Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Ostatnia szansa - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
3 czerwca 2026
3599 pkt
punktów Virtualo

Ostatnia szansa - ebook

Myśleli, że wszystko już za nimi. Że jeśli każdy ma tylko jedną szansę, to oni tę swoją już mieli. A jednak to się dzieje: Piotrek poznaje Alicję, Alicja poznaje Piotrka.

Ale żeby naprawdę się poznać, będą musieli zaryzykować coś więcej niż kolejne rozczarowanie. Będą musieli opowiedzieć sobie swoje historie. Przejrzeć się w nich, oswoić, przyjąć i wybaczyć. Dzięki temu być może zdołają wywalczyć dla siebie jeszcze jedną, ostatnią szansę.

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna polska
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8449-343-4
Rozmiar pliku: 5,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

CZĘŚĆ PIERWSZA

Nie jest to pierwsza randka, tylko trzecia, ale pierwsza na poważnie. U niego. Pod dachem. Nic z tej poważności oczywiście nie wyniknie, nic się – jak to się mówi – nie wydarzy. Dla obojga jest to całkiem jasne. Ale równocześnie oboje mają też świadomość przekroczenia pewnej granicy, nie całkiem zresztą planowanego, bo gdyby nie ten deszcz, nie byłoby przecież tej sytuacji. Dla obojga zaś jest to sytuacja dość wyjątkowa w skali kilku ostatnich lat. Alicja przez te wszystkie lata parę razy pozwoliła, żeby znajomi z kimś ją umówili. Głównie po to, by nie naruszać tego śladowego, ledwie widocznego parawanu opieki, jakim ci nieliczni znajomi jakoś ją otoczyli. Piotr przez te wszystkie lata na podobną propozycję nie zgodził się ani razu. Może dlatego, że rozpostarty nad nim parasol był zawsze mocny i stabilny, bo przecież rozpięli go bezpośredni uczestnicy tamtych wydarzeń. Tamtych, wtedy. Ich opieka jest raczej niezachwiana, więc nie trzeba niczego robić tylko ze względu na nich. Raczej się nie obrażą. Można więc za każdym razem odpowiadać tym samym bon motem: „W sprawach damsko-męskich ja już jestem na emeryturze”. A kiedy ma się lepszy humor, to ewentualnie można jeszcze dodać: „I jest to tak zwana emerytura zasłużona”.

Piotr nagle sobie uświadamia, że od tamtego czasu, od tamtych wydarzeń właściwie nikt u niego jeszcze nie był. Oprócz dwojga wiadomych aniołów stróżów. Ale już na przykład takiego Kamila jakoś nigdy nie zaprosił. Co dopiero jakiejś dziewczyny. Jakiejś innej dziewczyny… Jakby nie chciał przyznać, że są jeszcze inne dziewczyny. A teraz ma się tutaj zjawić Alicja. Osoba niemal mu nieznana. Dwa spacery. I jeszcze jedna impreza, po której ją odprowadził na przystanek. Czyli dwie i pół randki. A za chwilę ona wysiądzie z taksówki, przedrze się przez strugi ulewnego deszczu i przyjdzie do niego do mieszkania. Do tego mieszkania. Bo przecież przyjdzie, prawda?

Emerytura Piotra jest faktycznie zasłużona w takim sensie, że u niego przed Justyną było całe mnóstwo historii tego typu. U Alicji przed Adamem właściwie niczego nie było. Teraz okazuje się, że to nic nie znaczy. Żadnemu z nich dwojga nie jest przez to łatwiej. Prehistoryczne doświadczenia czy nawyki nie odgrywają tutaj większej roli. Oboje są niemal tak samo nieporadni. Niby w tych pierwszych momentach to Piotr wykazywał więcej inicjatywy. To raczej on coś tam powiedział, coś zaproponował. Alicja nie ma jednak pewności, czy to aby nie jest z jego strony po części automatyczne. Jakaś taka pamięć ciała. Płynne wchodzenie w wyćwiczone wcześniej ruchy. Bez żadnej głębszej treści. Piotr także zresztą nie ma tej pewności.

Tym razem propozycja też wyszła od niego – to znaczy propozycja spotkania tutaj, w jego mieszkaniu. Bo propozycja pierwotna, trzeciego spaceru, wyszła jednak od niej. Po tym, jak on zaproponował dwa wcześniejsze spacery, po tym, jak na początku zaproponował, że ją odprowadzi po tamtej imprezie. Ale na koniec drugiego spaceru to jednak ona powiedziała, że może w następną sobotę mogliby również. Oczywiście, jeśli on ma ochotę i czas. Jasne, że ma. Mieli się więc spotkać na trzeci już spacer w parku. Pochodzić, pogadać. Korzystając z pełni wiosny. „Poszukać oznak wiosny”. Tak się mówiło w jego przedszkolu. Gdy się szło na spacer do parku. U niej się tak nie mówiło? Nie, ona nie chodziła do żadnego przedszkola.

Miał więc to być jedynie kolejny spacer – dość szybko, ale nie jakoś bardzo szybko po poprzednim. Plener, przestrzeń publiczna: przedsięwzięcie z samej swojej natury całkowicie niezobowiązujące. Nie ma problemu, kto kogo zaprasza, kto płaci, kto może pierwszy wyjść. Na godzinę przed umówionym spacerem zaczęło jednak potwornie padać, a z prognoz wynikało, że do końca dnia już nie przestanie. Alicja zadzwoniła więc do Piotra, mówiąc, że chyba muszą to odwołać. Piotr zaraz zaprotestował, że może raczej przełożyć. No tak, przełożyć. Oczywiście.

– Albo wiesz co… – zaczął Piotr.

– Tak?

– To może po prostu ty wpadnij do mnie. Posiedzimy, pogadamy. Ja coś ugotuję. Wsiadaj w taksówkę, przyjeżdżaj.

– Umiesz gotować?

– Kiedyś umiałem. Sprawdzimy, czy to jest jak z jazdą na rowerze, że się nie zapomina, czy raczej jak z samochodem, że się zapomina.

– No w sumie…

– Przyjedź – powtórzył Piotr. – A jak przestanie padać, to najwyżej pójdziemy do jakiegoś innego parku. Niedaleko jest Park Jordana.

– Okej – odparła Alicja. – Czemu nie… Będę gdzieś za godzinę. Wyślij mi adres.

Czemu nie? Jest całe mnóstwo powodów, żeby nie. Bardzo nie. Ale o tym jeszcze się nie mówi. Chociaż to już przecież wisi w powietrzu. Oboje coś tam przecież słyszeli. Więc raczej byłoby co odpowiedzieć na pytanie: dlaczego nie? Ale na razie nie odpowiadają. Na razie Alicja też mu nie mówi, że do Parku Jordana to akurat nie. W żadnym razie. Są inne parki. On jej z kolei nie mówi, że w domu nie ma nic, z czego dałoby się cokolwiek sensownego ugotować, no bo od kilku lat niemal codziennie je makaron z pesto, którego też już pewnie nie ma, więc ta godzina to naprawdę na styk, a on będzie musiał zaraz pobiec na placyk. Może dosłownie pobiec. Po coś. Nie wie jeszcze po co. Szparagi może. Czerwiec jest. Pewnie są szparagi.

Okazuje się, że szparagi są. Są pistacje. Czosnek, cebula, natka pietruszki. Na rogu jeszcze ryż do risotta. Twardy ser do tarcia. Butelka vermentino. Dwie butelki: Piotr postanawia być optymistą. Jeszcze jakaś przystawka… Coś do białego. No to bagietka, mascarpone, truskawki i mięta. Lepszy od mascarpone byłby może jakiś polski twardy zagrodowy. Ale na to za późno, więc będzie mascarpone. Jedna pistacja na wierzch każdej kanapeczki. I dużo pieprzu. Przez chwilę się zastanawia, czy ma w domu pieprz. Facet z budki przywabia go spojrzeniem. Pesto? Nie, dzisiaj pesto nie.

Z tym wszystkim w garści Piotr pędzi do domu, usiłując powyginanym parasolem osłonić się przed padającym niemal poziomo deszczem. Za jakieś dwadzieścia minut przyjedzie Alicja. Bo chyba przyjedzie? Zastanawia się, jak będzie milej i mniej zobowiązująco: zrobić to wszystko wcześniej i podać po kelnersku czy raczej razem coś przygotować… Na to pierwsze i tak jest już w sumie za późno. Czyli wersja, że razem. Wspólne gotowanie. Pichcenie. Wpadnij do mnie, coś razem ugotujemy. W ostatniej chwili postanawia, że chociaż obierze szparagi. I wrzuci do wody. Bo z tym jest zawsze dużo roboty. A resztę można przy niej. Z nią. Razem. Możesz umyć truskawki? Pokrój tę natkę, dobra? Udaje mu się jeszcze skroić pół bagietki – chyba wystarczy pół? – i posmarować to wszystko mascarpone, gdy słyszy dzwonek domofonu. No to truskawki, pistacje i miętę kładziemy już razem. I dużo pieprzu. Jest w końcu ten pieprz? Jest. Piotr potrząsa młynkiem, przystawia do ucha i szacuje, ile jest tego w środku. Powinno wystarczyć.

Najwyraźniej Alicja też jest optymistką, bo wręcza mu dwie butelki. Mówi, że nie wiedziała, co będzie gotował, więc wzięła jedno białe i jedno czerwone. Piotr odpowiada, że też ma dwie, więc się szykuje ostra impreza. A może raczej przewlekła. Ona odpowiada, że najwyżej będą mieli na następny raz. Świetna zagrywka! Będzie następny raz! Piotr zaczyna coś pleść, że to trochę bzdura z tym dobieraniem wina do jedzenia. Że do tego to, do tamtego coś innego… Że jemu samemu się nieraz zdarzało dobierać bardzo nieortodoksyjnie i goście nie narzekali. Alicja pyta, czy dużo było tych gości. On wie, o co ona go pyta. Zastanawia się, czy to jest w jej oczach jego wada czy może raczej odwrotnie. Różnie się o tym mówi. Nie wiadomo nigdy, co dla kogo okaże się zaletą. W pewnym wieku to się też zresztą zmienia. Na wszelki wypadek odpowiada, że ci goście to raczej były pojedyncze osoby. Ale swego czasu wylądował w takim mieszkaniu studenckim… Już jako całkiem dorosły człowiek. I tam gotował dla całego stada tych małpiszonów. To był jednak dość wymagający odbiorca wbrew pozorom. Niby niewyrobiony, ale jednak trudny. To już łatwiej jest dla takich grać.

A, no tak, mówi Alicja, bo on przecież kiedyś grał, i to całkiem na serio, zdaje się, prawda? Prawda, no tak. No to dlaczego już teraz nie gra? Piotr jej przypomina, jak na jednym z tych wcześniejszych spacerów ona mu wyjaśniła, że jest teraz psychologiem niepraktykującym, ale to jednak zostaje na całe życie, trochę tak jak z alkoholikiem niepijącym. No i na tej samej zasadzie on jest może muzykiem niepijącym, to znaczy, tfu, niepraktykującym, bo pijącym to jednak owszem, tak, chociaż też nie za często. Białe chyba na początek pod te truskawki, co? Tutaj jednak ortodoksyjnie.

To jest jego własny pomysł? Po części… Truskawki z miętą i pieprzem to jest raczej typowe zagranie. Może te pistacje do tego to szczypta oryginalności. Alicja pyta, czy on nigdy nie myślał o otwarciu jakiejś knajpy. Piotr odpowiada, że raczej nie. Ale kiedyś chciał napisać książkę kucharską. Może i dość oryginalną. Chociaż nie jest pewny, bo nigdy żadnej nie czytał. Byłaby to rzecz w stylu no bullshit. Nie wie, jak to powiedzieć po polsku. Bez zbędnego pieprzenia? I pieprzniczka na okładkę. Chociaż jako tytuł to by pewnie nie przeszło. Ale wiesz, generalnie w takim klimacie, że pizza na drożdżach instant, bulion do risotta spokojnie z kostki, że ogólnie sos w czasie gotowania makaronu, nie że cztery godziny, a z kolei szparagi to normalnie w słupkach na oliwę, a nie że tam pionowo w specjalnym garnuszku.

Alicja pyta, czy te szparagi dzisiaj to też na oliwę po prostu. Tak, na kilka minut, żeby zmiękły. Ale nie za dużo tej oliwy, bo risotto ma być przede wszystkim jednak maślane. To może ona coś pomoże. A, to bardzo dobry pomysł. Siadamy gdzieś z tymi kanapkami na chwilę czy tak pogryzamy, krojąc? Może być krojąc. Zresztą jak się już zrobi tę bazę, to potem się tylko podlewa, więc wtedy jest sporo czasu, żeby sobie usiąść. To co ona ma robić? Piotr mówi, że krojenia czosnku i cebuli jej nie da, bo to jest brudna i chamska robota. Może by pietruszkę pokroiła? Drobno. Tak? Nie no, drobniej.

Ryż szklanką odmierzyć. Prawie całą szklankę. Niecałą. Trzy czwarte? Może raczej cztery piąte. Bulion się podgrzał – pewnie, że na kostce – można wyłączyć. Teraz na patelnię cebula i czosnek, kropla oliwy, nie za dużo… Bo ma być na maśle, tak jest. No właśnie. Jak zmiękną, to wtedy w to ryż. I kontrolnie kosteczka masła. A jak się zbrązowi… To w to szparagi? Nie, nie… Szparagi na końcu. O, te szparagi już prawie dobre, więc teraz w te szparagi jeszcze trochę pistacji. Garścią po prostu. Bez zbędnego pieprzenia? Właśnie. A jak się ten ryż zrobi taki przezroczysty, to dolewamy bulion. Łyżką, tą wielką. I jak ryż go wchłonie, to znowu. I teraz można przysiąść z kanapeczką. Jeszcze wina? Dobre, fakt. A te szparagi i pistacje po ostatnim dolaniu wody dopiero. I cały czas mieszamy, żeby nie przywarło. I teraz pietruszka. I mieszać. Zetrzesz parmezan? I jeszcze kilka pistacji zgnieść widelcem na desce na taki proszek. Do posypania. Gotowe. Nakładamy. Tu jeszcze pół zostało, więc potem otworzę drugie. Też białe. Niech się to od ciebie jeszcze chwilkę chłodzi.

– Kiedy się nauczyłeś tak gotować? – pyta Alicja.

– Mniej więcej wtedy, kiedy zacząłem odstawiać gitarę. Jedno mi w sumie trochę zastąpiło drugie.

– W sensie komponowania smaków czy coś takiego?

– Nie… W sensie towarzyskim raczej. Jak grasz na gitarze na jakiejś imprezie, to ludzie tam siedzą, gadają, trochę cię słuchają, a trochę nie, a ty za bardzo nie musisz mówić, bo grasz. Więc tak sobie brzdąkasz, trochę ich słuchasz. Generalnie bardziej się przyglądasz, niż uczestniczysz. I jak gotujesz, to w sumie tak samo.

– Ciekawe…

– No, to taki mój trik towarzyski. A jaki jest twój?

– Mój jest taki, że zawsze mówiłam, że jestem psychologiem, i wtedy już nic więcej nie musiałam mówić, bo każdy mi od razu opowiadał historię swojego życia. Wystarczyło słuchać.

Piotr musi przyznać, że być może to ta umiejętność słuchania go do Alicji przyciągnęła. I podejrzewa, że to nienajlepiej o nim świadczy. Bo być może on się nią zainteresował tylko po to, by być przez kogoś wysłuchanym. No jasne, że nie tylko. Na pierwszy rzut oka widać przecież, że to fantastyczna dziewczyna. Ale tamto słuchanie też miało tutaj znaczenie. Poznali się na imprezie, na którą Piotr już nie mógł nie przyjść. Jakiś kolejny sukces Michała. Coś tam świętowali. Niech żyje Michał. Ciepły majowy wieczór. Siedzieli na zewnątrz. Piotr zauważył ją od razu. Już jak się wszyscy schodzili, witali, przedstawiali. Usiadł tak, żeby być dokładnie naprzeciwko niej. Zawsze umiał dobrze usiąść. Alicja cały wieczór siedziała więc po drugiej stronie stołu, obok starszego faceta, który przez większość czasu opowiadał o swojej chorobie. Coś tam go trafiło, jakiś zawał czy udar. Piotr wyłączył się po kilku minutach. Tak jak i reszta stolika. Facet opowiadał o tych chwilach, kiedy w zasadzie umierał. Potem o szpitalach, o jakiejś rehabilitacji. Wszyscy grzecznie kiwali głowami, czekając, aż skończy. Z wyjątkiem Alicji, która słuchała cały czas w najwyższym napięciu. Zwróciła się w jego stronę, jakby chciała go słuchać nie tylko uszami, ale i całym ciałem. Wpatrywała się w niego uważnie. W ogóle zachowywała się tak, jakby byli tylko we dwoje w całym wszechświecie, jakby on opowiadał przy tym historię nie tylko interesującą, ale i dla niej osobiście ważną. Piotrek pomyślał, że ona nie może być tym facetem w żadnym sensie zainteresowana. Że najwyraźniej ma takie właśnie podejście do całego zewnętrznego świata. Słucha z najwyższą, kosmiczną wręcz uwagą. Jest w samym środku tej umiarkowanie przecież pasjonującej historii i wszystko drobiazgowo rejestruje. Gdyby ją za pół roku przepytać ze szczegółów, wszystko by pamiętała. I jeszcze co jakiś czas wtrącała jakieś piekielnie celne pytanie. „To się wydarzyło tylko raz czy wiele razy?” „Pan to wie na pewno czy się tylko tego domyśla?” „Pan to czuł już wtedy czy później doszedł do wniosku, że musiał to wtedy czuć?” Albo takie krótkie, złożone z dwóch, trzech słów. Pytania jak ciosy pięścią. A równocześnie niezwykle przyjazne, wyrozumiałe. Wypowiedziane niskim, niemal męskim głosem. Kojące. Często poprzedzone takim mruczącym: mmm. „Mmm… dlaczego?” „Mmm… od kiedy?” „Mmm… pan? Właśnie pan?”

Kiedy później, na tym pierwszym spacerze powiedziała, że skończyła psychologię, to się oczywiście wcale nie zdziwił. Zdziwił się za to, gdy dodała, że już od kilku lat nie pracuje jako psycholog. Może powinien wtedy spytać: „Mmm… dlaczego?”. Ale spytał tylko, co w takim razie robi. Powiedziała, że pracuje dla linii lotniczych. Głównie z domu, czasem zajrzy do biura. Dla rozrywki przede wszystkim. Przysyłają jej takie tabelki. Po każdym locie. I ona te tabelki przekleja do takiej większej tabelki zbiorczej. No i tak. Ze dwie godziny dziennie jej to zabiera. Płacą niewyobrażalnie dobrze.

Mówiła wtedy trochę o sobie, ale widać było, że woli, kiedy on mówi. Wtedy i jego słuchała całym ciałem. Patrzyła wprost na niego, odwracała się w jego stronę. Jeśli akurat szli, to niekiedy przystawała. Miała dokładnie odwrotnie niż wszyscy inni ludzie, którzy w rozmowie czekają tylko, aż ta druga osoba skończy mówić, żeby wreszcie móc samemu zacząć. Słuchają jedynie z podstawowej grzeczności, żeby nie zerwać tego zasadniczego kontraktu konwersacyjnego, który już za chwilę im samym pozwoli się rozgadać. Alicja przeciwnie: z grzeczności przeczekiwała te chwile, kiedy sama musiała coś powiedzieć. Mówiła o sobie trochę, aby nie urazić rozmówcy. Ale tak naprawdę przez cały czas czekała, aż będzie mogła skończyć mówić. Aż będzie mogła zacząć słuchać. Z najwyższą uwagą. Całą sobą.

Piotr natychmiast zaczął sobie zadawać pytanie, czy ona mu przypomina Justynę. Czy jest do niej jakoś podobna? Na pierwszy rzut oka – raczej nie. Z wyglądu nie bardzo, może trochę. Włosy pofarbowane na zupełnie inny kolor. Nie tak szczupła jak Justyna. Niezbyt podobna. Ale w zachowaniu? W tym podstawowym nastawieniu wobec świata? Justyna też różne rzeczy robiła całą sobą. Później Piotr odkryje jeszcze kilka drobnych, ale może i znaczących podobieństw w ich historii życiowej. To samo przebijanie się, uparte płynięcie na powierzchnię. U Justyny spóźnione, u Alicji stłumione. To jest jakieś podobieństwo. Może trochę na siłę. Ale może to ono go początkowo w Alicji ujęło.

A co ujęło Alicję w Piotrze? Raczej nie podobieństwo do Adama, bo tego nie ma wcale. Więc może właśnie ten kontrast. Może faceci chcą mieć dziewczyny podobne do swoich dawnych dziewczyn, a dziewczyny chcą facetów zupełnie niepodobnych do poprzednich? Co ujęło Alicję? Może po prostu: długie włosy i gitara? To znaczy może nie długie… No, półdługie. Zresztą w tym wieku to w ogóle jakiekolwiek jeszcze włosy… Gitara też raczej domyślna, bo on jest gitarzystą niepraktykującym. Ale może to też jest taka zagrywka? Wiesz, ja już prawie nie gram. A potem jednak gra. Albo że nie tańczy. A potem, owszem, proszę bardzo. A nawet jeśli faktycznie nie gra, to za to gotuje. Ma rację, widząc tu jakiś łącznik, jakieś zastępowanie jednego przez drugie. Nie wiadomo, czy w sensie życia towarzyskiego, jak mówi, ale w sensie życia damsko-męskiego. To na pewno. Ten sam trik właściwie.

Długie włosy i gitara. Ogólnie: taki chłopak z liceum trochę. Taki, jakiego się w liceum chciało mieć. Dla Alicji taki chłopak był w czasach liceum oczywiście zupełnie niedostępny. W czasach liceum wszystko zresztą było dla niej niedostępne. A Piotrek faktycznie taki nieco chłopięcy. Dzieciak też trochę. Ale i jakoś poza wiekiem. Taki nad wiek dojrzały nastolatek. W pierwszej chwili trudno powiedzieć, ile może mieć lat. Jednokolorowa koszula, która trochę postarza tego nastolatka w nim, a równocześnie odmładza tego czterdziestoparolatka. W komediach romantycznych mówią: „Chciałabym się z tobą zestarzeć”. No, z Piotrem to można najwyżej odmłodnieć.

W dużej mierze jest świadomy efektu, jaki wywołuje. Musi być świadomy. Gra trochę sobą, gra tą postacią, którą tworzy. Typ: lonely stranger. Mężczyzna z jakąś tajemnicą. Alicja trochę słyszała o tej tajemnicy, więc wie, że ta gra nie jest całkiem bez pokrycia. Nie przestaje przez to jednak być grą. Wszystkie te zabiegi, które on stosuje świadomie albo i nieświadomie. To, jak umie usiąść naprzeciwko niej. Umie odpowiednio stanąć, kiedy się wszyscy żegnają. Umie się znaleźć w odpowiedniej podgrupie. Umie zaproponować, że ją odprowadzi.

Być może więc Alicji najbardziej się podoba to, że znalazł się obok niej chłopak, który umie zastosować te wszystkie zagrywki i chce je stosować właśnie wobec niej. Chce usiąść naprzeciw niej, żeby móc ją słyszeć, nawet jeśli ona rozmawia z kimś innym. Żeby ona go słyszała, nawet jeśli on coś opowiada niby komuś innemu. Ktoś, kto chce ją odprowadzić. A nawet nie tyle ją odprowadzić, ile zaproponować, że ją odprowadzi. Być tym, który wygłasza taką propozycję. Bo to jest tu oczywiście najważniejsze. A ona się na tę propozycję zaraz zgodziła. Planowała wcześniej zwyczajnie pójść piechotą do siebie na Podwawelskie, ale powiedziała, że pojedzie autobusem, żeby on ją miał dokąd odprowadzić. Na przystanek. No bo pod dom to chyba jednak przesada? Nawet nie na pierwszej randce, tylko na takiej randce zerowej. Przesada.

Wchodzi się w tę konwencję po prostu. Miło jest, jeśli ktoś, tak jak Piotr, wobec człowieka zręcznie tę konwencję uruchamia. I wtedy człowiek sam zaczyna tworzyć przestrzeń dla tej konwencji. Czyli na przykład Alicji do niczego nie było potrzebne to jego odprowadzanie, ale pomyślała, że może stworzyć taką potrzebę, żeby się to mogło po prostu odbyć. Na tej samej zasadzie zupełnie niepotrzebne są jej truskawki i szparagi, ale to bardzo miło, że on dla niej te truskawki uruchamia. I to się liczy. Chociaż risotto faktycznie bardzo dobre. I ogólnie: Piotrek to fantastyczny chłopak. Co zaraz rodzi jednak pewną podejrzliwość. Bo skoro ty jesteś taki fantastyczny, to dlaczego nie masz nikogo? Alicja myśli, że to marny argument, bo przecież ona też nikogo nie ma. Ale ona nie jest fantastyczna. Może i jest w jakimś sensie. Ale ona ma obiektywne powody, aby nikogo nie mieć. Może on też ma. Jeśli to, co słyszała, jest choć po części prawdą. Ciekawe, co on słyszał. A risotto w każdym razie znakomite. Bo poza tym to już same wątpliwości.

Piotr ma oczywiście dokładnie te same wątpliwości. I może to ich w końcu najbardziej zbliży. Trzeba by je tylko ujawnić. Mówią teraz niezbyt wiele. Piotr stara się nie mówić zbyt dużo, bo odkąd sobie zdał sprawę, że być może go do niej przyciąga to jej słuchanie, stara się tego nie nadużywać. Bo za chwilę będzie tak, że on jej całe swoje życie opowie, a ona jemu nic. A jeśli coś ma z tego wyjść… A ma coś z tego wyjść? Do tego Piotr nie jest jeszcze ani trochę przekonany. To jest oczywiście pod wieloma względami świetna dziewczyna. No ale. Dziewczyna, właśnie. Bo on tak o niej myśli. A ona o nim: chłopak. Czego oczywiście nawzajem na razie nie wiedzą. Spodobałoby im się, gdyby się w tej sprawie zgadali. Choć oczywiście odmładzając w myślach tę drugą osobę, odmładzają też samych siebie. Bo w sprawie wieku już się na jednym z wcześniejszych spacerów zgadali.

– To ile ty masz lat właściwie? – spytała Alicja.

– Czterdzieści cztery.

– To dokładnie tyle co ja.

– Ciekawe, czy co do dnia.

Sprawdzili. Nie, nie co do dnia. Choć dość blisko. Jest między nimi całe mnóstwo innych symetrii, które być może trzeba będzie jeszcze odkryć. Jeśli się na to zdecydują. A tego żadne z nich nie jest jeszcze pewne. Na jednym ze spacerów Alicja przywołała ten stary dowcip, który ktoś jej opowiadał. O jakimś filozofie. Że on mówi: skoro pani lubi samotne spacery i ja lubię samotne spacery, to może pospacerujemy razem. Piotr się roześmiał, Alicja jednak spochmurniała, bo zaraz jej się przypomniało, kto jej ten dowcip opowiadał.

Ale już kilka dni później to risotto ze szparagami dla niego jest jednak znacznie trudniejsze niż dla niej. Bo Alicja z Adamem nigdy risotta ze szparagami nie jadła. A Piotr… Nie może sobie teraz przypomnieć. Ale musieli, no musieli. Risotto. Albo makaron. Ten jego autorski pomysł ze szparagami, pomidorkami koktajlowymi i pietruszką. Dziś trzeba było zrobić. Czyli on myśli także o dziś, a nie tylko o wtedy. No proszę. Ale z Justyną… Szparagi. Kiedyś. Może na tarcie? A ona powiedziała, że może obrać. Ale nie mogła. Bo była leworęczna. A obieraczkę mieli tylko dla praworęcznych. I któregoś dnia wróciła z Kleparza i powiedziała, że kupiła obieraczkę dla leworęcznych. Ta obieraczka nadal gdzieś tutaj jest. U Piotra. W którejś szufladzie. Piotr patrzy na Alicję pijącą wino. Trzyma kieliszek w prawej ręce. Czyli praworęczna. Niestety. Na szczęście.

Piotrowi jest dzisiaj ogólnie trudniej niż Alicji, pewnie głównie dlatego, że się spotkali właśnie u niego. Gdyby siedzieli teraz na Podwawelskim, pewnie byłoby to trudniejsze dla niej. Bo teraz to jest dla niej tylko tyle, że siedzi w jakimś kompletnie nieznanym mieszkaniu, zajada sobie szparagi, popija wino, gawędzi z fajnym facetem, z fajnym chłopakiem, w zgrabnej błękitnej koszuli. I to jest oczywiście samo w sobie trudne, ale jednak nie aż tak jak dla niego. Bo dla Piotra siedzieć tu i jeść coś przyzwoitego, popijając to winem, z jakąś dziewczyną… Mieć tutaj na obiedzie jakąkolwiek dziewczynę… Dziewczyna tutaj no to w zasadzie z automatu: Justyna. W tym mieszkaniu. Bo trzeba się było wyprowadzić. W takiej sytuacji trzeba. Ale Piotr nie może. Bo jednak jest też Bartek. Czyli nie może.

Można by nawet powiedzieć, że Piotr to wszystko wykroił nie tylko dla niej, ale i dla siebie. Bo kiedy to ostatni raz jadł coś na poziomie? A teraz, dzięki niej, je tu sobie risotto i popija vermentino. Bo bez niej, przez te wszystkie lata, to raczej nie. Na co dzień je makaron z pesto. Zastanawia się, czy jej tego nie powiedzieć w reakcji na kolejne komplementy pod adresem risotta. Na co dzień to on na ogół gotuje paczkę makaronu na raz, miesza to z pesto, ser czasem ma, czasem nie ma, zielonego raczej nic na to, a jak się już to wymiesza, to się robią cztery porcje. Dobra, bywa, że orzechów jakichś dosypie. I pierwszego dnia zjada tę jedną czwartą, a resztę do lodówki i potem to w odcinkach odsmaża. Drugiego dnia jest najlepsze. Dużo lepsze niż pierwszego. Przegryza się. Trzeciego dnia jest jeszcze, powiedzmy, akceptowalne. Czwartego już zwyczajnie obrzydliwe. No niestety. Więc czasem tę czwartą porcję Piotr je jako kolację trzeciego dnia. To samo na obiad i na kolację. Trochę jak pies. No i trudno.

Ona mówi, że dobre pesto zrobić to też sztuka. Bo on jej to oczywiście w końcu opowiada. Mimochodem. Nie żeby wzruszyć. Czterdziestoparolatek, który je makaron z pesto. Ludzie głodują przecież. Nie przesadzajmy. Dobre pesto zrobić… No tak, ale on gotowe kupuje. Kiedyś czasem robił. To znaczy dawniej. Nie tylko bazyliowe. Pistacjowe często. Na mięcie głównie. Taka historia. A raz też z rukoli, ale to wyszło naprawdę obrzydliwe. Nie smakowało gościom. Oczywiście zaraz sobie przypomina, jakim gościom. Jemu też zresztą nie smakowało.

Alicja mówi, że w takim razie będzie do niego często przychodzić, żeby on też czasem zjadł coś porządnego. Piotr mówi, że to by było bardzo dobrze. Bardzo zdrowo też po prostu. No tak. Zapędzili się trochę. Ona się chowa za kieliszkiem. On sobie dolewa. Już z drugiej butelki. Trzeba jednak zrobić dwa kroki do tyłu. Ona mówi, że Piotr ma bardzo ładne to mieszkanie. W ogóle samo miejsce. Nie znała tej uliczki, chociaż kiedyś mieszkała w okolicy. W samym centrum, a ukryta. I jeszcze nazwa muzyczna, to chyba do niego pasuje. Piotr odpowiada, że on to grał raczej muzykę niesymfoniczną, nawet w tych najlepszych latach. Ale że mieszkanie faktycznie jest świetne. Bardzo je lubi. To ostatnie mówi trochę bez przekonania. Polubił je od początku – tak by było lepiej. Lubił je. Wtedy.

Alicja pyta, czy to jego własne czy wynajęte. Piotr mówi, że wynajęte. Wtedy, sześć lat temu, jeśli dobrze liczy. Od tamtego momentu cały czas tutaj. Alicja mówi, że czynsz w takim miejscu musi być jednak spory. Piotr mówi, że właściciel od lat nie podnosi. Nie dodaje, że to pewnie z litości. Zastanawia się, czy to jest ten moment, żeby wspomnieć o swojej względnej stabilności finansowej. Ona w sumie już wspomniała. W końcu nie mają po dwadzieścia lat. Może trzeba to zaznaczyć. Mówi więc, że z pensji w sklepie spokojnie mu na wszystko starcza. Poza tym ma jeszcze trochę oszczędności z dawnych dobrych czasów. Z tego dzwonka.

Co to za historia? Z jakiego dzwonka? A, no bo on napisał kiedyś taki dzwonek do telefonu. Skomponował w sumie. I to był wielki hit, na całą Polskę. Kasa niewyobrażalna. Przez kilka lat. Alicja się śmieje i pyta, czy on jej może ten legendarny dzwonek zanucić czy zaśpiewać. Jasne, że może. Ti-ti-tiii-ti-ti. A, to! Jasne, że zna. Ktoś z jej znajomych miał taki. Kto? No niby kto?

Piotr proponuje, że ją oprowadzi. Alicja myśli, że to teraz. Ale on mówi tylko, że tam jest jego sypialnia, i prowadzi ją zdecydowanie w stronę innego pokoju. Tam trzyma gitary. Na których raczej nie gra? No tak, czasem coś tam najwyżej. Jak wypiją jeszcze i tamte dwa wina, to zacznie grać, sto procent. Alicja mówi, że nie będzie naciskać. Piotr mówi, że wtedy to on będzie naciskać, no w sensie gitary, wiadomo. Śmieją się. Ona mówi, że to jest jednak coś, mieć osobny pokój na gitary, na których się w zasadzie nie gra. Piotr odpowiada, że jakoś nie znalazł lepszego zastosowania dla tego pokoju. A co jest w tych pudłach? Nic dziwnego, że Alicja pyta, bo trudno nie zwrócić uwagi na te wymalowane na pudełkach orki i trolle.

– A to takie gry – odpowiada Piotr wyraźnie speszony. – A tu figurki do tych gier. Maluje się to, więc tutaj jeszcze takie farbki, pędzelki…

– Siedzisz w takich… klimatach? – pyta Alicja.

– Nie… Ja raczej nie. To było tak, że… No był taki chłopiec kiedyś… Ja z nim wtedy grałem w to. Malowaliśmy te figurki i graliśmy bardzo dużo. A później jakoś nie miałem ochoty tak całkiem wyrzucać…

– Może się przyda jeszcze.

– Może komuś… Może dam to komuś kiedyś. Może znajdę kogoś, komu się to może przydać. Bo tamten chłopiec… Jemu to już jednak nie…

– Tego chłopca już nie ma? – pyta Alicja.

– Nie ma. To znaczy nie w tym sensie. Bo tak, no to owszem, jest. Gdzieś tam jest. Ale my już teraz… No nie mam z nim żadnego kontaktu. Zresztą teraz jest już pewnie za duży na takie gry też.

– To ktoś z rodziny?

– Nieee… To znaczy tak. Dla mnie trochę tak. Chociaż formalnie to nie.

– I to był jego pokój?

– A czy ty musisz wszystko zawsze od razu odgadnąć?

– Przepraszam…

– Sherlock Holmes po prostu!

– Przepraszam. Głupie nawyki.

– Może raczej niegłupie – mówi Piotr pojednawczo. – Chodź, pokażę ci balkon.

Alicja grzecznie odpuszcza temat i daje się poprowadzić na balkon. To już drugi raz tego dnia, kiedy odpuszcza. Pierwszy raz był wtedy, gdy spytała, dlaczego chwilę przed czterdziestką przeniósł się z Łodzi do Krakowa. Chyba nie z powodu tego sklepu? Wtedy nie wymyślał jej jeszcze od Sherlocków – to było butelkę wina temu – ale zrobił minę, z której jasno wyczytała, że nie, nie z powodu sklepu, ale że jednak dwa kroki do tyłu. Oczywiście mogłaby sobie roboczo poskładać te wszystkie kawałki. Klejąc je tym wszystkim, co o Piotrze słyszała od wspólnych znajomych. Na razie postanawia się jednak powstrzymać.

Deszcz dalej pada. Może trochę mniej. Na szczęście jest bardzo ciepło i nie zacina już poziomo, więc śmiało można tu na chwilę przysiąść. Przecierając krzesełka papierowym ręcznikiem, Piotr myśli, że kilka najważniejszych rozmów w jego życiu odbyło się na balkonach. Co pewnie jednak nie działa w drugą stronę – to znaczy nie wystarczy wyciągnąć kogoś na balkon, żeby rozmowa z automatu stawała się ważna. Przysuwają krzesełka, inaczej się nie zmieszczą pod tym maleńkim daszkiem. Piotr przynosi wino. Zgodnie ustalają, że dopiją tę drugą butelkę, ale trzeciej stanowczo nie będą już otwierać. Alicja mówi, że na dzisiaj dość. Piotr się zastanawia, czy to się odnosi tylko do wina.

Alicja zachwyca się, jaki on ma tu świetny widok. Tyle zieleni. Wielkie podwórze. Właściwie ogród. Dobrze, że nie zrobili tu parkingu. Ona sama na Podwawelskim też ma balkon. Nawet jest sporo zieleni, ale wszędzie jeszcze te przeklęte samochody. Musi do niej też wpaść zresztą. A tutaj cisza, spokój, w samym środku miasta. Piotr mówi, że w tygodniu jednak słychać Aleje. Że on też nienawidzi samochodów. Zlikwidowałby całkiem prywatny ruch samochodowy w miastach. Alicja mówi, że jak przyjechała do Krakowa, to z początku bardzo jej to przeszkadzało. Że właściwie nie widać tutaj pór roku. Że wszędzie jest coś. Nie ma ani kawałka miejsca, gdzie by po prostu nie było nic. A przecież i tak Kraków jest pod tym względem sto razy lepszy niż większość innych miast. Polskich w każdym razie. Bo jak jest gdzie indziej, to ona nie wie. Nie za dużo jeździła. Piotr odpowiada, że Łódź jest pod tym względem faktycznie gorsza. Łódź to jest w ogóle dość specyficzne miasto. Nie wie, czy jest takie drugie miasto na świecie, gdzie ścisłe centrum to jest w pewnym sensie najgorsza dzielnica. I najbrzydsza miejscami też. Co jest pewnie jakimś ewenementem. Więc kiedy on przyjechał do Krakowa, to raczej mu się spodobało, że tak tu nisko, małomiasteczkowo. Ale zna tutaj tylko centrum właściwie.

Alicja pyta, gdzie mieszkał w Łodzi. Czy w tej najgorszej dzielnicy właśnie? Tam też. Na koniec tam. I tam było w zasadzie najlepiej. Więc może upadła ta jego teoria. Miał mnóstwo adresów w Łodzi. A w Krakowie tylko ten jeden. Nie licząc w dzieciństwie, z matką, to właściwie nigdy nie mieszkał w jednym miejscu tak długo jak tutaj. A ona skąd jest dokładnie? Z Kalnicy. W Bieszczadach. Piotr mówi, że wie, gdzie to jest. Był kiedyś. Wszyscy byli. Ale jak tam żyjesz na stałe, to już nie jest tak uroczo jednak.

– A pamiętasz, jak w dziewięćdziesiątym dziewiątym pod samym twoim oknem darli mordę do rana i tłukli w gitarę? – pyta Piotr. – No to właśnie ja darłem. Ja tłukłem.

Zaczynają się zastanawiać, czy faktycznie mogli się tam wtedy spotkać. Jak on wówczas wyglądał? No tak samo jak teraz mniej więcej. Plus minus. Teraz raczej minus, wiadomo. A ona? Nie no, ona to zupełnie inaczej. Ostatecznie udaje im się ustalić, że w wakacje kilka lat później, kiedy ona nalewała piwo w Wetlinie, to on tam, owszem, mógł piwo zamawiać. On mówi, że chyba jednak nie trafił na jej zmianę, bo gdyby tak, to wtedy by na pewno zwrócił na nią uwagę. Alicja odpowiada, że była wtedy dość myszowata. Piotr mówi, że wtedy cały kraj był dość myszowaty. Alicja twierdzi, że ona jednak szczególnie. Po chwili dodaje jeszcze, że jest całkiem możliwe, że ona by wtedy nie zwróciła na niego uwagi. Bo wtedy była zajęta czymś innym.

Piotr mówi, że chciałby umieć jej teraz zadać odpowiednie pytanie, takie, jakich ona wciąż zadaje całe mnóstwo. Takie pytanie sherlockowe. Ale niestety nie potrafi. Alicja się śmieje, że to jest niezła zagrywka. Że w gabinecie by to dobrze zadziałało. „Chciałabym ci teraz zadać odpowiednie pytanie, ale niestety nie wiem jakie”. Świetne. Otwierające. Piotr chwilę czeka i mówi, że tutaj jakoś nie zadziałało. Alicja się znowu śmieje. Piotr pyta, co się wtedy mówi, jak tak nie zadziała. Jak się pytanie okaże jednak nieotwierające. Alicja odpowiada, że się wtedy mówi, że się rozumie, jak się ta osoba czuje. I że to czasem rodzi zaufanie, a czasem opór i złość. I to jest jeszcze lepiej nawet. Bo wtedy ta osoba zaczyna protestować, że ty wcale nie wiesz, nic nie rozumiesz. I zaczyna ci tłumaczyć.

– Rozumiem… – zaczyna Piotr. – Przypuszczam, że musiało ci być tam ciężko wtedy…

– Nieźle – chwali Alicja.

– Ale serio.

– Serio to wtedy akurat dość lekko. W tamte wakacje. Bo ja już wtedy byłam na wylocie.

– Do Krakowa?

– Tak. To były ostatnie wakacje przed studiami. Przed przenosinami tutaj.

– To też musiało być niełatwe – mówi Piotr.

– Co?

– Przyjazd do obcego miasta. Nowe życie. Wszystko nowe. Sama tutaj…

– Trochę sama, a trochę nie sama – mówi Alicja.

Piotr odpowiada, że teraz to już naprawdę nie wie, co się mówi. Alicji przychodzi do głowy, że to jest może jego stała zagrywka. Że już wtedy, kiedy do niej zadzwonił po tamtym odprowadzeniu, po tamtej randce zerowej… Musiał jakoś zdobyć jej numer zresztą. Wtedy też powiedział coś w stylu: nie wiem, co się mówi, więc powiem to, co się mówiło dwadzieścia lat temu, licząc na to, że to nadal działa. A potem zaproponował, żeby się może spotkali kiedyś. Wyskoczyli gdzieś. Kiedyś tam, bez ciśnienia. Kiedyś. Jutro, powiedzmy. Albo dzisiaj. Co ona robi dzisiaj? Zgodziła się na to jutro.

Alicja myśli, że on zaraz znowu powie, że nie wie, co powiedzieć. Albo że nie wie, co się teraz robi. Po czym to właśnie zrobi. To, co się robi. I że może to ona powinna. Może ona powinna zainicjować. Pocałować go powinna. No po prostu, no. Tutaj, teraz. Na tym balkonie. W trakcie tej zamierającej rozmowy. Bo to jednak było błędne założenie, że się tu nic nie wydarzy. Musi się coś wydarzyć. Dzisiaj. Nie że zaraz nie wiadomo co. Ale coś, jednak coś. Bo jak dzisiaj nie, to później będzie już bardzo trudno. Jak dzisiaj nic, to on jednak odpuści. Albo ona odpuści. Na co ma oczywiście teraz wielką ochotę. Odpuścić. Uciec po prostu. Ale trochę by było oczywiście szkoda. Bo to jest naprawdę bardzo fajny facet. W naszym wieku taki facet. No ludzie. Ale jest też przecież i tamto wszystko. I jeszcze u niego jakieś coś, może nawet i symetryczne. Adam mówił, że symetria nie jest zasadą świata fizycznego i że dopóki ludzki umysł jest do niej przywiązany, dopóki jej na siłę poszukuje, to nie będzie mógł świata fizycznego zrozumieć.

Alicja myśli, że musi go teraz pocałować. No i też zwyczajnie chce oczywiście. Ale przede wszystkim – musi. Właśnie ona. A wtedy on… jakoś tak ją przytula. I koniec. Domem starców to trąci trochę. Więc ona jednak go całuje. I nawet nie wychodzi to tak strasznie niezręcznie. To znaczy jasne, że niezręcznie, ale nie jakoś bardziej niż zawsze. Może trochę. Czterdzieści cztery lata na głowę. Butelka wina prawie na głowę. Balkon w deszczu. No to jak ma być zręcznie.

Piotr myśli, że to jest jednak właściwa kolejność. No bo przecież jest wszystko tamto, o czym trzeba będzie pewnie opowiedzieć. O co też trzeba będzie spytać. Ale najpierw musi być to tutaj, na balkonie. Musi być wiadomo, że oni tego oboje na jakimś podstawowym poziomie zasadniczo chcą. A potem można analizować przeszkody. I je, powiedzmy, przeskakiwać. Ale gdyby je najpierw wszystkie tu wyliczyć, to by był dla drugiej strony komunikat, że jednak nie. W obu kierunkach by to tak zadziałało. I wtedy by powstała sytuacja klasyczna: ja chcę, ona chce, nic z tego nie będzie. Która to sytuacja zresztą pewnie tak czy inaczej powstanie.

– Słuchaj… – mówi Alicja, odsuwając się, ale potem jednak z powrotem przysuwając. –Naprawdę świetny z ciebie facet…

– Ale… – podpowiada Piotr.

– Nie… Nie że ale. No ale…

– Czyli jednak ale.

– Chodzi o to, że ja… Że ja nie wiem…

– No ja też nie wiem – mówi Piotr. – Ja też nie wiem.

Alicja myśli, że to w sumie dobrze, jeśli on też nie wie. Piotr myśli, że dużo łatwiej będzie przezwyciężyć jej wątpliwości niż swoje własne. Ale niekoniecznie ma rację.

– Nie wiesz – powtarza Alicja. – To powiedz mi, co wiesz.

– W sensie?

– Co wiesz. Co słyszałeś. Mamy przecież wspólnych znajomych. Ja pytałam, ty pytałeś. Powiedz, co słyszałeś. Co wiesz.

– Słyszałem, że twój mąż zmarł – mówi Piotr.

– To nie był mój mąż. To znaczy wtedy. Już nie. Ale tak. No tak.

– A ty co słyszałaś? – pyta Piotr.

– Słyszałam, że twoja żona…

– To nie była moja żona. Jeszcze… Może tak powinienem powiedzieć. No ale tak…

– Ale to jeszcze nie jest wszystko – mówi Alicja.

– Pytasz teraz? Czy to jest stwierdzenie?

– Pasuje w obie strony. Bo pewnie pasuje i do mnie, i do ciebie. No bo ty na przykład mówisz… A o tym nic wcześniej nie słyszałam… Ty mi mówisz, że tu był pokój jakiegoś dziecka kiedyś.

– A ty kiedyś – mówi Piotr – wykonywałaś zawód, który był chyba dość sensowny. I którego nie potrafisz przestać wykonywać. Ale równocześnie na co dzień robisz coś sztandarowo wręcz bezsensownego.

– No to widzisz.

– No to właśnie.

Alicja myśli, że to już tyle czasu. Że to nie było jednak wczoraj. Nie wiadomo, jak u niego. Ale u niej już jednak trochę czasu. Nigdy nikomu o tym nie opowiadała. Ciekawe, jak on. Postanawia po prostu zapytać. Piotr mówi, że są osoby, które po części śledziły wtedy tamto wszystko na żywo. Niektóre kawałki. Ale w całości to też nie. Nikomu nigdy nie opowiadał.

– Ja myślę, że są dwa wyjścia – mówi Alicja. – To znaczy, że my mamy teraz dwa wyjścia.

– Jakie? – pyta Piotr.

– Pierwsze jest takie, że przeskakujemy ten temat. Oba te tematy. Ani słowa o tym. Całujemy się na balkonie. Pijemy wino. Potrwa to kilka tygodni, może nawet kilka miesięcy. Ale ty tak dobrze gotujesz, że dla mnie to będzie kilka wspaniałych miesięcy. Więc ja to biorę w ciemno. Jakby co, to nie będę narzekać, że można było więcej.

– A druga opcja?

– Druga opcja jest taka, że ty mi to jednak wszystko opowiesz.

– A ty mnie?

– No tak. Chyba wtedy tak.

– Chyba…

– Nie no… Na pewno. Ja też. Tak.

– No to ja myślę…

– Czekaj – przerywa mu Alicja. – Chodzi o to, że ta druga opcja nie jest jakaś wznioślejsza, lepsza i szlachetniejsza. Nie musimy jej wybierać. Rozumiesz?

– Rozumiem – mówi Piotr. – I kusi mnie kilka miesięcy dobrego gotowania. No ale właśnie… A scenariusz numer dwa jak długo mógłby potrwać?

– Nie wiadomo.

– Aha.

– Wtedy to jest już normalna, zwyczajna historia. Może pięć minut, może pięćdziesiąt lat. Nie wiadomo. Wtedy to już zwyczajnie. Albo chcemy, albo nie chcemy. Ty chcesz, ja chcę. Albo nie. Ale nie że to jest na dłuższą metę po prostu niemożliwe. Że się nie może udać. Że musi się zwyczajnie rozlecieć.

– Po kilku miesiącach dobrego…

– No tak. To nie jest mało. A w drugim scenariuszu to już jest loteria. Ale z pełną gamą możliwości. Zwyczajna, przeciętna, normalna ludzka historia.

– Okej – mówi Piotr. – To ja wiem.

– Wiesz, która opcja?

– Wiem. A ty?

– Ja chyba też.

– To kto ma powiedzieć pierwszy?

– Ty – mówi Alicja.

– Więc ja bym ci chciał to wszystko opowiedzieć jednak.

– No to ja też.

– To się tak umówmy. Umówmy się, że ja ci tamto wszystko kiedyś opowiem. I ty mnie kiedyś opowiesz.

– Dobrze. Boję się tylko trochę tego twojego kiedyś.

– Dlaczego?

– Bo jak ty mówisz, że kiedyś, to zaraz potem dodajesz, że może jutro. Albo może dziś.

– Dzisiaj nie – mówi Piotr.

– Na jutro nie mam żadnych planów – odpowiada Alicja.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij