Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Po drugiej stronie siebie - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
30 marca 2026
25,00
2500 pkt
punktów Virtualo

Po drugiej stronie siebie - ebook

Trzy kobiety, trzy historie i jeden dom, który wraca w snach – jak echo czegoś, o czym nikt nie chce mówić, ale przeszłość o tym wciąż szepcze. Marta i Monika próbują poskładać swoje życie z porzuceń, tajemnic i niespełnionych tęsknot. Ich losy splatają się z przeszłością rodziny naznaczonej sekretem, zbrodnią, przekleństwem. Z każdym krokiem zbliżają się do prawdy, która nie należy do żadnej z nich. W centrum wszystkiego stoi Paulina, nastolatka, która od lat nosi w milczeniu więcej bólu, niż ktokolwiek jest w stanie unieść.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna polska
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788396990297
Rozmiar pliku: 849 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

_Coraz częściej uciekała od siebie w kogoś._

_Nawet nie musiał być bliski czy miły._

_Wszystko poza granicami wygłodniałego ciała_

_stawało się atrakcyjne. Była winna. Czerwono._

_Nauczano, że życie składa się z niskich_

_stropów i wysokich progów. Trzeba_

_skulić ramiona, zaokrąglić plecy, schować_

_piersi i dumę. Wysoko podnosić kolana i nie szurać._

_Nie dawać każdemu. Nie bronić._

_Strupy będzie zdrapywać później._

_Blizny chować._

Dominika Lewicka-Klucznik

_Primus inter pares_ z tomu „_winna”, 2021Droga Czytelniczko, drogi Czytelniku,

ta książka powstała kilkanaście lat temu /2011/ na bazie wielu zasłyszanych historii. Od tamtej pory sporo się zmieniło. Cywilizacyjnie poszliśmy bardzo do przodu. To, co kiedyś było tematem powieści science fiction, dziś stało się codziennością. Inteligentny plaster, sztuczna trzustka, drukarka 3D, smartfon, tablet, samochód elektryczny i wodorowy, sztuczna inteligencja, która może robić za nas oraz więcej.

Mogłabym wymieniać długo.

Jedno się tylko nie zmieniło. Człowiek.

Nie lubię pisać książek poważnych, tragicznych, ale czasem i mnie się ulewa. Długo zmagałam się z myślą, czy tę powieść wydać. W końcu nie ja pierwsza i nie ostatnia piszę o problemie, który nadal istnieje, mimo że już tak wiele wiemy o emocjach i powinniśmy umieć sobie z nimi radzić. Ale nie umiemy. Dlatego cierpimy my, cierpią inni.

To nie jest ŁATWA, LEKKA I PRZYJEMNA książka, choć momentami starałam się, żeby była, bo tylko w ten sposób mogłam pomóc głównej bohaterce.

_Małgorzata A. Jędrzejewska
Marzec 2026_PAULINA

Kręciła się między regałami i nie wiedziała, na co się zdecydować. Płatki czy chrupkie pieczywo? Jogurt czy kefir? Dżem czy czekolada? Sprzedawczynie wodziły za nią oczyma, jakby bały się, że ukradnie coś cennego, należącego tylko do nich. Postanowiła zrobić im na złość, przeszła do kolejnego działu i brała do rąk coraz więcej produktów, szczególnie w szklanych opakowaniach, żeby się jeszcze bardziej denerwowały. Obserwowała ich miny i nerwowe gesty z wielką satysfakcją. Miała ochotę otworzyć któryś ze słoików, ale się powstrzymała. Ochrona kręciła się w pobliżu, a takie problemy nie były jej potrzebne.

Po chwili znudziła ją ta zabawa. Poustawiała byle gdzie to, co miała w rękach, i poszła do kasy. W wózku leżał tylko lizak. Kolejka była długa, ale to jej nie przeszkadzało. Stała i obserwowała ludzi wybierających ubrania. Szczególną uwagę zwróciła na kobietę, która przymierzała małemu chłopcu bluzę dresową. Dzieciak wyraźnie jej nie chciał, lecz matka na siłę wpychała ręce w rękawy, a potem zapięła gwałtownie, aż suwakiem uderzyła o brodę. Chłopiec zrobił podkówkę i rozpłakał się. Kobieta trzepnęła go w głowę, aż się zachwiał.

Paulina zostawiła wózek, wyskoczyła z kolejki.

– Co robisz, głupia babo? – wrzasnęła.

Kobieta zdębiała.

– A ty czego? – spytała niepewnie i spojrzała ponad jej ramieniem.

Dziewczyna obróciła się. Za nią stał mężczyzna. Niski, łysy, z dużym brzuchem. Na dłoni miał tatuaż. Jakiegoś tygrysa czy innego kotowatego. Wpatrywała się w obrazek i czuła, jak narasta w niej tępa rozpacz. Że znów się „to” zdarzy, a ona nie będzie mogła nic zrobić. Mężczyzna coś do niej mówił, poruszał ustami, ale nic nie słyszała. W uszach szum i oczekiwanie na nieuniknione.

Mężczyzna w końcu zamknął usta. Widział, że do dziewczyny nic nie dociera. Zrobił krok w jej stronę, potem drugi. Paulina resztką sił zmusiła nogi, żeby się ruszyły, i wolno zaczęła się wycofywać. _Żeby tylko się udało_, powtarzała w myślach. _Żeby tylko się udało._

Po chwili, gdy była już w bezpiecznej odległości, odwróciła się i uciekła ze sklepu, przewracając po drodze, co się dało. Biegła całą drogę, czując, że zalewa ją fala gorąca. Poczuła się bezpieczna dopiero w swojej piwnicy. Wiedziała, że tu drzwi się nie otworzą, nie wejdzie nikt niepożądany. Tymi drzwiami rządziła Marta. Paulina skuliła się na materacu, oddychając z ulgą. _Na chwilę_, _tylko na małą chwilkę. Później pójdę tam._MARTA

1

Poranny chłód po nocnej burzy był już daleką przeszłością. Żar spływający na ziemię roztapiał wszystko: asfalt, ludzi, domy, lody. Nie było przed nim ucieczki. Marta niemrawo przeklinała pomysł wyjścia z domu. Co prawda raczej nie byłoby tam chłodniej, ale sama myśl o leżeniu w zacienionym pokoju była największym i nieosiągalnym, wydawało się, marzeniem.

_Przecież uprzedzali, że będzie upał! Dlaczego nie uwierzyłam prognozom? Co mnie podkusiło, żeby wybrać się w taką trasę? Kurczę, żeby nie Ala i to… nie wiadomo co, mogłabym sobie wygodnie siedzieć w swoim pokoju. A tu masz!_

Po prawej stronie zauważyła mały osiedlowy sklepik i z ulgą wstąpiła do środka. Niestety lokal nie był klimatyzowany, duchota panowała w nim okrutna, więc tylko szybko kupiła pudełko lodów i wyszła. Na zewnątrz nie było chłodniej, ale przynajmniej zniknęła uciążliwa woń potu przypadkowych klientów.

Ruszyła dalej przed siebie i po chwili znalazła się w skromnej alejce ocienionej drzewami. Nie dawały one nie wiadomo jakiego wytchnienia, ale przynajmniej zasłaniały przed słońcem. No i były tam ławeczki. Rozgrzane, ale z dwojga złego Marta wolała usiąść na gorącym, które zaraz przestanie odczuwać, niż dalej chodzić w tych okropnych butach. Bo zamiast nowych klapek wybrała dziś tenisówki, które co prawda nie obcierały, ale dla odmiany parzyły. Miała ochotę zdjąć je z nóg, żeby choć chwilę odpocząć, jednak zrezygnowała. Bała się, że jak zdejmie, to już nie da rady włożyć i czeka ją spacer boso.

Czuła wielką ulgę, dotykając zimnym pudełkiem czoła, policzków, szyi. Chwila odpoczynku i namiastka zimna zachęciły szare komórki do pracy. Marta zamknęła oczy i pozwoliła sobie na odrobinę marzeń: oto siedzi na samym szczycie Giewontu, nago… no nie, w stroju kąpielowym… w trakcie zimy stulecia. Ach, jak przyjemnie. Ojej, zawieja śnieżna! Marta drgnęła pod wpływem zetknięcia rozpalonego ciała z kroplami wody, otworzyła oczy. Nie, to nie była gra wyobraźni, ale nie miała najmniejszej ochoty odganiać małolatów, którzy bawili się pistoletami na wodę i przy okazji dali jej odrobinę przyjemności.

_Gdyby to nie było tak znienacka, miałabym czas, żeby się nacieszyć_, pomyślała leniwie. _Swoją drogą, kto pozwolił im wyjść z domu w taki upał? No tak, rodzice w pracy i nawet nie wiedzą, co robią ich pociechy._

Chłopcy oddalali się w podskokach, co sprawiło, że Marta poczuła się jeszcze bardziej zmęczona, więc dla odpoczynku spojrzała w górę. Niebo, do niedawna czyste, zaczynało pokrywać się ciemnymi chmurami, zerwał się wiatr dający nadzieję ratunku.

_Cudownie, pięknie, wspaniale!_, zachwycała się Marta. _Jeszcze, proszę, jeszcze więcej, jeszcze bardziej!_

Nagle znowu usłyszała głos, który przez cały pobyt w Warszawie pchał ją do wędrówek:

_Na co czekasz? Idź już. Tyle czasu zwlekasz. Dlaczego? Rusz się. Tam na ciebie wszystko czeka!_

Nie wiedziała, co o tym myśleć. Trzeci rok z rzędu spędzała część wakacji w Warszawie i za każdym razem było to samo. Coś pchało ją ciągle do przodu, lecz nie wiedziała co. Coś kazało jej czegoś szukać, ale nie wiedziała czego. Jednego była pewna – jeszcze tego nie znalazła. Skąd ta pewność – nie wiedziała, ale nadal czuła w sobie jakiś brak. A ponieważ do tej pory instynkt jej nie zawodził, postanowiła słuchać go dalej. Z westchnieniem wstała z ławki i ruszyła przed siebie. Wiedziała, że idzie w dobrą stronę, choć może było to postępowanie irracjonalne.

Z okien domów dochodziły głośne dźwięki muzyki. Nie przeszkadzało jej to, wręcz przeciwnie – niektóre utwory zmuszały do szybszego marszu. Wiatr nasilał się, chmur było coraz więcej, coraz więcej też ludzi pokazywało się na ulicy. Chyba tu było przyjemniej niż w nagrzanych mieszkaniach. Marta przyspieszyła kroku. Czuła, że to już blisko, że niedługo będzie na miejscu. Chodnik skręcał w lewo, więc ona też. Przeszła parę kroków i nagle stanęła.

2

To było to! Nie wiedziała, skąd ma tę pewność, ale czuła, że jest we właściwym miejscu!

Przed sobą widziała dom, a właściwie dworek. Był to niewysoki jednopiętrowy budynek, świeżo otynkowany. Z przodu kolumienki podtrzymywały balkon. W blasku słońca czyste szyby błyszczały figlarnie, jakby zapraszały do zabawy. Naokoło budynku był ogród, zapuszczony co prawda, ale nie wyglądał niechlujnie, wręcz przeciwnie – tak jakby wszystko było zaplanowane. Na furtce wisiała zniszczona tabliczka z napisem „Do wynajęcia”. Marta rozejrzała się wokół. Nikogo nie było widać, więc usiadła na krawężniku naprzeciw domu. Chciała chwilę popatrzeć, poza tym bolały ją nogi.

Coś śpiewało jej w duszy, coś mówiło, że dwadzieścia sześć przeżytych lat było oczekiwaniem na tę właśnie chwilę. Czuła w sobie błogość, jakby dotarła do domu. To było bardzo dziwne uczucie, ale zarazem przyjemne.

Napawała się widokiem, gdy nagle pociemniało, szyby przestały błyszczeć, a z oddali doszedł głuchy pomruk burzy. Na dziewczynę zaczęły spadać pierwsze krople deszczu. Podniosła się i wtedy ujrzała w oknie jakiś cień.

_Tam ktoś jest_, __ pomyślała_. Może właściciele robią jakieś porządki? Zaraz, przecież mogę chcieć wynająć ten dom, więc muszę go najpierw obejrzeć. Nikt mnie nie wygoni, jeśli tylko spytam. Co prawda nie wyglądam na kogoś zamożnego, a za wynajem trzeba na pewno sporo zapłacić, ale przecież pozory mogą mylić, prawda?_

Pokrzepiwszy się tą myślą, szybkim krokiem ruszyła w kierunku domu, tym bardziej że deszcz się nasilał. Furtka była otwarta, co mogło oznaczać, że rzeczywiście ktoś jest w środku. Ścieżką między wysokimi krzewami dotarła do ganku i weszła na schody. Podeszła do drzwi. Nie było dzwonka, tylko staroświecka kołatka. Zapukała. Drugi raz i trzeci. Nikt nie krzyczał „Wejść”, nie było słychać żadnych kroków, ale drzwi otworzyły się zapraszająco.

Marta się zawahała. W głowie pojawiły się obrazy z thrillerów i kryminałów, które uwielbiała czytać. Wejdzie do domu, a tam trup albo coś jeszcze gorszego. Bała się, ale coś jej znowu mówiło, ponaglało wręcz: _Wejdź, nie zastanawiaj się dłużej, wejdź!_ Decyzję przyspieszył grzmot, który nagle rozległ się tuż za jej plecami. Widziała kiedyś, jak piorun rozłupuje drzewo, i widok ten zapadł głęboko w pamięć, więc usłyszany blisko odgłos zmusił ją do podjęcia decyzji. Wpadła do domu, zatrzasnęła drzwi i oparła się o nie plecami. To było niesamowite! Ta cisza, która nie była ciszą! Nikogo nie było w środku, ale Marta wyraźnie słyszała słowa: _Witaj! Nareszcie jesteś. Dlaczego to tak długo trwało?_

– O Boże – powiedziała nagle głośno – chyba dostałam udaru słonecznego. Bo za Joannę d’Arc, która słyszała głosy, raczej nie mogę się uważać.

Słowa trochę rozpędziły ciszę, ale Marta i tak czuła się nieswojo. Cały czas spodziewała się widoku nieboszczyka lub czegoś podobnego, więc się bała, choć atmosfera domu – czuła to wyraźnie – była przyjazna. Rozejrzała się. Była w dużej sieni, do dalszej części domu można było przejść przez dwoje drzwi. Jedne były zamknięte, drugie – otwarte. Zrobiła krok do przodu, potem drugi, i znalazła się w obszernym hallu. Ściany pokryte boazerią, kinkiety, stoliczek na rzeźbionych nóżkach, staroświecki telefon – wszystko robiło przyjemne dla oka wrażenie. Jedne z wielu drzwi były otwarte. Weszła przez nie powoli i znalazła się w dużym pomieszczeniu. Nieboszczyka nie było, za to zobaczyła coś, co śniło jej się od dawna. Podeszła bliżej.

– Cholera, co jest, do jasnej Anielki?! Jestem jakimś medium czy co?

Ten wykrzyknik był całkiem na miejscu. Z zaskoczeniem, ale i ze wzruszeniem przyglądała się kominkowi, którego widok prześladował ją od dawna. Śniło jej się – chyba od zawsze, a na pewno od trzech lat – że jest w wielkim, pustym pokoju z kominkiem, w którym pali się ogień. Ona siada przed tym kominkiem w miękkim fotelu pokrytym zielonym materiałem.

– Do diabła! – krzyknęła. – Co się dzieje?!

Obok niej, naprzeciw kominka, stał duży zielony fotel, na który dopiero teraz zwróciła uwagę. Dotknęła go ostrożnie, jakby się bała, że zaraz zniknie. Nie zniknął jednak, a ona – mimo strachu, który coraz bardziej ją ogarniał – poczuła, że ma wielką ochotę usiąść w nim, tak jak to wielekroć robiła we śnie.

_O Boże, co ja robię?! Trupa co prawda nie ma, ale jeszcze mnie wezmą za złodziejkę. Nie mam przy sobie żadnych dokumentów. Tadeusz i Ala będą musieli po mnie przyjechać na komisariat. Narobię wstydu sobie i im._

Znowu usłyszała głos, który ją tyle razy prowadził: _Usiądź, przecież to twoje, ty tu jesteś panią!_

Zacisnęła rękę na oparciu fotela, aż jej kostki zbielały. Nie mogła poradzić sobie z rozhuśtanymi emocjami, lecz w końcu podjęła decyzję.

– Raz kozie śmierć! – powiedziała głośno. – Przecież wszystko było otwarte. Skąd mogłam wiedzieć, że tu nikogo nie ma?

Ostrożnie przysunęła się do fotela i jeszcze ostrożniej usiadła na brzegu. Odczekała chwilę, lecz nic się nie stało, fotel nie rozpłynął się w powietrzu. Poprawiła się trochę. Znowu nic, więc po chwili delikatnie zapadła w miękki środek. Ogarnęła ją niezwykła błogość. _Zupełnie jakbym po długiej i niebezpiecznej tułaczce zawitała do macierzystego portu_, myślała zdumiona.

Za oknami szumiał deszcz, ale Marta go nie słyszała. Całą sobą przeżywała dotychczasowe życie, które zaprowadziło ją w to dziwne miejsce.

3

Dzieciństwo wspominała niemile. Przede wszystkim nie była biologicznym dzieckiem swoich rodziców, co wykrzyczała jej kiedyś w złości Oliwia.

Matka Marty, Alicja Radzik, dość niefrasobliwie traktowała życie. Pewnego razu zakochała się i pozwoliła sobie zajść w ciążę z niezbyt długo znanym jej młodzieńcem, który miał piękne czarne oczy i tak ładnie mówił do niej „malutka”. Młodzieniec ów przebywał na stażu w cukrowni, nie planował dłuższego pobytu w miejscu, jak to określał: „zesłania”, ale bawić się lubił. Dziewczyna była chętna, to czemu nie skorzystać, jednakowoż do dziecka nie miał zamiaru się przyznawać i ulotnił się szybciutko. Rodzice zgodnie sprawili lanie córeczce, ale co to zmieniło?

Miesiąc przed porodem dziewczyna zaczęła się zastanawiać, co z tym fantem zrobić. Miała siedemnaście lat, kawałek wykształcenia licealnego i dziecko. Posag niewielki, aczkolwiek uciążliwy. Jeśli dodać do tego łatkę „łatwej” dziewczyny, która już do niej przylgnęła, uznała, że jej sytuacja nie jest fajna.

Trzy dni po porodzie wróciła z „tobołkiem” do domu. Rodzice niezbyt zadowoleni byli z tego faktu, ale przyjęli płaczący podarek. Córka pokręciła się parę dni po domu, wyprała kilka pieluch i zniknęła. Wszyscy sądzili, że pojechała za ojcem dziecka, zmusić go do odpowiedzialności, jednak po jakimś czasie przyszedł list wyjaśniający, że Ala nie ma zamiaru zagrzebać się w pieluchach, ma inne plany wobec siebie. Może kiedyś…

Radzikowie źli byli strasznie. Nie dość, że córka wstydu im narobiła, to jeszcze bękarta zostawiła na wychowanie. Wtedy synowa – Regina – stwierdziła, że tam, gdzie jest dwoje, to i trzecie się wychowa, a przecież małej do domu dziecka nie dadzą, jak rodzina jest. Mąż – Bolesław – niezbyt chętnie przyjął decyzję żony, bo swoją dwójkę mieli już odchowaną, a jemu pieluchy śmierdziały, ale że podpadał często żonie, bo lubił popijać, to nie dyskutował wiele. Szybko załatwili formalności, bo Ala „tak na wszelki wypadek” przysłała zrzeczenie się praw do dziecka, i w taki sposób Marta znalazła rodzinę.

4

Starsze rodzeństwo ledwo ją tolerowało. Po pierwsze, różnica wieku między nimi była spora. W chwili, gdy Marta znalazła się w domu Radzików, Oliwia miała dziesięć lat, a Michał dziewięć i ciężko było im pogodzić się z myślą, że przez Martę muszą czekać na kupno nowych butów czy kurtki. Wszystko było najpierw dla niej. Tak więc najczęściej przeganiali ją z miejsca na miejsce lub całkowicie ignorowali.

Do Radzików mówiła „mamo” i „tato”, i kochała ich, przynajmniej na początku, jako własnych rodziców. Ale ojciec zauważał ją wtedy, gdy był pijany, a im częściej pił, tym mniej przyjaźnie patrzył na najmłodsze dziecko. Jedyną osobą, która darzyła ją uczuciem, była mama, ale ona była zbyt zapracowana, aby poświęcać czas małej. Bo to głównie na Radzikowej spoczywało utrzymanie całego domu, a także spłacanie pijackich długów męża. W dzień pracowała w sklepie spożywczym, a późnym popołudniem sprzątała biura pobliskiego GS-u, więc miała niewiele czasu nawet dla najmłodszej. Największą przyjemność sprawiało Marcie wspominanie dawnych wieczorów. Matka przychodziła do niej przed snem i przytulone do siebie modliły się po cichu, każda po swojemu. Pewnego wieczoru matka nie przyszła, Radzik ją zatrzymał, mówiąc, że za bardzo rozpieszcza małą, i Marta już nigdy później nie czuła takiej więzi z matką, tym bardziej że w tym czasie dowiedziała się prawdy o swoim pochodzeniu.

5

– Oliwia, pomóż mi! Nie mogę zrobić tego głupiego zadania. – Słowa Marty wpadały w próżnię.

Siostra leżała na swoim tapczanie, odwrócona plecami do małej. Akurat wróciła z nieudanej randki i chciała w ciszy i samotności przeżywać swoją miłosną porażkę, ale mała nie ustępowała.

– Oliwia, no nie bądź taka, pomóż mi!

– Odczep się. – Dobiegł głos spod koca.

– Oliwia, ale ja muszę zrobić to zadanie, bo jak nie, to pani postawi mnie w kącie! – W głosie dziecka brzmiała wyraźna panika, ale siostra nie zwróciła na to uwagi. Podniosła się z krzykiem.

– Odczep się ode mnie, bękarcie! Głupia jesteś po swojej matce i moja pomoc nic ci nie da! – Oliwia w pierwszym momencie poczuła ulgę, że mogła się na kimś wyżyć, ale po chwili poczuła ukłucie w sercu, gdy zobaczyła, jak wielkie robią się oczy małej.

– To nieprawda! Ty kłamiesz! Dlaczego tak kłamiesz?! – krzyczała Marta, ale jednocześnie zdała sobie sprawę, że siostra mówi prawdę.

Czuła, że w tym domu nikt jej nie kocha, jest niepotrzebna, zawadza. Teraz wiedziała dlaczego. Tego samego dnia uciekła z domu, na piechotę dotarła do dziadków i oni jej wszystko wytłumaczyli, szczególnie dziadek. Nie ukrywał nic, bardzo szczerze i bez ostrożnego dobierania słów wylał przed nią cały swój żal do córki.

– Dziecko, twoja matka to była kurwa! Łajdaczyła się, z kim się dało, i jak się urodziłaś, to zostawiła cię tu, a sama uciekła. Nie myśl o niej w ogóle i nie przypominaj mi jej!

Nie płakała, choć zdawała sobie sprawę, że wyrządzono jej straszliwą krzywdę. Nie wiedziała, czym zawiniła, że matka jej nie chciała. Gdy wróciła do domu, wszyscy byli dla niej bardzo mili przez jakiś czas, szczególnie siostra, którą męczyło poczucie winy. To jednak nie zmieniło faktu, że Marta nie czuła się już tam jak w domu rodzinnym. Tym bardziej że dwa miesiące później Oliwia wyszła w przyspieszonym tempie za mąż, a zaraz potem urodziła bliźniaki. W tym rodzinnym kołchozie, na który składali się mama, pijący ojciec, Oliwia z mężem i dwójką rozkrzyczanych dzieci oraz szesnastoletni Michał, zdecydowanie niechętny dzieciom, nie było nikogo, kto chciał i mógłby pomóc Marcie znaleźć swoje miejsce na ziemi.

6

Gdy miała dziesięć lat, ojciec został przeniesiony do innej cukrowni, więc rodzina przeprowadziła się z Królowa do Gniewina. Odległość nie była zbyt duża, a że tam też mieszkali „dobrzy ludzie”, którzy znali historię młodej Radzikówny, wieści o pochodzeniu Marty szybko się rozeszły. Rówieśnicy śmiali się z niej, więc odsunęła się od ludzi. I to na stałe. Teraz, gdy była dorosła, wiedziała, że nie dotknęła jej złośliwość, lecz głupota dzieci. Ale wtedy tak bardzo bolało.

Znalazła sobie powiernika w psiej budzie. Sąsiedzi z naprzeciwka mieli dużego psa. Był groźny i nie lubił dzieci. Tym większe zdumienie budził fakt, że polubił Martę, która często siadała przy nim i w psie kudły wylewała swoje smutki i radości. Hektorowi opowiadała też różne historie: i te, które sama wymyśliła, i te, o których przeczytała. Ludziom nie ufała, psu – tak. Wierzyła, że on jej nigdy nie zdradzi, nie oszuka, nie skrzywdzi. Ta wielka przyjaźń nie trwała długo, bo Hektor był już starym psem, gdy Marta tak do niego przylgnęła. Jego śmierć była drugim wielkim ciosem w życiu dziewczynki. Teraz została całkiem sama, nie miała nikogo bliskiego.

7

W momencie gdy kończyła szóstą klasę, rodzice dostali nowe mieszkanie. Było piękne, jasne, czyste, duże, z centralnym ogrzewaniem. Marta miała wreszcie swój pokój, niewielki, ale należał tylko do niej. Nie kręciła się po nim Oliwia, nie płakały jej dzieci ani nie pokrzykiwał jej mąż – a tak wyglądało życie Marty przez ostatnie dwa lata. Teraz mogła czytać tak długo, jak chciała, nikt nie kazał gasić światła, bo rodzice szybko zasypiali i nawet nie wiedzieli, że ona jeszcze siedzi przy książkach. Michał w tym czasie był już w wojsku, więc nikt jej nie kontrolował.

Odkryła wtedy bibliotekę osiedlową i nic więcej się nie liczyło – ani docinki koleżanek, ani coraz częstsze awantury wywoływane przez pijanego ojca, ani samotność. Do czasu studiów to właśnie biblioteka była jej domem.

8

Gdy nadszedł czas opuszczenia podstawówki, ojciec chciał, aby Marta poszła do zawodówki, zdobyła zawód – najlepiej sprzedawczyni lub krawcowej – i zaczęła pracować na siebie.

– Dwie uczone z ogólniaka już w tej rodzinie były – grzmiał – i co? Nawet trzeciej klasy nie skończyły, bo im się chłopa zachciało. Jedna zaraz zwiała, zostawiając dzieciaka nam, a druga ciągle w pieluchach siedzi! A zresztą my dla Marty nie musimy nic więcej robić, wystarczy, jeśli dobry zawód w posagu od nas dostanie. A jak będzie chciała, to zawsze może iść do technikum wieczorowego! My i tak dużo jej daliśmy, przez tyle lat była za swoją! To mało?

Marta, słuchając tych usprawiedliwień, miała ochotę zabić tego, właściwie obcego jej, człowieka, choćby dlatego tylko, że chciał jej zabrać marzenia. Dziewczyna bowiem już obmyśliła sobie, że skończy ogólniak i pójdzie na studia bibliotekarskie. Bardzo pomógł wtedy dziadek, który miał nadzieję, że to właśnie Marta przywróci honor rodzinie.

– Ona nie taka, jak jej matka. Za chłopakami się nie ogląda, ciągle siedzi w książkach, z niej będzie pociecha – przekonywał Bolesława.

– Ale co tata tam wie! Oliwia też w podstawówce uczyła się jak ta lala. I co? Teraz w domu siedzi i bachorów pilnuje. – Złościł się ojciec.

– Możesz sobie mówić, co chcesz, synu, a ja ci mówię, że swoje wiem! Oliwia miała za dobrze, ot co! To jej się w głowie przewróciło. Marta wie, kim jest, i to jej pokory dodaje. Bardzo się stara z nauką i z zachowaniem. Chce zasłużyć na dobre traktowanie, a i tak jej dokuczają. – Podniósł głos. – Myślisz, że nie wiem, że moją wnuczką poniewierają? Myślałem, że ty wreszcie jak ojciec dla niej będziesz, ale jak nie, to nie! Od dziś biorę ją pod swoją opiekę. Ty jej tylko mieszkanie nadal daj, żeby miała szkołę na miejscu, resztą ja się zajmę.

Od tej pory Marta czuła nad sobą opiekuńczą dłoń. Nagle miała to, o czym dotychczas mogła tylko marzyć: modne ubrania, nowe meble, ba, nawet komputer dostała jako jedna z pierwszych w klasie! I Internet, co w znacznej mierze otworzyło ją na świat. Była wdzięczna dziadkowi, choć i tak nie wszystko potrafiła wybaczyć. Dopiero później, gdy dziadek umierał szczęśliwy, że wnuczka dostała się na studia, zrozumiała go.

9 W szkole średniej trochę się zmieniło. Mało kto ją znał, więc plotki na jej temat krążyły tylko między dawnymi koleżankami z podstawówki. Ale Marta skupiła się na nauce i miała w nosie głupie gadki. Dzięki temu maturę zdała najlepiej ze wszystkich uczniów w szkole, a ponieważ wcześniej zajęła pierwsze miejsce na centralnym etapie olimpiady historycznej, bez problemów została przyjęta na wymarzone bibliotekoznawstwo.

Wakacje przed rozpoczęciem studiów Marta spędziła w Królowie razem z babcią, która została sama po śmierci dziadka. Dziewczyna nie chciała być w domu z rodzicami, którzy nagle zaczęli chodzić koło niej prawie na palcach, wpatrując się przy tym jak w święty obrazek. No, no, taka Marta! Jaka to zdolna się okazała! Ojciec dokuczał tym Oliwii, która była w kolejnej ciąży.

– Widzisz, magisterka w rodzinie będzie, a tobie się tylko medal „od rodzenia” dostanie!

– Tak się chwalisz, jakby to dzięki tobie, a ty przecież nie chciałeś, żeby Marta szła do ogólniaka. Do zawodówki chciałeś ją posłać – odcięła się. – A poza tym nie ciesz się tak, jeszcze zobaczymy, czy ta święta nie wróci z tych swoich studiów z bękartem. Tylko ją spuśćcie z uwięzi, a zobaczycie, jaki numer odwali!

10

Studia minęły Marcie szybko. Nie miała problemów z nauką, a dzięki dziadkowi, który przed śmiercią uskładał dla niej trochę pieniędzy, nie musiała mieszkać w akademiku, mogła sobie pozwolić na wynajęcie kawalerki. Do domu przyjeżdżała rzadko, częściej do babci, tłumacząc się nawałem zajęć. To była prawda, ale niezupełnie. Nie chciała tam wracać, bo nie chciała wracać do Marty, jaką była kiedyś – samotnej, zakompleksionej dziewczynki. Poza tym w Toruniu miała przyjaciół – Ewę i Grzesia – którzy szybko stali się najbliższymi jej osobami i to z nimi najczęściej spędzała czas, którego nie poświęcała nauce.

Mogła mieć niemal każdego chłopaka, bo wszystkich przyciągały jej inteligencja i nieco egzotyczna uroda, i nawet pozwoliła sobie na miłość, ale facet, który ją zdobył, okazał się draniem. Nie uprzedził, że ma żonę i troje dzieci. Po tym wydarzeniu dała sobie spokój z uczuciami, zostawiając je na później, gdy… Nie wiedziała, co oznacza to „gdy”, ale na randki nie miała już ochoty.

Krótko przed obroną dyplomu odezwała się prawdziwa matka Marty. Wzięła od babci adres dziewczyny i napisała list. Marta wiele razy czytała niektóre fragmenty.

_Wiem, że wyrządziłam Ci krzywdę, ale może nie tak straszną, jak Ci się wydaje. Gdybym wzięła Cię ze sobą, mogłabyś różnie skończyć, a tak to masz wykształcenie, będziesz szanowaną panią magister._

Marta sama nie wiedziała, czy ma się śmiać, czy płakać, czytając te usprawiedliwienia. W każdym razie matka zapraszała ją do siebie w czasie wakacji.

_Ja teraz mam męża, który o mnie wszystko wie. Wie też, że mam dorosłą córkę. My dzieci nie mamy, więc Tadeusz chciałby Cię uznać jako swoje dziecko._

Prawdę mówiąc, matka nie mogła chyba wybrać gorszego momentu na swoje entrée. Marcie ciężko było skoncentrować się na nauce, ale w końcu obroniła magisterkę. Jeszcze tylko załatwiła sobie pracę w bibliotece w ogólniaku w Toruniu i mogła myśleć o matce. Nie wiedziała, czy ma zignorować ją i jej zaproszenie, czy też przełamać się i spróbować choć ją poznać. Każde rozwiązanie wydawało się niemal niewykonalne.

I wtedy zaczęły się sny.

11

Biegła w białej, ślicznej, chyba ślubnej sukni przez duży ogród, a coś ciągnęło ją za rękę i szeptało: _Chodź już! Szybciej! Zdecyduj się wreszcie! Dlaczego zwlekasz? Czekamy na ciebie!_

Później we śnie przenosiła się do dużej sali z kominkiem, w którym płonął ogień. Przed kominkiem stał zielony fotel, Marta siadała w nim i czuła się tak dobrze jak wtedy, gdy odmawiała wieczorną modlitwę w objęciach matki.

Ten sen pojawiał się co noc, więc w końcu zdecydowała, że pojedzie. Była przekonana, że chodzi tu o jej pojednanie z Alą – nie potrafiła myśleć o niej „mama” – ale szybko okazało się, że nie, to nie o Alę chodziło w snach, nie ona była przystanią.

Marta włóczyła się więc całe dnie po Warszawie podczas dwóch poprzednich wakacji, a trzeci raz, planowany jako ostatni, nastąpił teraz. I już wiedziała. Była w porcie.MONIKA

1

W kuchni był, jak zwykle, bałagan. No tak – cztery obce baby, a żadna z poczuciem obowiązku. Wzruszyła ramionami. _O, nie, kochane, już nie dam się zmanipulować_, pomyślała. Umyła tylko swój kubek, zaparzyła kawę. Siadła przy stole z kosmetyczką. Najlepiej robiło jej się makijaż właśnie tak, przy porannym świetle i parującym kubku.

W domu panowała jeszcze cisza. Ilona miała na popołudnie, a Bożena i Eliza były po nocy, więc wszystkie jeszcze spały.

_Dobrze, że będę już w pracy, jak się obudzą_, pomyślała melancholijnie. _W tym kołchozie ciężko wytrzymać._

Mieszkały razem od dwóch lat, lubiły się, ale Monika nadal nie mogła się przyzwyczaić. Było łatwiej, bo koszty rozkładały się na cztery, ale cała reszta? Miały do dyspozycji dwa pokoje, kuchnię i łazienkę. Jeden pokój zajmowała ona z Iloną, drugi – Bożena i Eliza. I o ile wszystkie dbały, mniej więcej, o swoje pokoje i sprzątały regularnie, to kuchnia i łazienka stanowiły ciągle ziemię niczyją. Czasem zdarzało się, że przyjechała któraś z matek, żeby zobaczyć, jak córka sobie radzi. Jak widziała syf, to sprzątała i przez jakiś czas było w miarę przyzwoicie. Ale później wszystko wracało do normy, czyli do zlewu zastawionego brudnymi garnkami, blatu z okruszkami i łazienki, w której zużyte waciki walały się po podłodze na przemian z brudnymi majtkami i stanikami.

Monika cierpiała z tego powodu, bo czego jak czego, ale zamiłowania do porządku matka ją nauczyła, jednak dziewczyna nie miała zamiaru sprzątać po obcych babach, które miały te same prawa i obowiązki co ona. Kilka razy na początku zdarzyło jej się posprzątać i koleżanki uznały, że tak jest dobrze, ale Monika zareagowała szybko.

– Jak będziecie mi płacić, mogę sprzątać – powiedziała ostro, gdy pewnego popołudnia chciały jej robić wyrzuty, że była w domu i nie zrobiła porządków.

Obraziły się na chwilę, później im przeszło, ale Monika pozostała przy sprzątaniu tylko po sobie. Czasem za Ilonę coś ogarnęła, ale bez przesady.

Marzyła o tym, żeby się wyrwać ze wspólnego mieszkania. Co prawda wiedziała, że gdyby zdecydowała się uczyć, dziadek by jej pomógł, dałby nawet na wynajęcie kawalerki. Ale, jak stwierdziła, na naukę to ona jeszcze nie jest gotowa. Chyba że na naukę makijażu czy stylu. O, tak, to by jej odpowiadało. Jednak, póki co, korzystała z gazet, Internetu i modowych programów telewizyjnych, inne wydatki na ten cel nie wchodziły w grę.

Spojrzała w lusterko. Nie było źle. Oczy wyglądały jak trzeba, zgodnie z najnowszymi wytycznymi mody. No, może trochę za mocno zaznaczone, co Ilona niejednokrotnie krytykowała. Ale Monika lubiła ostry makijaż bez względu na porę dnia. Poza tym uważała, że to jej prywatna sprawa, jak się maluje i ubiera, nikomu nic do tego.

Wstała, umyła kubek, poszła do przedpokoju. Ostatnie spojrzenie w lustro, torebka i można zacząć dzień.

2

W końcu ich miała. Dziesięć lat, nie więcej – oceniła na oko – a jakie cwaniaki. Tydzień trwało, zanim namierzyła gówniarzy. Ale już teraz wiedziała, że to oni wypijali codziennie po Tymbarku. Pooglądała nagrania z kamery, zapamiętała ich, a dziś przypilnowała, gdy przyszli. I przyłapała na gorącym uczynku.

– Masz oko! Za Rutkowskiego mogłabyś robić. – Paterek, szef ochrony, śmiał się, gdy opowiedziała mu, jak ich wyśledziła. – Posiedź tu teraz z nimi do przyjazdu policji, a ja zaraz przyślę któregoś z chłopaków.

Siedziała więc, ciesząc się z błogosławionej chwili nieróbstwa. Dopiero dwunasta, a już nogi bolały. I kawy się chciało, więc ją sobie zrobiła. Na szczęście wszystko było pod ręką, nie musiała ich spuszczać z oczu.

– Pani puści – odezwał się nagle jeden z chłopaków. – Nic takiego nie zrobiliśmy. Przecież to tylko sok.

– Tylko sok?! – Spojrzała na niego z niedowierzaniem. – Chłopaku! Jeden Tymbark to prawie cztery złote. Przez pięć dni: dwie dychy. Razy was dwóch? Czterdzieści złotych! Nie po to siedzę tu od rana do wieczora, żeby płacić za przyjemności obcych gówniarzy, od tego są rodzice.

– E tam. – Blondynek wzruszył ramionami.

– Co „e tam”?

– Rodzice nie dają.

– Bo?

– Bo wolą na wino wydać.

Pokręciła głową.

– I dlatego ja mam na ciebie łożyć? Przykro mi, że masz takie życie, stary, ale ja nic na to nie poradzę. Zawsze możesz jakiejś pracy poszukać, jak ci na soczek brakuje.

– O, proszę, kogo my tu mamy! – Do kantorka wszedł jeden z ochroniarzy.

– Znasz ich? – spytała zaskoczona.

– Tego małego nie, ale ten koleś – pokazał na blondynka – to mój sąsiad.

Chłopak zmieszał się widocznie.

– Panie Jacku, pan powie, żeby nas ta pani puściła. My pierwszy raz…
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij