Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Performance Review - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
18 sierpnia 2026
34,99
3499 pkt
punktów Virtualo

Performance Review - ebook

Marta kończy studia i wchodzi na rynek pracy przekonana, że najtrudniejsze będzie zdobycie pierwszej pracy. Szybko odkrywa, że to dopiero początek. Najpierw trzeba przechytrzyć ATS-y, przeżyć rozmowy rekrutacyjne i korporacyjny ghosting. Potem przychodzą onboarding, KPI, feedback, spotkania, które mogły być mailem, integracje, reorganizacje i niepisane zasady dotyczące tego, co naprawdę znaczy „dobrze sobie radzić”. „Performance Review” to satyryczna powieść o pracy, ambicjach, korporacyjnym języku, rytuałach i rolach, które z czasem zaczynamy grać trochę zbyt dobrze. Gdyby korporacyjne życie dało się zamknąć w jednym długim memie, prawdopodobnie wyglądałoby właśnie tak. Jeśli kiedykolwiek pomyślałeś: „to spotkanie mogło być mailem”, odnajdziesz tu coś znajomego. Jeśli nigdy nie pracowałeś w korporacji – tym bardziej warto zobaczyć ten spektakl zza kulis.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Komiks i Humor
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788398152112
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

SPIS TREŚCI

1. Sztuka dla sztuki, czyli jak napisać CV
2. Damy znać, czyli jak prze(t)rwać ghosting
3. Witamy w rodzinie (dysfunkcyjnej)
4. Na skróty, czyli jak KPI prowadzi do PTSD
5. Onboarding, czyli mentalny offboarding
6. Spotkania, które mogły być mailem
7. Low-hanging fruit i inne owoce absurdu
8. Feedback, czyli dużo słów, mało treści
9. Byle co, byle było widać
10. Balance to tylko stan konta
11. (Dez)integracja
12. Trochę droższa maska
13. Epilog: Maski, które nosimy
14. Podziękowania
15. O autorzeSZTUKA DLA SZTUKI, CZYLI JAK NAPISAĆ CV

Ekscytacja umierała powoli… gdzieś pomiędzy trzydziestą wysłaną aplikacją a drugim tygodniem ciszy. Ustępowała miejsca znużeniu, które z każdym dniem coraz wyraźniej przekształcało się we frustrację. Kiedy po raz pierwszy Marta siadała do napisania CV, wyobrażała sobie, jak rekruterzy z błyskiem w oku pochylają się nad jej życiorysem, podziwiając każdy szczegół jej studenckich osiągnięć.

– Przecież robiłam więcej niż niejeden z mojego rocznika – myślała, spisując w punktach wszystko, co pokazywało, że jest zorganizowana, że żadnej pracy się nie boi, że bezinteresownie troszczy się o innych, że jest gotowa na poświęcenia. Kiedy inni balowali na juwenaliach i domówkach, ona po nocach robiła prezentacje, żeby załatwić darmowy wynajem sali na imprezę dla swojego roku.

Wylistowała:

– organizacja balu ekonomistów na 200 osób;

– staż w regionalnym oddziale banku (3 miesiące drukowania faktur, parzenia kawy i podpowiadania starszej stażem koleżance, jakie usprawnienia może wprowadzić);

– wolontariat w „Azylu dla zwierząt” (w praktyce: sprzątanie psich kup i znoszenie ludzi, którzy wybierając zwierzaka ze schroniska, kręcą nosem, że nie takie ubarwienie i nie ta rasa);

– praca w Żabce co wakacje (użeranie się z pijanymi klientami wpadającymi dokładnie o 23.00, czyli już po zamknięciu kasy, i bełkoczącymi, żeby sprzedała „jeszcze tylko po małpce”).

Teraz, po dwóch tygodniach ciszy od wysłania pierwszych aplikacji, stała przed lustrem w pożyczonej od mamy koszuli (jej własna „biurowa” wciąż leżała w paczce z Zalando) i ćwiczyła wypowiedź:

– Jestem zmotywowaną, nastawioną na rozwój absolwentką ekonomii z…

Urwała. W telefonie pojawiło się kolejne powiadomienie z LinkedIna¹: „12 nowych ofert pracy w lokalizacji Europa spełniających Twoje preferencje”. Po kliknięciu oferty, dodanej 10 minut temu, mignął kolejny cios: „150 osób już aplikowało na to stanowisko”.

Wczorajsze spotkanie z Kasią, która już zrobiła pierwsze kroki w zawodowym świecie (czytaj: dostała etat dzięki wujkowi w dziale HR²), było jak zimny prysznic.

– To przez to twoje CV. No i sorry, weź sobie Linkedina ogarnij. Osobisty brand³ to teraz podstawa. Warto się pokazać, zanim zaproszą cię na interview⁴ – powiedziała Kasia, popijając sojowe latte o wartości połowy stypendium Marty. Pracowała w korpo od zaledwie trzech miesięcy, ale zaczynała mówić dziwnym językiem.

– Podeślę ci kilka filmików.

Te „filmiki” okazały się koszmarem w pętli:

– „Jak oszukać system ATS⁵ w 3 krokach!”;

– „10 słów kluczowych, które MUSISZ mieć w CV!”;

– „Dlaczego twoje podanie ląduje w koszu? (To wszystko wina ChataGPT!)”;

– „Zacznij zarabiać na tym, kim jesteś – zbuduj silną markę osobistą na LinkedInie”.

Było już grubo po północy, a Marta nadal przewracała się w łóżku, wpatrzona w ekran, na którym kolejni „eksperci od HR” wyjaśniali, że:

– Systemy ATS odrzucają 75% CV, a pozostałe 25% jest skanowane przez rekrutera przez maksymalnie 8 sekund.

– Słowo „doświadczenie” jest już passe i należy je zastąpić „ekspozycją na środowisko biznesowe”.

– Najlepsze CV to takie, które jest jednocześnie superproste w formie (bo ATS-y) i ciekawe wizualnie (bo jeśli już trafi do człowieka, masz tylko kilka sekund, by przyciągnąć jego uwagę).

To w końcu prostota czy kreatywność?

O 3.17 w nocy Marta doszła do dwóch ważnych wniosków:

1. Jej życie stało się polem bitwy między ChatGPT, systemami ATS a algorytmami LinkedIna.

2. Prawdziwym wyzwaniem nie jest zdobycie pracy, ale przechytrzenie robotów, które o niej decydują.

Nad ranem, z czerwonymi oczami od nieprzespanej nocy, otworzyła Canvę⁶ i zaczęła tworzyć swoje arcydzieło – CV, które miało być idealnym połączeniem kreatywności i korporacyjnej sztywności.

Wykres słupkowy jej umiejętności miękkich pokazywał 100% w komunikacji i 80% w przywództwie (choć jedyne, czym kiedykolwiek zarządzała, to grupa znajomych na wyjeździe integracyjnym). W głębi duszy czuła, że to nad wyraz idiotyczne, żeby jakieś grafy przedstawiały jej poziom doświadczenia w tych obszarach, ale na razie grała według wskazówek Kasi. Poprzednie CV przecież nie działało i, w myśl zasady „nie można oczekiwać innych rezultatów, robiąc ciągle to samo”, postanowiła zrobić coś wbrew temu, co wcześniej wydawało się mieć sens.

Sekcja „Znajomość programów” zawierała teraz również dumną ikonę Excela z dopiskiem „poziom zaawansowany”. Fakt, że tydzień temu googlowała „jak zrobić makra⁷”, nie miał tu żadnego znaczenia. Dodała też zdjęcie z balu ekonomistów (starannie wykadrowane, by wyglądało, jakby właśnie prowadziła ważny projekt). Ponownie wróciła do swoich poprzednich punktów, przerabiając je według uwag Kasi:

– organizacja balu ekonomistów = „koordynacja wieloaspektowego projektu eventowego na dużą skalę”,

– staż w regionalnym oddziale banku = „wdrażanie procesów optymalizacji dokumentacji finansowej i operacyjnej w strukturach regionalnych”,

– wolontariat w schronisku = „rozwój kompetencji miękkich w środowisku agile⁸”,

– praca w Żabce w wakacje = „retail executive⁹ z doświadczeniem w zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi”.

– To nie oszustwo – powtarzała sobie, dodając nowe, modne słowa kluczowe. – To… tłumaczenie na język korporacyjny.

Pierwsza odpowiedź przyszła szybciej niż się spodziewała. Wystarczyło 30 sekund od kliknięcia przycisku „Aplikuj”, a automatyczny mail z podziękowaniami już trafił na jej skrzynkę. Dowiedziała się z niego, że jest świetną kandydatką, że ma cudowne doświadczenie i że jej CV trafiło do „bazy talentów”. Mogliby chociaż lepiej udawać, że ktoś żywy patrzy na te cefałki, zamiast wysyłać automatyczną odpowiedź po niecałej minucie od aplikowania.

Marta notowała w głowie kolejne wnioski z poszukiwania pracy:

– „baza talentów” to korporacyjny eufemizm na folder „Kosz”;

– „będziemy w kontakcie” oznacza „mamy nadzieję, że zapomnisz o naszym istnieniu”;

– „jesteś cudownym kandydatem” wysyłamy do wszystkich, którzy kliknęli w link.

Tydzień później opracowała już kompletną teorię spiskową współczesnej rekrutacji:

– ogłoszenia o pracę pisze ChatGPT (stąd wymagania typu „5 lat doświadczenia w technologii”, która istnieje od dwóch”);

– CV analizują algorytmy (dlatego trzeba upchać je po brzegi słowami kluczowymi, jak w tanim SEO¹⁰);

– ludzie pojawiają się tylko na końcu – i to po to, by powiedzieć „nie”. O ile w ogóle się pojawiają i cokolwiek odpowiadają.

Najbardziej absurdalną odpowiedź dostała z DataCorp, firmy specjalizującej się w analizie danych. W momencie, w którym składała papiery na to stanowisko, była przekonana, że to „perfect match”.

Kiedy po trzech rundach rozmów i wykonaniu skomplikowanego zadania rekrutacyjnego z zakresu finansów w jej skrzynce pojawił się mail: „Niestety, nie posiadasz wystarczającego doświadczenia w tym obszarze”, wbiło ją to w fotel.

– Że co? – Marta przez dłuższą chwilę wpatrywała się w ekran. Jej dyplom z Uniwersytetu Ekonomicznego ze specjalizacją „analityka ekonomiczno-finansowa”, wszystkie projekty studenckie i wykonane zadanie wyraźnie świadczyły o jej kompetencjach. Była pewna, że to pomyłka, więc od razu dopytała rekruterkę o szczegóły. Dopiero po wymianie trzech wiadomości dotarło do niej, że chodziło o „doświadczenie w naszej specyficznej platformie X-Gen”, której nikt poza DataCorp nie używał i której nie można było poznać bez pracy w… DataCorp.

„To tak, jakby odrzucić w rekrutacji kucharza z gwiazdką Michelin za to, że nigdy nie gotował akurat w twojej kuchni i w twoich garnkach” – pomyślała, zamykając laptopa z poczuciem bezsilności. W tym świecie nawet udokumentowane umiejętności okazywały się niewystarczające, jeśli nie pasowały do idealnie dopasowanego szablonu.

W międzyczasie dopracowała też swój profil na LinkedInie. Wpisała uczelnię i praktyki oraz dodała profesjonalnie wyglądające zdjęcie, zrobione na tle ściany w neutralnym kolorze. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie pokazać na nim odrobiny siebie – może książka w ręku, może kubek kawy, może po prostu szczery uśmiech, który nie wygląda jak ten ze zdjęcia paszportowego. Ale szybko zrozumiała, że profil zawodowy nie jest najlepszym miejscem na eksperymenty z osobowością. W tym świecie najlepiej mieć zdjęcie jak z banku zdjęć. Takie, które mówi odbiorcy: „osoba godna zaufania”, „potencjał liderski”, „współpraca w zespole”.

Z czasem, skanując codziennie feed na LinkedInie, zaczęła się orientować, że w korpo nie warto być za bardzo jakimkolwiek. Nie krzycz – to nieprofesjonalne. Nie milcz – to brak zaangażowania. Nie bądź zbyt kreatywny, ale też nie za bardzo szablonowy. Miej inicjatywę, ale nie taką, która sprawi, że ktoś wyżej poczuje się zagrożony. To był świat ludzi „średnio na jeża” – umiarkowanie entuzjastycznych, umiarkowanie zaangażowanych i umiarkowanie wymienialnych. Cokolwiek byś zrobił – nie rzucaj się w oczy. Ani za bardzo w prawo, ani za bardzo w lewo. W sam środek tabeli w jakimś Excelu.

Dodała na profilu dziesiątki umiejętności i wrzuciła krótki, chwytliwy opis swojej osoby. Z początku logowała się od niechcenia, rzadko. Szybko zorientowała się jednak, że tu obowiązują pewne zasady gry, w którą, jeśli chcesz grać, musisz się do nich stosować. Ludzie pisali o milestone’ach¹¹, które brzmiały jak coś ważniejszego niż w rzeczywistości. Opisywali swoje odejścia z firm, jakby to były rytuały przejścia – z podziękowaniami, uśmiechami i hasztagiem #grateful. Marta przyglądała się temu z rosnącą konsternacją, niepewna, czy to rzeczywiście świat zawodowy, czy tylko jego wyretuszowana wersja.

Teraz zaczęła już dostrzegać schematy: im bardziej ktoś pisał o „autentyczności”, tym mniej konkretów dało się z tego wyczytać. Ludzie gratulowali sobie rzeczy, które brzmiały tak, jakby równie dobrze mogło je napisać AI: kolejne wspaniałe wyzwania, niezwykle inspirujące rozmowy, działania na styku strategii i innowacji. Wszystkie te zawodowe osiągnięcia brzmiały dokładnie tak samo, niezależnie od tego, kto w jakiej branży działał i co zrobił. Marta zastanawiała się godzinami, czy naprawdę trzeba to wszystko robić, żeby dostać pracę.

Z jednej strony czuła presję, że zostanie niezauważona, jeśli nie włączy się do tego chóru. Z drugiej – nie mogła pozbyć się poczucia, że ten świat nagiętej narracji nie ma nic wspólnego z tym, czego sama szuka: konkretu, uczciwości, rozmowy bez slajdów. Logowała się więc dalej, obserwowała, zapisywała sobie myśli, ale zamiast publikować własne posty, wrzucała je do notatnika. Może kiedyś wykorzysta je jako inspirację.

Przewinęła ekran smartfona, zatrzymując się na kolejnym poście na LinkedInie. Kolega ze studiów, który pół roku temu ledwo zdawał egzaminy, teraz publikował długie elaboraty o „transformacji cyfrowej” i „przywództwie w czasach zmian”. Jego zdjęcie profilowe – garnitur, uśmiech i lekko przymrużone oczy – wyglądało jak gotowy szablon „młodego profesjonalisty”.

#OpenToWork¹² – wokół jego zdjęcia świeciła się zielona obwódka, choć Marta widziała go tydzień temu w klubie, gdzie opowiadał, jak „odpoczywa między kolejnymi świetnie płatnymi projektami”.

Przewinęła dalej. Algorytm serwował jej wykluczającą się logicznie mieszankę:

– „Brakuje 100 tysięcy specjalistów w IT!” (artykuł z portalu branżowego);

– „Kolejna fala zwolnień w Big Tech – 10 tysięcy osób traci pracę” (news sprzed trzech godzin);

– „Jak przetrwać kryzys na rynku pracy?” (poradnik od kobiety, która w opisie miała „ekspertka employer brandingu¹³”, a w rzeczywistości była po prostu rekruterką);

– „Rynek pracownika wciąż ma się świetnie. Kandydaci dyktują warunki” (analiza opublikowana tego samego dnia przez innego specjalistę z branży).

Najbardziej fascynujące były posty byłych menedżerów, którzy po zwolnieniach nagle stawali się „mentorami” i „ekspertami od zmiany”. Jeden z nich, jeszcze miesiąc temu dyrektor w korporacji, teraz pisał:

„Po 15 latach w środowisku korporacyjnym postanowiłem iść za głosem serca <3. Rozwijam swoją pasję – pomagam innym odnaleźć się na rynku pracy! #careercoaching #nowyrozdział”.

Pod spodem komentarz: „Brawo! Świetna decyzja!” od osoby, która – jak Marta dobrze wiedziała – tydzień temu uczestniczyła w jego zwolnieniu.

Najzabawniejsze były posty o „work-life balance”, publikowane o 23.37 w środku tygodnia - z dopiskiem: „dopiero teraz znalazłem chwilę, żeby się tym podzielić”. Albo opowieści o „odwadze zmiany”, gdy ktoś po dwudziestu latach w jednej firmie w końcu postanowił... przejść do konkurencji, bo padł ofiarą grupowych zwolnień. Wspomniana „odwaga zmiany” wynikała z tego, że nie miał innego wyjścia. No, ale narracja sukcesu musiała się zgadzać, nawet jeśli była zbudowana z przymusu, lęku i klęski opakowanej w „długą refleksję i decyzję o nowym etapie zawodowym”. W tym teatrze nawet porażki i wymuszone zmiany występują w roli głównej, byle z odpowiednim filtrem i podpisem.

Marta przewinęła jeszcze jeden post – tym razem od influencerki HR, która pisała: „Rynek pracy potrzebuje świeżej krwi! Młodzi mają tyle do zaoferowania!”, podczas gdy w komentarzach pod tym samym wpisem dziesiątki świeżo upieczonych absolwentów, narzekały, że od miesięcy nie mogą znaleźć pracy.

Zamknęła aplikację. Wiedziała, że LinkedIn to nie miejsce, gdzie szuka się prawdy. To scena, na której wszyscy grają swoje najlepsze role. A najważniejsza zasada brzmiała: nigdy nie pokazuj, że tak naprawdę siedzisz w dresie i płaczesz nad kolejną odmową.

Wieczorna kolacja w domu Marty przybrała nieunikniony obrót.

– Martusiu, a ta twoja koleżanka Kasia, ta taka blondynka ze studiów, to już pracuje, prawda? – rzuciła mama między jednym kęsem a drugim. (Nie pytajcie, skąd mama znała Kasię. Mama Marty miała po prostu wrodzony radar na osiągnięcia innych dzieci.)

– Tak, pracuje. Ale ona miała trochę łatwiej, bo… – nie zdążyła wyjaśnić wszystkich okoliczności i wspomnieć o wujku z HR, bo tata przyszedł z kolejnym komentarzem, którego nie mógł sobie darować.

– A u Kamińskich syn dostał jakąś super pracę w tej dużej firmie, co to ma te wieżowce w centrum. Wiesz, on nawet nie skończył studiów!

Marta zacisnęła zęby. Logika rodziców była niepodważalna:

Jeśli ktoś dostał pracę, znaczy, że rynek jest pełen możliwości.

Jeśli ty jeszcze nie masz pracy, to znaczy, że po prostu za mało się starasz.

Jeśli mówisz, że jest trudno, to zwyczajnie szukasz wymówek.

Marta od tego szukania pracy i stresu była głodna jak wilk, ale w obecnych okolicznościach już od pierwszego machnięcia widelcem miała ochotę uciec od stołu.

– Może byś poszła do tej agencji pracy? Albo dała ogłoszenie do gazety? A najlepiej to jakbyś wydrukowała te swoje papiery i poszła do zakładu – każda kolejna dobra rada od matki burzyła w niej krew. – Kiedyś to się tak robiło. Człowiek szedł, pytał czy nie potrzebują i często od ręki dawali robotę!

Marta powoli nabierała powietrza w płuca, próbując się uspokoić i nie wybuchnąć. „Dać ogłoszenie do gazety” – genialne! A może jeszcze powinna stanąć na rogu ulicy z tabliczką „Absolwentka ekonomii szuka zajęcia”? Utkwiła widelec w sałatce, walcząc z pokusą, by nie uderzyć nim w stół.

– Mamo, teraz to tak nie…

– No właśnie! Weź te swoje CV, ubierz się porządnie i idź po zakładach! Jak cię zobaczą na żywo, to od razu zrozumieją, że jesteś dobra! – tata po raz kolejny wtórował swojej małżonce w radach na wagę złota.

Marta wyobraziła sobie tę scenę: ona w pożyczonej od mamy garsonce, stojąca w recepcji korporacji z plikiem wydruków, podczas gdy ochrona dzwoni po służbowego psychologa.

– Tato, teraz nawet nie wpuszczą cię bez zaproszenia. Wszystko idzie przez system…

– System, system… – rzuciła mama z przekonaniem. – A jak im powiesz, że jesteś tą znajomą córki szwagra prezesa? Kiedyś Janinka z bloku obok tak się dostała do PZU!

Marta spojrzała na rodziców z mieszaniną czułości i rozpaczy. Ich świat – ten, w którym wystarczyło być „ogarniętym”, przyjść w garniturze i „zadatkować się” – odszedł do lamusa. Oni nie rozumieli, że teraz liczyły się algorytmy skanujące CV pod kątem słów kluczowych, testy kompetencyjne sprawdzające znajomość programów, których nie uczą na studiach i rekruterzy pytający o twoje trzy największe wady (które muszą być zaletami).

Nagle babcia włączyła się do rozmowy:

– Jak byłam w warzywniaku u Grażynki wczoraj, to widziałam, że u pana Nowaka w sklepie mięsnym obok szukają pomocnicy! Może byś…

– DZIĘKUJĘ, BABCIU! – po zaangażowaniu się w dyskusję seniorki rodu w Marcie coś pękło. Nie wytrzymała i poderwała się od stołu, chwytając swój telefon. – Muszę… sprawdzić coś w komputerze!

Wbiegła do pokoju i zatrzasnęła drzwi. Na ekranie smartfona migotało powiadomienie: „1 nowa wiadomość od Kasi: Dzwoń szybko, mam kontakt do naszego dyrektora!”.

Wiedziała, że to kolejna ślepa uliczka. Ale co tam – może akurat w tej firmie nie pytają o supermoce?

Była nadal głodna, więc otworzyła paczkę czipsów, która rozumiała ją lepiej niż jej rodzice.

– Wiesz, co jest najgorsze? – rzuciła do swojego kota. – Że nawet nie wiem, czy walczę z ludźmi, czy z maszynami.

Na ekranie migotało kolejne ogłoszenie:

„Młodszy Specjalista Analityk ds. Optymalizacji Procesów (wymagane: 2 lata doświadczenia w podobnej roli)”.

Marta westchnęła.

– Jak mam mieć doświadczenie, jeśli nikt mi nie da pracy, żeby je zdobyć?!

W przypływie frustracji kliknęła „Aplikuj”, w polu „Oczekiwania finansowe” wpisując kwotę wziętą zupełnie z powietrza.

– I tak nie oddzwonią – mruknęła pod nosem.

Telefon zadzwonił następnego dnia o 9:15, gdy Marta w półśnie sięgała po kubek z kawą. Nieznany numer. Serce zaczęło jej walić jak młot.

– Tak, dzień dobry, dzwonię w sprawie pani aplikacji…
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij