Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Pielgrzymi - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
29 lipca 2026
2803 pkt
punktów Virtualo

Pielgrzymi - ebook

Wojna niekiedy odbiera wszystko – dom, bezpieczeństwo, dzieciństwo. Na szczęście czasem nie udaje się jej odebrać ludziom nadziei

Ojczyzna chwieje się w posadach. Potworności drugiej wojny światowej sprawiają, że pochodzące z różnych zakątków Prus rodziny Schipperów i Hahlbrocków – jak wielu ich rodaków – zostają zmuszone do ucieczki. Choć Prusy znajdują się daleko od Niemiec, nie zdołały uchronić się ani przed nacjonalistycznym szaleństwem, ani przed bombami, które jednych zabijają, by innych pozostawić przy życiu.

Podczas dramatycznej wędrówki splatają się losy dwójki nieznajomych: Arna Schippera i Ilse Hahlbrock – dzieci, które nie mają pojęcia, co przyniesie im przyszłość na nowej, nieznanej ziemi. Uciekając przed zniszczeniem, głodem i śmiercią, niosą w sobie coś, czego wojna nie potrafi zniszczyć: nadzieję na pokój, na odnalezienie bliskich i na miejsce, które mogliby nazwać domem.

Pielgrzymi nowa powieść Sofíi Segovii, autorki Brzęczenia pszczół, której nazwisko wymienia się obok takich wielkich dam literatury latynoamerykańskiej jak Ángeles Mastretta czy Laura Esquivel, to wstrząsająca i głęboko ludzka opowieść inspirowana prawdziwymi wydarzeniami.

Powieść, która przynosi nietuzinkowy, przejmujący punkt widzenia na jeden z najciemniejszych rozdziałów historii – i przypomina, że nawet w świecie ogarniętym wojną najważniejsze pozostają uczucia, więzi, pamięć i pragnienie przetrwania.

Początek formularza

Oto prawdziwy cel tej meksykańskiej autorki: poznać obie strony medalu.

María Mora, El Cultural

Wzruszająca historia. […] Pielgrzymi to powieść pełna ujmujących postaci, w której przeplatają się różne wątki i punkty widzenia. Styl Sofíi Segovii jest dla czytelników prawdziwą odą do zmysłów i do życia, wypełnionego zapachami, pasją i zdumieniem.

The The Wynwood Times

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Esej
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8457-021-0
Rozmiar pliku: 2,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

CYTAT

Ludzie muszą w szcze­gó­łach widzieć i sły­szeć to, co się dzieje, gdyż ich wyobraź­nia nie­zdolna jest spra­wie­dli­wie ogar­nąć ogólne fakty. Kata­strofa pochła­nia pięć milio­nów ofiar, a to niczego nie ozna­cza – liczba jest pusta. Ale jeśli pokażę wam jed­nego jedy­nego czło­wieka w jego dosko­na­ło­ści, jego ufno­ści, jego nadzieje i jego trud­no­ści, jeśli pokażę wam, jak umiera, wów­czas na zawsze zapi­sze się to w pamięć.

Erich Maria Rema­rque (przeł. Woj­ciech Kunicki)

W woj­nie naj­bar­dziej wstrzą­sa­jące jest to, że jej ofia­rami i narzę­dziami są poszcze­gólni ludzie i że to wła­śnie ci ludzie – w wyniku okrop­nych poli­tycz­nych kon­we­nan­sów – muszą zabi­jać i umie­rać w imię nie swo­ich kon­flik­tów.

Aldous Hux­leyILSE. 26 STYCZNIA 1936 – 25 MARCA 1938

Ilse

_26 stycz­nia 1936 – 25 marca 1938_

1. Dziewczynka

Przy pierw­szym odde­chu życie boli.

Bo jak tu nie pła­kać, gdy świa­tło po raz pierw­szy drażni oczy albo gdy po raz pierw­szy czuć na skó­rze suche muśnię­cie powie­trza? Jak tu nie pła­kać, gdy płuca wypeł­niają się zim­nym nie­zna­jo­mym tle­nem, gdy ciche odgłosy, dobie­ga­jące dotąd do zanu­rzo­nych uszu, nabie­rają mocy i docie­rają bez fil­trów? Jak tu zacie­kle nie pro­te­sto­wać, kiedy świat staje się nie­skoń­czony i nie utrzy­muje już w ryzach ciała, które bez­piecz­nie tkwiło w cia­snych, ciem­nych i mięk­kich obję­ciach mat­czy­nego wnę­trza?

Dziew­czynka zaczęła się już do tego przy­zwy­cza­jać, a kto wie, może nawet to życie w mat­czy­nych obję­ciach zdą­żyło się jej spodo­bać, kiedy zanie­siono ją do kościoła, aby nadać jej imię.

Tego dnia cała ta histo­ria dopiero miała się wyda­rzyć, a chrzcielna woda świę­cona pobło­go­sła­wiła jej czoło i pod­lała zie­mię Prus Wschod­nich, które wciąż jesz­cze ist­niały, a zamiesz­ku­jący je ludzie nie wie­dzieli, że ich dni są poli­czone i że czeka je wła­sny chrzest z ognia, mający na zawsze wyma­zać nazwę tych ziem. Tego dnia, jak od 1918 roku, dumne Prusy były odse­pa­ro­wane od swo­ich Nie­miec, nie z wła­snej woli, lecz w ramach kary narzu­co­nej przez świat. A ich miesz­kańcy – w tym świeżo ochrzczona dziew­czynka – tkwili w odosob­nie­niu niczym oddzie­la­jąca się od kija drza­zga: jesteś, ale jakby cię nie było; sta­no­wisz część cało­ści, ale nie­mal się o tobie nie pamięta. Żyli daleko, ale wciąż tęsk­nili do swych zachod­nich ger­mań­skich braci; dzie­liło ich morze, ale jesz­cze bar­dziej dzie­liła ich zie­mia. Żyli daleko, ale ni­gdy nie zapo­mnieli o ojczyź­nie i głę­boko pra­gnęli poru­szać się swo­bod­nie po utra­co­nych zie­miach, prze­kształ­co­nych w roz­dzie­la­jącą ich gra­nicę; zie­miach, które nie­gdyś były Pru­sami, a które teraz świat upar­cie nazy­wał kory­ta­rzem pol­skim.

W dniu, w któ­rym dziew­czynka otrzy­mała chrzest z wody, daleko było jesz­cze do chrztu z ognia, a świat w następ­nych dzie­się­cio­le­ciach miał wło­żyć ogrom wysiłku, aby zro­zu­mieć kolej­ność zda­rzeń i wagę zmien­nych; miał zaprzę­gnąć tęgie umy­sły i wyło­żyć ogromne środki, by zba­dać źró­dła winy i okru­cień­stwo win­nego czy też win­nych. Miał rów­nież wybiór­czo prze­mil­czeć to, co nie pozwa­lało mu zapo­mnieć o nie­wy­ba­czal­nych aspek­tach wła­snej zbrodni. Miał też zło­żyć obiet­nicę, że to się już ni­gdy nie powtó­rzy. I mało kto miał gło­śno mówić o tym, że była ona z góry ska­zana na porażkę, ponie­waż podobną obiet­nicę zło­żono już poprzed­nim razem, karząc agre­sora, karząc prze­gra­nego.

Wybrane imię miało się póź­niej podo­bać dziew­czynce, ale tego dnia pastor wylał je na nią znie­nacka i obfi­cie; lodo­wate, bo nie spo­sób, by woda w chrzciel­nicy była let­nia. Bez­ce­re­mo­nial­nie chlu­snął nim na jej cie­płe czoło. Dzięki tej wodzie i tysiącom bło­go­sła­wieństw imię przy­warło do niej na zawsze, ale bru­talne ude­rze­nie zimna spra­wiło, że Ilse wydała z sie­bie krzyk, który prze­ro­dził się w płacz, nie­prze­rwany aż do końca cere­mo­nii.

Jej rodzice wypra­wili skromną uro­czy­stość, na jaką nie mogli sobie pozwo­lić jesz­cze cztery lata wcze­śniej, kiedy chrzcili star­szą córkę. „Jak wiele może się zmie­nić w cztery lata”, myśleli, gdy zasta­wiali stół dla sze­ściorga gości, a wokół uno­sił się wspa­niały zapach pie­czo­nej gęsi. Jakże odle­gły był głód, jakiego doświad­czyli w dzie­ciń­stwie i mło­do­ści. Jak dobrze wybrali kanc­le­rza, który wyra­to­wał Niemcy z nie­do­statku.

Tego samego dnia, choć daleko stam­tąd, fran­cu­ska dzien­ni­karka _madame_ Titaÿna prze­pro­wa­dziła z tym ponu­rym lide­rem prze­dziwny wywiad dla miej­sco­wej gazety. On powie­dział jej: „Żaden Nie­miec nie chce wojny. Ostat­nia kosz­to­wała nas dwa miliony ofiar i sie­dem i pół miliona ran­nych. I nawet gdy­by­śmy wygrali, to żadne zwy­cię­stwo nie byłoby warte tej ceny”, a ona wró­ciła do swo­jego kraju z prze­ko­na­niem, że ani ten męż­czy­zna, ani jego naród nie sta­no­wią zagro­że­nia dla pokoju.

Ich kanc­lerz, tak jak oni, pra­gnął pokoju. Na świe­cie mówiono, że poprzed­nia wojna skoń­czyła z innymi raz na zawsze. I bez wąt­pie­nia skoń­czyła rów­nież z nimi. Har­twig i Wanda Hahl­broc­ko­wie prze­żyli znisz­cze­nie i dra­mat. A teraz, po tak ogrom­nych cier­pie­niach, mieli nadzieję obser­wo­wać jedy­nie, jak ich córki dora­stają szczę­śliwe, bez głodu i w pokoju. I myśleli, że z Führerem w końcu będzie to moż­liwe. Trzy lata jego rzą­dów, trzy lata porządku, trzy lata z ich życia, trzy lata pracy, w końcu trzy lata bez głodu i z per­spek­ty­wami na przy­szłość. A teraz, dzięki temu, nowa i uko­chana córka. Ilse.

Dwa lata i dwa mie­siące póź­niej Ilse nie pamię­tała już bólu naro­dzin ani lodo­wa­tej chrzciel­nej wody, ale miała za sobą wiele małych doświad­czeń i zdo­była pewne umie­jęt­no­ści, bo prze­cież ni­gdy nie uczymy się tak szybko, jak w ciągu pierw­szych trzech lat naszego życia. Uczymy się i żyjemy, choć nie pamię­tamy, jak się cze­goś nauczy­li­śmy ani kiedy coś prze­ży­li­śmy.

To wła­śnie wtedy Ilse poznała tych, któ­rzy zamiesz­ki­wali jej nie­wielki, her­me­tyczny świat; nauczyła się odróż­niać głód i jego ukłu­cia, ale też nauczyła się cier­pli­wie cze­kać; jedze­nie zawsze się poja­wiało, już jej matka o to dbała; nie musiała pła­kać, bo nauczyła się wielu słów, w tym „jestem” i „głodna”. W ciągu tych pierw­szych lat nauczyła się też, że komi­nek z pew­nej odle­gło­ści daje cudowne cie­pło, ale można się popa­rzyć, gdy podej­dzie się zbyt bli­sko. Nauczyła się wsta­wać, cho­dzić i prze­mie­rzać schody w górę i w dół. Nauczyła się nazy­wać rze­czy. Nazy­wać sie­bie: Ilse Hahl­brock, choć wciąż łamała sobie język przy nazwi­sku.

Nauczyła się też nie pła­kać, bo łzami mogła jedy­nie zde­ner­wo­wać matkę, która zawsze mówiła jej: „Ilse, my ni­gdy nie pła­czemy”. Dowie­działa się, jak to jest pra­gnąć cudzej rze­czy – bo lalka sio­stry zda­wała się jej ład­niej­sza od wła­snej – ale nauczyła się też zagłu­szać to pra­gnie­nie i zado­wa­lać się tym, co ma, bez wsz­czy­na­nia awan­tur, bo i tak niczego by tym nie osią­gnęła.

W tym cza­sie nauczyła się rów­nież bać się gęsi i psów, choć nikt nie potra­fił tego zro­zu­mieć: Kaj­zer, jedyny pies w jej świe­cie, ni­gdy nie odwa­żyłby się jej nastra­szyć, a tym bar­dziej skrzyw­dzić.

Ale nie było spo­sobu, by ją o tym prze­ko­nać.

– On nie gry­zie, Ilse. Kaj­zer to dobry pies, pogła­skaj go.

Ale dziew­czynka miała swoje powody, by się go bać, choć nie pamię­tała już dla­czego i nie było przy tym żad­nych świad­ków.

Otóż pew­nego razu – a był to jeden z tych rzad­kich razów, kiedy już jako dwu­latka wyszła z domu nie­zau­wa­żona przez matkę ani przez pra­cu­ją­cych na polu robot­ni­ków, któ­rzy nie dostrze­gli błą­ka­ją­cej się samot­nie dziew­czynki – Ilse udała się nad zamiesz­ki­wane przez gęsi jeziorko, zwa­biona ich gęga­niem i wizją małych gąsią­tek.

Poprzed­niej nocy ojciec obie­cał jej, że wkrótce ją tam zapro­wa­dzi, ale Ilse nie wie­działa, ile to jest „wkrótce” i tam­tego dnia poczuła, że od zło­że­nia tej obiet­nicy minęła cała wiecz­ność, dla­tego posta­no­wiła pójść sama, aby poba­wić się z piskląt­kami i porząd­nie je okryć: woda w jezio­rze zawsze była lodo­wata, a skoro ona sama ani tro­chę nie lubiła zim­nej wody, to wywnio­sko­wała, że one tym bar­dziej nie lubią.

Ale gęsi, które zawsze były nieco zdzi­czałe, nie pozwo­liły jej ani się zbli­żyć do nowych człon­ków rodziny, ani poba­wić się z nimi czy okryć choćby jedno gąsiątko; gdy tylko zoba­czyły zbli­ża­jące się ludz­kie dziecko, zaczęły trze­po­tać skrzy­dłami i prze­bie­rać nogami w wodzie, aż dotarły na ląd. A potem puściły się bie­giem po suchej ziemi.

Ilse miała już jakieś doświad­cze­nie życiowe: wie­działa, jak odróż­nić mięk­kie „Ilse”, wydo­by­wa­jące się z ust matki, gdy sie­działa spo­koj­nie przez dłuż­szy czas i pozwa­lała jej wyko­ny­wać swoje obo­wiązki, od dud­nią­cego po całym domu „Ilse”, kiedy wzbra­niała się przed wej­ściem do wanny, nie przy­cho­dziła do stołu na zawo­ła­nie, zosta­wiała nie­do­je­dzoną kieł­basę albo kłó­ciła się z sio­strą.

Być może wła­śnie z tego powodu, a może dla­tego że w odpo­wied­nim momen­cie po raz pierw­szy w życiu zadzia­łał u niej instynkt samo­za­cho­waw­czy, z całą pew­no­ścią stwier­dziła, że gęsi wcale nie wybie­gły jej na powi­ta­nie i że musi ucie­kać przed nad­cią­ga­ją­cym zagro­że­niem. Nagle ści­snęło ją w dołku, po czym się obró­ciła i, nie oglą­da­jąc się za sie­bie, zaczęła biec tak szybko, jak tylko pozwa­lały jej na to nieco ponad dwu­let­nie nóżki.

W trak­cie ucieczki chciała wydo­być z sie­bie krzyk, ale był tak gło­śny i tak potężny, że ści­snął jej gar­dło i skrył się w jej malut­kim ciele, aby ni­gdy go już nie opu­ścić.

Ilse bie­gła więc w wymu­szo­nej, abso­lut­nej ciszy. Oddy­chała tylko dla­tego, że nie miała innego wyj­ścia. Wie­działa – skąd? – że gęsi są od niej szyb­sze, że ją dosię­gną i podzio­bią, i że wydzio­bią jej skórę, a nawet włosy.

Nie odwa­żyła się spoj­rzeć za sie­bie.

_Schnell lau­fen_ – popę­dzała się, choć żaden dźwięk nie potra­fił poru­szyć jej strun gło­so­wych. – _Schnell, Schnell lau­fen!_

I już czuła na swo­ich kost­kach gorący oddech wście­kłych pta­ków.

Wtedy zauwa­żyła kątem oka, jak potężny Kaj­zer zbliża się do niej w peł­nym biegu. Gdyby się obró­ciła, to dostrze­głaby, że pies sta­nął pomię­dzy nią a jej skrzy­dla­tymi agre­so­rami, aby ją obro­nić, ale tego nie zro­biła: ze wzro­kiem wbi­tym przed sie­bie poczuła tylko, jak ogon owczarka nie­miec­kiego muska jej nogi i w popło­chu odnio­sła wra­że­nie, że dosię­gły ją jego wiel­kie kły, dla­tego od razu pomy­ślała, że – w zmo­wie z dzi­kimi gęsiami – przy­łą­czył się do pogoni za zdo­by­czą.

W jej prze­ra­żo­nym umy­śle jego szcze­ka­nie zlało się z ich gęga­niem. I przy­spie­szyła.

Ilse skryła się w sto­dole, zasko­czona, że udało się jej wygrać ten wyścig. Tam, w ciem­no­ści, uspo­ko­iła przy­spie­szony rytm serca. Ukryła się bez­sze­lest­nie i po jakimś cza­sie ogar­nął ją nowy lęk, który pozwo­lił jej zapo­mnieć o tym poprzed­nim: bała się, że nagle usły­szy szorst­kie „Ilse”, jakim matka obda­rzała ją, gdy była nie­grzeczną dziew­czynką, jak wła­śnie tego dnia. „_Nein, Ilse. Nicht allein_” – słowo matki było w domu świę­to­ścią: nie wychodź ni­gdzie sama, Ilse.

I gdyby nie żołą­dek, naj­lep­szy moty­wa­tor, to spę­dzi­łaby tam całe popo­łu­dnie, a może nawet i noc. Ale głód prze­ko­nał ją, że czas wra­cać, aby zmie­rzyć się z kon­se­kwen­cjami, nawet jeśli mia­łaby usły­szeć od matki pełne pre­ten­sji „Ilse”. Kiedy była głodna, to nie potra­fiła myśleć o niczym innym – a wła­śnie nade­szła pora na grzankę z masłem – dla­tego jej umysł zapo­mniał o tym, co ciało miało zapa­mię­tać już na zawsze: o powo­dach, dla któ­rych bała się gęsi i psów.

To, co wyda­wało się jej wiecz­no­ścią, trwało zale­d­wie pół godziny. Matka, zajęta wyszy­wa­niem far­tusz­ków i halek dla swo­ich córek, nawet nie zauwa­żyła jej nie­obec­no­ści, prze­ko­nana, że dziew­czynki udały się na drzemkę. Nie było żad­nych pre­ten­sji, tylko grzanki z domo­wym kre­mo­wym masłem. Póź­niej Ilse przez całe popo­łu­dnie bawiła się z sio­strą, Irm­gard, która ponie­waż była od niej cztery lata star­sza, miała się nią zaj­mo­wać – i pil­no­wać, by nie wycho­dziła sama z domu – gdy matka szyła, tkała, wyszy­wała, sprzą­tała czy goto­wała.

Gdy wró­cił ojciec, wie­działa, że nade­szła pora kola­cji; na szczę­ście znowu była głodna. Matka podała kiszoną kapu­stę z kieł­basą cie­lęcą, jej ulu­bioną.

Kaj­zer, który wcho­dził do domu tylko za zgodą ojca, wpa­try­wał się w nią uważ­nie, jakby chciał ją zjeść. A Ilse – która od tam­tego popo­łu­dnia już na zawsze miała tłam­sić w sobie krzyk – stra­ciła zain­te­re­so­wa­nie jedze­niem i szu­kała schro­nie­nia na kola­nach ojca.

Kaj­zer, ow­szem, patrzył pożą­dli­wie, ale nie na nią: wbi­jał wzrok w kieł­basę, nie­mal z miło­ścią. Uwa­żał, że zasłu­guje na spe­cjalną nagrodę za boha­ter­stwo; za to, że ją ura­to­wał i sta­nął pomię­dzy nią a gęsiami, a także za to, że bolało go całe ciało, podzio­bane w trak­cie zacię­tej bitwy przez pie­rza­ste demony.

Cze­kał cier­pli­wie, ale kola­cja już się skoń­czyła i nikt, nawet dziew­czynka, nie podzie­lił się z nim choćby piętką chleba. I to nie tylko dla­tego, że Ilse o tym nie pomy­ślała i nie odwa­żyła się zbli­żyć ręki do jego ogrom­nego i wygłod­nia­łego pyska, ale także dla­tego, że cho­ciaż wciąż miała ści­śnięty żołą­dek, to zja­dła wszystko; nie ośmie­liła się zosta­wić nawet naj­mniej­szego okruszka, bo gdy matka mówiła: „_Alles essen”_, ona opróż­niała talerz, i to bez zająk­nię­cia.

Nie wie­działa, że wyda­rze­nia z 25 marca 1938 roku pozo­staną w niej bar­dziej jako instynkt niż wspo­mnie­nia. Tam­tej nocy kła­dąc się do łóżka, Ilse nie wie­działa też, że ten dzień zapi­sze się na zawsze w pamięci jej roda­ków, wcale nie dla­tego, że jakaś mała pru­ska dziew­czynka wystra­szyła się gęsi, bro­nią­cych swo­jego tery­to­rium i swo­jej rodziny, ale dla­tego, że pan i władca losu tych ziem wyło­żył swoje inten­cje przed Niem­cami i całym świa­tem w trak­cie swo­jej wizyty w Kró­lewcu.ARNO. 25 MARCA 1938

Arno

_25 marca 1938_

2. Chłopiec i łopot flag

Jechał do Kró­lewca po raz pierw­szy w życiu, ale Arno, który wła­śnie wtedy koń­czył trzy lata, jesz­cze tego nie wie­dział. Nie zapa­mię­tał też gorącz­ko­wych przy­go­to­wań do dnia, który cała rodzina miała spę­dzić poza swoim nie­wiel­kim gospo­dar­stwem.

Tego dnia nikt nie musiał go budzić; był naj­młod­szy z czwórki rodzeń­stwa i wciąż obo­wią­zy­wała go zasada wła­ściwa wszyst­kim malu­chom: że dzień zaczyna się wraz z ich prze­bu­dze­niem.

A po nich otwiera oczy matka, a następ­nie słońce. A po nich kogut ogła­sza nadej­ście nowego dnia, a krowa domaga się wydo­je­nia. A po nich budzi się ojciec, aby pomóc matce, która musi ulżyć ryczą­cej kro­wie. A po nich budzą się pozo­stali człon­ko­wie rodziny, zwa­bieni zapa­chem przy­go­to­wa­nego przez ojca śnia­da­nia, choć wole­liby jesz­cze tro­chę pospać; choć wole­liby przy­kleić się do poduszki lub żeby przez okno wpa­dło choć tro­chę świa­tła, nim będą musieli otwo­rzyć oczy.

Ale to nie­moż­liwe: nowy dzień już się zaczął, a wraz z nim codzienna krzą­ta­nina w nie­wiel­kim obej­ściu Schip­pe­rów.

Rzecz jasna, Arno jako trzy­la­tek nie pła­kał już po prze­bu­dze­niu. Skoń­czył z tym, gdy nauczył się potrzeb­nych mu słów.

– _Mut­ter! Vater! Ich möchte mein Frühstück_!

Ten pora­nek zaczął się jak zwy­kle: naj­młod­szy domow­nik doma­gał się śnia­da­nia, a pozo­stali pra­gnęli wyle­gi­wać się w łóżku choćby chwilę dłu­żej. Potem przy­szedł czas na zwy­kłe gospo­dar­skie zaję­cia, choć Schip­pe­ro­wie wyko­ny­wali je z więk­szym niż zazwy­czaj pośpie­chem, a następ­nie ele­gancko się ubrali: wło­żyli odświętne stroje, mimo że to nie była nie­dziela, bo wszy­scy razem jechali do mia­sta.

– To histo­ryczny dzień, Arno, a do tego dziś są twoje uro­dziny – powie­dział ojciec, Karl Schip­per, gdy zapi­nali płasz­cze przed wyj­ściem.

Był już 25 marca, ale wio­sna na tych zie­miach jesz­cze się nie obu­dziła, choć zima wcale nie była taka ciężka. Przy odro­bi­nie szczę­ścia koło połu­dnia wyj­dzie słońce. Przy odro­bi­nie szczę­ścia śnieg nie zasko­czy ich po dro­dze do Kró­lewca i z powro­tem.

Chłopcu udzie­lił się entu­zjazm star­szych braci, któ­rzy dużo lepiej rozu­mieli, co się dzieje. Dla ośmio­let­niego Fritza i sied­mio­let­niego Johanna, uwa­ża­ją­cych się za wytraw­nych podróż­ni­ków, dzień zapo­wia­dał się o wiele cie­ka­wiej niż dotych­cza­sowe wyprawy do mia­sta z ojcem: widzieli już oka­załe domy i budynki z ogrom­nymi oknami, dzwony z kate­dry we From­borku, bru­ko­wane ulice czy sie­dem mostów, i bawili się w ogro­dach zamku nad jezio­rem; to wszystko im się podo­bało, ale nawet takie atrak­cje bla­dły w obli­czu zapo­wia­da­nego na ten dzień, histo­rycz­nego wyda­rze­nia. I było to dla nich nie­po­jęte, bo w trak­cie tej wizyty mieli się nawet oprzeć poku­sie owo­co­wych mar­ce­pan­ków od Schwer­mera, które mogli spró­bo­wać przy jed­nej z tych rzad­kich oka­zji, kiedy ich ojciec miał jed­no­cze­śnie pie­nią­dze, czas i dobry humor.

Ale choć mieli się za doświad­czo­nych glob­tro­te­rów – w porów­na­niu z Arnem, który wciąż był dla nich małym dziec­kiem i nie wycho­dził poza naj­bliż­szą oko­licę gospo­dar­stwa, a także z Helgą, która choć star­sza, to jed­nak była dziew­czynką i para­jący się sto­larką ojciec ni­gdy nie zabie­rał jej ze sobą do pracy do mia­sta – to jed­nak wciąż mieli tylko osiem i sie­dem lat; droga na­dal bar­dzo im się dłu­żyła i wszystko odwra­cało ich uwagę od obiet­nic tam­tego dnia. Jak na dobrych braci i prze­wod­ni­ków wyprawy przy­stało, poka­zy­wali Arnowi to, co poja­wiało się na dro­dze, wciąż usia­nej klek­sami śniegu, i cho­dzili z nim z jed­nego końca fur­manki na drugi: a to na pra­wym pobo­czu stał wielki wół, a to owce blo­ko­wały prze­jazd, a to po lewej leżał mar­twy pies w sta­nie zaawan­so­wa­nego roz­kładu.

– Widzia­łeś jego oczy, Arno?

Arno też chciał wszystko zoba­czyć, ale matka bała się, że spad­nie z fur­manki, a wszy­scy wie­dzieli, że nie powinna się dener­wo­wać ani nad­mier­nie wysi­lać.

– Chodź tu – powie­działa do niego Helga, star­sza sio­stra, wska­zu­jąc na swoje kolana. – I już się nie ruszaj.

Helga przy­ci­snęła chłopca mocno do sie­bie, aż w końcu ustą­pił: to jej ramiona znał naj­le­piej, to one dawały mu naj­więk­szą pocie­chę. Matka sia­dała przy nim każ­dej nocy przed zaśnię­ciem i opo­wia­dała mu bajki, ale oprócz ojca to wła­śnie dzie­się­cio­let­nia Helga zawsze brała go na ręce, kła­dła do łóżka, tuliła, gdy miał kosz­mary, besz­tała i kąpała. I to tam, w chro­nią­cych go przed zim­nem ramio­nach sio­stry, zasnął, koły­sany ryt­micz­nym chy­bo­ta­niem fur­manki i nie­koń­czącą się – jak mu się zda­wało – podróżą do nie­zna­nego mu celu.

– Doje­cha­li­śmy.

Helga potrzą­snęła nim. Arno otwo­rzył oczy i od razu oprzy­tom­niał. Wokół nich pano­wał ogromny gwar. Ni­gdy wcze­śniej nie widział tylu ludzi ani tylu wozów naraz. Matka dys­ku­to­wała z ojcem.

– Jeśli zosta­wimy fur­mankę bez opieki, to nam ją ukradną.

– Nie. Dziś nikt by się na to nie odwa­żył. Poza tym nie możemy już dalej jechać. Popatrz, wszy­scy robią tak samo.

Tego dnia do Kró­lewca przy­byli oko­liczni miesz­kańcy, a jego sze­ro­kie ulice nie były w sta­nie pomie­ścić wszyst­kich wozów. To był histo­ryczny dzień i nikt nie chciał go prze­ga­pić: na twa­rzach ludzi malo­wało się pod­nie­ce­nie. Wokół nich inni podróżni zosta­wiali swoje pojazdy poza murami mia­sta, tak bli­sko sie­bie, jak tylko pozwa­lały im na to konie. Zabie­rali ze sobą tylko kosze lub torby z pro­wian­tem na dal­szą drogę. Schip­pe­ro­wie zro­bili to samo, a Arno sie­dział na bar­kach ojca: „W tym tłu­mie zgu­bił­byś się doku­ment­nie, _mein Sohn”_.

Arno cza­sem nie rozu­miał, dla­czego doro­śli mówią na jego widok: „Jaki ten chło­piec jest wysoki!”, skoro był tylko małym, wyma­ga­ją­cym uwagi dziec­kiem. Prze­cież gdyby był wysoki, ozna­cza­łoby to, że jest już duży, star­szy. A w domu wszy­scy byli wyżsi od niego. Prze­cież gdyby był wysoki, to mógłby dosię­gnąć leżą­cego na regale masła. Gdyby był wysoki, to mógłby dosię­gnąć wyko­na­nego przez ojca drew­nia­nego konika za każ­dym razem, gdy Fritz mu go wyry­wał i szy­der­czo uno­sił ramię, tak by Arno nie mógł go odzy­skać. Gdyby był wysoki, to Fritz nie odwa­żyłby się na takie żarty.

Sie­dząc na ramio­nach ojca, po raz pierw­szy poczuł się naprawdę wysoki. Mógł obser­wo­wać wszystko: łyse głowy męż­czyzn, któ­rzy nie nosili kape­lu­szy, i pióra przy kape­lu­szach ele­ganc­kich dam; cie­szył się, że jego bra­cia są od niego dużo niżsi, bo tam, na górze, jako pierw­szy mógł usły­szeć gra­jącą na uli­cach i wita­jącą przy­by­szów muzykę. Wier­cił się na wszyst­kie strony, by nie prze­ga­pić żad­nego szcze­gółu, nie bacząc na upo­mnie­nia ojca: „Nie ruszaj się tak, Arno”.

Nad­jeż­dżało coraz wię­cej wozów, więc chło­piec pomy­ślał z dumą, że jego dzielny tata wygrał dla nich ten wyścig, wespół ze swoim szyb­kim koniem.

Nieco dalej, już na prze­stron­nych uli­cach, miał wra­że­nie, jak gdyby wszystko było jed­nym wiel­kim murem: od ota­cza­ją­cych mia­sto for­ty­fi­ka­cji aż po naj­wyż­sze budynki, jakie kie­dy­kol­wiek widział. Zdu­miony, patrzył w górę. Wcze­śniej na takich wyso­ko­ściach obser­wo­wał jedy­nie gęsi prze­la­tu­jące nad domem, który przy miej­skich zabu­do­wa­niach wyda­wał mu się maleńki. Roz­dzia­wił usta w zachwy­cie, a wtedy ojciec powie­dział: „Zamknij buzię, _Sohn_, bo wleci ci mucha”. Więc ją zamknął, ale ta była nad­zwy­czaj uparta i od czasu do czasu znów się otwie­rała, bo dzi­wiło go o wiele wię­cej niż tylko roz­miary budyn­ków i kościo­łów. Mia­sto zda­wało się być gotowe na praw­dziwe święto: gdzie­kol­wiek spoj­rzał, flagi – te duże, te małe i te ogromne – łopo­tały niczym czer­wono-czarne skrzy­dła, ula­tu­jąc ku niebu przy podmu­chach wia­tru.

Przed­się­bior­cze kobiety sprze­da­wały kwiaty i flagi w roz­mia­rze wprost ide­al­nym dla jego małych rączek. I zapra­gnął mieć jedną z nich.

– _Papa, ich möchte eine Flagge_!

– _Nicht jetzt._

To były naj­bar­dziej fru­stru­jące słowa, jakie Arno kie­dy­kol­wiek poznał: „Teraz nie”. Teraz nie możesz tego ciastka. Teraz nie możesz się bawić. Teraz nie krzycz. _Nicht jetzt._ Teraz nie jedz chleba. Teraz nie możesz mieć takiej ład­nej flagi, jak inni. Teraz nie, teraz nie. Po trzech latach życia te słowa zdą­żyły mu się już znu­dzić, ale wie­dział, że gdy wypo­wia­dali je rodzice, nie było na nie rady. Tak więc teraz nie, ale może póź­niej?

– _Ja_. Zoba­czymy.

Ojciec nie chciał się zatrzy­mać, choć Arno mocno kop­nął go nogą, jak konia. Chyba się gdzieś spie­szyli. Szli tak szybko, jak tylko stan matki na to pozwa­lał.

Arno wie­dział, że nie wszyst­kie matki są takie jak jego. Znał na przy­kład grubą _Frau_ Fili­pek, która zacho­dziła do nich raz w tygo­dniu, żeby kupić jajka, i pła­ciła za nie masłem i wędli­nami. Ona miała wię­cej dzieci i wię­cej ener­gii, a cza­sem razem z towa­rami na wymianę nio­sła w ramio­nach jedną z lato­ro­śli; do tego, oczy­wi­ście, musiała nieść swój wła­sny cię­żar.

Dzieci wyko­rzy­sty­wały każdą minutę na zabawę, pod­czas gdy pogrą­żone w roz­mo­wie matki prze­dłu­żały trans­ak­cję. Ale były kobie­tami zaję­tymi i prak­tycz­nymi, dla­tego prędko prze­ry­wały poga­wędkę: było wiele do zro­bie­nia, a Filip­ko­wie musieli iść dalej.

Po wymia­nie towaru zaru­mie­niona kobieta z zado­wo­le­niem pako­wała jajka do koszyka z taką samą ener­gią jak wcze­śniej, pod­czas gdy jego wychu­dzona i mil­cząca matka przy­glą­dała się z progu, jak sąsiadka odma­sze­ro­wuje żwa­wym kro­kiem, po czym na powrót sia­dała przy kuchen­nym stole, by odpo­cząć i nabrać tchu. Nawet nie pró­bo­wała wziąć swo­jego syna na ręce, i choć mu to tłu­ma­czyli, cza­sem nie rozu­miał, dla­czego matka tylko podaje mu rękę i ni­gdy go nie pod­nosi.

– Pamię­tasz, jak kie­dyś obtar­łeś sobie kolano? Pamię­tasz, jak cię bolało? Mamę tak samo boli serce – powie­dział mu kie­dyś ojciec.

– Ale wyzdro­wieje?

– Nie.

Dla­tego trzeba było o nią dbać. Bo ciężko się żyje z obtar­tym ser­cem. Ale Arno cza­sem o tym zapo­mi­nał.

Codzien­nie przed wyj­ściem do pracy ojciec mówił mu: „Uwa­żaj na mamę, bądź pomocny, nie spra­wiaj jej pro­ble­mów”. I Arno zaczy­nał dzień z takim zamia­rem, ale prędko mu to umy­kało. Chciał się bawić i zapo­mi­nał o obtar­tym sercu matki. Chciał bie­gać i się wspi­nać, choć jego rodzeń­stwo wciąż jesz­cze było w szkole, a ojciec w pracy, i tylko osła­biona matka mogła się nim zaj­mo­wać.

Igno­ro­wał więc powzięte led­wie parę minut wcze­śniej posta­no­wie­nie, i prędko zapo­mi­nał o zło­żo­nych obiet­ni­cach; zapo­mi­nał, że powi­nien sie­dzieć w miej­scu, i zbli­żał się zbyt­nio do pale­ni­ska, cho­ciaż dobrze wie­dział, że mu nie wolno; i cho­dził obser­wo­wać krowę albo tarzać się w psze­nicy, choć matka mu tego zabra­niała. I przy­po­mi­nał sobie o swo­ich obiet­ni­cach i posta­no­wie­niach dopiero wtedy, gdy zauwa­żał bladą, wzbu­rzoną i pozba­wioną tchu matkę, pod­cho­dzącą do niego tak szybko, jak tylko mogła sobie na to pozwo­lić, aby go odcią­gnąć, ura­to­wać lub zbesz­tać.

A teraz, sie­dząc na bar­kach ojca, Arno czuł się wysoki i doj­rzały, jak wszy­scy wysocy ludzie, któ­rzy nie zapo­mi­nają o zło­żo­nych obiet­ni­cach, i od czasu do czasu spo­glą­dał na matkę, drobną kobietę idącą powol­nym, acz zde­cy­do­wa­nym kro­kiem. Posta­no­wił, że da znać ojcu, jak tylko zoba­czy, że poczuła się gorzej. Bo to aku­rat potra­fił: wyczuć dokładny moment, w któ­rym jej się pogar­szało. W tej dzie­dzi­nie był eks­per­tem, wszak doświad­czał tego od dnia swo­ich naro­dzin.

Schip­pe­ro­wie prędko wto­pili się w morze ludzi, któ­rzy naj­wy­raź­niej szli w tym samym kie­runku. I było tam coraz wię­cej flag, a począt­kowo ciche pie­śni zaczęły roz­brzmie­wać z coraz więk­szą mocą.

Arno ich nie znał. Były zupeł­nie inne od tych, które matka śpie­wała mu czule, kiedy star­czyło jej tchu, by pocią­gnąć melo­dię, ale też mu się podo­bały. Nie znał słów, ale je wymy­ślał, naj­pierw nie­śmiało, a póź­niej peł­nym gło­sem, by poczuć się czę­ścią coraz więk­szej i coraz bar­dziej hała­śli­wej grupy osób, stop­niowo zle­wa­ją­cej się w jed­no­rodną masę.

A z każdą nutą, z każ­dym odde­chem, ze wszyst­kich ust wydo­by­wały się deli­katne obłoczki pary, które zaczęły się łączyć, kłę­bić i powięk­szać. Ten nowo powstały obłok był coraz wyraź­niej­szy, zaczy­nał żyć wła­snym życiem, aż na koniec zamie­nił się w podmuch, a następ­nie falę mgły, która go otu­liła, dając wra­że­nie, że unosi się w powie­trzu.

I zda­wało mu się, że matka kro­czy z nieco więk­szą siłą i nabrała tro­chę koloru, a jego bra­cia uro­śli, ot tak, tylko dzięki tym pio­sen­kom. A obok szły inne dzieci, tak samo wyso­kie jak on, sie­dzące okra­kiem na bar­kach rodzi­ców i uno­szące ramiona, jak gdyby dowo­dziły mor­skimi stat­kami; chłopcy i dziew­czynki, któ­rych ni­gdy wcze­śniej nie widział, które patrzyły na sie­bie w mar­szu i roz­po­zna­wały swoje spoj­rze­nia, uśmie­chy i słowa pio­se­nek, ale pra­wie żadne nie potra­fiło wymó­wić ani nie rozu­miało ich sensu poza tym, że obie­cy­wano w nich chleb. A to im się podo­bało.

_Die Straße frei den brau­nen Bata­il­lo­nen._

_Die Straße frei dem Stur­mab­te­ilung­smann!_

_Es schau_’_n aufs Haken­kreuz voll Hof­f­nung schon Mil­lio­nen._

_Der Tag für Fre­iheit und für Brot bricht an!_

Ale po tak dłu­gim spa­ce­rze zaczęło mu się zda­wać, że z bar­ków ojca wyro­sły kolce, a ból poślad­ków odwiódł jego uwagę od pio­se­nek. Zachciało mu się pić, a głód był sil­niej­szy od chęci posia­da­nia flagi.

– _Papa: Ich bin hun­grig!_

_–_ Już nie­da­leko. Wytrzy­maj. Dosta­niesz jeść, gdy doj­dziemy na miej­sce.

Nie­stety tak jak wszy­scy wokół, nie dotarli na żadne kon­kretne miej­sce: jacyś żoł­nie­rze zatrzy­my­wali tłum, by roz­mie­ścić go po obu stro­nach sze­ro­kiej alei.

Schip­pe­ro­wie mieli szczę­ście: dzieci usia­dły na kra­węż­niku, a doro­słym nikt nie zasła­niał widoku parady, która miała się roz­po­cząć lada chwila, po ofi­cjal­nym powi­ta­niu na dworcu kole­jo­wym. _Frau_ Schip­per dała każ­demu ze swo­ich dzieci por­cję chleba i kieł­basy.

– Jedz powoli, Arno. Nie udław się.

Dzieci jadły na sie­dząco, a doro­śli na sto­jąco. Arno zmo­czył weł­niane skar­pety, wyle­wa­jąc na sie­bie kubek cie­płej her­baty, więc ojciec wziął go na chwilę w ramiona – dopóki stopy mu nie prze­schły – opa­tu­lił swoim płasz­czem i ogrzał.

Wciąż roz­brzmie­wały pie­śni, teraz już w akom­pa­nia­men­cie zespo­łów. Nie­które głosy wzno­siły się ponad inne – te nale­żące do zwy­kłych śmier­tel­ni­ków – przez mega­fony, naka­zu­jąc powta­rzać slo­gany, odpo­wia­dać uni­sono, uno­sić rękę i wspól­nie krzy­czeć raz po raz, aż do per­fek­cji: „_Ha Hidla_!”. Wtedy Arno popro­sił ojca, by posta­wił go na ziemi, i sto­jąc na kra­wę­dzi ulicy, dołą­czył do tych gło­sów:

Cza­sem krzy­czał: „_Zi hail! Zi hail!”_; cza­sem zaś: „_Ha Hidla! Ha Hidla!”_.

Robił to bez­myśl­nie, nie zasta­na­wia­jąc się, co ozna­czają te powta­rzane z taką werwą słowa, uno­sił też rękę nie­mal ku niebu, jak przy­stało na praw­dzi­wego członka tej masy. Ale prędko od tych okrzy­ków zaschło mu w gar­dle, a ręka zmę­czyła się od nie­ustan­nego pod­no­sze­nia i opusz­cza­nia.

Zabawa stra­ciła swój urok, nim jesz­cze na dobre się zaczęła.

Poczuł ucisk na pęcherz, co dopiero nie­dawno nauczył się odróż­niać na czas, by nie zmo­czyć ubrań, i pona­glał ojca tak długo, aż został zapro­wa­dzony na tyły budynku i wypróż­nił się cie­płym i paru­ją­cym stru­mie­niem.

Kiedy wró­cili na miej­sce, nic się nie zmie­niło. I Arno raz po raz to sia­dał, to wsta­wał. Tkwił tam z przy­musu, choć pra­gnął być gdzie indziej. Nie rozu­miał, dla­czego nie może wybiec na sam śro­dek pustej alei, która wzy­wała go bez ustanku. Prze­cież mógłby zagrać w zbi­jaka z innymi dziećmi w jego wieku, tak samo jak on znu­żo­nymi dłu­gim mar­szem, gło­śnymi okrzy­kami i bez­sen­sow­nym ocze­ki­wa­niem. Wszy­scy by się dobrze bawili. Ale nie: nie ruszaj się, Arno; nie schodź z chod­nika; nie zgub się; no już, śpie­waj. No i nie powi­nien dener­wo­wać matki. Pew­nie prędko by o tym zapo­mniał, gdyby dłoń ojca nie zaci­skała się mocno na jego ramie­niu za każ­dym razem, kiedy męż­czy­zna prze­czu­wał, że syn zaraz puści się bie­giem w poszu­ki­wa­niu wol­no­ści i prze­strzeni.

– _Nein_, Arno.

Arno usiadł. Znowu. Musiał cze­kać. Znowu. Ale na co miał cze­kać? Tego nie wie­dział.

Pod koniec dnia, po wielu godzi­nach ocze­ki­wa­nia, cały ten plan, śpiewy i slo­gany stra­ciły swój urok, a nawet prawo do ist­nie­nia w jego umy­śle. Ze zmę­cze­nia zapo­mniał o uczu­ciu, jakiego doświad­czał na bar­kach ojca.

Z tam­tego dnia zapa­mię­tał na zawsze czer­wień flag, choć ni­gdy o tym nie wspo­mi­nał, nawet swo­jej żonie, gdy miesz­kali już daleko stam­tąd, bo zawsze był to dla niego nie­mal zaka­zany i bole­sny temat.

Ponadto co mógłby powie­dzieć o tym tak mgli­stym wspo­mnie­niu? Postrze­gał je raczej w kate­go­riach dozna­nia, i to tak nie­wy­raź­nego, że póź­niej było mu ciężko umie­ścić je na osi czasu. Było dla niego jedy­nie sze­re­giem obra­zów, nawie­dza­ją­cych go cza­sami w naj­głęb­szych snach, kiedy nocami opusz­czał gardę. Ale nie wie­dział, że to wła­śnie tam­tego dnia po raz pierw­szy był świad­kiem czer­wono-czar­nego lotu.

Bo w tam­tej chwili Arno pra­gnął jedy­nie wró­cić do swo­jego małego świata na gospo­dar­stwie i do codzien­nej rutyny; zasiąść do kola­cji, po czym poło­żyć się w cie­płym łóżku, i to przez nikogo nie­po­ga­niany. Sie­dząc na kra­węż­niku pomię­dzy sto­pami rodzi­ców, two­rzą­cymi wokół niego kokon ochra­nia­jący jego małe jeste­stwo przed zadep­ta­niem przez obcych i coraz bar­dziej tło­czą­cych się ludzi, prze­stał już nawet spo­glą­dać do tyłu czy w górę, aby pro­sić: „Chodźmy do domu, _bitte”_, bo doro­śli i tak odpo­wia­dali mu: „Jesz­cze chwila, _Sohn_”.

Więc Arno prze­stał pro­sić. Już nie chciał wbie­gać na śro­dek ulicy. Sie­dział w wyzna­czo­nym miej­scu, nie patrząc przed sie­bie, ani w górę, ani tym bar­dziej do tyłu, bo i tak widział jedy­nie nie­koń­czący się ciemny las nóg i kolan.

Chwilę wcze­śniej pró­bo­wał nawią­zać roz­mowę na migi z chłop­cem, który rów­nie dobrze mógłby być jego lustrza­nym odbi­ciem, bo sie­dział dokład­nie w takiej samej pozy­cji i z tak samo znu­żo­nym spoj­rze­niem u stóp swo­ich rodzi­ców, na brzegu prze­ciw­le­głego chod­nika. Ale nie potra­fili się poro­zu­mieć. Zmę­czony Arno zamknął się w swo­jej szczel­nej bańce, do któ­rej docho­dził jedy­nie mono­tonny szum ota­cza­ją­cej go ludz­kiej masy. Był tam bez­pieczny, ale bar­dzo się nudził, więc oparł brodę na kola­nach i za pomocą małego patyka pró­bo­wał napi­sać swoje imię w bło­cie. Helga uczyła go tego w domu, ale nie wycho­dziło mu to tak dobrze jak sio­strze. I już miał popro­sić ją o pomoc, gdy coś się zmie­niło: w jego małej bańce uci­chły głosy; nastała pełna ocze­ki­wa­nia cisza. Nawet trzy­la­tek, taki jak Arno, potra­fił ją roz­po­znać: wkrótce miało się zda­rzyć coś nie­zwy­kłego. Ale co?

– _Was ist los, Papa?_

– Chodź, Arno! Szybko!

Okrzyki i owa­cje wró­ciły ze zdwo­joną siłą, a ojciec znów wziął go na barki. Stam­tąd miał widok na począ­tek pochodu jeźdź­ców na ogrom­nych koniach; po nich przy­szedł czas na żoł­nie­rzy. Począt­kowo ryt­miczny i zgrany co do sekundy marsz wywarł na chłopcu ogromne wra­że­nie, ale było ich tak wielu, a ich kroki tak do sie­bie podobne, że aż hip­no­ty­zu­jące. A ludzie wokół pod­no­sili i opusz­czali prawą rękę, i krzy­czeli tak, jak ćwi­czyli to już od wielu godzin.

Ciało ojca drżało od krzy­ków, od dud­nie­nia wielu gło­sów naraz, od mega­fo­nów, a także od drga­nia sil­ni­ków pojaz­dów woj­sko­wych, które wła­śnie nad­je­chały. Pojaz­dów prze­róż­nych roz­mia­rów. Było ich wię­cej, niż Arno widział w całym swoim życiu, a wszyst­kie więk­sze, now­sze i bar­dziej impo­nu­jące, bez ani kro­pli kala­ją­cego je błota: jechały razem, wszyst­kie potężne, choć nie­które potęż­niej­sze od innych.

To dzięki nim Arno odna­lazł w sobie resztkę sił, by zapo­mnieć o zmę­cze­niu i nudzie, i odkrył nową pasję, która miała mu towa­rzy­szyć przez resztę życia, a która pozo­sta­wiła w jego pamięci pierw­szy trwały ślad, choć nie potra­fił się do tego przy­znać nawet wiele lat póź­niej, gdy spy­tała go o to uko­chana; musiałby bowiem zaak­cep­to­wać, że pierw­sza rzecz, jaką zapa­mię­tał w życiu, miała zwią­zek z wojną.

Nie mógł ode­rwać oczu od obra­ca­ją­cych się opon, od kół czołgu, które wpra­wiały w ruch ogniwa poru­sza­jące się po cią­głej elip­sie. Arno sta­rał się odróż­nić poszcze­gólne cykle tego łań­cu­cha, ale nie potra­fił. A wtedy jakiś czołg zaczął kiwać wieżą na boki w geście pozdro­wie­nia i kła­niać się armatą w górę i w dół, a Arno wstrzy­mał oddech.

Nie inte­re­so­wał go ich bojowy aspekt, bo wtedy jesz­cze nie rozu­miał, do czego służą. Postrze­gał je jako obiekty mecha­niczne: w jaki spo­sób się poru­szały?

– Jak one dzia­łają, tato?

Ale ojciec mu nie odpo­wie­dział, bo był zajęty swoim wła­snym obiek­tem zain­te­re­so­wań – który wła­śnie prze­jeż­dżał w jed­nym z samo­cho­dów – a głos chłopca ginął pośród okrzy­ków, które roz­go­rzały z nową siłą.

– _Heil Hitler! Heil Hitler!_ – wołali zgro­ma­dzeni.

Ale Arno nie naśla­do­wał już słów, które brzmiały dla niego jak „_ha hidla_”, bo jego uwaga sku­piała się na czymś innym.

Wzru­szony ojciec mówił do niego: „Patrz, Arno”, a on patrzył. Patrzył i patrzył. Przy­glą­dał się. Ana­li­zo­wał. Ale nie śle­dził wzro­kiem tego, na co wska­zy­wał ojciec, bo odkrył te wspa­niałe maszyny i nic nie było w sta­nie ode­rwać go od nich oraz od pytań, które huczały mu w gło­wie tak gło­śno, jak ryk sil­ni­ków i prze­kładni; pytań, któ­rych nie były w sta­nie zagłu­szyć żadne gro­madne okrzyki: Jak one dzia­łają? Jak się poru­szają?

A inten­syw­ność, z jaką pró­bo­wał roz­wią­zać tę zagadkę, spra­wiła, że w tym pierw­szym wspo­mnie­niu Arna Schip­pera wszystko inne się zatarło: od kolo­rów tych pojaz­dów aż po niskiego jego­mo­ścia, który stał wypro­sto­wany w prze­jeż­dża­ją­cym kabrio­le­cie i zda­wał się czuć jesz­cze wyż­szy niż Arno sie­dzący na bar­kach ojca.

I wła­śnie z tej wyso­ko­ści, któ­rej nikt nie odwa­żył się dorów­nać, a którą w przy­szło­ści nie­wielu pró­bo­wało umniej­szyć, jego­mość pozdra­wiał na prawo i lewo, niczym wieża jego czołgu. Ale w prze­ci­wień­stwie do niej ramię męż­czy­zny było cią­gle zwró­cone ku górze, ponie­waż ktoś taki jak on ni­gdy by się nie upo­ko­rzył, kła­nia­jąc się przed kim­kol­wiek. Nawet przed naro­dem, który swo­imi gło­sami i wiarą dał mu tak dużą prze­wagę w wyścigu o wła­dzę i który wyno­sił go na tak pożą­dany pie­de­stał.

Arno, roz­ko­ja­rzony wido­kiem prze­jeż­dża­ją­cych pojaz­dów, nie zwró­cił uwagi na całą świtę, a godzinę póź­niej, gdy na nowo popadł w apa­tię i pra­gnął być gdzieś indziej, nie słu­chał żywio­ło­wej prze­mowy jego­mo­ścia. A ta roz­brzmie­wała nie tylko przez gło­śniki, usta­wione wzdłuż ulicy dla tłumu, który – choć nie zmie­ścił się na sta­dio­nie w Kró­lewcu – przy­był, aby zoba­czyć jego prze­jazd, ale rów­nież w całej Rze­szy, dzięki trans­mi­sji radio­wej. To wła­śnie wtedy jego­mość ogło­sił Anschluss, czyli anek­sję Austrii – na chwałę Rze­szy i prośbę Austria­ków – która odbyła się bez ani jed­nego wystrzału.

W trak­cie prze­mó­wie­nia pano­wała cał­ko­wita cisza. Nikt się nie odzy­wał. Chciał o coś spy­tać, ale ojciec powie­dział: „Bądź cicho, Arno. Nie możemy uro­nić ani słowa”. A on nie rozu­miał nic z tego, co mówił dobie­ga­jący z gło­śnika głos; poje­dyn­cze słowa zle­wały się ze sobą, a żadne z nich nie przy­bli­żało go do miej­sca, w któ­rym pra­gnął być: do jego domu. Ze zdzi­wie­niem zauwa­żył, że uśmiech­nięty ojciec pła­cze.

– Jest ci smutno, _Vater?_ – spy­tał, mocząc palce w jego łzach.

– Nie. To od zimna.

Po pię­ciu minu­tach oparł głowę na ramie­niu ojca. A gdy prze­mowa trwała już od jakichś dwu­dzie­stu minut, Arno drze­mał, nie­czuły na godną ilu­zjo­ni­sty cha­ry­zmę lidera, głu­chy na wydo­by­wa­jące się z jego ust i ujarz­mione prze­zeń słowa, obie­cu­jące pokój i opiekę nie­miec­kiego boga – o któ­rego ist­nie­niu więk­szość słu­cha­czy dowie­działa się dopiero tam­tego dnia – które następ­nie mistrzow­sko zamknęły dys­kurs z odpo­wied­nią dozą dra­ma­ty­zmu i siły, jak zawsze w służ­bie swo­jego pana, jed­nego z naj­więk­szych mistrzów reto­ryki i per­swa­zji w histo­rii.

– W toku moich bitew poli­tycz­nych zdo­by­łem wielką miłość ludu, ale gdy w ostat­nich dniach prze­kro­czy­łem dawną gra­nicę impe­rium, doświad­czy­łem wcze­śniej nie­spo­ty­ka­nego zalewu miło­ści. Nie przy­by­li­śmy jako tyrani, lecz jako wyzwo­li­ciele, a cały lud się ura­do­wał. Pod­po­rząd­ko­wał się naszej swa­styce bez bru­tal­nej prze­mocy. A gdy żoł­nie­rze kro­czyli ku Austrii, odżyły we mnie wspo­mnie­nia pew­nej pie­śni z mło­do­ści. I w ciągu tych ostat­nich dni z ogromną nadzieją śpie­wa­łem tę dumną bojową pieśń: _Oto powstaje lud, oto nad­ciąga burza!_ Z wiarą w Rze­szę i w tę ideę miliony naszych pobra­tym­ców w tej nowej Mar­chii Wschod­niej nie opu­ściły swych flag i pozo­stali wierni Rze­szy i poczu­ciu przy­na­leż­no­ści do ludu nie­miec­kiego. Jeden naród, jedna Rze­sza. Niemcy!

„_Sieg Heil!_ Niech żyją Niemcy! _Heil Hitler! Heil Hitler!”_. Zarówno zgro­ma­dzeni, jak i cały naród nie­miecki, nie­za­leż­nie od tego, skąd wsłu­chi­wał się w te słowa Adolfa Hitlera, zaczął wzno­sić okrzyki z nową werwą, ale Arno zapa­mię­tał tę część dnia raczej jako pomi­niętą aneg­dotkę, bo w kolej­nych dniach, mie­sią­cach i latach jego rodzice i rodzeń­stwo pytali go z zasko­cze­niem: „Prze­cież prze­je­chał jakieś pięć metrów przed tobą, naprawdę nie pamię­tasz?”. Nie. Nie pamię­tał, bo gdy Führer prze­jeż­dżał koło niego, Arno był wpa­trzony w prze­kład­nie, a kiedy prze­ma­wiał, to Arno zasnął w obję­ciach ojca, który gła­dził go po jasnych wło­sach, szep­cząc do ucha: „Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji uro­dzin, synu”.6. Niewola niewoli nierówna

Janusz przy­glą­dał się, jak się odda­lają; jak matka cią­gnie córkę za rękę i ją karci.

– Mówi­łam ci już, dziecko, żebyś tu nie przy­cho­dziła. To nie­bez­pieczne.

– Dla­czego?

– Nie dys­ku­tuj… nie mam już na to siły.

Smu­cił go nie­uza­sad­niony lęk pani Hahl­brock. Nie rozu­miał go: jak mogła myśleć, że może zro­bić Ilse krzywdę? Przy nim dziew­czynka była bez­pieczna. Chciał uspo­koić kobietę, ale jego język wciąż jesz­cze nie radził sobie z nie­miec­kim, a już na pewno nie na tyle, by wypo­wia­dać słowa z prze­ko­na­niem, jakiego wymaga się od kogoś, kto zapew­nia o swo­ich poko­jo­wych zamia­rach.

– Uwa­żaj.

Janusz obró­cił się ze stra­chem. Pochło­nięty pracą i psze­nicz­nymi opo­wie­ściami nie zauwa­żył, że Tade­usz, Józef i Radosz już wró­cili. Nie wie­dział, która jest godzina. Ale skoro już tu byli, to zna­czy, że dzień dobiegł końca i że teraz nade­szła pora odpo­czynku i, co lep­sze, kola­cji.

Był głodny; zawsze był głodny. To nie zmie­niło się od czasu, gdy tra­fił do Hahl­broc­ków; gdy myślał już, że po zje­dze­niu chleba z kre­mo­wym masłem czy ziem­nia­ków z cebulą głód minął bez­pow­rot­nie, ten wra­cał, by przy­po­mnieć mu, że ni­gdy się od niego nie uwolni; że jedy­nie drze­mie; że po raz pierw­szy on, jego wierny towa­rzysz, daje się zaspo­koić i tym samym daje mu nieco spo­koju, ale że wciąż jest tym samym potwo­rem; że nie da się go cał­ko­wi­cie poskro­mić, choć obec­nie nauczył się respek­to­wać ści­sły har­mo­no­gram, by potem znów się poja­wić.

Dzięki temu Janusz czuł się wolny; w końcu miał czas i nastrój, by myśleć o czymś innym. O wielu rze­czach. O sta­rych opo­wie­ściach, tych, w któ­rych wciąż wyraź­nie pobrzmie­wał głos matki, ale też o innych, nowych, które brały się nie wia­domo skąd.

Czyżby brały się z niczego? A może pocho­dziły wła­śnie od niego?

– Głu­chy jesteś?

– Hmm?

– Ile razy mówi­li­śmy ci, żebyś ode­słał dzie­wuszkę do domu i nie zosta­wał z nią sam na sam? Nie widzisz, że cię tu nie chcą?

– Kto?

– Jak to kto, głupku? Nikt. Nikt tu cię nie chce. Tyś zwy­kły cywi­lar­baj­ter.

Ze wszyst­kich towa­rzy­szy nie­doli Radosz był naj­bar­dziej kłó­tliwy, bo pod­czas gdy inni z tęsk­noty za rodziną i domem pogrą­żali się w mara­zmie, wyni­ka­ją­cym z chęci powrotu do tego, co znane i kochane, jemu goto­wała się krew. Radosz uwa­żał, że wszystko jest stra­cone, i był prze­ko­nany, że krzywda jest nie­od­wra­calna.

– Nie wiem, po co wy się w ogóle maże­cie. Myśli­cie, że was nie sły­szę? Sły­szę was każ­dej nocy po zga­sze­niu świa­teł i widzę, jak na prze­rwie w połu­dnie żuje­cie ten chleb, co go nie upie­kła wasza żona; chleb, co nie sma­kuje domem. I pła­cze­cie. A nawet jak nie pła­cze­cie, to chce­cie pła­kać. Tylko po co? Po co, skoro wasze żony są tak samo mar­twe jak moja, skoro wasz chleb ni­gdy nie będzie sma­ko­wać Pol­ską? Skoro Pol­ska już nie ist­nieje, bo jest tak samo mar­twa jak my, choć nie chcemy o tym myśleć, i choć nie potra­fi­cie przy­znać, że nasze stopy codzien­nie łażą po jej tru­chle.

Józef i Tade­usz znali Rado­sza już wcze­śniej. Razem bawili się w dzie­ciń­stwie, a w mło­do­ści pili pierw­szą gorzałkę. Ale po tej przy­jaźni nie było nawet śladu, bo nie chcieli ani nie mogli dotrzy­my­wać mu kroku.

– Musisz zro­zu­mieć, że Radosz ma w zwy­czaju popra­wiać sobie nastrój krup­ni­kiem. A teraz, kiedy go nie ma…

Nie było krup­niku, więc i po dobrym nastroju nie było ani śladu.

Janusz ni­gdy nie pró­bo­wał tej nalewki, któ­rej doda­tek miodu i ziół wcale nie odbie­rały mocy, ale pamię­tał, jak matka mówiła, że ojciec wolał porzu­cić rodzinę, niż z niego zre­zy­gno­wać. „To tru­ci­zna” – twier­dziła. – „Zwy­kła tru­ci­zna dla chło­pów”. Gdy Niemcy poj­mali i wywieźli Rado­sza, gwał­tow­nie pozba­wili go nie tylko rodziny, ale też gorzałki. I nie była to jego decy­zja: pod­jęto ją za niego. Brak rodziny był dla niego bole­sny, ale jesz­cze bar­dziej bole­sny był brak krup­niku.

Powo­do­wany stra­chem, Radosz zniósł całą podróż i nie dał nic po sobie poznać, ale gdy tylko zostali sami, a żoł­nie­rze odje­chali pustą cię­ża­rówką, upadł na zie­mię, tra­wiony gorączką, od któ­rej dostał dresz­czy, maja­czył, a nawet pła­kał.

Przez pierw­szych kilka dni wycho­dził do pracy osła­biony i trząsł się jak osika, ale nie miał innego wyj­ścia: nie mógł prze­cież powie­dzieć nowym panom swo­jego życia, że nie ma na to ochoty, że potrze­buje nie tylko chleba, że jego ciało z tru­dem opiera się tej posu­sze. Inni poma­gali mu uda­wać, że pra­cuje, a gdy trzeba było wyko­pać stud­nię, kazali mu ude­rzać kilo­fem, jakby roz­pulch­niał zie­mię, pod­czas gdy tak naprawdę robili to za niego pozo­stali robot­nicy. A kiedy nikt ich nie pil­no­wał, Radosz wyko­rzy­sty­wał każdy moment, by rzu­cić się na zie­mię, bez tchu i bez sił.

Z cza­sem to drże­nie zaczęło prze­cho­dzić; tak samo jak począt­kowa despe­ra­cja, ale tęsk­nota i uraza ani tro­chę nie ustę­po­wały, więc każda noc koń­czyła się dla pol­skich rol­ni­ków dokład­nie tak samo: po zga­sze­niu świa­teł i zamknię­ciu oczu do snu koły­sały ich nie­spo­kojne waria­cje na ten sam temat.

– Mam tylko sie­bie; albo przy­naj­mniej to, co zosta­wili ze mnie te prze­klęte Niemce: wrak, powłokę, nie­wol­nika. Wsta­waj, Radosz; rusz się; zrób to, zrób tamto; nie zaraz, nie jutro: teraz, dziś. Nawet w nie­dzielę, nawet w twoje imie­niny. Ani dnia odpo­czynku. Ani jed­nego. Ani w desz­czu, ani w chło­dzie, ani w bło­cie, ani jak krwa­wią ci odci­ski. I ani jed­nego kie­li­szeczka na koniec dnia; ani jed­nego, by ogrzać duszę. Wiem, że ta wojna się ni­gdy nie skoń­czy, że już mnie nie wypusz­czą. A jak wypusz­czą, to co to da?

Za dnia pra­co­wał, zgorzk­niały, pró­bu­jąc zara­zić swoim nastro­jem towa­rzy­szy wygna­nia, a szcze­gól­nie Janu­sza, który robił wszystko, by pozo­stać odpor­nym czy nawet głu­chym na słowa Rado­sza. Im czę­ściej ten do niego mówił, tym bar­dziej Janusz pogrą­żał się w swo­ich opo­wie­ściach, tych sta­rych i tych nowych, umi­la­jąc sobie w ten spo­sób dni i noce, a także wypę­dza­jąc Rado­sza i jego posępne pro­roc­twa z głowy.

Wie­dział, czym jest tęsk­nota; wie­dział, co to zna­czy tęsk­nić za matką, czy oba­wiać się o sio­strę. Rozu­miał ból, jaki się czuje, gdy stra­ciło się wszystko, i nie spo­sób o tym zapo­mnieć. On nie zapo­mniał. Ni­gdy. A stra­cił wszystko już dawno temu. Ale nauczył się cie­szyć tym swoim życiem i rado­wać z każ­dego prze­ży­tego dnia. Był głodny, ale żył i naza­jutrz mógł zaspo­koić głód. Było mu zimno, ale żył i cze­kał na nadej­ście cie­pła. Był samotny, ale żył i miał nadzieję, że kie­dyś będzie mógł dzie­lić z kimś czas.

Dla jego towa­rzy­szy nie­doli ta strata była śwież­sza, ale dni mijały, a Janusz nie rozu­miał, dla­czego nie potra­fią zna­leźć naj­mniej­szego nawet powodu do rado­ści: mogli prze­cież wpaść w ręce Rosjan albo być tak samo mar­twi jak cała Pol­ska, wedle słów Rado­sza.

Mar­twi, by już ni­gdy się niczym nie cie­szyć.

Nie rozu­miał, w czym im prze­szka­dzało, że ktoś w samym środku wojny potrafi odna­leźć spo­kój; nie rozu­miał, dla­czego chcieli mu go ode­brać albo prze­ko­nać, by się go wyzbył i dzie­lił z nimi gorycz.

Ostatni czte­rej Polacy na Ziemi, złą­czeni fru­stra­cją.

– Nikt cię tu nie chce, głupku. – Radosz powta­rzał mu to raz po raz, jakby Janusz go nie rozu­miał albo nie sły­szał.

Mogli nazy­wać go głup­kiem do woli i powta­rzać to przy każ­dej nada­rza­ją­cej się oka­zji, ale on wie­dział, że wcale nie jest głupi. Sły­szał, bo nie miał pro­blemu ze słu­chem. Po pro­stu z wła­snej woli nie zwra­cał na to uwagi: nie słu­chał, bo nie chciał.

Nie chciał, żeby te słowa dotknęły go do głębi i tra­fiły do szu­fladki, w któ­rej pomiesz­kuje gorycz; wie­dział, że jeśli na to pozwoli, to zacznie myśleć: „Skoro nikt mnie tu nie chce, to nikt nie zechce mnie już ni­gdzie”. Bo po latach samot­nych poszu­ki­wań było dla niego jasne: w Pol­sce nie ma dru­giej takiej Ilse, a skoro ona jest w Niem­czech, to on też chce tam być, bo to wła­śnie w tym gospo­dar­stwie odna­lazł cząstkę rodzin­nego domu. Odna­lazł kogoś, komu mógł opo­wia­dać swoje histo­rie; dziew­czynkę o oczach sio­stry, któ­rej już nie miał; dziew­czynkę, która go kochała, choć Radosz upie­rał się, że tak nie jest.

– Już czas na kola­cję? – spy­tał go.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij