Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Pod gwiaździstym niebem Paryża. Tom 1 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
24 kwietnia 2026
16,98
1698 pkt
punktów Virtualo

Pod gwiaździstym niebem Paryża. Tom 1 - ebook

— Nie lecę z tobą do Paryża… To właśnie usłyszała Emma Benet przez telefon, stojąc na lotnisku i czekając na swoją przyjaciółkę, z którą miała polecieć na wspólne wakacje do Paryża. To miały być ich wakacje — jej i Lauren. Porzucona w ostatniej chwili Emma staje przed trudnym wyborem. Czy mimo wszystko polecieć samotnie do miasta miłości? Paryż to nie tylko miłość — to także historia, magia uliczek, zabytki i francuskie boulangerie.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna polska
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788398068611
Rozmiar pliku: 469 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Spis treści

Prolog

CZĘŚĆ I

ROZDZIAŁ 1 — Z JFK do CDG

ROZDZIAŁ 2 — Paryż…? Witaj!

ROZDZIAŁ 3 — Nowy znajomy i nowa okolica

ROZDZIAŁ 4 — Napoleon, Inwalidzi oraz mokra niespodzianka

ROZDZIAŁ 5 — Wariatka, Francuz i miłość na wzgórzu Montmartre

ROZDZIAŁ 6 — Piramida, Mona Lisa oraz inne dzieła

ROZDZIAŁ 7 — Plac Concorde, park rozrywki i diabelski młyn

CZĘŚĆ II

ROZDZIAŁ 8 — Katedra i dzwonnik z Notre-Dame

ROZDZIAŁ 9 — Wszyscy w komplecie

ROZDZIAŁ 10 — Wypadki chodzą parami?

ROZDZIAŁ 11 — Nowa paryska przyjaciółka

ROZDZIAŁ 12 — Makaroniki w kolorach tęczy

ROZDZIAŁ 13 — Francuski wirus i szpital Pompidou

ROZDZIAŁ 14 — Kolejka na Polach Elizejskich, konsola i niemożliwy fart

ROZDZIAŁ 15 — Zawsze ta druga…

ROZDZIAŁ 16 — Dancingi nad brzegiem Sekwany

CZĘŚĆ III

ROZDZIAŁ 17 — Poplątane wiadomości

ROZDZIAŁ 18 — Nowe rozdanie

ROZDZIAŁ 19 — Część pierwsza — 14 Lipca i bal maskowy w Wersalu

ROZDZIAŁ 20 — Część druga — Kopciuszek na balu u Króla SłońcaPROLOG

— Pomożesz mi się z nią umówić?

Pamiętam dokładnie moment, w którym to powiedział. Zwykła sala wykładowa, ostatnie zajęcia przed wakacjami, a ja siedziałam obok chłopaka, przy którym przez ten miesiąc pierwszy raz od początku studiów czułam się zauważona.

Joffrey Gray.

Najpierw zaczął siadać obok mnie przypadkiem. Potem rozmawialiśmy. A potem zaczęłam wierzyć, że to coś znaczy.

— Znasz Lauren Bill? — zapytał z nadzieją.

I wtedy wszystko się rozsypało. Nie o mnie chodziło. Nigdy nie chodziło.

— Świetnie! Pomożesz mi się z nią umówić?

Powinnam była coś powiedzieć. Odmówić. Wyjść. Cokolwiek. Zamiast tego tylko skinęłam głową. Tego samego dnia zostałam swatką własnego złamanego serca.

Kilka miesięcy później siedziałyśmy z Lauren na kampusie.

— Lecimy do Paryża — oznajmiła nagle.

Zaśmiałam się.

— Jasne. A potem na Marsa.

— Nie żartuję, Em. Obiecałyśmy sobie przecież.

I przypomniałam sobie. Dwie piętnastolatki oglądające francuski film, nic nie rozumiejące z dialogów i przekonane, że życie zacznie się dopiero gdzieś indziej.

— Pakt śliny — powiedziałam wtedy.

— Obrzydliwe.

— Skuteczne.

Splunęłyśmy w dłonie i uścisnęłyśmy je, przysięgając, że kiedyś polecimy do Paryża razem.

— W kolejne wakacje — powtórzyła Lauren, wyciągając rękę.

Popatrzyłam na nią. Na dziewczynę, przez którą ktoś złamał mi serce, i jednocześnie jedyną osobę, której nigdy nie potrafiłam mieć za złe. Westchnęłam.

— Dobra. Jeszcze raz.

Splunęłyśmy w dłonie i przybiłyśmy obietnicę. Nie wiedziałam wtedy, że ta decyzja zmieni absolutnie wszystko. Bo do Paryża nie leci się tylko zwiedzać. Czasem leci się tam po nowe życie.ROZDZIAŁ 1 — Z JFK DO CDG

Każda historia ma swój początek. Moja zaczęła się od jednej obietnicy złożonej dawno temu.

Kończył się kolejny rok studiów, a przede mną były ostatnie wolne wakacje. W przyszłym roku, po zdanych egzaminach, miałam ukończyć studia. Był to ostatni moment, by spełnić swoje młodzieńcze marzenie. W te wakacje miałam polecieć do Paryża, tak zwanego miasta miłości albo, jak niektórzy mówią, miasta świateł — z moją najlepszą przyjaciółką Lauren. Wszystko zostało dopięte na ostatni guzik: bilety na samolot kupione, mieszkanie wynajęte na kilka miesięcy.

Przed wyjazdem pożegnałam rodziców oraz młodszego brata i ruszyłam taksówką na międzynarodowe lotnisko JFK w Nowym Jorku. Na lotnisko dostałam się szybko, pomimo popołudniowych korków, które były nieodłącznym znakiem rozpoznawczym tego miasta. Po przejściu kontroli bezpieczeństwa weszłam do hali odlotów. Wtedy mój telefon zaczął głośno dzwonić w plecaku. Zebrałam szybko wszystkie rzeczy z taśmy i stanęłam obok słupa kawałek dalej. Włożyłam rękę do plecaka w poszukiwaniu komórki. Telefon jak zwykle grał ze mną w grę: „szukaj mnie, aż znajdziesz”. Po wysypaniu wszystkich rzeczy z plecaka na podłogę w końcu go znalazłam. Na ekranie widniało jedno nieodebrane połączenie od Lauren.

Jednym ruchem upchnęłam wszystko z powrotem do plecaka i odzwoniłam do przyjaciółki. Wiedziałam, że tak będzie. Na pewno dzwoniła powiedzieć, że się spóźni… A przecież jeszcze wczoraj przypominałam jej, żeby była na czas. Po paru sygnałach w końcu odebrała telefon.

— Mam nadzieję, że jesteś gdzieś blisko i tylko dlatego dzwonisz do mnie — powiedziałam, starając się, by mój ton nie zdradzał irytacji.

Po drugiej stronie usłyszałam ciszę. Spojrzałam na ekran telefonu. Połączenie się nie rozłączyło. Ponownie przyłożyłam telefon do ucha.

— Halo? Jesteś tam? — krzyknęłam do słuchawki, mając złe przeczucie. Coś musiało się stać.

— Hej, tak, jestem — odezwała się. Jej głos brzmiał dziwnie nerwowo.

— Gdzie jesteś? — zapytałam, starając się zachować spokój.

Kolejna pauza. Po chwili w słuchawce usłyszałam westchnięcie.

— Muszę ci coś powiedzieć… ale nie wiem jak… proszę tylko się nie denerwuj.

Zawsze tak jest — gdy ktoś mówi ,,nie denerwuj się’’, od razu zaczynasz się denerwować.

— Co się dzieje? — zapytałam, niecierpliwie przestępując z nogi na nogę.

— Obiecasz, że nie będziesz zła? Proszę obiecaj.

— Zależy, o co chodzi. Jeśli o to spóźnienie, to już je wybaczam — powiedziałam, próbując zachować spokój.

— Obiecaj, proszę…

— Obiecuję.

— Nie lecę z tobą do Paryża… — rzuciła jak granat.

Kiedy w końcu to powiedziała, miałam wrażenie, że świat na chwilę zwolnił. Ludzie poruszali się jak w zwolnionym tempie, a po chwili wszystko wróciło do normalnego rytmu. Dopiero wtedy dotarły do mnie jej słowa: „Nie lecę z tobą do Paryża”. To nie mogła być prawda.

— Co?!

Krzyknęłam zbyt głośno, zwracając na siebie uwagę przechodzących obok ludzi, w tym pracowników ochrony lotniska. Cała zaczerwieniona ze wstydu schowałam się na drugą stronę filara.

— Co?! Jak to nie lecisz?! Żartujesz sobie, prawda? Wszystko jest już zarezerwowane!

— Wiem Em, ale naprawdę nie mogę. Poza tym obiecałaś, że nie będziesz się denerwować…

— Już nieaktualne. Zwariowałaś? Czekam na ciebie na lotnisku, a ty mi mówisz, że nie lecisz?! Co niby takiego się zmieniło?!

Byłam na nią wściekła. Miałam ochotę się rozłączyć, ale nadal czekałam na jej wytłumaczenie.

— Pamiętasz, mówiłam ci ostatnio, że Marco starał się, o przedłużenie kolejnego roku na naszym uniwersytecie?

— Tak…

— Dziś otrzymał decyzję, że nie przedłużą mu kolejnego roku na wymianie studenckiej. Za miesiąc musi wyjechać i chcieliśmy te ostatnie parę tygodni spędzić razem.

Nie mogłam w to uwierzyć. Moja najlepsza przyjaciółka, którą znałam od zawsze, wybrała jakiegoś chłopaka zamiast mnie. Znała go raptem rok i wybrała jego? W końcu wydusiłam z siebie nędzne:

— Co?

— Wiem. Wszystko jest już opłacone. Nie będę domagać się zwrotów kosztów. Przecież możesz polecieć sama, a ja ci to wszystko wynagrodzę, jak wrócisz… obiecuję, Em…

Nie mogłam dalej słuchać tych żałosnych tłumaczeń. Na ekranie nacisnęłam guzik zakończenia rozmowy. Poczułam się zdradzona — tym razem zdrajcą była moja przyjaciółka. Patrzyłam na dzwoniący telefon, ale nie miałam zamiaru go odebrać. Musiałam pomyśleć, co robić dalej. Przyłożyłam głowę do filara i zamknęłam oczy. W głowie kłębiło mi się tysiąc myśli, ale gniew zagłuszył wszystkie.

SMS — Emma

Nie dzwoń do mnie. Nasza przyjaźń jest skończona.

Po wysłaniu wiadomości włączyłam tryb samolotowy. Nie chciałam czytać marnych przeprosin. Spojrzałam na tablicę odlotów. Do wylotu miałam jeszcze półtorej godziny. Podniosłam się z podłogi, chwyciłam rączkę walizki, założyłam plecak na plecy i ruszyłam w stronę stanowiska odprawy. Kolejka na szczęście nie była duża. Kiedy nadeszła moja kolej, miła pani odprawiła mój bagaż bez zbędnych pytań. Po wszystkich formalnościach weszłam jeszcze do księgarni, w której kupiłam książkę pod tytułem Patagonia in Love. Opowiadała historię dziewczyny, która przeżyła niezapomniane wakacje w tym rejonie świata. Było to typowe romansidło, jakich wiele, ale lubiłam taką literaturę — niewinną, piękną, przepełnioną miłością, jakiej sama nigdy nie doświadczyłam. W kolejnym sklepiku kupiłam coś do picia, parę batonów i chipsy serowe na poprawienie humoru. Po zakupach ruszyłam w stronę bramki, gdzie zaczynał się już boarding.

W samolocie zajęłam swoje miejsce w rzędzie czternastym przy oknie. Po zakończonym boardingu oba miejsca zostały puste. No tak, obok miała siedzieć moja przyjaciółka… Przed wystartowaniem wysłałam jeszcze wiadomość rodzicom, informując ich o wylocie. Podczas sześciogodzinnego lotu udało się zobaczyć jeden film, poczytać książkę i trochę się zdrzemnąć. Ze snu wybudził mnie głos pilota informujący pasażerów o przygotowaniu się do lądowania. Usiadłam ponownie na swoim siedzeniu, spoglądając przez okno samolotu. Zza chmur powoli wyłaniało się miasto świateł.

Po bezproblemowym wylądowaniu, stewardesa powitała nas na lotnisku Charles de Gaulle w Paryżu. Po zaparkowaniu samolotu przy rękawie, naszły mnie wątpliwości. Może powinnam jednak kupić bilet powrotny, wrócić do domu i spędzić wakacje u dziadków? Tam nie czułabym się taka samotna i obca. Te myśli nie zostawiały mnie do momentu odebrania bagażu z taśmy. Nie tak to wszystko miało wyglądać, w tym momencie powinnam odbierać bagaż z Lauren, śmiać się, cieszyć się naszymi wspólnymi wakacjami. Kiedy rozejrzałam się dookoła, zorientowałam się, że nikogo poza mną nie było już obok kręcącej się taśmy. Wszyscy pasażerowie z mojego lotu już dawno poszli, a na tablicy znajdował się już nowy kierunek.

— Idę! — rzuciłam do siebie, dodając sobie otuchy.

Złapałam rączkę walizki i ruszyłam w kierunku wyjścia. Szłam za znakami umieszczonymi na ziemi, które miały doprowadzić mnie do postoju taksówek. Niestety złapanie o tej porze taksówki graniczyło z cudem, nie byłam jedyną osobą chcącą dojechać do miasta samochodem. Ustawiłam się grzecznie do kolejki, w której wystałam pół godziny. Gdy przyszła moja kolej, zatrzymała się przede mną taksówka, z której wysiadł mężczyzna na oko około siedemdziesięcioletni. Starszy pan jednym sprawnym ruchem włożył do bagażnika moją dużą walizkę i razem wsiedliśmy do auta. Mężczyzna spojrzał na mnie w lusterku i zapytał:

— On va où — gdzie jedziemy?

Z plecaka wyjęłam kartkę z adresem.

— Ici — tutaj.

Mój francuski nie był wcale jakiś doskonały, uczyłam się go w szkole oraz na studiach i jedynie co potrafiłam powiedzieć było: dzień dobry, dziękuję i do widzenia. Z mówieniem może miałam problem, ale za to więcej rozumiałam. Mój bardzo gadatliwy taksówkarz oddał z powrotem kartkę kiwając głową. Na tablecie wpisał adres, włączył taksometr i w końcu ruszyliśmy w drogę. Podczas jazdy wyglądałam przez okno. Wszystko tutaj wydawało się takie inne. Były tu inne drogi, budynki, a w szczególności auta, które wydawały się mniejsze niż te w Stanach. Spojrzałam na godzinę w telefonie, było już po dwudziestej trzeciej.

— Powinnam zadzwonić do rodziców… — westchnęłam.

Wyłączyłam tryb samolotowy i poczekałam chwilę, aż telefon złapie zasięg. Sekundę później ekran zapełnił się wiadomościami. Większość z nich pochodziła od Lauren, tak jak przypuszczałam. Było również kilka od rodziców z zapytaniem czy wylądowałyśmy i jak minął nam lot. No przecież, rodzice nic nie wiedzieli o mojej solo podróży. Nie wiedziałam, co im powiedzieć czy rzucić żartobliwie: „hej jestem sama na innym kontynencie”. Wzięłam głęboki oddech i wybrałam numer mamy. Po paru sygnałach w końcu odebrała.

— Kochanie! — w słuchawce rozbrzmiał jej ciepły głos. — Tak się martwiliśmy o was! Dzwoniłam do was, ale żadna nie odbierała…

Lauren nic im nie powiedziała. Świetnie… Teraz musiałam dalej kłamać.

— Jedziemy dopiero do mieszkania. Przepraszam, że dopiero teraz odzwaniam, ale musiałyśmy odebrać bagaże, złapać taksówkę. Nie miałam nawet chwili, aby odblokować telefon.

— No dobrze… cześć kochanie! — w tle rozbrzmiał głos taty.

— Cześć tato.

— Martwiliśmy się już z mamą o was, tak długo się nie odzywałyście.

— Właśnie mamie wytłumaczyłam. Słuchajcie, zadzwonię do was jutro… — musiałam jak najszybciej zakończyć rozmowę, zanim zaczną coś podejrzewać.

— No dobrze — odezwała się mama. — Zadzwoń, jak już się tam spokojnie ogarniecie.

— Dobrze, do jutra.

Po zakończonej rozmowie, od razu wybrałam numer Lauren. Jeżeli rodzice nic nie wiedzieli o mojej solo wyprawie do Paryża, tym bardziej nie chciałam, aby ona im to zdradziła.

SMS — Emma

Powiedziałam rodzicom, że jesteś ze mną w Paryżu.

Taką samą wersję trzymaj.

Była mi to winna. Po wysłanej wiadomości znowu włączyłam tryb samolotowy, nie chciałam czekać na jej odpowiedź. Z moich myśli wyciągnął mnie taksówkarz.

— Nous sommes sur place — jesteśmy na miejscu — oznajmił kierowca, kiedy się zatrzymaliśmy.

— D’accord — dobrze — odparłam krótko, ledwo podnosząc wzrok z telefonu.

Mężczyzna wskazał palcem tablet — do zapłaty miałam sto euro?! Przyłożyłam telefon do terminala… Była to moja najdroższa taksówka, którą kiedykolwiek jechałam. Wysiadłam z samochodu i podziękowałam kierowcy, gdy wyjął moją walizkę. Kiedy odjeżdżał, patrzyłam na niego jeszcze przez chwilę, ale kiedy straciłam go z oczu, swój wzrok skierowałam na budynek znajdujący się przede mną. Blok był wysoki, miał chyba z jedenaście pięter, ale dokładnie nie liczyłam. Stałam chwilę bez ruchu. Może to był błąd, ale było już za późno na odwrót. Numer na budynku się zgadzał — 122. Złapałam walizkę, pociągnęłam ją do furtki i weszłam w ciemności korytarza.ROZDZIAŁ 2 — PARYŻ…? WITAJ!

Ciemnym korytarzem doszłam do szklanych drzwi. Szarpnęłam nimi, ale ani drgnęły. Spojrzałam w lewo. Na ścianie wisiał domofon z klawiaturą.

— Potrzebny był kod… — mruknęłam. — Kod.

Odblokowałam telefon i odszukałam mail od właścicielki. Na klawiaturze domofonu wklepałam kombinację 92E65 i drzwi w końcu się otworzyły. W skrzynce numer szesnaście miał znajdować się klucz. Otwór był niewielki, ale na szczęście udało mi się wsunąć palce i go wyjąć. Z kluczem w ręku weszłam do niewielkiej windy i wcisnęłam dziewiąte piętro. Po dotarciu na górę chwilę siłowałam się z ciężkimi drzwiami, a kiedy w końcu wyszłam i stanęłam na korytarzu, dopiero zaczęły się schody. Mieszkania nie miały numerów.

— Świetnie… Które jest moje? — westchnęłam ciężko.

W tym momencie marzyłam tylko o tym, żeby wreszcie wejść do mieszkania i położyć się spać. Ponownie otworzyłam mail i jeszcze raz przeczytałam instrukcję. Według niej od windy miałam skręcić w prawo, w kolejny korytarz, a po lewej stronie miały znajdować się drzwi do mieszkania. To nie mogło być przecież takie trudne… Kiedy weszłam w kolejny korytarz, zobaczyłam drzwi na wprost i dwa kolejne po lewej stronie. Które jest moje? Musiałam wybrać któreś z nich. Czułam się jak przy wyborze domu w Hogwarcie — tylko brakowało kapelusza. Najpierw spróbowałam pierwszych drzwi. Klucz wchodził, ale nie chciał się przekręcić. Drugie — to samo. Wróciłam do poprzednich. Znowu nic. Powtarzałam ten absurd jeszcze kilka razy, aż miałam ochotę się rozpłakać. Ten dzień powinien już dawno się skończyć, a od odpoczynku dzieliły mnie tylko te cholerne drzwi. Musiałam zadzwonić do właścicielki. Mogłam ją obudzić, ale przestało mnie to obchodzić. Gdyby jasno napisała, które to drzwi, nie musiałabym tu stać i się męczyć. Wyłączyłam tryb samolotowy, nie przejmując się przychodzącymi wiadomościami i wybrałam numer. Czekałam, czekałam i nic. Nie odebrała. Musiałam radzić sobie sama. Po kolejnych próbach jedne drzwi w końcu ustąpiły. W duchu dziękowałam za nieobecność sąsiada, który mógłby pomyśleć, że próbuję się włamać. W środku zapaliłam światło, które rozjaśniło niewielki korytarz i kuchnię naprzeciwko.

— W końcu — wyrzuciłam z siebie z ulgą.

Przyciągnęłam walizkę do środka i zamknęłam drzwi na zasuwkę. To było na razie moje nowe mieszkanie na nadchodzące miesiące. Weszłam głębiej, zapalając kolejne światło. Następne pomieszczenie okazało się salonem. Stała tu kanapa, a naprzeciwko niej komoda z niewielkim telewizorem. Obok, bliżej okna, znajdował się szklany stół z dwoma krzesłami. Poszłam dalej i po lewej stronie zobaczyłam niedużą sypialnię z łóżkiem, krzesłem pełniącym funkcje stolika nocnego, komodą oraz dwiema szafami wkutymi w ścianę. Po przekątnej mieściła się niewielka toaleta, a na końcu korytarza łazienka z prysznicem. Po obejrzeniu mieszkania wróciłam po walizkę i wciągnęłam ją do sypialni. Ze środka wyjęłam dwa ręczniki, kosmetyki oraz piżamę z nadrukiem Snoopy’ego. Z tym wszystkim poszłam do łazienki, w końcu się umyć. Po tylu godzinach podróży woda była prawdziwym lekarstwem na moje zmęczenie. Po krótkim prysznicu byłam gotowa położyć się spać. Nie wiedziałam, która jest godzina, ale nie było to wcale ważne. Teraz liczyło się wyłącznie to, że w końcu mogłam zasnąć.

* * *

Następnego dnia po obudzeniu czułam się jeszcze bardziej zmęczona. Uniosłam lekko głowę i spojrzałam na zasłonięte okno — przez szpary w żaluzjach wpadało słońce.

— Muszę je podnieść i zobaczyć, jaki mam widok — wyszeptałam, przecierając oczy.

Sięgnęłam po telefon z krzesła. Było już po dwunastej. Nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio spałam tak długo. Musiałam wstać, doprowadzić się do porządku, zrobić zakupy i wreszcie wyjść na miasto. Przecież po to tu przyjechałam. Wygrzebałam się z łóżka i poszłam do łazienki. Nacisnęłam włącznik światła, ale nic się nie zapaliło. Spróbowałam jeszcze kilka razy, bez skutku. Przecież wczoraj działało. Podeszłam do skrzynki rozdzielczej i sprawdziłam korki. Wszystkie przełączniki były włączone, ale dla pewności przełączałam jeszcze w górę i w dół. Bez efektu. W telefonie wybrałam numer właścicielki, chcąc poinformować ją o zaistniałej sytuacji w mieszkaniu. Mijał sygnał za sygnałem, już prawie traciłam nadzieję, że odbierze, gdy w końcu usłyszałam głos w słuchawce.

— Allô — halo? — odezwała się kobieta.

Odetchnęłam z ulgą.

— Halo? Dzień dobry, Emma Benet z tej strony. Dzwonię w sprawie wynajmowanego mieszkania.

— Ah… Oui, oui — tak, tak. Witam. W czym mogę pomóc?

— Dzwonię w sprawie światła. Niestety nie działa. Sprawdziłam skrzynkę rozdzielczą, ale nic to nie dało. Czy można kogoś…

— D’accord — dobrze — ktoś…

— Co?! — jęknęłam, patrząc na wygaszony ekran.

Telefon rozładował się dokładnie w tym momencie. Świetnie… Zdążyłam tylko usłyszeć, że kogoś wyśle. Ale kiedy? Tego już nie dosłyszałam… Pierwszy dzień w Paryżu i już byłam uwięziona w mieszkaniu. Pozostało mi tylko czekać na jakiegoś francuskiego fachowca, który na pewno nie znał żadnego słowa po angielsku. Odłożyłam telefon obok telewizora i podeszłam do dużych okien, chcąc otworzyć żaluzje. Nacisnęłam kolejny przełącznik. Nawet nie drgnęły. W głowie natychmiast stworzyłam ranking moich niepowodzeń. Oto jak prezentowała się moja lista:

nie było światła

żadna żaluzja ani drgnęła

było ciemno

Nie mogłam wyjść z domu, bo musiałam czekać na elektryka.

Kolejny dzień pięknych niepowodzeń. Te wakacje zapowiadały się wręcz wyjątkowo. Czytać książki też nie mogłam — patrz punkt trzeci. Z plecaka wyciągnęłam niedużą paczkę chipsów serowych i zaczęłam się nimi zajadać. Czekając na elektryka, czułam, jak mija wieczność, a w ciemnym mieszkaniu nachodziły mnie różne myśli. Może jednak wrócić do domu? Spakować walizkę, zadzwonić po taksówkę… No tak telefon był rozładowany. Zawsze mogłam złapać jakiś transport publiczny. Mogłabym wyjść, wrzucić klucze do skrzynki na listy, wrócić do domu i napisać opinie o apartamencie zatytułowaną: Wynajmij mieszkanie z koszmaru. Pięknie brzmiący opis na stronie nijak miał się do rzeczywistości, a właśnie na jego podstawie — oraz na podstawie starannie wykonanych zdjęć — wynajęłam to mieszkanie. Teraz byłam pewna tylko jednego: nigdy więcej nie wynajmę żadnego mieszkania i nigdy nie wyjadę sama. Co najwyżej do dziadków na ranczo. Z moich negatywnych myśli wyrwał mnie dzwonek do drzwi. To zapewne był ten francuski elektryk, który miał mnie uratować z tych ciemności. Wstałam z kanapy, nie zauważając, że nadal paraduję w piżamie. Podeszłam do drzwi i otworzyłam je. Na progu stał wysoki mężczyzna o ciemnoblond włosach i jasnych oczach. Ubrany w garnitur? Patrzył na mnie, a ja na niego. Przyglądając mu się, zaczęłam się zastanawiać, czy wszyscy elektrycy we Francji chodzą w garniturach. Szczerze mówiąc, spodziewałam się stereotypowego fachowca — trochę przygrubego, z brzuchem wylewającym się z przymałych spodni, z torbą pełną narzędzi, żującego gumę i rzucającego tekstem w stylu: „W czym mogę Paniusi pomóc?” Nie chcę mówić, że wierzę w stereotypy, ale tak wyobrażam sobie zwykłego elektryka czy innego fachowca. W domu rodzinnym wszystko zawsze naprawiał tata i nigdy nie wzywaliśmy nikogo do awarii. Taki obraz utrwaliły we mnie różne filmy. Tymczasem przede mną stał młody — nie powiem przystojny — Francuz w garniturze, bez potrzebnych narzędzi. Widać jaki kraj, taki elektryk. Mężczyzna przyglądał mi się jeszcze chwilę, po czym odezwał się z wyraźnym francuskim akcentem.

— Cool — powiedział, wskazując na moją różową piżamę z nadrukiem Snoopy’ego.

Spojrzałam na piżamę, a potem na nieznajomego, który wszedł do mieszkania i zaczął się po nim rozglądać, nie czekając na zaproszenie. Zamknęłam drzwi i zerknęłam w lustro. W tej chwili żałowałam, że nie zabrałam z domu szlafroka — mogłabym się nim przynajmniej zakryć. Czułam, jak policzki zaczynają mi płonąć. Nie wiedziałam, czy bardziej przez piżamę i różowe kapcie, czy przez fakt, że obcy mężczyzna po prostu wszedł do mojego mieszkania bez pytania. Nie chciałam męczyć się po francusku, bo i tak nie potrafiłabym mu tego wszystkiego wytłumaczyć, więc jak najprościej się dało — gestami i po angielsku — spróbowałam pokazać, w czym był problem.

— Tak… więc światło… — zaczęłam.

Wskazałam na włącznik i nacisnęłam go kilka razy. Mężczyzna milczał, więc mówiłam dalej.

— Okej… — westchnęłam i podeszłam do żaluzji — One też nie działają. Może pan to naprawić? To bardzo ważne…

Zawahałam się przez ułamek sekundy, po czym słowa same zaczęły się ze mnie wylewać.

— A jeśli nie, to zostawię panu te klucze i niech pan sobie zamieszka w tym koszmarnym mieszkaniu w waszym koszmarnym mieście, gdzie nie można się dogadać w normalnym języku. Na całym świecie ludzie mówią po angielsku, ale niestety tylko wy, Francuzi, nie możecie się go nauczyć…

Miałam nadzieję, że nic z tego nie zrozumiał. Potrzeba wygadania się była silniejsza ode mnie i właśnie wylałam ją na tego biednego elektryka. Było już za późno na refleksję — powiedziałam prawie wszystko, co leżało mi na sercu i nagle zrobiło mi się lżej. I tak miałam go już nigdy nie zobaczyć. Usiadłam na kanapie i pozwoliłam fachowcowi działać. Rozejrzał się jeszcze raz po mieszkaniu, po czym wyszedł za drzwi.

— Świetnie. Jeszcze sobie wyszedł — mruknęłam na głos.

W tej samej chwili mężczyzna wrócił do mieszkania, podszedł do włącznika i nacisnął go. Światło zapaliło się natychmiast.

— Dziękuję — powiedziałam szybko.

— Nie ma sprawy — odparł spokojnie. — Tylko następnym razem, może nie zostawiaj mieszkania jakiemuś obcemu mężczyźnie. Moja mama wpadłaby w furię.

O nie, nie, nie… On… znał angielski… I na dodatek był synem właścicielki. W tej chwili naprawdę chciałam zapaść się pod ziemię i już nigdy z niej nie wychodzić. Poczułam, jak policzki znowu płoną mi ze wstydu. Mężczyzna chyba tego nie zauważył, bo spokojnie mówił dalej.

— Poza tym miasto jest piękne, jeśli się je pozna. A z tego, co mówiła mi mama, przyjechałaś dopiero wczoraj, więc raczej nie miałaś jeszcze czasu zobaczyć czegokolwiek poza mieszkaniem. Zwłaszcza, że czekałaś tu na mnie, wciąż ubrana w brudną piżamę — spojrzał na nią. — Przypuszczam, że są to okruszki po chipsach.

Był bezczelny, ale trafił w punkt. Miał prawo tak zareagować — to ja pierwsza zaczęłam na niego naskakiwać. Ale na tym się nie skończyło… O nie. Kontynuował:

— Chcę przypomnieć, że francuski był kiedyś językiem elit — powiedział spokojnie niemal z wyższością. — Więc może ty mogłabyś się go nauczyć. Poza tym jesteś we Francji i powinnaś mówić po francusku, a nie w waszym wywyższonym angielskim.

Na moment zrobił krótką pauzę.

— I tak, uczymy się angielskiego od szkoły podstawowej. Ale po co mamy w nim mówić, skoro jesteśmy we Francji?

Kolejne trafienie w punkt. Brawo.

— Dobrze — dodał, przechodząc obok mnie w stronę korytarza. — Wracając do światła: sama mogłabyś to zrobić wcześniej, gdybyś odebrała ode mnie telefon. Wytłumaczyłbym ci, jak włączyć światło w szafie na korytarzu.

— Nie mogłam… — wydukałam w końcu, unosząc rękę z telefonem. — Rozładował mi się, kiedy rozmawiałam z twoją mamą.

— Ah… super… — mruknął. — Mais bon — no cóż.

Wzruszył lekko ramionami.

— Już działa, więc możesz podładować telefon. Żaluzje też są na prąd, dlatego wcześniej nie reagowały. Teraz wszystko będzie działać.

— A mogę zapytać, czemu się rozłączyło? — zapytałam z ciekawością.

— Może korki wyskoczyły w nocy. Albo jakiś sąsiad przypadkiem wyłączył ci prąd. Nie wiem.

Przypomniało mi się wczorajsze włamanie do sąsiada, ale nie miałam zamiaru mu o tym mówić.

— Aha… no dobra.

Syn właścicielki podszedł do ściany i nacisnął przycisk. Drewniane żaluzje zaczęły się powoli unosić. Za szybą stopniowo odsłaniał się widok. Wzięłam głęboki wdech, gdy moim oczom ukazała się… Wieża Eiffla. Najprawdziwsza Wieża Eiffla. Nie taka jak na plakacie, który wisiał w moim pokoju nad łóżkiem. W ogłoszeniu nie było ani słowa o tak zapierającym dech w piersiach widoku. Podeszłam bliżej szklanych drzwi balkonowych i je otworzyłam. Wyszłam na balkon, zapominając o mężczyźnie w mieszkaniu. Teraz zapomniałam o wszystkim. Byłam zakochana w tym widoku. Syn właścicielki również do mnie dołączył. Przez chwilę żadne z nas nic nie mówiło — tylko patrzyliśmy na tę magiczną wieżę.

— Widzę, że nie spodziewałaś się takiego widoku, non — nie? — odezwał się w końcu cicho.

Dopiero teraz zwróciłam uwagę, że w jego angielskim było słychać ten francuski akcent. Dokładnie taki, jak w filmach. Pamiętam, jak z Lauren zawsze się nim zachwycałyśmy… A teraz? Sama tego doświadczałam.

— Nie, nie spodziewałam się — przyznałam, nie odrywając wzroku.

— Specjalnie nie wstawiamy zdjęć widoku — powiedział, opierając się o balustradę. — Jeśli znajdzie się ktoś, kto wynajmie to mieszkanie, sam zobaczy go na własne oczy. Comme toi — jak ty.

W tym momencie poczułam się prawdziwą szczęściarą, że mogłam tego doświadczyć. Przypomniało mi się, jak z Lauren kłóciłyśmy się o to mieszkanie w noc sylwestrową. Nie chciała go, bo podobało się jej inne. Ale dzięki rzuconej wtedy monecie to ja wygrałam i mogłam je zarezerwować. Kiedy w końcu doszłam do siebie i przestałam wydawać z siebie jedynie „woo” i inne niezidentyfikowane dźwięki zachwytu, zwróciłam się do syna właścicielki.

— Dziękuję za pomoc. I przepraszam za to, co mówiłam wcześniej. Powiedzmy, że mam po prostu gorsze dni.

— Ça va, ça va, — w porządku — odpowiedział z lekkim uśmiechem. — Nic się nie stało.

— Przyznaję się — dodałam, spoglądając na swoją bluzkę. — To są okruszki po chipsach serowych.

Spojrzeliśmy na siebie i razem parsknęliśmy śmiechem. Otrzepałam z bluzki resztki chipsów i oparłam się o balustradę, patrząc przed siebie. Wtedy ponownie mój towarzysz wyrwał mnie z zamyślenia. Nie wiem już, który raz z rzędu.

— Jean-Baptiste — powiedział, wyciągając w moją stronę dłoń.

Uścisnęłam ją. Mówiąc:

— Emma Benet, ale możesz mi mówić po prostu Em.

— W takim razie — uśmiechnął się szerzej. — Możesz mówić do mnie po prostu Jean.ROZDZIAŁ 3 — NOWY ZNAJOMY I NOWA OKOLICA

— Miło cię poznać, Em.

— Mi ciebie też, Jean.

Po przedstawieniu się znów zamilkliśmy, patrząc na piękną damę Paryża. Słońce ogrzewało balkon, powietrze było ciepłe, a miasto pod nami wydawało się niemal nierealne. Z Lauren zawsze byłyśmy zafascynowane tym miejscem. Wyobrażałyśmy sobie ludzi wychodzących rano po bagietki do ulubionej boulangerie — piekarni, eleganckie kobiety spacerujące z psami po alejach pełnych drzew i tę lekkość życia, którą widziałyśmy w filmach. I teraz wszystko było tutaj. Na wyciągnięcie ręki. A mimo to czułam złość. Marzenie, które miałyśmy spełnić razem, spełniałam sama. Byłam na nią wściekła, że wybrała kogoś, kto za chwilę i tak zniknie z jej życia. Kiedy Marco wróci do Mediolanu, to ja — mimo wszystko — będę tą osobą, która ją poskłada. Zawsze tak było. Nigdy nie byłam typem dziewczyny, która rozpacza po rozstaniach. Miałam kilka związków, ale żaden nie zostawił po sobie pustki. Nie to, co Lauren — ona kochała całą sobą, a potem rozpadała się na kawałki. A ja zawsze byłam obok. Była dla mnie jak siostra. Znałyśmy się od ósmej klasy. Poznałam ją pierwszego dnia w nowej szkole, kiedy przeniosłam się do Nowego Jorku z rodzicami i młodszym bratem. Otoczyła mnie przyjaźnią i sprawiła, że szkoła stała się dla mnie mniej straszna. Potem były wspólne wieczory i stare francuskie filmy na płytach DVD. I obietnica, że kiedyś razem tu przyjedziemy. Ale zamiast wybrać mnie — swoją najlepszą przyjaciółkę — wybrała jakiegoś chłopaka. A teraz byłam tu sama, ale nie miałam zamiaru się poddać. Nie poddam się. Spędzę ten czas jak najlepiej. To będą najlepsze wakacje mojego życia, mimo że jestem tu sama. Taki był plan. Koniec użalania się nad sobą. Podniosłam się od balustrady i spojrzałam na syna właścicielki.

— Nie chcę brzmieć niemiło — zaczęłam, trochę niepewnie. — Ale chciałabym się wyszykować i wyjść na miasto. Zrobić jakieś zakupy do mieszkania i takie inne… wiesz.

Miałam nadzieję, że nie brzmię, jakbym chciała się go pozbyć z jego własnego mieszkania. Miało to zabrzmieć jak luźna sugestia, w której ukrywało się głębsze znaczenie: dziękuję za pomoc, ale teraz już sobie spadaj. Niestety mężczyzna chyba tego nie zrozumiał.

— Ah oui, bien sûr — tak, oczywiście… Możesz iść się szykować.

Hmm… No dobrze. W takim razie luźna sugestia, z ukrytym znaczeniem, nie zadziałała. Musiałam powiedzieć to wprost.

— Tak, ale chciałabym jednak zostać sama… — spojrzałam na niego i sztucznie się uśmiechnęłam.

— No co ty, szykuj się! Pokażę ci okolice. Pokażę ci ten vrai beau — prawdziwy, piękny Paryż.

Po jego słowach nie miałam już nic do powiedzenia, a tym bardziej żadnego wyboru. No trudno — nie mogłam go przecież wykopać z własnego mieszkania. Na dziś w sumie przydałby mi się taki lokalny przewodnik. Mógł mi pokazać okolicę, a jutro mogłam wybrać się sama, dokąd tylko chciałam. Ten jeden dzień mogłam z nim przeżyć. Przecież nie mogło być to aż takie trudne.

— No dobrze… — rzuciłam. — To pójdę się wyszykować, umyję się i wrócę gotowa.

— D’accord — w porządku.

Wróciłam do mieszkania. Po drodze z komody zabrałam rozładowany telefon i pomknęłam do sypialni po ubrania oraz ładowarkę. Schowałam się w łazience, zamykając się na klucz. Czułam się trochę niezręcznie, wiedząc, że młody Francuz chodzi po mieszkaniu. Szybko się umyłam, ubrałam, nałożyłam trochę pudru na twarz, żeby nie być taką bladą, i wyszłam z łazienki. Za cel postawiłam sobie trochę się opalić podczas zwiedzania. Rzuciłam piżamę na łóżko i wróciłam do salonu. Spodziewałam się, że Jean nadal jest na balkonie, ale go tam nie było. Siedział teraz na kanapie, a w tle leciał włączony telewizor. Rozmawiał przez telefon. Kiedy mnie zobaczył, powiedział do swojego rozmówcy:

— Ok, nous parlerons plus tard — porozmawiamy później.

— Oui, allez, bisou — tak, śmiało, buziaki.

Czułam się trochę niezręcznie, przerywając jego rozmowę, ale nie wyglądał, jakby się tym przejął. Rozłączył się, zablokował telefon i patrząc na mnie, powiedział:

— On y va — idziemy?

Kiwnęłam głową, potwierdzając gotowość. Wróciłam jeszcze do sypialni po plecak i wyszliśmy razem. Teraz oficjalnie zaczęła się moja prawdziwa paryska przygoda. Zjechaliśmy windą na parter, po czym skierowaliśmy się na ulicę. Nie wiedziałam, czy można mu ufać — przecież go nie znałam i nie miałam pojęcia, gdzie mnie zabierze. Na razie chciałam tylko odwiedzić najbliższy sklep, wrócić do domu, ugotować coś na obiad i może trochę odpocząć. Jetlag niestety nadal doskwierał. Musiałam ukierunkować mojego kolegę, jeśli w ogóle mogłam go tak nazwać.

— Jean, słuchaj… — zaczęłam.

— Oui — tak? — spojrzał na mnie.

— Bardzo doceniam, że chcesz mi pokazać okolice i tak dalej…

— Mais — ale? — dopytał, czekając na ciąg dalszy.

— Chciałabym dziś tylko zrobić najpotrzebniejsze zakupy i wrócić do mieszkania. Nadal odczuwam lekki jetlag po podróży…

— Mais bien sûr — ależ oczywiście! — Jean klasnął w ręce, jakby się ucieszył. — Obok jest mały sklepik, nazywa się Franprix.

— O, świetnie się składa. W takim razie możesz mnie tam zaprowadzić, a potem zostawić. Zresztą na pewno dam sobie radę.

— Mais non — ależ nie! Nie zostawię cię. Pomogę ci ugotować obiad. Super pomysł, non — co? A po obiedzie możemy się jeszcze przejść. Przy okazji pokażę ci okolicę, tak jak obiecałem.

Świetny pomysł… Niedokładnie o to mi chodziło. Bardzo doceniałam jego zaangażowanie i chęć pomocy, ale dając mu dwa razy do zrozumienia, że sama dam sobie radę, on naciskał jeszcze bardziej. Zdawał się już trochę męczący i nie mogłam się doczekać, kiedy w końcu wróci do miejsca, z którego przyszedł.

Po kilku minutach spaceru, na końcu ulicy ukazał się obiecany przez Jeana sklep Franprix.

— To co będziesz robić na obiad? — zapytał, spoglądając na mnie z uśmiechem.

— Hmm… — westchnęłam, wciąż nie mając żadnego pomysłu.

Od momentu, kiedy się pojawił, nie miałam czasu nawet się nad tym zastanowić. Lubiłam włoską kuchnię, więc mogłam na szybko zrobić makaron z przepisu Marco.

— Może zrobimy spaghetti? — zaproponowałam w końcu.

— D’accord — dobrze. Idę po makaron i sos, a ty weź warzywa.

— Dobrze.

Jean zniknął za półkami sklepowymi, a ja w końcu zostałam sama ze swoimi myślami. Moje zakupy nie mogły opierać się wyłącznie na produktach na dzisiejszy obiad — musiałam również pomyśleć o kolejnych dniach. Wzięłam wózek stojący przy wejściu i zaczęłam wybierać produkty. W alejce z przyprawami znalazł mnie Jean, trzymając w dłoniach makaron oraz sos pomidorowy i oznajmił, że jest to najlepszy sos do makaronu. Kiwnęłam głową — nie miałam zamiaru się temu sprzeciwiać. Jeszcze kilka razy znikał mi z pola widzenia, przynosząc kolejne produkty, w tym gazowaną Pepsi oraz cydr. Kiedy spojrzałam na ten ostatni produkt, nie byłam przekonana, ale Jean przekonywał mnie, że będzie się dobrze komponował z dzisiejszym obiadem. Twierdził, że cydr to typowy alkohol, który Francuzi piją do obiadu — nie licząc oczywiście wina. Nie przepadałam za alkoholem, ale byłam przecież we Francji i chyba mogłam zrobić wyjątek. Nie spodziewałam się tego, ale zakupy poszły nam bardzo sprawnie. Problemy zaczęły się dopiero przy kasie. Po zeskanowaniu wszystkich produktów, przez kasjerkę oboje wyjęliśmy swoje karty płatnicze. Każde z nas chciało zapłacić. Oczywiście nie miałam zamiaru się na to zgodzić, ale Jean argumentował swoją chęć tym, że wprasza się na obiad. Trochę późno to zrozumiał. Kiwałam przecząco głową — nie chciałam, żeby płacił za moje zakupy.

Naszą wymianę zdań przerwała kasjerka, zwracając się do nas.

— C’est votre femme — to pańska żona?

Skierowałam zdziwione spojrzenie z Jeana na kobietę. Na szczęście tyle jeszcze rozumiałam. Może w tym momencie trochę wyglądaliśmy, jak para, ale tak naprawdę znałam go od godziny.

— Non — nie — odpowiedziałam zdecydowanie.

W tym samym momencie Jean dodał, z lekkim uśmiechem.

— Oui, oui — tak, tak. Cinq ans déjà — pięć lat już.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij