Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Popas nad Missouri - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 czerwca 2026
25,00
2500 pkt
punktów Virtualo

Popas nad Missouri - ebook

Początek XIX wieku. Ameryka dopiero uczy się, jak daleko może sięgnąć. Z Gór Skalistych, przez Wielkie Równiny, duszne bagna Luizjany, stare, niespokojne St. Louis, aż po ścieżki indiańskich plemion – ta powieść prowadzi przez brutalne pogranicze rodzącej się cywilizacji. Tu decyzje zostawiają blizny, a spojrzenie komuś w oczy oznacza spotkanie z własną przeszłością. Tej nocy wszystkie drogi zbiegają się w jednym miejscu. Na surowym pograniczu, gdzie prawo znaczy mniej niż garść prochu, a zaufanie bywa śmiertelnie niebezpieczne, nieuchronność łączy losy trzech mężczyzn z różnych światów. Każdy z własną historią, tajemnicą i prawdą o tej ziemi. Gdy zapada zmrok, rozmowy stają się ostrzejsze niż noże, a słowa cięższe niż kule. Każdy chce doczekać świtu - na własnych warunkach. "Popas nad Missouri” to surowy western o gniewie, winie i cenie ekspansji. O świecie, który rodzi się w bólu, i o ludziach zepchniętych naprzeciw siebie nad brzegiem dzikiej rzeki.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna polska
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397940024
Rozmiar pliku: 849 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

I.

OBOZOWISKO

Missouri, 12 września 1803 (obecnie)

Wrześniowa noc u podnóża Gór Skalistych była raczej z gatunku tych paskudnych. Wilgotny chłód właził głęboko w kości, a stawy szybko sztywniały. Samotny, niewysoki jegomość dopiero co rozłożył się z ekwipunkiem pod wysoką skałą, na pasie zieleni oddzielającym ją od wschodniego brzegu Missouri.

Kenneth Attwood wybrał żywot samotnika, choć nie zawsze tak było. Nie po to przybył i przemierzał wspaniałe, dzikie i niebezpieczne góry, równiny i doliny rzek. Niegdyś marzył o dostatnim życiu. Ba! nawet takie wiódł. Śnił o sławie własnego nazwiska i dużej rodzinie. Kiedyś niemal spełnił to drugie marzenie. A przynajmniej był tego bliski. Obecnie jednak jego żywot wyglądał zgoła inaczej. Jakkolwiek rozumianą cywilizację zostawił daleko za sobą.

Ostatnie kilka lat, które spędził na tułaczce pogodzony z losem, mocno go postarzało. Jego skóra, wystawiona na surowe warunki, wyraźnie pociemniała i zgrubiała. Rysy twarzy stały się szorstkie i w dużej mierze przysłonięte obfitym zarostem. Rudawa, kilkumiesięczna broda zlewała się już z wąsem w jedną całość. Wyglądała bardziej jak futro i taką też spełniała funkcję. W ciepłe miesiące skracał ją trochę ze względów higienicznych, ale nadchodził teraz zimny czas, więc pozwolił sobie na pragmatyczne niechlujstwo. Włosy na głowie miał długie, nieco tłustawe i splątane. Niedbale opadały na ramiona spod wełnianego kapelusza, który nosił ślady kilku skutecznych napraw, całkiem nieźle zresztą wykonanych. Kąpieli zażywał naturalnie w rzekach, niezależnie od pory roku i tak często, jak to możliwe, bywało, że i każdego dnia. Bynajmniej nie dla zdrowia, raczej dla przyjemności. Pełne szorowanie z brudu zaliczał niezwykle rzadko, wykorzystując do tego celu tak zwaną zupę ługową, będącą mieszanką tłuszczu zwierzęcego, popiołu i ługu. Od ostatniego razu minął już jakiś czas, jednak częste pluskanie się w potokach dawało dobre rezultaty.

Nie przejmował się swoim licem naznaczonym doświadczeniem trzydziestu dwóch lat, z których ostatnie odcisnęły się dość szorstko. Posiadał co prawda niewielkie lusterko, ale zerkał w nie raczej w celu opatrzenia trudno dostępnych ran czy otarć. No, może kilka razy przejrzał się w nim ukradkiem, ale tylko na długość mrugnięcia okiem, po czym, zawstydzony, szybko je chował. Wolał pamiętać siebie z poprzedniego życia, które i tak było już dość mglistym wspomnieniem. Głupi cep – myślał, zakrywając własne odbicie – jakby co najmniej ktoś miał cię w tej głuszy przyuważyć. Czasem się wtedy delikatnie uśmiechał. Nie ma jednak pewności, czy nie tylko w duchu.

Z racji chłodnej już pory roku ubrany był niemal od stóp do głów w skórę jelenia. Uszyte z niej spodnie i koszula z wapiti miały naturalny kolor, frędzle, natomiast mokasyny na tę chwilę, podobnie jak u tubylców, były już w zasadzie czarne jak zepsuty ząb. U biodra tkwił przywieszony tomahawk i wyraźnie zużyty, ale ostry nóż myśliwski, którego pochwę przyozdobił kolcami ursona. Równie przystrojona była niedużych rozmiarów skórzana sakwa, którą nosił na pasie. Niewielkie ognisko, przy którym siedział, nie dawało dużo ciepła, więc zarzucił na ramiona wysłużony koc punktowy. Nabył go dawno temu barterowo, za skóry bobrowe, od napotkanego kupca z St. Louis. Za wygodne legowisko służyła mu bizonia skóra, w którą w razie chłodu mógł się szczelnie zawinąć. Nie pokładał się jeszcze do snu, więc siedział na traperskim stołku zrobionym z trójkątnego fragmentu skóry, zaciągniętej na trzy skrzyżowane ze sobą w połowie i przewiązane sznurkiem kawałki solidnych gałęzi. Z impregnowanej bawełnianej tkaniny zbudował pochyłe zadaszenie – osłonę od wiatru – rozwieszoną na szybko między sosną a mocną drewnianą laską. Kija tego używał do wspierania się w drodze, gdy akurat prowadził swoją gniadą klacz, i jak na dżentelmena przystało, sam też niósł część ekwipunku. Ten z pozoru błahy kijek robił ogromną różnicę, większą z każdą milą wędrówki.

Attwood i gniada wędrowali tego dnia bez przerwy, z powodu kilku zwiadowców z plemienia Wron, którzy złapali ich ślady. Czerwonoskórzy prawdopodobnie wyruszyli, by zrobić rekonesans przed kradzieżą koni Szoszonom lub, jak to mają w zwyczaju, chcieli polować na terytorium Czarnych Stóp. Tak czy inaczej zainteresowała ich jego obecność. Znaną dobrze metodą wilków celowo poprowadził ich swoim fałszywym tropem, żeby w rzeczywistości móc ich śledzić i przyjrzeć się im bliżej, a ostatecznie wyprowadzić ich w pole. Wiedział, jak nie zostawić po sobie śladu, ale z koniem było to niemożliwe. Mnóstwo czasu pochłonęło mylenie tropu, w końcu jednak poczuł się na tyle bezpieczny, by odpocząć.

Monica, bo tak zwała się gniada, resztkami sił doczłapała na miejsce, w którym postanowił, że spędzą noc. Napojona wcześniej zimną wodą Missouri spokojnie skubała gałązki i korę sosnową w odległości kilku stóp od niego. Ledwo sięgało jej światło ogniska. Ogień tej nocy nie był kwestią oczywistą, dlatego dobrze to przemyślał. Chłód nie był najgroźniejszym z nieprzyjaciół. Miał ze sobą tyle skór, że nie zmarzłby i w grudniu. Znał ten rejon dość dobrze i wcześniej widywał w tej okolicy grizzly, dla których płodna rzeka stanowiła cenne źródło pożywienia. Dziś natomiast natknął się na niedźwiedzie odchody. Palenisko nie gwarantowało wprawdzie bezpieczeństwa, ale zwierzęta raczej powinny trzymać się z daleka. Wrony zmylił skutecznie, tego był pewien. Pod warunkiem, że to jedyny zwiad. Nie chcąc rzucać się w oczy, zbudował otoczony kamieniami niewielki stosik drewna – i to w taki sposób, by palące się gałęzie nie puszczały dużo dymu. Suchego paliwa na opał znajdowało się w najbliższej okolicy wystarczająco dużo, żeby, oszczędnie nim gospodarując, podtrzymać ogień do świtu.

Uszu człowieka gór kilka razy dobiegł ledwo słyszalny szelest z pobliskich, lecz niewidocznych już wierzbowych zarośli. Albo było to małe nieostrożne zwierzątko, albo duże, wykazujące nadmierną ostrożność. Nie miał zamiaru sprawdzać, co za licho tam siedzi, ale dołożył nieco do ogniska, schował coś za kępką krzaków przy przewróconej sośnie i usiadł przy palenisku z naładowanym karabinem Kentucky w dłoniach. Kiedy od dłuższej chwili nie słyszał już szelestu, odłożył broń tak, by mógł w mgnieniu oka chwycić ją ponownie i wycelować w tamtym kierunku. Sięgnął po suszone mięso i żuł je mozolnie, lecz ze smakiem, bowiem był to dziś jego pierwszy i prawdopodobnie jedyny posiłek.

Nagle jego wyostrzony życiem w dziczy słuch zarejestrował dźwięk, którego obawiał się najbardziej. Dźwięk oznaczający człowieka. Usłyszał przekleństwo w języku siksika. Czarne Stopy. Dlaczego akurat oni mieliby go podchodzić? – pomyślał. Członków tego plemienia, składających mu tak „nieoficjalną” wizytę, spodziewałby się tu jako ostatnich. Traper chwycił karabin z palcami na spuście, zrywając się na równe nogi, ale nie zdążył nawet dobrze się wyprostować, gdy w świetle płomieni ukazał się młody Indianin z zawiązanymi oczami i rękoma splecionymi za plecami. Znad jego ramienia celował do trapera pistolet skałkowy, trzymany przez stojącą za tubylcem postać w długim wełnianym płaszczu i bobrowym, wysokim kapeluszu z rondem. Ubrany na czarno napastnik lewe oko miał przesłonięte skórzaną łatą, zamocowaną na przewiązanym wokół głowy rzemieniu. Parszywy łachudra, który ośmielił się wedrzeć siłą do obozowiska, był mocnym, wysokim, zarośniętym czarną kilkutygodniową szczeciną rodakiem. Irlandzki akcent na oko czterdziestoletniego intruza brzmiał bardzo wyraziście.

– Przesadna kurtuazja, obejdzie się – powiedział chropowatym głosem lekko zdyszany właściciel pistoletu, puszczając oczko. Właściwie trudno to było jednoznacznie stwierdzić, ponieważ mógł zwyczajnie mrugnąć. Brak jednego ślepia utrudniał ocenę.

Zaraz potem nakazującym gestem zachęcił Attwooda do porzucenia broni. Odprowadził go lufą w kierunku bawełnianej płachty.

– Zapewniam, że kulka, na którą pan zapewne nie zasłużył, jest w środku. Jednocześnie nie chcemy robić hałasu, prawda? – dodał.

Kenneth nie odpowiedział. Wpatrywał się w chuligana niewzruszony.

– Przykro mi, że zakłócamy pański spokój. Wolałbym samotne, ustronne miejsce, ale miałem naprawdę ciężki dzień. Pozwoli pan, że dobrym zwyczajem goście zasiądą przy stole. W wygodnym miejscu – kontynuował.

Intruz z traperem na muszce i Indianinem trzymanym za długie kruczoczarne włosy zaczęli okrążać ognisko tak, że finalnie zamienili się miejscami, nadal będąc po jego przeciwnych stronach. Mężczyzna w cylindrze siłą usadził tubylca pod najbliższym drzewem, co skutkowało kolejnym przekleństwem w języku siksika. Po czerwonoskórym było widać, że nie miał ostatnio lekko. Jedyny warkocz leżał potargany na reszcie rozpuszczonych włosów. Zdobna skórzana kurtka i spodnie nosiły ślady brudu, jakby się tu czołgał, a nie szedł. Na gałęzi, po drugiej stronie pnia, jednooki powiesił jego niewielką torbę parfleche z niewyprawionej skóry. Zawierała trochę suszonej wołowiny z bizonim łojem i jagodami, tak zwany pemmikan, a także fajkę, jakieś zioła i kilka osobistych przedmiotów. Uwagę Attwooda przykuł naszyjnik z pazurami niedźwiedzia, który wisiał swobodnie na mocnej klatce piersiowej rdzennego.

Czarnobrody natręt wskazał myśliwemu obalony pniak, a sam usadowił się wygodnie przed improwizowanym namiotem, na skórzanym stołku, który dosunął do paleniska. Ściągnął swoją podręczną torbę z ramienia i położył ją za sobą. Rozpiął płaszcz i zdjął przewiązaną pod szyją lnianą chustę. Poprawił kapelusz. Chwycił leżący na ziemi karabin trapera i przysunął go nieco do siebie. Opuścił pistolet, ale nadal trzymał go pewnie w dłoni. Zdjął przewieszony przez ramię karabin Baker, po czym położył go sobie na udach, wylotem lufy w kierunku Indianina. Krótko mówiąc, rozgościł się na dobre. Teraz, gdy siedział w świetle ogniska, traper zauważył pod rondem kapelusza bliznę na łuku brwiowym oraz lekko przetrącony nos, jak u boksera. Nieproszony gość chwycił grubą suchą gałąź i rzucił ją w ogień.

– Och, tak lepiej – westchnął zbir, rozglądając się po obozowisku, i zaczął zimno wpatrywać się w Attwooda. – Nie lubię się narzucać, naprawdę. Wraz z moim podopiecznym jesteśmy w o tyle kłopotliwej sytuacji, że jest już późno i wygląda na to, że skorzystamy z pańskiej uprzejmości.

– Nie musi mi pan grozić, żeby się przysiąść. – Myśliwy powiedział to tak, że brzmiało jak zaproszenie.

Miał ciepły głos, niczym kaznodzieja. Prawie niezauważalnie seplenił z powodu niekompletnego uzębienia.

– Pozwolę sobie nie zmieniać charakteru odwiedzin – odparł nieproszony gość, poprawiając pistolet w dłoni.

– Pański wybór. Oby okazał się słuszny. Osobiście nie chcę kłopotów, dlatego weźcie, cokolwiek wam potrzebne, i odejdźcie – zasugerował człowiek gór, patrząc na rozmówcę równie lodowato, choć wewnątrz niego wrzało.

– To bardzo szlachetne z pańskiej strony i pewnie dokładnie tak zrobimy. Uf, powiem, że nawet mi ulżyło, bo musiałbym nalegać. Ktoś mógłby uznać to wówczas za rabunek, którym to spotkanie w istocie nie jest. Zrobimy dokładnie, jak pan proponujesz, odjedziemy i to galopem. Tyle że o świcie. – Zrobił smutną minę w geście przeprosin za niewygodną sytuację, a następnie szybko się rozchmurzył, widząc suszone mięso, i dodał: – Jeszcze powiedz pan, że masz whisky, a będę najszczęśliwszym upierdliwcem po tej stronie Missouri.

– Jakim sposobem odjedziecie, skoro nie słyszę ani nie widzę waszych koni? – spytał, licząc, że jakimś cudem odpowiedź będzie inna niż ta, której się spodziewał. W każdym razie musiał się upewnić.

– Ja jednego widzę. – Intruz wskazał wzrokiem Monicę. – Przecież to proste. Naprawdę muszę to tłumaczyć? Gdzie ta gorzałka?

– Nie sądzę, by dał pan radę przejechać na niej choć dziesięć jardów. – Traper uśmiechnął się przez złość, która kipiała z czerwonych od frustracji oczu.

– To się okaże.

– Obawiam się, że nie mogę się na to zgodzić. – Natychmiast całkowicie spoważniał.

– A ja się obawiam, że będzie lepiej dla wszystkich, jeśli zostaniesz pan uprzejmy. – Jakby od niechcenia poruszył pistoletem. – Skoro już wymieniamy się uprzejmościami: Hutch Barrett – przedstawił się, dotykając szarmancko ronda kapelusza.

Odpowiedział mu jedynie mocniejszy świst wiatru.

Cisza trwała odrobinę za długo. Indianin zaczął mamrotać coś pod nosem, w efekcie czego oberwał od swego porywacza niewielkim kamykiem.

– Pańska godność? – ponaglił trapera Barrett.

– Tihkoosue – odpowiedział wyraźnie i jednocześnie niechętnie.

Hutch wytrzeszczył ślepię.

– Interesujące. Niech będzie – rzekł po chwili.

Rdzenny więzień zwrócił głowę w ich kierunku, choć przez zawiązane oczy nie widział nawet blasku ogniska. Znów oberwał kamieniem. Hutch Barrett włożył do ust kawałek suszonego mięsa i mlaskając, powrócił do rozmowy:

– Powiedz mi, Tihko coś tam, czy…

– Tihkoosue – poprawił go ze stoickim spokojem Kenneth.

Gdy traper nie mówił, szczęki miał mocno zaciśnięte, a oczy uważnie śledziły każdy ruch intruza.

– Tihkoosue, czy masz tu jakąś wodę ognistą? – zapytał grzecznie. – Źle zaczęliśmy znajomość, a jako sprawca całego zamieszania chciałbym się z tobą napić. Nie posiadam jednak nawet pustej butelczyny, więc jeśli jakaś tu jest, a mam do tego nosa i coś mi podpowiada, że tak, to nie chciałbym tego uroczego wieczoru tracić czasu na szperanie w cudzych rzeczach.

– Nie mam dla rzezimieszka whisky, a nawet gdybym miał, wolałbym ją oddać lub wylać, niż pić z rabusiem.

– Rabusiem? He, he, dobre sobie. Przecież niczego panu nie zwinąłem. Chyba nie naburmuszyłeś się półdzikusie o ten kawałek wołowiny? – zadrwił.

– Napada pan na mnie podstępem, z bronią w ręku, zasłaniając się tchórzliwie tubylcem, jesz pan mój prowiant w moim obozie, przy moim ognisku, obraża mnie pan, a na koniec chce ukraść moją klacz i liczy pan na gest dobrej woli? Liczysz pan na niego? Poważnie? – spytał z całą pewnością siebie myśliwy.

– Hm, cóż, kiedy tak to pan przedstawiasz, nie wygląda to najlepiej. – Intruz podrapał się teatralnie pod kapeluszem, zrobił udawaną zamyśloną minę i cmoknął kilka razy, jakby zastanawiając się, co dalej. – Może nawet rozważyłbym przeprosiny za swoje zuchwałe zachowanie, ale chyba właśnie nazwałeś mnie pan tchórzem. Powiem ci, Tihkoosue, jak zrobimy… – kontynuował.

– To może ja powiem jaśnie panu, jak zrobimy – przerwał mu zdecydowanie myśliwy. – Na początek odłóż pan pistolet albo strzelaj, w przeciwnym razie jeśli nadal będzie pan nim wymachiwał, znajdą pańskie truchło w dole rzeki. – Traper wstał i położył rękę na tomahawku.

– Siadaj pan w tej chwili, bo klnę się na wszystkie diabły, że jeden martwy menel nie zrobi mi różnicy! – odezwał się podniesionym ochrypłym niskim głosem Hutch, zrywając się nieco nerwowo ze stołka, i wycelował myśliwemu między oczy.

Indianin, czując między nimi napiętą atmosferę, zachichotał. Przypłacił to jednak kopniakiem pod żebro.

– Jeszcze tej nocy pożałujesz, Barrett, że do mnie mierzysz. Trzeba było się zwyczajnie przysiąść. Dobrze radzę, nie tracić czujności. – Attwood, siadając, podrapał się poirytowany po zarośniętym policzku.

Skrywał pod brodą kilka blizn po przykrych przygodach, w tym jedną wyjątkowo upierdliwą, która w zdenerwowaniu zaczynała ni to szczypać, ni boleć.

– A swojej, a właściwie mojej pieprzonej whisky niech sięgający mułu bandyta szuka w jukach pod płachtą. I żeby panu nosem poszła – rzekł dość spokojnie przez zaciśnięte zęby i usiadł ponownie na powalonym drzewie.

Nie spuszczał oka z intruza. Jeśli jednak miał się z nim zmagać, gorzała mogła pomóc, usypiając czujność skurkowańca.

– Udam, że nie słyszałem tej nieznośnej uwagi. Moje pokręcone maniery nie pozwalają mi niestety szperać w pańskim ekwipunku. Będę kontent, jeśli się pan pofatygujesz. – Barrett nie zamierzał odwracać się do żadnego z nich plecami, a tego wymagałoby pójście po alkohol.

Kenneth wyjął prawie pełną butelkę i rzucił agresorowi pod nogi. Choć chętniej rozbiłby mu nią czerep. Ten, wzdychając, podniósł szkło, otworzył i przyłożył do ust, ale pewna niepokojąca myśl powstrzymała go od napicia się. Powąchał. Nie wyczuł niczego alarmującego, choć trunek był mocny, a spirytusowa woń dość ostra. Nie sposób ocenić. Podszedł do Indianina, siłą otworzył mu usta i wlał w nie nieco gorzały. Tubylec chciał wypluć zawartość, ale po krótkim namyśle ostatecznie ją połknął i krótko się zaśmiał, niejako ze zniewagą. Barrett zawtórował mu, po czym znów kopnął go w bok.

– Czasem lepiej się upewnić, niż gorzko rozczarować – stwierdził, puszczając oko, a następnie wziął niewielki łyk, którym przepłukał usta, potem zaś, napalony, spuścił rudą ciecz po gardle.

Kolejny łyk pociągnął już porządnie. W wyraźnie lepszym nastroju skinął głową na Czarną Stopę i zwrócił się do Attwooda:

– Obstawiam, że czerwonoskóry zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji, ale pewnikiem to pieprzony alkoholik. Widziałem, jak Czarne Stopy żłopią whisky na grzechotnikach, pędzoną na tytoniu i czarnym prochu. Zresztą nie tylko oni. Nawet się nie krzywią. Rarytasu jak ten raczej w życiu nie miał w ustach, ale nie jest aż tak głupi, nie dałby się nabrać na coś lewego.

Człowiek gór spokojnie patrzył w ogień, kątem oka uważnie rejestrując ruchy Barretta. Nie odpowiedział na upokarzające tubylca zaczepki.

– To Wie Skąd Wieje Wiatr, taki traper, dzikus. Biedak łazi po lasach sam jak palec. Mojego smrodu jednak nie wyczuł, zanim go dorwałem. Dał się podejść jak dziecko. – Jednooki wyglądał na rozbawionego.

Attwood słyszał już to imię, ale nie dał po sobie poznać, że nie jest mu ono obce. Nie mógł tylko przypomnieć sobie okoliczności, w jakich o nim się dowiedział.

– Och, porozmawiajmy, do świtu jeszcze trochę. Przekonasz się, Tihkoosue, że nie jestem taki zły. Zaufaj mi, na nikim nie robię dobrego pierwszego wrażenia, ale potrafię być towarzyski. Porozmawiajmy szczerze. Zżera mnie cholerna ciekawość na dźwięk pańskiego imienia. W jakich okolicznościach pan je przybrał czy może otrzymał?

– Może jest pan towarzyski, żeby odwrócić uwagę.

– Niby od czego? – zapytał żywo zainteresowany łowca głów.

– Od faktu, że samemu ze sobą trudno wytrzymać, gdy jest się takim cymbałem. – Attwood spojrzał na rozmówcę, jakby chciał się pojedynkować. W zasadzie w tej chwili nie miałby nic przeciwko temu.

– Teraz mnie pan obraził. Uznam zatem, że jesteśmy kwita. Zręcznie kierujesz pan rozmową, ale nie zapomniałem, o co pytałem. Domyślam się, że to indiańskie imię?

– Czym zawinił ten człowiek, że ciągnie go pan żywego na wschód? – Traper nie chciał oddać pełnej kontroli nad rozmową w ręce bandyty.

– Jak głosi stare porzekadło, facet z bronią nie musi odpowiadać. – Spojrzał znacząco na wylot lufy i z zadowoleniem rozłożył bezsilnie ręce. – Ale wiesz pan co? Odpowiem, chociaż pan masz w nosie moje pytania. Uszanuję to. Schwytany przeze mnie dzikus zabił człowieka. Białego. Porządnego chrześcijanina. Zrobił to tylko dlatego, że się na niego natknął. Bez powodu. To są zwierzęta. Nie są warci skrawka tej ziemi – splunął w kierunku tubylca.

– Cóż, na tej ziemi śmierć nie przebiera w kolorze skóry. Jest pan pewien, że ma właściwą osobę? – Kenneth ciągnął obcego za język.

– Oczywiście, że jestem pewien. Czy gdybym miał najmniejszą wątpliwość, targałbym go ze sobą, ryzykując własną głowę?

– Pewnie nie, choć trudno mi uwierzyć w takie zachowanie czerwono­skórych. Przynajmniej z plemienia, które znam, a zdaje się, że mówimy o tych samych ludziach. Bywam u Czarnych Stóp, trochę z nimi handluję, nawet sypiam u nich gościnnie. Nie spotkałem się z bezcelową napaścią. Zabijają w odwecie lub ze strachu. Znam pojedyncze przypadki napaści rabunkowych, ale jakby nie patrzeć, to też jest powód, choć takie rabunki nie kończą się morderstwem. Najczęściej, jeśli zabijają, to jest to rewanż. Co więc, gdyby jednak miał powód?

– Naiwne gdybanie. – Pokręcił głową. – Niech mi kruki żywcem wyżrą jedyne oko, jeśli nie widziałem, jak posłał strzałę w łeb porządnego męża. Suczysyn przebił mu czaszkę na wylot!

– Niech będzie. Trudno mi kwestionować to, czego był pan świadkiem. I nie zabił go pan w odwecie? Zabrakło szczęścia czy odwagi? – spytał prowokująco myśliwy.

– Stąpasz pan po kruchym lodzie. A w odwecie to powinienem wyrżnąć całą jego wiochę.

– Cóż pana zatem powstrzymało?

– Naturalnie to, że nie jestem seryjnym mordercą Czarnych Stóp, choć powinni sczeznąć w najgłębszych odmętach piekieł.

– Naturalnie…

– Przychodzi panu do głowy choćby jeden dobry powód, dla którego nie miałbym teraz rozwalić mu psiego łba tą butelką? – Uniósł flaszkę, na której zacisnął mocniej pięść.

Hutch, biorąc zamach, odwrócił się do Indianina.

– Zdaje się, że ta butelczyna jest jedyną, jaką mamy. – Tymi słowami Attwood zatrzymał Barretta. – I zdaje się, że innej już dziś nie będzie – dodał i uśmiechnął się, widząc, że ten argument zadziałał.

– To całkiem dobry powód… sprytny, leśny człowieku. Całkiem niezły. – Prawdopodobnie puścił oko. – Mam jeszcze jeden, równie ważny, choć może nie tak wzniosły – zauważył. Opuścił butelkę, przyglądając jej się beznamiętnie, i usiadł. Następnie dodał: – Jeśli miałbym decydować, wypatroszyłbym dzikusa jak łanię. Mimo że zabity biedak nie był mi krewnym ani w innym sensie bliskim. Znajdował się jedynie w tym samym miejscu i czasie co ja. Niestety nie mogę zawinąć tego czerwonoskórego łachudry w jego własne jelita. Jestem aktualnie jakby w pracy i to nie ja decyduję, co się z nim stanie. – Rozłożył ręce w geście bezsilności. – Jeśli jednak będzie kombinował, widzę tu parę mocnych gałęzi i solidną linę. Chętnie popatrzę, jak wierzga nogami, charcząc. Nie zmarnuję na niegodziwca ziarna prochu, jeśli mnie sprowokuje.

– Czyli ktoś zlecił porwanie. Komuś zależy na zemście, ale nie na tyle, żeby pofatygować się osobiście. Ale czy wtedy właśnie odpłata nie smakowałaby najwytrawniej?

– Bardzoś pan wścibski. Nie zwykłem paplać ozorem o sprawach zawodowych. Staram się chronić godność klientów. Mogę jedynie powiedzieć, że ktoś chce mu spojrzeć głęboko w oczy, a potem… cóż, sądzę, że moja zemsta byłaby zaledwie niewinną igraszką w porównaniu z tym, co się potem wydarzy. Czeka na niego najbardziej mściwy i zdeterminowany gatunek. Och, nawet wolę sobie nie wyobrażać, już teraz mam ciarki, widzi pan? – Hutch wyciągnął w stronę Attwooda rękę z podsuniętym rękawem, żeby pokazać zjeżony włos. – Chyba z wrażenia muszę się odlać. Spokojnie, nie skalam tego przybytku – uśmiechnął się sztucznie, rozglądając wokół i szukając najdogodniejszej lokalizacji.

– Jeśli mogę pana prosić, mógłby pan załatwić sprawę tu, za powalonym drzewem? – zapytał i wskazał dokładnie miejsce, w którym wcześniej coś ukrył, gdy usłyszał Hutcha z Indianinem w chaszczach. – Obszczanie terenu wokół obozu zniechęca zwierzęta. Tam jeszcze nie robiłem – wyjaśnił.

– Mimo wszystko pozwolisz, traperze, że odleję się tam, gdzie sam postanowię. – Barrett pokiwał głową z dezaprobatą i zaczął szczać po zupełnie innej stronie.

– Ciekawe… obstawiam, że nieszczęśnik, którego życie skrócił tubylec, kogoś osierocił. Zgadza się? – zapytał bandziora Attwood, gdy ten załatwiał potrzebę. – Rewanż za śmierć ojca z pewnością byłby okrutny – starał się jak najwięcej wyciągnąć z Barretta i odwrócić uwagę od własnej osoby.

– Nie jesteś pan upoważniony do takiej wiedzy, a ja tym bardziej do tego, by jej udzielać – uciął bandyta, kiwając palcem, gdyż zdawał się wyczuć zamiary myśliwego. – Ale niech będzie, osierocił. Strzelałeś pan na ślepo, co? Ale żeś trafił. Niech mnie. Pewien Quinton wychowuje się teraz bez ojcowskiej ręki. Bez ojcowskich rad i przykładu. Smutne, prawda? Na szczęście jego matka, bardzo rozsądna wdowa, poprosiła mnie, żebym nauczył go obsługi broni palnej. To jeszcze nawet nie podlotek, a już lubi zapach prochu. Coś mi mówi, że będzie miał grubą skórę. Tli się nadzieja w kolejnym pokoleniu – uśmiechnął się szczerze sam do siebie, gdy kończył opróżnianie pęcherza. – A ciebie, Tihkoosue, co tu sprowadza? – spytał, siadając na powrót na stołku. – Słyszałem plotki o złocie w tych górach, ale nie spotkałem nikogo, kto by to potwierdził. Wyglądasz pan, jakbyś kwitł tu od dawna, musi mieć pan ważny powód. A może raczej cenny powód? – Potarł zachłannie dłonie.

– Nie szukam złota. Nie brakuje mi wygód. Jak się pan domyśla, żyję głównie z handlu skórami. To moja profesja.

– Szkoda. Kawałek tego ślicznego kruszcu mógłby zmienić pańską obecną sytuację. – Ponownie chciwie potarł ręką o rękę.

– Opuściłby pan to miejsce, gdybym zapłacił? A może mógłbym wówczas kupić również wolność tego Indianina? – zapytał, mrużąc oczy i kręcąc palcami rudego wąsa.

– Nic z tych rzeczy. Potrzebujemy nabrać sił, a to miejsce wydaje się idealne. Poza tym nie odsprzedałbym więźnia. To byłoby bardzo nieuczciwe. – Wydawało się, że mówił z przekorą, ale całkiem poważnie.

– Ciekawe, że chwali się pan uczciwością. Kpina. Nie sądzę, żebym miał cokolwiek ugrać, oddając nawet tuzin uncji tego minerału. Hipotetyczny tuzin – uśmiechnął się drwiąco.

– Cóż, może mógłbyś pan wykupić o świcie swojego konia. Chociaż… nie. Będzie mi jednak potrzebny. – Barrett odwzajemnił taki sam uśmiech.

– A zatem rabunek.

– Hipotetyczny – zaśmiał się.

– To bez znaczenia.

– Czyżby? To masz pan to złoto czy nie?

– Już mówiłem.

– Eh, wszyscy kłamią na temat złota – stwierdził raczej rozbawiony niż rozczarowany.

– Ta ziemia dostarcza mi wszystkiego, czego potrzebuję, a zarazem niczego, co mogłoby panu pomóc.

– Hm… trudno. Wie pan, nie daje mi spokoju i nie mogę pojąć… czy nie byłoby wygodniej panu w mieście lub choćby w osadzie? Zastanawia mnie to.

– Powiedzmy, że cenię sobie naturę i swobodę, a własne towarzystwo najbardziej. Chyba widać, że nie jestem kontent z przybycia gości.

– Nic dziwnego, to przez niewłaściwe nastawienie. – Hutch złapał wyraźnie dobry humor. – Do niczego pan nie tęsknisz?

– Do ulic spływających końskim łajnem, nie tylko zresztą końskim? Do robactwa, kurestwa i pozorów? Jakoś niezbyt. Przestałem gonić własny ogon.

– Nieźle. Jednak musi być coś, czego tu brakuje.

– No, może rozmów. Chyba nader często gadam już ze sobą. Ale chwilowo, chcąc nie chcąc, zaspokaja pan tę moją potrzebę. Na swój sposób. – Kenneth uniósł rondo kapelusza i spojrzał świdrująco na rozmówcę.

– To też jest niczego sobie. Nie w kij dmuchał. – Hutch cmoknął z zadowoleniem, mierząc człowieka gór od stóp do głów. – Niech będzie. A tu nie jesteś pan do niczego przywiązany? Ostatecznie jesteś pan wędrowcem, jak sądzę, a nie drzewem, nie zapuszczasz pan korzeni, co? – dodał zaciekawiony.

– Prawie niczego na stałe nie posiadam, przynajmniej niczego wartościowego. Poza wolnością. I jej jednej nie pozwolę sobie nikomu odebrać – zapewnił, patrząc srogo na Barretta i jego pistolet.

– A klacz? – zapytał śmiało spod kapelusza bandzior.

– Nie jest moją własnością w pańskim rozumieniu. To partnerski układ. Być może obce panu zjawisko. Poza tym, jak już wyjaśniłem, nie odjedzie pan na niej – zripostował.

– Być może. Pańska pewność siebie nawet mi imponuje. A ta cała wolność? Czy aby nie jest to zwyczajna walka o przetrwane?

– Coś pan taki ciekawy? Tak. Czasem nią bywa. Ludzie najczęściej pragną wygody i świętego spokoju. Ludzie tacy jak pan – zaakcentował z niesmakiem. – Przecież po to właśnie pan mi tu wlazł. Niestety w cywilizacji, żeby mogło tak być, trzeba zgodzić się na pewien z góry nałożony surowy reżim, który narzuci ktoś trzeci. Zupełnie obcy. Najczęściej ktoś bez wyobraźni lub z tak dobrze rozwiniętą, że ludzie kończą jako nieświadomi niewolnicy. Czyli najlepsi możliwi. Dają się prowadzić za rękę jak dzieci w zamian za tak zwane bezpieczeństwo. Byłem tam, zasmakowałem tego i podziękuję. Wyjście poza społeczeństwo oznacza jednak utratę bezpieczeństwa. Jednym z praw jest tu prawo krwi, ale, jak widać, wciąż oddycham. Pan nigdy nie walczył o życie?

– Bez urazy, ale wygląda mi to na buntowniczy bezład. Pieprznik. Natomiast o swoją skórę walczyłem i zawsze odnosiłem zwycięstwo. Jak widać – rzekł zadowolony, gładząc poły płaszcza.

– Jacy z nas szczęściarze, że mimo tylu niebezpieczeństw możemy sobie tu beztrosko posiedzieć – zadrwił Attwood.

– Wydawało mi się, że zadałem grzeczne pytanie. – Rabuś pokręcił głową, udając rozczarowanie.

– Nic, co pan robi tu z bronią w ręku, nie jest grzeczne. Ale niech będzie, odpowiem szerzej. Jeśli rozumiem, co i dlaczego mi grozi, a także co ma do zaoferowania ta ziemia, wówczas, przy odrobinie ostrożności, nie muszę się nieustannie obawiać. – Myśliwy wyprostował się dumnie.

– A nie obawiasz się pan tych dzikusów? – Zadając to pytanie, rzucił patykiem w Indianina. – Handel z nimi mogę jeszcze pojąć, choć tylko z ręką na spuście. Ale za żadne skarby nie zmrużyłbym oka w jednym tipi z tymi narwańcami.

– Powiedziałbym, że to raczej my jesteśmy dla nich zagrożeniem. To kwestia zaufania, panie Barrett. Tak się składa, że czasem musimy nim kogoś obdarzyć, bo to najlepsze wyjście. I nikt nie pyta, czy tego chcemy.

– To zupełnie jak dziś, czyż nie? Musisz mi pan zaufać, że wszystko dobrze się skończy. – Mrugnął okiem, jakby opowiedział właśnie dowcip.

– Dziś to nie Indianin wtargnął tu, trzymając pana za kudły, lecz było zupełnie odwrotnie. Jednakowoż ma pan rację. Muszę panu zaufać, ale również pan musi zaufać mi i czerwonoskóremu wojownikowi. Światopogląd całkowicie pana ograniczył. Zanim nasze buty stanęły na tej ziemi, Indianie mieli kilka problemów mniej.

– Czyżby? – spytał bliski śmiechu.

– Spychamy ich nieustannie na zachód, zabieramy im tereny łowieckie. I czy mi się wydaje, czy także giną od naszych kul? Rzucamy w nich kamieniami jak w skunksy – spojrzał wymownie na związanego tubylca.

– Widzę, że prócz zmiany koloru skóry zmienił pan też niewątpliwie front – rzucił Hutch, wyraźnie niezadowolony z obrony rdzennej ludności.

– Front? Nie jesteśmy na wojnie, panie Barrett. Ja na pewno na niej nie jestem. Nie musiałem zawierać rozejmu ani podpisywać pokoju, żeby żyć z nimi w zgodzie. Finalnie napadamy na lud, który był tu od zawsze, i nie ma on równych szans. Jasne, że nie są święci, ale jakoś brakuje mi argumentów do obrony nas, białych.

– Mamy akty własności tej ziemi. To są nasze argumenty. Akty zgodne z prawem. Czy im ktoś nadał własność, czy ją sobie wzięli? Cywilizujemy ten zakątek świata, panie… Tihkoosue. Jesteś pan człowiekiem gór – tak o was mówią – nie pierwszym, jakiego spotkałem. Muszę docenić, że nie dasz pan sobie w kaszę dmuchać. Żyjesz prawie jak te dzikusy, ale użalanie się nad nimi jest bezcelowe, a obrona niesprawiedliwa.

Hutch Barrett pociągnął ponownie z flaszki i podał ją traperowi. Myśliwy jednak nie wziął jej, a jedynie pokiwał odmownie głową. Łowca głów twardo trzymał butelkę wyciągniętą w stronę Attwooda. Po krótkiej chwili Kenneth zdecydował się wziąć niewielki łyk. Jeśli chciał wyjść z opresji cało, musiał postępować delikatnie.II.

GÓRY SKALISTE

18 czerwca 1796 (siedem lat wcześniej)

Sztukę przetrwania w dziczy Kenneth Attwood opanował w stopniu znacznie słabszym, niż mu się wydawało. Od prawie dwóch tygodni dążył do wydostania się z przeklętych gór, w których utknął w strasznych okolicznościach. Próbował wymazać je z głowy i skoncentrować się na przeżyciu. Nie poddawał się, chociaż czasami odnosił wrażenie, że to syzyfowa praca. Nie lada przeszkodę stanowiła gorączka wywołana zakażeniem. Rany twarzy, rąk i nóg, a także paskudne otarcia, które powstały głównie przy osunięciu się ze skał kilka dni temu, niechętnie się goiły. Mimo że opatrzył się najlepiej, jak potrafił, tym, co miał przy sobie, z kilku okaleczeń sączyła się śmierdząca maź. Na dodatek w przykrych okolicznościach stracił kilka zębów. Najbardziej w tej chwili dawało mu się we znaki złamane podczas upadku na głazach żebro. Aktualnie, wiedziony piekielnym głodem, próbował upolować rybę w potoku. Krystalicznie czysta woda obfitowała w nie, ale szczęście mu nie sprzyjało. Zmagał się od dawna z brakiem pożywienia. Jadał głównie owoce leśne, ale kierowany bardziej ssaniem w żołądku niż zdrowym rozsądkiem cierpiał teraz na dyzenterię. Skręt jelit, poty i osłabienie nie ułatwiały zdobycia ryby za pomocą naostrzonego patyka, który nieudolnie aspirował do roli dzidy. Attwood mocno schudł w ostatnim czasie, cienkie jak witki i drżące ręce niepewnie trzymały kij. Jeszcze niedawno ten młody mężczyzna był sprawny, szybki i wysportowany. Dziś przypominał ledwie własny cień.

Nagle ujrzał dwie stojące nad brzegiem strumienia postacie. Wysocy, dziko wyglądający mężczyźni znajdowali się bardzo blisko. Zbyt blisko jak na pojawienie się znikąd. Podeszli go bez wysiłku, jak dziecko. Czuł się w ich obecności co najmniej niekomfortowo, jeśli można tak nazwać strach o własne życie. Stali półnadzy i gapili się na niego wielkimi czarnymi oczami. Rozmawiali między sobą w nieznanym mu języku. Widocznie nie chcieli wcale ukrywać swojej wizyty. W dłoniach trzymali krótkie łuki. Jeden z nich potarł palcem swój długi prosty nos i ruszył w jego stronę. Attwood zacisnął odruchowo pięść na patyku. Drugą ręką próbował bezskutecznie wyszarpnąć nóż z pochwy i w tej chwili tubylca, który stał na brzegu, przeszyła strzała. Nadleciała zza gęstych drzew i wbiła się prosto w mostek Indianina. Nawet nie wydał z siebie dźwięku, tylko padł trupem jak długi.

Kenneth i drugi czerwonoskóry przykucnęli nieco i zaczęli gorączkowo rozglądać się wokół. W ułamku sekundy, niczym zjawy, pojawili się napastnicy. Dwóch rdzennych mieszkańców tych terenów biegło w ich stronę wzdłuż potoku. Wyglądali inaczej: byli zdecydowanie niscy, krępi i pędzili jak huragan na swoich nieco krzywych nogach. Ich twarze, ramiona i nogi pokrywały tatuaże, a nosy mieli przebite kościaną szpilką. Wyglądali jak małe diabły i darli się przerażająco. Jeden rzucił włócznią i dobył noża, gdy ta była jeszcze w locie. Drugi szarżował z napiętym łukiem. Indianin stojący obok białego człowieka zwinnie uskoczył i rzut okazał się chybiony. Niestety strzała dotarła do celu z impetem i rozrywając bark Attwooda, zakręciła jego ciałem. Upadł w wodę strumienia, która od razu zabarwiła się krwią. Podniósł się natychmiast, lecz w tym samym momencie został powalony. Dłonie napastnika zacisnęły się na jego gardle. Dławiąc się, szarpał całym ciałem i wierzgał nogami. Z całych sił wbił paznokcie w ręce agresora. Wszystko to na próżno. Leżał na plecach, topiąc się pod naporem przeciwnika, który usiadł na nim okrakiem. Nie miał siły go z siebie zrzucić ani w inny sposób wydostać się spod niego. Jakby przygniótł go co najmniej niedźwiedź lub nocna zmora. Wiedział, że nie zostało mu wiele czasu. Panicznie lustrował rękoma dno, próbując uchwycić jakiś kamień, którym mógłby zdzielić Indianina, i wtedy zorientował się, że ma jednego asa w rękawie. Wyjął z pochwy nóż i wbił go sukinsynowi w brzuch. Ręce zaciśnięte na szyi nieco odpuściły i udało mu się unieść twarz ponad powierzchnię wody. Następnie szybkim ruchem wyciągnął ostrze z bebechów i całą zebraną mocą pchnął je od dołu w żuchwę tubylca, wydając z siebie wrzask, który stłumiła nieco pluskająca z gardła woda. Długi nóż utknął głęboko w czaszce napastnika, a Kenneth nie miał siły go wyrwać, zepchnął więc tylko z siebie zwłoki. Wstał i instynktownie ruszył zgarbiony w stronę szamoczących się w tej chwili na brzegu Indian. Turlali się na ziemi, zyskując i tracąc na przemian przewagę. Spływali krwią, poranieni ostrzami noży, jednak nadal zawzięcie ze sobą walczyli. Dobył wbitej w darń włóczni i przebił nią kręgosłup małego czarnego diabła, padając na niego resztką sił. Stoczył się z niego bezwładnie. Leżał teraz obok martwego napastnika, ciężko dysząc, i zamglonym wzrokiem dostrzegał kontury stojącej nad nimi dzikiej postaci. Ocalały czerwonoskóry wyciągnął do niego dłoń, żeby pomóc mu się podnieść, ale w tym samym momencie Attwood stracił przytomność. Wody potoku będącego dopływem Missouri spłynęły tego dnia posoką. Rzeka bez marudzenia przyjęła tak samo chętnie krew białej twarzy, jak i tubylców.III.

OBOZOWISKO

Missouri, 12 września 1803 (obecnie)

Wraz z kolejnymi kroplami złotego trunku obu dżentelmenom rozwiązały się języki i wzmogła się w nich chęć do dalszej dyskusji.

– Mówisz pan: my. Napadamy, spychamy. Ale pan się z nimi świetnie dogaduje – kontynuował Barrett. – Wygląda na to, że czujesz się pan w pełni usprawiedliwiony. Wyjątek od reguły.

– My, blade twarze, siłą i podstępem weszliśmy na kontynent, którego nie rozumiemy. Ja także się do tego przyczyniłem. Owszem, jak każdy, kto w swoim interesie postawił tu buciory. Teraz wstyd mi za to. Choć to piękny ląd, powinniśmy zostawić tych ludzi w spokoju. Skoro nie potrafiliśmy zrobić tego inaczej, nie powinniśmy robić tego w ogóle. Zresztą dopadła mnie już karma, więc moje mądrości są trochę poniewczasie. Panie Hutch, ucieczka od podatków, chęć przeżycia przygody, polowań na legendarną zwierzynę i odkrywania nowego była i nadal jest tak silna, że nie zastanawiamy się nad tym, co może za tym „nowym” stać.

– A cóż ma stać? Psia mać, której intelekt nie wychodzi poza prymitywne instynkty. Zaspokajają tylko swoje podstawowe potrzeby, tłuką się między sobą jak barbarzyńcy.

– Coś panu powiem. Nie do końca ich rozumiem, więc pan tym bardziej nie trafi w sedno, próbując ocenić to, co widzi – wyjaśnił zniecierpliwiony. – Wojna nigdy nie jest tu odpowiedzią ani rozwiązaniem. Ale przychodzi taki czas, kiedy staje się ona jedyną drogą. I biali ludzie przynoszą tu właśnie taki czas.

– Ładna mi droga, zdzieranie skalpów. Czy my im obcinamy fiuty albo zrywamy paznokcie na pamiątkę? Niech ich szlag! – Barrett zebrał flegmę głęboko z gardła i splunął pod nogi jeńca.

– Potrafią być brutalni, pełna zgoda. Przekonałem się o tym więcej niż raz i może nawet bardziej niż pan. Jednakże z bólem w sercu muszę przyznać, że z ich punktu widzenia jesteśmy tu intruzami, bandziorami, na pewno nie gośćmi. Choć pierwotnie właśnie jako gości nas traktowali. Błędnie. Przynosimy podarki, owszem. Tylko czy garść kolorowych koralików wynagrodzi straty w ludzkich istnieniach i przyrodzie, które nasza szeroko rozumiana nowoczesność bezmyślnie i bezwzględnie powoduje? Dawno temu dali się nabrać, ale ten czas już minął. Nie są głupi, jak się panu zwyczajnie wydaje. Relacje białych z czerwonoskórymi są napięte, ale nikt bardziej nie pragnie pokoju niż ci ludzie. Mamy się za pionierów, ale nie znamy tego lądu. Ta ziemia już do kogoś należy. W zasadzie wchodzimy tu jak do siebie. Z pewnego punktu widzenia mogliby mieć coś przeciw. Być może był kiedyś moment, w którym moglibyśmy się dogadać, ale uczciwie rzecz biorąc, czy kiedykolwiek tak naprawdę próbowaliśmy?

– Tak? To niech pokojowo podzielą się tą życiodajną krainą. Odkryto Nowy Świat, a wszystko, co znajduje się na tej ziemi, należy do człowieka i ma mu służyć. Przecież tak prawi nawet Pismo Święte!
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij