Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Pocałunek bazyliszka. Split or Swallow. Tom 1 - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 marca 2026
8639 pkt
punktów Virtualo

Pocałunek bazyliszka. Split or Swallow. Tom 1 - ebook

Ona ma się nauczyć uwodzić. On jest uosobieniem pokusy.

W królestwie, w którym kruchy pokój między ludźmi a bazyliszkami może runąć od jednego pocałunku, rozkosz staje się narzędziem władzy. Temperance Verus, dziewczyna z najniższego stanu, trafia na elitarny trening mający przygotować ją do roli żony księcia.

Jej mentorem zostaje Caspen, legendarny Król Węży, którego spojrzenie zniewala, a dotyk uzależnia. Każda lekcja z nim to testowanie granic ciała, lojalności i pożądania. Tymczasem książę Leo również zaczyna walczyć o Tem. Gdy dziewczyna odkrywa, że jest związana ze światem bazyliszków mocniej, niż ośmieliłaby się przypuszczać, a władcy obu królestw planują przewrót, będzie musiała wybrać, po której stronie stanąć. Którego władcę jednak wybrać, kiedy jej serce i ciało nie potrafią zdecydować?

Ta historia jest naprawdę HOT. Sugerowany wiek: 18+

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Erotyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8417-659-7
Rozmiar pliku: 2,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

O NINIEJSZEJ KSIĄŻCE

Ponoć najlepiej sięgnąć po tę książkę, nie wiedząc zupełnie nic o jej treści. Dlatego nie znajdziesz tu żadnej notki ani streszczenia. Zostawię ci tylko szczere ostrzeżenie: zapnij pasy. Seria Split or Swallow nie przypomina niczego, co do tej pory czytałaś – i prawdopodobnie nigdy więcej nie przeczytasz nic podobnego.

Pożegnaj się z osobą, którą byłaś, zanim otworzyłaś tę powieść. A gdy już skończysz czytać, podaj ją swojej przyjaciółce, żeby ona też mogła ją poznać.ROZDZIAŁ 1

Nie zgadniesz, co mi się wczoraj przydarzyło – wyszeptała Vera.

Tem westchnęła. Przyszła do piekarni, żeby dostarczyć jajka, a w zamian dostała plotki. Z Verą zawsze tak było.

– Co takiego? – zapytała.

Vera pochyliła się nad ladą, tak by tylko Tem mogła ją usłyszeć.

– Jonathan zabrał mnie pod most.

Tem otworzyła usta ze zdumienia. Każdy wiedział, co oznaczało, gdy chłopak zabierał cię pod most.

– Mówisz serio?

– Tak. – Vera uśmiechnęła się zawadiacko. – Widziałam jego… – zerknęła przez ramię, po czym wróciła spojrzeniem do Tem – kutasa.

Pod wpływem tego słowa dziewczyna się zarumieniła.

– Nigdy jeszcze żadnego nie widziałaś? – Zachichotała Vera, zarzucając swoje blond loki na ramię z wyniosłą satysfakcją.

– Nie – wymamrotała Tem. Koleżanka doskonale wiedziała, że żadnego nie widziała, przynajmniej nie na żywo. Owszem, widywała marmurowe posągi ustawione na schodach prowadzących do kościoła, ale tamte kutasy nie były godne uwagi, bo wyglądały jak małe marchewki. – I jaki był?

Vera się pochyliła, formując usta w konspiracyjny dzióbek.

– Twardy – wyszeptała. – Jak ogórek. Ale ciepły. I idealnie leżał w mojej dłoni.

– Trzymałaś go?

Dziewczyna się roześmiała.

Tem powstrzymała się przed ciśnięciem w nią jajkiem.

– Jego się nie tylko trzyma. Należy się nim bawić. Głaskać go w górę i w dół. – Vera poruszyła dłonią, naśladując ruch, a Tem natychmiast zapamiętała gest. – Aż skończy. – Na widok miny koleżanki zachichotała złośliwie. – Och, Tem – jęknęła nieznośnie protekcjonalnym tonem. – Nie martw się. Jutro sama wszystkiego się dowiesz. Po to właśnie jest bazyliszek.

Każdy wiedział, po co był bazyliszek.

– Oczywiście – ciągnęła Vera – nie zaszkodzi mieć przewagi. W końcu książę wybierze najbardziej wprawną dziewczynę. Dlatego zamierzam zdobyć jak najwięcej doświadczenia.

Tylko Tem znała bolesną prawdę: nie miała z kim ćwiczyć. Chłopcy w jej wieku z nią nie rozmawiali, a jeśli już, to tylko pytali, czy w gospodarstwie jej matki nie zostały jakieś koguty na sprzedaż. Przyjaźniła się jedynie z Gabrielem, ale on w ogóle nie interesował się dziewczynami. Nie miało to jednak większego znaczenia. Tem od zawsze wiedziała, że nie ma szans u księcia, bez względu na to, czego nauczy ją bazyliszek. O wiele bardziej prawdopodobne było to, że książę wybierze do roli żony tak doświadczoną dziewczynę jak Vera.

A ta, jakby wiedziała, co chodzi Tem po głowie, rzuciła:

– Zawsze możesz poćwiczyć w domu.

Tem uniosła brwi.

– Jak?

– Dotykaj się. Jeśli wiesz, jak to robić, łatwiej zrozumiesz, jak dotykać kogoś innego.

Po raz pierwszy Tem poczuła przypływ triumfu.

Już dawno dotykała się sama, w zaciszu własnego pokoju. Robiła to, odkąd tylko pamiętała, i doskonale wiedziała, jak sprawić sobie przyjemność. Te samotne chwile były dla niej ważne – dzięki nim czuła się żywą istotą seksualną. Uwielbiała euforyczną słabość po orgazmie i zastanawiała się, czy gdy mężczyźni kończą, odczuwają coś podobnego.

– Spróbuję dziś wieczorem – odparła, zachowując swój sekret dla siebie.

Poczucie wyższości szybko zniknęło, gdy Vera dodała:

– Oczywiście byłam zachwycona, kiedy Jonathan odwdzięczył się tym samym.

Tem opadła szczęka.

– On ciebie też dotykał?

Vera uśmiechnęła się szeroko, chętna do dalszego snucia opowieści.

– Nie tylko dotykał. On mnie tam smakował.

Tem zmarszczyła czoło.

– Nie rozumiem.

Vera się zaśmiała, a ten dźwięk ugodził Tem prosto w serce.

– No tak, nic dziwnego. Przecież nawet nigdy nie byłaś całowana.

Poczucie upokorzenia tylko się pogłębiło. Skoro Vera nie mówiła o pocałunku w usta, musiała mieć na myśli ten drugi, bardziej intymny akt – taki, jaki Tem tylko sobie wyobrażała, ale nigdy nie spodziewała się go doświadczyć. Jej policzki znów spłonęły rumieńcem wstydu.

– I jak to było? – zapytała, choć wcale nie chciała tego robić. Nie cierpiała dawać Verze okazji do popisów, ale desperacko pragnęła znać odpowiedź.

– Och, Tem… – Vera znowu zachichotała. – Kiedyś sama się przekonasz. – Zawahała się, a potem wykrzywiła usta w okrutnym uśmiechu. – A może i nie. Bo i kto by chciał dziewczynę, która smakuje jak kurze gówno?

Tego już było dla Tem za wiele. Vera trafiła prosto w jej kompleksy, potwierdzając wszystkie mroczne, okropne myśli, jakie kiedykolwiek miała na swój temat – że jest tylko prostą dziewczyną ze wsi, brudną i niekochaną, i że żaden mężczyzna nigdy nie spojrzy na nią w sposób, o jakim marzyła. Odpychanie ich od siebie wymagało od niej ogromnego wysiłku, a gdy już jej się to udawało, to takie dziewczyny jak Vera wszystko psuły.

Tem miała już dość tej głupiej rozmowy.

– Chcesz je czy nie? – Uniosła karton jajek, które wciąż trzymała w ramionach.

– Tak – westchnęła Vera, wyraźnie rozczarowana, że rozmowa przestała się toczyć wokół jej doświadczeń. – Chwileczkę. – Złapała jajka i odeszła, przesadnie kręcąc biodrami.

Tem wykorzystała chwilę na dojście do siebie. Za każdym razem, gdy pozwalała, by Vera wzięła nad nią górę, czuła się żałosna i śmieszna. Ale przecież trudno było nie czuć się gorszą, skoro nigdy nawet nie pocałowała żadnego chłopaka. Nigdy nie będzie taka jak Vera z tymi jej jedwabnymi różowymi wstążkami, którymi prowokacyjnie wymachiwała przed chłopakami na targu. A Tem już zawsze będzie smakowała jak kurze gówno.

Kiedy Vera wróciła z zapłatą, rzuciła jej jeszcze jedno pogardliwe spojrzenie.

– Odpocznij trochę. Przyda ci się to.

W drodze do domu Tem pozwoliła sobie na płacz.

Wybrała okrężną drogę przez las, żeby nikt nie zobaczył jej łez. Szła wzdłuż muru otaczającego całą wioskę. Miał on trzy i pół metra wysokości i był zbudowany z drewna. Od środka wyglądał niepozornie, ale z zewnątrz został obłożony lustrami.

Wieki temu, gdy ludzie przybyli w te strony, nie mieli jeszcze pojęcia o żyjących tu bazyliszkach. Początkowo potwory nie stanowiły zagrożenia – w ludzkiej postaci wyglądały jak zwyczajni ludzie, do tego wyjątkowo atrakcyjni. Ich seksualny urok był nie do odparcia i właśnie dlatego mieszkańcy tak długo potrafili z nimi współistnieć. Ale gdy przybierały swoją prawdziwą postać – ogromnych, bezwzględnych węży – stawały się niebezpieczne.

W końcu wybuchła krwawa wojna. Bazyliszki dysponowały magią, przed którą wieśniacy nie potrafili się bronić. Dopiero gdy odkryto słabości potworów – pianie koguta, zapach łasicy – pojawiła się nadzieja. Kiedy jeden wąż padł martwy po tym, jak spojrzał na swe odbicie w kałuży, mieszkańcy zrozumieli, że bazyliszki stanowią zagrożenie również dla siebie. I wygrali wojnę dzięki lustrzanym tarczom. W zamian za ziemie znajdujące się poza murem węże zgodziły się wykorzystywać swój uwodzicielski dar do szkolenia przyszłej żony księcia, aby ta zapewniła mu potomka. Zawarto kruchy rozejm i odtąd obie strony żyły we względnym pokoju.

Wreszcie Tem zobaczyła małą chatkę na skraju lasu, w której mieszkała z matką, i poczuła, jak zalewa ją fala ciepła. To zawsze będzie jej dom, bez względu na to, co spotka ją poza jego murami.

Gdy weszła do środka, matka podniosła wzrok znad kuchennego stołu.

– Jak ci poszło w piekarni, kochanie?

– Okropnie – odpowiedziała Tem.

– Z jajkami czy z Verą?

– Z Verą.

– Mówiłam ci, żebyś nie zwracała na nią uwagi.

– Ona jest jak giez. A gzy trudno zignorować.

Matka westchnęła i wytarła ręce w fartuch.

– Musisz nauczyć się od tego odcinać.

– Tak jak ty? – Tem doskonale wiedziała, że to cios poniżej pasa. Matka była jedyną osobą, którą wiejskie plotki dotykały jeszcze bardziej niż ją. Samotne wychowywanie dziecka w społeczności, która czciła ojcostwo i ubóstwiała męskich dziedziców, nie było łatwe. Do tego dochodziła jeszcze praca przy kurach, co czyniło z niej zakałę. A z Tem – córkę zakały. – Przepraszam, mamo – dodała szybko, by nie zdążyły paść kolejne słowa.

Matka zacisnęła usta, wyraźnie tłumiąc ból.

– Nie myśl o tym, kochanie. Wiem, że denerwujesz się przed jutrzejszym dniem.

„Denerwować się” to mało powiedziane.

Żeby nie palnąć kolejnej gafy, Tem uciekła do swojego pokoju. Pod wieloma względami był dla niej jak sanktuarium – za każdym razem, gdy świat wydawał się jej zbyt wielki, wiedziała, że może zakończyć dzień samotnie w łóżku.

Tem odwiesiła pelerynę do szafy, po czym położyła się i wbiła pusty wzrok w sufit. Czuła się nieskończenie zmęczona, jakby cały świat spoczywał na jej barkach. I w sumie tak właśnie było. Jeśli jutro nie pójdzie jej dobrze, zawiedzie matkę. Były tylko skromnymi rolniczkami, a ludzie tacy jak Vera patrzyli na nie z góry. Nie miały nic. Ale gdyby Tem zdobyła rękę księcia, mogłaby odmienić ich los.

Dziewczyna pragnęła jedynie uszczęśliwić matkę, co oznaczało zajście jak najdalej w procesie szkolenia. Nie miała szans na zwycięstwo. Ale gdyby udało jej się przejść choćby pierwszą rundę eliminacji – a jeśli Kora pozwoli, może nawet drugą – wtedy matka mogłaby wybaczyć jej to, że książę wybierze inną. Dziewczęta, które zajęły wysokie miejsca podczas szkolenia, ale nie wychodziły za księcia, i tak mogły liczyć na dobre partie i stawały się żonami lordów. Ale nawet gdyby książę się nią zachwycił – co oczywiście było niemożliwe – prawdziwą szansę Tem otrzyma dopiero wtedy, jeśli znajdzie się w finałowej trójce. To właśnie trzy najlepsze dziewczyny spały z księciem, by zademonstrować mu wszystko, czego nauczyły się podczas szkolenia. Dopiero po tym książę wybierał żonę.

Westchnęła i obróciła się na bok. Wpatrywała się w swoje usiane piegami ręce. Maleńkie plamki pigmentu ciągnęły się od jednego końca dłoni do drugiego, tworząc na skórze wzór przypominający konstelację. „Trzymasz w dłoniach gwiazdy – mawiała jej matka, rozcierając palce Tem. – Tak jak twój ojciec”.

Ale gdy dziewczyna chciała dowiedzieć się czegoś więcej, matka milkła i Tem szybko nauczyła się, by nie drążyć tematu. Wiedziała, że ojciec był bolesnym wspomnieniem. Udało jej się ustalić tylko tyle, że matka odeszła od niego, jeszcze gdy była w ciąży. Tem często się zastanawiała, co takiego zrobił, że matka go porzuciła, choć przecież miała świadomość, jak trudno jest prowadzić gospodarstwo bez mężczyzny dźwigającego część ciężaru. Ale to były daremne rozmyślania. No i w sumie to Tem wcale nie chciała się dowiedzieć. To nie zmieniłoby sposobu, w jaki wieśniacy o nich szeptali, ani spojrzeń Very, która patrzyła na nią jak na obrzydliwego robaka, którego trzeba rozgnieść. Nigdy nie będą sprawiedliwie traktowane. Tem już dawno się z tym pogodziła.

Liczyło się tylko to, co miało wydarzyć się jutro w jaskiniach.

W jej głowie wciąż rozbrzmiewały słowa Very: „Odpocznij trochę. Przyda ci się to”.

Tem zamknęła oczy, a kiedy się obudziła, nadeszła już pora kolacji.

Matka stała przy kuchence i mieszała w garnku z gulaszem. Tem wyjęła z szafki bochenek chleba i właśnie zaczęła go kroić, gdy ktoś zapukał do drzwi. Po pięciu krótkich, ostrych puknięciach dziewczyna od razu poznała, że to Gabriel.

Matka podniosła wzrok znad garnka.

– Nie wpuszczaj tego przeklętego chłopaka.

Tem przewróciła oczami. Ostatnim razem, gdy Gabriel wszedł do środka, przewrócił suszarkę i rozbił kilka ulubionych półmisków matki. Potem całymi godzinami Tem próbowała posklejać ceramikę, ale jej się to nie udało. Gabriel nie robił tego specjalnie, ale jego kończyny jakby poruszały się same, zupełnie ignorując przedmioty, a nawet innych ludzi.

– Nie wpuszczę – obiecała Tem, sięgając już po pelerynę.

Przypomniała sobie, że Gabriel chciał się dziś napić, i teraz, gdy o tym pomyślała, wydało jej się to najlepszym pomysłem na świecie.

– I nie wracaj zbyt późno – dorzuciła matka.

– Nie wrócę.

– I jeszcze nie…

– Na pewno tego nie zrobię. – Tem położyła dłonie na ramionach matki.

Ta na nią spojrzała.

– Skarbie, jutro ważny dzień. Chcę tylko, żebyś…

– Zrobiła wrażenie. Wiem. I tak właśnie będzie.

– Chcę, żebyś zrobiła dobre wrażenie.

– Zrobię.

Matka nie wyglądała na przekonaną. Tem też nie.

Puk, puk, puk, puk, puk.

Dziewczyna spojrzała w kierunku drzwi.

– Muszę iść. Wrócę wcześnie, obiecuję.

Szybko pocałowała matkę w skroń, zarzuciła pelerynę i otworzyła drzwi.

W progu stał Gabriel – całe metr osiemdziesiąt czystego chaosu. Miał na sobie długą skórzaną kurtkę, a jego karmelowe włosy były lekko zmierzwione od szybkiego marszu.

– Skóra? – Tem uniosła brew. – Serio? A mówiłeś, że nie będziesz dzisiaj nikogo podrywać.

– Ja zawsze próbuję kogoś poderwać. – Gabriel zajrzał do środka, by wesoło pomachać matce Tem. – Dobry wieczór, pani Verus. Olśniewająco pani dziś wygląda.

Kobieta posłała mu mordercze spojrzenie.

Niewzruszony Gabriel ciągnął dalej:

– Co się gotuje? Cudownie pachnie – zaszczebiotał.

– Zaraz wracamy – rzuciła pospiesznie Tem i wypchnęła chłopaka na ganek.

Gdy ruszyli przez ogród, objął ją ramieniem.

– Twoja mama już mnie chyba nie lubi.

– Wytłukłeś jej półmiski. A ona jest pamiętliwa.

– Phi. – Strzelił z palców, jakby nie miało to większego znaczenia. – Daj mi tydzień i znów znajdę się w jej łaskach.

Wiedziała, że tak pewnie będzie.

– Ale dość o mnie. – Ścisnął ją mocniej. – Czujesz to, Tem?

– Co niby mam czuć?

Wykonał przesadnie teatralny gest i nabrał głośno powietrza.

– To zapach twojego rozwiewającego się na wietrze dziewictwa – powiedział, na co Tem z całej siły go popchnęła, nie osiągnęła jednak niemal żadnego efektu. – Może jednak powinniśmy skupić się na tym, żebyś to ty się z kimś dzisiaj przespała? – ciągnął dalej. – Trochę praktyki przed jutrem by ci nie zaszkodziło.

– Z kim niby miałabym się przespać? – spytała rozgoryczona.

– Z pewnością znajdzie się jakiś pełen życia barman, który ucieszyłby się z twojego towarzystwa.

– Jedyny barman w Jeźdźcu to Stary Steve. Chcesz, żebym przespała się ze Starym Steve’em?

– Nie. Ale jestem pewien, że Stary Steve nie miałby nic przeciwko, żeby przelecieć taką młodą, ładną dziewczynę jak ty…

Walnęła go w ramię.

– To może ty prześpij się ze Starym Steve’em.

Gabriel teatralnie westchnął.

– Proszę cię, Tem. Mam swoje standardy.

– Nie zauważyłam.

– Oho, jesteśmy dziś zadziorni? – Tym razem, gdy go klepnęła, podniósł ręce w geście poddania. – No dobrze, żadne z nas nie prześpi się ze Starym Steve’em. Jego strata. Ja natomiast – chwycił się za klapy kurtki i z przesadną elegancją strzepnął pyłek z ramienia – mam misję, żeby stajenny wreszcie zwrócił na mnie uwagę.

Tem zmarszczyła czoło.

– Z tego, co widziałam wczoraj, Henry już zwrócił na ciebie uwagę.

– Nie, nie Henry. Peter.

– A co jest nie tak z Henrym?

– Nic. Został wysłany w podróż. Przez dwa tygodnie go nie będzie.

– W jaką podróż?

– Pomaga przewozić ludzi na eliminacje.

Zgodnie ze zwyczajem dalsza rodzina księcia zbierała się na czas szkolenia. Ci o wyższym statusie mieszkali w zamku, a reszta zajmowała pokoje w wiejskich zajazdach. Był to czas wyjątkowo korzystny dla lokalnej gospodarki. Dzięki napływowi zamożnych gości wzrost dochodów odnotowywały nawet najbardziej obskurne pensjonaty.

– Serio nie możesz wytrzymać dwóch tygodni bez całowania się ze stajennym? – spytała Tem.

Gabriel się roześmiał.

– Mogę. Ale po co miałbym chcieć?

Na to nie miała już odpowiedzi.

Kiedy dotarli do Jeźdźca, Tem marzyła już tylko o drinku. Bar był zatłoczony bardziej niż zwykle, co wcale jej nie dziwiło. Cała wieś żyła w napięciu, oczekując wydarzeń nadchodzących tygodni.

– Piwa? – zapytał Gabriel.

– Ty stawiasz.

– Dla ciebie wszystko, najdroższa.

Tem usiadła na swoim stałym miejscu i rozejrzała się po sali. W rogu lokalu siedzieli Vera z Jonathanem. Dziewczyna przysunęła się do niego agresywnie blisko, niemalże usiadła mu na kolanach, piersi miała ściśnięte i wypięte. Dwa stoliki dalej rozmawiała grupka podekscytowanych dziewczyn. Tem je rozpoznała – miały przechodzić szkolenie razem z nią. Zastanawiała się, czy były równie zdenerwowane jak ona. Ale śmiały się tak głośno, że w to wątpiła.

Zanim Gabriel wrócił z piwami, żołądek zestresowanej Tem zdążył już zacisnąć się w supeł.

– Za Korę – powiedział, unosząc swoją szklankę w jej stronę.

To był tradycyjny toast.

– Za Korę – odparła i jednym haustem wychyliła połowę piwa.

Uniósł brew.

– Spragniona?

– Bardzo.

Podążył za jej spojrzeniem ku Jonathanowi i Verze, którzy całowali się tak namiętnie, jakby to była ostatnia noc w ich życiu. Gabriel znów uniósł brew.

– Czy oni nie wiedzą, że są w miejscu publicznym?

– Prawdziwa miłość nie zna przeszkód – odparła Tem z rozgoryczeniem.

Gabriel parsknął śmiechem.

– Przecież to żadna miłość tylko nieplanowana ciąża, która zaraz się wydarzy.

Siłą rzeczy Tem się roześmiała. Wątpiła, by Vera była na tyle nierozsądna, żeby nie brać ziela niepłodności, zwłaszcza przy częstotliwości, z jaką uprawiała seks. Wszystkie dziewczyny je stosowały, Tem również, chociaż w trakcie szkolenia i tak nie miało to większego znaczenia – bo z bazyliszkiem nie dało się zajść w ciążę. Tak przynajmniej wszyscy twierdzili. Jednak od lat w wiosce krążyły pogłoski, że w niezwykle rzadkich przypadkach jest to możliwe. A gdyby do tego doszło, dziecko byłoby wynaturzeniem: pół-człowiekiem, pół-bazyliszkiem, na zawsze rozdarte między dwoma gatunkami, nigdy w pełni nienależące do żadnego z nich. Ale to przecież bzdury. Nikt, kogo znała Tem, nigdy nie spotkał takiej istoty i nie było żadnego powodu, by wierzyć plotkom.

Z rozmyślań wyrwał ją głos Gabriela:

– Jak sądzisz, kto wygra?

Spojrzała na niego.

– Co wygra?

– Rękę księcia, oczywiście. Która będzie tą szczęściarą?

Jakie to wymowne, że nie założył od razu, iż będzie to ona. Nie wierzył w nią nawet najlepszy przyjaciel. Ale na takie pytanie mogła odpowiedzieć wyłącznie prawdą.

– Vera. Przecież ona nawet nie potrzebuje szkolenia.

– Hm… – mruknął w zamyśleniu Gabriel, popijając piwo. – Jest zbyt łatwa. Mężczyźni tego nie lubią.

Tem uniosła brew, kiwając głową w stronę Jonathana, którego ręce bezwstydnie wsunęły się pod suknię Very.

– Chyba jednak lubią.

– Tem, ale to nie mężczyzna. To chłopiec.

Ledwo dostrzegała różnicę.

– A ty jak myślisz, kto wygra?

Wzruszył ramionami.

– Przecież to oczywiste, że ty.

Zamrugała. Może jednak w nią wierzył.

– Chyba żartujesz.

– Wcale nie. Dlaczego książę nie miałby wybrać właśnie ciebie?

– Mogę wymienić sto powodów.

– Podaj jeden.

Mogła wymienić wszystkie, ale wskazała ten najbardziej oczywisty.

– Nie mam doświadczenia.

– Od tego właśnie jest bazyliszek.

Zaczynała się ta sama rozmowa co w piekarni.

Tem zesztywniała.

– Wiem, po co jest bazyliszek. Ale nawet jeśli nauczę się wszystkiego, co trzeba, nigdy nie będę wyglądać tak jak ona. – Skinęła głową w stronę Very, która niemalże zlewała się w jedno z Jonathanem.

Gabriel prychnął.

– Jeśli kiedykolwiek będziesz wyglądać tak jak ona, przestanę się z tobą zadawać.

Rzuciła mu mordercze spojrzenie.

– Bądź poważny.

– Ależ ja jestem poważny, Tem. Zdecydowanie traktujesz siebie zbyt surowo. Jesteś świetną partią.

– Twoje zdanie się nie liczy.

– A liczyłoby się, gdyby powiedział to Stary Steve? Bo jestem pewien, że gdybyśmy go o to zapytali, odparłby to samo.

Tem musiała się powstrzymać, by nie wylać mu piwa na kolana.

– To książę musi uznać, że jestem świetną partią. A zapewniam cię, że tak nie będzie.

Gabriel stuknął ją dwa razy w nos.

– Z takim nastawieniem nigdy nie zdobędziesz mężczyzny.

– Książę ledwo jest mężczyzną – burknęła, odtrącając jego rękę.

Książę miał dwadzieścia lat, tak jak ona. Tylko dziewczęta urodzone w tym samym roku co on mogły przystąpić do szkolenia. Tem nigdy nie widziała księcia z bliska, choć jeśli wierzyć głupiej opowieści Very o przypadkowym spotkaniu na rynku, miał zielone oczy. Ale Tem jej nie wierzyła i na pewno nie obchodziło jej, jakiego koloru były jego oczy.

– Wiesz, mogło być gorzej – zauważył Gabriel.

– Niby z czym?

– Z tym szkoleniem. Przynajmniej książę dokona wyboru na podstawie tego, z kim jest mu dobrze w łóżku. Gdyby decydowały inne umiejętności, nie miałabyś żadnych szans.

Zmarszczyła czoło.

– Jakie inne umiejętności?

– Och, no nie wiem. Na przykład gotowania.

– Gotowania?

– Tem, jadłem twoją zapiekankę pasterską. – Skrzywił się. – Strasznie twarda.

Na szczęście w tym momencie do środka wszedł Peter.

Gabriel zerwał się na równe nogi, poprawił kurtkę i przeczesał włosy dłonią.

– Obowiązki wzywają – rzucił, po czym ruszył prosto do chłopaka ze stajni.

Tem nie miała innego wyjścia, jak tylko patrzeć, jak Vera i Jonathan badają granice tego, co wypada robić publicznie. Po dwóch kolejnych piwach postanowiła stąd wyjść.

Zgodnie ze swoją obietnicą nie wróciła zbyt późno. Kiedy jednak dotarła do chaty, panowała w niej cisza – matka była już w swoim pokoju i zapewne spała, bo od świtu czekała ją praca na farmie. Tem obmyła twarz w łazience, po czym wpełzła do łóżka i znów utkwiła wzrok w suficie. Zazwyczaj dotykała się przed snem, ale myśl o jutrzejszym spotkaniu z bazyliszkiem tak ją onieśmielała, że nie była w stanie zrobić nawet tego. Cały czas niespokojnie się wierciła.

Gdy wreszcie zasnęła, śnił jej się ogień.

Nie parzył jej, wręcz przeciwnie – ogrzewał delikatnie, od czubków palców u stóp aż po podstawę czaszki. Wydawał się znajomy, jakby przysłany przez kogoś, kogo znała dawno temu. Płomienie lizały jej palce, dłonie, ramiona. Pojedynczy oddech musnął policzek. A potem wszystko się skończyło.

Następny poranek był jak każdy inny. Tem zajęła się obowiązkami: jak zawsze roznosiła jajka i pomagała matce w kuchni. Z tyłu głowy ciągle miała jednak świadomość, że za mniej niż dwanaście godzin stanie twarzą w twarz z bazyliszkiem.

Kiedy nadszedł wieczór, wyładowywała swój niepokój na ziemniakach.

– Uważaj, Tem – ostrzegła ją matka. – Bo się pokaleczysz.

To byłoby najmniejszym z jej problemów.

Rozzłoszczona rzuciła nóż.

– Matko, nie jestem gotowa – powiedziała. – Skąd będę wiedzieć, co robić?

Matka westchnęła i odgarnęła włosy z jej twarzy.

– Wszystkiego się nauczysz. Bazyliszek cię nauczy.

– A jeśli się nie sprawdzę?

– Przed wejściem do jaskiń żadna z dziewcząt nie jest właściwie przygotowana.

– Nieprawda – mruknęła Tem, myśląc o Verze z Jonathanem.

– Wierz mi, moja droga. Poradzisz sobie doskonale.

Tem westchnęła. To nie miało sensu – matka i tak nic nie zrozumie. A przecież dziewczyna miała wszelkie powody, by się bać. Brak doświadczenia był zaledwie jednym piórem w skrzydle jej lęków. Nie potrafiła wyobrazić sobie straszniejszego scenariusza niż ten, który ją czekał.

A jednak wciąż powracało do niej wspomnienie snu.

Jeśli to, co wydarzy się w jaskiniach, miało być podobne do tego, co stało się we śnie, to może nie ma powodu do strachu.

– Już prawie zmierzch. Może idź się przygotować?

Tem skinęła głową. Wszystko było lepsze niż obieranie ziemniaków.

Wycofała się do łazienki, przygotowała sobie kąpiel i szybko się umyła, starając się nie myśleć o każdym fragmencie swojego nagiego ciała. Kiedy wróciła do kuchni, matka wskazała ławkę.

– Usiądź.

Dziewczyna spełniła polecenie.

Matka stuknęła ją lekko w kolana.

– Podciągnij spódnicę, moja droga.

– Dlaczego?

Kobieta uniosła dwie bursztynowe fiolki.

– Musimy posmarować twoje uda olejkami.

Tem zmarszczyła czoło. Nie chciała wchodzić do jaskiń z tłustymi udami.

– Po co?

– Ylang-ylang jest na odwagę. Drzewo sandałowe – na żar. Dodadzą ci odwagi i przyciągną spojrzenie bazyliszka.

– Byle nie dosłownie – mruknęła Tem, podciągając spódnicę.

– Oczywiście, że nie, moja droga. Przecież wiesz, o co chodzi.

Dziewczyna westchnęła, patrząc, jak matka zdejmuje korki z fiolek i rozprowadza olejki po jej udach. Wtarła je ciepłymi palcami, pozostawiając skórę gładką i błyszczącą. Głęboki, leśny aromat drzewa sandałowego doskonale łączył się z kwiatową intensywnością ylang-ylang. Tem wyobrażała sobie, jak takie zapachy działają na mężczyznę.

Ale przecież to nie mężczyznę miała uwieść...

– Matko – powiedziała niepewnie, gdy ta zakorkowała fiolki. – Jak to będzie?

Nigdy wcześniej nie pytała jej o jej pobyt w jaskiniach. A jednak i ona była jak Tem – urodzona w tym samym roku co książę uczestniczyła w tym samym szkoleniu. Obecny król nie wybrał matki Tem na żonę, ale dziewczyna często się zastanawiała, jak potoczyłoby się jej życie, gdyby jednak to uczynił.

Matka westchnęła głęboko i po raz pierwszy tego wieczoru jej twarz złagodniała. Wyglądała, jakby wspominała coś istotnego.

– To będzie… przemieniające. Zrobisz pierwszy krok ku staniu się kobietą.

– Myślałam, że już nią jestem.

– Jeszcze nie, moja droga. Ledwie zaczęłaś żyć. Nie jesteś w stanie nawet wyobrazić sobie podróży, w którą wyruszysz. – Matka naciągnęła sukienkę Tem, odsunęła się i objęła wzrokiem całą jej sylwetkę. – Pamiętaj, to tylko pierwsza z wielu nocy. Nie obraź go, bo inaczej może nie pozwolić ci wrócić.

– Jak mogłabym go obrazić?

– Jeśli Kora pozwoli, nie zrobisz tego. Ale znając ciebie, znajdziesz jakiś sposób.

Tem westchnęła. Matka nie do końca się myliła.

– Musisz pamiętać, by być grzeczna – kontynuowała. – I całkowicie mu się podporządkować. Ty jesteś uczennicą, on – nauczycielem. To nie czas na twój upór i fanaberie. Masz robić, co ci każe, i spróbować się czegoś nauczyć.

Tem skinęła głową, choć miała wrażenie, że jej żołądek znów zawiązał się w supeł. Nigdy nie była dobra w wykonywaniu poleceń – dlaczego miałoby jej się udać akurat w tej najważniejszej, fundamentalnej kwestii?

– Jestem beznadziejna, matko – wyszeptała, wpatrzona w ziemię.

– Nie, moja droga – odparła łagodnie kobieta, kładąc dłonie na jej ramionach. – Żadna dziewczyna nie jest beznadziejna.

Te słowa nie przyniosły Tem ulgi. Łaknęła od matki konkretów – pragnęła usłyszeć, że ona sama nie jest beznadziejna. Ale nie tego się spodziewała i nie to matka chciała jej dać. Nie będzie konkretów; nie będzie pieszczot dla Tem ani dziś, ani żadnego innego dnia. Były tylko zadanie i jej gotowość, by je wypełnić.

– Już prawie czas – powiedziała jej matka. – Chodź.

Tem skinęła głową, po czym ruszyła za nią przez frontowe drzwi i dalej, brukowaną ścieżką prowadzącą na ulicę. Przed sobą dostrzegła Verę idącą za swoją matką, która właśnie wychodziła z ich chaty. Kiedy dotarły na skraj lasu, Tem znalazła się na końcu szeregu czternastu dziewcząt i ich matek.

Szły jak w transie, żadna z nich nie odezwała się ani słowem, gdy podążały długą ścieżką w głąb lasu. Noc była chłodna – jedna z pierwszych takich tej jesieni. Tem na próżno próbowała się uspokoić. Jej uda były wilgotne, kręciło jej się w głowie i czuła, że zaraz zwymiotuje. Poważnie rozważała zawrócenie i ucieczkę do domu, gdy nagle przed nimi wyrosła ściana.

Dziewczyna nigdy nie była po jej drugiej stronie. Wiedziała, że w różnych miejscach znajdują się wrota, ale nigdy jeszcze przez żadne nie przeszła. Nawet ich nie zamykano – skoro lustrzana powierzchnia stanowiła wystarczającą ochronę, zamki były zbędne. Sama myśl o spotkaniu bazyliszka w jego prawdziwej postaci – i ryzyku, że skamienieje od jego zabójczego spojrzenia – stanowiła dostateczny powód, by pozostawać wewnątrz murów.

Przechodząc przez bramę, Tem w duchu modliła się do Kory.

Po drugiej stronie ściany zobaczyła podnóża góry. Dziewczęta zatrzymały się przed długą linią jaskiń, których wejścia ziały w świetle księżyca niczym otwarte paszcze. Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Aż wreszcie, w wieczornym mroku, z cienia wyłoniła się postać.

Serce podskoczyło Tem do gardła. Stała zbyt daleko, by dostrzec szczegóły, lecz wystarczająco blisko, by wiedzieć, że zgodnie z oczekiwaniami przybrał ludzką postać. To był element układu: żadna z dziewcząt, które starały się o rękę księcia, nie zginie w jaskiniach. Bo wtedy rozejm zostałby złamany. Oczywiście Tem trudno było zaufać porozumieniu zawartemu setki lat temu. Ale nie miała wyboru.

Stojąca obok matka ścisnęła jej nadgarstek.

– Bądź dzielna, dziecko.

Dziewczyna nie musiała się odwracać, by wiedzieć, że została sama. Wszystkie inne matki też zaczęły całować i przytulać swoje córki, po czym zawracały ścieżką do domu, aż w końcu na chłodzie zostały już tylko dziewczęta.

Wszystkie milczały.

Tem uświadomiła sobie, że choć słyszała o treningu niemal codziennie przez większą część swojego życia, nie ma pojęcia, co właściwie się teraz wydarzy. Skąd miała wiedzieć, z którym bazyliszkiem zostanie połączona? I czy to ona miała wybierać, czy one?

Nim zdążyła zapytać o to swoją sąsiadkę, bazyliszek wyszedł naprzód.

– Przybyłyście tu, aby się uczyć – powiedział, a jego głos odbił się echem od skał. – Na końcu treningu książę wybierze jedną z was na swoją żonę.

Zapadła cisza.

Ta informacja wcale ich nie zaskoczyła. A jednak usłyszenie tego właśnie w tej chwili, tuż przed rozpoczęciem szkolenia, wstrząsnęło nimi wszystkimi.

– Naszym zadaniem jest przygotować was na ten zaszczyt. – Jego spojrzenie przesunęło się po dziewczętach, a Tem aż drgnęła, gdy zatrzymało się na niej. – Wejdźcie do swoich jaskiń.

Żadna z nich się nie poruszyła.

Skąd miały wiedzieć, która jaskinia należy do której? Czekały na dalsze instrukcje, lecz bazyliszek już się nie odezwał. Ku satysfakcji Tem nawet Vera wyglądała na zaniepokojoną.

Nagle dziewczyna stojąca przed Tem wydała z siebie krótki, zduszony krzyk, odwróciła się i pobiegła z powrotem w stronę muru. Chwilę później zniknęła w bramie.

Jedna mniej, zostało trzynaście.

W dziwny sposób ta ucieczka dodała Tem siły. Nie była tchórzem; nie ucieknie. Przyszła tu, by napełnić dumą serce matki, a co ważniejsze – by napełnić dumą swoje serce. Mogło jej nie zależeć na księciu, zależało jej jednak na odnalezieniu życia poza kurnikiem. Sama była to sobie winna.

Zanim zdążyła się rozmyślić, zrobiła krok do przodu.

Wszystkie dziewczyny na nią spojrzały, lecz je zignorowała. Skupiła się na jaskiniach i zaczęła przyglądać każdej po kolei. Czternaście jaskiń. Czternaście bazyliszków. Takie przyglądanie się nic jej nie da. Zamknęła oczy. I wtedy, niespodziewanie, coś do niej przyszło. Jakby wzywające ją z ciemności światło. Ruszyła za nim, kierując się ku najdalszej jaskini, czując cień tego, co przeżyła we śnie – kojące ciepło, które ją przyciągało. W jakiś sposób była pewna, że idzie we właściwą stronę.

Nie widziała, czy inne dziewczęta poszły za jej przykładem. Wspięła się na skały, by dotrzeć do wejścia jaskini, po czym wkroczyła w całkowitą ciemność. Było tu tak gorąco, że niemal nieprzyjemnie. Jej wzrok przyzwyczaił się do mroku dopiero po dłuższej chwili, ale gdy w końcu się to udało, dostrzegła w oddali nikłe światło. Ruszyła ku niemu i wkrótce znalazła się w komnacie oświetlonej blaskiem ognia.

A przed nią stał jej bazyliszek.

ROZDZIAŁ 4

W szaleństwie ostatnich minut Tem niemal zapomniała, że bazyliszek obiecał jej posiłek po ich sesjach. Skinęła głową, wciąż odrętwiała po tym wszystkim, co właśnie się wydarzyło.

Caspen wstał i włożył spodnie.

– Zaczekaj tutaj. Zaraz wracam.

Zniknął w cieniu, a ona wykorzystała ten czas, by się ubrać.

Kilka minut później powrócił z tacą. Podszedł do maty, usiadł obok dziewczyny i postawił jedzenie między nimi – było ono o wiele bardziej wykwintne niż wszystko, do czego Tem przyzwyczaiła się w domu. Na tacy leżały kandyzowane orzechy i suszone owoce, sery, cienkie plastry mięsa, chleb z rodzynkami i małe czekoladki. W porównaniu z prostymi strawami, które gotowała jej matka, był to nieosiągalny luksus i Tem niemalże bała się tego dotknąć.

– Wystarczy ci? – zapytał Caspen i popatrzył na nią, jakby czekał na jej aprobatę.

– Och… tak – odparła pospiesznie. – Dziękuję.

– Nie ma za co.

Wciąż jej się przyglądał.

– A ty? Nie jesz?

Uniósł brew.

– Wolałabyś, żebym zjadł?

– Tak. Jedzenie w samotności to żadna przyjemność.

Zaśmiał się cicho, a Tem rozkoszowała się tym dźwiękiem.

– Jak sobie życzysz. – Wskazał na tacę. – Ale ty pierwsza, proszę.

Czując na sobie jego spojrzenie, nieśmiało sięgnęła po chleb. Bazyliszek czekał, aż weźmie kęs, zanim sam coś wziął. Przez chwilę jedli w milczeniu.

W końcu Caspen się odezwał:

– Ty się mnie boisz. – To nie było pytanie, tylko stwierdzenie.

Popatrzyła na niego. Podczas pierwszego spotkania temu zaprzeczyła, teraz jednak wydawało się to bezcelowe.

– Skąd wiesz?

– Wyczuwam to.

– Ale jak?

Spojrzał na nią, a kącik jego ust lekko się uniósł.

– Po twoim sercu. – Pochylił się i musnął palcami jej pierś. – Bije nierówno. I drżysz, kiedy cię dotykam.

Tem spłonęła rumieńcem.

– Nie chcę drżeć.

Wzruszył ramionami.

– To naturalna reakcja. Nie czuję się urażony.

Pokiwała głową, choć nie była pewna, czy mu wierzyć. Wciąż miała w pamięci ostrzeżenie matki.

– Ja… lubię, kiedy mnie dotykasz – wyznała cicho.

Uśmiechnął się szeroko, w świetle ognia jego zęby błysnęły dziko jak u drapieżnika. Był to uśmiech triumfu.

– Wiem o tym.

Chciała zapytać, czy on lubi, gdy ona dotyka jego, ale była zbyt spięta, by przeszło jej to przez gardło. Zamiast tego zapytała:

– Pewnie potrafisz to też wyczuć?

Odchylił się na macie i przekrzywił głowę, by na nią spojrzeć.

– Trzeba by być głupcem, żeby tego nie wyczuć.

Znów oblało ją gorąco. Czyżby zachowywała się w aż tak oczywisty i przewidywalny sposób?

– Uważasz, że jestem nudna? – zapytała, nim zdążyła się powstrzymać.

Ku jej zaskoczeniu z jego gardła znów wydobył się niski, głęboki śmiech.

– Ani trochę.

Jej serce zabiło szybciej.

– Ale przecież w swoim życiu musiałeś poznać z tysiąc ludzi.

– Znacznie więcej niż tysiąc.

Jego słowa zawisły w powietrzu, pełne niejasnego znaczenia. Skoro spotkał tylu ludzi, a mimo to nie uważał jej za nudną, to musiało znaczyć, że wywarła na nim jakieś wrażenie – może nawet dobre. Czy on sugerował, że uważa ją za interesującą?

Ta myśl była zbyt przytłaczająca, by Tem mogła ją wypowiedzieć. Zamiast tego sięgnęła więc po czekoladkę. Nim jednak zdążyła jej dotknąć, bazyliszek złapał ją za rękę. Dziewczyna zamarła, gdy uniósł jej dłoń ku ogniowi, obracając ją tak, by piegi na skórze mieniły się w świetle.

– Od zawsze je masz? – zapytał.

– Tak – odparła. Ku jej przerażeniu na jego twarzy pojawił się cień. – Czy one… to znaczy… czy są złe? – wyjąkała.

Zamrugał.

– Nie – odpowiedział szybko, puszczając ją. – Po prostu… – Zawahał się na dłuższą chwilę, jakby ostrożnie dobierał słowa. – Rzadkie.

– Rzadkie?

– Jedz – rozkazał, ignorując jej pytanie. – Jutro się nie spotkamy.

Poczuła, jak przeszywa ją sztylet niepokoju.

– Dlaczego nie?

– Książę pragnie zobaczyć swoje potencjalne przyszłe żony. Pójdziesz do zamku z pozostałymi uczennicami.

„Uczennicami”.

Tym jednym słowem Caspen ponownie postawił między nimi granicę. Nie miało znaczenia, że przycisnęła usta do jego szyi, że przyciągnął ją bliżej, gdy to zrobiła. Nieważne było to, że zapewnił jej orgazm i ścisnął jej szyję, gdy dochodziła. On był jej nauczycielem, a ona uczennicą, szkoloną przez niego do pewnej roli – i nic więcej.

W milczeniu zjadła resztę posiłku.

Kiedy skończyła, Caspen odprowadził ją na początek ścieżki. Potem bez słowa się odwrócił i zniknął w ciemności.

Przez cały następny dzień Tem była kłębkiem nerwów. Nic nie potrafiło ukoić napięcia, które ściskało ją za każdym razem, gdy myślała o wizycie w zamku. W takich chwilach zazwyczaj szukała towarzystwa Gabriela, by choć trochę się odprężyć, ale tym razem jej przyjaciel był zajęty – pomagał kucharzom w przygotowaniach do wieczornego wydarzenia. Nie pozostało jej więc nic innego, jak tylko pracować z matką w gospodarstwie i próbować nie myśleć o tym, że czas tak upiornie się wlecze. Na dokładkę cały czas wspominała to, co wydarzyło się poprzedniej nocy w jaskini. Za każdym razem, gdy myślała o tym, jak to było trzymać penisa Caspena w dłoni, czuła między udami ogromny ból, który sprawiał, że chciała uciec do swojego pokoju i już nigdy z niego nie wychodzić.

Popołudnie minęło jej na wykonywaniu obowiązków i drobnych zajęć, godziny przeciekały przez palce jak woda. Caspen nie wysłał żadnych impulsów. Tem ledwie słyszała słowa matki, gdy ta do niej mówiła; niemal nie zważała na pianie kogutów. Dopiero gdy zaniosła do piekarni codzienny przydział jaj, została zmuszona do rozmowy dłuższej niż wypowiedzenie dwóch słów. Spotkała Verę – i jak zawsze było to nieznośne.

– No i jak, Tem, jesteś już gotowa na dzisiejsze spotkanie z księciem? Ja oczywiście mam już wybraną suknię, zupełnie nową, z najpiękniejszego różowego jedwabiu, jaki tylko można sobie wyobrazić. A ty w co się ubierzesz?

– Och – powiedziała Tem, która nagle zapragnęła utopić się w stojącej za Verą kadzi czekolady. – Jeszcze o tym nie myślałam. Pewnie włożę jedną z sukien mojej matki.

– Chcesz wystąpić przed księciem w czymś używanym? – prychnęła Vera i zaczęła liczyć jaja tak powoli, że Tem miała wrażenie, jakby czas się cofał. – Nie sądzisz, że to dość żenujące?

W głębi duszy Tem się z nią zgadzała, nie zmieniało to jednak faktu, że nie miała innej sukienki.

– Spieszę się – powiedziała tylko, przez co drwiący uśmieszek Very jeszcze się poszerzył.

– A niby dokąd? Przecież kury chyba potrafią znosić jaja bez ciebie

– Czy mogłabyś się, do cholery, pośpieszyć? – warknęła Tem.

Vera otworzyła usta ze zdumienia. Tem czuła się prawie tak samo zaskoczona jak ona. Przez wszystkie te lata okrutnych docinków nigdy wcześniej nie odważyła się odpyskować koleżance.

– Nie musisz od razu być niegrzeczna – zauważyła Vera, marszcząc z dezaprobatą twarz w kształcie serca. – Takie zachowanie nie zaprowadzi cię daleko u księcia.

– Ale zaprowadziło mnie daleko u Wężowego Króla – odcięła się Tem.

Jeśli wcześniej Vera była zszokowana, to teraz zrobiła się wściekła. Ściągnęła brwi, przechyliła się nad ladą i zmrużyła oczy.

– Jesteś z Wężowym Królem? Chyba sobie żartujesz.

Tem również się pochyliła, nie odrywając od niej wzroku.

– Nie żartuję. I jak zapewne wiesz, to właśnie jego uczennice są zawsze wybierane. Może i nie mam nowej sukienki, ale wątpię, by była mi potrzebna, by zwrócić uwagę księcia.

Chwyciła zapłatę i wyszła, zanim Vera zdążyła powiedzieć choć jedno słowo.

Kiedy wreszcie nadszedł wieczór, ekscytacja, jaką Tem czuła po postawieniu się Verze, dawno minęła – teraz pozostało już coś pomiędzy niepewną odwagą a absolutnym przerażeniem. Pazur nie pulsował przez cały dzień i dziewczyna nie miała pojęcia, co to może znaczyć. Przecież właśnie dziś Caspen powinien o niej myśleć. Potem jednak przypomniała sobie, jak nazwał ją swoją uczennicą, i po raz kolejny poczuła ogromny wstyd. Przecież to oczywiste, że o niej nie myślał. To ona myślała o nim, bo w swej nadgorliwości wciąż zapominała, że jej nauczyciel był śmiertelnie niebezpieczną istotą, mogącą zabić ją jednym spojrzeniem. Jakie to boleśnie przewidywalne z jej strony.

Właśnie z furią wyrywała chwasty obok ścieżki w ogrodzie, gdy podeszła do niej matka.

– Przyszła do ciebie jakaś paczka.

Tem uniosła wzrok ze zdumieniem.

– A co takiego?

Matka wzruszyła ramionami.

– Nie otwierałam jej.

– Kto ją przyniósł?

– Gdy wróciłam z kurnika, zobaczyłam ją leżącą na ganku. Położyłam ją na twoim łóżku.

Z jakiegoś względu wiadomość ta sprawiła, że serce dziewczyny zaczęło bić jak oszalałe. Nim zastanowiła się, od kogo może pochodzić przesyłka, pazur zapulsował. Caspen. To musiał być on.

Gdy niemal biegła do swojego pokoju, po drodze czuła się lżejsza niż przez całe minione godziny.

_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij