-
nowość
Opowieści niesamowite według Mirona Białoszewskiego - ebook
Opowieści niesamowite według Mirona Białoszewskiego - ebook
Dziesiąty tom „Opowieści niesamowitych” ułożył Miron Białoszewski. W papierach poetki Jadwigi Stańczakowej, przyjaciółki Białoszewskiego, zachował się projekt antologii opowieści niesamowitych, jaki w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku poeta ułożył i nagrał na kasety magnetofonowe dla biblioteki Związku Niewidomych. Tom wypełniają opowiadania autorów anglojęzycznych, m.in. Edgara Allana Poego, Hectora Munro, Richarda Connela, Malcolma Jamesona, Dorothy Leigh Sagers, Grahama Greene'a, oraz opowiadanie Stanisława Lema. Odnalazł się także krótki tekst, parodia opowieści grozy, napisany przez Białoszewskiego i Stańczakową.
W książce znajduje się kod QR, który odsyła do nagrań: zgromadzone w tomie niesamowitości czyta dla nas Miron Białoszewski.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
Spis treści
Justyna Sobolewska
Marsjanie wylądowali (Wstęp)
Miron Białoszewski, Jadwiga Stańczakowa
Wydłużona ręka
Edgar Allan Poe
Przedwczesny pogrzeb (Premature Burial)
Przełożył Stanisław Wyrzykowski
Hector Hugh Munro
Otwarte okno (The Open Window)
Przełożył Tadeusz Adrian Malanowski
Edgar Allan Poe
Zabójstwo przy rue Morgue (The Murders in the Rue Morgue)
Przełożył Stanisław Wyrzykowski
Richard Connell
Najniebezpieczniejsza gra (The Most Dangerous Game)
Przełożył Tadeusz Adrian Malanowski
Edgar Allan Poe
Człowiek tłumu (The Man of the Crowd)
Przełożył Stanisław Wyrzykowski
Alfred Elton van Vogt
List z innej planety (Letter from the Stars)
Przełożył Tadeusz Jan Zakrzewski
Edgar Allan Poe
W bezdni Maelströmu (A Descent into the Maelström)
Przełożył Stanisław Wyrzykowski
Spis rzeczy
Malcolm Jameson
Lilie życia (Lilies of Life)
Przełożył Julian Stawiński
Alfred Elton van Vogt
Zaczarowane miasto (Enchanted Village)
Przełożył Jan Zakrzewski
Edmond Hamilton
Wyspa karłów (Pygmy Island)
Przełożył Tadeusz Adrian Malanowski
Poul Anderson
Pomocna dłoń (The Helping Hand)
Przełożył Julian Stawiński
Cynthia Asquith
Niech spoczywa w spokoju… (God Grante that She Lye Stille)
Przełożył Tadeusz Adrian Malanowski
Dorothy Leigh Sayers
Podejrzenie (Suspicion)
Przełożył Tadeusz Adrian Malanowski
Stanisław Lem
Terminus
Graham Greene
Mała uliczka nieopodal Edgware Road (A Little Place
off the Edgware Road)
Przełożyła Irena Przemecka
Dowód niezbity (Proof Positive)
Przełożył Jerzy Krzysztoń
Piotr Paziński
Wróciły stare duchy (Posłowie)
| Kategoria: | Literatura piękna obca |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8442-053-9 |
| Rozmiar pliku: | 1,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
MARSJANIE WYLĄDOWALI
Ta antologia opowiadań była pomysłem Mirona Białoszewskiego i Jadwigi Stańczakowej i powstała najpierw jako nagranie na kasetach magnetofonowych. To miał być prezent dla Polskiego Związku Niewidomych. Miron Białoszewski wybrał swoje ulubione opowiadania fantastyczne, science fiction i niesamowite różnych autorów i je przeczytał, a Jadwiga, ociemniała pisarka i poetka, nagrała go na kilkunastu kasetach. Wszystko działo się u niej w mieszkaniu na ulicy Hożej. Białoszewski wpadał do Jadwigi o różnych porach. Nawet w środku nocy zrywała się z łóżka uradowana, że będą nagrywać. Miron przynosił świeży urobek nocy, wiersze i prozę, nagrywanie było dalszym ciągiem procesu tworzenia. Powstał wielki zbiór nagrań (przekazany później do Muzeum Literatury). W ostatnich latach życia Miron coraz częściej nagrywał swoje utwory, a spisywała je na maszynie ociemniała redaktorka Irena Łowińska.
Antologię nagrywali z Jadwigą prawdopodobnie na japoński magnetofon z osobnym mikrofonem, jeszcze nie nadeszła era magnetofonów Grundig, które miały stać przy łóżku Jadwigi. Jakość nagrania była domowa, więc Związek Niewidomych nie wykorzystał nagrań. W 1986 roku, już po śmierci Mirona, Jadwiga zaproponowała wydanie zbioru opowiadań w wyborze Białoszewskiego wydawnictwu Czytelnik. „Wydaje mi się, że gdyby ta antologia została wydrukowana z podaniem wyboru i układu Mirona Białoszewskiego, stałaby się bestsellerem fantastyki naukowej, której jest u nas wciąż mało” – pisała Jadwiga do wydawcy. Nie doczekała się odpowiedzi. Korespondencję z wydawnictwem, a także taśmy z nagraniami znalazłam dopiero, gdy pisałam książkę Jadwiga. Opowieść o Stańczakowej. Natrafiłam też na wzmianki o opowiadaniu Wydłużona ręka, które napisali wspólnie. Najpierw wpadło mi w ręce nagranie, na którym Miron czyta Wydłużoną rękę, jako pierwszy tekst z planowanego cyklu Ociemniałe opowieści. Potem znalazłam maszynopis. Ale nigdy nie powstał ciąg dalszy.
Zaczęłam szukać nagrań z antologią wśród jednakowych czarnych pudeł z kasetami. W pudłach wszystko zostało tak, jak zostawiła Jadwiga – zmięty papier brajlowski dzielił nagrania dziennika od audycji radiowych. Jedno z pudeł spadło na mnie z szafy. Wyjmuję kasetę. Włączam. Miron czyta o kocie, który nagle wpada bohaterowi pod nogi. Kot? Pomyślałam, że to fragment dziennika Mirona. Ale zaraz, kot przemyka się po statku kosmicznym. Słucham dalej, a to Pirx rozmawia z Terminusem. A więc jest, antologia znalazła się, czternaście kaset. Kiedy robot Terminus w opowiadaniu Lema nadaje alfabetem Morse’a, waląc w rurę, wiadomości dla zmarłych pilotów, Miron zamienia czytanie w dramatyczne słuchowisko. Czyta Lema jak poezję. Wołanie do zmarłych przypomina Dziady. W tle co pewien czas przejeżdża samochód. Coś skrzypi. Czasem słyszę, jak Jadwiga w tle powstrzymuje się od śmiechu. Teraz po latach ich niedoskonałość jest dodatkową zaletą, bo przenoszą w tamten czas.
Opowiadanie Wydłużona ręka powstało w czasie stanu wojennego, kiedy Miron pomieszkiwał na Hożej. Po zawale spędzał tam weekendy, pracował w nocy, odgrzewał sobie jedzenie, w dzień odsypiał, wieczorem z Jadwigą czytali i nagrywali. Zajął pokoik jej zmarłego ojca, zapełniał powoli półki książkami kupowanymi na Wolumenie. Lubił kryminały, opowieści niesamowite, parapsychologię, science fiction i o zwierzętach. Zbierał różne antologie: Smak grozy. Polska nowela fantastyczna czy Opowieści z dreszczykiem. Miał też klasykę grozy: Stefana Grabińskiego, Horacego Walpole’a, Mary Shelley, Roberta Louisa Stevensona; spory zbiór polskiej fantastyki: od Janusza Zajdla po Bohdana Peteckiego, dużo radzieckiego science fiction, kryminały i powieści sensacyjne, jak na przykład 714 wzywa pomocy, opowieści o wyprawach odkrywców i podróżach międzyplanetarnych, o UFO, aż po Tybetańską Księgę Umarłych czy Magię Kahunów. Lubił literaturę niesamowitą. Nie czytał z reguły współczesnych mu autorów poza Stanisławem Lemem, którego uważał za najważniejszego polskiego pisarza. Tuż przed śmiercią czytał Eden, który z pocztówkową zakładką leżał na nocnym stoliku na Hożej.
Jadwiga uprosiła go, żeby przynosił jej swoje rękopisy, zamiast je wyrzucać (co lubił). „Prowadziła mu sekretariacik”, co oznaczało, że ze swoją lektorką i przewodniczkami załatwiała mu rozmaite sprawy praktyczne, do których nie miał głowy.
Wszystko zaczęło się w 1972 roku, kiedy zięć Tadeusz Sobolewski zabrał ją na „wtorek”, czyli na otwarte spotkanie u Mirona, który czytał swoje nowe utwory. Jadwiga bardzo chciała go poznać. Miron nie był szczególnie zainteresowany, dopóki nie dowiedział się, że jest ociemniała. Od dzieciństwa fascynował go świat niewidzących, alfabet Braille’a, skupienie. Był Jadwigi ciekaw i szybko zawiązała się między nimi przyjaźń. Dla Jadwigi to było coś wyjątkowego, mówiła, że zastąpił jej nieżyjącego brata Jasia. Spodobało jej się, że przy Mironie wszystko dzieje się bardzo szybko – wpadanie, gadanie, latanie po mieście. „Odnosiłam czasem wrażenie, że Miron jest obserwatorem z innej planety. I «sprawdza», jak zachowują się żywe istoty na zielonej planecie Ziemi” – pisała we wspomnieniach. Dzięki Mironowi zaczął się w jej życiu, około sześćdziesiątki, czas przygód, nocnych wypraw po Warszawie, pisania i nagrywania. Miron sprawił, że sama odważyła się pisać wiersze i prozę. Początkowo Jadwiga była jedną z wielu osób z jego kręgu przyjaciół, ale z czasem ta relacja stawała się coraz bliższa, intensywniejsza – został tego ślad w Dzienniku we dwoje Jadwigi i w filmie Parę osób, mały czas Andrzeja Barańskiego. Czytali, nagrywali. Nie wszystko się zachowało – szkoda choćby słuchowiska o kosmitach, które pewnej nocy zarejestrowali na magnetofonie w Oborach, strasznie hałasując. Na tej kasecie ktoś potem nagrał muzykę.
Mieli podobne poczucie humoru. Żartowali, że Jadwiga przechodzi przez ściany, kiedy na Lizbońskiej (gdzie Miron się przeprowadził z placu Dąbrowskiego), zamiast wyjść z pokoju, weszła do szafy. Miron wymyślił jej tytuł książki Ślepak. Jadwiga była jego przewodniczką po świecie niewidzących, interesowało go, jak śnią, czym na przykład różni się wyobrażenie koloru u niewidomego od urodzenia i u ociemniałego, który wcześniej widział.
Jadwiga nagrała z nim kiedyś wywiad Gdybym był niewidomy. Mówił: „Dreptałbym z laseczką po chodniku na Lizbońskiej. Nauczyłbym się chodzić do sklepu. Radziłbym sobie. Pisałbym oczywiście. Najgorzej byłoby z czytaniem. Korzystałbym z książek brajlowskich i z nagrań, ale to nie zastępuje w pełni zwykłego druku. Ja czytam bardzo szybko, kartkuję. A machać taśmą naprzód i w tył, i trafić we właściwe miejsce – byłoby z tym trochę gorzej. Ludzie byliby mi potrzebni. Ale czasami by mnie irytowali”. Jadwiga uważała, że Miron dobrze rozumiał potrzebę niezależności niewidzących, to, że choć są wdzięczni za pomoc, to przede wszystkim chcą być samodzielni.
Ich wspólne opowiadanie Wydłużona ręka jest próbą wniknięcia w świadomość niewidomego. Już wcześniej w Wierszu z niepokojem Miron badał widok z okna na Hożej:
dobre masz okno,
to, że niewidoma, to tym ciekawiej.
stare drzewa, stare bramy,
czerwony mur od zakonnic,
nie ma się gdzie prześlizgiwać
– kto? mur?
– morderczyni, ja nie wiem,
nie musi być nic widać, nie musi
się nic stać, wystarczy sama
możliwość i świadek możliwości
bez niecierpliwości...
W wierszach z późnych lat siedemdziesiątych pomieszczonych w tomie 7 utworów zebranych Odczepić się i inne wiersze, Białoszewski często wprowadza do poezji rozmaite gatunki swoich ulubionych lektur – „Kryminał” czy „Powieść międzyplanetarna”:
Budzę się
Rwetes
Wyglądam:
ustawianie pod mur
Marsjanie wylądowali!
Białoszewski nie tylko zacierał granice między poezją i prozą, ale też między funkcjonującymi wtedy dość sztywno podziałami na literaturę „wysoką” i „niską”, gatunkową. Zewsząd czerpał użyteczne dla siebie formy opowieści.
Pewnej soboty w 1982 roku Miron zaproponował, żeby napisali razem z Jadwigą cykl opowiadań fantastycznych. Zaczęli układać plan. Bohaterem miał być Konrad, niewidomy telefonista, który od nudnej żony bezcieleśnie ucieka do innej kobiety. Potem on i pewna ociemniała mają zostać wybrani przez istoty pozaziemskie do nawiązania kontaktu. Najpierw Miron pisał w brulionie, potem znużony zaczął nagrywać, a Jadwiga dopowiadała. Ukończyli tylko pierwsze opowiadanie. Czytali wtedy broszurę Roberta Manroe o przemieszczeniach astralnego ciała, którą Miron przyniósł od radiestetów z Pałacu Kultury. Sam w to niezbyt wierzył, ale namawiał Jadwigę do prób przemieszczeń, więc ćwiczyli telepatię i bawili się w „wydłużanie astralnej ręki”, czyli przedłużanie jej wyobraźnią i takim sposobem „dotykanie” przedmiotów. Całkiem nieźle im to wychodziło.
Bohater opowiadania, Konrad, był ociemniały, ale miał poczucie światła – jak Jadwiga. Pewnego razu, kiedy leżał w łóżku, zaczął mieć wrażenie, że jego ręka się wydłuża, wychodzi z domu i wędruje po ulicy. On sam w jakiejś bezcielesnej formie też chodził po ulicy. „Leży, a idzie do okna. Przenika dalej, niżej, na ulicę. Posuwa się nad chodnikiem czy po chodniku. Dotyka ściany. Szyba sklepu. Ręka jakby przez nią przechodzi. Dotyka jakiejś puszki na wystawie. Dotyka na przestrzał”. W tym swobodnym wędrowaniu można odnaleźć marzenie niewidzących, żeby móc poruszać się bez barier. Dla Jadwigi samodzielne chodzenie po ulicy było początkowo nieosiągalne. Wiele lat minęło, zanim odważyła się wyjść z białą laską na ulicę. W przypadku Konrada wyjście z domu nie wymagało wysiłku. Za sprawą ręki mógł się poruszać, płynąć w powietrzu, a nawet widzieć. Być z ludźmi. W papierach Jadwigi można znaleźć podobny zapis:
– Chodź do okna – mówię sobie.
Jestem sama. Okno otwarte. Podchodzę.
W dole ulica – jar. Kroki i kroki.
Głosy lecą. Ja na uboczu w słońcu.
Przy mnie mój stary jesion.
Samotna? Nie, z tymi w dole.
(Prozinki)
W Wydłużonej ręce jest coś jeszcze – marzenie widzącego, żeby zwykła czynność wyjścia na ulicę była odmiennym doznaniem, żeby uruchomiała inne zmysły. Pobrzmiewa tu pragnienie niewidzialności, bycia duchem, zagęszczeniem materii. W opowiadaniu pojawia się element grozy: bohater nagle czuje, że ktoś się zbliża. „Konrad przypłaszcza się jeszcze bardziej, bo nie tylko słyszy, ale i jakoś widzi. Sylwetę mężczyzny. Niepokój. I tego, i tamtego. Tamten zwalnia kroku. Rozgląda się. Przystaje. Konrad wstrzymuje dech. Jest widziany czy nie jest widziany? Chyba nie jest. Ale odczuty. Tamten przesuwa spojrzenie po ścianie, zahacza o miejsce z wklęśniętym Konradem. Chwilę stoi. I rusza. Jeszcze raz się ogląda i jakby z nagłym lękiem puszcza się szybkim marszem, coraz szybszym”. To spotkanie z kimś żywym, odczuwanie jego obecności budzi niepokój.
Teksty, w których Białoszewski wprowadza motywy kryminalno-sensacyjne, stanowią pokaźny zbiór. Przestrzenią, w której rozgrywały się takie scenariusze, był choćby blok na Lizbońskiej. Tam narrator Postukiwania szuka źródła dziwnych dźwięków, w tekście Korytarz wiatr jęczy na jedenastym piętrze, żarówki są ciemne, a Białoszewski w noc zaduszną robi seans wywoływania duchów ze spodkiem. W Rozkurzu znajdziemy Opowiadanka z niepokojem, a w nich Człowieka z cienia. Opowiada o tym, jak wielokrotnie wracał po nocy na plac Dąbrowskiego z lękiem, że z cienia ktoś się wyłoni. W bramie i na schodach czuł czyjąś obecność. Trzeciej nocy z bramy rzeczywiście wyłonił się jakiś cień, ale ominął go szerokim łukiem. Białoszewski poczuł ulgę i zdziwienie, że tak bardzo się przestraszył. Poddawanie się niepokojowi, oczekiwaniu, co zaraz nastąpi, to jedna z jego strategii, dzięki której wszystko było ciekawe: zawsze coś mogło się zdarzyć.
Rzeczywistość stawała się ekscytująca, wszędzie mogła kryć się niespodzianka. On sam, jak detektyw, rozwiązywał zagadki, dedukował, skąd pochodzą hałasy. Ćwiczył się w poszerzaniu rzeczywistości; zwykłe narzędzia poznawcze mu nie wystarczały. Niby dlaczego nie próbować bezcielesnego przemieszczania się czy wydłużania ręki? Trochę półżartem, półserio, a nuż coś z tego wyniknie?
Jakiś czas po napisaniu Wydłużonej ręki Miron przyleciał na Hożą zadowolony, że na błysku w nocy napisał kolejne opowiadanie. Jadwiga najpierw była rozczarowana, bo mieli pisać razem, ale kiedy przeczytał jej Przemieszczenia, opowiadanie o pani Jadźwince i jej przewodniku panu Ursynie, zachwyciła się. Pani Jadźwinka ogarnięta szałem medytacji biega na kursy w Pałacu Kultury z panem Ursynem, którego medytacja zawsze usypia. Za to udają mu się przemieszczenia, bezcielesne wyjścia z ciała. Takie wędrówki okazują się idealnym rozwiązaniem w stanie wojennym w czasie godziny milicyjnej, bo „ciała przemieszczane nie są ściśle fizyczne”. Pan Ursyn, wzorowany na Julianie Kiełkiewiczu, przewodniku Jadwigi, stał się bohaterem wielu tekstów Białoszewskiego, m.in. Eulalii, w której padają słowa:
– Czy tu jest ktoś?
– Jest jedna osoba, ale nieżywa.
Jadwiga wszystkie ćwiczenia traktowała o wiele poważniej niż Miron, ale potrafiła żartować ze zjawisk parapsychicznych i swoich wysiłków zgłębiania tej sfery rzeczywistości. Pod koniec życia powróciła do „wydłużania ręki” w wierszu:
Wydłużam rękę
w bezruchu
jak mnie uczył Miron
i chwytam
smugę cienia
to on
Sfruwam
na Hożą
jak w Wydłużonej ręce
wtedy nie umiałam
nie miałam czucia.
Miron Białoszewski (1922–1983)
Poeta, prozaik, dramaturg, diarysta, dziennikarz i aktor. Urodził się i mieszkał w Warszawie. Jego debiutancka książka poetycka, Obroty rzeczy (1956), czerpała z tradycji baroku, ballady plebejskiej i sztuki jarmarcznej. Później zmienił styl, w kolejnych tomach wierszy (m.in. Mylne wzruszenia, 1965; Rozkurz, 1980; Oho, 1985) i prozy (Donosy rzeczywistości, 1973; Szumy, zlepy, ciągi; 1976, Chamowo, 2009) zajął się zapisywaniem codzienności, „nasłuchy” przekładając na rozpoznawalny, potoczny idiolekt. Był kronikarzem życia miasta i inteligenckiej bohemy. Okupacyjne wspomnienia z 1944 roku przetworzył w Pamiętnik z powstania warszawskiego (1970). Chętnie czytał i recytował swoje i cudze utwory, a w ostatniej dekadzie życia, pod wpływem Jadwigi Stańczakowej, tworzył literaturę mówioną, pozostawiając bogate archiwum nagrań.
Jadwiga Stańczakowa (1919–1996)
Poetka, prozaiczka, dziennikarka i działaczka społeczna. Ocalała z getta warszawskiego, tuż po wojnie rozpoczęła pracę reporterki w gazetach „Głos Ludu” i „Dziennik Bałtycki”, jednak ciężka, postępująca choroba oczu wkrótce uniemożliwiła to zajęcie. Od połowy lat pięćdziesiątych, już ociemniała, kierowała redakcją miesięcznika „Pochodnia”, żywo angażując się w działalność Polskiego Związku Niewidomych. Jednocześnie zajęła się twórczością literacką, publikując felietony radiowe, wiersze i prozę. Jej utwory ukazały się w zbiorach: Niewidoma (1979), Ślepak (1982), Boicie się czarnego ptaka (1990), Prozinki (2025). Od początku lat siedemdziesiątych zaprzyjaźniona z Mironem Białoszewskim, tworzyła z nim różnorodną gatunkowo literaturę mówioną (m.in. Dziennik we dwoje, 2015) i podejmowała rozmaite działania artystyczne z pogranicza teatru, ezoteryki i poezji.MIRON BIAŁOSZEWSKI
JADWIGA STAŃCZAKOWA
WYDŁUŻONA RĘKA
Konrad zgasił światło. Był ociemniały, ale poczucie światła miał. A więc i poczucie ciemności. Popadał w nieruchomość. Coraz bardziej. Coraz bardziej. I leżąc na łóżku, tak jakby się skręcał. A potem wydłużał. Wyciągnął rękę. Ocknął się. Nie, nie miał wyciągniętej ręki. Znów zaczął się wydłużać. Teraz naprawdę. I teraz naprawdę wyciągnął rękę. Sięgnąć do półki! Sięgnąć do półki! Wymacać książkę! Wymacać książkę!
Ręka się wyciągała. Ale niczego nie czuła. Widocznie mu się zdawało. Skupił się cały na wydłużaniu. Teraz ręka naprawdę szła daleko.
O! Dotknęła książki. Dotknęła brajlowskich kropek. I poczuła się w środku kartek. Kartki stały się ciągliwe jak zgęszczone powietrze. Nie, nie były ciągliwe, tylko przepuszczały przez siebie rękę. Już wszystko wyprzezroczyściało dotykowo. Rozmyło się czy oddaliło. Ręka się skróciła. Wróciła do łóżka. Konrad zapalił światło.
Trzeba spróbować jeszcze raz – pomyślał. Uniósł rękę w powietrze, dłonią na płask. Biała laska – tam w kącie! Poczuł, jak jego ręka o konsystencji zagęszczonego powietrza wyciąga się w kierunku składanej białej laski. Dotyka gałki. Zsunęła się w dół. Poczuła pierwsze złącza, potem drugie i wsunęła się w prawdziwą, cielesną rękę. Co to jest? – pomyślał Konrad. Jak ja właściwie to robię? Aha, widzący prawdopodobnie przedłużają rękę wzrokiem, a niewidzący wyobraźnią.
Dotyk miał wyrobiony. Pracował jako telefonista przy wtyczkach. Dla niego w centrali przerobili światełka na sygnały dźwiękowe. Mieszkał sam. Nie układały mu się sprawy małżeńskie. Kiedy miał dwadzieścia pięć lat, ożenił się ze studentką Vivą. Było dobrze przez dwa lata. Aż raz przyłapał ją na oszustwie. Kiedyś dał jej pieniądze i zapytał:
– Ile daję?
Powiedziała, że to pięćset złotych. A on przekonał się potem, że to było tysiąc złotych. Na drugi raz przyszykował się już. I wiedział, że to tysiąc. Znowu powiedziała, że pięćset. Robiła to stale. Nie była sumienna w informowaniu go. Odpowiadała byle co. Pytał ją:
– Jaki kolor ma koszula, którą chcę włożyć?
– Niebieski.
A była biała.
Odpowiadała pewno, nie patrząc.
Wychodziła na miasto. Pytał, dokąd i na ile? Tłumaczyła to i owo. Okazywało się wszystko nieprawdą. Nie zadawała sobie nawet fatygi, żeby go sumiennie prowadzić. Często się o coś uderzał, wpadał na drzewo.
Wreszcie go rzuciła. Nie chciało jej się gotować, opiekować. Kogoś tam miała. Nie chciało jej się nawet powiedzieć kogo. On też już miał dosyć wypytywania. Ich spotkania coraz rzadsze (bo zjawiała się w domu tylko niekiedy) stały się ciągiem rozłażącej się obojętności. Wreszcie poprosiła o rozwód.
Nie chciał się więcej żenić. Miał kilka przygód. Jedną nawet z niewidomą. Na wczasach w Domu Niewidomych w Muszynie. Mieli sporo trudności, bo przy niewidomej wciąż kręciła się przewodniczka. I nigdy nie byli zupełnie pewni, czy są sami. Ale niewidoma mieszkała w innym mieście, więc się to urwało.
Napatoczyła się Tykwa. Tykwa, bo wysoka i szczupła. Prawie chuda. Bardzo opiekuńcza. Aż za bardzo. A więc musiała się wprowadzić, żeby całkowicie się nim opiekować. Dom był zadbany, dobre obiady, wyprana bielizna, spokój, czułość, prawdomówność. Dopytywanie się:
– A może białą koszulę, tę w odcieniu lekko kremowym?
– A może zjadłbyś jabłuszko, ja ci obiorę.
– A może ci za duszno? Nie jest ci duszno? Uchylić okno? O, idzie jedna pani, tak ze czterdzieści, w sukni w kwiaty pąsowo-żółte, kołnierzyk pod szyję, rękawy długie, zapinana do połowy, parasolka w kratkę. Buty wiśniowe, zamknięte.
Była noc. Spali na jednym tapczanie. Tykwa pochrapywała przy jego boku. Konrad zapragnął za wszelką cenę choć na chwilę od niej się uwolnić. Popadł w stan aktywnego odrętwienia. Nie poruszał się, nie czuł siebie, wyłączył zmysły. A jednocześnie jego wola była bardzo czynna i jakby gotowa do spełnienia tego, co on chce.
– Chcę wyciągnąć rękę.
I nie wiedział, czy naprawdę mu się ręka wyciąga, czy tylko porusza jakby innym ciałem.
– Chcę wstać za ręką!
Poczuł wstawanie. Niby leżał, a już podnosił się z łóżka.
– Chcę stanąć na podłodze!
Chyba stał na podłodze.
Już go nie obchodziło, czy rządził się tym, czy innym ciałem. Rządził się sobą. To mu wystarczało. Posunął się do powiewu.
– Aha, blisko okno.
Znów się podsunął. Tak jakby oparł o parapet. I patrzył w noc przez szyby, widząc tylko, jak zawsze, światła.
– Chcę więcej widzieć.
Ujrzał zarys drzewa. Czarny.
– Chcę widzieć mur naprzeciwko!
Powoli ujawnił mu się brunatny mur ceglany, od zakonnic z naprzeciwka.
– Żeby iść pod tym murem, żeby tam być.
Cofnął się od okna do drzwi.
– Do drzwi, do drzwi.
– Do schodów, schodami, piętro w dół, do bramy, bez laski.
Przy ścianie, przy ścianie. Żelazna ostroga pod nogą, dotknięta czy nie? I już ulica. Prosto, krawężnik, jezdnia pusta, druga strona ulicy, ceglany mur, drzewa, widać czarne drzewa, widać ciemny mur, chyba widać, dotyka pnia, tak, to, co widać, można tego dotknąć, choć to, czym dotyka, nie jest zwykłą gęstą ręką. Więc to, co dokoła, jest prawdziwe. A on jest nie bardzo prawdziwy. A jednak to on.
– To ja, właśnie chce i idzie, chce i widzi, dziwnie, ale widzi, dziwnie, ale idzie.
Jak to wszystko rozumieć. Zaczął myśleć. Zamęt w głowie. Ruchy nie ruchy. Nagle ocyka się na tapczanie obok Tykwy, która chrapie. Zmęczenie i żal. Zaraz zakołysanie, zapadnięcie w sen.
W dzień Konrad uwija się przy wtyczkach, ale jednak czuje w sobie tę nocną wędrówkę. I tęskno mu za tym. W domu poddaje się opiekuństwu Tykwy, która nawet dziwi się, że on taki łagodny. Ale nieco wyłączony. A on tylko czeka nocy. Niech Tykwa zaśnie. Zasnęła. Sprawdził, czy po swojemu pochrapuje. Wyprostował się na leżąco. Cisza. Bezruch. Ciepło. Trochę drętwo. Coś z głową. Ale co? Coś z głową. Czy to dobrze? Może nie, niedobrze. Tak musi być. Wola i poddanie się. Poddaje się, bo chce. Wyciąga rękę. Jedną. Drugą. Nie, leży. Nie, podnosi się cały. Leży. Leży, a idzie do okna. Przenika dalej, niżej, na ulicę. Posuwa się nad chodnikiem czy po chodniku. Dotyka ściany, szyba, sklepy. Ręka jakby przez nią przechodzi. Dotyka jakiejś puszki na wystawie. Dotyka na przestrzał. Nawet nie tylko dotyka, ale jakby widzi. A może tylko domyśla się wyglądów. One takie obwódkowe, szklane, wodniste. Wraca tą ręką do siebie. Sunie dalej. Mur, mur twardy i uginany. Powiew. Brama otwarta. Mur. Dalej mur. Znów powiew. Otwarta brama. Pomieszanie. Powiewy odczuwa jako jedyne zapowiedzi przestrzeni, a więc idzie po niewidomemu, a jednocześnie coś się zarysowuje, przerysowuje. Nie tylko latarki bram, przebłyski latarń, ale poświaty ścian, nie… nie tylko poświaty, ich masyw.
Kroki. Nie tylko jego. Czyjeś inne. Zza rogu zbliża się ktoś żywy. Konrad cofa się, przypłaszcza plecami do ściany, tak jakby w nią wchodzi. Czeka.
Kroki wyległy na otwartszą przestrzeń. Żywy już jest na rogu, skręcił… tu… Konrad przypłaszczający się jeszcze więcej. Bo nie tylko słyszy, ale i jakoś widzi. Sylwetę. Mężczyzny. Niepokój jego i tamtego. Tamten zwalnia kroku. Rozgląda się, przystaje. Konrad wstrzymuje dech. Jest widziany? Czy nie jest widziany? Chyba nie jest. Ale odczuty. Tamten przesuwa spojrzenie po ścianie, zahacza o miejsce z wklęśniętym Konradem, chwilę stoi, i rusza, jeszcze raz się ogląda i jakby z nagłym lękiem posuwa się szybkim marszem, coraz szybszym. Konrad doczekał zaniku kroków i skierował siebie w stronę domu. Trzeba zacząć wyżej iść, jakby się unieść. Okno na pierwszym piętrze. Już zaraz… ale coś mu ciąży. Coś się zarysowuje. Ktoś? Na dole? Czy wyżej? W powietrzu między drzewami czy w oknie. Nie boi się, jest zniecierpliwiony. Łóżko, łóżko, leżeć.
Leży. No tak. To Tykwa przebudziła się za wcześnie i swoim odruchem niepokoju, niezupełnie sprawdzonej półnieobecności wyjrzała chyba… intencjami, wyczuciami, wyszła mu naprzeciwko, zaczęła mu się pakować w jego drugie osobne życie, w to drogocenne przeżycie.
Poruszył się sobą w całej cielesności, spojrzał na Tykwę niecierpliwie i szybko zaczął siebie uspokajać, żeby ją uśpić z powrotem. Usnęła. On też.
Dopisek: opowiadania pisane w stanie wojennym, na przełomie zimy i wiosny 1982, pod koniec XX wieku w Warszawie, na ulicy Hożej, wieczorami, na raty. Cykl opowiadań Ociemniałe opowieści.
Edgar Allan Poe (1809–1849)
Poeta, nowelista, powieściopisarz, dziennikarz, krytyk literacki, współtwórca czarnego romantyzmu, mistrz horroru, jeden z ojców nowoczesnej literatury amerykańskiej. Urodził się w Bostonie, część dzieciństwa spędził w Anglii, wskutek konfliktów z rodziną wcześnie się usamodzielnił, został żołnierzem i zawodowym pisarzem. Współpracował z gazetami i periodykami literackimi. Długie lata zmagał się z alkoholizmem, zmarł w niejasnych okolicznościach w Baltimore, jego grób stał się celem pielgrzymek, a Poe – emblematycznym artystą przeklętym. Zaczynał jako poeta (Poems, 1831; Kruk i inne wiersze, 1845; Eureka, 1848) i za poetę przede wszystkim się uważał. Konieczność zarabiania na życie sprawiła, że zaczął układać atrakcyjne opowiadania, utrzymane w różnych rejestrach niesamowitości (Zagłada domu Usherów, Maska śmierci szkarłatnej, Portret owalny, Człowiek tłumu). Był pionierem grozy psychologicznej, rozwinął także opowieść detektywistyczną, powołując do życia postać genialnego detektywa Auguste’a Dupina (Zabójstwo przy rue Morgue). Badał zjawiska paranormalne (Przedwczesny pogrzeb), zabierał bohaterów na krańce świata (powieść fantastyczno-przygodowa Relacja Arthura Gordona Pyma z Nantucket, 1837; nowela W bezdni Maelströmu, 1841). Odkryty przez romantyków francuskich, do Polski zawitał na przełomie XIX i XX wieku, m.in. za sprawą świetnych przekładów Bolesława Leśmiana.