Player One - ebook
Player One - ebook
Film w reżyserii Stevena Spielberga w kinach! Bestsellerowa powieść, która stała się już klasykiem swojego gatunku.
Jest rok 2045. Ziemia jest okropnym miejscem. Zasoby ropy się wyczerpały. Klimat się rozregulował. Na planecie panują głód, bieda i choroby. Większość ludzi ucieka od przytłaczającej rzeczywistości, prowadząc wirtualne życie w OASIS, pełnej rozmachu utopii online, gdzie można być, kim się chce i spokojnie funkcjonować, grać i zakochiwać się na jednej z tysiąca planet. Wade Watts żyje w OASIS od wczesnego dzieciństwa i podobnie jak wielu innych, ma obsesję na punkcie Miedzianego Klucza, cyfrowego „wielkanocnego jajka”, ukrytego gdzieś głęboko w cyfrowej rzeczywistości. Schował go przed śmiercią tam założyciel OASIS, James Halliday, multimiliarder. Ten, kto go znajdzie, odziedziczy jego majątek i przejmie kontrolę nad grą. Przez całe lata miliony ludzi próbowały odnaleźć ten skarb; jedyną wskazówką była wiedza, że prowadzące do celu zagadki są oparte na kulturze masowej końca XX wieku. Ale to właśnie Wade natrafia na klucz do pierwszego zadania i nagle odkrywa, że w desperackim wyścigu po największą nagrodę przeciwko sobie ma tysiące konkurentów. Ta coraz bardziej zaciekła rywalizacja wkrótce przenosi się z OASIS do świata rzeczywistego…
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-7229-749-5 |
| Rozmiar pliku: | 2,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
WSZYSCY MOI RÓWIEŚNICY PAMIĘTAJĄ, GDZIE BYLI I CO ROBILI, KIEDY dowiedzieli się o tym konkursie. Ja siedziałem w swojej kryjówce i oglądałem kreskówki, kiedy w okienku wideo pojawił się pasek z informacją, że w nocy zmarł James Halliday.
Jasne, że wiedziałem, kim jest Halliday. Wszyscy wiedzieli. Był projektantem gier i stworzył OASIS, masową grę sieciową, która stopniowo przekształciła się w internetową globalną rzeczywistość wirtualną. Każdego dnia korzystała z niej niemal cała ludzkość naszego globu. Bezprecedensowy sukces OASIS uczynił Hallidaya jednym z najbogatszych ludzi na świecie.
Początkowo nie rozumiałem, dlaczego media robią takie halo z powodu śmierci miliardera. W końcu Ziemianie mają wiele innych zmartwień. Choćby kryzys energetyczny. Katastroficzne zmiany klimatyczne. Powszechny głód, ubóstwo i choroby. Pięć wojen. Sami rozumiecie – wszyscy żyją jak pies z kotem, masowa histeria. Zwykle wiadomości nie przerywają nikomu interaktywnych komedii czy telenowel, o ile nie zdarzy się coś naprawdę ważnego. Na przykład epidemia nowego zabójczego wirusa czy grzyb atomowy pochłaniający kolejne wielkie miasto. Jakaś naprawdę wielka rzecz. Halliday był sławny, ale wiadomość o jego śmierci nadawała się na krótką informację w wieczornych wiadomościach, tak żeby szare masy mogły kręcić głowami z zazdrością, słuchając prezentera, który ogłasza, jak obrzydliwie dużo pieniędzy dostaną spadkobiercy bogacza.
Ale w tym właśnie sęk. James Halliday nie miał spadkobierców. Umarł w wieku sześćdziesięciu siedmiu lat jako kawaler. Nie miał żadnych krewnych, a z tego, co jeszcze było wiadomo, ani jednego przyjaciela. Przez ostatnie piętnaście lat żył odizolowany od świata zewnętrznego, i, jeśli wierzyć plotkom – całkowicie postradał zmysły.
Tak więc najbardziej wstrząsającą wiadomością tego styczniowego poranka, która przykuła uwagę każdego zjadacza płatków śniadaniowych od Toronto po Tokio, była informacja dotycząca treści testamentu Hallidaya i określonych w tym dokumencie losów jego potężnego majątku.
Halliday przygotował krótkie nagranie wideo i instrukcję, w której prosił, by po jego śmierci przekazać je światowym mediom. Tego ranka kopia nagrania miała też trafić do każdego użytkownika OASIS. Do dziś pamiętam znajomy elektroniczny dźwięk zwiastujący nową wiadomość w skrzynce, zaledwie kilka sekund po ukazaniu się pierwszej informacji na ekranie.
Nagranie wideo w istocie było precyzyjnie zmontowanym krótkim filmem pod tytułem Zaproszenie Anoraka. Jako słynny ekscentryk Halliday przez całe życie miał obsesję na punkcie lat 80., kiedy to był nastolatkiem. Zaproszenie Anoraka pełne było niejasnych nawiązań do kultury masowej tamtych lat. Kiedy oglądałem je po raz pierwszy, umknęły mi niemal wszystkie.
Całe nagranie trwało nieco ponad pięć minut, a mimo to w kolejnych dniach i tygodniach stało się najskrupulatniej analizowanym filmem w historii. Analizowano go klatka po klatce, chyba jeszcze bardziej mozolnie niż film Abrahama Zaprudera nakręcony podczas zamachu na Kennedy’ego. Całe moje pokolenie znało na pamięć nagranie Hallidaya, co do sekundy.
* * *
Zaproszenie Anoraka rozpoczynają trąbki ze starej piosenki Dead Man’s Party.
Przez kilka pierwszych sekund takty piosenki rozbrzmiewają na tle ciemnego ekranu. Potem do trąbek dołącza gitara i pojawia się Halliday. Ale nie jest sześćdziesięciolatkiem zniszczonym przez czas i chorobę. Wygląda jak z okładki „Time’a” z 2014 roku – wysoki, szczupły, zdrowy mężczyzna nieco po czterdziestce, ze zmierzwionymi włosami i w słynnych okularach w rogowych oprawkach. Ma też to samo ubranie co na zdjęciu w „Timie”: spłowiałe dżinsy i starą koszulkę z nadrukiem Space Invaders.
Halliday jest w dużej sali gimnastycznej jakiegoś liceum, na której odbywa się potańcówka. Otaczają go nastolatki, których stroje, fryzury i ruchy w tańcu sugerują, że to późne lata 80.¹. Halliday też tańczy – czego w prawdziwym życiu nikt nigdy nie widział. Z maniackim uśmiechem obraca się energicznie, wymachuje rękoma i kręci głową w rytm piosenki, bezbłędnie odtwarzając kilka słynnych kroków tanecznych z tamtego okresu. Ale Halliday nie ma partnerki. Jak to się mówi, tańczy solo.
W dolnym lewym rogu ekranu na chwilę pojawia się kilka linijek tekstu, z nazwą zespołu, tytułem piosenki, nazwą wytwórni i rokiem publikacji, zupełnie jak w starym wideoklipie z MTV: Dead Man’s Party, Oingo Boingo, MCA Records, 1985. Kiedy rozlegają się słowa, Halliday nie przestając się kręcić, zaczyna je bezgłośnie śpiewać: „Wystrojony na wyjście donikąd. Spaceruję z nieboszczykiem na ramieniu… Nie uciekaj, to tylko ja…”.
Nagle przerywa taniec i prawą dłonią wykonuje ruch, który ucina muzykę. W tej samej chwili tancerze i sala gimnastyczna znikają, a sceneria nagle się zmienia. Halliday stoi teraz przed domem pogrzebowym, obok otwartej trumny². W środku leży dużo starszy Halliday. Ciało ma wychudzone i wyniszczone przez raka. Na jego powiekach leżą lśniące ćwierćdolarówki³. Młodszy Halliday patrzy na swoje zwłoki z udawanym smutkiem, po czym odwraca się, by przemówić do zebranych żałobników⁴. Pstryka palcami i w jego prawej dłoni pojawia się zwój. Otwiera go teatralnym gestem, a zwój spada na podłogę i rozwija się wzdłuż przejścia, na wprost którego stoi miliarder. Halliday zwraca się do widza i zaczyna czytać:
„Ja, James Donovan Halliday, zdrów na ciele i umyśle, deklaruję niniejszym publicznie, że ten oto dokument jest moją ostatnią wolą i testamentem. Tym samym unieważnia on wszelkie wole i kodycyle sporządzone przeze mnie do tej pory…” Czyta dalej, coraz szybciej, brnąc przez kilka prawniczych akapitów, a w końcu mówi tak szybko, że trudno rozróżnić słowa. Nagle przerywa gwałtownie. „Dajmy sobie spokój – stwierdza – nawet przy tej prędkości odczytanie całego dokumentu potrwałoby miesiąc. Przykro mi, ale nie mamy tyle czasu”. Upuszcza zwój, a ten rozpływa się w obłoku złotego pyłu. „Przedstawię wam najważniejsze punkty”.
Znika dom pogrzebowy i sceneria zmienia się ponownie. Halliday stoi teraz przed potężnymi drzwiami do bankowego skarbca. „Mój cały majątek, w tym kontrolny pakiet akcji mojej firmy, Gregarious Simulation Systems, ma trafić do funduszu powierniczego, póki nie zostanie spełniony jeden warunek podany w testamencie. Ten, kto pierwszy spełni ów warunek, odziedziczy całą moją fortunę, obecnie wycenianą na ponad dwieście pięćdziesiąt miliardów dolarów”.
Drzwi do skarbca otwierają się i Halliday wchodzi do środka. Wnętrze skarbca jest potężne i leży w nim ogromny stos sztabek złota mniej więcej wielkości dużego domu. „Ta kasa jest do wzięcia – mówi Halliday z szerokim uśmiechem. – A co mi tam. Przecież nie zabiorę jej ze sobą, prawda?”
Miliarder opiera się o stos złotych sztabek, a kamera najeżdża blisko na jego twarz. „A teraz pewnie zastanawiacie się, co trzeba zrobić, żeby dorwać tę forsę? Cierpliwości, moje dzieci. Zaraz do tego dojdziemy…” Robi dramatyczną pauzę i stroi miny dziecka, które za chwilę wyjawi ogromną tajemnicę.
Halliday znów pstryka palcami i skarbiec znika. W tej samej chwili mężczyzna kurczy się i zmienia w małego chłopca ubranego w brązowe sztruksy i spłowiałą koszulkę z Muppet Show⁵. Młody Halliday stoi w zagraconym salonie z ciemnopomarańczową wykładziną, ścianami obitymi drewnem i kiczowatym wystrojem z końca lat 70. Obok stoi 21-calowy telewizor Zenith, do którego podpięta jest konsola Atari 2600. „To była moja pierwsza konsola do gier – wyjaśnia Halliday dziecięcym głosem. – Atari 2600. Dostałem ją na gwiazdkę w 1979 roku”. Chłopiec siada przed Atari, bierze do ręki dżojstik i zaczyna grać. „To była moja ulubiona gra – mówi. Kiwa głową w stronę ekranu, na którym mały kwadracik wędruje przez serię prostych labiryntów. – Nosiła tytuł Adventure. Jak wiele wczesnych gier wideo Advenure została opracowana i zakodowana przez jedną osobę. Ale Atari nie doceniało wówczas pracy programistów, więc nazwisko twórcy nie pojawiło się na opakowaniu”.
Na ekranie telewizora widzimy, jak Halliday za pomocą miecza zabija czerwonego smoka, choć z powodu niskiej rozdzielczości grafiki wygląda to raczej tak, jakby kwadracik dźgał zdeformowaną kaczkę za pomocą strzałki. „Człowiek, który stworzył Adventure, nazywał się Warren Robinett. Postanowił sam schować swoje nazwisko w grze. Ukrył klucz w jednym z labiryntów. Jeśli ktoś odnalazł ów klucz – małą szarą kropkę wielkości piksela – mógł dzięki niej wejść do tajnego pomieszczenia, gdzie Robinett ukrył swoje nazwisko”. Halliday prowadzi kwadratowego bohatera do tajemnej komnaty, gdzie pośrodku ekranu pojawiają się słowa „Projekt: Warren Robinett”.
„Było to – kontynuuje Halliday, wskazując na ekran z nieskrywanym szacunkiem – pierwsze wielkanocne jajo⁶ w grze komputerowej. Robinett ukrył je w kodzie i nikomu o tym nie wspomniał. Atari wyprodukowało i rozprowadziło Adventure po całym świecie, nie mając pojęcia o ukrytej komnacie. O istnieniu wielkanocnego jaja dowiedzieli się dopiero po kilku miesiącach, kiedy zaczęły je odkrywać dzieciaki na całym świecie. Byłem jednym z tych dzieciaków i kiedy po raz pierwszy odnalazłem sekret Robinetta, poczułem, że to jedno z najfajniejszych komputerowych przeżyć”.
Młody Halliday odstawia dżojstik i wstaje. Salon rozmywa się i scenografia znów się zmienia. Teraz Halliday stoi w mrocznej pieczarze, gdzie na wilgotnych ścianach odbijają się płomienie niewidocznych pochodni. Jednocześnie zmienia się też wygląd samego Hallidaya, który przekształca się w Anoraka, swój słynny awatar z OASIS, czyli wysokiego czarodzieja. To trochę przystojniejsza (i bez okularów) wersja dorosłego Hallidaya. Anorak jak zwykle ma na sobie długą czarną szatę z wyhaftowanymi na obu rękawach symbolami swojego awatara (jest to wielka wykaligrafowana litera A).
„Przed śmiercią – mówi Anorak znacznie głębszym głosem – ja również stworzyłem jajo wielkanocne i ukryłem je gdzieś w najpopularniejszej grze komputerowej – w OASIS. Ten, kto pierwszy je odnajdzie, odziedziczy cały mój majątek”.
Kolejna dramatyczna pauza.
„Jajo jest dobrze schowane. Nie schowałem go gdzieś pod kamieniem. Można by rzec, że leży zamknięte w sejfie, zakopanym w tajnej komnacie, którą ukryłem w samym środku labiryntu leżącego gdzieś… – stuka się palcem w prawą skroń – tutaj”.
„Ale nie martwcie się. Zostawiłem tu i ówdzie trochę wskazówek, żebyście mogli od czegoś zacząć. Oto pierwsza z nich”. – Anorak wykonuje zamaszysty gest i w powietrzu przed nim pojawiają się trzy wirujące powoli klucze. Wygląda na to, że jeden wykonany jest z miedzi, drugi z jadeitu, a trzeci z kryształu. Klucze cały czas wirują, zaś Anorak recytuje fragment wiersza, a każdy wypowiadany przezeń wers pojawia się na chwilę na dole ekranu, wypisany płonącymi literami:
Trzy ukryte klucze i trzy tajemne bramy
Tam próbom wielkim gracz będzie poddany
Kto się nie ugnie i podoła wyzwaniom,
Dotrze do Końca i będzie wygranym.
Kiedy kończy, znikają klucze z jadeitu i kryształu, zostaje tylko miedziany, który wisi teraz na łańcuchu na szyi Anoraka.
Kamera podąża za Anorakiem, który odwraca się i idzie w głąb ciemnej pieczary. Kilka sekund później dociera do masywnych drewnianych drzwi osadzonych w skale. Drzwi wzmocnione są stalowymi okuciami i pokryte płaskorzeźbami przedstawiającymi tarcze i smoki. „Nie byłem w stanie przetestować tej konkretnej gry, więc obawiam się, że mogłem ukryć jajo wielkanocne trochę za dobrze. Tak dobrze, że trudno będzie je odszukać. Sam nie wiem. Jeśli tak, to i tak jest już za późno, by cokolwiek zmienić. Pożyjemy, zobaczymy”.
Anorak otwiera podwójne drzwi, które prowadzą do przepastnego skarbca pełnego stosów błyszczących złotych monet i pucharów wysadzanych kamieniami szlachetnymi⁷. Następnie czarodziej staje w otwartych drzwiach i odwraca się do widza, wyciągając ręce, by przytrzymać potężne drewniane wrota⁸.
„A zatem, bez zbędnych wstępów – oznajmia Anorak. – Rozpoczynamy polowanie na wielkanocne jajo Hallidaya!” Po czym znika w błysku światła, a widz patrzy przez otwarte drzwi na skrzące się za nimi stosy skarbów.
Ekran ciemnieje.
* * *
Na końcu filmu Halliday zamieścił odnośnik do swojej osobistej strony internetowej, która w dniu jego śmierci przeszła drastyczną przemianę. Przez ponad dekadę wisiała na niej jedynie krótka zapętlona animacja, w której jego awatar – Anorak – siedział w średniowiecznej bibliotece, pochylony nad zniszczonym warsztatem, mieszając mikstury i ślęcząc nad zakurzonymi księgami zaklęć. Na ścianie za jego plecami widać było namalowanego wielkiego czarnego smoka.
Tego dnia animacja zniknęła, a jej miejsce zajęła lista z najlepszymi wynikami, taka jak te, które kiedyś pojawiały się w starych automatach do gier na monety. Lista liczyła dziesięć pozycji; na każdej widać było inicjały JDH – James Donovan Halliday – a obok nich wynik: sześć zer. Owa lista wyników szybko zyskała nazwę Tablicy.
Tuż pod Tablicą widniała ikona przypominająca małą książkę oprawioną w skórę. Klikając w nią, można było ściągnąć za darmo kopię Almanachu Anoraka, czyli zbioru setek nieopatrzonych datami wpisów w dzienniku Hallidaya. Almanach liczył ponad tysiąc stron, ale niewiele mówił o prywatnym życiu Hallidaya czy o wykonywanych przezeń codziennych czynnościach. Większość wpisów twórcy OASIS stanowiły spisane w formie strumienia świadomości obserwacje na temat rozmaitych klasycznych gier komputerowych, książek, filmów i komiksów z dziedziny science fiction i fantasy oraz kultury masowej lat 80. Wszystko to ubarwione pełną humoru krytyką, od zorganizowanych form religii po napoje gazowane.
Polowanie, jak nazwano konkurs ogłoszony przez Hallidaya, szybko stało się częścią globalnej kultury. Dorośli i dzieci marzyli o odnalezieniu jaja wielkanocnego Hallidaya, tak jak marzy się o wygranej na loterii. W tej grze mógł wziąć udział każdy i początkowo nie było w tym nic złego. Almanach Anoraka sugerował jedynie, że do znalezienia jaja niezbędna będzie wiedza dotycząca najrozmaitszych obsesji Hallidaya. To doprowadziło do globalnej fascynacji kulturą masową lat 80. Pięćdziesiąt lat po zakończeniu tej dekady filmy, muzyka, gry oraz moda z tamtego okresu wróciły do łask. W 2041 roku postawione na sztorc włosy i dekatyzowane dżinsy stały się częścią stylu, a nowe wersje popularnych hitów z tamtych lat okupowały pierwsze miejsca na listach przebojów. Ludzie, którzy w latach 80. mieli po kilkanaście lat i teraz dożywali sędziwej starości, ze zdumieniem patrzyli, jak ich wnuki wzorują się na modzie z lat ich własnej młodości i zgłębiają zaistniałe w tamtych czasach zjawiska.
Narodziła się nowa subkultura złożona z milionów ludzi, którzy poświęcali każdą wolną chwilę na poszukiwania jaja Hallidaya. Początkowo zwano ich po prostu „łowcami jaja”, ale ponieważ przy tych łowach trzeba było się nieźle nagłowić, na poszukiwaczy szybko zaczęto mówić „jajogłowi”.
W ciągu pierwszego roku poszukiwań bycie jajogłowym było bardzo modne i prawie każdy użytkownik OASIS uważał się za takiego.
Kiedy minęła pierwsza rocznica śmierci Hallidaya, gorączka wokół konkursu zaczęła przygasać. Minął cały rok i nikt niczego nie znalazł. Ani jednego klucza, ani jednej bramy. Po części problemem był sam rozmiar OASIS. Mieściło się w niej ponad tysiąc symulowanych światów, w których mogły kryć się klucze, a dokładne przeszukanie każdego z nich mogło zająć jajogłowemu całe lata.
Choć „zawodowi” jajogłowi chwalili się na blogach, że codziennie są bliżej przełomu, to stopniowo docierała do nich prawda: żaden z nich nie miał nawet pojęcia, czego szuka ani gdzie rozpocząć poszukiwania.
Minął kolejny rok.
I jeszcze jeden.
I wciąż nic.
Społeczeństwo straciło zainteresowanie konkursem. Ludzie zaczęli wierzyć, że to wszystko było jedynie dowcipem bogatego wariata. Inni uważali, że jeśli nawet jajo istnieje, nikt go nigdy nie znajdzie. Tymczasem OASIS nadal ewoluowała i zyskiwała na popularności. Przed próbami przejęcia i prawnymi rozgrywkami chroniły ją żelazne zapisy testamentu Hallidaya i armia wściekłych prawników, którym powierzył administrowanie swoim majątkiem. Wielkanocne jajo Hallidaya stopniowo nabrało charakteru miejskiej legendy, a kurczący się stale zastęp jajogłowych zaczął być obiektem drwin. Co roku, w rocznicę śmierci Hallidaya, prezenterzy w mediach z przymrużeniem oka donosili o braku postępów w poszukiwaniach. I co roku kolejni jajogłowi wycofywali się z konkursu, dochodząc do wniosku, że Halliday ukrył jajo tak, że nie sposób go znaleźć.
Minął kolejny rok.
I jeszcze jeden.
I nagle, wieczorem jedenastego lutego 2045 roku na szczycie Tablicy pojawiła się nazwa awatara, którą mógł podziwiać cały świat. Po pięciu długich latach w końcu odnaleziono Miedziany Klucz. Dokonał tego osiemnastolatek mieszkający w osiedlu przyczep kempingowych na przedmieściach Oklahoma City.
Owym osiemnastolatkiem byłem ja.
To, co działo się dalej, próbowano opowiedzieć w dziesiątkach książek, kreskówek, filmów i seriali, ale w żadnym nie pokazano całej prawdy. Więc raz na zawsze chcę opowiedzieć wszystko od a do z.0002
MÓJ AWATAR ZMATERIALIZOWAŁ SIĘ PRZED MOJĄ SZAFKĄ NA PIĘTRZE budynku liceum – stałem dokładnie w tym miejscu, kiedy wylogowałem się z systemu poprzedniego wieczoru.
Rozejrzałem się po korytarzu. Moje wirtualne otoczenie wyglądało niemal (choć nie do końca) realistycznie. W OASIS każdy element był pięknie wyrenderowany w trójwymiarowej grafice. Póki się nie zatrzymałeś, by bliżej się przyjrzeć szczegółom, łatwo było zapomnieć, że wszystko wokół stworzyły komputery. I to takie wrażenia zapewniała moja stara szkolna konsola OASIS. Słyszałem, że kiedy wchodziło się do systemu z najnowocześniejszych urządzeń, nie sposób było odróżnić OASIS od rzeczywistości.
Dotknąłem drzwi od szafki – otworzyły się z cichym metalicznym szczęknięciem. Środek był skromnie ozdobiony: zdjęcie księżniczki Lei pozującej z laserowym mieczem; grupowa fotka Monty Pythona w kostiumach ze Świętego Graala; okładka „Time’a” z Jamesem Hallidayem. Sięgnąłem i dotknąłem stosu podręczników na górnej półce szafki. Zniknęły i pojawiły się na liście przedmiotów w posiadaniu mojego awatara.
Poza podręcznikami mój awatar był wyposażony nader skromnie: w latarkę, krótki żelazny miecz, małą tarczę z brązu i zbroję ze skórzanych pasów. Żaden z przedmiotów nie miał właściwości magicznych, wszystkie były pośledniej jakości, ale i tak na więcej nie mogłem sobie pozwolić. Przedmioty w OASIS kosztowały tyle, co w realnym świecie (czasami nawet więcej) i nie można było za nie płacić kuponami żywnościowymi. W OASIS posługiwano się tzw. kredytami. W tych mrocznych czasach była to jedna z najbardziej stabilnych walut na świecie.
W szafce miałem zamontowane małe lusterko. Zamykając drzwi, spojrzałem na odbicie mojego wirtualnego „ja”. Zaprojektowałem twarz i ciało awatara tak, że mniej więcej przypominał mnie. Miał tylko nieco mniejszy nos i był wyższy. I szczuplejszy. No i bardziej umięśniony. Aha, nie miał też młodzieńczego trądziku. Ale jeśli nie liczyć tych szczegółów, wyglądaliśmy niemal identycznie. Ściśle przestrzegany szkolny regulamin wymagał, by nasze awatary miały postać ludzką, a także – aby były tej samej płci i w tym samym wieku co uczeń. Zakazane były dwugłowe, obupłciowe demony w kształcie jednorożców. Przynajmniej na terenie szkoły.
Awatara w OASIS można było nazwać dowolnie, o ile tylko nazwa była niepowtarzalna. Czyli trzeba było wybrać imię, którego nie użył jeszcze nikt inny. Imię awatara było także adresem e-mailowym i identyfikatorem na czacie, więc każdy chciał, żeby fajnie brzmiało i było łatwe do zapamiętania. Gwiazdy podobno płaciły ogromne pieniądze, by odkupić ładne imiona awatarów od spryciarzy, którzy wcześniej je zarezerwowali.
Kiedy stworzyłem pierwsze konto w OASIS, nazwałem swojego awatara Wade_the_Great. Potem zmieniałem je co kilka miesięcy, zwykle na coś równie zabawnego. Ale teraz od pięciu lat mój awatar posługiwał się tym samym imieniem. Tego dnia, kiedy rozpoczęło się Polowanie, kiedy postanowiłem zostać jajogłowym, nadałem swojemu awatarowi imię Parzival, od rycerza Parsifala z legendy o Królu Arturze, tego, który znalazł Świętego Graala. Inne wersje jego imienia – Perceval czy Percival – były już pozajmowane. Ale ja i tak wolałem Parzivala. Podobało mi się jego brzmienie.
W sieci ludzie rzadko używali prawdziwych imion. Anonimowość była jednym z największych przywilejów OASIS. Wewnątrz symulacji nikt nie wiedział, kim jesteś, o ile sam tego nie ujawniłeś. To właśnie na tym wyrosła popularność i cała kultura OASIS. Na koncie OASIS zapisywano prawdziwe nazwisko, odciski palców i obraz siatkówki oka użytkownika, ale spółka Gregarious Simulation Systems szyfrowała te informacje i nie ujawniała ich nikomu. Nawet sami pracownicy GSS nie byli w stanie sprawdzić rzeczywistej tożsamości awatara. Kiedy jeszcze firmą kierował Halliday, Sąd Najwyższy w głośnym orzeczeniu przyznał GSS prawo do zachowania w tajemnicy tożsamości wszystkich użytkowników OASIS.
Kiedy zapisałem się do systemu szkół publicznych OASIS, musiałem podać prawdziwe nazwisko, imię awatara, adres pocztowy i numer ubezpieczenia społecznego. Te informacje znajdowały się w moim uczniowskim profilu, ale dostęp do nich miał tylko dyrektor szkoły. Żaden z nauczycieli czy kolegów nie wiedział, kim naprawdę jestem, a ja nie wiedziałem, kim są oni.
W szkole nie mogliśmy używać imion awatarów. W ten sposób nauczyciele nie musieli się ośmieszać, mówiąc na przykład: „Smark_z_Nosa, uważaj na lekcji!” czy „Napalony69, czy możesz wstać i opowiedzieć nam o książce, którą przeczytałeś?” Zamiast tego uczniowie musieli używać swoich prawdziwych imion z dodatkowymi cyframi, by odróżnić się od kolegów o tym samym imieniu. Kiedy zapisałem się do szkoły, było w niej już dwóch innych uczniów o tym samym imieniu, więc mój uczniowski pseudonim brzmiał Wade3. To właśnie imię unosiło się nad głową mojego awatara, ilekroć przebywałem na terenie szkoły.
Zadzwonił dzwonek i w rogu mojego wyświetlacza błysnęło ostrzeżenie, że mam czterdzieści minut do rozpoczęcia pierwszej lekcji. Zacząłem przemieszczać mojego awatara wzdłuż korytarza, wykonując serię subtelnych ruchów rękoma. W ten sposób mogłem kontrolować jego ruchy, a gdy miałem zajęte ręce, sterować nim za pomocą poleceń głosowych.
Poszedłem w stronę klasy, gdzie odbywały się lekcje historii świata. Po drodze uśmiechałem się i machałem do mijanych znajomych. Będzie mi brakowało tego miejsca, kiedy za kilka miesięcy skończę szkołę. Wcale się z tego nie cieszyłem. Nie miałem pieniędzy na studia, nawet w OASIS, a moje stopnie były raczej za słabe, żeby dostać stypendium. Jedyny plan, który miałem na życie po szkole, to poświęcenie się całkowicie poszukiwaniom jaja. Nie miałem większego wyboru. Wygrana w konkursie była jedyną szansą na ucieczkę ze stosów. Mogłem też podpisać pięcioletni kontrakt na staż w jakiejś korporacji, ale miałem na to taką samą ochotę, jak na wytarzanie się nago w potłuczonym szkle.
Kiedy szedłem korytarzem, przed swoimi szafkami zaczęli się materializować inni uczniowie – niczym duchy, które szybko nabierały ciała. Po budynku zaczął nieść się gwar trajkoczących nastolatków. Nie musiałem długo czekać na obelgę rzuconą pod moim adresem.
– Proszę, proszę! Czy to nie Wade3? – usłyszałem jakiś okrzyk. Odwróciłem się i zobaczyłem Todda13, okropnego awatara, którego spotykałem na zajęciach z algebry II. Stał z kilkoma kumplami. – Niezłe wdzianko, lalusiu – ciągnął Todd13. – Skąd wytrzasnąłeś te słodkie ciuszki?
Mój awatar miał na sobie czarną koszulkę z krótkim rękawem i niebieskie dżinsy. To był jeden z darmowych ubiorów, które można było wybrać, tworząc konto w systemie. Podobnie jak jego kolesie jaskiniowcy Todd13 miał na sobie drogie markowe ciuchy, pewnie zakupione w jakimś centrum handlowym w innym świecie.
– Twoja mama mi je kupiła – odszczeknąłem się, nawet nie zwalniając kroku. – Podziękuj jej, kiedy wpadniesz do domu possać cyca i po kieszonkowe.
Wiem, to szczeniackie zagranie. Ale byliśmy w liceum, wirtualnym czy nie, i każda obelga tego typu była skuteczna. Moja riposta rozbawiła kilku jego kumpli i innych uczniów stojących wokół. Todd13 skrzywił się i jego twarz naprawdę poczerwieniała – to dowód na to, że nie chciało mu się wyłączyć na swoim profilu funkcji prawdziwych emocji. Dzięki niej awatar odzwierciedlał miny i język ciała właściciela. Todd13 zbierał się, żeby coś odpowiedzieć, ale wcześniej go wyciszyłem, więc nie usłyszałem, co miał do powiedzenia. Tylko się uśmiechnąłem i poszedłem dalej.
Funkcja wyciszania kolegów była dla mnie jedną z największych zalet chodzenia do szkoły w sieci. Wykorzystywałem ją niemal codziennie. Najlepsze było to, że wiedzieli, iż ich wyciszam, i nie byli w stanie nic z tym zrobić. Na terenie szkoły nie dochodziło nigdy do żadnych bójek. Symulacja po prostu na to nie pozwalała. Cała planeta Ludus leżała w strefie zakazu GkG. Oznaczało to, że nie dopuszczano tu żadnych pojedynków typu: gracz kontra gracz. W sieciowej szkole jedyną prawdziwą bronią były słowa, więc nauczyłem się dobrze jej używać.
* * *
Do szóstej klasy chodziłem do szkoły w prawdziwym świecie. Nie było to miłe przeżycie. Byłem koszmarnie nieśmiałym, niezdarnym dzieciakiem o niskiej samoocenie i praktycznie bez żadnych zdolności społecznych – to efekt uboczny dzieciństwa spędzonego głównie w OASIS. W sieci nie miałem problemu, by rozmawiać z ludźmi czy nawiązywać przyjaźnie. Ale w prawdziwym świecie kontakty z innymi – zwłaszcza z dzieciakami w moim wieku – przyprawiały mnie o palpitację serca. Nie wiedziałem, jak się zachować, co powiedzieć. A kiedy już się zebrałem w sobie i odezwałem, zawsze mówiłem coś nie tak.
Jednym z powodów był mój wygląd. Miałem nadwagę, od kiedy tylko pamiętam. Główną przyczyną była dotowana przez rząd bieda-dieta pełna cukru i skrobi; byłem też jednak uzależniony od OASIS, więc jedyne ćwiczenia, które wykonywałem, to były ucieczki przed szkolnymi osiłkami – przed lekcjami i po nich. Jakby tego było mało, moja skromna garderoba składała się tylko ze źle dopasowanych ubrań z lumpeksów i pojemników na ciuchy dla biedoty. A jeśli chodziło o docinki w szkole, równie dobrze mogłem namalować sobie tarczę strzelniczą na czole.
Mimo to starałem się dostosować. Rok po roku skanowałem wzrokiem stołówkę niczym android T-1000, szukając paczki, która mogłaby mnie zaakceptować. Ale nawet inne wyrzutki nie chciały mieć ze mną do czynienia. Byłem zbyt dużym dziwakiem, nawet dla innych dziwaków. A dziewczyny? Rozmowa z dziewczynami w ogóle nie wchodziła w grę. Dla mnie były jak jakiś egzotyczny gatunek z obcej planety – piękne, ale i przerażające. Ilekroć się do jakiejś zbliżałem, zawsze oblewał mnie zimny pot i nie byłem w stanie wykrztusić z siebie pełnego zdania.
Szkoła była dla mnie szkołą przetrwania. Codziennie musiałem stawiać czoło drwinom, szykanom i izolacji. Kiedy zdałem do szóstej klasy, zacząłem się zastanawiać, czy nie zwariuję przed końcem szkoły – a czekało mnie jeszcze sześć długich lat nauki.
I nagle pewnego cudownego dnia nasz dyrektor ogłosił, że każdy uczeń, który uzyskał odpowiednią średnią, może zgłosić wniosek o przeniesienie do nowego systemu szkół publicznych w OASIS. Te realne szkoły publiczne, zarządzane przez państwo, były od dziesięcioleci wiecznie niedofinansowane i przepełnione. Warunki w wielu z nich pogorszyły się tak bardzo, że każdego dzieciaka mającego głowę na karku zachęcano, by został w domu i uczęszczał do szkoły w sieci. Na złamanie karku pognałem do szkolnego sekretariatu, żeby złożyć podanie. Dostałem zgodę i od następnego semestru przeniosłem się do szkoły publicznej nr 1873 w OASIS.
Wcześniej mój awatar w OASIS nie opuszczał nigdy Incipio, planety w centrum Sektora 1, gdzie trafiały wszystkie nowe awatary w momencie powstania. Na Incipio właściwie nie było co robić, można było tylko porozmawiać z innymi żółtodziobami albo pójść na zakupy do jednego z wielu gigantycznych wirtualnych centrów handlowych, którymi obsiana była cała planeta. Jeśli ktoś chciał się udać w bardziej interesujące miejsce, musiał zapłacić za teleportację; do tego potrzebne były realne pieniądze, a ja przecież nie miałem kasy. Mój awatar utkwił więc na Incipio. Wyrwałem się stamtąd, dopiero kiedy moja nowa szkoła wysłała mi e-mailem kupon teleportacyjny na pokrycie kosztów przeniesienia mojego awatara na Ludus – planetę, na której mieściły się wszystkie publiczne szkoły w OASIS.
Na Ludus powstały setki szkolnych kampusów rozsianych na całej planecie. Szkoły były identyczne, bo ilekroć powstawała kolejna, przeklejano po prostu kod źródłowy z innego miejsca. Jako że budynki w OASIS były po prostu fragmentami oprogramowania, projektanci nie musieli się liczyć z pieniędzmi ani nawet z prawami fizyki. Każda szkoła była więc wielkim Pałacem Nauki, z wyszlifowanymi marmurowymi korytarzami, klasami wyglądającymi jak katedry, salami gimnastycznymi bez siły grawitacji i wirtualnymi bibliotekami, w których można było znaleźć wszystkie napisane kiedykolwiek książki (rzecz jasna te zatwierdzone przez radę szkoły).
Pierwszego dnia w SPO nr 1873 pomyślałem, że umarłem i trafiłem do nieba. Co rano, zamiast uciekać przed osiłkami i narkomanami w drodze do rzeczywistej szkoły, mogłem pójść prosto do kryjówki i przesiedzieć tam cały dzień. A co najlepsze, w OASIS nikt nie wiedział, że jestem gruby, mam trądzik i co tydzień noszę te same złachane ubrania. Osiłki nie mogły we mnie strzelać plastelinowymi kulkami, dawać mi atomowych kuksańców czy bić mnie przy stojaku z rowerami. Nikt nie mógł mnie w ogóle dotknąć. Tu byłem bezpieczny.
* * *
Kiedy dotarłem na zajęcia z historii świata, kilku uczniów już zasiadło w ławkach. Ich awatary tkwiły nieruchomo z zamkniętymi oczyma. To był sygnał, że są „zajęci”, czyli rozmawiają przez telefon, przeglądają strony internetowe albo zalogowali się do jakiegoś chatroomu. Próby rozmawiania z „zajętym” awatarem nie należały do dobrego tonu w OASIS. Zwykle natręta ignorowano albo dostawał automatyczną wiadomość, żeby spadał.
Usiadłem w swojej ławce i kliknąłem ikonę „zajęty” w kącie wyświetlacza. Mój awatar zamknął oczy, ale i tak widziałem, co dzieje się wokół. Kliknąłem kolejną ikonę i pojawiła się duża dwuwymiarowa przeglądarka internetowa, zawieszona w przestrzeni tuż przed moimi oczyma. Okna takie jak to widział tylko mój awatar – nie można było mi czytać przez ramię (chyba że włączyłem opcję, która na to zezwalała).
Jako stronę domową miałem ustawioną Wylęgarnię, jedno z popularniejszych forów dla jajogłowych. Wylęgarnia była zaprojektowana tak, by wyglądem i sposobem obsługi przypominała stare modemowe BBS-y, jeszcze z czasów przed Internetem. Podczas logowania słychać było nawet charakterystyczny pisk modemu o szybkości 300 bodów. Po prostu czad. Przez kilka minut przeglądałem najświeższe wątki, chłonąc najnowsze wieści i plotki ze światka jajogłowych. Rzadko umieszczałem coś na forach, ale sprawdzałem je każdego dnia. Tego ranka nic szczególnie mnie nie zainteresowało. Ot, zwykłe klanowe wojny jajogłowych. Wieczne dyskusje na temat „właściwych” interpretacji jakiegoś tajemniczego fragmentu Almanachu Anoraka. Awatary wyższego poziomu chwaliły się zdobytymi nowymi magicznymi przedmiotami i artefaktami. Takie bzdety wypisywano od lat. Z braku jakiegokolwiek realnego postępu subkultura jajogłowych pogrążała się w mieszance przechwałek, bzdur i bezsensownych walk plemiennych. Aż przykro było patrzeć.
Bardzo lubiłem te wątki, w których naśmiewano się z Szóstek. Szóstki to lekceważący pseudonim, jaki jajogłowi nadali pracownikom Innovative Online Industries. IOI (wymawiane „aj-ou-aj”) to globalny koncern telekomunikacyjny i największy na świecie dostawca Internetu. Znaczną część działalności IOI stanowiły zapewnianie dostępu do OASIS oraz sprzedaż towarów i usług wewnątrz systemu. Z tego powodu IOI próbowało kilkakrotnie przejąć Gregarious Simulation Systems, ale za każdy razem bez skutku. Teraz chcieli opanować GSS, wykorzystując lukę w testamencie Hallidaya.
IOI stworzyło nowy departament w firmie, który nazwano „Wydziałem Owologii”. (Owologia pierwotnie zajmowała się badaniem ptasich jaj, ale ostatnio nabrała nowego znaczenia, stała się nauką, która poświęcała się szukaniu jaja wielkanocnego Hallidaya). Wydział Owologii w IOI miał tylko jeden cel: wygrać konkurs Hallidaya i przejąć kontrolę nad jego majątkiem, firmą oraz OASIS.
Jak większość jajogłowych, byłem przerażony myślą, że IOI mogłoby przejąć kontrolę nad OASIS. PR-owa maszyna koncernu nie pozostawiała żadnych złudzeń – w IOI uważano, że Halliday nie zdołał właściwie „zmonetyzować” swego wynalazku, na co koncern miał lekarstwo. Chciał zacząć pobierać miesięczny abonament za dostęp do symulacji. Chciał okleić reklamami każdy widoczny kawałek powierzchni. Anonimowość użytkowników i wolność słowa odeszłyby do lamusa. W rękach IOI OASIS przestałaby być wirtualną utopią z otwartym kodem źródłowym, w której się wychowałem. Stałaby się korporacyjną antyutopią, drogim jak diabli parkiem tematycznym dla bogatej elity.
IOI wymagało od swoich jajogłowych, których określano mianem „owologów”, by używali swoich numerów kadrowych jako imion awatarów w OASIS. Te numery składały się zawsze z sześciu cyfr i zaczynały się od cyfry 6, więc wszyscy zaczęli ich nazywać Szóstkami. Ostatnio większość jajogłowych złośliwie przechrzciła ich nawet na „Siuśki”.
Aby zostać Szóstką, trzeba było podpisać umowę, w której jeden z paragrafów mówił, że jeśli pracownik znajdzie jajo Hallidaya, nagroda przypadnie w całości jego pracodawcy. W zamian IOI odwdzięczał się wypłatą co dwa miesiące, wiktem, kwaterunkiem, opieką zdrowotną i planem emerytalnym. Firma wyposażała też awatara pracownika w najwyższej klasy zbroję, pojazdy i broń. No i pokrywała koszty teleportacji. Przystąpienie do Szóstek przypominało zaciągnięcie się do wojska.
Szóstki łatwo było zauważyć, bo wyglądały identycznie. Każda z nich, niezależnie od płci, musiała używać tego samego zwalistego męskiego awatara o krótko ostrzyżonych, ciemnych włosach i rysach twarzy z domyślnego systemowego szablonu. Wszystkie Szóstki nosiły też takie same granatowe mundury. Jedyne, co odróżniało te korporacyjne roboty od siebie nawzajem, to sześciocyfrowe numery pracownicze wydrukowane na prawej piersi, tuż pod korporacyjnym logo IOI.
Jak większość jajogłowych, nienawidziłem Szóstek i byłem zniesmaczony samym ich istnieniem. Wynajmując armię kontraktowych poszukiwaczy jaja, IOI wypaczał całą ideę konkursu. Oczywiście można było się kłócić, czy jajogłowi skupiający się w klany nie robią tego samego. Klanów jajogłowych były już setki, a niektóre liczyły po parę tysięcy członków wspólnie szukających jaja. Członków każdego klanu łączyła żelazna umowa prawna mówiąca, że jeśli jeden z nich wygra konkurs, podzieli się nagrodą ze wszystkimi pozostałymi. Samotnicy tacy jak ja nie poważali zbytnio klanów, ale szanowaliśmy ich jako kolegów-poszukiwaczy. W końcu nie byli Szóstkami, którym chodziło tylko o to, żeby oddać OASIS w ręce złego międzynarodowego koncernu, który chciał wszystko zepsuć.
Moje pokolenie nie znało świata bez OASIS. Dla nas to było coś więcej niż gra czy platforma rozrywkowa. Stanowiła nieodłączną część naszego życia, od kiedy tylko pamiętaliśmy. Urodziliśmy się w ohydnych czasach, a OASIS była naszą ucieczką do lepszego życia. Myśl, że owa symulacja mogłaby zostać sprywatyzowana i poddana homogenizacji przez IOI, przerażała nas koszmarnie. Ci, którzy urodzili się przed premierą OASIS, nie mogli tego pojąć. Dla nas było to tak, jakby ktoś zabrał słońce albo zaczął pobierać opłaty za patrzenie w niebo.
Szóstki były wspólnym wrogiem dla wszystkich jajogłowych i nabijanie się z nich stanowiło ulubioną rozrywkę na naszych forach i w chatroomach. Wielu jajogłowych wysokiego poziomu hołdowało twardej zasadzie, nakazującej zabijać (albo próbować zabić) każdą Szóstkę, która stanie im na drodze. Kilka stron internetowych śledziło działalność Szóstek i ich ruchy, a niektórzy jajogłowi poświęcali więcej czasu na polowanie na Szóstki niż na poszukiwania jaja. Większe klany organizowały nawet coroczne zawody o nazwie „Siuśki do piachu”. Nagrodę zdobywał klan, który zdołał zabić ich najwięcej.
Rozejrzałem się po kilku innych forach dla jajogłowych i w końcu kliknąłem zakładkę prowadzącą do jednej z moich ulubionych stron – Listy Arty – bloga poszukiwaczki jaja Hallidaya o pseudonimie Art3mis. Odkryłem go jakieś trzy lata temu i od tamtego czasu zostałem wiernym czytelnikiem. Art3mis publikowała świetne, potoczyste eseje o swoich poszukiwaniach jaja Hallidaya, które nazwała „opętańczym polowaniem podtrzymującym akcję”. Miała ujmujący i inteligentny sposób pisania, a jej teksty pełne były autoironicznego humoru i dowcipnych, sardonicznych wtrąceń. Publikowała swoje (często histeryczne) interpretacje fragmentów Almanachu, a także odnośniki do książek, filmów, seriali telewizyjnych i muzyki, którymi właśnie się zajmowała w ramach badań nad życiem Hallidaya. Zakładałem, że w tych wszystkich wpisach pełno jest fałszywych tropów i dezinformacji, ale mimo to świetnie się je czytało.
Nie muszę chyba dodawać, że zadurzyłem się w cybernieznajomej Art3mis.
Od czasu do czasu zamieszczała zrzuty ekranu ze swoim awatarem o kruczoczarnych włosach, a ja czasami (czyli zawsze) zapisywałem je sobie w katalogu na twardym dysku. Jej awatar miał ładną buzię, ale nie taką nienaturalnie piękną. W OASIS co chwila napotykało się okropnie wręcz piękne oblicza. Ale rysy Art3mis nie wyglądały na wybrane z gotowych pięknych szablonów podczas tworzenia awatara. Jej twarz była wyraźna jak twarz prawdziwej osoby, jakby wskanowała własne rysy i przypisała je awatarowi. Wielkie orzechowe oczy, zaokrąglone kości policzkowe, wysunięty podbródek i wieczny uśmieszek. Wydawała mi się nieznośnie atrakcyjna.
Art3mis miała też dość niezwykłe ciało. W OASIS zwykle spotykało się dwa typy sylwetek kobiecych awatarów: absurdalnie chude, ale niezwykle popularne figury supermodelek albo gwiazdki porno o talii osy i wielkim biuście (które w OASIS wyglądały jeszcze mniej naturalnie niż w prawdziwym świecie). Ale Art3mis była niska i rubensowska. Cała pełna krągłości.
Miałem świadomość, że zadurzanie się w Art3mis było głupie i nierozsądne. Co tak naprawdę o niej wiedziałem? Oczywiście nie ujawniła swojej prawdziwej tożsamości. Nie wiadomo też było, ile ma lat ani gdzie mieszka w prawdziwym świecie. Nie sposób było stwierdzić, jak wygląda naprawdę. Mogła mieć lat piętnaście albo pięćdziesiąt. Wielu jajogłowych wątpiło w ogóle, czy naprawdę jest kobietą, ale ja nie należałem do tej grupy. Pewnie dlatego że nie mógłbym znieść myśli, że dziewczyna, która wirtualnie mnie zauroczyła, to tak naprawdę koleś w średnim wieku o imieniu Chuck, z włosami na plecach i z łysiną na czubku głowy.
W ciągu kilku lat, od kiedy zacząłem czytać Listy Arty, blog Art3mis stał się jednym z popularniejszych miejsc w Internecie, i dziś odwiedzało go kilka milionów osób dziennie. Zaś Art3mis stała się swego rodzaju gwiazdą, przynajmniej w kręgach jajogłowych. Ale sława nie uderzyła jej do głowy. Nadal pisała zabawnie i autoironicznie jak kiedyś. Jej najnowszy wpis nosił tytuł „Blues Johna Hughesa” i była to dogłębna analiza jej sześciu ulubionych filmów Johna Hughesa o nastolatkach, które podzieliła na dwie trylogie: „Głupie fantazje dziewcząt” (Szesnaście świeczek, Dziewczyna w różowej sukience i Some kind of Wonderful) oraz „Głupie fantazje chłopców” (Klub winowajców, Dziewczyna z komputera i Wolny dzień pana Ferrisa Buellera).
Kiedy tylko skończyłem go czytać, na wyświetlaczu zobaczyłem okienko komunikatora. Wiadomość od mojego najlepszego przyjaciela Aecha. (No dobrze, jak chcecie wiedzieć, był to mój jedyny przyjaciel, nie licząc pani Gilmore).
Aech: Siemana z rana, amigo.
Parzival: Hola, compadre.
Aech: Co porabiasz?
Parzival: Łażę po sieci. A ty?
Aech: Odpaliłem Piwnicę. Wpadnij przed szkołą, będzie wesoło.
Parzival: Super! Będę za sekundę.
Zamknąłem okno komunikatora i zerknąłem na zegarek. Do początku zajęć miałem jeszcze prawie pół godziny. Uśmiechnąłem się i kliknąłem małą ikonkę drzwi na skraju wyświetlacza, po czym z listy ulubionych wybrałem chatroom Aecha.0003
SYSTEM POTWIERDZIŁ, ŻE JESTEM NA LIŚCIE GOŚCI UPRAWNIONYCH do korzystania z chatroomu, i wpuścił mnie. Wnętrze klasy przestało zajmować całe pole widzenia i skurczyło się do miniaturowego okienka w dolnym prawym rogu wyświetlacza. Dzięki temu mogłem sprawdzać, co się dzieje przed moim awatarem. Resztę pola widzenia wypełniło mi wnętrze chatroomu Aecha. Mój awatar stał przy „wejściu” – przy drzwiach na szczycie schodów pokrytych wykładziną. Drzwi donikąd nie prowadziły. Nawet się nie otwierały. To dlatego, że Piwnica i jej zawartość nie stanowiły części OASIS. Chatroomy były samodzielnymi symulacjami – tymczasowymi wirtualnymi przestrzeniami, do których awatary miały dostęp z dowolnego miejsca w OASIS. Mój awatar nie znajdował się tak naprawdę w chatroomie, to tylko tak wyglądało. Wade3/Parzival wciąż siedział z zamkniętymi oczyma w klasie i czekał na zajęcia z historii świata. Logowanie do chatroomu przypominało trochę obecność w dwóch miejscach naraz.
Aech nazwał swój chatroom Piwnicą. Zaprogramował go tak, by wyglądał jak duży pokój rekreacyjny w domku na przedmieściach, mniej więcej w późnych latach 80. Na wykładanych boazerią ścianach wisiały plakaty reklamujące stare filmy i komiksy. Pośrodku pokoju stały wiekowy telewizor RCA z podłączonym magnetowidem w systemie Betamax, laserowy odtwarzacz płyt i kilka zabytkowych konsol do gier. Na ścianie naprzeciwko wisiały półki na książki pełne dodatków do gier fabularnych i archiwalnych wydań „Dragon Magazine”.
Kiedy schodziłem po schodach, zobaczyłem w Piwnicy kilkadziesiąt najrozmaitszych awatarów, które należały do jajogłowych. Widać było ludzi, cyborgi, demony, mroczne elfy, wulkany i wampiry. Większość skupiła się przy rzędzie starych automatów do gier ustawionych pod ścianą. Kilka innych stanęło przy wiekowym sprzęcie stereo (z którego akurat leciała piosenka Wild Boys Duran Duran) i przeglądało zbiór starych kaset magnetofonowych Aecha.
Sam Aech rozłożył się na jednej z trzech sof ustawionych w literę U przed telewizorem. To znaczy awatar Aecha, który był barczystym, wysokim, białym mężczyzną o ciemnych włosach i brązowych oczach. Zapytałem go kiedyś, czy w prawdziwym życiu przypomina choć trochę swojego awatara. Odpowiedział w żartach: „Tak, ale w realu jestem jeszcze przystojniejszy”. Kiedy podszedłem, uniósł wzrok znad konsoli Intellivision, grał w jakąś grę. Uśmiechnął się od ucha do ucha niczym kot z Cheshire.
– Z! – krzyknął. – Co słychać, amigo?
Wyciągnął prawą rękę i przybił piątkę, kiedy klapnąłem na sofie naprzeciwko. Aech zaczął mówić na mnie Z tuż po tym, jak się poznaliśmy. Lubił nadawać ludziom jednoliterowe pseudonimy. Nazwę własnego awatara wymawiał dokładnie tak, jak się wymawia po angielsku literę H.
– Co tam u ciebie, Humperdinck? – zapytałem. Jak zwykle bawiłem się w wymyślanie mu kolejnych przypadkowych imion i nazwisk na literę H – Harry, Hubert, Henry czy Hogan. Próbowałem odgadnąć jego prawdziwe imię, które – jak kiedyś mi wyznał – zaczynało się właśnie na tę literę.
Aecha znałem prawie od trzech lat. Też uczył się na Ludus, na ostatnim roku w SPO nr 1172, dokładnie po przeciwnej stronie planety. Pewnego weekendu spotkaliśmy się w publicznym chatroomie dla jajogłowych i od razu zaczęło nam się dobrze gadać, bo wiele nas łączyło. A właściwie łączyło jedno – bezgraniczna, nieprzerwana obsesja na punkcie Hallidaya i jego jaja wielkanocnego. Już po kilku minutach naszej pierwszej rozmowy wiedziałem, że Aech to nie byle kto, elita wśród jajogłowych, człowiek, który ma głowę nie od parady. Lata 80. miał w małym palcu, i to nie tylko rzeczy należące do kanonu. To był prawdziwy znawca Hallidaya. I chyba Aech zobaczył to samo we mnie, bo dał mi wizytówkę i zaprosił mnie, żebym wpadał do Piwnicy, kiedy tylko mam ochotę. Od tamtego czasu został moim najbliższym przyjacielem.
Z biegiem lat stopniowo rozwinęła się między nami przyjacielska rywalizacja. Przekomarzaliśmy się na temat tego, który z nas jako pierwszy trafi na Tablicę. Stale próbowaliśmy się zakasować z wiedzy niezbędnej dla jajogłowych, wyszukując jakieś nieznane nikomu ciekawostki. Czasami nawet wspólnie prowadziliśmy badania. Przeważnie sprowadzało się to do wspólnego oglądania romantycznych filmów i seriali z lat 80., tutaj, w chatroomie. Graliśmy też oczywiście w mnóstwo gier. Aech i ja marnowaliśmy niezliczone godziny na pojedynki, jeden na jednego, w takich klasykach jak: Contra, Golden Axe Heavy Barrel, Smash TV czy Ikari Warriors. Nie licząc niżej podpisanego, Aech był najlepszym wszechstronnym graczem, jakiego w życiu spotkałem. W większości gier szliśmy łeb w łeb, ale w niektórych potrafił mnie położyć na łopatki, zwłaszcza w strzelankach typu Doom. W końcu miał w tym doświadczenie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książkiZapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Uważna analiza tej sceny pokazuje, że wszystkie nastolatki stojące za Hallidayem to w istocie statyści z rozmaitych młodzieżowych filmów Johna Hughesa, których fragmenty cyfrowo wycięto i wklejono do nagrania Hallidaya.
2. Tło pochodzi ze sceny z filmu Śmiertelne zauroczenie (Heathers) z 1989 roku. Halliday najwyraźniej odtworzył cyfrowo filmowy dom pogrzebowy i umieścił w nim siebie.
3. Oglądając to ujęcie w wysokiej rozdzielczości, można dostrzec, że obie ćwierćdolarówki wybito w 1984 roku.
4. Żałobnicy to aktorzy i statyści z tej samej sceny pogrzebowej ze Śmiertelnego zauroczenia. Wśród zebranych, z tyłu sali, widać Winonę Ryder i Christiana Slatera.
5. Halliday wygląda dokładnie tak, jak na szkolnym zdjęciu z 1980 roku, kiedy miał osiem lat.
6. Wielkanocne jajo (easter egg) – niespodzianka ukryta w grach czy programach, dostępna najczęściej po wciśnięciu określonej kombinacji klawiszy czy wykonaniu odpowiednich czynności.
7. Z analizy ujęcia wynika, że pośród stert skarbów kryją się niecodzienne rzeczy, a mianowicie: kilka wczesnych komputerów domowych (Apple IIe, Commodore 64, Atari 800XL i TRS-80 Color Computer 2), dziesiątki kontrolerów do gier wideo różnych systemów oraz setki plastikowych kostek, takich, jakich używa się przy towarzyskich grach fabularnych.
8. Stop-klatka z tego ujęcia wygląda niemal tak samo jak obraz Jeffa Easleya, który pojawił się na okładce Dungeon Master’s Guide – przewodnika dla graczy w Dungeons & Dragons wydanego w 1983 roku.