Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Płaczka - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 maja 2026
3299 pkt
punktów Virtualo

Płaczka - ebook

Prawda bywa groźniejsza niż zbrodnia.

Przeszłość kładzie mroczny cień na teraźniejszości. Minęło trzydzieści lat, odkąd Sofie Rudberg zaginęła bez śladu. Zdążyła właśnie pójść do liceum, była lubiana, podziwiana – i znienawidzona? Jej zaginięcie wstrząsnęło Fjällbacką i na długie lata naznaczyło tę idylliczną miejscowość na zachodnim wybrzeżu Szwecji.Nagle policja dokonuje makabrycznego odkrycia. Pojawia się pytanie: czy odnalezione szczątki rzeczywiście należą do Sofie?

Wznowione śledztwo wywraca do góry nogami życie wielu osób, które po jej zaginięciu próbowały ułożyć sobie wszystko na nowo. Patrik Hedström i jego zespół z komisariatu w Tanumshede działają pod ogromną presją, a w sprawę angażuje się także pisarka Erica Falck. Tymczasem ktoś jest gotów uczynić wszystko, byle przeszkodzić w ujawnieniu prawdy…

Camilla Läckberg – jedna z najciekawszych szwedzkich pisarek. Światową sławę przyniosła jej seria o Fjällbace. Jest także autorką thrillerów psychologicznych oraz serii książek dla dzieci o przygodach Super-Charliego. Książki Camilli wydawane są w ponad 60 krajach, zostały przetłumaczone na 43 języki, a na całym świecie sprzedało się ponad 40 milionów egzemplarzy.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8252-880-0
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

_To zadzi­wia­jące, że zdą­żyła pomy­śleć o tylu rze­czach. Nie miała odwagi otwo­rzyć oczu, wolała nie patrzeć. W ciem­no­ści pod powie­kami zaczęły tań­czyć kro­peczki podobne do spa­da­ją­cych szybko gwiazd._

_Nie chciała umie­rać, chciała krzy­czeć, dra­pać, walić, żeby się wyswo­bo­dzić, jed­nak ciało nie było jej posłuszne. Nacho­dziły ją i zaraz odcho­dziły dziwne myśli. Irra­cjo­nalne. Że już ni­gdy nie kupi sobie nowych butów Buf­falo. Już ni­gdy nie poże­gluje. Nie dowie się, co było dalej w „Beverly Hills”. Ważne myśli prze­my­kały rów­nie szybko jak nie­ważne. Ni­gdy nie wyj­dzie za mąż. Nie będzie miała dzieci. Nie poczuje wol­no­ści, jaką daje wpro­wa­dze­nie się do wła­snego miesz­ka­nia._

_Ciem­ność ota­czała ją coraz cia­śniej. Coraz mniej było myśli. Pod powie­kami czuła pie­cze­nie, jak od pła­czu, ale łzy nie popły­nęły. Roz­pacz­li­wie pró­bo­wała zro­zu­mieć, zmu­sić mózg do uświa­do­mie­nia sobie, co się dzieje. Nic z tego. Nie mogła zła­pać powie­trza. Przez chwilę jakby ręce jej posłu­chały, więc pró­bo­wała odsu­nąć od sie­bie to, co rzu­ciło ją pro­sto w ciem­ność. Oka­zało się to nie­moż­liwe. Ciało znów prze­stało jej słu­chać._

_Przez ciem­ność przedarły się odpry­ski świa­tła. Jakby się przed nią otwo­rzył tunel. Nie chciała widzieć świa­tła, wolała pozo­stać w ciem­no­ści. Ciem­ność nio­sła nadzieję, a wie­działa, że jeśli pój­dzie ku świa­tłu, nadziei już nie będzie. Z ciem­no­ści mogłaby się wydo­stać, ale nie ze świa­tła. Świa­tło pozo­sta­nie po wsze czasy._

_Jakby nogi się pod nią ugięły, cho­ciaż już leżała. Pod powie­kami bły­skało świa­tło, coraz trud­niej było jej pozo­stać na miej­scu. Gdy się w końcu pod­dała i dała się pochwy­cić w obję­cia roz­po­ście­ra­ją­cych się galak­tyk, poczuła, jak jej serce roz­pada się na tysiące kawał­ków._SOBOTA

– CO Z CIE­BIE za nie­douk, kurde! Tak prze­trzy­ma­łeś tę makrelę, że wyschła na wiór!

Z kuchni dobiegł łoskot, goście aż pod­sko­czyli.

– Zabrzmiało jak w odcinku _Hell’s Kit­chen_ – szep­nęła Erica Falck, nachy­la­jąc się nad sto­łem do swego męża Patrika. – Drze się chyba jesz­cze gorzej od Gor­dona Ram­saya.

– Jedze­nie plus roz­rywka – odpo­wie­dział z krzy­wym uśmie­chem Patrik, wycią­ga­jąc szyję, żeby zaj­rzeć do kuchni.

– Pre­mie­rowy wie­czór, nie ma co się dzi­wić, to jak cho­roby wieku dzie­cię­cego – zauwa­żyła Erica. – A jeśli następne dania okażą się tak smaczne jak dotąd, to dla mnie Gabriel może sobie ciskać garn­kami, ile zechce.

Wzięła kolejny kęs z pierw­szej potrawy, którą jej podano, ide­al­nie przy­rzą­dzo­nego prze­grzebka z nowa­lij­kami i uno­szą­cym się nad nim jak chmurka musem z homara.

– Mam nadzieję, że nie­długo będzie dal­szy ciąg – mruk­nął Patrik. – Bo to był zale­d­wie kąsek. Jeśli dalej tak pój­dzie, to wra­ca­jąc, będziemy musieli wstą­pić na pizzę.

Erica prze­wró­ciła oczami.

– O Boże, ni­gdzie nie można cię zabie­rać.

Znów się nachy­liła w jego stronę i pokle­pała go po udzie, uno­sząc kie­li­szek bia­łego wina.

– Wypijmy za ten wie­czór we dwoje. Bez dzieci. Pierw­szy od uro­dze­nia Nory. W gło­wie się nie mie­ści, że już ma sześć tygo­dni.

Patrik też pod­niósł kie­li­szek, wypili, roz­ko­szu­jąc się winem, a potem nachy­lił się i poca­ło­wał ją w usta. Gdy z kuchni dobie­gły kolejne prze­kleń­stwa i łoskot, zaczęli chi­cho­tać. Erica się rozej­rzała. Ledwo roz­po­zna­wała wnę­trze. Gröna Lid był loka­lem o tra­dy­cjach jed­nych z naj­star­szych w Fjällbace, kie­dyś kino, potem pen­sjo­nat, dan­cing, restau­ra­cja i klub nocny. W pew­nym okre­sie nawet bank. Teraz ponow­nie restau­ra­cja, ale wnę­trze pod­dano cał­ko­wi­tej reno­wa­cji przed jej otwar­ciem pod nazwą Hav & Salt, Morze i Sól. Ściany były w kolo­rze dys­kret­nej lek­kiej zie­leni, stoły z jasnego drewna nakryte ide­al­nie bia­łymi obru­sami, a kuch­nia w stali i alu­mi­nium lśniła nowo­ścią. W jej wnę­trzu otwar­tym na salę restau­ra­cyjną roiło się od pra­cow­ni­ków, Erica obser­wo­wała z fascy­na­cją ich dosko­nale sko­or­dy­no­wane ruchy, wyglą­dali nie­mal, jakby tań­czyli. Dwu­skrzy­dłowe drzwi wej­ściowe ze sta­ro­świec­kimi szy­bami stały otwo­rem, dzięki czemu cie­płe powie­trze sierp­nio­wego wie­czoru mie­szało się z chłod­niej­szym kli­ma­tem wnę­trza.

– Mam nadzieję, że uda im się wyjść na swoje – powie­działa z tro­ską, prze­su­wa­jąc wzro­kiem po menu leżą­cym obok tale­rza. – To dosyć wymyślna kuch­nia. W okre­sie poza sezo­nem tury­stycz­nym może im być ciężko.

– Słu­chaj no, wieszczko, a nie mówi­łaś, jak to wspa­niale, że Gabriel Rud­berg otwiera tu restau­ra­cję?

– Tak, uwa­żam, że wspa­niale. Tylko mam nadzieję, że im się to opłaci. I bar­dzo ład­nie, że ofi­cjalne otwar­cie przy­pada w trzy­dzie­stą rocz­nicę zagi­nię­cia Sofie.

Spoj­rze­nie Eriki powę­dro­wało do opra­wio­nej foto­gra­fii wiszą­cej w widocz­nym miej­scu na jed­nej ze ścian. Rodzina Rud­ber­gów w ich ówcze­snej restau­ra­cji U Allana. Po jed­nej stro­nie stołu Allan i jego syn Gabriel, po dru­giej Yvonne i jej córka Sofie. Wyda­wało się zro­bione w koń­cówce szkoły pod­sta­wo­wej Sofie.

– No i jak?

Przy ich sto­liku sta­nęła maco­cha Gabriela, Yvonne Rud­berg, i uśmiech­nęła się sze­roko, sta­wia­jąc przed nimi następne dania.

– To jest homa­rzec z purée z paster­naku i pod­pie­czoną trawą mor­ską – wyja­śniła z dumą.

Drgnęła, gdy z kuchni dobie­gło kolejne prze­kleń­stwo. Uśmiech­nęła się, tym razem ner­wowo.

– To przez tremę zwią­zaną z pre­mierą – powie­działa cicho.

– Dla nas dodat­kowa roz­rywka – wtrą­cił Patrik, który spoj­rzał podejrz­li­wie na trawę mor­ską i nabrał sobie kawa­łek homarca.

Erica poło­żyła dłoń na ręce Yvonne.

– Wiesz, moim zda­niem to świet­nie, że zro­bi­li­ście otwar­cie wła­śnie dziś.

Yvonne kiw­nęła tylko głową i drugą ręką pokle­pała dłoń Eriki. Rzu­ciła okiem na foto­gra­fię na ścia­nie, zabrała rękę i prze­szła do następ­nych sto­li­ków w peł­nej gwaru restau­ra­cji.

– Widzia­łem ten mate­riał w dzi­siej­szej tele­wi­zji śnia­da­nio­wej _Nyhet­smor­gon_ – ode­zwał się Patrik i wyskro­bu­jąc resztki purée z widelca, zer­k­nął na Ericę. – Nawet się dzi­wię, że ni­gdy nie napi­sa­łaś o zagi­nię­ciu Sofie.

Erica wzru­szyła ramio­nami.

– Przy­szło mi to do głowy, ale sama nie wiem… Sofie była w szkole o parę klas wyżej ode mnie, więc zna­łam ją tylko z widze­nia. Mimo to wyda­wało mi się, że sprawa jest jakoś za bli­sko mnie.

– A o Ale­xan­drze napi­sa­łaś, prawda?

– Tak, bo mię­dzy nami pozo­stało coś nie­do­po­wie­dzia­nego. Ale­xan­dra była moją przy­ja­ciółką. Książka o niej to był mój spo­sób na zna­le­zie­nie odpo­wie­dzi. Sofie zada­wała się tylko z prze­bo­jo­wymi star­szymi dziew­czy­nami. Wyda­wała mi się nie­do­ści­gła. No nie wiem. Byłoby to jakieś takie gonie­nie za sen­sa­cją.

– Kurwa, uwa­żasz się za kucha­rza, a nawet porząd­nie poso­lić nie umiesz?

Wrzask Gabriela odbił się echem od ścian, a Patrik się zaśmiał.

– Śmie­szy mnie to. Czy to zna­czy, że jestem dzi­wa­kiem? Ale poważ­nie: por­cje powinny być więk­sze, bo z głodu zaraz zmar­nieję. No i nie wiem, czy mam ochotę na tę trawę mor­ską.

– Jakoś prze­ży­jesz – odpo­wie­działa sucho Erica.

Wypiła łyk wina. Nie­kar­mie­nie pier­sią miało swoje zalety.

Gdy parę godzin póź­niej wró­cili do domu, wszyst­kie dzieci spały już w swo­ich łóż­kach. Mama Patrika, Kri­stina, rów­nież spała sobie smacz­nie na kana­pie. Erica nachy­liła się i obu­dziła ją deli­kat­nie.

– Jeste­śmy już. Wiel­kie dzięki, że ich popil­no­wa­łaś, cudow­nie, że mogli­śmy spę­dzić tro­chę czasu we dwoje.

Kri­stina usia­dła, ziew­nęła i popra­wiła poduszki na kana­pie.

– Żaden kło­pot. Zacho­wy­wali się jak aniołki. Nawet bliź­niacy. A ta malutka jest cudowna.

Erica poczuła ukłu­cie w piersi. Poko­chała naj­młod­szą córeczkę od pierw­szego wej­rze­nia, ale stale się nie­po­ko­iła, jak ludzie będą na nią reago­wać. Świat bywa nie­ła­skawy dla tych, któ­rzy nie są tacy jak wszy­scy.

– Tak, rze­czy­wi­ście jest wspa­niała – odparła, ści­ska­jąc Kri­stinę na poże­gna­nie.

Patrik już stał w kuchni.

– Zro­bię sobie kanapkę. No więc wszystko było pyszne, nawet ta cała trawa mor­ska. Tylko że wciąż jestem głodny, no i nie było pizzy…

Erica spoj­rzała na męża w świe­tle pada­ją­cym z otwar­tej lodówki. Zdą­żył już zdjąć spodnie, został za to w skar­pet­kach, kale­so­nach i koszuli. Na jego skro­niach poja­wiły się lek­kie roz­bry­zgi siwi­zny, a wokół oczu nieco wię­cej zmarsz­czek od śmie­chu.

Przy­stojny jak ni­gdy.

– Kocham cię – powie­działa. – Boże, jak ja cię kocham.

Już w dzie­ciń­stwie była sową, ku roz­pa­czy swo­ich rodzi­ców. Jed­nak w latach spę­dzo­nych z Tagem te późne godziny nocne nabrały zupeł­nie innego zna­cze­nia. On naj­czę­ściej padał już około dzie­wią­tej, naj­czę­ściej na fotelu, na któ­rym spę­dzał więk­szą część czasu po pracy.

Znie­na­wi­dziła ten fotel. Miał z niego widok na cały par­ter: duży pokój, kuch­nię i mały sto­łowy. Tym samym rów­nież na nią.

Ni­gdy nie wie­działa, kiedy wysko­czy z fotela. Bo coś zro­biła albo prze­ciw­nie: nie zro­biła. Cza­sem koń­czyło się na wymie­rze­niu policzka. Jed­nak kilka razy musiała poje­chać do szpi­tala.

Ni­gdy go nie wydała, nie zdra­dziła, że to przez niego. Z wielu powo­dów. Ze względu na dzieci. Ze wstydu. Ze świa­do­mo­ści, że wyszła za niego, cho­ciaż wszy­scy pro­sili i bła­gali, żeby tego nie robiła. Wie­działa, że mąż ją zabije, jeśli złoży na niego donie­sie­nie.

I mimo wszyst­kiego, co się z tym fote­lem łączyło, nie zosta­wiła go. Przez trzy­dzie­ści lat.

Dzieci już wpa­dły z pyta­niem o dom. Nawet się zdzi­wiła, że cze­kały z tym tak długo.

Mie­siąc po tym, jak zła­mała bio­dro i zdała sobie sprawę, że już nie może zostać u sie­bie. Wtedy zaczęły krą­żyć jak sępy. Oczy­wi­ście uda­jąc tro­skę. Pro­po­no­wali jej, żeby prze­pro­wa­dziła się do ośrodka opieki. Mówili, że jest miły i przy­jemny, że będzie tam miała towa­rzy­stwo, już nie będzie sama.

Powinna się pew­nie cie­szyć, że nie zapro­po­no­wali jej domu pomocy spo­łecz­nej Åldersro. Ostatni przy­sta­nek przed cmen­ta­rzem, jak mawiał Tage. Dzieci nie rozu­miały, że zawsze sobie radziła sama. I zawsze, przez te wszyst­kie lata, była sama. Nie bała się samot­no­ści.

Bała się ich ojca, ale nie samot­no­ści.

Kawa już wysty­gła, więc wstała, żeby nalać sobie jesz­cze jedną fili­żankę. Zwy­kle nie mogła pić kawy wie­czo­rem, ale już nie miało to zna­cze­nia. I tak nie mogła spać. Od mie­siąca nie sypiała. Zapa­dała tylko w krót­kie drzemki koń­czące się kosz­ma­rami sen­nymi, z któ­rych budziła się szarp­nię­ciem.

Myślała, że będzie wolna. Wresz­cie. W końcu. Zamiast tego ściany jej wię­zie­nia zacie­śniały się coraz bar­dziej. Zro­biło się tak cia­sno, że ledwo mogła oddy­chać. Nie bar­dzo rozu­miała, dla­czego kata­li­za­to­rem oka­zało się pęk­nię­cie w sta­wie bio­dro­wym, a jed­nak wyzwo­liło w niej coś, czego już nie potra­fiła zatrzy­mać.

Dzieci dostaną to, czego chcą. Nie musiały jej prze­ko­ny­wać. Wie­działa, ile wart jest ten dom. Dzięki poło­że­niu dokład­nie nad rzę­dem szop rybac­kich z wido­kiem na wej­ście do portu przy­nie­sie im wiele milio­nów. Marii i Mika­elowi dobrze się powo­dziło, ale widziała, jak im oczy zabły­sły na myśl o sprze­daży.

Ponio­sła porażkę. Nie udało jej się prze­ka­zać dzie­ciom nic od sie­bie. Patrząc na nich, widziała wyłącz­nie Tagego, a teraz nie może już zro­bić dla nich nic wię­cej. Nie staną się szczę­śliwi dzięki tym pie­nią­dzom. Bo nie potra­fią być szczę­śliwi.

Podob­nie jak ich ojciec byli wiecz­nie nie­za­do­wo­leni, obra­żeni, że życie nie przy­nio­sło im tego, na co rze­komo zasłu­gi­wali. Ona ich wycho­wała, opie­ko­wała się nimi, opa­try­wała rany, cało­wała na dobra­noc. Ale to jemu udało się ze swego fotela uro­bić ich na swoją modłę.

Jego kom­plet genów wygrał z jej miło­ścią do nich.

Pozo­stało jej tylko roz­pro­szyć kosz­mary senne poprzez roz­po­rzą­dze­nie swoją prawdą. Będzie jej bra­ko­wało tego widoku. Patrze­nia na Valön wynu­rza­jącą się maje­sta­tycz­nie z sza­ro­błę­kit­nego morza. I jesz­cze na wieżę do sko­ków na Badhol­men na tle wie­czor­nego nieba. Ale w końcu, wresz­cie będzie przy­naj­mniej wolna.NIEDZIELA

ERICA NAPA­WAŁA SIĘ chwilą samot­no­ści na weran­dzie przed obu­dze­niem się dzieci. W dni powsze­dnie zamęt zaczy­nał się o siód­mej od pobudki i krzą­ta­niny przy dzie­cia­kach. Jed­nak w week­endy pozwa­lała im spać, aż się same obu­dzą, a w związku z tym, że Nora od początku oka­zała się dziec­kiem, które dobrze sypia, Erica naj­czę­ściej mie­wała dla sie­bie godzinkę albo dwie na weran­dzie przy fili­żance kawy.

Patrik poje­chał do pracy i cho­ciaż kochała go jak stąd do księ­życa i z powro­tem, ceniła sobie chwile, gdy była w domu jedyną doro­słą osobą. Przy czworgu małych czy już nie tak małych dzieci wyda­wało jej się cza­sem, że nie sły­szy wła­snych myśli, i dopiero gdy miała chwilę dla sie­bie w domu spo­wi­tym ciszą, wra­cało do niej powoli jej dawne ja. To, że przez cały czas musiała zaspo­ka­jać potrzeby innych, było wyczer­pu­jące, a gra­nica mię­dzy byciem Ericą a byciem mamą i żoną coraz bar­dziej się zacie­rała.

Wydaw­nic­two nale­gało na nową książkę. Poprzed­nia, ta o spra­wie Loli, figu­ro­wała długo na listach best­sel­le­rów i została sprze­dana do wielu kra­jów. Jej agent chciał, żeby poje­chała na targi książki we Fran­cji, Hisz­pa­nii i w Pol­sce, ale jak mia­łaby to zro­bić? Ledwo dawała radę wybrać się do sklepu spo­żyw­czego.

Zatrzesz­czała elek­tro­niczna nia­nia. Sie­dząc na weran­dzie, Erica nie zawsze sły­szała, że Nora już się obu­dziła i zaczęła krzy­czeć, dla­tego na wszelki wypa­dek włą­czała to urzą­dze­nie.

Nora się roz­kasz­lała. Erica zmarsz­czyła czoło. Nie­do­brze.

Przed uro­dze­niem małej prze­czy­tała wszystko, co się da, na temat dzieci z zespo­łem Downa, i choć leka­rze zapew­nili ją, że córeczka nie należy do tych czter­dzie­stu, pięć­dzie­się­ciu pro­cent mają­cych pro­blemy kar­dio­lo­giczne, to Erica nie mogła prze­stać się nie­po­koić.

Nora ponow­nie zakasz­lała, tym razem był to długi, cią­gnący się atak. Erica zerwała się i poszła na pię­tro. Szcze­bel­kowe łóżeczko stało w ich sypialni, Erica weszła tam i zastała Norę macha­jącą rącz­kami i nóż­kami.

Dziew­czynka uśmiech­nęła się sze­roko na widok nachy­lo­nej nad nią Eriki, która deli­kat­nie wzięła na ręce cie­płe ciałko. Jej uśmiech poja­wił się po raz pierw­szy zale­d­wie parę dni temu i nie spo­sób było mu się oprzeć.

Znów zakasz­lała, i to na tyle długo, że nie mogła zła­pać tchu. Serce Eriki waliło z nie­po­koju, zabrała córeczkę na par­ter, chwy­ciła tele­fon pod­łą­czony do łado­warki na bla­cie kuchen­nym i wybrała numer, na który dzwo­niła aż za czę­sto od uro­dze­nia Nory.

– Cześć, mówi Erica. Słu­chaj, Nora potwor­nie kaszle, wydaje mi się, że ma kło­poty z oddy­cha­niem. Nie wiem, co robić… Na pewno? Jesteś tam? Okej. Dzięki, wspa­niale, jesz­cze tylko zadzwo­nię po teściową, żeby się zaopie­ko­wała pozo­sta­łymi dziećmi. Wyślę ci ese­mesa, jak będę wyjeż­dżać z Fjällbacki.

Pół godziny póź­niej Erica zdą­żyła prze­wi­nąć Norę, dać jej butelkę mie­szanki, cier­pli­wie wysłu­chać wykładu Kri­stiny, według któ­rej nie­po­trzeb­nie się mar­twi o Norę, i już była w dro­dze do przy­chodni w Tanum­shede. W zasa­dzie zamknię­tej.

Wolała jechać tam, cho­ciaż do Tanum­shede było dalej. Mieli dogod­niej­sze godziny przy­jęć niż w Fjällbace, zresztą czuła się pew­niej, idąc z Norą do Mag­da­leny, która była bar­dzo doświad­czoną lekarką. W piersi trze­po­tał nie­po­kój i już chciała dzwo­nić do Patrika, ale posta­no­wiła dać spo­kój. Nie potrze­bo­wała kolej­nego wykładu o tym, że jest nado­pie­kuń­cza. Patrik był chwi­lami aż za bar­dzo podobny do swo­jej mamy.

Nie­dziela w komi­sa­ria­cie upły­wała spo­koj­nie. Patrik cie­szył się, że jest sam, bo chaos wywo­ły­wany w domu przez dzieci w wieku szkol­nym, przedszkol­nym i jesz­cze przez nowo­rodka był wpraw­dzie cudowny, ale jed­no­cze­śnie okrop­nie wyczer­pu­jący. A spo­kojny dzień spę­dzany samot­nie w komi­sa­ria­cie był też szansą na nad­go­nie­nie papie­ro­lo­gii. Annika cią­gle mu przy­po­mi­nała, że musi dokoń­czyć swoje raporty, ale Patrik mało czego nie zno­sił tak, jak wszel­kiej biu­ro­kra­cji, i zawsze umiał zna­leźć dobry powód, żeby to od sie­bie odsu­nąć.

W końcu zaś musiał i tak to zro­bić.

Nalał sobie fili­żankę dopiero co zapa­rzo­nej kawy. Niby świe­żej, a jed­nak ohyd­nej w smaku. Annika wpraw­dzie wspo­mi­nała coś o kup­nie maszynki Nespresso, ale została prze­gło­so­wana przez wszyst­kich. Podła kawa z eks­presu prze­le­wo­wego towa­rzy­szyła im w ciągu tylu godzin pracy, że stała się czymś w rodzaju wier­nego przy­ja­ciela.

Patrik usiadł przy stole kuchen­nym i pozwo­lił sobie na chwilę cichej kon­tem­pla­cji.

Papiery na biurku mogły jesz­cze chwilę pocze­kać, on w tym cza­sie napa­wał się ciszą.

Szcze­gólna rzecz, jak funk­cjo­nuje ludzka pamięć, jak szybko mózg wypiera pierw­szy potwor­nie absor­bu­jący okres po poja­wie­niu się dziecka. Oczy­wi­ście za nic nie zamie­niłby tego cha­osu na inne życie. Przyj­ście na świat Nory odbie­rał tak, jakby na miej­sce tra­fił ostatni ele­ment ich życio­wej ukła­danki.

Pod­niósł się, dolał sobie kawy i ruszył do swo­jego gabi­netu. Wła­śnie prze­cho­dził obok recep­cji, gdy otwo­rzyły się drzwi komi­sa­riatu. Przy­sta­nął.

– Dzień dobry. W czym mogę pani pomóc?

Do środka weszła ostroż­nie drob­niutka pani z wystra­szo­nym wyra­zem twa­rzy.

– Chcia­ła­bym roz­ma­wiać z jakimś poli­cjan­tem.

– Jestem poli­cjan­tem. Nazy­wam się Patrik Hedström. – Uśmiech­nął się przy­jaź­nie, sta­ra­jąc się roz­ła­do­wać jej wyraźne napię­cie.

– W takim razie chcę roz­ma­wiać z panem. Przy­szłam zgło­sić mor­der­stwo.

Patrik zapa­trzył się na nią. Tego się nie spo­dzie­wał. Wska­zał ręką na małą kuch­nię.

– Usiądźmy, to sobie spo­koj­nie pomó­wimy o tym, co się stało.

Star­sza pani poszła za nim w mil­cze­niu. Lekko uty­kała, pod­pie­ra­jąc się kulą. Usia­dła z pew­nym tru­dem na jed­nym z krze­seł pod oknem, a Patrik nalał jej fili­żankę kawy.

– Nie jest zbyt dobra, ale zawsze to kawa – powie­dział, sia­da­jąc naprze­ciw niej. – To pro­szę teraz opi­sać, co się wyda­rzyło.

Zawa­hała się i rozej­rzała po pomiesz­cze­niu, po czym zaczerp­nęła głę­boko tchu.

– Zamor­do­wa­łam go. Zamor­do­wa­łam mojego męża Tagego.

Patrik drgnął.

– I gdzie on się teraz znaj­duje? W domu u pań­stwa?

Przyj­rzał jej się dokład­nie, ale nie zauwa­żył żad­nych śla­dów krwi ani ura­zów. Tak czy ina­czej, wyglą­dała na prze­szło osiem­dzie­siąt lat. A może to demen­cja? Chyba że zwy­czaj­nie szur­nięta?

– Nie, nie, jest pocho­wany. – Kobieta pokrę­ciła gwał­tow­nie głową.

– Nie rozu­miem. Pocho­wany? Gdzie? W naszej oko­licy nie jest teraz pro­wa­dzone żadne docho­dze­nie w spra­wie mor­der­stwa.

Star­sza pani przy­go­to­wała się do wyja­śnień. Mówiła powoli i wyraź­nie jak do dziecka.

– Nazy­wam się Edith Loman­der. Mój mąż miał na imię Tage. Zamor­do­wa­łam go, ale nikt się nie zorien­to­wał. Lekarz, który go badał, uznał, że śmierć nastą­piła z przy­czyn natu­ral­nych. A więc został pocho­wany. Leży na cmen­ta­rzu w Fjällbace.

– I jak go pani zamor­do­wała?

Patrik nie wie­dział, co o tym myśleć. Może kobieta jest ucie­ki­nierką z Åldersro, sta­rego, ale wyre­mon­to­wa­nego domu pomocy spo­łecz­nej w Fjällbace?

Jakby czy­ta­jąc mu w myślach, pani Edith zapew­niła go:

– Nie jestem stuk­nięta. Ciało mam może nie za bar­dzo, ale głowa jest w porządku. Poda­łam mu gli­kol. I od tego umarł. Myśla­łam, że wszystko się skoń­czy, byleby tylko umarł, że będę umiała z tym żyć. A jed­nak nie mogę. Dla­tego tutaj jestem. Żeby się przy­znać. Zamor­do­wa­łam Tagego.

– Jak to się stało, że podała mu pani gli­kol?

Edith wypro­sto­wała się na krze­śle, widać było jej ulgę, że zrzu­ciła z sie­bie ten cię­żar.

Upiła łyk kawy i skrzy­wiła się, po czym mówiła dalej.

– Jak mia­ła­bym wytłu­ma­czyć się z życia z Tagem? Zaczęło się w noc poślubną, kiedy mnie ciężko pobił. I tak to już poszło. Powin­nam była odejść, ale uro­dziły się dzieci… Potem uro­sły i wypro­wa­dziły się, no i… Życie z Tagem było jedy­nym, jakie zna­łam.

Patrik szu­kał jakie­goś słowa. Był głę­boko poru­szony. Nie potra­fił wyobra­zić sobie pie­kła, jakie musiała prze­ży­wać ta kobieta przez aż nazbyt wiele lat.

– I co spra­wiło, że go pani w końcu zabiła?

Edith wzru­szyła szczu­płymi ramio­nami.

– Wła­ści­wie to dziwne. Niby nic wiel­kiego, bo przez te lata prze­ży­łam tyle dużo gor­szych rze­czy. Jak­bym po pro­stu nagle miała dość. Nie podo­bały mu się grzanki, które mu zro­bi­łam. A więc cisnął o ścianę moją fili­żankę do kawy. Po babci. Miała dla mnie zna­cze­nie sen­ty­men­talne. I oto nagle leżała na ziemi roz­kru­szona w drobny mak. Poczu­łam, jak­bym ja się też roz­kru­szyła w środku. Wie­dzia­łam, że w szo­pie mamy butelkę gli­kolu. A więc gdy Tage wyszedł na swój codzienny poranny spa­cer, wla­łam tego gli­kolu do soku, który zawsze wypi­jał zaraz po powro­cie do domu. Wypił dwie szklanki. I umarł. Myśla­łam, że to oczy­wi­ste, co zro­bi­łam. I byłam gotowa ponieść kon­se­kwen­cje. Jed­nak wezwany lekarz zało­żył, że Tage umarł natu­ralną śmier­cią. Nawet nie prze­pro­wa­dzili obduk­cji. A więc nic nie powie­dzia­łam. Krótko po tym go pocho­wa­li­śmy.

– Kiedy to było?

– Wczo­raj minęło trzy­dzie­ści lat od pogrzebu.

Patrik gapił się na nią z nie­do­wie­rza­niem.

– Trzy­dzie­ści lat minęło?

– Tak.

Nie dodała nic, tylko na niego patrzyła.

Patrik nie bar­dzo wie­dział, co zro­bić. Wła­ści­wie miał ochotę popro­sić ją, żeby wyszła z komi­sa­riatu i ni­gdy wię­cej o tym nie wspo­mi­nała. Minęło trzy­dzie­ści lat. Co za sens, żeby teraz w tym grze­bać? Co innego mówiło mu jego poczu­cie obo­wiązku. Dla mor­der­stwa nie ma przedaw­nie­nia¹. Trzy dni czy trzy­dzie­ści lat – nie ma zna­cze­nia. Mor­der­stwo musi zostać zba­dane nie­za­leż­nie od wszyst­kiego. Nie do niego należy ocena.

Wes­tchnął.

– Pew­nie pani rozu­mie, że będziemy musieli doko­nać eks­hu­ma­cji?

Przy­tak­nęła.

– Tak, rozu­miem. I co dalej? Przy­nio­słam torbę ze swo­imi rze­czami, w razie gdy­by­ście mnie chcieli aresz­to­wać.

– Nie, nie, poje­dzie pani do domu, musimy uzy­skać potwier­dze­nie tego, co pani powie­działa, a zaj­mie to tro­chę czasu. Będą mi potrzebne pani dane kon­tak­towe. I nie wolno pani ni­gdzie wyjeż­dżać.

– A dokąd ja mia­ła­bym poje­chać? – Kobieta wzru­szyła ramio­nami.

Po otrzy­ma­niu jej danych Patrik odpro­wa­dził ją do drzwi i wciąż nie był do końca pewien, co się wła­ści­wie wyda­rzyło. Nie mógł powstrzy­mać się przed pyta­niem:

– Dla­czego pani się przy­znała? Dla­czego pani tego po pro­stu nie prze­mil­czała? Mam na myśli, że… minęło trzy­dzie­ści lat. Nikt by się ni­gdy nie dowie­dział.

Kobieta potrze­bo­wała kilku sekund, żeby odpo­wie­dzieć.

– Nie można żyć, nie pono­sząc kon­se­kwen­cji swo­ich dzia­łań. A prawda w jakiś spo­sób zawsze wycho­dzi na jaw. Tylko cza­sami potrze­buje lek­kiej zachęty.

Patrik zamknął za nią drzwi i zamy­ślił się nad tymi sło­wami. Jed­nak wciąż nie był prze­ko­nany. W jego zawo­dzie prawda bywała trudna do uchwy­ce­nia. I bywała rów­nież czymś rzad­kim.

Pod­niósł słu­chawkę i wybrał pewien numer.

– Cześć, tu Patrik Hedström z komi­sa­riatu w Tanum­shede. Wno­szę o zgodę na eks­hu­ma­cję. Tak. Znowu.

– Muszę wymie­nić kilka osób z per­so­nelu.

Gabriel w geście bez­rad­no­ści prze­cią­gnął pal­cami przez włosy.

– Trzeba im dać szansę, żeby się wyro­bili – ode­zwał się Allan.

Gabriel cho­dził tam i z powro­tem po pięk­nym, ręcz­nie wią­za­nym dywa­nie turec­kim. Za oknem roz­po­ście­rał się widok na wej­ście do portu, a słońce póź­nego lata odbi­jało się w wodzie.

Sto­jąc przy drzwiach salonu, Yvonne Rud­berg myślała z iry­ta­cją o tym, że tyle razy musiała medio­wać mię­dzy swoim mężem a jego synem. Niby tacy podobni, a jed­nak nie­po­dobni. Gabriel dawał upust swoim fru­stra­cjom. Allan cho­wał je do środka.

– Nie mam czasu ani ochoty pra­co­wać z ama­to­rami. Jeśli mamy utrzy­my­wać tę restau­ra­cję na pozio­mie, na który się umó­wi­li­śmy, to muszę mieć ludzi nie­za­wod­nych!

Tup­nął lekko nogą. Przy­po­mniał jej się Gabriel nasto­letni, robiący to samo. Albo mały chło­piec. Zawsze łatwo wpa­dał w złość.

– Ta restau­ra­cja nie znaj­duje się ani w Göteborgu, ani w Sztok­hol­mie – powie­dział spo­koj­nie Allan. – I nie ma tu takiego wyboru, jeśli cho­dzi o per­so­nel. Musimy pra­co­wać z ludźmi, któ­rych mamy na miej­scu, trzeba dać im czas, szko­lić ich i mieć cier­pli­wość.

Usiadł w dużym fotelu skie­ro­wa­nym w stronę okna. Słońce padało mu pro­sto na twarz i Yvonne odno­to­wała na niej zmarszczki, któ­rych przed­tem nie zauwa­żyła. Jak to się stało, że nagle się razem zesta­rzeli? Mijał rok za rokiem, aż do teraz, gdy już był w per­spek­ty­wie dostrze­galny finał. Spę­dzili ze sobą czter­dzie­ści lat. Dzie­ląc ze sobą rado­ści i smutki. Kochała go. Bar­dziej niż samo życie.

– Nie powin­ni­śmy podej­mo­wać pochop­nych decy­zji – powie­działa. – Pre­miera była w zasa­dzie udana. Dajmy sobie mie­siąc, a potem doko­namy ewa­lu­acji.

Żaden z nich nie odpo­wie­dział, ale wie­działa, że słu­chali. Na tym zawsze pole­gała jej rola. Na media­cji. I miała tego ser­decz­nie dość. Zresztą ni­gdy tak naprawdę nie dopu­ścili jej do swo­jej wspól­noty.

– Uwa­żam, że decy­zja, aby doko­nać otwar­cia aku­rat wczo­raj, była błę­dem – powie­dział Gabriel. – Nie byłem odpo­wied­nio sku­piony. Udziec z jele­nia został prze­pie­czony i nie udało mi się uzy­skać odpo­wied­nio kwa­sko­wa­tego smaku w sosie do golca.

Yvonne wbiła w niego wzrok, ale nie patrzył jej w oczy, tylko gapił się na dywan. I znów zaczął cho­dzić po pokoju. Wie­działa, że on wie, że wkra­cza na nie­bez­pieczny teren.

– Decy­zja była słuszna – ode­zwała się. – To był ładny spo­sób, żeby uho­no­ro­wać twoją sio­strę. Jeśli to kwe­stio­nu­jesz, to tym samym pod­wa­żasz nas jako rodzinę. Sofie wciąż z nami jest. A jej miej­sce we wczo­raj­szym otwar­ciu było oczy­wi­ste.

– Zga­dzam się z Yvonne.

Allan uśmiech­nął się do niej lekko. Mru­gnęła do niego w intym­nym poro­zu­mie­niu, które wypra­co­wali przez lata. Mieli wiele spo­so­bów komu­ni­ko­wa­nia się bez słów, w języku zro­zu­mia­łym tylko dla nich dwojga.

Spoj­rzała teraz na wody zatoki z pro­mie­niami słońca. Następ­nie odwró­ciła się do Gabriela.

– Dziś przyjdą tu z „Bohusläningen”, chcą zro­bić repor­taż o zagi­nię­ciu Sofie.

– Po co?

Gabriel znów prze­su­nął dło­nią przez czarne włosy, które stale wpa­dały mu do oczu. Allan miał kie­dyś takie same, teraz już siwe.

– Dobrze wiesz po co. Trzeba pod­trzy­mać pamięć o niej. Ktoś gdzieś coś wie. Czas zmie­nia wiele rze­czy i rela­cji. Rów­nież wza­jemne poczu­cie lojal­no­ści. Dopóki roz­ma­wiamy o Sofie, ist­nieje szansa, że ktoś wyj­dzie z jakąś infor­ma­cją. Wczo­raj był o tym mate­riał w _Nyhet­smor­gon_, ode­zwali się też z _Efter­lyst_², chcą przy­go­to­wać jakiś mate­riał w związku z trzy­dzie­stą rocz­nicą jej zagi­nię­cia.

– Jej nie ma! Nikt nie wyj­dzie z żadną infor­ma­cją! Ni­gdy się nie dowiemy, co się stało! Wy żyje­cie prze­szło­ścią, a ja pró­buję żyć teraź­niej­szo­ścią. Trudno, kurwa, rób­cie sobie te swoje wywiady, nie powstrzy­mam was przed tym. Ale ja mam pro­wa­dzić restau­ra­cję. Z mnó­stwem jakichś par­ta­czy!

Wypadł z pokoju, w któ­rym zapa­no­wało pełne napię­cia mil­cze­nie. Yvonne pode­szła do Allana i przy­sia­dła na pod­ło­kiet­niku. Objęła go za szyję i przy­tknęła głowę do jego głowy.

W ich stronę pły­nęła żaglówka pod peł­nymi żaglami.

– Dzwo­nił Bengt, wpad­nie tutaj. Zdą­żymy, zanim przyjdą ci z „Bohusläningen”.

Łączył ich spe­cjalny układ, pole­ga­jący na tym, że Bengt i Jocke, z któ­rymi zawsze byli bli­sko, zain­we­sto­wali w restau­ra­cję Gabriela. Niby nie należy mie­szać pie­nię­dzy z przy­jaź­nią, ale Bengt chciał im pomóc, a Yvonne nie znała dru­giego czło­wieka rów­nie uczci­wego jak on. Poza Alla­nem oczy­wi­ście.

Allan nic na to nie odrzekł. Nato­miast po chwili mil­cze­nia powie­dział:

– Sofie wypły­nę­łaby na łódce w taki dzień.

W jego gło­sie zabrzmiał wyraźny smu­tek jak zawsze, gdy mówił o Sofie. Taki sam jak u Yvonne. Miał rację. Sofie była dobrą żeglarką i spę­dzała wiele godzin w swo­jej „opty­mi­stce” Vic­to­rii. Na sie­dem­na­ste uro­dziny zamie­rzali jej spre­zen­to­wać jacht klasy Laser. A Vic­to­ria wciąż stała w zamknię­tej na głu­cho szo­pie na ich działce.

– Wypły­nę­łaby – powie­działa cicho Yvonne. – Wypły­nę­łaby.

Na łodzi, szy­ku­ją­cej się do przy­bi­cia do brzegu, zaczęło się refo­wa­nie żagli.

– Sły­sza­łam, że wam wczo­raj dobrze poszło.

Gun Hag­man spięła plik kar­tek i wło­żyła sta­ran­nie do sko­ro­szytu, po czym scho­wała go do szu­flady biurka.

Ellen przy­tak­nęła.

– Goście powie­dzie­liby, że tak, a mój mąż, że nie. Ale on ni­gdy nie jest zado­wo­lony.

– W ten spo­sób osiąga się wiel­kość, a dia­beł tkwi w szcze­gó­łach. – Gun spięła kolejny plik kar­tek. – A więc to jest mie­sięczne spra­woz­da­nie finan­sowe. Do niczego nie można będzie się przy­cze­pić.

– Jesteś praw­dziwą opoką, Gun.

Ellen wypro­sto­wała się, przy­go­to­wu­jąc się do poran­nego obchodu. Była wpraw­dzie współ­wła­ści­cielką i dyrek­torką domu opieki, ale lubiła uczest­ni­czyć w jego codzien­nych pro­ce­du­rach. Nato­miast wszel­kie sprawy zwią­zane z rapor­tami finan­so­wymi z przy­jem­no­ścią sce­do­wała na Gun. Nie znaj­do­wała w nich żad­nej satys­fak­cji. Wolała pracę z ludźmi. Moż­li­wość posta­wie­nia na nogi byłego domu star­ców Åldersro poja­wiła się w ide­al­nym momen­cie. Po zamknię­ciu daw­nego Åldersro w budynku dzia­łał przez wiele lat hotel typu Bed & Bre­ak­fast, ale Ellen, która miała doświad­cze­nie ze służby zdro­wia, wie­działa, że potrafi stwo­rzyć tu pry­watny, now­szy i lep­szy dom opieki. Doko­nali znacz­nej prze­bu­dowy, powstały jasne, przy­zwo­ite pomiesz­cze­nia. Nie chciała uczest­ni­czyć w spra­wach doty­czą­cych restau­ra­cji Gabriela, bo gdyby pra­co­wali razem, na pewno skoń­czy­łoby się roz­wo­dem.

Nato­miast ten układ był ide­alny. W dodatku roz­wią­zy­wał jeden z jej naj­więk­szych pro­ble­mów: kto zaj­mie się Aino.

– Zaj­rzę naj­pierw do mamy i spraw­dzę, czy jest w sta­nie usiąść do stołu razem z innymi.

– Aino ma dziś dobry dzień – poin­for­mo­wała Gun. – Zaglą­da­łam do niej po przyj­ściu i wydała mi się cał­kiem przy­tomna.

Zamknąw­szy za sobą drzwi kan­ce­la­rii, Ellen skrę­ciła w kory­ta­rzu w lewo. Dała mamie naj­lep­szy pokój, duży i jasny z wido­kiem na kościół.

Deli­kat­nie zapu­kała do drzwi i ze środka usły­szała „pro­szę”. Już po gło­sie matki Ellen stwier­dziła, że Gun mówiła prawdę. Miała dobry dzień.

– Cześć, mamo.

– Cześć, kocha­nie.

Sie­dząca na krze­śle pod oknem Aino uśmiech­nęła się do niej. Ellen pro­po­no­wała jej wsta­wie­nie wygod­nego fotela, ale mama nale­gała na zatrzy­ma­nie sta­rego szcze­bel­ko­wego krze­sła, które przed­tem stało pod oknem kuchen­nym w domu rodzin­nym Ellen, naprze­ciwko Åldersro. Sie­działa wypro­sto­wana na twar­dym krze­śle, spę­dza­jąc więk­szość czasu na patrze­niu przez okno.

– Dobrze wam wczo­raj poszło?

Ellen kiw­nęła głową. Ucie­szyła się, że mama pamięta, co się działo. Demen­cja poja­wiła się stop­niowo i na tyle powoli, że począt­kowo było trudno orzec, czy nie cho­dzi tylko o zwy­czajne pro­blemy z pamię­cią. Gubiła klu­cze. Potrze­bo­wała całego przed­po­łu­dnia, żeby zna­leźć port­fel. Po pew­nym cza­sie było coraz bar­dziej ewi­dentne, że cho­dzi o coś wię­cej niż tylko zapo­mi­na­nie. A w ostat­nich mie­sią­cach ten pro­ces przy­spie­szył. Gdy zapo­mniała o garnku na kuchence i omal nie pod­pa­liła domu, Ellen z Gabrie­lem zdali sobie sprawę, że Aino już nie może miesz­kać sama we wła­snym domu, choć miała tylko sześć­dzie­siąt sześć lat.

– Dobrze. Gabriel jest świetny.

Ellen pogła­dziła mamę po policzku. Aino była wciąż piękna. Kru­chą, ete­ryczną urodą, którą zawsze cza­ro­wała wszyst­kich z jej oto­cze­nia. Jej blond włosy posi­wiały, ale na­dal opa­dały aż do pasa.

– To dosko­nale.

– Chcesz zjeść śnia­da­nie tu czy ze wszyst­kimi?

– Chyba mam dziś dobry dzień? – spy­tała. – Nie wma­wiam sobie, naprawdę mam dobry dzień?

– Nie wma­wiasz sobie. Naprawdę dobry. To co powiesz na tro­chę towa­rzy­stwa? Cmen­tarz się stąd nie wynie­sie, póź­niej się na niego poga­pisz.

– Żarty sobie stro­isz ze sta­rej matki. Nie gapię się na cmen­tarz, tylko na żałobę, która nad nim zalega ciężko. Wiele osób boi się żałoby, a ja nauczy­łam się od mojej matki, jej matki i jesz­cze jej matki, że żałobę trzeba przy­jąć do sie­bie.

– Już to sły­sza­łam, nawet aż za czę­sto – odparła Ellen. – I pro­szę, żebyś mi znów nie opo­wia­dała tej sta­rej rodzin­nej histo­rii. A teraz idziemy, dopil­nuję, żebyś dostała kanapkę z serem i ogór­kiem, a jeśli ci się poszczę­ści, to Erlend poczuje natchnie­nie i zagra ci na pia­ni­nie _Pärleporten_.

– „Bramę do nieba”? Znów sobie ze mnie żar­tu­jesz. Nie­do­bre dziecko.

Jed­nak uśmie­chała się, wsta­jąc z tru­dem. Zawsze się ze sobą prze­ko­ma­rzały przy­jaź­nie przez te wszyst­kie lata, kiedy były tylko we dwie.

– Może dałby się prze­ko­nać i zamiast tego zagrał coś z Elli Fit­zge­rald?

– Jeśli ktoś potrafi to zro­bić, to tylko ty, mamo. On ma do cie­bie sła­bość.

– Boże, prze­cież on ma prze­szło osiem­dzie­siątkę. Po co mi taki stary dziad?

– Sama widzisz, dla niego ty jesteś mało­latą.

– E tam, nie­mą­dre dziecko.

Ellen poca­ło­wała matkę w poli­czek. To dobry dzień.

Przy­chod­nia w Tanum­shede mie­ściła się w niskim cegla­nym budynku. Erica zapar­ko­wała i ostroż­nie wyjęła z auta nosi­dełko z Norą. Córeczka zasnęła pod­czas jazdy, jej dłu­gie rzęsy two­rzyły wachla­rzyki na puco­ło­wa­tych policz­kach. Kaszl­nęła, co przy­po­mniało Erice, po co tu przy­je­chały, i kazało przy­spie­szyć kroku do wej­ścia.

Erica nie cier­piała przy­chodni, zresztą wszel­kich pla­có­wek ochrony zdro­wia. Powody, żeby tu się zja­wić, ni­gdy nie były przy­jemne. A jed­nak od uro­dze­nia się Nory czę­sto tu bywała. Nie­po­kój o córeczkę zako­rze­nił się u Eriki jesz­cze pod­czas ciąży, gdy spę­dzała wiele bez­sen­nych godzin na googlo­wa­niu. Czy­tała dłu­gie listy ewen­tu­al­nych kom­pli­ka­cji i pro­ble­mów zdro­wot­nych cią­gną­cych się przez całe życie. Jed­nak do tej pory mieli szczę­ście. Nora oka­zała się zdro­wym nowo­rod­kiem o sil­nym sercu. Mimo to Erika nie potra­fiła prze­stać się nie­po­koić.

Mag­da­lena Bergström otwo­rzyła im i przy­trzy­mała drzwi.

– Cześć. Wchodź­cie, przyj­rzymy się Norze.

– Cześć, Mag­da­leno. Bar­dzo ci dzię­kuję, że nas przy­ję­łaś, cho­ciaż w zasa­dzie macie zamknięte…

– E tam, i tak sie­dzia­łam tu nad papie­rami.

Wcho­dząc do środka, Erica poczuła aż śmiesz­nie zna­jomy zapach. Była to woń pla­stiku, che­mi­ka­liów i środ­ków czysz­czą­cych.

– Możemy wejść tutaj. Tro­chę się tu zado­mo­wi­łam.

Mag­da­lena ski­nęła w stronę jed­nego z gabi­ne­tów i uśmiech­nęła się tym swoim sze­ro­kim uśmie­chem z dołecz­kami.

– O, widzę wię­cej rośli­nek, niż kiedy tu byłam ostat­nim razem?

Erica rozej­rzała się po nie­wiel­kim pomiesz­cze­niu. Ten sam brud­no­żółty kolor ścian co w pocze­kalni, te same nie­cie­kawe deko­ra­cje i pokryta papie­rem obo­wiąz­kowa zie­lona leżanka wzdłuż jed­nej ściany. Jed­nak rośliny donicz­kowe w spo­rej licz­bie zła­go­dziły ste­rylne wra­że­nie.

– Chcia­ła­bym mieć tro­chę kwiat­ków, dla koloru, ale ze względu na pacjen­tów z aler­gią musia­łam zado­wo­lić się zie­lo­nymi rośli­nami.

Mag­da­lena usia­dła przy biurku na krze­śle z jakie­goś nie­ład­nego jasnego drewna i gestem zapro­siła Erikę, żeby zajęła miej­sce naprze­ciwko.

– Co się dzieje z naszą ślicz­notką?

– Kaszle – odparła Erica i spoj­rzała zmar­twiona na Norę, która aku­rat dostała ataku rzę­żą­cego kaszlu, tak gwał­tow­nego, że się obu­dziła.

– Ojej, ależ ty kasz­lesz, kochana.

Mag­da­lena wstała, wyjęła Norę z nosi­dełka i uśmiech­nęła się do niej. Podała ją Erice i się­gnęła po ste­to­skop. Erica pod­cią­gnęła dziecku koszulkę z przodu.

Nora zapro­te­sto­wała lekko, gdy poczuła zimny metal doci­śnięty do piersi, ale szybko się uspo­ko­iła. Mag­da­lena posłu­chała jej w mil­cze­niu. Następ­nie się­gnęła po ter­mo­metr i wło­żyła małej do lewego ucha. Spoj­rzaw­szy na cyfrowy wynik, uśmiech­nęła się uspo­ka­ja­jąco do Eriki.

– Wydaje się, że wszystko dobrze i nie ma gorączki. Teraz jest dużo wiru­sów, pew­nie rodzeń­stwo przy­nio­sło coś z przed­szkola. Jest tak malutka, że nie zalecę żad­nych lekarstw, bo jest za mało dowo­dów, że dzia­łają na takie kru­szynki. Nato­miast powin­naś dopil­no­wać, żeby dosta­wała dużo pły­nów. Może mogła­byś kupić nawil­żacz powie­trza i posta­wić obok jej łóżeczka, przy­da­łoby się rów­nież, żebyś posie­działa z nią w łazience, pusz­cza­jąc gorącą wodę z prysz­nica. Para pomo­głaby uwol­nić śluz.

Mag­da­lena spoj­rzała przy­jaź­nie na Ericę.

– Nora się bar­dzo dobrze czuje. Nie licząc zwy­kłego kaszlu.

– Na pewno?

– Na pewno. I prze­stań googlo­wać.

Erica się uśmiech­nęła.

– Tak, wiem. Cią­gle nie mogę prze­stać się nie­po­koić.

Mag­da­lena pochy­liła się lekko nad biur­kiem.

– Będzie dobrze – powie­działa. – Wszystko w porządku. To zdrowa i silna dziew­czynka.

Erica ode­tchnęła z drże­niem.

– Dzię­kuję, Mag­da­leno. Jesteś dla mnie praw­dzi­wym opar­ciem. Zro­biła się ze mnie taka okropna osoba, która przy naj­błah­szych obja­wach przy­cho­dzi tutaj i zabiera innym cenny czas. Nawet w nie­dzielę. Po tym jak pra­co­wa­łaś za gra­nicą, na pewno uwa­żasz, że jeste­śmy bez­na­dziejni, kiedy zja­wiamy się z naj­drob­niej­szymi dole­gli­wo­ściami.

Mag­da­lena pokrę­ciła głową.

– Możesz zawsze przyjść. Dla mnie taki kaszel jest cał­kiem przy­jemną odmianą po przy­pad­kach tyfusu i dyzen­te­rii.

– Trudno ci było zosta­wić to wszystko za sobą? Po tylu latach pracy z Leka­rzami bez Gra­nic przy­chod­nia w Tanum­shede musi ci się wyda­wać… mało zna­cząca.

Mag­da­lena uśmiech­nęła się i znów pokrę­ciła głową. Spoj­rzała na Norę, która nagro­dziła ją sze­ro­kim uśmie­chem.

– Są gra­nice ludz­kiej wytrzy­ma­ło­ści na nie­szczę­ście i cier­pie­nie. U mnie tę gra­nicę wyzna­czyły dzieci, które mi umarły na rękach. A dałoby się je ura­to­wać, gdyby uro­dziły się gdzie indziej. Zresztą nie było nikogo innego, kto zająłby się moją mamą, kiedy jej stward­nie­nie zani­kowe boczne stało się zaawan­so­wane.

Mag­da­lena nachy­liła się i pogła­skała Norę po okrą­głym policzku.

– Byli­ście wczo­raj w restau­ra­cji Gabriela?

– Tak, cudow­nie było wyjść tylko we dwoje. A jedze­nie było fan­ta­styczne.

– Oby im się udało. Otwie­ra­nie w Fjällbace restau­ra­cji z eks­klu­zyw­nym jedze­niem to spore wyzwa­nie. Ale skoro restau­ra­cje na pust­ko­wiu, takie jak Äng i Fäviken, potra­fiły przy­cią­gnąć klien­tów, to pew­nie wszystko jest moż­liwe.

– O, nie wie­dzia­łam, że jesteś sma­koszką.

Erica umie­ściła i przy­pięła Norę w nosi­dełku.

Mag­da­lena popra­wiła koń­ski ogon.

– Z braku faceta życie wypeł­nia mi jedze­nie.

– Nie­moż­liwe, żebyś nie miała wiel­bi­cieli. Pew­nie jesteś za bar­dzo wybredna.

– Nie każdy ma takie szczę­ście jak ty. Podaż jest tu nie­wielka. Wszy­scy są albo żonaci, albo miesz­kają z mamu­sią.

Erica zaśmiała się, ale zaraz spo­waż­niała, patrząc na Mag­da­lenę.

– Masz jakiś kon­takt z daw­nymi kole­gami i kole­żan­kami?

Mag­da­lena pokrę­ciła głową.

– Nie, stra­ci­li­śmy się z oczu, kiedy wypro­wa­dzi­łam się po matu­rze. Pomy­śleć tylko, że Ellen i Gabriel się pobrali. Ni­gdy bym w to nie uwie­rzyła.

Erica chrząk­nęła.

– Jocke jest świeżo po roz­wo­dzie. Wró­cił do Fjällbacki zaraz przed począt­kiem lata, ale pew­nie o tym wiesz.

Mag­da­lena pod­nio­sła ręce w obron­nym geście.

– Pro­szę cię, bez tego zna­czą­cego spoj­rze­nia. To było trzy­dzie­ści lat temu. Nie widzia­łam go od mojego powrotu. Pew­nie mu się prze­rze­dziły włosy na gło­wie, ma spory brzuch i grube oku­lary.

Erica uśmiech­nęła się pod nosem. W Fjällbace wszy­scy wie­dzieli, co daw­niej było mię­dzy Joc­kem a Mag­da­leną. Mło­dzień­cza miłość, która – jak wie­rzyli – mogłaby prze­trwać. Jocke zro­bił karierę w kana­dyj­skiej lidze NHL, a potem miał sporo uda­nych inwe­sty­cji. Teraz wró­cił, star­szy i bogat­szy – i wciąż się podo­bał.

– Muszę cię nie­stety roz­cza­ro­wać. Jest jesz­cze przy­stoj­niej­szy. Urok siwi­zny na skroni, wyćwi­czone ciało…

Mag­da­lena pokrę­ciła głową.

– Nie kusi mnie. Dawne dzieje, lepiej do tego nie wra­cać. A ty jedź do domu i włącz gorący prysz­nic dla małej.

Erica spoj­rzała na nią.

– Wczo­raj­sze ofi­cjalne otwar­cie odbyło się w trzy­dzie­stą rocz­nicę zagi­nię­cia Sofie.

Mag­da­lena ode­tchnęła, co zabrzmiało jak wes­tchnie­nie.

– Tak, widzia­łam. Nawet było o tym w _Nyhet­smor­gon_. – Odwró­ciła się do biurka, ale po chwili cią­gnęła: – Po jej znik­nię­ciu już nic nie było takie jak przed­tem. Były­śmy ze sobą tak bli­sko: ja, Ellen i Sofie. Ale została po niej wyrwa i pyta­nia bez odpo­wie­dzi… Wydaje mi się, że wtedy zmie­niło się życie nas wszyst­kich. Powin­nam była wró­cić z nią do domu w tam­ten wie­czór, żeby nie wycho­dziła z imprezy sama. Ale byłam nasto­latką. Mło­dziutką i głu­piutką. Samo­lubną. Gdy­bym z nią poszła, to może wszystko poto­czy­łoby się ina­czej.

Erica poło­żyła dłoń na ramie­niu Mag­da­leny.

– Łatwo być mądrym po szko­dzie. Jedy­nym czło­wie­kiem, który za to odpo­wiada, jest ten, który ją upro­wa­dził.

Nora znów się roz­kasz­lała, był to długi, prze­cią­ga­jący się atak.

– Puść gorącą wodę w prysz­nicu. Poda­waj jej dużo pły­nów. I postaw obok niej nawil­żacz powie­trza – powtó­rzyła Mag­da­lena, głasz­cząc poli­czek Nory, która obda­rzyła ją bez­zęb­nym uśmie­chem. – Dużo piesz­czot.

– Jesteś wspa­niała.

Poszły razem do drzwi wej­ścio­wych, Mag­da­lena je otwo­rzyła. Erica posłała jej całusa, Mag­da­lena odpo­wie­działa tym samym, ale jakby bez prze­ko­na­nia. Jej wyraz twa­rzy mówił Erice, że Mag­da­lena jest myślami zupeł­nie gdzie indziej.

– Zdaje się, że wczo­raj się udało!

Bengt Hag­man wyda­wał się zaj­mo­wać swoją osobą całą prze­strzeń. Allan, który był śred­niego wzro­stu, czuł się przy nim malutki. Drob­niutki. Była to nie tylko kwe­stia wzro­stu pra­wie dwu­me­tro­wego Bengta i jego masyw­nej budowy. Rów­nież jego głos zda­wał się wypeł­niać pomiesz­cze­nie do ostat­niego mili­me­tra kwa­dra­to­wego.

– Dobrze było – odparła Yvonne. – Tro­chę cho­rób wieku dzie­cię­cego plus to, że Gabriel jest per­fek­cjo­ni­stą i ni­gdy nie jest zado­wo­lony. To jed­nak pod­sta­wowy waru­nek dla szefa kuchni, który celuje wysoko jak on.

– Per­fek­cjo­ni­stą, wła­śnie. Widać to wyraź­nie w naszym bilan­sie. Remont Gröna Lid kosz­to­wał o dwa miliony wię­cej, niż zakła­da­li­śmy.

Allan zaczął się wier­cić. Nie cier­piał roz­mów o pie­nią­dzach. Tak samo jak nie zno­sił tego, że jest zależny od inwe­sty­cji Bengta i Joc­kego. Dobrze im się powo­dziło, jemu i Yvonne, sprze­daż restau­ra­cji z owo­cami morza, którą przez wiele lat pro­wa­dził przy rynku, przy­nio­sła mu pokaźną sumę. Jed­nakże nie­wy­star­cza­jącą do sfi­nan­so­wa­nia samo­dziel­nego przed­się­wzię­cia Gabriela.

– Przyj­rzymy się licz­bom – zapew­niła Yvonne. – Zoba­czymy, na czym można by zaosz­czę­dzić. Teraz naj­waż­niej­sze jest zaufa­nie do Gabriela. Musi się sku­pić, żeby móc dowo­zić.

Jak dla Allana jej głos zabrzmiał tro­chę za bar­dzo natar­czy­wie. Bengt i jego żona Gun byli ich naj­bliż­szymi przy­ja­ciółmi od wielu lat, jesz­cze z cza­sów, zanim Sofie i Jocke poszli do tej samej szkoły, mimo to w gło­sie Yvonne, gdy z nimi roz­ma­wiała, dał się zawsze wychwy­cić jakiś ton słu­żal­czo­ści. Impo­no­wały jej ich pie­nią­dze, ich pozy­cja. Bengt już w latach osiem­dzie­sią­tych stwo­rzył od pod­staw odno­szącą suk­cesy firmę impor­tową, w Fjällbace ucho­dził dziś za czło­wieka, który może sobie kupić, co tylko zechce. Dla Allana takie rze­czy były bez zna­cze­nia, nato­miast dla Yvonne naj­waż­niej­szy był zawsze wize­ru­nek.

Bengt spoj­rzał na Yvonne, potem na Allana.

– To oczy­wi­ste, że mamy zaufa­nie do Gabriela. A wczo­raj­sza kola­cja była wielką przy­jem­no­ścią. Powie­dział­bym tylko, że pre­miera aku­rat w tym dniu nie była może odpo­wied­nim pomy­słem. Oczy­wi­ście współ­od­czu­wamy z wami i rozu­miemy, że musiało wam być wczo­raj wyjąt­kowo ciężko, ale…

Yvonne wpa­dła mu w słowo i choć raz odpo­wie­działa ostro.

– Moment był jak naj­bar­dziej odpo­wiedni. To był ładny spo­sób upa­mięt­nie­nia Sofie.

– My też tęsk­nimy za Sofie – ode­zwał się Bengt z drże­niem w tubal­nym gło­sie. – To była miła dzie­wuszka. I wierz­cie mi, tyle razy myśla­łem sobie, że gdy­by­śmy nie poszli w gości tam­tego wie­czora, żeby Jocke mógł urzą­dzić tę nie­szczę­sną imprezę, to może… Ale i Jocke, i ja uwa­ża­li­śmy… Zresztą, dajmy temu pokój, co się stało, to się stało, a wczo­raj­sza pre­miera poszła dobrze.

W tym momen­cie przy­biegł Gabriel. Miał zaró­żo­wione policzki, a jego fry­zura choć raz nie była ide­alna.

– Pierw­sza recen­zja! Kogoś z „Göteborgs-Posten”. To na pewno ta para, która sie­działa w kącie sali, wyda­wało mi się, że kobieta noto­wała coś na swoim tele­fo­nie! Posłu­chaj­cie:

_Czy otwie­ra­nie eks­klu­zyw­nej restau­ra­cji w małej Fjällbace ma sens? Przez dzie­sięć mie­sięcy w roku jest tu tysiąc miesz­kań­ców, a kil­ka­dzie­siąt tysięcy przez zale­d­wie dwa mie­siące. Czy pocho­dzący z Fjällbacki szef kuchni Gabriel Rud­berg jest w sta­nie ser­wo­wać jedze­nie na pozio­mie, który przy­cią­gnie klien­tów do małej miej­sco­wo­ści sto trzy­dzie­ści kilo­me­trów na pół­noc od Göteborga? Otóż odpo­wiedź to: zde­cy­do­wa­nie tak. Przy­stawka z prze­grzebka w sosie sza­fra­no­wym z emul­sją bazy­liową roz­ta­pia się na języku. To tak, jakby się jadło kawa­łek morza. Danie główne, czyli zaska­ku­jąco rusty­kalna makrela sma­żona na maśle z dodat­kiem gorą­cego sosu ogór­ko­wego, oliwy zapra­wio­nej czosn­kiem niedź­wie­dzim i sosu śmie­ta­no­wego, pod­nosi tę zwy­czajną rybę na poziom, któ­rego ni­gdy bym się nie spo­dzie­wała. Spró­bo­wa­li­śmy rów­nież zupy z homar­ców ugo­to­wa­nej na bulio­nie, co poka­zuje, że kucharz rozu­mie zna­cze­nie balansu mię­dzy sma­kami. Podano ją z kru­szonką z wodo­ro­stów. Ta czarna, dość brzydka roślina, która wydaje się trudna do ujarz­mie­nia, została póź­niej podana rów­nież w postaci – uwaga! – lodów. Lekka sło­ność lodów pocho­dząca z wodo­ro­stów sta­no­wiła ide­alne uzu­peł­nie­nie dla smaku kru­chego cia­sta mig­da­ło­wego. Zła­pa­łam się na tym, jak gło­śno powie­dzia­łam mojemu towa­rzy­szowi, że chyba odkry­łam ide­alny deser. Gabriel Rud­berg nie dość, że »dowozi«, to jesz­cze prze­szedł ocze­ki­wa­nia wybred­nej, zbla­zo­wa­nej recen­zentki kuli­nar­nej. Co już nie zda­rza się zbyt czę­sto._ Cha­peau bas _i oby ta bar­dzo ryzy­kowna inwe­sty­cja się opła­ciła. To restau­ra­cja wyso­kiej klasy mię­dzy­na­ro­do­wej i chyba się nie mylę, że wkrótce będziemy świad­kami nowej formy zagra­nicz­nej tury­styki do Fjällbacki. Sma­ko­szy z całego świata, któ­rzy będą piel­grzy­mo­wać, żeby zjeść wła­śnie tu. Brawo!_

Yvonne krzyk­nęła gło­śno. Allan pod­niósł się powoli, nie potra­fił oka­zy­wać rado­ści rów­nie spon­ta­nicz­nie jak jego żona, ale pękał z dumy. Opa­dły go wspo­mnie­nia z godzin spę­dzo­nych w kuchni z dora­sta­ją­cym Gabrie­lem i aż go roz­sa­dzało od środka.

I choć stał przed nim doro­sły męż­czy­zna, to Allan nagle widział tylko chłopca.

Swo­jego Gabriela.

– Gra­tu­la­cje, chło­pie! – Bengt długo ści­skał rękę Gabriela. – Dobra robota! Dobra robota! Wie­dzia­łem, że mam rację, sta­wia­jąc na cie­bie!

Spoj­rze­nia Allana i Yvonne skrzy­żo­wały się. Tyle spę­dzo­nych wspól­nie lat, tyle wspól­nego bólu daw­niej i teraz. W tym momen­cie wszystko zostało zapo­mniane.

Allan pod­szedł do Gabriela. Spoj­rzeli na sie­bie w mil­czą­cym poro­zu­mie­niu. W tym momen­cie wyraźna była ich wza­jemna miłość, któ­rej ni­gdy nie potra­fili wyra­zić sło­wami, a prze­cież zawsze obecna mimo trud­nych chwil. Allan objął syna i wtedy popły­nęły łzy. Po raz pierw­szy od trzy­dzie­stu lat.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij