-
nowość
Po deszczu - ebook
Po deszczu - ebook
Gdy wszystko, co znane, zaczyna się rozpadać – czy można jeszcze nauczyć się kochać od nowa?
Po wyjątkowo długim, gorącym i suchym lecie przychodzi katastrofa: wezbrany Tyber zalewa Rzym i dzieli świat na to, co było – i to, co dopiero powstanie. W tej nowej, niepewnej rzeczywistości Elena i Ettore stają twarzą w twarz nie tylko z żywiołem, ale i z końcem swojego związku.
Ich podróż jest czymś więcej niż ucieczką – to droga przez emocje, pytania i spotkania, które zmieniają sposób patrzenia na świat. Towarzyszą im inni: ich dzieci, czarujący poszukiwacz trufli, Japonka ocalała z Fukushimy, wspólnota odważnych zakonnic, młody Norweg, a nawet ranny pies. Każde z tych spotkań odsłania inny sposób radzenia sobie z kryzysem i budowania relacji na nowo.
To opowieść o miłości, która musi zmienić swoją formę, o wspólnocie powstającej na ruinach i o nadziei, która pojawia się tam, gdzie wszystko wydawało się stracone.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna obca |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8435-140-6 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Olga Tokarczuk, Bieguni, Kraków 2007, s. 191
O godzinie piętnastej piętnaście we wtorek czwartego października Ettore wstał, aby zabrać głos podczas zgromadzenia wspólników. Czuł się dobrze w dopasowanych i szytych na miarę ubraniach, marynarka – nieznacznie zwężająca się w talii – doskonale leżała mu na ramionach, bawełniana koszula o przyjemnym zapachu świeżego prania miękko otulała jego skórę. Tylko gumka niebieskich skarpetek ściskała trochę lewą łydkę. Gdy wstał, na sali zapadła cisza. Ettore pomyślał ponownie o zdaniu, które parę dni wcześniej wypowiedziała do niego żona. Tamtego wieczoru wrócił do domu późno, ona była w kuchni, trzymała w rękach kubek z ciepłą wodą, a jej palce oplatały go ściśle, jakby był to jej ostatni ratunek. Nie podnosząc w ogóle wzroku, wymówiła to dziwne zdanie. Od pewnego czasu piła tylko wodę, bez śladu herbaty czy czegokolwiek innego. „Odkąd przestałeś mnie całować, masz zawsze w ustach to cygaro”. W tamtej chwili pomyślał o miękkich ustach Claudii, jej ustach jak cierpki owoc, pozostawiających posmak niedosytu, niegasnącego pragnienia. Jego żona wiedziała, ale on nie potrafił ani odczuwać winy, ani jej odpowiedzieć.
Usta Claudii, zapach Claudii. Mijał się z nią w biurze i wszystko wydawało się prostsze, łatwiejsze do zaakceptowania. Współpracownicy, wspólnicy, ta praca pozbawiona sensu, która zasadzała się tylko na uzurpowaniu sobie prawa do tego, że czemuś służy. Zarabiać pieniądze, utrzymywać rodzinę, pozwolić sobie od czasu do czasu na jakąś przyjemność. Usta Claudii, nie potrafił przestać o nich myśleć. Cygaro w ustach, które już zgasło. „Tato, jesteś jak dziecko”, powiedziała mu pewnego razu jego córka, „masz zawsze smoczek w buzi”. Ona też miała rację. Szczupłe nogi Claudii, jędrność jej nóg, z nią zapominał, ile ma lat, nieważne było, że mięśnie już odmawiały posłuszeństwa, że broda siwiała, że wzrok i słuch się pogarszały, z nią potrafił trzymać swoje obawy na wodzy. Te same, które miał wobec żony. Znaleźć się w niewłaściwym życiu, które tak naprawdę nie jest twoje, ale z którego nie potrafisz się wydostać. Często rozmawiał o tym z Eleną. Okaleczone pragnienia, zdradzone obietnice, zatracenie siebie w tysiącach codziennych błahostek, czas, który zaciska się niczym imadło na coraz to węższym horyzoncie. Coś, co każdego dnia umiera. Wiedział, że Elena go rozumie, znali się od tak dawna i tak wiele ich łączyło, ale nie potrafili sobie nawzajem pomóc, odczuwali ten sam ból. I to, zamiast wspierać, oddalało ich od siebie. Czy można kogoś potępiać za chęć czucia się żywym? Czy szczęście jest może zbrodnią? Piersi Claudii, jej wygięte plecy, zapach jej włosów opadających na szyję, jej skóra. Ile szczęścia przechodzi przez ciała. I ile nieszczęścia.
Ettore patrzył, jak kobieta idzie lekkim krokiem przez korytarz, uśmiecha się przez szybę sali zebrań. Przygotował sobie przemówienie, był doskonałym oratorem, swoim głębokim głosem potrafił zdobyć uwagę słuchaczy. Czy jego żona zdawała sobie z tego sprawę? Sala zapełniała się i gdy wszyscy już usiedli, Ettore wziął głęboki oddech. Jednak żadne słowo nie wyszło z jego ust. A przecież wszystko w jego głowie było jasne, słowa stały w kolejce, znał zdania prawie na pamięć. Jednak niemożliwa do pokonania bariera wznosiła się między jego mózgiem a ustami. Na moment zamknął oczy, zaraz minie, minie, to tylko chwila stresu, ale im więcej sekund upływało, tym bariera stawała się coraz potężniejsza, niewzruszona, jak mur z żelbetonu – tego samego betonu, który stanowił główny aspekt jego działalności, surowiec, z którego stworzył swoje małe królestwo pewności.
Wpadł w panikę. Wokół niego twarze najpierw zawieszone w pustce, potem zdziwione, spojrzenia coraz bardziej pytające i niedowierzające jedynie potęgowały jego niepokój; teraz zaczęło wirować również jego serce, biło jak szalone, jakby chciało uciec z fortecy, która je więziła, porwało jego głos, oszukało umysł, rzuciło urok. Przez szybę zobaczył Claudię: nieruchomą niczym słup soli, teczki, które trzymała pod pachą, rozsypały się po ziemi, wydawało mu się, że słyszy głuchy odgłos, upadek tektury na wykładzinę. Ettore spróbował przeprosić, ale nawet tych jedenaście liter nie potrafiło wydostać się z jego umysłu, przepraszam, przepraszam. Rak mózgu. Ot, co to było. To nie mogło być nic innego. Albo udar mózgu, zawał, tętniak. Coś, co zjadało go od wewnątrz, i coś, co go smagnie jak batem.
Opadł na fotel. W tym czasie na salę zebrań weszła Claudia. Claudia, jej biała bluzka, perłowe kolczyki, Claudia ze szklanką wody, Claudia z przerażonym wyrazem twarzy podnosi go, jakby był kukiełką, Claudia, która prowadzi go na zewnątrz, trzyma pod ramię, prawie wypycha go aż do windy, a potem poza klimatyzację, na świeże powietrze, w ten ciepły październikowy dzień.
Siadają w ustronnym, pustawym barze. Ettore jest przekonany, że zaraz umrze, jego godzina wybiła, czuje, jak pot ochładza się na jego plecach, trzęsie się, choć nie jest zimno. Boi się coś powiedzieć. Boi się, że nie uda mu się obalić tej bariery, która więzi jego umysł. Boi się, że będzie na zawsze zamurowany w sobie. Claudia, jej mały pieprzyk obok ust, zapach świeżo ściętej trawy, nie wie, co robić. Na razie pozostają w ciszy, może boi się odkryć, do czego doszło, zamawia dwie kawy al vetro i dwie szklanki wody. Reszta działa, ręka, która chwyta szklaną filiżankę tuż przy krawędzi, ramię, które podnosi ją do ust, ciepły i gorzki smak w ustach.
– Skarbie, co się stało?
– Nie wiem. – Te słowa udaje mu się wymówić, słyszy dźwięk własnego głosu, to nie tylko zamiar jego umysłu.
– Czyli możesz mówić?
– Co za kretyńskie pytanie… jasne, że mogę mówić.
– Tak, przepraszam, chciałam zapytać… lepiej się czujesz?
– Może to rak mózgu.
– Nie wygaduj głupot. Jesteś po prostu zmęczony. Musisz odpocząć i pójść do lekarza.
– Zachowujesz się jak moja żona.
– Chciałam być miła. Ale widzę, że niepotrzebnie. Dobra, wiesz, co ci powiem? Wracam do biura.
– Przepraszam, nie chciałem.
Claudia wstaje, całuje go w czoło i odchodzi. W innych okolicznościach zrobiłby wszystko, aby ją zatrzymać, objąłby, przytulił mocno do siebie, wsunął dłoń pod bluzkę. Ale czuł, że nie ma już na nic ochoty. Zadzwonił do przyjaciela z dzieciństwa, lekarza, który pracował w klinice, i umówił się na badania. Nie zamierzał już wracać do biura, zbyt dużo wstydu z powodu tego głupiego zdarzenia, byłby tematem każdej rozmowy przez wiele dni, może tygodni. Ludzie nie czekają na nic innego, jak tylko na to, aby w chwili słabości zerwać ci maskę z twarzy. Chciał wrócić do domu, odnaleźć zapach bliskich, swoich rzeczy. Zaczął iść pieszo w kierunku centrum. Minął budynek Kwirynału. Na chwilę przystanął, aby popatrzeć znad balustrady placu, ten widok od zawsze mu się podobał. Miasto było bliskie, a zarazem dalekie. Trochę jak jego szczęście, które niekiedy wydawało się na wyciągnięcie ręki, a innym znów razem tylko głupim wynalazkiem, którego celem było usprawiedliwienie tej zadyszki życia. Szczęście to był zapach mokrych od potu włosów Giovanniego, gdy wracał z lekcji tańca, to była jego córka, która się garbiła, chowając klatkę piersiową, bo stawała się dziewczyną. O Elenie nie potrafił już nic myśleć. Nagle zrobiło mu się gorąco, było o wiele za ciepło jak na czwarty października. Niedługo pojawią się szpaki, ich ciemne i harmonijne sylwetki zapełnią niebo, choć od paru lat było ich zdecydowanie mniej. Zmiany klimatyczne odbiły się na migracyjnych szlakach ptaków. Brakowało mu czegoś podstawowego, czegoś, czemu nie potrafił nadać ani nazwy, ani kształtu. Żałował, że dał tak odejść Claudii, teraz mógł być z nią w białej pościeli, tam, gdzie spotykali się każdego dnia, w jego studenckim mieszkaniu, o którym mówił, że wynajął, a tak naprawdę zatrzymał dla siebie. Tam wysoko, ponad dachami. Poza chaosem świata i z dala od mijającego czasu.
Zszedł via della Dataria, przeszedł obok Teatru Quirino, gdzie miał się odbyć pierwszy występ taneczny Giovanniego. Syn-tancerz, który nie kibicował żadnej drużynie piłkarskiej: nie tak go sobie wyobrażał. Giovanni przygotowywał się z uwagą, która peszyła Ettorego. Gdy sam miał dziewięć lat, nic go w taki sposób nie fascynowało. Może to było już to jałowe nasiono nieprzeżytych żyć, zgaszonych pragnień. Przeszedł przez Piazza Venezia, chaos miasta sprawiał, że kręciło mu się w głowie. Wszedł w jeden z zaułków getta, w bramę przy Piazza Margana i po schodach na czwarte piętro. Zatrzymał się przed drzwiami, aby złapać oddech, wsunął klucze do zamka i otworzył. Wszystko w salonie było poprzewracane do góry nogami, jakby przeszło tornado. Zawołał żonę. Cisza. Zawołał więc dzieci: „Susanna? Giovanni?”. Żadnej odpowiedzi. W sypialni taki sam bałagan. W kuchni i w łazience wszystko pozostało nietknięte. W gabinecie brakowało kilku książek, a na podłodze leżał plik rozrzuconych kartek.
Ogarnął go niepokój. Jakby ktoś uciekł z powodu niespodziewanego zagrożenia. Nagłego wypadku. Nie panikuj, powiedział sobie, musi istnieć jakieś wytłumaczenie. Nalał sobie szklankę wody, a potem, wykończony, położył się na kanapie i nawet nie zauważył, gdy zasnął.2
Tego poranka, podobnie jak w każdy inny dzień, Elena wstała przed wszystkimi, umyła się, ubrała, starannie przygotowała śniadanie. Poszła obudzić dzieci, pomogła Giovanniemu wybrać strój, cała czwórka usiadła przy stole. Jak normalna rodzina. Susanna opowiedziała o koleżance, której najpierw nie lubiła, a teraz lubi, Giovanni wyrecytował tabliczkę mnożenia przez 7 i 8, Ettore powiedział, że ma zgromadzenie wspólników, że się nie denerwuje, ponieważ wszystko układa się pomyślnie, przychód spółki wzrasta i przejście od cementu do drewna zaczęło przynosić efekty, ale mogło zawsze wydarzyć się coś niespodziewanego, jakieś niewygodne pytanie ze strony sfrustrowanego lub zazdrosnego wspólnika. Elena patrzyła na niego. Starała się znaleźć ślady tego, co się działo, jakby chciała znaleźć dowody. Ciało Ettorego. To ciało, które było jej domem, jej rdzeniem, którego każdy szczegół i każdą niedoskonałość doskonale znała, to ciało, które w jej oczach było piękne pomimo upływu czasu. Ale nic, Ettore był nadal sobą, miał ten sam głos, te same rozczłapane kapcie, te same palce u rąk, złotą obrączkę, gestykulował w ten sam sposób, wypił dwie kawy, jedną po drugiej. „Czym jest normalna rodzina?”, zapytywała się Elena. Jeśli jej przyjaciółki miały rację i naprawdę wszyscy mieli kogoś na boku, normalne powinno być siedzenie razem przy stole i jedzenie śniadania, jak gdyby nigdy nic. Dlaczego więc wydawało jej się to takie dziwne, niemożliwe do zaakceptowania? Zawsze była osobą otwartą, nienawidziła moralistów i świętoszkowatych katolików, po tylu latach małżeństwa wszystko mogło się zdarzyć, ale że musiało się to przytrafić akurat jej…
*
Elena wiedziała od miesięcy. Zapuścił sobie brodę, nosił jaskrawe koszule, zmienił perfumy. Już jej nie dotykał. Dużo mówił, więcej niż kiedyś. Obnażyli się, gdy przestali być nadzy w łóżku. Nie jedno w drugim, w tym zatraceniu tak dla niej kojącym, które obalało każdą różnicę, hierarchię, granicę, ale jedno przed drugim, oko w oko, w półmroku przy kuchennym stole, gdy dzieci były już w łóżkach, lub jedno obok drugiego w samochodzie w trakcie podróży, podczas których dużo rozmawiali, czytali na głos książki, ręka w rękę podczas spacerów wzdłuż Tybru, w tym podziemnym mieście uczęszczanym przez nielicznych. Spacerowali pod muralem Williama Kentridge’a, tym cudownym hołdem złożonym Rzymowi, który umierał, podobnie jak ich małżeństwo. On był nieuchwytny, mówił, że jest skołowany, że odkrył w sobie nową stronę, że miał ochotę na nowe doświadczenia. Bez niej. Elena słuchała go, mówiła o sobie, miała nadzieję, że się ponownie odnajdą, ponownie poznają w tej samej chwili, w której zaczęli stawać się obcymi sobie ludźmi. Dawała mu dużo przestrzeni, to ona zajmowała się dziećmi, pozwoliła mu oddalić się i wyruszyć w tę jego podróż wewnętrzną. Teraz zapytywała się, czy ta cała cierpliwość nie była niczym innym, jak tylko strachem przed jego utratą. Przed byciem porzuconą. Przerażeniem, że ta cienka nić, która trzymała ich razem, zerwie się całkowicie, a ona oszaleje. Popuszczanie liny, aby wzburzone morze jej nie przerwało. Oto, co zrobiła.
Potem jednak zobaczyła tę kobietę. Młoda, ładna, ale było w niej coś fałszywego, może jej ubiór, może nieprzyzwoitość tego, co Elena miała przed oczami. Te ukradkowo wysyłane wiadomości wieczorem, kto wie, od kiedy. Wątpliwość ustąpiła miejsca pewności i w mgnieniu oka Elena wpadła do tej studni, w której kończą wszystkie kobiety. Ileż powieści przeczytała o tym niemożliwym do wytrzymania bólu spowodowanym przez zdradę. Nigdy nie myślała, że pewnego dnia przypadnie on w udziale jej samej.
– Dlaczego patrzysz na mnie w ten sposób? – zapytał się w pewnym momencie Ettore. – Coś nie tak? Krępuje mnie to.
Elena wzdrygnęła się, przez chwilę wystraszona, że jej myśli stały się tak gwałtowne, że wybuchły z jej głowy.
– Nie, nic. – Wzięła się w garść. – Myślałam o pracy, tłumaczę teraz esej pewnej antropolożki o grzybach i ruinach kapitalizmu. – Poczuła, że spływa potem.
– Ale szczęściara z waszej matki, żyje sobie w książkach – powiedział Ettore do dzieci.
Zdenerwował ją ten ton zabarwiony sarkazmem. Jakby życie w książkach było łatwe lub zabawne.
– Nudy na pudy, mamo! – powiedziała Susanna. – To sztuczne życie, ja bym tak nie mogła.
„Co jest sztuczne? Co jest prawdą?”, chciałaby zapytać Elena. Susanna wchodziła w ten wiek, gdy wszystko to, co mówi lub robi jej matka, jest nie tak. Elena pomyślała, że nastolatkowie to wampiry, które muszą wysysać z rodziców energię, aby urosnąć. A jeśli ona nie miała energii, jak mogła to wytrzymać? Co mogła dać od siebie, jeśli czuła, że już się nie liczy? Że nie jest już kobietą, że nie ma już pragnień i marzeń oprócz jednego – ukryć się w gęstym lesie i zamienić w drzewo? A ponadto, czy miała całkowitą pewność, że dzieci nigdy nic nie zauważyły?
Od chwili, gdy zobaczyła ich razem, od kiedy to widmo stało się prawdziwym ciałem kobiety, Elena nie mogła spać, otwierała szeroko oczy o trzeciej, czwartej nad ranem, serce podchodziło jej do gardła, żołądek się zaciskał, podczas gdy Ettore spał sobie spokojnie obok niej. Wstawała, nie mogła już ponownie zasnąć, przygotowywała sobie filiżankę gorącej wody, siadała przy stole w kuchni i wlepiała wzrok w okno. Patrzyła na pomarańczowe niebo Rzymu i nie widziała go. Noc, pustka, cisza przerywana tylko wściekłym skrzekiem mew, które podbiły miasto. Marzyła o tym, aby odlecieć stąd, wyjechać daleko. Zaczynała pisać, myślała, że słowa pomogą jej nadać kształt temu cierpieniu nie do wytrzymania, które wymiatało jakąkolwiek inną myśl. Słowa przychodziły same, jakby spływały z miejsca, do którego nie miała dostępu. Ona czuła tylko ranę. Niepokój. Strach.
Napełniła bidon Giovanniego, pomogła mu założyć plecak, pocałowała ukradkiem Susannę. Pożegnała się z Ettorem, życzyła mu połamania nóg podczas zgromadzenia wspólników, choć jej jedynym marzeniem było skopanie go, pogryzienie, bo wiedziała, że w biurze spotka się z tą drugą, że pójdzie z nią na obiad, a może i do łóżka, podczas gdy ona zostanie sama w domu.
Gdy wszyscy wyszli, posprzątała kuchnię, sypialnię, otworzyła okno. Mimo wszystko lubiła tę chwilę przed tym, gdy zasiadała do pracy. Zatrzymała wzrok na zdjęciach na konsolce w salonie. Na jednym Ettore i ona podczas ślubu bliskiej przyjaciółki; gdzie podziało się to spojrzenie, którym ją obdarzał? Spojrzenie pełne miłości i żądzy, ich splecione dłonie, które zdawały się symbolem nierozerwalnej więzi. Popatrzyła na zdjęcie rodzinne w srebrnej ramce: ona z malutkim Giovannim na rękach, Ettore, który obejmuje ją w pasie i trzyma za rękę małą Susannę, siostra Ettorego z mężem i dwojgiem starszych dzieci, w środku jego rodzice. Za plecami zielone wzgórza Toskanii, dom teściów na wsi, w którym nigdy nie czuła się dobrze. To był dzień komunii siostrzeńca, a na niej ona, która nigdy nie miała rodziny, która odmówiła ochrzczenia dzieci. Taka była młoda na tym zdjęciu. Ścisnęło ją w gardle.
Jaki sens miał cały ten wysiłek bycia dobrą matką, rzetelną tłumaczką, przyjaciółką, ciocią, córką, synową, kobietą, jeśli nie potrafiła sprawić, aby jej mężczyzna ją kochał? Tak, wiedziała doskonale, że absurdem jest rzucanie życia lwom na pożarcie tylko dlatego, że jej mąż zadawał się z inną. Tak, to był podły banał, mała i śmieszna tragedia mieszczańska, jej mąż miał tylko romans ze współpracowniczką, a jednak te uczucia były prawdziwe, bolesne, straszne. To było tak, jakby Ettore i tamta kobieta coś jej wyrywali, coś z jej ciała. Włączyła komputer i próbowała odgonić myśli, aby skupić się na tekście. Co robicie, gdy wasz świat zaczyna się walić? Ja idę na spacer i jeśli mam naprawdę szczęście, znajduję grzyby¹. Tak rozpoczynał się fascynujący esej antropolożki Anny Tsing. Elena zagłębiła się w nim całkowicie, lubiła szukać wyrazów, obracać zdaniami, aby przywrócić im ich dokładny sens. A gdy temat był jej bliski, oddawała tekstowi coś z samej siebie. Świat się walił, ale niewielu miało odwagę powiedzieć to na głos.3
Odgłos kluczy w zamku obudził Ettorego. To byli Susanna i Giovanni, którzy wracali ze szkoły.
– Tato, co robisz w domu? – zdziwiła się Susanna i rzuciła plecak w róg pokoju.
– Zasnąłem… przepraszam, dziś skończyłem wcześniej pracę.
– Gdzie jest mama? – zapytał Giovanni.
– Nie wiem – odpowiedział Ettore. – Myślałem, że jest z wami.
Giovanni ściągnął buty i wskoczył na kanapę.
– Jakie to dziwne, że jesteś tutaj, a dlaczego jest taki bałagan? – zapytał, obejmując go. – Chcesz zagrać w karty?
Ettore poczuł zapach papieru, kleju i biegów na dziedzińcu. Zapach szkoły.
– Nie masz pracy domowej na jutro?
– Mam, ale nie chce mi się jej odrabiać od razu, najpierw zagrajmy, no chodź!
– Dobrze. Czy twoja siostra zawsze tak robi? Rzuca plecak, jakby był odpadkiem nuklearnym, i zamyka się w pokoju?
Giovanni pokiwał głową.
– Niekiedy nie jest za miła, ale mama powiedziała mi, że to normalne, że muszę być cierpliwy, bo jest nastolatką – wymówił to słowo, jakby było czymś, z czym należy obchodzić się ostrożnie. – Bardzo się przejmuje swoimi włosami.
Ojciec popatrzył na niego bez zrozumienia.
– Weź przynieś karty.
Zagrali kilka partii, aż Susanna nie wyszła ze swojego pokoju, mówiąc Giovanniemu, że ma powtórzyć angielski. Giovanni odrobił pracę domową, nadeszła godzina kolacji, a po Elenie ani śladu. Jej telefon był cały czas wyłączony. Ettore zadzwonił do jej przyjaciółek, ale tego dnia żadna z nich się z nią nie widziała. To nie było w jej stylu, zniknąć bez znaku życia i pozostawić za sobą taki bałagan w domu. Starał się zbytnio tym nie przejmować. O ósmej wieczorem zadzwonił przyjaciel lekarz, aby poinformować go o umówionych badaniach krwi i tomografii.
– Kiedy będziesz miał wszystkie wyniki, przyjdź do mnie – zakomunikował.
– Elena nie wróciła do domu – powiedział mu Ettore. – To dziwne, mam nadzieję, że nic się nie stało.
– Jeśli będziesz czegoś potrzebować, zadzwoń – odpowiedział przyjaciel.
Przyszła Susanna.
– Co zjemy dziś wieczorem? Jestem głodna.
Ano tak, kolacja, nie pomyślał o tym. Poszedł do kuchni i zajrzał do lodówki.
– Zrobię wam makaron z tuńczykiem i pieczone papryki.
– Okej. Ale pośpiesz się, bo inaczej pójdziemy późno spać.
– Od kiedy zwraca się w taki sposób do własnego ojca? Posprzątajcie, proszę, ten bajzel w salonie.
– Ale to nie my go narobiliśmy. – Susanna wzruszyła ramionami i wróciła do swojego pokoju.
Ettore nie miał siły się upierać. Giovanni w tym czasie podskakiwał w rytm głośnej muzyki.
– Co robisz, trenujesz?
– Ja nie trenuję, tato, ja tańczę.
Piknięcie telefonu. Skarbie, jak się masz? Wróciła ci mowa? Ona mnie mało obchodzi, bardziej interesują mnie twoje pocałunki. Przepraszam Cię za wcześniej, ale zdenerwowałeś mnie.
Gdy tylko woda zaczęła się gotować, Ettore wrzucił spaghetti do garnka.
– Idź powiedzieć twojej siostrze, że za dziesięć minut jemy, i nakryj, proszę, do stołu.
Życie rodzinne malowało się przed nim niekiedy jak coś oderwanego, coś w rodzaju basenu, do którego można wejść i z którego można wyjść. Claudia… chciał ją zobaczyć. Przytrzymać blisko siebie.
Spróbował nitki makaronu, zrobił kremowy sos, dodając odrobinę wody po gotowaniu spaghetti do tuńczyka, skórki cytrynowej i dużej ilości parmezanu, odcedził makaron prawie al dente, a potem połączył wszystkie składniki w woku. W międzyczasie wyjął papryki z pieca. Zorientował się, że nie ma chleba. Ani mleka na śniadanie. Zniknięcie Eleny zaczęło go martwić. Pomyślał znowu o tym, co przydarzyło mu się w biurze, o tym, jak jego umysł w jakiś sposób zbuntował się przeciwko niemu samemu. Bał się, że to coś poważnego. Dużo pracował, często się zamartwiał, sektor budowlany to była strefa wojenna, obszar do podbicia, ale również wielkie ryzyko, kompromis, a do tego od pewnego czasu wszystko gwałtownie się zmieniało. Pod powierzchnią buzowało coś, o czym nie można było mówić, ale cały system zaczynał wykazywać niepokojące oznaki dysfunkcji. Wszyscy nadal udawali, że nic się nie zmieniło, ale wiedzieli, że tak nie jest. Nie można było rosnąć w nieskończoność, czyli też nie można było budować w nieskończoność, przynajmniej nie w sposób, w który robiło się to do tej pory.
Postawił patelnię na stole, nałożył dzieciom. Codzienne gesty, zawsze te same, które z reguły wykonywała jego żona. On gotował tylko w weekendy, kiedy przychodzili goście, nie robił tego w ramach codziennego obowiązku.
– Smaczny makaron, tato – powiedziała Susanna. – O wiele lepszy od tego, który robi mama.
– A gdzie jest mama? – zapytał Giovanni. – Dlaczego nie wraca?
– Nie wiem – odparł ojciec. – Może miała coś zrobić z przyjaciółkami i zapomniała mi o tym powiedzieć.
Naszła go wątpliwość: a jeśli mu powiedziała, a on o tym zapomniał? Jeśli naprawdę jego umysł go opuszczał? Sprawdził, nie dostał żadnej wiadomości.
Sprzątnął naczynia ze stołu, podczas gdy dzieci wkładały piżamy. Dziwne było znaleźć się bez niej, dziwne było nie wiedzieć, gdzie jest. Poszedł do pokoju Susanny, jej świata przyjaciółek, plakatów piosenkarzy pop, o których nigdy nie słyszał, jednorożców, flamingów, aforyzmów z czekoladek Baci Perugina, polaroidów, na ścianach nie było nawet centymetra wolnego miejsca, stosy ubrań na podłodze, biurko, na którym piętrzyły się książki, flamastry, kartki, wycinki i zeszyty.
– Jak potrafisz żyć w tym bałaganie? – zapytał Ettore.
– Tato, nie zaczynaj. Rozmawialiśmy już o tym tysiąc razy. W weekend posprzątam, obiecuję.
– Czy mama ci coś napisała?
Susanna spojrzała na telefon.
– Nie, nie mam żadnej wiadomości. Martwisz się? – spytała i ziewnęła. – Przepraszam, chce mi się spać, jutro mam sprawdzian z przyrody, muszę się wyspać. Dobranoc, tato – powiedziała i wsunęła się pod kołdrę.
Giovanni natomiast był nadal na nogach i bardzo ruchliwy.
– Tato, chodź, posiłujemy się!
Ettore nie miał na to najmniejszej ochoty. Wziął go na ręce, połaskotał, a potem rzucił na łóżko.
– A teraz idź spać! – rozkazał mu głośno.
Synek się śmiał. Nagle spoważniał.
– Mam nadzieję, że gdy się obudzę, mama będzie z powrotem – powiedział.
– Na pewno, zobaczysz.
Pocałował go i zgasił światło.
– Tato…
– Tak?
– Jeśli nie będę mógł zasnąć, mogę przyjść do ciebie do łóżka?
– Oczywiście, że możesz, ale zobaczysz, że zaśniesz od razu.
W domu zapadła cisza. Ettore usiadł na kanapie i włączył telewizor. Napisał wiadomość do Claudii. Spróbował dodzwonić się do Eleny, ale nadal miała wyłączony telefon. Pomyślał o sposobie, w jaki patrzyła na niego dziś rano: to spojrzenie pełne bólu i wyrzutu, którego nie mógł wytrzymać. Postanowił posprzątać bałagan pozostawiony przez żonę. Zauważył, że zabrała ze sobą komputer. Włożył z powrotem do szafy wszystko, co rozrzuciła niedbale na łóżku. Wydawało mu się, że odczuwa gniew Eleny, gwałtowne gesty osoby, która w ostatniej chwili podejmuje decyzję. Gdy skończył, usiadł na łóżku, podniósł poduszkę, aby wziąć swoją piżamę, i odnalazł wiadomość. Była napisana na szybko, niepewnym pismem. „Nie będzie mnie przez kilka dni, muszę pomyśleć. Widziałam cię z nią. To bardzo boli. Dlaczego mi to zrobiłeś?”
Ettore westchnął. Wiedział, że prędzej czy później do tego dojdzie, poczuł prawie ulgę. Bańka pękła.------------------------------------------------------------------------
¹ Cytaty z książki chińsko-amerykańskiej antropolożki Anny Lowenhaupt Tsing zostały przełożone na język polski przez tłumaczki. We włoskim oryginale są one podawane w przekładzie autorki powieści, Chiary Mezzalamy, z języka francuskiego, stąd pomysł zachowania tego swego rodzaju mise-en-abyme. Polskie tłumaczenie zostało wydane pod tytułem Grzyb u kresu świata: o możliwości życia na ruinach kapitalizmu, tłum. M. Rogowska-Stangret, A. Ross, J. Grygieńć, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2024 (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczek).