-
nowość
Podróż na wyspę szczęścia - ebook
Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 marca 2026
Podróż na wyspę szczęścia - ebook
Odkrywaj siebie. Puść wodze fantazji. Przeżyj niezwykłą przygodę.
Autor przebojowego bestsellera „Sklep pory deszczowej” powraca z nową inspirującą powieścią!
Książka do personalizacji - możesz pomalować jej brzegi i wyklejki.
Paul, niewidomy chłopiec, syn alkoholika, każdego dnia walczy o przetrwanie w Zamku Zbłądzenia. Nie ma nadziei na lepsze życie, dopóki nie dowiaduje się o mitycznej wyspie, siedzibie Bogini Szczęścia obdarzonej cudowną mocą spełniania życzeń – tak przynajmniej twierdzi Hal, starszy beznogi mężczyzna, którego niedawno poznał chłopiec.
Pełen nadziei Paul wyrusza z Halem w podróż na poszukiwanie niezwykłej wyspy. Dołączają do nich Pratt, tajemniczy chłopiec, który twierdzi, że spadł z nieba i ma mapę prowadzącą na wyspę, oraz Jacob, jednoręki rycerz. Ich wędrówka poprowadzi przez wiele złowieszczych miejsc, Las Niepokoju i Bagno Rozpaczy, Mokradła Frustracji i Pola Cierpienia, gdzie będą musieli zmierzyć się nie tylko z zewnętrznymi niebezpieczeństwami, ale także z wyzwaniami, które rzucą im ich własne ograniczenia.
Ta opowieść o dorastaniu, będąca po części bajką motywacyjną, a po części epicką fantazją, porusza tematy odpowiedzialności, wytrwałości, wzajemnych więzi i śmiałego dążenia do szczęścia. Jej wielowarstwowa narracja przemówi zarówno do dorosłych, jak i młodszych czytelników.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna obca |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8439-116-7 |
| Rozmiar pliku: | 2,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
PRZEKONAJ SIE, ŻE TO, CZEGO SZUKASZ JEST BLIŻEJ, NIŻ MYŚLISZ.
BO NAJWIĘKSZĄ SIŁĄ KAŻDEGO CZŁOWIEKA JEST JEGO ZDOLNOŚĆ DO MARZEŃ
ISTNIEJE MIEJSCE. GDZIE NAJSKRYTSZE MARZENIA MOGĄ STAĆ SIĘ RZECZYWISTOŚCIĄ…
W świecie, w którym Stwórca ukrył ludzkie talenty, jedyną otuchę przynosi legenda o Wyspie Szczęścia. To tam bogini Lusemda spełnia życzenie każdego śmiałka, jeśli ten ofiaruje jej dwa bezcenne dary: Marzenie i Odwagę.
Paul był kiedyś najszybszym biegaczem w wiosce, lecz nieszczęśliwy wypadek odebrał mu wzrok i nadzieję. Jego los odmienia dopiero spotkanie z grupą , niezwykłych wyrzutków: beznogim starcem Halem, jednorękim wojownikiem Jacobem i podającym się za anioła Prattem. Wspólnie wyruszają w długą podróż, która powiedzie ich przez Jaskinię Jaźni, mroczny Las Niepokoju, zwodnicze Morze Przyjemności i wiele innych krain.
Każdy etap tej wyprawy to walka nie tylko z czyhającymi na szlaku pułapkami, ale też z własnymi lękami i słabościami. Czy Paul odzyska wzrok, czy może na końcu drogi odnajdzie coś zupełnie nieoczekiwanego – i równie pięknego?
PORUSZAJĄCA BAŚŃ FILOZOFICZNA Z NURTU KOREAŃSKIEJ HEALINGFICTION, KTÓRA OTULA NICZYM CIEPŁY KOC I UCZY TEGO, CZYM MOŻE BYĆ PRAWDZIWE SZCZĘŚCIE.YOU YEONG-GWANG
Urodził się w 1984 roku w Seongnamie.
Zanim stał się jednym z najciekawszych głosów nowej fali koreańskiej literatury, zarabiał na życie jako dostawca jedzenia.
To właśnie w pracy, w przerwach między kursami, zaczął pisać historię, która przerodziła się w jego debiutancką powieść, _Sklep pory deszczowej_. Odniosła sukces i jego podnoszące na duchu . książki są dziś tłumaczone na kilkanaście języków.
Jak sam przyznaje, pisząc, czuje się naprawdę szczęśliwy i chciałby, żeby czytelnicy znaleźli w jego historiach uzdrowienie i odwagę, która pozwoli im dążyć ku własnemu szczęściu.PROLOG
W dniu, gdy pojawiły się niebo i ziemia,
był sobie Bóg o imieniu Amur.
Amur stworzył na ciemnym niebie
słońce, które rozjaśniło dzień,
oraz gwiazdy i księżyc, które rozświetliły noc.
Jego ręka sięgnęła również pustej ziemi.
Zaczęły ją zielenić rośliny,
a zwierzęta rodziły się i hasały wokół.
Na końcu stworzył człowieka,
aby mógł panować nad tym wszystkim.
Świat był tak piękny, że nie było potrzeby dodawać nic więcej.
Amur, który spośród tego wszystkiego
szczególnie ukochał sobie ludzi,
stworzył różne talenty i podzielił je między tych,
którzy nie mieli ani ostrych zębów czy szybkich nóg,
ani grubego futra bądź skrzydeł do latania.
Dodatkowo sprawił, że sami uświadamiali sobie
cel własnych narodzin i powód, dla którego żyją.
Nie minęło jednak wiele czasu,
a ludzie zaczęli ze sobą walczyć i wdawać się w kłótnie.
Wszystko dlatego, że zaczęli się porównywać,
kto ma wybitniejszy talent
i czyj cel życia jest wspanialszy.
W końcu Amur, nie mogąc dłużej na to patrzeć,
sprawił, że ludzie nie mogli już poznać
celu ani sensu własnego życia.
Ukrył również podarowane im talenty,
aby nie mogli ich łatwo rozpoznać.
I raz jeszcze ludziom
pozostało jedynie słabe ciało.
Amur wezwał rządzącą dniem Boginię Szczęścia
oraz Boginię Nieszczęścia panującą nad nocą
i nakazał im opiekować się ludźmi,
a sam postanowił więcej nie ingerować w ich świat.
Jakiś czas później, w dwóch smugach światła,
Boginie ukazały światu swoje postacie.
Kiedy zstąpiły na ziemię,
pierwszym, co rzuciło im się w oczy,
był widok ludzi egzystujących w bezsilności.
Bogini Szczęścia, która patrzyła na to z żalem,
po długim namyśle stworzyła „nadzieję”,
by ludzie mogli przetrwać i żyć dalej
nawet pośród największych trudności.
Stworzyła również „marzenia”, „odwagę” i „miłość”,
aby ludzie nie tracili nadziei.
Wkrótce w ich sercach
zagościły radość i spokój.
Zaczęli czcić Boginię Szczęścia, która pomogła im
wyrwać się z ponurego życia i poczucia bezsilności.
A w ich świecie z każdym dniem
coraz głośniej rozbrzmiewały pieśni wychwalające jej imię.
Tymczasem Bogini Nieszczęścia,
która obserwowała to wszystko,
zaczęła stopniowo zazdrościć tej drugiej.
Stworzyła „zmartwienie”, „niepokój”, „nienawiść”,
„rozczarowanie” i „żal”,
pragnąc, by i ją czczono tak jak Boginię Szczęścia.
Jednak mimo że stworzyła tak wiele emocji,
siła nadziei, zaszczepionej wcześniej przez jej konkurentkę,
okazała się zbyt wielka.
Bogini Nieszczęścia w końcu zrozumiała,
że ludzie nie są w stanie w pełni odczuwać emocji,
które dla nich stworzyła.
Wypatrując okazji, wykorzystała moment,
gdy Bogini Szczęścia opuściła swoje miejsce.
Wówczas odebrała ludziom marzenia oraz odwagę, które dotąd mieli.
Jednak mimo to ludzie nie poddali się jej emocjom,
ponieważ wciąż pozostała w nich miłość.
Gdy Bogini Nieszczęścia to zauważyła,
chciała odebrać im nawet to ostatnie uczucie,
ale wtedy powróciła Bogini Szczęścia.
Jej zaskoczona rywalka
nie była w stanie pozbawić ludzi całej miłości,
dlatego pozostawiwszy w ich sercach jej nikły ślad,
uciekła w siną dal i zniknęła.
…
I tak minęły niezliczone wieki.1
– I jak to się skończyło? – spytał chłopiec siedzący obok starca ubranego w łachmany. Świecące nad nimi gwiazdy sprawiały wrażenie, jakby zaraz miały się na nich posypać.
– Bogini Szczęścia ruszyła w pogoń za Boginią Nieszczęścia. A gdy ją dopadła, wybuchła między nimi wielka walka.
Starzec przerwał opowieść i na moment zawiesił głos. Miał w zwyczaju tak robić, gdy zbliżał się do końca.
– Była tak zacięta, że trwała podobno aż dziesięć dni i nocy. Mówi się, że dobiegła kresu dopiero po setkach szalejących burz i tysiącach błyskawic.
Wychudzonymi palcami zakreślił w powietrzu trzaskający piorun. Wydał przy tym dźwięk przypominający prawdziwy grzmot.
– Ostatecznie zwycięstwo odniosła Bogini Szczęścia. Bogini Nieszczęścia rozpadła się na drobne kawałki i rozsypała na dobre. Jej rywalka wcale jednak nie wyszła z tego bez szwanku. Zużyła zbyt wiele siły, przez co była tak wyczerpana, że ledwo mogła się poruszyć.
Starzec narysował coś na ziemi patykiem, który leżał obok. Były to dwie pary małych i jedna para ogromnych skrzydeł.
– Nie mając innego wyjścia, Bogini Szczęścia wezwała wróżki i anioły, by strzegły marzeń i odwagi, ukrytych przez jej przeciwniczkę. A przed zapadnięciem w długi sen wypowiedziała podobno ostatnie słowa.
– Jakie słowa? – Chłopiec, nie mogąc się powstrzymać, ponaglił starca.
– Obiecała, że spełni każde życzenie tego, kto przyjdzie do niej z marzeniem i odwagą, jakiekolwiek by ono było.
– Phi, kłamstwo. – Chłopiec bezczelnie parsknął śmiechem, patrząc na starca, który z dużym zaangażowaniem opowiedział mu historię.
Mężczyzna mógł się poczuć dotknięty, ale odpowiedział niewzruszony:
– Myśl sobie, co chcesz. Ja tylko podzieliłem się z tobą tym, co sam zasłyszałem.
– Skoro Bogini Szczęścia naprawdę spełnia życzenia, to czemu nikt nie idzie jej szukać?
– To przez Boginię Nieszczęścia. – Starzec przesunął dłonią po zmierzwionej, swobodnie rosnącej brodzie.
– Przed chwilą mówiłeś, że Bogini Nieszczęścia umarła.
– Bogini Nieszczęścia nie umarła. Rozpadła się tylko na kawałki i w takiej postaci wślizgnęła się do ludzkich serc. Za każdym razem, gdy ktoś próbował odnaleźć marzenie i odwagę, zaczynała szeptać mu bez końca, jakie to trudne oraz jaki jest bezsilny i bezwartościowy.
Chłopiec lubił opowieści starca. Gdy mieszkańcy wioski zbierali się razem, zawsze spędzali czas na obgadywaniu innych albo narzekaniu, ale starzec ani razu nie poruszył takich tematów. Po prostu opowiadał interesujące historie zasłyszane tu i tam.
– Skąd pan o tym wszystkim wie?
Starzec zawsze ciekawie opowiadał, ale tego dnia mówił tak intrygująco, że zasługiwał, by rzucić mu choćby miedziaka. Teraz obrócił głowę delikatnie w bok, a reszta wątłego ciała nawet nie drgnęła.
– Mój mały przyjaciel mi opowiedział.
W miejscu, gdzie skierował spojrzenie, leżało pogrążone we śnie dziecko.
– Pratt, tak? – upewnił się chłopiec.
Pratt był małym dzieckiem, które jako jedyne w wiosce oprócz chłopca trzymało się blisko starca. Ludzie twierdzili, że jest głupi i gada bzdury, więc zamiast używać jego prawdziwego imienia – Brundel – nazywali go Prattem, co oznaczało głuptasa.
– Tym bardziej nie uwierzę, jeśli to historia Pratta – oznajmił chłopiec. – On zawsze mówi same niestworzone rzeczy.
Starzec uśmiechnął się lekko bez słowa. Z niejasnego wyrazu jego twarzy trudno było wyczytać, czy zgadza się z odpowiedzią chłopca, czy nie.
– W każdym razie muszę już iść. – Kiedy chłopiec wstawał, z jego ust mimowolnie wyrwał się cichy jęk. Nogi najwyraźniej zdrętwiały mu od długiego siedzenia, bo zatoczył się jak pijany.
Starzec pożegnał go, pozostając na swoim miejscu.
– Dobrze, idź ostrożnie.
Choć nad głową chłopca wracającego do siebie po rozstaniu ze starcem nadal lśniły gwiazdy, nie był w stanie dostrzec żadnej z nich. To dlatego, że był niewidomy.
Przyspieszył kroku, stukając laską o ziemię, i bez wahania skierował się w stronę domu.
Mieszkał w miejscu znacznie oddalonym od centrum wioski. Jego dom znajdował się daleko i wypadałoby raczej stwierdzić, że stoi na końcu wioski, a nie na jej obrzeżach. Chłopiec minął zaniedbane, podobne do siebie kształtem budynki i wszedł do najbardziej zniszczonego z nich.
Na widok otwierającego drzwi i wchodzącego do środka dziecka mężczyzna, który siedział przy stole i pił alkohol, od razu wybuchnął gniewem.
– Gdzie ty byłeś, że dopiero teraz wracasz?! – Chłopiec próbował wyminąć go bez słowa, ale on znów się odezwał: – Nie mów, że znowu byłeś się spotkać z tym żebrakiem spod cmentarza?
Chłopiec cały czas milczał. Ojciec zacmokał językiem.
– Nie wiem, co zrobił ten człowiek, ale nie mam wątpliwości, że został przeklęty. Spójrz tylko, jaki jest odrażający. Zdaję sobie sprawę, że nie jesteś w stanie go zobaczyć, ale gdybyś mógł, za nic nie chciałbyś się do niego zbliżyć.
Wytarłszy rękawem usta zmoczone alkoholem, mężczyzna zamierzał wyjaśnić, jak dziwacznie i niepokojąco wyglądał starzec. W tym momencie jednak chłopiec wszedł mu w słowo:
– Słyszałem o tym od innych, więc mam jakieś pojęcie, jak on wygląda. Ale skoro i tak nie jestem w stanie go zobaczyć, to jakie to ma znaczenie?
Twarz starca, z którym spotkał się tego dnia chłopiec, była poważnie zniekształcona. Nie dość, że był karłem, to jeszcze nie miał nóg, więc sięgał co najwyżej do łydek człowieka o przeciętnym wzroście. Brudny i zaniedbany, wyglądał, jakby przez całe życie się nie mył. Nosił łachmany i nie dało się określić, kiedy ostatni raz je zmieniał. Co więcej, bijący od niego smród był tak silny, że wszyscy mieszkańcy wioski trzymali się od niego z daleka.
– Poza tym w całej wiosce nie ma nikogo, kto rozmawiałby ze mną tyle co on.
– Właśnie w tym tkwi problem. Ten staruch zawsze gada o marzeniach i nie wiadomo czym jeszcze, opowiada jakieś bezsensowne bzdury, prawda? Paul, marzenia to nic więcej, jak tylko puste frazesy stworzone przez głupców, którzy nie potrafią dostrzec rzeczywistości. Zamiast marnować czas i rozmyślać nad takimi dyrdymałami, już lepiej się napić.
Mężczyzna przerwał i przyłożył szkło do ust. Na stole leżało już kilka innych opróżnionych butelek po alkoholu. Ojciec Paula pociągnął łyk i krzyknął za synem:
– Nie zawracaj sobie głowy bzdetami, tylko lepiej przyłóż się do pracy, którą teraz wykonujesz! Jeśli stracisz nawet tę szansę, będziesz musiał do końca życia żebrać.
Paul zostawił za sobą ojca powtarzającego tę samą gadkę co zwykle i wszedł do swojego pokoju. W pomieszczeniu panował nieprzyjemny chłód, ponieważ nie działało ogrzewanie. Trudno było tu też znaleźć coś, co można by nazwać meblem; związana luźno kupa słomy przykryta białym materiałem mogła od biedy uchodzić za łóżko. Paul postawił przy drzwiach laskę, która stała się prawie częścią jego ciała, i niemal bezwładnie opadł na posłanie. A przed zaśnięciem, tak jak to robił zawsze, zwrócił się w modlitwie do Boga:
– Spraw, proszę, by jutro nie nadeszło.
Wbrew jego pragnieniu poranek zjawił się nieuchronnie. Kiedy zaczynało świtać, niebo stopniowo spowiła delikatna poświata w jasnym odcieniu fioletu, a poranna mgła opadła lekko i nisko, wypełniając wszystkie zakątki uliczek Zamku Zbłądzenia. Świat wciąż pogrążony był w głębokim śnie.
Dzyń. Dzyń.
Dźwięk dzwoneczka podstarzałego sprzedawcy, który ciągnął wózek z mlekiem, jak zawsze obwieszczał początek dnia. Skulone i bezdomne psy jeden po drugim zaczęły się budzić i ospale przeciągać, a ptaki mniejsze niż pięść zlatywały się pod okno i hałasowały. Jeden pręgowany kot próbował wskoczyć na parapet, ale spadł, wymachując tylko na próżno łapami. W mgnieniu oka wioska znów ożyła.
– Haaa… – westchnął Paul i również podniósł swoje ciężkie ciało. Przemył pobieżnie twarz, przeczesał kilka razy włosy palcami i na tym zakończył przygotowania przed wyjściem z domu. Na koniec wcisnął sobie do ust połowę kromki chleba leżącej na stole w salonie. Była tak twarda, że spożywanie jej niewiele różniło się od żucia kory drzewa, ale wyraz twarzy Paula wskazywał, że nic go to nie obchodzi. Wręcz przeciwnie: jakby tak właśnie musiało być, odgryzł spory kęs, zabrał laskę i udał się do sklepu z kocami, gdzie pracował.
– Paul, ty smarkaczu!
Jeszcze zanim zdążył wejść do sklepu, dobiegł go rozgniewany głos właściciela, Steve’a. Zwykle daleko mu było do uprzejmości, ale rzadko bywał tak wściekły jak tego ranka. Trzymając w dłoni gruby koc, rzucił chłopakowi gniewne spojrzenie.
– Zlitowałem się nad tobą i dałem ci pracę, a ty tak mi się za to odpłacasz?
– Ale o czym pan teraz mówi?
Gdy Paul się zmieszał, Steve jeszcze bardziej podniósł głos:
– Naprawdę nie wiesz, skoro tak głupio pytasz?! – Cisnął w niego kocem i trafił Paula prosto w twarz. Koc opadł na podłogę. – Nie będę się rozgadywać. Zabierz to, co zrobiłeś według własnego widzimisię, i natychmiast się wynoś! I ani mi się waż zbliżać ponownie do mojego sklepu.
Chłopiec poczuł się, jakby został zdemaskowany.
– Przepraszam – mruknął ledwo słyszalnym głosem.
– Phi, nie potrzebuję żadnych przeprosin. Dałem ci szansę, a ty sam ją zmarnowałeś.
Stał jak kołek, nie potrafiąc wykrztusić z siebie słowa, więc Steve znowu zaczął na niego wrzeszczeć:
– Co ty tu jeszcze robisz?! Teraz chcesz mi nawet przeszkadzać w prowadzeniu interesu?!
W końcu Paul musiał wyjść, niemal siłą wyciągnięty na zewnątrz przez szarpiącego go za ramię Steve’a. W jego rękach bezwładnie zwisało jedynie kilka zakurzonych koców.
Powodem wyrzucenia Paula ze sklepu było to, że nie posłuchał właściciela. Ucząc go rzemiosła, Steve pokazał, jak tkać koce, mieszając ze sobą w różnych proporcjach wełnę dobrej i gorszej jakości. Pewnego dnia Paul nie mógł już dłużej powstrzymać ciekawości i zadał mu pytanie:
– Dlaczego trzeba to robić właśnie w ten sposób?
Steve zwilżył śliną opuszkę palca i licząc pieniądze, odparł mimochodem:
– W ten sposób da się po prostu obniżyć koszt każdej sztuki.
– Tylko że koc bardzo szybko zrobi się przez to dziurawy i przestanie się do czegokolwiek nadawać.
– Im szybciej się zniszczy, tym lepiej. Dzięki temu ludzie znowu przyjdą coś kupić. Wystarczy, że będziesz robić to, co ci każę. I przestań zadawać zbędne pytania.
– Dobrze…
Paul początkowo pracował zgodnie z poleceniami Steve’a, lecz w pewnym momencie zaczął dodawać nieco więcej wełny dobrej jakości. Od kilku zaś dni zupełnie przestał używać gorszego materiału i gdy Steve się o tym dowiedział, wyrzucił go.
Co mam teraz zrobić? – zapytał sam siebie Paul.
Wyszedł na ulicę bez zastanowienia, ale nie miał żadnego konkretnego miejsca, w które mógłby się udać.
Jeśli tak, po prostu wrócę do domu, stwierdził. Ojciec na pewno mi tego nie daruje.
Kiedy Paul pomyślał o tym, co mogło go czekać, uderzyła go przerażająca myśl. Ojciec zawsze groził synowi, że jeśli nie będzie pracowity, zostanie żebrakiem. Chłopak za każdym razem wyobrażał sobie wtedy siebie na ulicy, proszącego o jałmużnę, co tylko pogrążało go w coraz większym smutku.
Może ojciec miał rację, stwierdził w duchu Paul. Od samego początku nie było chyba niczego, do czego bym się nadawał. Z wyjątkiem żebractwa.
I tak wąskie ramiona chłopaka zapadły się jeszcze niżej. Właśnie w takich chwilach na myśl przychodził mu tylko żebrzący starzec.2
Paul od dziecka słyszał, jak mieszkańcy wioski rozmawiają o dziwnym starcu. Mówiono, że gdzieś w okolicy mieszka niezwykle niski mężczyzna o odrażającym wyglądzie. Jedni uważali go za obłąkanego, inni nazywali przeklętym. Paulowi przyszło do głowy, że ten człowiek zasługuje na współczucie, lecz była to tylko ulotna myśl, która zaraz zatarła się w jego pamięci.
Tamtego dnia nie zanosiło się na deszcz, niebo jednak było zupełnie przysłonięte chmurami. Paul skierował się na obrzeża wioski, by kupić kwiaty na grób, w którym spoczywała jego matka. Minęło sporo czasu od jego ostatniej wizyty na cmentarzu, więc najprawdopodobniej dlatego zbłądził i nie mógł odnaleźć drogi.
Nagle dobiegł go skądś głos oferujący pomoc.
– Żeby dojść do miejsca, gdzie sprzedają kwiaty, musisz pójść jeszcze kawałek przed siebie.
Paul zdziwił się, że ktoś dokładnie wie, dokąd on zmierza, ale to, że zupełnie nie znał tego głosu, wzbudziło jego czujność.
– Kto tam?
– Nie zawracaj sobie tym głowy – odpowiedział nieznajomy. – Chciałem tylko pomóc, bo wyglądało na to, że zgubiłeś drogę.
– Skąd pan wiedział, że się zgubiłem? – spytał Paul, wciąż nie tracąc czujności.
– Prawdę mówiąc, przyglądałem ci się już od dawna. Widziałem, jak chodziłeś po ulicach, wspierając się laską, jak szedłeś na cmentarz przed pogrzebem matki, a także gdy czasem wpadałeś do kwiaciarni.
– Czy to znaczy, że cały czas mnie pan śledził?
– Śledziłem? Ależ skąd! – Rozmówca roześmiał się głośno, jakby usłyszał coś niedorzecznego. – Po prostu ktoś tak młody jak ty, kto chodzi o lasce, zwrócił moją uwagę. Dla takiego starego człowieka bez nóg jak ja jedynym zajęciem od rana do wieczora jest obserwowanie przechodniów.
Dopiero wtedy Paul zorientował się, że obcy głos należał do dziwnego starca, o którym mówili mieszkańcy wioski.
– Ale dlaczego jest pan w takim miejscu?
Mężczyzna, którego twarz pokryta była siecią zmarszczek, posłał mu krzywy uśmiech.
– Ja sprzedaję tutaj szczęście.
– Szczęście? Czy coś takiego można sprzedawać?
– A czy nie leży ono teraz u twoich stóp?
Kiedy Paul spróbował postukać ziemię laską, coś rzeczywiście przyczepiło się do jej końca. Było na tyle twarde, że rozległ się głuchy dźwięk, ale zarówno rozmiar, jak i kształt przedmiotu nie skojarzyły mu się z niczym konkretnym. Pochylił się szybko i bez większego namysłu dotknął go dłonią.
– To przecież tylko kamień.
– To tak zwany Kamień Szczęścia. Każdy, kto go posiada, może stać się szczęśliwszy.
Usłyszawszy wzmiankę o szczęściu, Paul nadstawił uszu. Nie miał wokół siebie nikogo, kto uważałby się za człowieka szczęśliwego.
– Czy mógłby pan wyjaśnić to trochę dokładniej?
Starzec za jednym razem wypluł całą flegmę, która zalegała mu w gardle, i porządnie odchrząknął.
– Ekhm, zasadniczo nie mówi się tego byle komu…
Mimo to wypowiedział te słowa płynnie, jakby wcześniej wyuczył się ich na pamięć. Nie było wątpliwości, że wielokrotnie ćwiczył to sam. Położył brudny kamień na równie brudnej dłoni.
– Wystarczy, że chwycisz go w dłoń i wyobrazisz sobie coś upragnionego. To ty umieszczasz w nim szczęśliwą wizję, o jakiej jesteś w stanie pomyśleć. A jeśli za każdym razem, gdy dotkniesz tego kamienia, będziesz przywoływał tę samą myśl, w pewnym momencie stanie się ona rzeczywistością.
– Czy to naprawdę działa? Jak to możliwe?
Kiedy Paul podszedł bliżej, coraz bardziej zainteresowany, starzec nie był w stanie ukryć zadowolenia malującego się na jego twarzy.
– Cóż, ja też tylko o tym słyszałem, więc może niekoniecznie tak właśnie jest… Ale nawet jeśli coś pominę, pewnie i tak nic się nie stanie. – Być może dlatego, że od dawna nikt nie okazał mu zainteresowania, staruszek tak się podekscytował, że zaczął energicznie poruszać ramionami i z zapałem zabrał się do tłumaczenia. – Dawno, dawno temu, gdy Bóg stworzył ludzi, długo rozmyślał nad tym, jak mógłby dawać im to, czego pragną. Każdy człowiek pragnął czegoś innego, dlatego spełnianie poszczególnych marzeń z osobna było kłopotliwe i męczące. Po długich rozważaniach i dyskusjach z aniołami Bóg sprawił w końcu, że ludzie mogli samodzielnie zdobywać to, o czym często myśleli.
Starzec wytarł ślinę z kącika ust rękawem koszuli, która była tak poplamiona, że jego twarz tylko jeszcze bardziej się ubrudziła.
– Ale gdy po długim czasie zajrzał ponownie do ich świata, nie był w stanie ukryć zaskoczenia. Zobaczył, że ludzie snują wizje pełne myśli o rzeczach, których nienawidzą i które ich zdaniem nie mogą się ziścić. Sami sprawiali tym sobie ból.
– No bo wokół nas zawsze dzieją się tylko złe rzeczy. – Paul powiedział te słowa na tyle głośno, że trudno było je uznać za mówienie do siebie, ale zbyt cicho, by nazwać to normalną odpowiedzią.
Starzec również odezwał się nieco ciszej:
– Właśnie dlatego potrzebny jest ten kamień. Czasem poświęcamy zbyt dużo uwagi złym rzeczom i zajęci narzekaniem, często zapominamy o przyszłości, której naprawdę chcemy, albo o tym, co chcielibyśmy osiągnąć. Można powiedzieć, że ten kamień jest darem od Boga, pozwalającym ludziom właściwie używać swoich myśli.
Paulowi niełatwo było uwierzyć w tę opowieść, ale z jakiegoś powodu nie sądził, że starzec kłamie.
– Więc ile kosztuje ten kamień?
– Jeśli go chcesz, chętnie dam ci go za darmo. Ale w zamian mam jeden warunek.
– Warunek?
Paul ze zdziwioną miną chwycił mocno za mały skórzany woreczek przywiązany przy pasie. W środku znajdował się jeden srebrnik. Za tę sumę można było kupić zaledwie kawałek chleba lub jeden kwiat, ale dla Paula to były wszystkie pieniądze, jakie miał.
– Nie bój się, nie chcę od ciebie żadnych pieniędzy. Zresztą wcale nie wyglądasz na kogoś, kto miałby ich więcej ode mnie…
Starzec poklepał się po biodrze szorstką dłonią.
– Jestem już stary, nie wiem, kiedy odejdę z tego świata. Pewnie wkrótce się to wydarzy. Czy mógłbyś zająć się tą sprawą za mnie, kiedy mnie już nie będzie?
– Mówi pan o sprzedaży kamienia?
Starzec od razu pokręcił głową.
– Mam na myśli przekazywanie dalej prawdy.
Paul, wciąż kucając, powtórzył w myślach słowa, które właśnie usłyszał. Zaraz jednak otrzepał pośladki i wstał.
– Chyba nic z tego. Nawet jeśli powiem coś takiego mieszkańcom wioski, i tak mi nie uwierzą. Sam zresztą nie sądzę, że mógłbym stać się szczęśliwy dzięki jakiemuś kamykowi. Wydaje mi się, że będzie pan musiał poszukać kogoś innego.
Pomyślał, że jeśli zostanie tu dłużej, starzec na pewno nie przestanie go męczyć dziwnymi opowieściami. Postanowił odejść, przyspieszając kroku, zanim karzeł znów zacznie gadać głupoty.
– Znam sposób, by wyleczyć twoje oczy.
Paul, który niemal rzucił się do ucieczki, stanął w miejscu po zaledwie kilku krokach. Choć nie miał wątpliwości, że usłyszał wyraźnie, nie mógł się powstrzymać od pytania:
– Twierdzi pan, że można uleczyć moje oczy?
Starzec nie odpowiedział, tylko rozejrzał się dookoła, po czym zawołał kogoś głośno:
– Pratt!
Usłyszawszy swoje imię, mały chłopiec zbierający w pobliżu kamienie podbiegł do starca. Miał niebieskie oczy, wyjątkowo kręcone włosy i twarz równie brudną jak staruszek. W kąciku jego oka znajdował się duży śpioch, którego jeszcze nie zdążył wytrzeć.
– Co się stało?
– Czy na Wyspie Szczęścia, o której wspominałeś, będzie można również uleczyć oczy tego chłopca?
– Oczywiście. Ale kto to taki? – Mówił głosem małego chłopca, który nie przeszedł jeszcze mutacji.
Kiedy Paul, zakłopotany, zrobił krok do tyłu, starzec szturchnął delikatnie plecy dziecka.
– No już, przedstaw się.
– Hej, mam na imię Brundel. Przybyłem z nieba.
– Z nieba, mówisz?
– Tak.
Paul na chwilę zaniemówił, ale starając się ukryć zażenowanie, zaraz zapytał:
– Naprawdę możesz wyleczyć moje oczy?
– Nie, ja tego nie potrafię. Ale mogę cię zaprowadzić w miejsce, gdzie da się to zrobić.
– Masz na myśli tę Wyspę Szczęścia, o której wspomnieliście?
– Tak, właśnie o nią chodzi – odpowiedział chłopiec, dłubiąc w nosie.
– A kiedy się tam wybierasz?
– Tego jeszcze nie wiem. W niebie istnieje coś, co nazywa się Czasem Obietnicy. Odkąd straciłem skrzydła, nie mam już zdolności, by go rozpoznać, ale gdy nadejdzie ta chwila, na pewno zabiorę cię ze sobą.
Zaraz potem oddalił się bez słowa i wrócił na wcześniejsze miejsce, gdzie znów wziął się do zbierania kamieni. W jego zachowaniu nie było ani krzty uprzejmości. Gdy sobie poszedł, Paul wciąż tkwił w pozie, którą przyjął podczas rozmowy, przez co zaczął się czuć niezręcznie.
– Hehehe… – Starzec próbował ratować sytuację, ale wydał z siebie jeszcze bardziej zakłopotany rechot, po czym zaczął się nieporadnie tłumaczyć: – Przyznaję, że Pratt bywa dziwaczny. Nie jest to jednak złe dziecko, nic z tych rzeczy. Doskwiera mu po prostu samotność. Nikt nie słucha tego, co mówi, ani nie okazuje mu ciepła. – Starzec zerknął na reakcję Paula, po czym ostrożnie dodał: – Właśnie dlatego chciałem zapytać… Czy mógłbyś, choćby raz na jakiś czas, przychodzić tutaj i trochę z nim posiedzieć? Cieszyłbym się jeszcze bardziej, gdybyś i mnie dotrzymał towarzystwa…
Paul przez chwilę się nie odzywał. I tym razem chciał odmówić, ale z jakiegoś powodu nie potrafił otworzyć ust. Odkąd doznał urazu oczu, sam doświadczał bowiem ogromnej samotności, większej niż ktokolwiek inny. Teraz poszurał laską po ziemi, jakby dla zabicia czasu, a potem takim tonem, jakby nie miał innego wyjścia, przyrzekł, że będzie przychodzić.
Tak wyglądało ich pierwsze spotkanie. Już od następnego dnia Paul zaczął ich odwiedzać, gdy tylko miał czas. Na początku trudno było mu się zbliżyć do starca z powodu zapachu, którym przesiąkło jego ciało, ale z czasem i do tego się przyzwyczaił. Mężczyzna zawsze witał Paula z radością i za każdym razem opowiadał mu różne historie, które zasłyszał przypadkiem tu i ówdzie.
Chłopak dowiedział się, że starzec ma na imię Hal i że jest już w bardzo podeszłym wieku. Uświadomił sobie też, że wcale nie był tak dziwny, jak twierdzili ludzie z wioski.
Hal zajął miejsce w zaułku jednej z rzadko uczęszczanych bocznych alejek i siedział tam, jakby czekał na gościa, choć nie była to jeszcze pora jego odwiedzin. Gdy dostrzegł w oddali zbliżającego się Paula, pomachał mu na powitanie.
– Jesteś dziś wcześniej niż zwykle.
– Tak…
– Co cię sprowadza o tej porze? Czyżbyś rzucił pracę?
– Nie rzuciłem, tylko mnie zwolnili.
Paul podszedł swobodnie do staruszka i usiadł obok, po czym schował głowę między kolanami.
– Dlaczego Bóg stworzył kogoś takiego jak ja? Przecież nic nie potrafię i do niczego się nie nadaję. Czy to znaczy, że teraz nie zostało mi nic innego, jak tylko żebrać na ulicy?
Na widok przybitego Paula na twarzy starca, i tak już wykrzywionej przez smutek, pojawiło się jeszcze więcej współczucia. Spojrzał na bezchmurne niebo, jakby szukał w nim słów pocieszenia.
– Trudno powiedzieć… Ale jeśli naprawdę istnieje Bóg, to raczej nie stworzył cię dlatego, że na świecie brakuje żebraków.
Paul spuścił głowę jeszcze niżej i odezwał się głosem, który niemal drżał od tłumionych łez:
– Bóg jest taki niesprawiedliwy. Dlaczego innym daje aż nadto, a mnie odbiera nawet te ochłapy, które mi rzucił? Skoro tak to ma wyglądać, to lepiej by było, gdybym w ogóle się nie urodził. Przecież nigdy nie pchałem się na ten świat, więc nie rozumiem, dlaczego spotkał mnie tak ciężki los.
Starzec przez dłuższą chwilę patrzył na Paula ze współczuciem. Następnie przeniósł wzrok z powrotem na niebo, na którym i tak nie działo się nic ciekawego.
– Widzisz, życie jest jak prezent, który ktoś ci podarował. Przez to, że skrywa się pod wieloma warstwami opakowania, tak naprawdę dopóki go nie rozpakujesz, nie wiesz, co znajduje się w środku. Nawet jeśli teraz widać tylko pogniecioną powierzchnię, w końcu nadejdzie dzień, w którym dowiesz się, co otrzymałeś i jakie jest prawdziwe znaczenie tego prezentu.
Paul uniósł głowę i spojrzał na starca niewidzącymi oczami.
– Czy to znaczy, że przez całe życie ani razu pan nie narzekał?
Starzec wybuchnął śmiechem, odsłaniając kilka żółtych zębów, które mu jeszcze zostały.
– Gdybym postanowił narzekać, to życia by mi na to nie starczyło, prawda? – powiedział i znów się zaśmiał.
Paul cicho mu zawtórował, lecz zaraz opuścił kąciki ust. Przed oczami znów stanął mu wizerunek Hala nakreślony przez mieszkańców wioski. Zakłopotany, zmienił temat, rozglądając się za niczemu winnym chłopcem.
– A gdzie się podział Pratt?
– Znowu poszedł sprzedawać Kamienie Szczęścia – odparł starzec, wciąż się uśmiechając. – Pewnie nie sprzeda żadnego, ale to jego jedyne zajęcie.
BO NAJWIĘKSZĄ SIŁĄ KAŻDEGO CZŁOWIEKA JEST JEGO ZDOLNOŚĆ DO MARZEŃ
ISTNIEJE MIEJSCE. GDZIE NAJSKRYTSZE MARZENIA MOGĄ STAĆ SIĘ RZECZYWISTOŚCIĄ…
W świecie, w którym Stwórca ukrył ludzkie talenty, jedyną otuchę przynosi legenda o Wyspie Szczęścia. To tam bogini Lusemda spełnia życzenie każdego śmiałka, jeśli ten ofiaruje jej dwa bezcenne dary: Marzenie i Odwagę.
Paul był kiedyś najszybszym biegaczem w wiosce, lecz nieszczęśliwy wypadek odebrał mu wzrok i nadzieję. Jego los odmienia dopiero spotkanie z grupą , niezwykłych wyrzutków: beznogim starcem Halem, jednorękim wojownikiem Jacobem i podającym się za anioła Prattem. Wspólnie wyruszają w długą podróż, która powiedzie ich przez Jaskinię Jaźni, mroczny Las Niepokoju, zwodnicze Morze Przyjemności i wiele innych krain.
Każdy etap tej wyprawy to walka nie tylko z czyhającymi na szlaku pułapkami, ale też z własnymi lękami i słabościami. Czy Paul odzyska wzrok, czy może na końcu drogi odnajdzie coś zupełnie nieoczekiwanego – i równie pięknego?
PORUSZAJĄCA BAŚŃ FILOZOFICZNA Z NURTU KOREAŃSKIEJ HEALINGFICTION, KTÓRA OTULA NICZYM CIEPŁY KOC I UCZY TEGO, CZYM MOŻE BYĆ PRAWDZIWE SZCZĘŚCIE.YOU YEONG-GWANG
Urodził się w 1984 roku w Seongnamie.
Zanim stał się jednym z najciekawszych głosów nowej fali koreańskiej literatury, zarabiał na życie jako dostawca jedzenia.
To właśnie w pracy, w przerwach między kursami, zaczął pisać historię, która przerodziła się w jego debiutancką powieść, _Sklep pory deszczowej_. Odniosła sukces i jego podnoszące na duchu . książki są dziś tłumaczone na kilkanaście języków.
Jak sam przyznaje, pisząc, czuje się naprawdę szczęśliwy i chciałby, żeby czytelnicy znaleźli w jego historiach uzdrowienie i odwagę, która pozwoli im dążyć ku własnemu szczęściu.PROLOG
W dniu, gdy pojawiły się niebo i ziemia,
był sobie Bóg o imieniu Amur.
Amur stworzył na ciemnym niebie
słońce, które rozjaśniło dzień,
oraz gwiazdy i księżyc, które rozświetliły noc.
Jego ręka sięgnęła również pustej ziemi.
Zaczęły ją zielenić rośliny,
a zwierzęta rodziły się i hasały wokół.
Na końcu stworzył człowieka,
aby mógł panować nad tym wszystkim.
Świat był tak piękny, że nie było potrzeby dodawać nic więcej.
Amur, który spośród tego wszystkiego
szczególnie ukochał sobie ludzi,
stworzył różne talenty i podzielił je między tych,
którzy nie mieli ani ostrych zębów czy szybkich nóg,
ani grubego futra bądź skrzydeł do latania.
Dodatkowo sprawił, że sami uświadamiali sobie
cel własnych narodzin i powód, dla którego żyją.
Nie minęło jednak wiele czasu,
a ludzie zaczęli ze sobą walczyć i wdawać się w kłótnie.
Wszystko dlatego, że zaczęli się porównywać,
kto ma wybitniejszy talent
i czyj cel życia jest wspanialszy.
W końcu Amur, nie mogąc dłużej na to patrzeć,
sprawił, że ludzie nie mogli już poznać
celu ani sensu własnego życia.
Ukrył również podarowane im talenty,
aby nie mogli ich łatwo rozpoznać.
I raz jeszcze ludziom
pozostało jedynie słabe ciało.
Amur wezwał rządzącą dniem Boginię Szczęścia
oraz Boginię Nieszczęścia panującą nad nocą
i nakazał im opiekować się ludźmi,
a sam postanowił więcej nie ingerować w ich świat.
Jakiś czas później, w dwóch smugach światła,
Boginie ukazały światu swoje postacie.
Kiedy zstąpiły na ziemię,
pierwszym, co rzuciło im się w oczy,
był widok ludzi egzystujących w bezsilności.
Bogini Szczęścia, która patrzyła na to z żalem,
po długim namyśle stworzyła „nadzieję”,
by ludzie mogli przetrwać i żyć dalej
nawet pośród największych trudności.
Stworzyła również „marzenia”, „odwagę” i „miłość”,
aby ludzie nie tracili nadziei.
Wkrótce w ich sercach
zagościły radość i spokój.
Zaczęli czcić Boginię Szczęścia, która pomogła im
wyrwać się z ponurego życia i poczucia bezsilności.
A w ich świecie z każdym dniem
coraz głośniej rozbrzmiewały pieśni wychwalające jej imię.
Tymczasem Bogini Nieszczęścia,
która obserwowała to wszystko,
zaczęła stopniowo zazdrościć tej drugiej.
Stworzyła „zmartwienie”, „niepokój”, „nienawiść”,
„rozczarowanie” i „żal”,
pragnąc, by i ją czczono tak jak Boginię Szczęścia.
Jednak mimo że stworzyła tak wiele emocji,
siła nadziei, zaszczepionej wcześniej przez jej konkurentkę,
okazała się zbyt wielka.
Bogini Nieszczęścia w końcu zrozumiała,
że ludzie nie są w stanie w pełni odczuwać emocji,
które dla nich stworzyła.
Wypatrując okazji, wykorzystała moment,
gdy Bogini Szczęścia opuściła swoje miejsce.
Wówczas odebrała ludziom marzenia oraz odwagę, które dotąd mieli.
Jednak mimo to ludzie nie poddali się jej emocjom,
ponieważ wciąż pozostała w nich miłość.
Gdy Bogini Nieszczęścia to zauważyła,
chciała odebrać im nawet to ostatnie uczucie,
ale wtedy powróciła Bogini Szczęścia.
Jej zaskoczona rywalka
nie była w stanie pozbawić ludzi całej miłości,
dlatego pozostawiwszy w ich sercach jej nikły ślad,
uciekła w siną dal i zniknęła.
…
I tak minęły niezliczone wieki.1
– I jak to się skończyło? – spytał chłopiec siedzący obok starca ubranego w łachmany. Świecące nad nimi gwiazdy sprawiały wrażenie, jakby zaraz miały się na nich posypać.
– Bogini Szczęścia ruszyła w pogoń za Boginią Nieszczęścia. A gdy ją dopadła, wybuchła między nimi wielka walka.
Starzec przerwał opowieść i na moment zawiesił głos. Miał w zwyczaju tak robić, gdy zbliżał się do końca.
– Była tak zacięta, że trwała podobno aż dziesięć dni i nocy. Mówi się, że dobiegła kresu dopiero po setkach szalejących burz i tysiącach błyskawic.
Wychudzonymi palcami zakreślił w powietrzu trzaskający piorun. Wydał przy tym dźwięk przypominający prawdziwy grzmot.
– Ostatecznie zwycięstwo odniosła Bogini Szczęścia. Bogini Nieszczęścia rozpadła się na drobne kawałki i rozsypała na dobre. Jej rywalka wcale jednak nie wyszła z tego bez szwanku. Zużyła zbyt wiele siły, przez co była tak wyczerpana, że ledwo mogła się poruszyć.
Starzec narysował coś na ziemi patykiem, który leżał obok. Były to dwie pary małych i jedna para ogromnych skrzydeł.
– Nie mając innego wyjścia, Bogini Szczęścia wezwała wróżki i anioły, by strzegły marzeń i odwagi, ukrytych przez jej przeciwniczkę. A przed zapadnięciem w długi sen wypowiedziała podobno ostatnie słowa.
– Jakie słowa? – Chłopiec, nie mogąc się powstrzymać, ponaglił starca.
– Obiecała, że spełni każde życzenie tego, kto przyjdzie do niej z marzeniem i odwagą, jakiekolwiek by ono było.
– Phi, kłamstwo. – Chłopiec bezczelnie parsknął śmiechem, patrząc na starca, który z dużym zaangażowaniem opowiedział mu historię.
Mężczyzna mógł się poczuć dotknięty, ale odpowiedział niewzruszony:
– Myśl sobie, co chcesz. Ja tylko podzieliłem się z tobą tym, co sam zasłyszałem.
– Skoro Bogini Szczęścia naprawdę spełnia życzenia, to czemu nikt nie idzie jej szukać?
– To przez Boginię Nieszczęścia. – Starzec przesunął dłonią po zmierzwionej, swobodnie rosnącej brodzie.
– Przed chwilą mówiłeś, że Bogini Nieszczęścia umarła.
– Bogini Nieszczęścia nie umarła. Rozpadła się tylko na kawałki i w takiej postaci wślizgnęła się do ludzkich serc. Za każdym razem, gdy ktoś próbował odnaleźć marzenie i odwagę, zaczynała szeptać mu bez końca, jakie to trudne oraz jaki jest bezsilny i bezwartościowy.
Chłopiec lubił opowieści starca. Gdy mieszkańcy wioski zbierali się razem, zawsze spędzali czas na obgadywaniu innych albo narzekaniu, ale starzec ani razu nie poruszył takich tematów. Po prostu opowiadał interesujące historie zasłyszane tu i tam.
– Skąd pan o tym wszystkim wie?
Starzec zawsze ciekawie opowiadał, ale tego dnia mówił tak intrygująco, że zasługiwał, by rzucić mu choćby miedziaka. Teraz obrócił głowę delikatnie w bok, a reszta wątłego ciała nawet nie drgnęła.
– Mój mały przyjaciel mi opowiedział.
W miejscu, gdzie skierował spojrzenie, leżało pogrążone we śnie dziecko.
– Pratt, tak? – upewnił się chłopiec.
Pratt był małym dzieckiem, które jako jedyne w wiosce oprócz chłopca trzymało się blisko starca. Ludzie twierdzili, że jest głupi i gada bzdury, więc zamiast używać jego prawdziwego imienia – Brundel – nazywali go Prattem, co oznaczało głuptasa.
– Tym bardziej nie uwierzę, jeśli to historia Pratta – oznajmił chłopiec. – On zawsze mówi same niestworzone rzeczy.
Starzec uśmiechnął się lekko bez słowa. Z niejasnego wyrazu jego twarzy trudno było wyczytać, czy zgadza się z odpowiedzią chłopca, czy nie.
– W każdym razie muszę już iść. – Kiedy chłopiec wstawał, z jego ust mimowolnie wyrwał się cichy jęk. Nogi najwyraźniej zdrętwiały mu od długiego siedzenia, bo zatoczył się jak pijany.
Starzec pożegnał go, pozostając na swoim miejscu.
– Dobrze, idź ostrożnie.
Choć nad głową chłopca wracającego do siebie po rozstaniu ze starcem nadal lśniły gwiazdy, nie był w stanie dostrzec żadnej z nich. To dlatego, że był niewidomy.
Przyspieszył kroku, stukając laską o ziemię, i bez wahania skierował się w stronę domu.
Mieszkał w miejscu znacznie oddalonym od centrum wioski. Jego dom znajdował się daleko i wypadałoby raczej stwierdzić, że stoi na końcu wioski, a nie na jej obrzeżach. Chłopiec minął zaniedbane, podobne do siebie kształtem budynki i wszedł do najbardziej zniszczonego z nich.
Na widok otwierającego drzwi i wchodzącego do środka dziecka mężczyzna, który siedział przy stole i pił alkohol, od razu wybuchnął gniewem.
– Gdzie ty byłeś, że dopiero teraz wracasz?! – Chłopiec próbował wyminąć go bez słowa, ale on znów się odezwał: – Nie mów, że znowu byłeś się spotkać z tym żebrakiem spod cmentarza?
Chłopiec cały czas milczał. Ojciec zacmokał językiem.
– Nie wiem, co zrobił ten człowiek, ale nie mam wątpliwości, że został przeklęty. Spójrz tylko, jaki jest odrażający. Zdaję sobie sprawę, że nie jesteś w stanie go zobaczyć, ale gdybyś mógł, za nic nie chciałbyś się do niego zbliżyć.
Wytarłszy rękawem usta zmoczone alkoholem, mężczyzna zamierzał wyjaśnić, jak dziwacznie i niepokojąco wyglądał starzec. W tym momencie jednak chłopiec wszedł mu w słowo:
– Słyszałem o tym od innych, więc mam jakieś pojęcie, jak on wygląda. Ale skoro i tak nie jestem w stanie go zobaczyć, to jakie to ma znaczenie?
Twarz starca, z którym spotkał się tego dnia chłopiec, była poważnie zniekształcona. Nie dość, że był karłem, to jeszcze nie miał nóg, więc sięgał co najwyżej do łydek człowieka o przeciętnym wzroście. Brudny i zaniedbany, wyglądał, jakby przez całe życie się nie mył. Nosił łachmany i nie dało się określić, kiedy ostatni raz je zmieniał. Co więcej, bijący od niego smród był tak silny, że wszyscy mieszkańcy wioski trzymali się od niego z daleka.
– Poza tym w całej wiosce nie ma nikogo, kto rozmawiałby ze mną tyle co on.
– Właśnie w tym tkwi problem. Ten staruch zawsze gada o marzeniach i nie wiadomo czym jeszcze, opowiada jakieś bezsensowne bzdury, prawda? Paul, marzenia to nic więcej, jak tylko puste frazesy stworzone przez głupców, którzy nie potrafią dostrzec rzeczywistości. Zamiast marnować czas i rozmyślać nad takimi dyrdymałami, już lepiej się napić.
Mężczyzna przerwał i przyłożył szkło do ust. Na stole leżało już kilka innych opróżnionych butelek po alkoholu. Ojciec Paula pociągnął łyk i krzyknął za synem:
– Nie zawracaj sobie głowy bzdetami, tylko lepiej przyłóż się do pracy, którą teraz wykonujesz! Jeśli stracisz nawet tę szansę, będziesz musiał do końca życia żebrać.
Paul zostawił za sobą ojca powtarzającego tę samą gadkę co zwykle i wszedł do swojego pokoju. W pomieszczeniu panował nieprzyjemny chłód, ponieważ nie działało ogrzewanie. Trudno było tu też znaleźć coś, co można by nazwać meblem; związana luźno kupa słomy przykryta białym materiałem mogła od biedy uchodzić za łóżko. Paul postawił przy drzwiach laskę, która stała się prawie częścią jego ciała, i niemal bezwładnie opadł na posłanie. A przed zaśnięciem, tak jak to robił zawsze, zwrócił się w modlitwie do Boga:
– Spraw, proszę, by jutro nie nadeszło.
Wbrew jego pragnieniu poranek zjawił się nieuchronnie. Kiedy zaczynało świtać, niebo stopniowo spowiła delikatna poświata w jasnym odcieniu fioletu, a poranna mgła opadła lekko i nisko, wypełniając wszystkie zakątki uliczek Zamku Zbłądzenia. Świat wciąż pogrążony był w głębokim śnie.
Dzyń. Dzyń.
Dźwięk dzwoneczka podstarzałego sprzedawcy, który ciągnął wózek z mlekiem, jak zawsze obwieszczał początek dnia. Skulone i bezdomne psy jeden po drugim zaczęły się budzić i ospale przeciągać, a ptaki mniejsze niż pięść zlatywały się pod okno i hałasowały. Jeden pręgowany kot próbował wskoczyć na parapet, ale spadł, wymachując tylko na próżno łapami. W mgnieniu oka wioska znów ożyła.
– Haaa… – westchnął Paul i również podniósł swoje ciężkie ciało. Przemył pobieżnie twarz, przeczesał kilka razy włosy palcami i na tym zakończył przygotowania przed wyjściem z domu. Na koniec wcisnął sobie do ust połowę kromki chleba leżącej na stole w salonie. Była tak twarda, że spożywanie jej niewiele różniło się od żucia kory drzewa, ale wyraz twarzy Paula wskazywał, że nic go to nie obchodzi. Wręcz przeciwnie: jakby tak właśnie musiało być, odgryzł spory kęs, zabrał laskę i udał się do sklepu z kocami, gdzie pracował.
– Paul, ty smarkaczu!
Jeszcze zanim zdążył wejść do sklepu, dobiegł go rozgniewany głos właściciela, Steve’a. Zwykle daleko mu było do uprzejmości, ale rzadko bywał tak wściekły jak tego ranka. Trzymając w dłoni gruby koc, rzucił chłopakowi gniewne spojrzenie.
– Zlitowałem się nad tobą i dałem ci pracę, a ty tak mi się za to odpłacasz?
– Ale o czym pan teraz mówi?
Gdy Paul się zmieszał, Steve jeszcze bardziej podniósł głos:
– Naprawdę nie wiesz, skoro tak głupio pytasz?! – Cisnął w niego kocem i trafił Paula prosto w twarz. Koc opadł na podłogę. – Nie będę się rozgadywać. Zabierz to, co zrobiłeś według własnego widzimisię, i natychmiast się wynoś! I ani mi się waż zbliżać ponownie do mojego sklepu.
Chłopiec poczuł się, jakby został zdemaskowany.
– Przepraszam – mruknął ledwo słyszalnym głosem.
– Phi, nie potrzebuję żadnych przeprosin. Dałem ci szansę, a ty sam ją zmarnowałeś.
Stał jak kołek, nie potrafiąc wykrztusić z siebie słowa, więc Steve znowu zaczął na niego wrzeszczeć:
– Co ty tu jeszcze robisz?! Teraz chcesz mi nawet przeszkadzać w prowadzeniu interesu?!
W końcu Paul musiał wyjść, niemal siłą wyciągnięty na zewnątrz przez szarpiącego go za ramię Steve’a. W jego rękach bezwładnie zwisało jedynie kilka zakurzonych koców.
Powodem wyrzucenia Paula ze sklepu było to, że nie posłuchał właściciela. Ucząc go rzemiosła, Steve pokazał, jak tkać koce, mieszając ze sobą w różnych proporcjach wełnę dobrej i gorszej jakości. Pewnego dnia Paul nie mógł już dłużej powstrzymać ciekawości i zadał mu pytanie:
– Dlaczego trzeba to robić właśnie w ten sposób?
Steve zwilżył śliną opuszkę palca i licząc pieniądze, odparł mimochodem:
– W ten sposób da się po prostu obniżyć koszt każdej sztuki.
– Tylko że koc bardzo szybko zrobi się przez to dziurawy i przestanie się do czegokolwiek nadawać.
– Im szybciej się zniszczy, tym lepiej. Dzięki temu ludzie znowu przyjdą coś kupić. Wystarczy, że będziesz robić to, co ci każę. I przestań zadawać zbędne pytania.
– Dobrze…
Paul początkowo pracował zgodnie z poleceniami Steve’a, lecz w pewnym momencie zaczął dodawać nieco więcej wełny dobrej jakości. Od kilku zaś dni zupełnie przestał używać gorszego materiału i gdy Steve się o tym dowiedział, wyrzucił go.
Co mam teraz zrobić? – zapytał sam siebie Paul.
Wyszedł na ulicę bez zastanowienia, ale nie miał żadnego konkretnego miejsca, w które mógłby się udać.
Jeśli tak, po prostu wrócę do domu, stwierdził. Ojciec na pewno mi tego nie daruje.
Kiedy Paul pomyślał o tym, co mogło go czekać, uderzyła go przerażająca myśl. Ojciec zawsze groził synowi, że jeśli nie będzie pracowity, zostanie żebrakiem. Chłopak za każdym razem wyobrażał sobie wtedy siebie na ulicy, proszącego o jałmużnę, co tylko pogrążało go w coraz większym smutku.
Może ojciec miał rację, stwierdził w duchu Paul. Od samego początku nie było chyba niczego, do czego bym się nadawał. Z wyjątkiem żebractwa.
I tak wąskie ramiona chłopaka zapadły się jeszcze niżej. Właśnie w takich chwilach na myśl przychodził mu tylko żebrzący starzec.2
Paul od dziecka słyszał, jak mieszkańcy wioski rozmawiają o dziwnym starcu. Mówiono, że gdzieś w okolicy mieszka niezwykle niski mężczyzna o odrażającym wyglądzie. Jedni uważali go za obłąkanego, inni nazywali przeklętym. Paulowi przyszło do głowy, że ten człowiek zasługuje na współczucie, lecz była to tylko ulotna myśl, która zaraz zatarła się w jego pamięci.
Tamtego dnia nie zanosiło się na deszcz, niebo jednak było zupełnie przysłonięte chmurami. Paul skierował się na obrzeża wioski, by kupić kwiaty na grób, w którym spoczywała jego matka. Minęło sporo czasu od jego ostatniej wizyty na cmentarzu, więc najprawdopodobniej dlatego zbłądził i nie mógł odnaleźć drogi.
Nagle dobiegł go skądś głos oferujący pomoc.
– Żeby dojść do miejsca, gdzie sprzedają kwiaty, musisz pójść jeszcze kawałek przed siebie.
Paul zdziwił się, że ktoś dokładnie wie, dokąd on zmierza, ale to, że zupełnie nie znał tego głosu, wzbudziło jego czujność.
– Kto tam?
– Nie zawracaj sobie tym głowy – odpowiedział nieznajomy. – Chciałem tylko pomóc, bo wyglądało na to, że zgubiłeś drogę.
– Skąd pan wiedział, że się zgubiłem? – spytał Paul, wciąż nie tracąc czujności.
– Prawdę mówiąc, przyglądałem ci się już od dawna. Widziałem, jak chodziłeś po ulicach, wspierając się laską, jak szedłeś na cmentarz przed pogrzebem matki, a także gdy czasem wpadałeś do kwiaciarni.
– Czy to znaczy, że cały czas mnie pan śledził?
– Śledziłem? Ależ skąd! – Rozmówca roześmiał się głośno, jakby usłyszał coś niedorzecznego. – Po prostu ktoś tak młody jak ty, kto chodzi o lasce, zwrócił moją uwagę. Dla takiego starego człowieka bez nóg jak ja jedynym zajęciem od rana do wieczora jest obserwowanie przechodniów.
Dopiero wtedy Paul zorientował się, że obcy głos należał do dziwnego starca, o którym mówili mieszkańcy wioski.
– Ale dlaczego jest pan w takim miejscu?
Mężczyzna, którego twarz pokryta była siecią zmarszczek, posłał mu krzywy uśmiech.
– Ja sprzedaję tutaj szczęście.
– Szczęście? Czy coś takiego można sprzedawać?
– A czy nie leży ono teraz u twoich stóp?
Kiedy Paul spróbował postukać ziemię laską, coś rzeczywiście przyczepiło się do jej końca. Było na tyle twarde, że rozległ się głuchy dźwięk, ale zarówno rozmiar, jak i kształt przedmiotu nie skojarzyły mu się z niczym konkretnym. Pochylił się szybko i bez większego namysłu dotknął go dłonią.
– To przecież tylko kamień.
– To tak zwany Kamień Szczęścia. Każdy, kto go posiada, może stać się szczęśliwszy.
Usłyszawszy wzmiankę o szczęściu, Paul nadstawił uszu. Nie miał wokół siebie nikogo, kto uważałby się za człowieka szczęśliwego.
– Czy mógłby pan wyjaśnić to trochę dokładniej?
Starzec za jednym razem wypluł całą flegmę, która zalegała mu w gardle, i porządnie odchrząknął.
– Ekhm, zasadniczo nie mówi się tego byle komu…
Mimo to wypowiedział te słowa płynnie, jakby wcześniej wyuczył się ich na pamięć. Nie było wątpliwości, że wielokrotnie ćwiczył to sam. Położył brudny kamień na równie brudnej dłoni.
– Wystarczy, że chwycisz go w dłoń i wyobrazisz sobie coś upragnionego. To ty umieszczasz w nim szczęśliwą wizję, o jakiej jesteś w stanie pomyśleć. A jeśli za każdym razem, gdy dotkniesz tego kamienia, będziesz przywoływał tę samą myśl, w pewnym momencie stanie się ona rzeczywistością.
– Czy to naprawdę działa? Jak to możliwe?
Kiedy Paul podszedł bliżej, coraz bardziej zainteresowany, starzec nie był w stanie ukryć zadowolenia malującego się na jego twarzy.
– Cóż, ja też tylko o tym słyszałem, więc może niekoniecznie tak właśnie jest… Ale nawet jeśli coś pominę, pewnie i tak nic się nie stanie. – Być może dlatego, że od dawna nikt nie okazał mu zainteresowania, staruszek tak się podekscytował, że zaczął energicznie poruszać ramionami i z zapałem zabrał się do tłumaczenia. – Dawno, dawno temu, gdy Bóg stworzył ludzi, długo rozmyślał nad tym, jak mógłby dawać im to, czego pragną. Każdy człowiek pragnął czegoś innego, dlatego spełnianie poszczególnych marzeń z osobna było kłopotliwe i męczące. Po długich rozważaniach i dyskusjach z aniołami Bóg sprawił w końcu, że ludzie mogli samodzielnie zdobywać to, o czym często myśleli.
Starzec wytarł ślinę z kącika ust rękawem koszuli, która była tak poplamiona, że jego twarz tylko jeszcze bardziej się ubrudziła.
– Ale gdy po długim czasie zajrzał ponownie do ich świata, nie był w stanie ukryć zaskoczenia. Zobaczył, że ludzie snują wizje pełne myśli o rzeczach, których nienawidzą i które ich zdaniem nie mogą się ziścić. Sami sprawiali tym sobie ból.
– No bo wokół nas zawsze dzieją się tylko złe rzeczy. – Paul powiedział te słowa na tyle głośno, że trudno było je uznać za mówienie do siebie, ale zbyt cicho, by nazwać to normalną odpowiedzią.
Starzec również odezwał się nieco ciszej:
– Właśnie dlatego potrzebny jest ten kamień. Czasem poświęcamy zbyt dużo uwagi złym rzeczom i zajęci narzekaniem, często zapominamy o przyszłości, której naprawdę chcemy, albo o tym, co chcielibyśmy osiągnąć. Można powiedzieć, że ten kamień jest darem od Boga, pozwalającym ludziom właściwie używać swoich myśli.
Paulowi niełatwo było uwierzyć w tę opowieść, ale z jakiegoś powodu nie sądził, że starzec kłamie.
– Więc ile kosztuje ten kamień?
– Jeśli go chcesz, chętnie dam ci go za darmo. Ale w zamian mam jeden warunek.
– Warunek?
Paul ze zdziwioną miną chwycił mocno za mały skórzany woreczek przywiązany przy pasie. W środku znajdował się jeden srebrnik. Za tę sumę można było kupić zaledwie kawałek chleba lub jeden kwiat, ale dla Paula to były wszystkie pieniądze, jakie miał.
– Nie bój się, nie chcę od ciebie żadnych pieniędzy. Zresztą wcale nie wyglądasz na kogoś, kto miałby ich więcej ode mnie…
Starzec poklepał się po biodrze szorstką dłonią.
– Jestem już stary, nie wiem, kiedy odejdę z tego świata. Pewnie wkrótce się to wydarzy. Czy mógłbyś zająć się tą sprawą za mnie, kiedy mnie już nie będzie?
– Mówi pan o sprzedaży kamienia?
Starzec od razu pokręcił głową.
– Mam na myśli przekazywanie dalej prawdy.
Paul, wciąż kucając, powtórzył w myślach słowa, które właśnie usłyszał. Zaraz jednak otrzepał pośladki i wstał.
– Chyba nic z tego. Nawet jeśli powiem coś takiego mieszkańcom wioski, i tak mi nie uwierzą. Sam zresztą nie sądzę, że mógłbym stać się szczęśliwy dzięki jakiemuś kamykowi. Wydaje mi się, że będzie pan musiał poszukać kogoś innego.
Pomyślał, że jeśli zostanie tu dłużej, starzec na pewno nie przestanie go męczyć dziwnymi opowieściami. Postanowił odejść, przyspieszając kroku, zanim karzeł znów zacznie gadać głupoty.
– Znam sposób, by wyleczyć twoje oczy.
Paul, który niemal rzucił się do ucieczki, stanął w miejscu po zaledwie kilku krokach. Choć nie miał wątpliwości, że usłyszał wyraźnie, nie mógł się powstrzymać od pytania:
– Twierdzi pan, że można uleczyć moje oczy?
Starzec nie odpowiedział, tylko rozejrzał się dookoła, po czym zawołał kogoś głośno:
– Pratt!
Usłyszawszy swoje imię, mały chłopiec zbierający w pobliżu kamienie podbiegł do starca. Miał niebieskie oczy, wyjątkowo kręcone włosy i twarz równie brudną jak staruszek. W kąciku jego oka znajdował się duży śpioch, którego jeszcze nie zdążył wytrzeć.
– Co się stało?
– Czy na Wyspie Szczęścia, o której wspominałeś, będzie można również uleczyć oczy tego chłopca?
– Oczywiście. Ale kto to taki? – Mówił głosem małego chłopca, który nie przeszedł jeszcze mutacji.
Kiedy Paul, zakłopotany, zrobił krok do tyłu, starzec szturchnął delikatnie plecy dziecka.
– No już, przedstaw się.
– Hej, mam na imię Brundel. Przybyłem z nieba.
– Z nieba, mówisz?
– Tak.
Paul na chwilę zaniemówił, ale starając się ukryć zażenowanie, zaraz zapytał:
– Naprawdę możesz wyleczyć moje oczy?
– Nie, ja tego nie potrafię. Ale mogę cię zaprowadzić w miejsce, gdzie da się to zrobić.
– Masz na myśli tę Wyspę Szczęścia, o której wspomnieliście?
– Tak, właśnie o nią chodzi – odpowiedział chłopiec, dłubiąc w nosie.
– A kiedy się tam wybierasz?
– Tego jeszcze nie wiem. W niebie istnieje coś, co nazywa się Czasem Obietnicy. Odkąd straciłem skrzydła, nie mam już zdolności, by go rozpoznać, ale gdy nadejdzie ta chwila, na pewno zabiorę cię ze sobą.
Zaraz potem oddalił się bez słowa i wrócił na wcześniejsze miejsce, gdzie znów wziął się do zbierania kamieni. W jego zachowaniu nie było ani krzty uprzejmości. Gdy sobie poszedł, Paul wciąż tkwił w pozie, którą przyjął podczas rozmowy, przez co zaczął się czuć niezręcznie.
– Hehehe… – Starzec próbował ratować sytuację, ale wydał z siebie jeszcze bardziej zakłopotany rechot, po czym zaczął się nieporadnie tłumaczyć: – Przyznaję, że Pratt bywa dziwaczny. Nie jest to jednak złe dziecko, nic z tych rzeczy. Doskwiera mu po prostu samotność. Nikt nie słucha tego, co mówi, ani nie okazuje mu ciepła. – Starzec zerknął na reakcję Paula, po czym ostrożnie dodał: – Właśnie dlatego chciałem zapytać… Czy mógłbyś, choćby raz na jakiś czas, przychodzić tutaj i trochę z nim posiedzieć? Cieszyłbym się jeszcze bardziej, gdybyś i mnie dotrzymał towarzystwa…
Paul przez chwilę się nie odzywał. I tym razem chciał odmówić, ale z jakiegoś powodu nie potrafił otworzyć ust. Odkąd doznał urazu oczu, sam doświadczał bowiem ogromnej samotności, większej niż ktokolwiek inny. Teraz poszurał laską po ziemi, jakby dla zabicia czasu, a potem takim tonem, jakby nie miał innego wyjścia, przyrzekł, że będzie przychodzić.
Tak wyglądało ich pierwsze spotkanie. Już od następnego dnia Paul zaczął ich odwiedzać, gdy tylko miał czas. Na początku trudno było mu się zbliżyć do starca z powodu zapachu, którym przesiąkło jego ciało, ale z czasem i do tego się przyzwyczaił. Mężczyzna zawsze witał Paula z radością i za każdym razem opowiadał mu różne historie, które zasłyszał przypadkiem tu i ówdzie.
Chłopak dowiedział się, że starzec ma na imię Hal i że jest już w bardzo podeszłym wieku. Uświadomił sobie też, że wcale nie był tak dziwny, jak twierdzili ludzie z wioski.
Hal zajął miejsce w zaułku jednej z rzadko uczęszczanych bocznych alejek i siedział tam, jakby czekał na gościa, choć nie była to jeszcze pora jego odwiedzin. Gdy dostrzegł w oddali zbliżającego się Paula, pomachał mu na powitanie.
– Jesteś dziś wcześniej niż zwykle.
– Tak…
– Co cię sprowadza o tej porze? Czyżbyś rzucił pracę?
– Nie rzuciłem, tylko mnie zwolnili.
Paul podszedł swobodnie do staruszka i usiadł obok, po czym schował głowę między kolanami.
– Dlaczego Bóg stworzył kogoś takiego jak ja? Przecież nic nie potrafię i do niczego się nie nadaję. Czy to znaczy, że teraz nie zostało mi nic innego, jak tylko żebrać na ulicy?
Na widok przybitego Paula na twarzy starca, i tak już wykrzywionej przez smutek, pojawiło się jeszcze więcej współczucia. Spojrzał na bezchmurne niebo, jakby szukał w nim słów pocieszenia.
– Trudno powiedzieć… Ale jeśli naprawdę istnieje Bóg, to raczej nie stworzył cię dlatego, że na świecie brakuje żebraków.
Paul spuścił głowę jeszcze niżej i odezwał się głosem, który niemal drżał od tłumionych łez:
– Bóg jest taki niesprawiedliwy. Dlaczego innym daje aż nadto, a mnie odbiera nawet te ochłapy, które mi rzucił? Skoro tak to ma wyglądać, to lepiej by było, gdybym w ogóle się nie urodził. Przecież nigdy nie pchałem się na ten świat, więc nie rozumiem, dlaczego spotkał mnie tak ciężki los.
Starzec przez dłuższą chwilę patrzył na Paula ze współczuciem. Następnie przeniósł wzrok z powrotem na niebo, na którym i tak nie działo się nic ciekawego.
– Widzisz, życie jest jak prezent, który ktoś ci podarował. Przez to, że skrywa się pod wieloma warstwami opakowania, tak naprawdę dopóki go nie rozpakujesz, nie wiesz, co znajduje się w środku. Nawet jeśli teraz widać tylko pogniecioną powierzchnię, w końcu nadejdzie dzień, w którym dowiesz się, co otrzymałeś i jakie jest prawdziwe znaczenie tego prezentu.
Paul uniósł głowę i spojrzał na starca niewidzącymi oczami.
– Czy to znaczy, że przez całe życie ani razu pan nie narzekał?
Starzec wybuchnął śmiechem, odsłaniając kilka żółtych zębów, które mu jeszcze zostały.
– Gdybym postanowił narzekać, to życia by mi na to nie starczyło, prawda? – powiedział i znów się zaśmiał.
Paul cicho mu zawtórował, lecz zaraz opuścił kąciki ust. Przed oczami znów stanął mu wizerunek Hala nakreślony przez mieszkańców wioski. Zakłopotany, zmienił temat, rozglądając się za niczemu winnym chłopcem.
– A gdzie się podział Pratt?
– Znowu poszedł sprzedawać Kamienie Szczęścia – odparł starzec, wciąż się uśmiechając. – Pewnie nie sprzeda żadnego, ale to jego jedyne zajęcie.
więcej..