-
nowość
Położne - ebook
Położne - ebook
Kraków, rok 1940. Miasto ogarnięte wojennym strachem. Regina Zdzieńska, doświadczona położna i spadkobierczyni tradycji pokoleń wiejskich akuszerek, zostaje zdegradowana do roli salowej. Mimo to nie przestaje walczyć o godność rodzących kobiet. Rozdarta między szpitalnym reżimem a troską o ukrywającą się rodzinę, zostaje wciągnięta w mroczne sekrety okupacyjnej rzeczywistości. Jej los splata się z historiami niezwykłych postaci: oficera SS i jego zaginionej ukochanej Erzsébet oraz nieoczywistego zakonnika.
Kolejne dekady - od mroku wojny, poprzez chaos wyzwolenia, aż po socjalistyczną codzienność - pokazują Reginę trwającą w swojej misji niesienia pomocy. Przyjmuje życie w piwnicach, szpitalach i izbach porodowych, niosąc w sobie siłę, która wzbiera niczym burza.
Głęboka i przejmująca opowieść o kobiecej solidarności, macierzyństwie i nieustannej walce o godność w czasach, które próbowały ją odebrać. To historie porodowe, dramaty i wybory moralne, o jakich nasze babki i matki mówiły jedynie szeptem. To także opowieść o wsparciu — tym, które potrafi oddzielić światło od ciemności.
Sabina Jakubowska czułą ręką prowadzi swoich bohaterów przez zawieruchy XX wieku, nie pozwalając im zapominać o dziedzictwie pokoleń. „Położne” to nie tylko hołd dla kobiet pracujących z pasją, ale też dla siostrzeństwa i kobiecej wytrwałości.
Joanna Kuciel-Frydryszak, autorka Chłopek i Służących do wszystkiego
*
Co za szczęście, że Sabina Jakubowska napisała kolejny tom. Po „Akuszerkach” przychodzą „Położne”, wielka powieść. Polska opowiedziana w cyklu faz księżyca, narodzin i przepięknie napisanych scen bliskości. Akcja płynie niespiesznie, a czasami - jak poród – nie cierpiąc zwłoki. Książka o sile i mądrości kobiet.
Mam wielką nadzieję, że po „Położnych” przyjdzie kolejny tom, bardzo na niego czekam.
Mikołaj Grynberg, pisarz, fotograf
Sabina Jakubowska – pisarka, nauczycielka, doula, mama. Jej głośna powieść „Akuszerki” była wielokrotnie wyróżniona przez krytyków i czytelników – otrzymała nominacje do Nagrody Literackiej Nike, Nagrody Literackiej im. W. Gombrowicza i Nagrody Literackiej Unii Europejskiej. Uhonorowana została Nagrodą Krakowskiej Książki Miesiąca. Debiutancka książka autorki, „Dom na Wschodniej”, zdobyła nagrodę główną w konkursie pisarskim „Promotorzy Debiutów” organizowanym przez „Tygodnik Powszechny” i Instytut Książki. Sabina Jakubowska jest badaczką lokalnych historii i autorką publikacji o swoim regionie. Jej rozprawa doktorska opublikowana w książce „Imiona – dziedzictwo kultury” zdobyła wyróżnienie w ogólnopolskim konkursie im. A. Omelaniuka.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna polska |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8435-050-8 |
| Rozmiar pliku: | 1,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
KSIĘŻYC W PIERWSZEJ KWADRZE, TRUDNO O SPOKÓJ
Erzsébet
Poszła za nim. Gdyby nie była przesycona lękiem, musiałaby podziwiać jego chód i sylwetkę. Prawdopodobnie nigdy w życiu nie widziała zgrabniejszego mężczyzny. Otworzył przed nią drzwi do gabinetu dyrektora, poczekał, by weszła, i starannie zamknął je za sobą.
Tak dobrze znała ten gabinet. Lata pracy, współpracy. Dla niej, nadpołożnej, to było po prostu miejsce, jedno z wielu, gdzie spotykała personel medyczny, aby wspólnie rozwiązywać jakiś problem czy usprawniać system.
A teraz siedziała tu, na krześle, które on jej wskazał, czekając na rozwój wydarzeń. Czego mógł chcieć oficer SS od zwykłej salowej? W której części jej życia się poznali? Bo przecież znał jej nazwisko.
Nie spieszył się, by usiąść naprzeciwko niej. Chwilę stał za jej plecami i czuła na sobie jego twardy wzrok. Czy to wstęp do bolesnych przesłuchań? Kogo z jej otoczenia miałyby dotyczyć? W końcu jednak mężczyzna zajął krzesło i skupił się całkowicie na jej teczce osobowej. Przeglądał każde zaświadczenie, każdą pieczątkę. Najpierw pomyślała, że to taka gra, pozorne ignorowanie przesłuchiwanej. Potem przyszła następna myśl: on musi znać język polski. Naprawdę czytał jej dokumenty. Zaczęła mu się przyglądać, a w jej wzroku nie było już lęku, tylko całkowite skupienie na tej twarzy. Kim on jest, by się nią interesować?
Młody był. Nie mógł mieć więcej niż jakieś dwadzieścia pięć lat. Twarz miał bystrą, rysy regularne, wysokie czoło i prosty nos. Gładko ogolone, zaciśnięte szczęki zdradzały upór i silną wolę. Jego usta były idealne. Ale nie jest dobrze wpatrywać się w usta esesmana, więc Regina przeniosła wzrok na jego włosy, jasne, gęste, starannie przystrzyżone i uczesane nienagannie, gdyby nie jeden nieposłuszny kosmyk w kącie czoła. Na wsi mówiło się o takim zawirowaniu włosów „kogutek”.
Tadeusz miał identycznego „kogutka”, który zniknął, gdy z wiekiem tracił włosy. Ten szczegół, wydobyty ze wspomnień wczesnych lat małżeństwa, rozczulił Reginę. Mimowolnie się uśmiechnęła.
Tego już było oficerowi za wiele. Nie zdołał jej zastraszyć metodami, które zwykle skutecznie działały. Zniósł jej taksujący wzrok, nadal udając, że tylko dokumenty go interesują. Ale uśmiech?
Spojrzał na nią ostro. Zalśniło jego zimne niebieskie spojrzenie, jak ostrza noży.
O jej rodzinnej miejscowości mówiono „Jadowniki-nożowniki”.
Ta myśl dopiero wstrząsnęła nią tak bardzo, że wciągnęła głośno oddech.
Ten „kogutek” we włosach, rysy jego twarzy tak podobne do młodego Tadeusza, wszystko nałożyło się na siebie, i już wiedziała. To był Rudi Kobler – człowiek, którego rodzinne losy splatały się na wiele sposobów z losami jej własnej rodziny.
Mąż Reginy, Tadeusz, był synem Pawła Zdzieńskiego, a Rudi – wnukiem Albiny, siostry Pawła. Co więcej, tego właśnie Rudiego przyjęła na świat mama Reginy, Franciszka Diabelec, w przededniu bitwy gorlickiej 1915 roku. Znała jego matkę od urodzenia, była jej piastunką, wykarmiła Olimpię własną piersią. Zanim podzieliły ich granice i odmienne definicje patriotyzmu, przez chwilę byli poddanymi tego samego cesarza Austro-Węgier. No i było coś jeszcze. Czy on o tym wiedział? Czy Koblerowie mówili o tym ze sobą w dalekim Wiedniu, czy też wstydliwie trzymali w ukryciu tajemnicę rodzinną, że Franciszka była przyrodnią siostrą Albiny, a także Pawła i Józefa Zdzieńskich? A zatem, w pewnym stopniu, płynęła w nich ta sama krew. Te Jadowniki-nożowniki.
I tę krew, wcale o tym nie wiedząc, Regina tamowała w październiku 1939 roku, w tutejszym Szpitalu Uniwersyteckim. Unieruchomionego rannego przywieziono z frontu z malutkim odłamkiem w udzie. Jakim cudem się nie wykrwawił, tego nie wiedział nikt. Do zgorzeli był tylko krok. Nie rozumiała, dlaczego chirurdzy walczą o niego – ale operował Maks Rutkowski i jego wielkie dłonie, no i tutaj koniec pytań, bo Wielki Maks nie pytał o przynależność narodową, partyjną, religijną, on pomagał. Zupełnie jakby był akuszerką, która ma przyjąć poród, absolutnie nie zważając na uwarunkowania rodzącej. Było mu wszystko jedno, o czyje życie walczy. Tak robił w czasie pierwszej wojny, tak robił i w drugiej. Więc nie odjęto nogi temu młodemu żołnierzowi. Nie pozwolono mu zdechnąć jak rannemu, wściekłemu, atakującemu psu. Przywrócono go do życia. Może wbrew niemu? Skąd ta myśl? Ale była jej pewna. On by wolał umrzeć. Ta wojna szła naprzeciw jego potrzebom.
Widziała w nim kogoś niewiele starszego od swoich pierworodnych synów. Opatrując rany, a było więcej tych ran, usuwano mu przecież odłamki z całej klatki piersiowej, modliła się o to, by ktoś z równym samozaparciem zadbał o jej synów w potrzebie. A że miała na wojnie dwóch, starała się w dwójnasób.
Z początku nie było wiadomo, jak się kto nazywa, nie było czasu na taki Wersal z przedstawianiem się, pisaniem kart pacjenta. Były tylko numery sal i łóżek. Szybka akcja, Życie, Śmierć, i połowa drogi, czyli życie bez jakiegoś kawałka siebie, bo z takim uczuciem budzili się ci młodzi żołnierze, którzy ostatnie, co pamiętali, to wielki huk i dym, i ból, a gdy wracali do przytomności, to byli zupełnie inni, okaleczeni i wyli całymi dniami z żalu za utraconym sobą.
Ale ten był pacjentem przewlekłym, naprawdę wszystko na nim goiło się tak ciężko. Gdy Niemcy przystąpili do „inwentaryzacji”, jak złośliwie mówiła o tym Diana, pojawiać się zaczęły tabliczki na łóżkach pacjentów, których tożsamość udało się ustalić od nich samych, od ich znajomych czy z ocalałych dokumentów.
A ten pacjent na dłużej pozostał bezimienny. Leżał nieprzytomny, chory na zapalenie płuc. Na bakterie szpitalne zawsze można liczyć, prędzej czy później zrobią swoją robotę, zwłaszcza gdy ktoś nie chce żyć. Ale i jego gdzieś tam w świecie szukano, z pewnością był kimś istotnym, i w końcu potwierdzono jego tożsamość. Więc pewnego ponurego listopadowego dnia Regina zobaczyła na karcie tego pacjenta już nie tylko wykresy z temperaturą i inne parametry, ale i nazwisko. To był ten dzień, gdy jego gorączka była tak wysoka, że wydawało się, że chłopak dopnie swego i wreszcie umrze. Był tak rozgrzany, że sam dyrektor zagryzł usta i rozkazał zwiększyć ilość zimnych okładów, bo już niewiele więcej można było zrobić. Czoło, kończyny, wreszcie całego mężczyznę przykryto mokrym prześcieradłem, które aż parowało. Potrzeba było dwóch osób, by robić mu regularne zastrzyki z antybiotykiem, bo tak się prężył i rzucał.
I wtedy zaczął mówić przez sen. Ale z jego ust padało tylko jedno słowo.
– Erzsébet – powiedział teraz i spojrzał prosto w oczy przesłuchiwanej.
Regina się zmieszała. Dotknął wspomnienia, które parzyło ciągle od nowa.
– Erzsébet – szeptał ochryple, gdy Regina zmieniała mu przesiąknięte potem prześcieradła. Między atakami kaszlu. Tylko imię.
– Erzsébet – błagał, szukając jej dłoni, gdy przynosiła lodowaty okład na czoło. Powtarzał jej imię w dzień i w nocy, rzucając się, płacząc, zgrzytając zębami. W każdym z nieprzytomnych, rozgorączkowanych snów widział swą węgierską ukochaną.
– Erzsébet – zawołał chrapliwie, gdy w środku nocy położna podeszła do jego łóżka. Leżał rozkopany, całkiem nagi, a przez jego muskularne ramiona przetoczył się kolejny dreszcz. Kiedy schyliła się po prześcieradło, aby go przykryć, złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie, a uścisk jego dłoni był gorszy niż żelazne imadło. Tym imadłem ją zmusił, by ulżyła mu w bolesnej erekcji.
– Erzsébet! – wykrzyknął, eksplodował, zapłakał i zemdlał. A Regina uciekła, aby szorować dłonie przez trzy kwadranse.
A teraz miała policzki czerwone ze wstydu. Ponieważ zostawiła pacjenta w agonii.
Po tym incydencie Rudi zaczął jednak przychodzić do zdrowia. Temperatura spadała bardzo powoli. Równie wolno nastąpiła zmiana kaszlu w mokry i jego stopniowe odkrztuszanie. Z każdym utraconym stopniem gorączki Rudi zaczął więcej mówić przez sen. Kłócił się z Erzsébet i wzdychał do niej. Regina już wkrótce mogłaby ją opisać jego słowami, po niemiecku. Jej włosy i rzęsy jasne jak kremowa firanka, powiewająca romantycznie w rześkim wiosennym wietrze. Jej oczy, tak bladoniebieskie, że aż bladoróżowe, jak kwiaty niezapominajek. Jej mlecznobiała skóra, pośladki, które mieściły się w jego dłoniach. Drobne piersi, kiedyż one wyrosły? – a przecież znali się od dziecka. Rudi przegapił ten moment, gdy wyrosły jej piersi, bo był wtedy w szkołach, na ćwiczeniach, wszędzie, gdzie gnał go obowiązek i miłość do Ojczyzny. A jednak zapomniał o Ojczyźnie, kiedy maszerując wśród innych chłopaków z Hitlerjugend, zobaczył ją, stojącą na balkonie, córkę szanowanego kupca z sąsiedztwa, Węgra osiadłego w Wiedniu z dziada pradziada. Rudi wzdychał do niej przez kolejne lata, zabierał na spacery, zalecał się zgodnie z etykietą przyjętą w arystokratycznych kręgach wiedeńskich, tańczył z nią walce, tańczył z nią tango, posyłał drogie kwiaty i kradł z klombów niezapominajki. Zapomniał, co jest winien swojemu Narodowi, gdy zanurzał twarz w mlecznobiałych piersiach Erzsébet, smakując ją tak, jakby to były lody śmietankowe, chwytane spragnionymi ustami. Nieprzenikniony mrok, w którym utopił swoją duszę, gdy dotykał jej, a ona dotykała jego, i on dał jej siebie, a ona dała mu siebie – i tym samym zafundowała mu niekończący się prywatny Ragnarök, Zmierzch Bogów, straszliwą walkę bez zwycięzców, a po niej tylko nicość. Bo Erzsébet była Żydówką.
Nie wiedziała o tym. Prawda wyszła na jaw, gdy na wieść o mobilizacji pognał z nią do urzędu, aby ją poślubić, zamknąć w ramionach na zawsze. Odmówiono mu tej kobiety. Prawo zabraniało mężczyźnie z rasy panów poślubić kogoś, kogo nigdy niewidziana na oczy babka macierzysta pochodziła z Żydów, kogo krew była skażona, brudna, obrzydliwa, lepka i śmierdząca. On miał tę krew na sobie, dotknął tej krwi swoim ciałem, gdy zabierał jej dziewictwo. Tak naprawdę ona zabrała to jemu. Niewinność, wierność wpojonym ideom, wiarę w wielką przyszłość. Nie czułby się bardziej chory nawet, gdyby robił to z trędowatą. I nie czułby się tak oszukany. Białe włosy? Mlecznobiałe ciało? Przejrzystoniebieskoróżowe tęczówki, a w źrenicach mrok, mrok, mrok. Wybiegł z tego urzędu jak oparzony, ostatnie, co zobaczył, to jej twarz zastygłą w szoku, ona o tym nie wiedziała, a powinna! Powinna trzymać się swojej rasy, nie udawać kogoś, kim nie jest! Jej usta otwarte w niemym krzyku, te piękne usta, a jednak zbezcześciła jego święte aryjskie ciało także swymi żydowskimi ustami. Nie słyszał, jak ona płacze. Nie był w stanie jej wybaczyć tego, że oszukała go swoją niewiedzą, zmyliła miłością, wzbudzając w nim już tylko niezaspokojoną płonącą nienawiść – i wzgardę do siebie samego.
Pewnego dnia pacjent wyzdrowiał i został wypisany ze szpitala. Tego samego dnia nadpołożna Regina Zdzieńska została zdegradowana do salowej. I taki był koniec tej znajomości. Tak sądziła.
– Finde¹⁵ Erzsébet – powiedział teraz Rudi Kobler, oficer SS, a jego słowa wybrzmiały dziwnym echem w gabinecie dyrektora szpitala. – Sie ist hier¹⁶, in Kraków.
Nie powiedział „Krakau”. On zna polski.
– Po co? – zaryzykowała.
– Nie mogę bez niej żyć – stwierdził najciszej, jak się da. Patrzył w oczy Reginy prosto i bez zażenowania. Jego otwartość była porażająca, w tym spojrzeniu było wszystko. Świadomość każdej chwili, która się wydarzyła między nim a Żydówką Erzsébet, między nim a polską pielęgniarką Reginą Zdzieńską. Cały ten jego prywatny Ragnarök.
– Potrafisz ją znaleźć – powtórzył, starannie dobierając słowa.
– Jak mam tego dokonać, skoro nie znalazło jej gestapo? – szepnęła.
– Użyj innych metod. Intuicji. Mocy. Jesteś jedną z tych, które…
Powoli pokręciła głową. Cokolwiek o niej myślał, mylił się, to nie była jej sprawa, to nie był jej ból. Miała własny. Niemało.
– Nie wiem, gdzie ona jest.
– Dowiesz się. Bo nie chcesz, żebym znalazł tych twoich. Dla mnie to nie będzie trudne.
Wskazał jej drzwi. Wyszła na trzęsących się nogach. Spotkany na korytarzu doktor Schwarz spojrzał na nią z troską, a potem ją objął i zaprowadził do kuchni. Drżała na całym ciele jeszcze wiele godzin. Napięcie schodziło z niej falami, gdy nachylała twarz nad kwiatami lilaka. Dyrektor Ogrodu Botanicznego sam nie wiedział, jakie lekarstwo ofiarował jej tym jednym bukietem bzu.
Gestapowcy opuścili szpital, nie zahaczając o salę z przyczepioną do drzwi kartką „ACHTUNG, TYFUS”. Diana poinformowała ją o tym, kiedy po południu przyszła zrobić dla niej kawę zbożową. Regina słuchała tych wieści z zaskoczeniem. Jak to było dawno, gdy tym właśnie zajmował się jej umysł. Obie operowane kobiety czuły się dobrze, noworodek też. Wszystko w tym dniu potoczyło się w szpitalu dobrze, bezpiecznie, spokojnie – oprócz tego, co dotyczyło jej samej. Spróbowała wstać z ławy, ale kręciło jej się w głowie.
– Kiedy ostatnio pani coś jadła? – spytała Diana von Graf.
Do kawy wrzuciła jej kawałki przemyconej ze śniadania bułki. Zanim rozmiękły, były równymi kostkami. Taka była Diana, z niemieckim porządkiem kroiła nawet bułkę, którą każdy inny człowiek po prostu wdrobiłby, rwąc na kawałeczki.
– Dlaczego my nie mówimy sobie po imieniu? – spytała retorycznie Regina Zdzieńska.
– Nie śmiałabym, w stosunku do pani nadpołożnej – odparła Diana.
– Jestem teraz salową.
– Już nie. Dyrektor pod naciskiem gestapo awansował panią na położną – po tym, jak wcześniej zdegradował panią pod naciskiem gestapo. Za chwilę sam panią wezwie, aby poinformować. Czekał, aż pani poczuje się lepiej – wyjaśniła spokojnym tonem Diana, a Regina pomyślała, jak bardzo to jest wszystko niejednoznaczne, i sama Diana, opanowana, troskliwa, tak dobrze poinformowana o tym, co robi gestapo.
– Zanim pani pójdzie do domu, mam do pani prośbę – kontynuowała Diana. – Muszę tu zostać na drugi nocny dyżur, ponieważ zlecono mi osobistą opiekę pooperacyjną nad żoną tego gestapowca w cywilu.
– Placenta praevia? – zapytała Regina słabym głosem.
Diana potwierdziła skinieniem głowy:
– Ale równocześnie mam dziś sprawy do załatwienia w mieście. Trzeba tam doglądnąć paru kobiet. To jest naprawdę bardzo pilne. Czy pani tam za mnie pójdzie wieczorem? Przygotuję pani potrzebne środki medyczne. – I podała jej adres.
To nie była prośba z rodzaju tych, którym można odmówić. Już druga dziś.
Wychodząc ze szpitala, na ciągle słabych nogach, w jednej dłoni niosła bukiet kwiatów, a w drugiej kuferek akuszerski i wyjęte ze szpitalnego kosza egzemplarze pierwszych miesięczników „Położna”. Znalazła pojedynczą pustą ławkę na Plantach i usiadła, bo uczuła, że energii nie ma już absolutnie na nic. Wyjęła z kieszeni resztę obwarzanka i zjadła go, obserwując zachód słońca. To był naprawdę długi dyżur.
Zanim doszła do domu, szarzało. Kamienica stała ciemna. Pokoje na dole straszyły swą pustką. Weszła powoli po ciemnych schodach na górę. Krok za krokiem. Znała je na pamięć. Po omacku otworzyła drzwi, tyle lat wracała tutaj po wieczornym dyżurze, stęskniona do dzieci, nad których snem zbyt często czuwał ktoś inny niż mama.
W kuchni czekał na nią Kazimierz z gorącymi ziemniakami. Zdobył skądś szczypiorek. Kiedy zobaczył, w jakim jest stanie, na wierzch parujących kartofli położył malutką odrobinkę masła.
Miał siedemdziesiąt siedem lat i siwe loki. Zapuścił wąsy, by udawać chłopa. Nie dopadł go już obowiązek pracy, więc spędzał czas, pisząc książki, które miał nadzieję kiedyś wydać, i robiąc podejrzane interesy. Szmuglował ze wsi do miasta żywność, a niekiedy tytoń w liściach. Czasem przewoził też jakieś towary z miasta na wieś. Nie wnikała. Była mu ogromnie wdzięczna, że dotrzymuje jej towarzystwa, że o nią dba. Jedyny przyjaciel, jaki jej pozostał. Jedyny lokator. Był jak rodzina.
W istocie znała go od zawsze. Jeśli przedstawiała go komuś, mówiła o nim „przyjaciel moich rodziców”, czasem „chrzestny ojciec moich młodszych sióstr”, i to była oczywiście prawda. Kiedy mieszkała na wsi, jego wizyty zawsze wiązały się z czymś ciekawym. Przywoził dzieciom łakocie, Franciszce – książki, a wujowi ludowcowi – gazety. Wspaniale umiał spierać się z babką Perkową. Tak pięknie rysował. Gdyby mógł – narysowałby całe Jadowniki, w ogóle i w szczególe, każdą twarz, każdą miedzę, każdą strzechę i każdą jabłonkę. Ale nie umiałby tam żyć, inteligent ze szlacheckiej rodziny, elegant w każdym calu, delikatny i kruchy, jak jej się wtedy zdawało. Czasem towarzyszył mu w tych wyprawach Józef Zdzieński. Ich wierna i piękna przyjaźń trwała od wczesnej młodości aż do nagłej śmierci Józefa. Rozumieli się bez słów, ufali sobie we wszystkim. Miło się patrzyło na nich razem, na ich wzajemny szacunek i dbanie o siebie nawzajem.
Kiedy Regina poślubiła Tadeusza i zamieszkała w krakowskim domu Zdzieńskich, zrozumiała, że ta przyjaźń jest głębsza, niż do tej pory myślała. Jej teść, Paweł, nie miał wprawdzie osobistych powodów, by nie lubić Kazimierza, ale bardzo mu przeszkadzało, że panowie przez wiele lat mieszkali razem w kamienicy należącej do Józefa. Kiedy Paweł miał zły dzień, utyskiwał na obrazę moralności. Dopiero potem miała się dowiedzieć, co naprawdę miał na myśli.
Jako dziecko Regina zwracała się do Kazimierza „wy”, tak jak się na wsi mówiło do osób starszych. Kiedyś, gdy była już nadpołożną, odruchowo powiedziała do niego „pan”. Spojrzał na nią oburzony, jakby go zdzieliła siekierą przez łeb. Nie spodobało mu się to. Lubił te wiejskie klimaty, mówienie do niego „po jadownicku”. Więc pewnego dnia jej teść usłyszał, jak Regina zwróciła się do starego przyjaciela „Kaźmierzu”, a dalej już przez „wy”. Spojrzał na nią oburzony, jakby mu przypalała skórę cygarem. Nie spodobało mu się to. Lecz gdy hitlerowcy eksmitowali mężczyznę z kamienicy, której mieszkania natychmiast przydzielono niemieckim urzędnikom, Paweł nie miał żadnych wątpliwości. Natychmiast zaoferował Kazimierzowi dom. Przyjął go i nigdy tego nie pożałował, pewnie dlatego, że nie zdążył. Może przeczucie śmierci kazało Pawłowi zapewnić ochronę Reginie i dzieciom, choćby w osobie tego człowieka.
I teraz, gdy Regina i Kazimierz żyli sami w pustym mieszkaniu rodziny Zdzieńskich – teraz mówili do siebie na ty i wreszcie wszystko było normalne.
Mężczyzna dopilnował, by zjadła. Kazała mu się budzić, żeby nie zawieść Diany. Gdy się pracuje w tak różnych porach dnia i nocy, to nic już nie jest pewne. Wyczerpany organizm walczy o regenerację. A najwięcej kosztują emocje, których człowiek nie pozwoli sobie odczuwać.
Obudził ją zegar na kościelnej wieży. Wstała, skorzystała z toalety i umyła twarz. Spała o wiele za krótko, ale zawsze to coś. Kazimierz w kuchni czytał przy świeczce. Podniósł na nią spojrzenie człowieka przywoływanego z innego jakiegoś świata. Oto, co z człowiekiem robi literatura. Zerknęła mu przez ramię i parsknęła śmiechem. Studiował rubrykę „Rzeczy praktyczne i ciekawe” z miesięcznika „Położna” z grudnia 1928 roku. Tyle że to były instrukcje, jak przygotować łóżko poprzeczne albo skośne do zabiegowego porodu domowego. Te trudne, zmedykalizowane porody, z nacinaniem i zszywaniem krocza rodzącej, nierzadko z użyciem kleszczy, z ręcznym wydobyciem łożyska lub prowadzeniem porodów miednicowych, wymagały przestawiania mebli, podwyższania którejś części łóżka za pomocą cegieł podkładanych pod nogi mebla, przygotowywania się na duże krwotoki przez zabezpieczanie sienników specjalnymi prześcieradłami, a jak ich nie było, to choć czystym papierem pakunkowym. No i przygotowania samej rodzącej. Mężczyzna czytał o szerokim rozkładaniu jej nóg, myciu krocza lizolem i skracaniu nożyczkami włosków łonowych. On, który nie zaznał kobiety, czytał to z takim etnograficznym zacięciem, jakby to był artykuł o życiu plemiennym w Australii albo w ogóle na innej planecie. Bardzo to było egzotyczne.
– Nie śpisz? – spytała, bo jakoś trzeba było zacząć.
– Czuwam, aby cię obudzić – odparł całkiem przytomnie. – Jeszcze czas, mogłabyś pospać. Znalazłem te „Rzeczy praktyczne i ciekawe”, no i ciekaw byłem, co jest takiego ciekawego.
– Nie zawiodłeś się, co? – ziewnęła, nalewając sobie herbatę z opatulonego ręcznikiem imbryka, zanim pójdzie w świat.
– „Wywabianie plam z kału, moczu, potu i krwi” – przeczytał Kazimierz z tym swoim starannym akcentem.
– No, no – parsknęła Regina, bowiem zabrakło jej słów.
– W zasadzie znalazłem się tu przypadkiem – wyznał ten schludny starszy pan, który przez większość życia nie skalał się kłamstwem. Dopiero na stare lata nauczył się kombinować i szmuglować, no ale była wojna. – Myślałem, że przyniosłaś to na podpałkę. Sprawdziłem. Otwarło mi się na przepisach kulinarnych. Karp po polsku. A te wszystkie zabiegi były zaraz obok. Posłuchaj tego – i kontynuował jak gdyby nigdy nic: – Oczyszczoną i pokrajaną na dzwona rybę zalać wrzącym octem, przykryć i zostawić, niech tak postoi pół godziny. Nastawić w rądlu wody, z kwaterką czerwonego wina, dodać jarzyn dla smaku, cebulę, kilka ziarnek pieprzu i angielskiego ziela (3–4), parę goździków, listek bobkowy, trochę skórki cytrynowej, osolić i gotować, jak zawrze, kilka razy odcedzić i na wrzący smak włożyć rybę, dorzucić garść tartego piernika. Podpalić trochę cukru dla nadania koloru, gotować, aż ryba będzie miękką. Na ostatku dać łyżkę masła, odstawić, nakryć papierem na kilka minut, następnie wyłożyć na półmisek i podać. (Jeżeli kto lubi, można dodać rodzynek).
– Ach, rodzynki – rzuciła lekko Regina, bo lepiej się śmiać, niż płakać.
– Chyba musimy odpuścić także wino, cukier, skórkę z cytryny i garść tartego piernika. Bo karpia mamy, wiesz? – roześmiał się, widząc zszokowaną minę kobiety. – Nie pytaj, i tak ci nie powiem skąd.
Ona także się zaśmiała i zajrzała mu znów przez ramię.
– To może teraz ambitniej. Widzę tu przepis na tort Dobosz.
Podszedł do tego całkowicie serio, uważnie przeczytał instrukcję i pokręcił głową: – Masło, cukier, jaja, czekolada, woda, andruty. Nie mamy ani jednego składnika.
– Nieprawda – odparła z bardzo poważną miną. – Mamy wodę.
Wypili herbatę, gawędząc swobodnie. Regina otworzyła szafę, by wyjąć z niej sukmanę ojca i możliwie najmniej stukające buty. Właśnie szła łamać godzinę policyjną.
– A gdzie właściwie wychodzisz?
– Nie jestem pewna, ale mam wrażenie, że to bordel.
Zamilknął na chwilę, porażony jej słownictwem, a może tylko wizją Reginy w takim miejscu.
– Wróć przed północą – doradził.
– Raczej nie ma szans – odparła Regina, ucałowała jego zafrasowane czoło i wyszła w ciemną noc.¹ (niem). Tylko dla Niemców.
² (niem). Do widzenia.
³ (niem.) Dobry wieczór.
⁴ (niem.) Co tu się dzieje?
⁵ Salowa, opiekunka.
⁶ Wracajcie do swoich obowiązków, obie.
⁷ (łac.) łożysko przodujące, terminologia przyjęta także w Niemczech.
⁸ (niem.) Panie dyrektorze.
⁹ Nie wolno panu badać łożyska przodującego przez waginę, to jest niebezpieczne.
¹⁰ Nie wolno mi?
¹¹ Porządek.
¹² (niem.) Pytam o raport położną Bujak, a nie salową.
¹³ (niem.) Uwaga.
¹⁴ (niem.) Proszę za mną.
¹⁵ (niem.) Znajdź.
¹⁶ Ona jest tu.