-
nowość
-
promocja
Pielgrzymi - ebook
Pielgrzymi - ebook
Wojna niekiedy odbiera wszystko – dom, bezpieczeństwo, dzieciństwo. Na szczęście czasem nie udaje się jej odebrać ludziom nadziei
Ojczyzna chwieje się w posadach. Potworności drugiej wojny światowej sprawiają, że pochodzące z różnych zakątków Prus rodziny Schipperów i Hahlbrocków – jak wielu ich rodaków – zostają zmuszone do ucieczki. Choć Prusy znajdują się daleko od Niemiec, nie zdołały uchronić się ani przed nacjonalistycznym szaleństwem, ani przed bombami, które jednych zabijają, by innych pozostawić przy życiu.
Podczas dramatycznej wędrówki splatają się losy dwójki nieznajomych: Arna Schippera i Ilse Hahlbrock – dzieci, które nie mają pojęcia, co przyniesie im przyszłość na nowej, nieznanej ziemi. Uciekając przed zniszczeniem, głodem i śmiercią, niosą w sobie coś, czego wojna nie potrafi zniszczyć: nadzieję na pokój, na odnalezienie bliskich i na miejsce, które mogliby nazwać domem.
Pielgrzymi nowa powieść Sofíi Segovii, autorki Brzęczenia pszczół, której nazwisko wymienia się obok takich wielkich dam literatury latynoamerykańskiej jak Ángeles Mastretta czy Laura Esquivel, to wstrząsająca i głęboko ludzka opowieść inspirowana prawdziwymi wydarzeniami.
Powieść, która przynosi nietuzinkowy, przejmujący punkt widzenia na jeden z najciemniejszych rozdziałów historii – i przypomina, że nawet w świecie ogarniętym wojną najważniejsze pozostają uczucia, więzi, pamięć i pragnienie przetrwania.
Początek formularza
Oto prawdziwy cel tej meksykańskiej autorki: poznać obie strony medalu.
María Mora, El Cultural
Wzruszająca historia. […] Pielgrzymi to powieść pełna ujmujących postaci, w której przeplatają się różne wątki i punkty widzenia. Styl Sofíi Segovii jest dla czytelników prawdziwą odą do zmysłów i do życia, wypełnionego zapachami, pasją i zdumieniem.
The The Wynwood Times
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Esej |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8457-021-0 |
| Rozmiar pliku: | 2,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Ludzie muszą w szczegółach widzieć i słyszeć to, co się dzieje, gdyż ich wyobraźnia niezdolna jest sprawiedliwie ogarnąć ogólne fakty. Katastrofa pochłania pięć milionów ofiar, a to niczego nie oznacza – liczba jest pusta. Ale jeśli pokażę wam jednego jedynego człowieka w jego doskonałości, jego ufności, jego nadzieje i jego trudności, jeśli pokażę wam, jak umiera, wówczas na zawsze zapisze się to w pamięć.
Erich Maria Remarque (przeł. Wojciech Kunicki)
W wojnie najbardziej wstrząsające jest to, że jej ofiarami i narzędziami są poszczególni ludzie i że to właśnie ci ludzie – w wyniku okropnych politycznych konwenansów – muszą zabijać i umierać w imię nie swoich konfliktów.
Aldous HuxleyILSE. 26 STYCZNIA 1936 – 25 MARCA 1938
Ilse
_26 stycznia 1936 – 25 marca 1938_
1. Dziewczynka
Przy pierwszym oddechu życie boli.
Bo jak tu nie płakać, gdy światło po raz pierwszy drażni oczy albo gdy po raz pierwszy czuć na skórze suche muśnięcie powietrza? Jak tu nie płakać, gdy płuca wypełniają się zimnym nieznajomym tlenem, gdy ciche odgłosy, dobiegające dotąd do zanurzonych uszu, nabierają mocy i docierają bez filtrów? Jak tu zaciekle nie protestować, kiedy świat staje się nieskończony i nie utrzymuje już w ryzach ciała, które bezpiecznie tkwiło w ciasnych, ciemnych i miękkich objęciach matczynego wnętrza?
Dziewczynka zaczęła się już do tego przyzwyczajać, a kto wie, może nawet to życie w matczynych objęciach zdążyło się jej spodobać, kiedy zaniesiono ją do kościoła, aby nadać jej imię.
Tego dnia cała ta historia dopiero miała się wydarzyć, a chrzcielna woda święcona pobłogosławiła jej czoło i podlała ziemię Prus Wschodnich, które wciąż jeszcze istniały, a zamieszkujący je ludzie nie wiedzieli, że ich dni są policzone i że czeka je własny chrzest z ognia, mający na zawsze wymazać nazwę tych ziem. Tego dnia, jak od 1918 roku, dumne Prusy były odseparowane od swoich Niemiec, nie z własnej woli, lecz w ramach kary narzuconej przez świat. A ich mieszkańcy – w tym świeżo ochrzczona dziewczynka – tkwili w odosobnieniu niczym oddzielająca się od kija drzazga: jesteś, ale jakby cię nie było; stanowisz część całości, ale niemal się o tobie nie pamięta. Żyli daleko, ale wciąż tęsknili do swych zachodnich germańskich braci; dzieliło ich morze, ale jeszcze bardziej dzieliła ich ziemia. Żyli daleko, ale nigdy nie zapomnieli o ojczyźnie i głęboko pragnęli poruszać się swobodnie po utraconych ziemiach, przekształconych w rozdzielającą ich granicę; ziemiach, które niegdyś były Prusami, a które teraz świat uparcie nazywał korytarzem polskim.
W dniu, w którym dziewczynka otrzymała chrzest z wody, daleko było jeszcze do chrztu z ognia, a świat w następnych dziesięcioleciach miał włożyć ogrom wysiłku, aby zrozumieć kolejność zdarzeń i wagę zmiennych; miał zaprzęgnąć tęgie umysły i wyłożyć ogromne środki, by zbadać źródła winy i okrucieństwo winnego czy też winnych. Miał również wybiórczo przemilczeć to, co nie pozwalało mu zapomnieć o niewybaczalnych aspektach własnej zbrodni. Miał też złożyć obietnicę, że to się już nigdy nie powtórzy. I mało kto miał głośno mówić o tym, że była ona z góry skazana na porażkę, ponieważ podobną obietnicę złożono już poprzednim razem, karząc agresora, karząc przegranego.
Wybrane imię miało się później podobać dziewczynce, ale tego dnia pastor wylał je na nią znienacka i obficie; lodowate, bo nie sposób, by woda w chrzcielnicy była letnia. Bezceremonialnie chlusnął nim na jej ciepłe czoło. Dzięki tej wodzie i tysiącom błogosławieństw imię przywarło do niej na zawsze, ale brutalne uderzenie zimna sprawiło, że Ilse wydała z siebie krzyk, który przerodził się w płacz, nieprzerwany aż do końca ceremonii.
Jej rodzice wyprawili skromną uroczystość, na jaką nie mogli sobie pozwolić jeszcze cztery lata wcześniej, kiedy chrzcili starszą córkę. „Jak wiele może się zmienić w cztery lata”, myśleli, gdy zastawiali stół dla sześciorga gości, a wokół unosił się wspaniały zapach pieczonej gęsi. Jakże odległy był głód, jakiego doświadczyli w dzieciństwie i młodości. Jak dobrze wybrali kanclerza, który wyratował Niemcy z niedostatku.
Tego samego dnia, choć daleko stamtąd, francuska dziennikarka _madame_ Titaÿna przeprowadziła z tym ponurym liderem przedziwny wywiad dla miejscowej gazety. On powiedział jej: „Żaden Niemiec nie chce wojny. Ostatnia kosztowała nas dwa miliony ofiar i siedem i pół miliona rannych. I nawet gdybyśmy wygrali, to żadne zwycięstwo nie byłoby warte tej ceny”, a ona wróciła do swojego kraju z przekonaniem, że ani ten mężczyzna, ani jego naród nie stanowią zagrożenia dla pokoju.
Ich kanclerz, tak jak oni, pragnął pokoju. Na świecie mówiono, że poprzednia wojna skończyła z innymi raz na zawsze. I bez wątpienia skończyła również z nimi. Hartwig i Wanda Hahlbrockowie przeżyli zniszczenie i dramat. A teraz, po tak ogromnych cierpieniach, mieli nadzieję obserwować jedynie, jak ich córki dorastają szczęśliwe, bez głodu i w pokoju. I myśleli, że z Führerem w końcu będzie to możliwe. Trzy lata jego rządów, trzy lata porządku, trzy lata z ich życia, trzy lata pracy, w końcu trzy lata bez głodu i z perspektywami na przyszłość. A teraz, dzięki temu, nowa i ukochana córka. Ilse.
Dwa lata i dwa miesiące później Ilse nie pamiętała już bólu narodzin ani lodowatej chrzcielnej wody, ale miała za sobą wiele małych doświadczeń i zdobyła pewne umiejętności, bo przecież nigdy nie uczymy się tak szybko, jak w ciągu pierwszych trzech lat naszego życia. Uczymy się i żyjemy, choć nie pamiętamy, jak się czegoś nauczyliśmy ani kiedy coś przeżyliśmy.
To właśnie wtedy Ilse poznała tych, którzy zamieszkiwali jej niewielki, hermetyczny świat; nauczyła się odróżniać głód i jego ukłucia, ale też nauczyła się cierpliwie czekać; jedzenie zawsze się pojawiało, już jej matka o to dbała; nie musiała płakać, bo nauczyła się wielu słów, w tym „jestem” i „głodna”. W ciągu tych pierwszych lat nauczyła się też, że kominek z pewnej odległości daje cudowne ciepło, ale można się poparzyć, gdy podejdzie się zbyt blisko. Nauczyła się wstawać, chodzić i przemierzać schody w górę i w dół. Nauczyła się nazywać rzeczy. Nazywać siebie: Ilse Hahlbrock, choć wciąż łamała sobie język przy nazwisku.
Nauczyła się też nie płakać, bo łzami mogła jedynie zdenerwować matkę, która zawsze mówiła jej: „Ilse, my nigdy nie płaczemy”. Dowiedziała się, jak to jest pragnąć cudzej rzeczy – bo lalka siostry zdawała się jej ładniejsza od własnej – ale nauczyła się też zagłuszać to pragnienie i zadowalać się tym, co ma, bez wszczynania awantur, bo i tak niczego by tym nie osiągnęła.
W tym czasie nauczyła się również bać się gęsi i psów, choć nikt nie potrafił tego zrozumieć: Kajzer, jedyny pies w jej świecie, nigdy nie odważyłby się jej nastraszyć, a tym bardziej skrzywdzić.
Ale nie było sposobu, by ją o tym przekonać.
– On nie gryzie, Ilse. Kajzer to dobry pies, pogłaskaj go.
Ale dziewczynka miała swoje powody, by się go bać, choć nie pamiętała już dlaczego i nie było przy tym żadnych świadków.
Otóż pewnego razu – a był to jeden z tych rzadkich razów, kiedy już jako dwulatka wyszła z domu niezauważona przez matkę ani przez pracujących na polu robotników, którzy nie dostrzegli błąkającej się samotnie dziewczynki – Ilse udała się nad zamieszkiwane przez gęsi jeziorko, zwabiona ich gęganiem i wizją małych gąsiątek.
Poprzedniej nocy ojciec obiecał jej, że wkrótce ją tam zaprowadzi, ale Ilse nie wiedziała, ile to jest „wkrótce” i tamtego dnia poczuła, że od złożenia tej obietnicy minęła cała wieczność, dlatego postanowiła pójść sama, aby pobawić się z pisklątkami i porządnie je okryć: woda w jeziorze zawsze była lodowata, a skoro ona sama ani trochę nie lubiła zimnej wody, to wywnioskowała, że one tym bardziej nie lubią.
Ale gęsi, które zawsze były nieco zdziczałe, nie pozwoliły jej ani się zbliżyć do nowych członków rodziny, ani pobawić się z nimi czy okryć choćby jedno gąsiątko; gdy tylko zobaczyły zbliżające się ludzkie dziecko, zaczęły trzepotać skrzydłami i przebierać nogami w wodzie, aż dotarły na ląd. A potem puściły się biegiem po suchej ziemi.
Ilse miała już jakieś doświadczenie życiowe: wiedziała, jak odróżnić miękkie „Ilse”, wydobywające się z ust matki, gdy siedziała spokojnie przez dłuższy czas i pozwalała jej wykonywać swoje obowiązki, od dudniącego po całym domu „Ilse”, kiedy wzbraniała się przed wejściem do wanny, nie przychodziła do stołu na zawołanie, zostawiała niedojedzoną kiełbasę albo kłóciła się z siostrą.
Być może właśnie z tego powodu, a może dlatego że w odpowiednim momencie po raz pierwszy w życiu zadziałał u niej instynkt samozachowawczy, z całą pewnością stwierdziła, że gęsi wcale nie wybiegły jej na powitanie i że musi uciekać przed nadciągającym zagrożeniem. Nagle ścisnęło ją w dołku, po czym się obróciła i, nie oglądając się za siebie, zaczęła biec tak szybko, jak tylko pozwalały jej na to nieco ponad dwuletnie nóżki.
W trakcie ucieczki chciała wydobyć z siebie krzyk, ale był tak głośny i tak potężny, że ścisnął jej gardło i skrył się w jej malutkim ciele, aby nigdy go już nie opuścić.
Ilse biegła więc w wymuszonej, absolutnej ciszy. Oddychała tylko dlatego, że nie miała innego wyjścia. Wiedziała – skąd? – że gęsi są od niej szybsze, że ją dosięgną i podziobią, i że wydziobią jej skórę, a nawet włosy.
Nie odważyła się spojrzeć za siebie.
_Schnell laufen_ – popędzała się, choć żaden dźwięk nie potrafił poruszyć jej strun głosowych. – _Schnell, Schnell laufen!_
I już czuła na swoich kostkach gorący oddech wściekłych ptaków.
Wtedy zauważyła kątem oka, jak potężny Kajzer zbliża się do niej w pełnym biegu. Gdyby się obróciła, to dostrzegłaby, że pies stanął pomiędzy nią a jej skrzydlatymi agresorami, aby ją obronić, ale tego nie zrobiła: ze wzrokiem wbitym przed siebie poczuła tylko, jak ogon owczarka niemieckiego muska jej nogi i w popłochu odniosła wrażenie, że dosięgły ją jego wielkie kły, dlatego od razu pomyślała, że – w zmowie z dzikimi gęsiami – przyłączył się do pogoni za zdobyczą.
W jej przerażonym umyśle jego szczekanie zlało się z ich gęganiem. I przyspieszyła.
Ilse skryła się w stodole, zaskoczona, że udało się jej wygrać ten wyścig. Tam, w ciemności, uspokoiła przyspieszony rytm serca. Ukryła się bezszelestnie i po jakimś czasie ogarnął ją nowy lęk, który pozwolił jej zapomnieć o tym poprzednim: bała się, że nagle usłyszy szorstkie „Ilse”, jakim matka obdarzała ją, gdy była niegrzeczną dziewczynką, jak właśnie tego dnia. „_Nein, Ilse. Nicht allein_” – słowo matki było w domu świętością: nie wychodź nigdzie sama, Ilse.
I gdyby nie żołądek, najlepszy motywator, to spędziłaby tam całe popołudnie, a może nawet i noc. Ale głód przekonał ją, że czas wracać, aby zmierzyć się z konsekwencjami, nawet jeśli miałaby usłyszeć od matki pełne pretensji „Ilse”. Kiedy była głodna, to nie potrafiła myśleć o niczym innym – a właśnie nadeszła pora na grzankę z masłem – dlatego jej umysł zapomniał o tym, co ciało miało zapamiętać już na zawsze: o powodach, dla których bała się gęsi i psów.
To, co wydawało się jej wiecznością, trwało zaledwie pół godziny. Matka, zajęta wyszywaniem fartuszków i halek dla swoich córek, nawet nie zauważyła jej nieobecności, przekonana, że dziewczynki udały się na drzemkę. Nie było żadnych pretensji, tylko grzanki z domowym kremowym masłem. Później Ilse przez całe popołudnie bawiła się z siostrą, Irmgard, która ponieważ była od niej cztery lata starsza, miała się nią zajmować – i pilnować, by nie wychodziła sama z domu – gdy matka szyła, tkała, wyszywała, sprzątała czy gotowała.
Gdy wrócił ojciec, wiedziała, że nadeszła pora kolacji; na szczęście znowu była głodna. Matka podała kiszoną kapustę z kiełbasą cielęcą, jej ulubioną.
Kajzer, który wchodził do domu tylko za zgodą ojca, wpatrywał się w nią uważnie, jakby chciał ją zjeść. A Ilse – która od tamtego popołudnia już na zawsze miała tłamsić w sobie krzyk – straciła zainteresowanie jedzeniem i szukała schronienia na kolanach ojca.
Kajzer, owszem, patrzył pożądliwie, ale nie na nią: wbijał wzrok w kiełbasę, niemal z miłością. Uważał, że zasługuje na specjalną nagrodę za bohaterstwo; za to, że ją uratował i stanął pomiędzy nią a gęsiami, a także za to, że bolało go całe ciało, podziobane w trakcie zaciętej bitwy przez pierzaste demony.
Czekał cierpliwie, ale kolacja już się skończyła i nikt, nawet dziewczynka, nie podzielił się z nim choćby piętką chleba. I to nie tylko dlatego, że Ilse o tym nie pomyślała i nie odważyła się zbliżyć ręki do jego ogromnego i wygłodniałego pyska, ale także dlatego, że chociaż wciąż miała ściśnięty żołądek, to zjadła wszystko; nie ośmieliła się zostawić nawet najmniejszego okruszka, bo gdy matka mówiła: „_Alles essen”_, ona opróżniała talerz, i to bez zająknięcia.
Nie wiedziała, że wydarzenia z 25 marca 1938 roku pozostaną w niej bardziej jako instynkt niż wspomnienia. Tamtej nocy kładąc się do łóżka, Ilse nie wiedziała też, że ten dzień zapisze się na zawsze w pamięci jej rodaków, wcale nie dlatego, że jakaś mała pruska dziewczynka wystraszyła się gęsi, broniących swojego terytorium i swojej rodziny, ale dlatego, że pan i władca losu tych ziem wyłożył swoje intencje przed Niemcami i całym światem w trakcie swojej wizyty w Królewcu.ARNO. 25 MARCA 1938
Arno
_25 marca 1938_
2. Chłopiec i łopot flag
Jechał do Królewca po raz pierwszy w życiu, ale Arno, który właśnie wtedy kończył trzy lata, jeszcze tego nie wiedział. Nie zapamiętał też gorączkowych przygotowań do dnia, który cała rodzina miała spędzić poza swoim niewielkim gospodarstwem.
Tego dnia nikt nie musiał go budzić; był najmłodszy z czwórki rodzeństwa i wciąż obowiązywała go zasada właściwa wszystkim maluchom: że dzień zaczyna się wraz z ich przebudzeniem.
A po nich otwiera oczy matka, a następnie słońce. A po nich kogut ogłasza nadejście nowego dnia, a krowa domaga się wydojenia. A po nich budzi się ojciec, aby pomóc matce, która musi ulżyć ryczącej krowie. A po nich budzą się pozostali członkowie rodziny, zwabieni zapachem przygotowanego przez ojca śniadania, choć woleliby jeszcze trochę pospać; choć woleliby przykleić się do poduszki lub żeby przez okno wpadło choć trochę światła, nim będą musieli otworzyć oczy.
Ale to niemożliwe: nowy dzień już się zaczął, a wraz z nim codzienna krzątanina w niewielkim obejściu Schipperów.
Rzecz jasna, Arno jako trzylatek nie płakał już po przebudzeniu. Skończył z tym, gdy nauczył się potrzebnych mu słów.
– _Mutter! Vater! Ich möchte mein Frühstück_!
Ten poranek zaczął się jak zwykle: najmłodszy domownik domagał się śniadania, a pozostali pragnęli wylegiwać się w łóżku choćby chwilę dłużej. Potem przyszedł czas na zwykłe gospodarskie zajęcia, choć Schipperowie wykonywali je z większym niż zazwyczaj pośpiechem, a następnie elegancko się ubrali: włożyli odświętne stroje, mimo że to nie była niedziela, bo wszyscy razem jechali do miasta.
– To historyczny dzień, Arno, a do tego dziś są twoje urodziny – powiedział ojciec, Karl Schipper, gdy zapinali płaszcze przed wyjściem.
Był już 25 marca, ale wiosna na tych ziemiach jeszcze się nie obudziła, choć zima wcale nie była taka ciężka. Przy odrobinie szczęścia koło południa wyjdzie słońce. Przy odrobinie szczęścia śnieg nie zaskoczy ich po drodze do Królewca i z powrotem.
Chłopcu udzielił się entuzjazm starszych braci, którzy dużo lepiej rozumieli, co się dzieje. Dla ośmioletniego Fritza i siedmioletniego Johanna, uważających się za wytrawnych podróżników, dzień zapowiadał się o wiele ciekawiej niż dotychczasowe wyprawy do miasta z ojcem: widzieli już okazałe domy i budynki z ogromnymi oknami, dzwony z katedry we Fromborku, brukowane ulice czy siedem mostów, i bawili się w ogrodach zamku nad jeziorem; to wszystko im się podobało, ale nawet takie atrakcje bladły w obliczu zapowiadanego na ten dzień, historycznego wydarzenia. I było to dla nich niepojęte, bo w trakcie tej wizyty mieli się nawet oprzeć pokusie owocowych marcepanków od Schwermera, które mogli spróbować przy jednej z tych rzadkich okazji, kiedy ich ojciec miał jednocześnie pieniądze, czas i dobry humor.
Ale choć mieli się za doświadczonych globtroterów – w porównaniu z Arnem, który wciąż był dla nich małym dzieckiem i nie wychodził poza najbliższą okolicę gospodarstwa, a także z Helgą, która choć starsza, to jednak była dziewczynką i parający się stolarką ojciec nigdy nie zabierał jej ze sobą do pracy do miasta – to jednak wciąż mieli tylko osiem i siedem lat; droga nadal bardzo im się dłużyła i wszystko odwracało ich uwagę od obietnic tamtego dnia. Jak na dobrych braci i przewodników wyprawy przystało, pokazywali Arnowi to, co pojawiało się na drodze, wciąż usianej kleksami śniegu, i chodzili z nim z jednego końca furmanki na drugi: a to na prawym poboczu stał wielki wół, a to owce blokowały przejazd, a to po lewej leżał martwy pies w stanie zaawansowanego rozkładu.
– Widziałeś jego oczy, Arno?
Arno też chciał wszystko zobaczyć, ale matka bała się, że spadnie z furmanki, a wszyscy wiedzieli, że nie powinna się denerwować ani nadmiernie wysilać.
– Chodź tu – powiedziała do niego Helga, starsza siostra, wskazując na swoje kolana. – I już się nie ruszaj.
Helga przycisnęła chłopca mocno do siebie, aż w końcu ustąpił: to jej ramiona znał najlepiej, to one dawały mu największą pociechę. Matka siadała przy nim każdej nocy przed zaśnięciem i opowiadała mu bajki, ale oprócz ojca to właśnie dziesięcioletnia Helga zawsze brała go na ręce, kładła do łóżka, tuliła, gdy miał koszmary, beształa i kąpała. I to tam, w chroniących go przed zimnem ramionach siostry, zasnął, kołysany rytmicznym chybotaniem furmanki i niekończącą się – jak mu się zdawało – podróżą do nieznanego mu celu.
– Dojechaliśmy.
Helga potrząsnęła nim. Arno otworzył oczy i od razu oprzytomniał. Wokół nich panował ogromny gwar. Nigdy wcześniej nie widział tylu ludzi ani tylu wozów naraz. Matka dyskutowała z ojcem.
– Jeśli zostawimy furmankę bez opieki, to nam ją ukradną.
– Nie. Dziś nikt by się na to nie odważył. Poza tym nie możemy już dalej jechać. Popatrz, wszyscy robią tak samo.
Tego dnia do Królewca przybyli okoliczni mieszkańcy, a jego szerokie ulice nie były w stanie pomieścić wszystkich wozów. To był historyczny dzień i nikt nie chciał go przegapić: na twarzach ludzi malowało się podniecenie. Wokół nich inni podróżni zostawiali swoje pojazdy poza murami miasta, tak blisko siebie, jak tylko pozwalały im na to konie. Zabierali ze sobą tylko kosze lub torby z prowiantem na dalszą drogę. Schipperowie zrobili to samo, a Arno siedział na barkach ojca: „W tym tłumie zgubiłbyś się dokumentnie, _mein Sohn”_.
Arno czasem nie rozumiał, dlaczego dorośli mówią na jego widok: „Jaki ten chłopiec jest wysoki!”, skoro był tylko małym, wymagającym uwagi dzieckiem. Przecież gdyby był wysoki, oznaczałoby to, że jest już duży, starszy. A w domu wszyscy byli wyżsi od niego. Przecież gdyby był wysoki, to mógłby dosięgnąć leżącego na regale masła. Gdyby był wysoki, to mógłby dosięgnąć wykonanego przez ojca drewnianego konika za każdym razem, gdy Fritz mu go wyrywał i szyderczo unosił ramię, tak by Arno nie mógł go odzyskać. Gdyby był wysoki, to Fritz nie odważyłby się na takie żarty.
Siedząc na ramionach ojca, po raz pierwszy poczuł się naprawdę wysoki. Mógł obserwować wszystko: łyse głowy mężczyzn, którzy nie nosili kapeluszy, i pióra przy kapeluszach eleganckich dam; cieszył się, że jego bracia są od niego dużo niżsi, bo tam, na górze, jako pierwszy mógł usłyszeć grającą na ulicach i witającą przybyszów muzykę. Wiercił się na wszystkie strony, by nie przegapić żadnego szczegółu, nie bacząc na upomnienia ojca: „Nie ruszaj się tak, Arno”.
Nadjeżdżało coraz więcej wozów, więc chłopiec pomyślał z dumą, że jego dzielny tata wygrał dla nich ten wyścig, wespół ze swoim szybkim koniem.
Nieco dalej, już na przestronnych ulicach, miał wrażenie, jak gdyby wszystko było jednym wielkim murem: od otaczających miasto fortyfikacji aż po najwyższe budynki, jakie kiedykolwiek widział. Zdumiony, patrzył w górę. Wcześniej na takich wysokościach obserwował jedynie gęsi przelatujące nad domem, który przy miejskich zabudowaniach wydawał mu się maleńki. Rozdziawił usta w zachwycie, a wtedy ojciec powiedział: „Zamknij buzię, _Sohn_, bo wleci ci mucha”. Więc ją zamknął, ale ta była nadzwyczaj uparta i od czasu do czasu znów się otwierała, bo dziwiło go o wiele więcej niż tylko rozmiary budynków i kościołów. Miasto zdawało się być gotowe na prawdziwe święto: gdziekolwiek spojrzał, flagi – te duże, te małe i te ogromne – łopotały niczym czerwono-czarne skrzydła, ulatując ku niebu przy podmuchach wiatru.
Przedsiębiorcze kobiety sprzedawały kwiaty i flagi w rozmiarze wprost idealnym dla jego małych rączek. I zapragnął mieć jedną z nich.
– _Papa, ich möchte eine Flagge_!
– _Nicht jetzt._
To były najbardziej frustrujące słowa, jakie Arno kiedykolwiek poznał: „Teraz nie”. Teraz nie możesz tego ciastka. Teraz nie możesz się bawić. Teraz nie krzycz. _Nicht jetzt._ Teraz nie jedz chleba. Teraz nie możesz mieć takiej ładnej flagi, jak inni. Teraz nie, teraz nie. Po trzech latach życia te słowa zdążyły mu się już znudzić, ale wiedział, że gdy wypowiadali je rodzice, nie było na nie rady. Tak więc teraz nie, ale może później?
– _Ja_. Zobaczymy.
Ojciec nie chciał się zatrzymać, choć Arno mocno kopnął go nogą, jak konia. Chyba się gdzieś spieszyli. Szli tak szybko, jak tylko stan matki na to pozwalał.
Arno wiedział, że nie wszystkie matki są takie jak jego. Znał na przykład grubą _Frau_ Filipek, która zachodziła do nich raz w tygodniu, żeby kupić jajka, i płaciła za nie masłem i wędlinami. Ona miała więcej dzieci i więcej energii, a czasem razem z towarami na wymianę niosła w ramionach jedną z latorośli; do tego, oczywiście, musiała nieść swój własny ciężar.
Dzieci wykorzystywały każdą minutę na zabawę, podczas gdy pogrążone w rozmowie matki przedłużały transakcję. Ale były kobietami zajętymi i praktycznymi, dlatego prędko przerywały pogawędkę: było wiele do zrobienia, a Filipkowie musieli iść dalej.
Po wymianie towaru zarumieniona kobieta z zadowoleniem pakowała jajka do koszyka z taką samą energią jak wcześniej, podczas gdy jego wychudzona i milcząca matka przyglądała się z progu, jak sąsiadka odmaszerowuje żwawym krokiem, po czym na powrót siadała przy kuchennym stole, by odpocząć i nabrać tchu. Nawet nie próbowała wziąć swojego syna na ręce, i choć mu to tłumaczyli, czasem nie rozumiał, dlaczego matka tylko podaje mu rękę i nigdy go nie podnosi.
– Pamiętasz, jak kiedyś obtarłeś sobie kolano? Pamiętasz, jak cię bolało? Mamę tak samo boli serce – powiedział mu kiedyś ojciec.
– Ale wyzdrowieje?
– Nie.
Dlatego trzeba było o nią dbać. Bo ciężko się żyje z obtartym sercem. Ale Arno czasem o tym zapominał.
Codziennie przed wyjściem do pracy ojciec mówił mu: „Uważaj na mamę, bądź pomocny, nie sprawiaj jej problemów”. I Arno zaczynał dzień z takim zamiarem, ale prędko mu to umykało. Chciał się bawić i zapominał o obtartym sercu matki. Chciał biegać i się wspinać, choć jego rodzeństwo wciąż jeszcze było w szkole, a ojciec w pracy, i tylko osłabiona matka mogła się nim zajmować.
Ignorował więc powzięte ledwie parę minut wcześniej postanowienie, i prędko zapominał o złożonych obietnicach; zapominał, że powinien siedzieć w miejscu, i zbliżał się zbytnio do paleniska, chociaż dobrze wiedział, że mu nie wolno; i chodził obserwować krowę albo tarzać się w pszenicy, choć matka mu tego zabraniała. I przypominał sobie o swoich obietnicach i postanowieniach dopiero wtedy, gdy zauważał bladą, wzburzoną i pozbawioną tchu matkę, podchodzącą do niego tak szybko, jak tylko mogła sobie na to pozwolić, aby go odciągnąć, uratować lub zbesztać.
A teraz, siedząc na barkach ojca, Arno czuł się wysoki i dojrzały, jak wszyscy wysocy ludzie, którzy nie zapominają o złożonych obietnicach, i od czasu do czasu spoglądał na matkę, drobną kobietę idącą powolnym, acz zdecydowanym krokiem. Postanowił, że da znać ojcu, jak tylko zobaczy, że poczuła się gorzej. Bo to akurat potrafił: wyczuć dokładny moment, w którym jej się pogarszało. W tej dziedzinie był ekspertem, wszak doświadczał tego od dnia swoich narodzin.
Schipperowie prędko wtopili się w morze ludzi, którzy najwyraźniej szli w tym samym kierunku. I było tam coraz więcej flag, a początkowo ciche pieśni zaczęły rozbrzmiewać z coraz większą mocą.
Arno ich nie znał. Były zupełnie inne od tych, które matka śpiewała mu czule, kiedy starczyło jej tchu, by pociągnąć melodię, ale też mu się podobały. Nie znał słów, ale je wymyślał, najpierw nieśmiało, a później pełnym głosem, by poczuć się częścią coraz większej i coraz bardziej hałaśliwej grupy osób, stopniowo zlewającej się w jednorodną masę.
A z każdą nutą, z każdym oddechem, ze wszystkich ust wydobywały się delikatne obłoczki pary, które zaczęły się łączyć, kłębić i powiększać. Ten nowo powstały obłok był coraz wyraźniejszy, zaczynał żyć własnym życiem, aż na koniec zamienił się w podmuch, a następnie falę mgły, która go otuliła, dając wrażenie, że unosi się w powietrzu.
I zdawało mu się, że matka kroczy z nieco większą siłą i nabrała trochę koloru, a jego bracia urośli, ot tak, tylko dzięki tym piosenkom. A obok szły inne dzieci, tak samo wysokie jak on, siedzące okrakiem na barkach rodziców i unoszące ramiona, jak gdyby dowodziły morskimi statkami; chłopcy i dziewczynki, których nigdy wcześniej nie widział, które patrzyły na siebie w marszu i rozpoznawały swoje spojrzenia, uśmiechy i słowa piosenek, ale prawie żadne nie potrafiło wymówić ani nie rozumiało ich sensu poza tym, że obiecywano w nich chleb. A to im się podobało.
_Die Straße frei den braunen Bataillonen._
_Die Straße frei dem Sturmabteilungsmann!_
_Es schau_’_n aufs Hakenkreuz voll Hoffnung schon Millionen._
_Der Tag für Freiheit und für Brot bricht an!_
Ale po tak długim spacerze zaczęło mu się zdawać, że z barków ojca wyrosły kolce, a ból pośladków odwiódł jego uwagę od piosenek. Zachciało mu się pić, a głód był silniejszy od chęci posiadania flagi.
– _Papa: Ich bin hungrig!_
_–_ Już niedaleko. Wytrzymaj. Dostaniesz jeść, gdy dojdziemy na miejsce.
Niestety tak jak wszyscy wokół, nie dotarli na żadne konkretne miejsce: jacyś żołnierze zatrzymywali tłum, by rozmieścić go po obu stronach szerokiej alei.
Schipperowie mieli szczęście: dzieci usiadły na krawężniku, a dorosłym nikt nie zasłaniał widoku parady, która miała się rozpocząć lada chwila, po oficjalnym powitaniu na dworcu kolejowym. _Frau_ Schipper dała każdemu ze swoich dzieci porcję chleba i kiełbasy.
– Jedz powoli, Arno. Nie udław się.
Dzieci jadły na siedząco, a dorośli na stojąco. Arno zmoczył wełniane skarpety, wylewając na siebie kubek ciepłej herbaty, więc ojciec wziął go na chwilę w ramiona – dopóki stopy mu nie przeschły – opatulił swoim płaszczem i ogrzał.
Wciąż rozbrzmiewały pieśni, teraz już w akompaniamencie zespołów. Niektóre głosy wznosiły się ponad inne – te należące do zwykłych śmiertelników – przez megafony, nakazując powtarzać slogany, odpowiadać unisono, unosić rękę i wspólnie krzyczeć raz po raz, aż do perfekcji: „_Ha Hidla_!”. Wtedy Arno poprosił ojca, by postawił go na ziemi, i stojąc na krawędzi ulicy, dołączył do tych głosów:
Czasem krzyczał: „_Zi hail! Zi hail!”_; czasem zaś: „_Ha Hidla! Ha Hidla!”_.
Robił to bezmyślnie, nie zastanawiając się, co oznaczają te powtarzane z taką werwą słowa, unosił też rękę niemal ku niebu, jak przystało na prawdziwego członka tej masy. Ale prędko od tych okrzyków zaschło mu w gardle, a ręka zmęczyła się od nieustannego podnoszenia i opuszczania.
Zabawa straciła swój urok, nim jeszcze na dobre się zaczęła.
Poczuł ucisk na pęcherz, co dopiero niedawno nauczył się odróżniać na czas, by nie zmoczyć ubrań, i ponaglał ojca tak długo, aż został zaprowadzony na tyły budynku i wypróżnił się ciepłym i parującym strumieniem.
Kiedy wrócili na miejsce, nic się nie zmieniło. I Arno raz po raz to siadał, to wstawał. Tkwił tam z przymusu, choć pragnął być gdzie indziej. Nie rozumiał, dlaczego nie może wybiec na sam środek pustej alei, która wzywała go bez ustanku. Przecież mógłby zagrać w zbijaka z innymi dziećmi w jego wieku, tak samo jak on znużonymi długim marszem, głośnymi okrzykami i bezsensownym oczekiwaniem. Wszyscy by się dobrze bawili. Ale nie: nie ruszaj się, Arno; nie schodź z chodnika; nie zgub się; no już, śpiewaj. No i nie powinien denerwować matki. Pewnie prędko by o tym zapomniał, gdyby dłoń ojca nie zaciskała się mocno na jego ramieniu za każdym razem, kiedy mężczyzna przeczuwał, że syn zaraz puści się biegiem w poszukiwaniu wolności i przestrzeni.
– _Nein_, Arno.
Arno usiadł. Znowu. Musiał czekać. Znowu. Ale na co miał czekać? Tego nie wiedział.
Pod koniec dnia, po wielu godzinach oczekiwania, cały ten plan, śpiewy i slogany straciły swój urok, a nawet prawo do istnienia w jego umyśle. Ze zmęczenia zapomniał o uczuciu, jakiego doświadczał na barkach ojca.
Z tamtego dnia zapamiętał na zawsze czerwień flag, choć nigdy o tym nie wspominał, nawet swojej żonie, gdy mieszkali już daleko stamtąd, bo zawsze był to dla niego niemal zakazany i bolesny temat.
Ponadto co mógłby powiedzieć o tym tak mglistym wspomnieniu? Postrzegał je raczej w kategoriach doznania, i to tak niewyraźnego, że później było mu ciężko umieścić je na osi czasu. Było dla niego jedynie szeregiem obrazów, nawiedzających go czasami w najgłębszych snach, kiedy nocami opuszczał gardę. Ale nie wiedział, że to właśnie tamtego dnia po raz pierwszy był świadkiem czerwono-czarnego lotu.
Bo w tamtej chwili Arno pragnął jedynie wrócić do swojego małego świata na gospodarstwie i do codziennej rutyny; zasiąść do kolacji, po czym położyć się w ciepłym łóżku, i to przez nikogo niepoganiany. Siedząc na krawężniku pomiędzy stopami rodziców, tworzącymi wokół niego kokon ochraniający jego małe jestestwo przed zadeptaniem przez obcych i coraz bardziej tłoczących się ludzi, przestał już nawet spoglądać do tyłu czy w górę, aby prosić: „Chodźmy do domu, _bitte”_, bo dorośli i tak odpowiadali mu: „Jeszcze chwila, _Sohn_”.
Więc Arno przestał prosić. Już nie chciał wbiegać na środek ulicy. Siedział w wyznaczonym miejscu, nie patrząc przed siebie, ani w górę, ani tym bardziej do tyłu, bo i tak widział jedynie niekończący się ciemny las nóg i kolan.
Chwilę wcześniej próbował nawiązać rozmowę na migi z chłopcem, który równie dobrze mógłby być jego lustrzanym odbiciem, bo siedział dokładnie w takiej samej pozycji i z tak samo znużonym spojrzeniem u stóp swoich rodziców, na brzegu przeciwległego chodnika. Ale nie potrafili się porozumieć. Zmęczony Arno zamknął się w swojej szczelnej bańce, do której dochodził jedynie monotonny szum otaczającej go ludzkiej masy. Był tam bezpieczny, ale bardzo się nudził, więc oparł brodę na kolanach i za pomocą małego patyka próbował napisać swoje imię w błocie. Helga uczyła go tego w domu, ale nie wychodziło mu to tak dobrze jak siostrze. I już miał poprosić ją o pomoc, gdy coś się zmieniło: w jego małej bańce ucichły głosy; nastała pełna oczekiwania cisza. Nawet trzylatek, taki jak Arno, potrafił ją rozpoznać: wkrótce miało się zdarzyć coś niezwykłego. Ale co?
– _Was ist los, Papa?_
– Chodź, Arno! Szybko!
Okrzyki i owacje wróciły ze zdwojoną siłą, a ojciec znów wziął go na barki. Stamtąd miał widok na początek pochodu jeźdźców na ogromnych koniach; po nich przyszedł czas na żołnierzy. Początkowo rytmiczny i zgrany co do sekundy marsz wywarł na chłopcu ogromne wrażenie, ale było ich tak wielu, a ich kroki tak do siebie podobne, że aż hipnotyzujące. A ludzie wokół podnosili i opuszczali prawą rękę, i krzyczeli tak, jak ćwiczyli to już od wielu godzin.
Ciało ojca drżało od krzyków, od dudnienia wielu głosów naraz, od megafonów, a także od drgania silników pojazdów wojskowych, które właśnie nadjechały. Pojazdów przeróżnych rozmiarów. Było ich więcej, niż Arno widział w całym swoim życiu, a wszystkie większe, nowsze i bardziej imponujące, bez ani kropli kalającego je błota: jechały razem, wszystkie potężne, choć niektóre potężniejsze od innych.
To dzięki nim Arno odnalazł w sobie resztkę sił, by zapomnieć o zmęczeniu i nudzie, i odkrył nową pasję, która miała mu towarzyszyć przez resztę życia, a która pozostawiła w jego pamięci pierwszy trwały ślad, choć nie potrafił się do tego przyznać nawet wiele lat później, gdy spytała go o to ukochana; musiałby bowiem zaakceptować, że pierwsza rzecz, jaką zapamiętał w życiu, miała związek z wojną.
Nie mógł oderwać oczu od obracających się opon, od kół czołgu, które wprawiały w ruch ogniwa poruszające się po ciągłej elipsie. Arno starał się odróżnić poszczególne cykle tego łańcucha, ale nie potrafił. A wtedy jakiś czołg zaczął kiwać wieżą na boki w geście pozdrowienia i kłaniać się armatą w górę i w dół, a Arno wstrzymał oddech.
Nie interesował go ich bojowy aspekt, bo wtedy jeszcze nie rozumiał, do czego służą. Postrzegał je jako obiekty mechaniczne: w jaki sposób się poruszały?
– Jak one działają, tato?
Ale ojciec mu nie odpowiedział, bo był zajęty swoim własnym obiektem zainteresowań – który właśnie przejeżdżał w jednym z samochodów – a głos chłopca ginął pośród okrzyków, które rozgorzały z nową siłą.
– _Heil Hitler! Heil Hitler!_ – wołali zgromadzeni.
Ale Arno nie naśladował już słów, które brzmiały dla niego jak „_ha hidla_”, bo jego uwaga skupiała się na czymś innym.
Wzruszony ojciec mówił do niego: „Patrz, Arno”, a on patrzył. Patrzył i patrzył. Przyglądał się. Analizował. Ale nie śledził wzrokiem tego, na co wskazywał ojciec, bo odkrył te wspaniałe maszyny i nic nie było w stanie oderwać go od nich oraz od pytań, które huczały mu w głowie tak głośno, jak ryk silników i przekładni; pytań, których nie były w stanie zagłuszyć żadne gromadne okrzyki: Jak one działają? Jak się poruszają?
A intensywność, z jaką próbował rozwiązać tę zagadkę, sprawiła, że w tym pierwszym wspomnieniu Arna Schippera wszystko inne się zatarło: od kolorów tych pojazdów aż po niskiego jegomościa, który stał wyprostowany w przejeżdżającym kabriolecie i zdawał się czuć jeszcze wyższy niż Arno siedzący na barkach ojca.
I właśnie z tej wysokości, której nikt nie odważył się dorównać, a którą w przyszłości niewielu próbowało umniejszyć, jegomość pozdrawiał na prawo i lewo, niczym wieża jego czołgu. Ale w przeciwieństwie do niej ramię mężczyzny było ciągle zwrócone ku górze, ponieważ ktoś taki jak on nigdy by się nie upokorzył, kłaniając się przed kimkolwiek. Nawet przed narodem, który swoimi głosami i wiarą dał mu tak dużą przewagę w wyścigu o władzę i który wynosił go na tak pożądany piedestał.
Arno, rozkojarzony widokiem przejeżdżających pojazdów, nie zwrócił uwagi na całą świtę, a godzinę później, gdy na nowo popadł w apatię i pragnął być gdzieś indziej, nie słuchał żywiołowej przemowy jegomościa. A ta rozbrzmiewała nie tylko przez głośniki, ustawione wzdłuż ulicy dla tłumu, który – choć nie zmieścił się na stadionie w Królewcu – przybył, aby zobaczyć jego przejazd, ale również w całej Rzeszy, dzięki transmisji radiowej. To właśnie wtedy jegomość ogłosił Anschluss, czyli aneksję Austrii – na chwałę Rzeszy i prośbę Austriaków – która odbyła się bez ani jednego wystrzału.
W trakcie przemówienia panowała całkowita cisza. Nikt się nie odzywał. Chciał o coś spytać, ale ojciec powiedział: „Bądź cicho, Arno. Nie możemy uronić ani słowa”. A on nie rozumiał nic z tego, co mówił dobiegający z głośnika głos; pojedyncze słowa zlewały się ze sobą, a żadne z nich nie przybliżało go do miejsca, w którym pragnął być: do jego domu. Ze zdziwieniem zauważył, że uśmiechnięty ojciec płacze.
– Jest ci smutno, _Vater?_ – spytał, mocząc palce w jego łzach.
– Nie. To od zimna.
Po pięciu minutach oparł głowę na ramieniu ojca. A gdy przemowa trwała już od jakichś dwudziestu minut, Arno drzemał, nieczuły na godną iluzjonisty charyzmę lidera, głuchy na wydobywające się z jego ust i ujarzmione przezeń słowa, obiecujące pokój i opiekę niemieckiego boga – o którego istnieniu większość słuchaczy dowiedziała się dopiero tamtego dnia – które następnie mistrzowsko zamknęły dyskurs z odpowiednią dozą dramatyzmu i siły, jak zawsze w służbie swojego pana, jednego z największych mistrzów retoryki i perswazji w historii.
– W toku moich bitew politycznych zdobyłem wielką miłość ludu, ale gdy w ostatnich dniach przekroczyłem dawną granicę imperium, doświadczyłem wcześniej niespotykanego zalewu miłości. Nie przybyliśmy jako tyrani, lecz jako wyzwoliciele, a cały lud się uradował. Podporządkował się naszej swastyce bez brutalnej przemocy. A gdy żołnierze kroczyli ku Austrii, odżyły we mnie wspomnienia pewnej pieśni z młodości. I w ciągu tych ostatnich dni z ogromną nadzieją śpiewałem tę dumną bojową pieśń: _Oto powstaje lud, oto nadciąga burza!_ Z wiarą w Rzeszę i w tę ideę miliony naszych pobratymców w tej nowej Marchii Wschodniej nie opuściły swych flag i pozostali wierni Rzeszy i poczuciu przynależności do ludu niemieckiego. Jeden naród, jedna Rzesza. Niemcy!
„_Sieg Heil!_ Niech żyją Niemcy! _Heil Hitler! Heil Hitler!”_. Zarówno zgromadzeni, jak i cały naród niemiecki, niezależnie od tego, skąd wsłuchiwał się w te słowa Adolfa Hitlera, zaczął wznosić okrzyki z nową werwą, ale Arno zapamiętał tę część dnia raczej jako pominiętą anegdotkę, bo w kolejnych dniach, miesiącach i latach jego rodzice i rodzeństwo pytali go z zaskoczeniem: „Przecież przejechał jakieś pięć metrów przed tobą, naprawdę nie pamiętasz?”. Nie. Nie pamiętał, bo gdy Führer przejeżdżał koło niego, Arno był wpatrzony w przekładnie, a kiedy przemawiał, to Arno zasnął w objęciach ojca, który gładził go po jasnych włosach, szepcząc do ucha: „Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, synu”.6. Niewola niewoli nierówna
Janusz przyglądał się, jak się oddalają; jak matka ciągnie córkę za rękę i ją karci.
– Mówiłam ci już, dziecko, żebyś tu nie przychodziła. To niebezpieczne.
– Dlaczego?
– Nie dyskutuj… nie mam już na to siły.
Smucił go nieuzasadniony lęk pani Hahlbrock. Nie rozumiał go: jak mogła myśleć, że może zrobić Ilse krzywdę? Przy nim dziewczynka była bezpieczna. Chciał uspokoić kobietę, ale jego język wciąż jeszcze nie radził sobie z niemieckim, a już na pewno nie na tyle, by wypowiadać słowa z przekonaniem, jakiego wymaga się od kogoś, kto zapewnia o swoich pokojowych zamiarach.
– Uważaj.
Janusz obrócił się ze strachem. Pochłonięty pracą i pszenicznymi opowieściami nie zauważył, że Tadeusz, Józef i Radosz już wrócili. Nie wiedział, która jest godzina. Ale skoro już tu byli, to znaczy, że dzień dobiegł końca i że teraz nadeszła pora odpoczynku i, co lepsze, kolacji.
Był głodny; zawsze był głodny. To nie zmieniło się od czasu, gdy trafił do Hahlbrocków; gdy myślał już, że po zjedzeniu chleba z kremowym masłem czy ziemniaków z cebulą głód minął bezpowrotnie, ten wracał, by przypomnieć mu, że nigdy się od niego nie uwolni; że jedynie drzemie; że po raz pierwszy on, jego wierny towarzysz, daje się zaspokoić i tym samym daje mu nieco spokoju, ale że wciąż jest tym samym potworem; że nie da się go całkowicie poskromić, choć obecnie nauczył się respektować ścisły harmonogram, by potem znów się pojawić.
Dzięki temu Janusz czuł się wolny; w końcu miał czas i nastrój, by myśleć o czymś innym. O wielu rzeczach. O starych opowieściach, tych, w których wciąż wyraźnie pobrzmiewał głos matki, ale też o innych, nowych, które brały się nie wiadomo skąd.
Czyżby brały się z niczego? A może pochodziły właśnie od niego?
– Głuchy jesteś?
– Hmm?
– Ile razy mówiliśmy ci, żebyś odesłał dziewuszkę do domu i nie zostawał z nią sam na sam? Nie widzisz, że cię tu nie chcą?
– Kto?
– Jak to kto, głupku? Nikt. Nikt tu cię nie chce. Tyś zwykły cywilarbajter.
Ze wszystkich towarzyszy niedoli Radosz był najbardziej kłótliwy, bo podczas gdy inni z tęsknoty za rodziną i domem pogrążali się w marazmie, wynikającym z chęci powrotu do tego, co znane i kochane, jemu gotowała się krew. Radosz uważał, że wszystko jest stracone, i był przekonany, że krzywda jest nieodwracalna.
– Nie wiem, po co wy się w ogóle mażecie. Myślicie, że was nie słyszę? Słyszę was każdej nocy po zgaszeniu świateł i widzę, jak na przerwie w południe żujecie ten chleb, co go nie upiekła wasza żona; chleb, co nie smakuje domem. I płaczecie. A nawet jak nie płaczecie, to chcecie płakać. Tylko po co? Po co, skoro wasze żony są tak samo martwe jak moja, skoro wasz chleb nigdy nie będzie smakować Polską? Skoro Polska już nie istnieje, bo jest tak samo martwa jak my, choć nie chcemy o tym myśleć, i choć nie potraficie przyznać, że nasze stopy codziennie łażą po jej truchle.
Józef i Tadeusz znali Radosza już wcześniej. Razem bawili się w dzieciństwie, a w młodości pili pierwszą gorzałkę. Ale po tej przyjaźni nie było nawet śladu, bo nie chcieli ani nie mogli dotrzymywać mu kroku.
– Musisz zrozumieć, że Radosz ma w zwyczaju poprawiać sobie nastrój krupnikiem. A teraz, kiedy go nie ma…
Nie było krupniku, więc i po dobrym nastroju nie było ani śladu.
Janusz nigdy nie próbował tej nalewki, której dodatek miodu i ziół wcale nie odbierały mocy, ale pamiętał, jak matka mówiła, że ojciec wolał porzucić rodzinę, niż z niego zrezygnować. „To trucizna” – twierdziła. – „Zwykła trucizna dla chłopów”. Gdy Niemcy pojmali i wywieźli Radosza, gwałtownie pozbawili go nie tylko rodziny, ale też gorzałki. I nie była to jego decyzja: podjęto ją za niego. Brak rodziny był dla niego bolesny, ale jeszcze bardziej bolesny był brak krupniku.
Powodowany strachem, Radosz zniósł całą podróż i nie dał nic po sobie poznać, ale gdy tylko zostali sami, a żołnierze odjechali pustą ciężarówką, upadł na ziemię, trawiony gorączką, od której dostał dreszczy, majaczył, a nawet płakał.
Przez pierwszych kilka dni wychodził do pracy osłabiony i trząsł się jak osika, ale nie miał innego wyjścia: nie mógł przecież powiedzieć nowym panom swojego życia, że nie ma na to ochoty, że potrzebuje nie tylko chleba, że jego ciało z trudem opiera się tej posusze. Inni pomagali mu udawać, że pracuje, a gdy trzeba było wykopać studnię, kazali mu uderzać kilofem, jakby rozpulchniał ziemię, podczas gdy tak naprawdę robili to za niego pozostali robotnicy. A kiedy nikt ich nie pilnował, Radosz wykorzystywał każdy moment, by rzucić się na ziemię, bez tchu i bez sił.
Z czasem to drżenie zaczęło przechodzić; tak samo jak początkowa desperacja, ale tęsknota i uraza ani trochę nie ustępowały, więc każda noc kończyła się dla polskich rolników dokładnie tak samo: po zgaszeniu świateł i zamknięciu oczu do snu kołysały ich niespokojne wariacje na ten sam temat.
– Mam tylko siebie; albo przynajmniej to, co zostawili ze mnie te przeklęte Niemce: wrak, powłokę, niewolnika. Wstawaj, Radosz; rusz się; zrób to, zrób tamto; nie zaraz, nie jutro: teraz, dziś. Nawet w niedzielę, nawet w twoje imieniny. Ani dnia odpoczynku. Ani jednego. Ani w deszczu, ani w chłodzie, ani w błocie, ani jak krwawią ci odciski. I ani jednego kieliszeczka na koniec dnia; ani jednego, by ogrzać duszę. Wiem, że ta wojna się nigdy nie skończy, że już mnie nie wypuszczą. A jak wypuszczą, to co to da?
Za dnia pracował, zgorzkniały, próbując zarazić swoim nastrojem towarzyszy wygnania, a szczególnie Janusza, który robił wszystko, by pozostać odpornym czy nawet głuchym na słowa Radosza. Im częściej ten do niego mówił, tym bardziej Janusz pogrążał się w swoich opowieściach, tych starych i tych nowych, umilając sobie w ten sposób dni i noce, a także wypędzając Radosza i jego posępne proroctwa z głowy.
Wiedział, czym jest tęsknota; wiedział, co to znaczy tęsknić za matką, czy obawiać się o siostrę. Rozumiał ból, jaki się czuje, gdy straciło się wszystko, i nie sposób o tym zapomnieć. On nie zapomniał. Nigdy. A stracił wszystko już dawno temu. Ale nauczył się cieszyć tym swoim życiem i radować z każdego przeżytego dnia. Był głodny, ale żył i nazajutrz mógł zaspokoić głód. Było mu zimno, ale żył i czekał na nadejście ciepła. Był samotny, ale żył i miał nadzieję, że kiedyś będzie mógł dzielić z kimś czas.
Dla jego towarzyszy niedoli ta strata była świeższa, ale dni mijały, a Janusz nie rozumiał, dlaczego nie potrafią znaleźć najmniejszego nawet powodu do radości: mogli przecież wpaść w ręce Rosjan albo być tak samo martwi jak cała Polska, wedle słów Radosza.
Martwi, by już nigdy się niczym nie cieszyć.
Nie rozumiał, w czym im przeszkadzało, że ktoś w samym środku wojny potrafi odnaleźć spokój; nie rozumiał, dlaczego chcieli mu go odebrać albo przekonać, by się go wyzbył i dzielił z nimi gorycz.
Ostatni czterej Polacy na Ziemi, złączeni frustracją.
– Nikt cię tu nie chce, głupku. – Radosz powtarzał mu to raz po raz, jakby Janusz go nie rozumiał albo nie słyszał.
Mogli nazywać go głupkiem do woli i powtarzać to przy każdej nadarzającej się okazji, ale on wiedział, że wcale nie jest głupi. Słyszał, bo nie miał problemu ze słuchem. Po prostu z własnej woli nie zwracał na to uwagi: nie słuchał, bo nie chciał.
Nie chciał, żeby te słowa dotknęły go do głębi i trafiły do szufladki, w której pomieszkuje gorycz; wiedział, że jeśli na to pozwoli, to zacznie myśleć: „Skoro nikt mnie tu nie chce, to nikt nie zechce mnie już nigdzie”. Bo po latach samotnych poszukiwań było dla niego jasne: w Polsce nie ma drugiej takiej Ilse, a skoro ona jest w Niemczech, to on też chce tam być, bo to właśnie w tym gospodarstwie odnalazł cząstkę rodzinnego domu. Odnalazł kogoś, komu mógł opowiadać swoje historie; dziewczynkę o oczach siostry, której już nie miał; dziewczynkę, która go kochała, choć Radosz upierał się, że tak nie jest.
– Już czas na kolację? – spytał go.