słyszysz wewnętrzny głos, który mówi coś w rodzaju: „Auć, to boli”, żebyś mógł następnie zająć się raną?
3. Czy jesteś świadomy tego, że krytyka – to, co ludzie nazywają naszym „wewnętrznym krytykiem” – żyje w twoim wnętrzu?
4. Czy odpowiadasz temu wewnętrznemu krytykowi i się bronisz, przynajmniej od czasu do czasu? Jeżeli tak, opisz, co sobie mówisz.
5. Czy twoim standardowym sposobem myślenia jest przekonanie, że musisz się zmienić, poprawić, naprawić, a nawet „uzdrowić”?
6. Jak myślisz, w jakim punkcie się znajdujesz? Czy masz zinternalizowanego świadka zawstydzającego, czy może odwstydzającego?
Odwstydzający świadek reaguje, potrafi się jasno bronić i wyrażać odmienne zdanie, a także zauważa każdą ranę, więc możemy się nią zająć. Odwstydzający świadek wie, jak się czujemy. A co robi świadek zawstydzający? Nie zapewnia żadnej bariery, więc krytyka trafia prosto w nas. Albo wierzymy w jej treść („To prawda, nakryli mnie”), albo czujemy się jej ofiarą, ponieważ nie bronimy się we właściwy, bezpośredni sposób, a może nawet nie zauważamy, że wydarzyło się coś, co nas zraniło. Świadek zawstydzający traktuje nasze uczucia jak coś, co należy naprawić.
Być może czujesz się przygnębiony tym, że zostałeś zawstydzony, a nawet się tego wstydzisz. Proces odwstydzania wydaje się przytłaczający. Ale warto zastąpić zinternalizowanego świadka zawstydzającego świadkiem pełnym miłości i współczucia, wejść na ścieżkę miłości własnej i samopoznania oraz ponownie odnaleźć drogę swojego serca. W ostatnim rozdziale będziesz miał okazję połączyć wszystko, czego się nauczysz, i zostać odwstydzającym świadkiem dla całego świata.
Wprowadzenie do błogosławieństw odwstydzania
Do korzyści płynących z odwstydzania należy rozwój umiejętności dostrzegania (szacunku), utożsamiania się (odnoszenia się do przeżyć innych) i wiary (wiary radykalnej). Umiejętności te ogromnie pomagają każdemu, kto czuje złość bądź przygnębienie, zmaga się z nałogami lub ma skłonność do powielania bolesnych wzorców w relacjach – a wstyd te wszystkie tendencje nasila. Co więcej, wstyd niszczy nasze zaufanie do samych siebie, wiarę w siebie i miłość własną. Umiejętności płynące z odwstydzania właśnie to zaufanie do samego siebie budują, zwiększają też wiarę we własne możliwości i miłość do samych siebie.
Tak jak większość osób, być może postrzegasz odwstydzanie jako usuwanie albo wyciszanie bolesnych uczuć. Ale w rzeczywistości jest to odnowa. Zdejmujemy z siebie wstyd, żeby uwolnić ukryte części siebie. Jak to ujął jeden z obserwujących mnie na Facebooku: „Odwstydzanie to wybawienie naszego autentycznego ja. Jakież to krzepiące i optymistyczne!”.
Jak to działa? Odwstydzanie oznacza obserwowanie czyichś przeżyć z szacunkiem, co je depatologizuje. Zamiast kogoś diagnozować i uprzedmiotawiać, potwierdza człowieczeństwo i podmiotowość danej osoby.
Odwstydzanie umożliwia utożsamianie się z drugą osobą, ponieważ oznacza bycie czującym świadkiem. Kiedy ktoś doświadcza współczucia i empatii osoby słuchającej go z sercem, internalizuje poczucie, że jest ważny, a to z kolei neutralizuje przesłanie wstydu mówiące, że się nie liczy.
Odwstydzanie oznacza bycie świadkiem z absolutną, radykalną wiarą w daną osobę. Tego rodzaju wiara wzmacnia zaufanie do siebie tej osoby, podczas gdy wstyd prowadzi do internalizacji przekonania, że nie może sobie ona ufać i potrzebuje zewnętrznych autorytetów, by powiedziały jej, kim jest, czego potrzebuje oraz co ma czuć i jak się zachowywać.
Zagłębmy się nieco w te koncepcje.
SZACUNEK oznacza dokładniejsze dociekanie, jak wygląda czyjeś doświadczenie. Często ma postać przyglądania się doświadczenieniom somatycznym, ale może też odnosić się do doświadczenia ciała w ruchu, do jego postawy (co nazywamy mową ciała), doświadczenia wzrokowego (co dana osoba widzi, co pamięta i co sobie wyobraża) i dialogu zachodzącego w cudzej głowie (często będącego wewnętrzną samokrytyką). Podczas sesji zadaję szczegółowe pytania na temat tych przeżyć. Dana osoba znajduje się wtedy w roli podmiotu, a nie przedmiotu, patologii czy czegoś, co trzeba naprawić, a to zmniejsza wpływ wstydu. Z tej książki czytelnicy nauczą się szanować samych siebie.
UTOŻSAMIANIE SIĘ to pełne współczucia zgłębianie uczuć drugiej osoby. Zwłaszcza kiedy pytamy, jak zareagowała na doznane krzywdy, zaniedbanie czy brak szacunku, niemal natychmiast przekonuje się, że jest ważna. Kiedy jakaś osoba cierpi i nikt nie reaguje empatią, współczuciem ani jej nie broni, doświadczenie mówi jej, że się nie liczy. Poczucie bycia ważnym zostanie odnowione, gdy ktoś zacznie dociekać ze współczuciem i empatią, co czuła, gdy została skrzywdzona. Jeżeli nie masz kogoś, kto mógłby odegrać dla ciebie taką rolę, zrób to sam dla siebie. Poczucie bycia ważnym może zostać odnowione również wtedy, gdy sami będziemy dla siebie współczującym świadkiem i zaczniemy zgłębiać własne przeżycia.
O RADYKALNEJ WIERZE mówimy wtedy, gdy wierzymy danej osobie i w nią. To oznacza, że wierzymy, iż ma ona odpowiedź na swoje trudności i wie, jakiego lekarstwa potrzebuje na swoje dolegliwości. Kiedy zadajemy jej pytania z tą wiarą, doznaje nagłego oświecenia i ma trafne spostrzeżenia. To pokazuje, jaki kierunek obierze jej zdrowienie, i przywraca jej wewnętrzny autorytet oraz zaufanie do samej siebie. Dzięki temu może zrezygnować z projekcji autorytetu na innych, do czego w przeszłości doprowadził ją wstydu.
W każdym z kolejnych rozdziałów zobaczysz, jak używam tych umiejętności w praktyce podczas pracy nad odwstydzaniem innych.
Pamiętasz, jak pisałem, że dokonujemy odwstydzania, by odkryć przesłonięte przez wstyd części samych siebie? Można także powiedzieć, że zawstydzone części nas kryją się w cieniu, jak też już wcześniej wspomniałem. Cień w ujęciu jungowskim składa się z tych wszystkich naszych cech, do których nie chcemy się przyznać. To ta część nas, która jest odcięta od naszego zasadniczego sposobu postrzegania siebie, ponieważ dominująca perspektywa naszej kultury uznaje tę część za niegodną, nieakceptowalną, niedopuszczalną bądź niemoralną – a zatem przynoszącą wstyd. Cechy te są postrzegane jako negatywne, jak złość, nienawiść czy zazdrość. Mogą się też jawić jako pozornie pozytywne, na przykład jako duma z siebie albo wiara we własny geniusz. Większość ludzi w naszej kulturze nie uważa się za pięknych, zatem piękno kryje się w cieniu. Każda wyjątkowa cecha zazwyczaj się w nim kryje.
Spychanie tych cech w cień zawsze jest formą tłumienia albo opresji. I żeby nie było wątpliwości: tłumienie oraz opresja to akty przemocy. Przekraczają nasze granice. Wstyd pojawia się wtedy, kiedy ludzie, grupy bądź instytucje zaprzeczają istnieniu przemocy, uznają tłumienie jakichś cech za słuszne albo wmawiają ci, że coś jest z tobą nie tak i musisz naprawić daną cechę lub się jej pozbyć, niczym kończyny toczonej gangreną.
Oto głębszy sens łączenia cienia ze wstydem: naszym zadaniem w procesie uzdrawiania jest wyciągnięcie cienia na światło dzienne. Oznacza to, że musimy uznać go i zintegrować, żeby uczynił nad pełniejszymi. Odwstydzanie to praca z cieniem.
Uzdrawianie wstydu – które nazywam odwstydzaniem – to coś więcej niż tylko uodparnianie się na to uczucie albo nieodczuwanie go zupełnie. Odwstydzanie odkupuje zawstydzone cechy. Jeżeli ich nie uznamy i nie zintegrujemy, pozostaniemy odcięci od naszego autentycznego ja, od naszej mocy, naszych darów i naszej ścieżki życiowej.
Mógłbym zapełnić kolejne sto stron, wymieniając korzyści płynące z odwstydzonego życia, ale sedno jest jasne: wstyd krzywdzi. Dzieli nas na części. Patologizuje to, co piękne i prawdziwe. Odwstydzanie to nie tylko brak bólu. To przestrzeń, wolność i odwaga. Kiedy uprzednio zawstydzona część ciebie staje się odwstydzona, nie tylko wychodzi na światło dzienne, ale rozkwita.
Przyswój, proszę, następujący fragment wiersza Galwaya Kinnella pod tytułem _Święty Franciszek i świnia_:
Pąk
symbolizuje wszystkie rzeczy,
nawet te, które nie kwitną,
gdyż wszystko rozkwita, od wewnątrz, samobłogosławieństwem;
chociaż czasami trzeba rzeczy
na nowo przypomnieć o jej uroku,
położyć jej dłoń na czole
kwiatu
i ponownie powiedzieć jej słowami i dotykiem,
że jest urocza,
aż znowu rozkwitnie od wewnątrz, samobłogosławieństwem.
Kiedy się odwstydzamy, ponownie uczymy cenne, uzdrowione części siebie, że są cudowne. Kiedy sobie błogosławimy, rozkwitamy.