Portfolio ocalonych artystów - ebook
Portfolio ocalonych artystów - ebook
Wyczekiwana powieść bestsellerowej autorki! Julie Orringer zabiera nas do okupowanej Europy w porywającej opowieści opartej na prawdziwej historii.
W roku 1940 amerykański dziennikarz Varian Fry udał się do Marsylii, przewożąc ze sobą trzy tysiące dolarów i listę narażonych na niebezpieczeństwo artystów, których miał nadzieję ocalić w ciągu kilku tygodni. Zamiast tego został we Francji przez trzynaście miesięcy, pracując pod przykrywką organizacji humanitarnej, aby zdobywać fałszywe dokumenty, gromadzić fundusze ratunkowe i założyć podziemną linię kolejową, transportującą uchodźców. Wśród jego licznych klientów byli: Hannah Arendt, Franz Werfel, André Breton, Max Ernst, Marcel Duchamp i Marc Chagall.
Znakomicie napisana powieść, od której nie można się oderwać, i przejmujący obraz Europy w kryzysie. To kolejne potwierdzenie pisarskiego talentu Orringer.
| Kategoria: | Powieść |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8143-205-4 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Gordes
Jak się okazało, do wioski, w której mieszkali Chagallowie, nie jeździł żaden pociąg. Jedna z wielu komplikacji, których nie przewidział. Musiał zapłacić jakiemuś chłopakowi na motocyklu, żeby zabrał go ze stacji Cavaillon. Szesnaście kilometrów szaleńczej jazdy po wąskiej, wyżłobionej koleinami drodze, po obu stronach wzgórza w kolorze ochry pokryte winoroślą, lawendą i oliwkami, nad nimi oślepiające biało żyłkowane niebo. Pachniało skórzaną kurtką chłopaka i spalonymi ziemniakami, wyziewami paliwa domowego wyrobu. Chłopak zatrzymał się w cieniu na skraju wioski, przyjął zapłatę i zniknął w oddali, zanim Varian zdążył umówić się z nim na drogę powrotną.
Na uliczkach Gordes, wydrążonych w rozgrzanym słońcem kamiennym wzgórzu nad doliną Luberon, było niewiele cienia. Najchętniej znalazłby się teraz na powrót w Marsylii, by przy szklaneczce aperolu patrzeć na marynarzy z dziewczętami, gangsterów i sprzedawców przypraw przechadzających się po Canebière. Chagallowie zgodzili się z nim spotkać, pod warunkiem że nie napomknie o emigracji. Ale czy był jakiś inny temat? Miesiąc temu naziści zajęli Paryż, palili książki na alzackich ulicach, w każdej chwili mogli wywieźć za granicę wszystkich uchodźców. Ale przynajmniej Chagallowie zgodzili się na to spotkanie, a to już coś. Gdy jednak stanął na rue de la Fontaine Basse pod ich domem, w którym kiedyś mieściła się katolicka szkoła dla dziewcząt, poczuł przemożną chęć ucieczki. Jego kwalifikacje, o ile ktoś chciałby je sprawdzić, sprowadzały się do fanatycznej wiedzy o historii Europy, pragnienia wyrwania się zza nowojorskiego biurka oraz głębokiego zniechęcenia izolacjonistyczną polityką własnego kraju. Ale przecież to był jego zawód. Sam go wybrał. A do tego wierzył, że mu się uda. Podniósł rękę i zapukał.
W mosiężnej obręczy judasza pojawiło się czyjeś oko i drzwi otworzyła dziewczyna w pasiastym fartuchu. Nawijała ciemny lok na palec wskazujący, gdy przedstawił się i wyjaśnił, z czym przyszedł. A potem poprowadziła go korytarzem na dziedziniec, na którym kamienna ścieżka wiodła do zacienionego rogu. Chagall i jego żona jedli obiad przy surowym stole. Malarz miał na sobie kitel, zaczesane do tyłu włosy spływały srebrnymi falami. Bella była ubrana w dopasowaną czarną sukienkę, zbyt ciepłą jak na ten dzień.
– O, monsieur Fry! – Chagall uniósł się na powitanie. W jego dużych, niezwykle bystrych oczach krył się wyraz zakłopotania. – Więc jednak pan przyjechał. Tak jak się spodziewałem. Będzie pan pamiętał o naszej umowie?
– Chciałbym jedynie spędzić z państwem godzinkę.
– Przecież pan kłamie. Ale uroczo.
Zajęli miejsca przy stole, Bella po lewej stronie Variana, a malarz po prawej. On, Varian Fry, siedzi z Chagallami, z tym Chagallem, autorem nasyconych kolorami wizji, zwiewnych nowożeńców i kóz o inteligentnych oczach, które widział w cichych salach Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Bella nałożyła na talerz kawał wiejskiego chleba, ser i pokryte solą sardynki i podała go przez stół, uważnie przyglądając się Varianowi.
– Gdyby się pan zjawił kilka dni wcześniej, jedlibyśmy pomidory – powiedział Chagall. – Jakiś gospodarz przywozi je co czwartek na targ. Przepraszam za ten skromny poczęstunek. Obawiam się, że chleb może być trochę czerstwy, ale cóż, c’est la guerre!
– Ależ wszystko jest pyszne – odparł Varian. – Nie chciałem sprawiać kłopotu.
– To nie kłopot. Chętnie dzielimy się tym, co mamy. – Szerokim gestem wskazał na żółtawy kamień, surowe ławy i złotozielone wzniesienie widoczne przez sklepione przejście w murze. – Jak pan widzi, prowadzimy tu ciche, spokojne życie. W Gordes nikt nas nie będzie nękał.
– Ma pan pracownię – zauważył Varian. – Wciąż pan maluje. I to właśnie czyni pana niebezpiecznym.
– Nasza córka mówi to samo – odezwała się Bella. – Powtarza nam to od miesięcy. Ale niech pan zrozumie, monsieur Fry, mojego męża ochroni jego sława. Rząd w Vichy nie ośmieli się nas tknąć.
– Z całym szacunkiem, madame Chagall, ani trochę w to nie wierzę. Vichy jest na pasku nazistów. A wszyscy wiemy, do czego są zdolni. Widziałem to na własne oczy. W trzydziestym piątym byłem w Berlinie, wysłała mnie tam redakcja. Ostatniego wieczoru mojego pobytu w mieście na Kurfürstendamm doszło do zamieszek. Widziałem okropne rzeczy. Ludzi wyciągano ze sklepów i bito na ulicy. Wrażono nóż w dłoń starca siedzącego przy kawiarnianym stoliku. Banda wyrostków wlekła jakąś kobietę za włosy.
– Takie rzeczy dzieją się w Niemczech. – Głos Chagalla stwardniał. – Nam to się nie przydarzy.
– Pozwólcie mi porozmawiać z moim znajomym z konsulatu – powiedział Varian. – Niech przynajmniej zacznie przygotowywać wasze dokumenty. Gdybyście podjęli decyzję o wyjeździe, zaczynanie wszystkiego od początku mogłoby potrwać kilka miesięcy.
Chagall pokręcił głową.
– Proszę mi wybaczyć, monsieur Fry. Przykro mi, że odbył pan tę podróż na darmo. Ale może przed wyjazdem zechciałby pan obejrzeć pracownię? Oczywiście o ile skończył już pan jeść.
Varianowi zabrakło słów. Aż nie mógł uwierzyć, że ktoś o takiej inteligencji, z takim doświadczeniem życiowym nie dostrzega tego, co widać jak na dłoni. Chagall wstał i przeszedł przez dziedziniec do trzymetrowych niebieskich drzwi. Varian też się podniósł. Skinieniem głowy podziękował Belli, a potem ruszył za malarzem po popękanym kamiennym bruku. Za niebieskimi drzwiami znajdował się pokój o wysokim sklepieniu, jedną ścianę zajmowały okna. Dawny refektarz żeńskiej szkoły. Wszędzie leżały płótna. Przez kilka minut Varian chodził między nimi w milczeniu. Znał twórczość malarza, ale nigdy nie widział jego obrazów w takim stanie przepoczwarzania, wilgotnych, wciąż zmienianych, pachnących terpentyną, surowym drewnem i mokrą gliną. Z płócien wyłaniały się podobne do duchów postacie: szarooka Madonna unosząca się w otoczeniu krów i aniołów nad zacienionym miastem; ukrzyżowany Chrystus otulony w tałes, a wokół Jego głowy opłakujący Go mędrcy; klęcząca nad rzeką kobieta z dzieckiem przytulonym do piersi; pęki białych i czerwonych kwiatów tryskających jak płomienie.
– Rejs przez ocean to nie byle co – odezwał się Chagall. – Można stracić więcej niż tylko farby i płótna. Artysta musi dawać świadectwo, monsieur Fry. Nie wolno mu odwracać twarzy, nawet jeśli tego chce.
– Martwy artysta nie da żadnego świadectwa.
Malarz zdjął kapelusz i położył go sobie na kolanie.
– Komitet nie musi się martwić o nasze bezpieczeństwo – oznajmił. – Lepiej zachowajcie środki dla tych, którzy naprawdę potrzebują pomocy. Choćby dla takiego Maxa Ernsta. Podobno trafił do obozu koncentracyjnego w Gurs. Albo dla Jacques’a Lipchitza, mojego przyjaciela z Montparnasse. Nikt nie wie, gdzie się schronił. Albo Leva Zilbermana, tego, który namalował w Berlinie te ogromne murale.
– Tak, znam prace Zilbermana. Alfred Barr domagał się umieszczenia go na naszej liście.
– Czyli trafił pan pod niewłaściwy adres. Niech pan pomoże Ernstowi, Zilbermanowi, a nie mnie. – Chagall odwrócił się do swoich płócien, pędzli i nożyków, do drewnianych skrzynek pełnych wyciśniętych tubek z farbami. – Wspomnę o panu w naszych kręgach – powiedział. – Jest wielu takich, którzy aż palą się do wyjazdu.
* * *
Varian szedł ciężko do Cavaillon drogą przecinającą wzgórze, które widział przez sklepione wejście dziedzińca. W tym tempie dotrze do stacji za dwie godziny, potem kolejne dwie oczekiwania na pociąg i wreszcie wróci do Marsylii, niczego nie osiągnąwszy. Co przekaże swoim nowojorskim kolegom, Paulowi Hagenowi kierującemu Komitetem Pomocowym albo Frankowi Kingdonowi, jego prezesowi? Kiedy zeszłego lata on, Paul, Ingrid Warburg, Alfred Barr i kilka innych osób stworzyli swój wykaz – nazwisk dwustu artystów, pisarzy i intelektualistów, którzy znaleźli się na czarnej liście gestapo i nie mogli wyjechać z Francji – nie przyszło im nawet do głowy, że ktoś mógłby nie chcieć ich pomocy albo że nie będzie się obawiał długiej ręki rządu Vichy. Nie wzięli pod uwagę wielu innych rzeczy, które powoli odkrywał podczas swojego pobytu we Francji, nierzadko z uczuciem wstydu. To cud, że w ogóle udało im się kogokolwiek wydostać. Na razie takich osób było zaledwie dwanaście, maleńki ułamek całej listy.
Kopiąc kamienie na drodze z głębokimi koleinami, doszedł do wniosku, że wieczorem napisze do żony i poinformuje ją o powrocie do domu. Przyzna się – i cóż to będzie za ulga! – że jego misja nie idzie zgodnie z planem. Jak w ogóle mógł przypuszczać, że w ciągu miesiąca, jednego miesiąca, uda mu się odnaleźć i wyrwać stąd dwustu artystów? Wyobrażał sobie, że jeździ po wsiach na pożyczonym rowerze i zbiera uchodźców całymi tuzinami, jakby czekali na niego w gajach cytrynowych z gotowymi dokumentami podróży. Spodziewał się, że jakimś cudem konsulat zrobi wszystko, by mu pomóc. Ale natknął się na chaos panujący w kraju, na niezliczone bariery biurokracji, na idiotów w amerykańskim wydziale wizowym i wreszcie na opór samych artystów. Popełnił błąd, kiedy wywlókł się zza biurka w wydawnictwie. Skąd ten pomysł, że weźmie w swoje ręce życie ludzi takich jak Ernst czy Chagall, skoro nie miał pojęcia, jak się nimi zająć, a nawet jak ich przekonać, że znaleźli się w niebezpieczeństwie? Eileen chciała, żeby wracał do domu, bała się o niego. Jej list z ostatniego tygodnia nie pozostawiał co do tego żadnych wątpliwości. W takim razie wróci do domu. Od razu do niej napisze. Gdy tylko dotrze do Splendide.2
La Dorade
Przed hotelem jak zwykle zobaczył kolejkę uchodźców – stali przy wejściu, chroniąc się w cieniu szklanego daszka. Ci, którzy byli tu już wcześniej, wołali do niego albo machali dokumentami, a ci, których widział po raz pierwszy, tłoczyli się wokół niego, żeby zagadać albo choć dotknąć jego rękawa, jakby był jakimś cholernym papieżem. Najdelikatniej, jak umiał, poradził im wrócić na noc do domu. Wszedł do środka i zapytał w recepcji, czy nie dostał wiadomości, mając nadzieję na list od Eileen. Ale ze Stanów Zjednoczonych nic nie przyszło, ani niebieska koperta poczty lotniczej, ani telegram. Jedynie wiadomość zostawiona przez telefon i zapisana na pasku żółtego papieru w linie: „La Dorade, godzina 19.00. Vincit labor ignorantiam”.
Gdybyśmy mogli określić te chwile, w których nasze życie rozdziela się na przedtem i na potem – gdybyśmy mogli zatrzymać upływ milisekund i spojrzeć na siebie tuż przed osunięciem się w groźną przepaść albo gdybyśmy mieli szansę zawisnąć w bursztynowej kapsule czasu, wiecznie żywi, bez ran w sercu, bez zmarszczek, bez nocy znaczonych niespokojnym snem – co byśmy wybrali: przepaść czy kapsułę? Czy w takiej chwili wolałby już zawsze żyć w czasie sprzed otrzymania wiadomości, bezpieczny i wciąż taki sam? Odwróciłby się na pięcie, wyszedł z Hôtel Splendide, zostawił życie we Francji?
Vincit labor ignorantiam. Złota myśl z „Hound and Horn”, kwartalnika literackiego z Harvardu. Ukuli ją pewnego wieczoru w gmachu Gore Hall, w pokoju Lincolna Kirsteina, jego przyjaciela i czasem kompana w łóżku. „Praca zwycięża ignorancję”. Miało to brzmieć ironicznie, bo tamtego wieczoru odpuścili sobie pracę na rzecz whisky Kirsteina. I oto teraz przesuwał kciukiem po łacińskich słowach, miękki ołówek recepcjonisty rozmazywał się trochę na żółtym papierze. Czyżby Kirstein był we Francji? Od wielu miesięcy nie miał od niego żadnych wiadomości. Wiosną poszli po przedstawieniu baletowym do mieszkania Kirsteina w centrum miasta, ale bankiet szybko przerodził się w spór, czy Stany Zjednoczone powinny przystąpić do wojny. Varian wyszedł, zanim zdążył narobić sobie kłopotów.
Właściwie nie miał się nad czym zastanawiać. Chętnie zobaczy się ze swoim dawnym współspiskowcem i współredaktorem „Hound and Horn”. Nikt inny nie zostawiłby mu takiej wiadomości. Poszedł więc na górę, zmienił koszulę i krawat, przyczesał włosy, wyczyścił kapelusz, zaciekawiony, jakie to wieści Kirstein ze sobą przywiózł albo o jaką przysługę zechce go poprosić. Na progu hotelowego pokoju wypił łyk whisky i od razu tego pożałował. I tak ciągle paliło go w żołądku, a alkohol jedynie to pogarszał. Ale ten ból należał do niego, należał całe życie. Wzmocniwszy się, wyszedł na ulicę spowitą marsylską mgłą sierpniowego wieczoru, gotowy na to, co go czeka w La Dorade.
* * *
Droga z hotelu prowadziła bulwarem d’Athènes, a potem przecinała Canebière, główną tętnicę Marsylii, na której goście wysiadywali przy kawiarnianych stolikach, a z otwartych okien restauracji mimo pookupacyjnego zakazu sączył się jazz. Na ulicy pachniało olejem napędowym, kardamonem, wilgotnym rynsztokiem, tytoniem i damskimi perfumami. Z Vieux Port na samym końcu Canebière dolatywał zapach wodorostów i soli. O tej porze port oświetlała jeszcze jaskrawożółta linia horyzontu, ostatni płynny ślad zachodu słońca wciskającego w mgłę swoje szafrany i korale. Jednak na ulicach zapadał już zmrok, zaułki dzielnicy portowej znikały w słabo oświetlonych jaskiniach po obu stronach bulwaru. Ten kwartał niczym niewyróżniających się sklepików odwiedził trzeciego dnia pobytu w mieście. Szukał szewca, żeby naprawić walizkę rozerwaną podczas lotu z Nowego Jorku. Po drodze jego uwagę przyciągnęła księgarnia antykwaryczna, w której cienki tomik Heraklita pozwolił mu skorygować błąd pamięci: ούδέν, a nie ίδιος w starym cytacie o tym, że wszystko się zmienia, nic nie pozostaje w bezruchu. Chciał przywołać ten wers w liście do Eileen, więc wolał się nie pomylić. Teraz księgarnia miała zamknięte okiennice, markizę też zwinięto na noc.
La Dorade, a tak naprawdę siedziba marsylskiego czarnego rynku, znajdowała się na rogu rue Fortia, po obu stronach zadaszonego wejścia tłoczyli się sprzedawcy skorupiaków. Właściciel Charles Vinciléoni zazwyczaj brylował przy stoliku z tyłu, jakby prowokując policję, by ośmieliła się mu przeszkodzić. Ale o ile Varian zdążył się zorientować, policja przychodziła tylko po to, żeby pogratulować mu jakości alkoholu. Wyglądało to tak, jakby Vinciléoni wyznaczył sobie dość podejrzaną porę dyżurów akademickich – jego krótkie siwe włosy i małe owalne okulary nadawały mu wygląd naukowca. Przyswoił też sobie styl, który można by niemal nazwać oksfordzkim: tweedowa marynarka z łatami na łokciach, lekko zniszczone buty, które mogły pochodzić jedynie od szewca z Savile Row, spodnie o nieco luźniejszym kroju niż ten noszony przez Francuzów. Gdy Varian wszedł do środka, Vinciléoni przywitał go skinieniem głowy. Varian był tu już stałym gościem, choć nigdy nie odważył się zagadać do właściciela. Jeszcze jedna z wielu drobnych porażek. Poprosił o stolik dla dwóch osób i zamówił whisky z wodą, przyglądając się mężczyznom w beretach, którzy opierali się o cynkowany bar. Z papierosowego dymu nie wyłoniła się żadna znajoma twarz. W szklance został mu może milimetr płynu, gdy przy stoliku pojawił się jakiś mężczyzna. Varian podniósł wzrok.
To nie był Kirstein.
Grant.
Są takie chwile, kiedy strumień czasu zakrzywia się, zatacza pętle, mętnieje. Teraźniejszość staje się przenikalna, przeszłość wyłania się na pierwszy plan, narzucając się bez ostrzeżenia. Uporządkowana sekwencja dni okazuje się kłamstwem, a racjonalny umysł nie umie się w tym odnaleźć. Jak nazwać tę niemożliwość, która objawiła się przed nim jako rzeczywistość? Halucynacją? Déjà vu, tandetną filmową sztuczką produkowaną przez umysł? Kelnerzy krążyli z tacami pełnymi bouillabaisse i małży, przy barze brzękało szkło, szejker do koktajli wygrywał kubański rytm. Varian wstał i zdjął z głowy kapelusz. On, który chełpił się tym, że zawsze wie, co powiedzieć i jak się zachować, osłupiał i oniemiał.
Uścisnął dłoń, którą podał mu Grant. Minęło dwanaście lat, od kiedy zniknął z Harvardu, z Cambridge, z życia Variana. A teraz nagle zjawił się w La Dorade, odsunął krzesło i usiadł na nim z gibką lekkością. Nad lewą brwią znajoma blizna w kształcie półksiężyca. Znajome oczy o najbardziej piwnym kolorze. I ta jego jasnobursztynowa skóra. Tylko dwie oznaki upływającego czasu: szczupłość policzków i twardość spojrzenia. No i może krój ubrania zdradzający drogiego krawca.
– Ja chyba śnię – odezwał się w końcu Varian.
Grant spuścił wzrok.
– Przepraszam za tę konspirację. Ale nie byłem pewien, czybyś przyszedł, gdybym podał swoje nazwisko.
Brzmienie jego głosu: miękkie końcowe „r”, przeciągłe filadelfijskie samogłoski, niski, intymny ton. Varian dotknął nasady nosa kciukiem i palcem wskazującym. W ustach rozlał mu się metaliczny smak. Miał wrażenie, że gwar sali zaciska się wokół niego. Zamrugał jeszcze raz. Grant ciągle tu był.
– Wybacz, ale wciąż nie mogę w to uwierzyć.
Grant przywołał kelnera.
– Czego się napijesz?
Varian wahał się przez chwilę.
– Oczywiście wuja Scorcha – powiedział w końcu.
To był ich znak rozpoznawczy z dawnych popijaw z czasów „Hound and Horn”: najtańsza whisky w barze.
Grant zamówił dla nich obu i wrócił na swoje miejsce. Wyjął papierośnicę, lecz ta była pusta.
– Mógłbyś mnie poczęstować?
– Rzuciłem. Ty też powinieneś.
– Mam gorsze nałogi – odparł Grant z tym swoim znajomym niskim śmiechem.
– Jak mnie, na Boga, znalazłeś?
– Najwyraźniej obracamy się w Marsylii w tych samych kręgach. Hugh Fullerton z konsulatu wspomniał o tobie, wyrażając się w bardzo niepochlebnych słowach. Najwyraźniej to, co robisz, przeszkadza amerykańskiej misji dyplomatycznej.
– Jasne. Lepiej poświęcić liberalnych europejskich demokratów, byle tylko nie narazić się faszystom.
Grant się uśmiechnął. Na krótką chwilę pojawiła się między nimi nić porozumienia, jakby impuls elektryczny popłynął przez gotowy obwód.
– Moja misja nie różni się tak bardzo od twojej – powiedział. – Pomyślałem sobie, że moglibyśmy być dla siebie użyteczni.
– Użyteczni! – powtórzył Varian jakby we śnie.
Użyteczni. A gdzie to Grant był przez ostatnie kilkanaście lat, kiedy zwykła wiedza o tym, że wciąż żyje, mogła się okazać użyteczna?
– Wiem, jak to brzmi – odezwał się Grant. – Ale nie o to mi chodziło.
– Czyli o co? Jaką masz „misję”? I co ja miałbym dla ciebie zrobić?
Grant wziął długi wdech, westchnienie palacza pozbawionego papierosów.
– Dużo by mówić. Ale może lepiej nie tutaj.
– W takim razie zacznijmy od oficjalnej wersji. Tej, którą przedstawiłbyś żandarmowi.
Grant przełożył swoje długie nogi i znów westchnął.
– Jak chcesz. No więc mam urlop naukowy, kończę książkę o dziewiętnastowiecznej francuskiej poezji. Zatrzymałem się w La Pomme, w domu znajomego.
– Badania literackie podczas wojny? Oryginalne, choć mało przekonujące.
– A ty? – spytał Grant, znów napotykając jego wzrok. – Jak brzmi twoja oficjalna wersja? Razem z żoną dziennikarką rozdajecie uchodźcom amerykańską pomoc?
– Wiesz, że ożeniłem się z Eileen.
– Widziałem ogłoszenie w „Timesie”. – Grant spojrzał na bar, bawiąc się srebrną spinką do mankietu.
– Eileen nie ma we Francji – sprostował Varian. – Jest w domu swojego ojca w Vermoncie, pracuje nad książką, a od nowego semestru będzie uczyć w Bearley. To jej nowa praca. Zapoznaje sztywne młode damy z kanonem angielskiej literatury. Ale w każdy weekend jeździ do Westchester, szuka dla nas domu. Na tyle dużego, żeby pomieścił rodzinę.
– A więc masz dzieci?
– Jeszcze nie. A ty?
Grant spojrzał na niego spokojnie, jakby z wyrzutem.
– Więc chyba nie powinienem też pytać, czy się ożeniłeś?
– Takiego określenia bym nie użył.
– A praca? Skąd masz urlop naukowy?
Grant wyjął ze srebrnego pudełeczka wizytówkę, na której Varian przeczytał z niejakim zdziwieniem, że jego rozmówca jest adiunktem na Wydziale Literatury w Columbii. A więc skończył studia. I poszedł dalej. Był na tyle dobry, żeby zrobić doktorat i znaleźć posadę w dobrej dzielnicy. I mieszkał w Nowym Jorku – od jak dawna? Mogli się spotkać w metrze, w sklepie spożywczym albo w parku. Varian miał wrażenie, że na samą tę myśl stolik się przechylił, a lampy nad barem zakołysały.
– Szczęściarz z ciebie – wydukał. – W Stowarzyszeniu Polityki Zagranicznej nie dają urlopów naukowych.
– A co to takiego? Rządowa ekipa?
– Wydawnictwo. Sprawy międzynarodowe.
– I kim tam jesteś? Redaktorem naczelnym?
– Dyrektorem imprintu – oznajmił Varian z pewną dumą. – Headline Books.
Grant skinął głową, przechylając szklaneczkę z bursztynowym płynem.
– Od czasu do czasu sięgałem po „The Living Age”, kiedy jeszcze byłeś tam naczelnym. Czytywałem też twoje artykuły w „Timesie”. Przeczytałem chyba wszystko, co napisałeś o powstaniu Trzeciej Rzeszy. – Pokręcił głową. – Bardzo przenikliwe rozważania o obecnej sytuacji politycznej. A na studiach zajmowało cię tylko to, co się wydarzyło sto, tysiąc, a nawet dwa tysiące lat temu. Od tamtego czasu odrobiłeś sporo pracy domowej.
– Moją pracą domową była historia – powiedział Varian, starając się, by głos mu nie zadrżał.
A więc Grant przez cały czas czytał jego teksty. Czy właśnie nie na to liczył w głębi duszy, kiedy pisał artykuły dla „The Living Age”, „The New Republic” i „Timesa”? Że Grant natknie się na jego nazwisko, przeczyta kilka zdań i poczuje… Co? Zazdrość? Żal?
– Ale to nie mogła być cała praca domowa – zauważył Grant.
– W trzydziestym piątym pojechałem do Niemiec. Na cztery miesiące, od czerwca do września. Nie uwierzyłbyś, co tam widziałem. Moi szefowie początkowo też nie wierzyli. Ale naziści nie kryją się ze swoimi metodami. A te najgorsze właściwie zaczęli reklamować.
– Dziś nic mnie już nie zdziwi – przyznał Grant. – Oto siedzimy i pijemy w podbitej Francji.
– Z pewnością zdążyłeś się zorientować, że pracownicy naszego konsulatu są uparci. Spróbuj dostać wizę dla jakiegoś europejskiego artysty, zwłaszcza gdy zdarzyło mu się napisać coś w komunistycznej gazecie albo zadrzeć z tym faszystowskim rządem. To jak zdobywanie Krak des Chevaliers.
Grant przyglądał się Varianowi przez dłuższą chwilę. To spojrzenie Varian pamiętał sprzed lat – przenikliwe, jakby wchodziło w głąb, sięgało za starannie rozwieszoną zasłonę dobrych manier, słów i ruchów, przebijało zbroję skrojonego na miarę garnituru. Wtedy, tak samo jak teraz, Varian czuł, że sobie na to zasłużył, zarówno na ukryty podziw, jak i na sugestię, że oto Grant dostrzegał w tym nutę fałszu. A do tego miał rację. Varian nigdy nie zajmował się pomocą humanitarną, nie znał się na nielegalnej imigracji, nie miał we Francji przydatnych znajomości. Wszedł w to w najgorszym momencie, licząc, że z jego usług skorzysta śmietanka europejskiej elity kulturalnej. I się przeliczył, zadanie go przerosło, a Grant od razu to zauważył. Ta myśl, choć było to absurdalne, napełniła go oburzeniem: kim on jest, żeby zjawiać się po tylu latach i oskarżać go o niewiedzę i brak kompetencji? Może wydaje mu się, że jest w tym lepszy?
– Czego ode mnie chcesz? – zapytał. – I po co tu przyjechałeś?
Grant dotknął spinki do mankietu. Była to miniaturowa muszla łodzika, wykonana w srebrze z taką dokładnością, jakby zwierzę przed chwilą ją porzuciło.
– Muszę cię poprosić o przysługę – wyznał. – Dla mojego przyjaciela, znajomego, o którym wspominałem. Tego, który ma dom w La Pomme. Powinieneś się z nim spotkać. On nie może pokazać się w mieście, a właściwie wolałby tego nie robić. – Z kieszonki na piersi wyjął pióro i na odwrocie wizytówki, którą wysunął spod palców Variana, napisał kilka słów. Podał wizytówkę Varianowi. Znajomy charakter pisma, plątanina kropek i pionowych pętli wyglądających jak trawa na dziecięcym rysunku.
– Co to jest? – spytał Varian.
– Jego adres. Chciałbym, żebyś z nim porozmawiał, może będziesz mógł mu pomóc. Prosiłem, żeby przyszedł dziś ze mną, ale odmówił. Boi się, że spotka policję.
Varian obrócił wizytówkę w palcach. Przemknęło mu przez głowę, że przecież może zostawić ją w popielniczce, że może wstać od stołu, przejść przez La Dorade i opuścić hotel wyjściem otoczonym przez sprzedawców skorupiaków, że może wrócić do swojego Hôtel Splendide, wspiąć się po schodach, minąć długi korytarz i zamknąć się w pokoju. Zasunąć zasuwkę. Położyć się do łóżka i wziąć tabletkę nasenną. Gdyby Grant zadzwonił następnego dnia, odmówiłby rozmowy, a gdyby pojawił się w Splendide, nie zgodziłby się na spotkanie. Tak właśnie powinien postąpić. Wstać. Życzyć Grantowi powodzenia. Wytłumaczyć, że nie może poświęcać swojego czasu ani środków na kogoś innego niż jego klienci. A potem zrobić to, co już wcześniej zaplanował. Napisać do Eileen. Wyjawić jej całą prawdę. I jak najszybciej opuścić Francję.
Niemal bezwiednie przesunął kciukiem po słowach napisanych przez Granta. Wypita szkocka dotarła do jego mózgu i teraz szalała tam niczym sztorm.
– Obawiam się, że… – zaczął i urwał. – Obawiam się, że moje…
Grant zmrużył oczy, nie spuszczając wzroku z Variana. I znów pojawiło się to wrażenie oceny, jakby ktoś widział go na wskroś po raz pierwszy od… Od jak dawna? Najchętniej narzuciłby na siebie jakąś pelerynę, coś, co mogłoby go ochronić.
Przez dłuższą chwilę panowało milczenie. W końcu odezwał się Grant:
– Pamiętasz, jak kazałeś mi kupić kapelusz?
– Jaki kapelusz, Skiff? – I to stare przezwisko, od lat zagrzebane w jego pamięci.
– Pamiętasz. Połowa lutego, było dziesięć stopni mrozu. Szliśmy obok sklepów na Brattle Street. Nie miałem czapki, było mi zimno, więc kazałeś mi przymierzyć to okropne borsalino. Ledwie rozpoznałem się w lustrze. Chodziło nie tylko o kapelusz, ale także o moje stanowisko w „Hound and Horn”, o przyjaciół z Gore Hall i o całą resztę. Pamiętasz, co wtedy powiedziałeś?
– Niczego takiego sobie nie przypominam – zapewnił Varian, co było kłamstwem. Pamiętał każdy szczegół: okropną pogodę, sklep, kapelusz i dwudziestojednoletniego Granta, szczupłego chłopaka o marzycielskich oczach, który stał przed lustrem i się dziwił.
– Zacytowałeś mi Senekę – powiedział Grant. – Vivamus, moriendum est. Musimy żyć, skoro mamy umrzeć.
– Musimy żyć, skoro mamy umrzeć? Dość pretensjonalne, nawet jak na studenta drugiego roku filologii klasycznej.
– Ale ty to powiedziałeś, Tom.
A teraz jego pseudonim, który bezskutecznie próbował przybrać w siódmej klasie, kiedy najbardziej nienawidził imienia nadanego na chrzcie. Opowiedział tę historię Grantowi wieki temu. Cały on, pomyślał Varian, pojawia się znikąd i wciąż jest w posiadaniu jego najgłębszych tajemnic. I co teraz? Ma to wszystko odłożyć na bok, udawać, że to akrobatyczne zagięcie czasu się nie wydarzyło? Tom. Dobry Boże. Nie myśląc, niemal nie czując, wyjął z kieszeni czarny notes i otworzył go na stoliku. Wywołany alkoholem szum w uszach, jakieś dźwiękowe halucynacje zagłuszyły ostrzegawczy klakson w jego głowie.
– W porządku – powiedział. – Kiedy?
– W środę o dziesiątej rano?
Przecież nic takiego nie robi, umawia się jedynie na spotkanie ze znajomym Granta, niczego nie obiecuje. Może jeszcze zmienić zdanie. Zapisał w notesie datę i godzinę. Grant zrobił to samo, a potem wyjął mały zegarek kieszonkowy.
– Muszę lecieć – oznajmił. – Straciłem rachubę czasu. Spóźnię się na spotkanie z przyjacielem.
– Jasne – powiedział lodowato Varian. – Nie będę cię zatrzymywał.
Grant uniósł brew.
– To po co to spojrzenie?
– Po dwunastu latach mogłeś mi poświęcić więcej niż godzinę.
– Przepraszam. Nie wiedziałem, czy w ogóle będziesz chciał ze mną gadać.
– Może i nie powinienem – burknął Varian, choć wcale nie chciał rozpoczynać kłótni.
Nieobecność Granta wciąż pisała się na nowo w jego umyśle, wciąż zamieniała się w niewiarygodny fakt jego obecności. A teraz Grant wychodził. Wstał, uścisnął Varianowi dłoń jak stary kolega ze studiów, którym przecież był, i zniknął tak cicho, jak się pojawił.
Kilka minut później Varian znalazł się na ulicy w zimnej mgle sierpnia. Oparł się o wilgotny ceglany mur, żeby wszystko w siebie wchłonąć: Elliott Schiffman Grant. Skiff Grant. Komu miałby powiedzieć o tym nieprawdopodobnym spotkaniu? Eileen? Przemknęło mu przez głowę, żeby wysłać depeszę do Kirsteina, ale nie umiał wyobrazić sobie słów. „ZGADNIJ KTO WYPEŁZŁ Z MARSYLSKIEJ MGŁY STOP”. Wiedział, jak Kirstein by zareagował: „Daj sobie spokój”. Właśnie to chciał usłyszeć. Wypowiedział na głos nazwisko Granta, wrzucił je w mgłę z Vieux Port, jakby sprawdzając jego trwałość na sugestię, że to spotkanie było jedynie odlotem wyobraźni. Ale przecież miał w kieszeni wizytówkę z adresem zapisanym na odwrocie. A w głowie wciąż szumiał mu wuj Scorch, którego nie pił od dwunastu lat. Odwrócił się, żeby ruszyć dalej, gdy zobaczył na chodniku srebrny błysk – spinka Granta, idealna muszla łodzika. Pochylił się i wziął ją do ręki, czując dreszcz, jakby dopuszczał się kradzieży.
* * *
Na ulicy było ciemno, noc zrobiła się tak wilgotna, że pożałował włożenia lnianej marynarki. Obracał w kieszeni spinkę, wyczuwając kciukiem skręt muszli i luźne zapięcie. Elliott Grant. Skiff. Zauważył, że pamięcią wraca do pewnego październikowego wieczoru w maleńkim pokoju w Gore Hall, do którego Grant zaprosił ich wszystkich na kielicha. Było ich czterech lub pięciu, siedzieli na podłodze, pili porto Granta i palili luźne papierosy, które Kirstein skręcał w świetle ognia z kominka. To miała być parapetówka. Grant wyprowadził się z poprzedniej kwatery, w której zalęgły się myszy, i poprosił, by każdy z nich coś przyniósł i wrzucił do ognia na szczęście. Nat Marlow, ich redaktor naczelny, przyniósł wizytówkę firmy, w której stracił dziewictwo. Edwin Tewkes, redaktor działu poezji, miał różową pończochę. Varian zabrał egzemplarz słownika łacińskiego naszpikowany taką liczbą błędów, że wyglądał na kawał zrobiony jednemu pokoleniu studentów przez drugie. A Kirstein przyniósł kartkę z wierszem Ezry Pounda, z którego ich pismo wzięło swoją nazwę.
Na wrzosowiskach wśród chmur je widziałem.
Spójrz! Nie zatrzyma ich miłość ni żałość,
Lecz ich wzrok jak dziewczęce oczy dla kochanka,
Gdy biały rogacz wypada z barłogu,
A biały podmuch wpada w mgły poranka.
„To biały jeleń, Sława, za którą gonimy,
Zwołaj ogary świata głosem rogu!”¹
Wrzucili te talizmany do ognia, dopili porto i zeszli do salonu, w którym Grant grał na pianinie broadwayowskie standardy, a reszta wykrzykiwała do nich przybliżony tekst. Grant najwyraźniej nie mógł się powstrzymać, by nie zerkać na Variana, jakby chciał powiedzieć, że wszyscy obecni dali się porwać energii, którą sam stworzył i nad którą miał pełną kontrolę. I jakby chciał się upewnić, że Varian to zauważył.
W drodze powrotnej do domu Kirstein zapytał wtedy Variana, co sądzi o awansowaniu Granta ze stanowiska sekretarza redakcji na stanowisko krytyka kulturalnego. Nadmienił przy okazji, że gust Granta jest odświeżająco zuchwały, a wiedza rozległa i dogłębna. No i umiał też dobrze pisać, na zajęciach z literatury amerykańskiej, na które uczęszczał z Kirsteinem, przeczytał swój esej, błyskotliwy i dowcipny, o wpływie Hawthorne’a na Melville’a. I kto wie, czy nie nadawałby się lepiej do pisania o muzyce – miał imponującą kolekcję płyt muzyki klasycznej, w tym także nowoczesnych kompozytorów takich jak Schoenberg czy Strawiński, zgromadzoną przez jego ojca podczas podróży po Europie. A czy Varian wiedział, że ojciec Granta był botanikiem światowej sławy i że zmarł w Amazonii podczas ekspedycji naukowej?
Varian szedł w milczeniu, machając gałązką głogu, którą podniósł przed domem Granta. W Cambridge stało mnóstwo płotów, po których można było przejeżdżać patykami, więc teraz też odegrał hałaśliwy utwór na rzędzie białych sztachet. Wiedział o Grancie znacznie więcej niż Kirstein. Płyty, gdziekolwiek kupione, nie pochodziły od ojca Skiffa, który na dodatek wcale nie był botanikiem.
– Widzę, że zapałałeś sympatią do naszego przyjaciela Granta – powiedział Varian.
Kirstein roześmiał się niemalże z radosnym uniesieniem.
– Zazdrosny?
– Dobrze napisał o Whitmanie? Zgłębił temat?
– Daj spokój.
– To twoja decyzja. Jeśli chcesz, to go awansuj.
– Jesteś współredaktorem. Też masz coś do powiedzenia.
Varian dość długo milczał, zanim wyraził swoją akceptację. A później, gdy był już sam w swoim pokoju, nawiedziło go wiele skomplikowanych przemyśleń na temat Granta. Poczuł na przykład zazdrość, że Grantowi udało się, i to bez żadnego wysiłku, roztoczyć wokół siebie blask inteligenckiego, artystycznego kosmopolityzmu, o który Varian starał się od czasów szkoły z internatem. Jego ojciec był maklerem giełdowym, i to całkiem dobrym, jednak nigdy nie potrafił wznieść swojej rodziny ponad poziom klasy średniej. Ich dom w New Jersey był jednym z wielu podobnych stojących na tej ulicy. To, co w dzieciństwie wyróżniało Variana – na przykład częste choroby matki (nikt oczywiście nie używał słowa „wariatka”) i fakt, że mieszkała z nimi ciotka, która się matką opiekowała – było przyziemne, wręcz wstydliwe. A od kolegów z klasy różnił się jedynie tym, że oni byli znacznie mniej pojętni. Variana nie interesowały bejsbol, rowery ani boks, a oni nie interesowali się szachami ani książkami. W Hotchkissie sprzeciwiał się okrutnym zwyczajom pasowania na ucznia, nie podobało mu się przetrzepywanie skóry młodszym chłopcom, nocne pobudki, próby ognia, wmuszanie jedzenia ani głodzenie. Wtedy te protesty wydawały mu się bohaterstwem, wiedział jednak, że takie zachowanie, choć go wyróżnia, uznawano za nadąsaną zniewieściałość. Dlatego na Harvardzie już od samego początku próbował wypracować sobie wizerunek, dzięki któremu zyskałby podziw innych chłopców. Skrupulatnie dobierał ubrania, buty, fryzurę, żeby świadczyły o jego ogładzie i dobrych manierach. W słabo oświetlonej kawiarni przy Mount Auburn Street co wieczór perorował o książkach, które przeczytał, i o wykładach, na które uczęszczał. Skrzykiwał podobnie myślących studentów, organizował przyjęcia dla nich i ich przyjaciół. Ale to wszystko było jak gmach z tektury, doskonale zdawał sobie sprawę, że jego wysiłki są widoczne, co napełniało go rozgoryczeniem.
Natomiast Grant nosił swoją odmienność jak szyty na miarę garnitur. Wszystkie szczegóły jego wizerunku – zagraniczne papierosy, skórzany żołnierski tornister z czasów wojny, płyty z Europy, nędzny pokoik wielkości szafy w akademiku, z prawdziwym perskim dywanem na podłodze, a nawet nieco dziwny kolor skóry – zdawały się mówić, bez żadnych starań ze strony Granta, że ich posiadacz włada alchemicznymi mocami, które przemieniają to, co stare i zwyczajne, w coś cudownego i wyjątkowego. Jakby Grant mówił: „Wstąp do mojego kręgu, a też staniesz się kimś innym”. Varian zauważył podobną właściwość u paru chłopców w Hotchkissie, ich popularność przełamywała snobistyczne granice wyznaczane przez pochodzenie czy klasę społeczną. Jeden z nich, imieniem Prasad, był synem bogatego bengalskiego bramina, ale uważał się za równego potomkom starych bostońskich czy nowojorskich rodów, a nawet od nich lepszego. Mówił z doskonałym brytyjskim akcentem, miał bystry, analityczny umysł i potrafił deklamować poezję w sześciu językach. Przez ostatni rok w szkole Varian czuł do Prasada tak gorący pociąg, że aż bał się publicznej upokarzającej kompromitacji. Tego samego napięcia doświadczył, widząc Granta po raz pierwszy, a z czasem to uczucie jedynie przybierało na sile. Jednak o ile Prasad wydawał się tylko inteligentny i oryginalny, o tyle Grant był niebezpiecznie nieprzewidywalny, jakby pod jego zewnętrzną powłoką kryło się inne stworzenie z kończynami udającymi złożone skrzydła poczwarki. Nie dało się stwierdzić, czy ta spowita zasłoną istota jest łagodna, czy złośliwa, ani jakie motywy nią kierują. A im więcej Varian dowiadywał się o Grancie – o jego rodzicach, przeszłości, naginaniu prawdy, które doprowadziło go do Harvardu – tym mniej o nim wiedział.
Jego pojawienie się w Marsylii, jakby odtworzył się z czystej mgły, wydało się Varianowi zarówno stosowne, jak i zadziwiające. Jak żadne inne miasto na świecie Marsylia była krainą nieoczekiwanych zbiegów okoliczności, tajemnic przenoszonych do światła, wszystkiego, co miało dwie nazwy, publiczną i prywatną. Grant był ostatnim szkolnym kolegą, którego spodziewałby się tu spotkać, i pierwszym, którego nie życzyłby sobie widzieć na oczy. A jednocześnie jego obecność tutaj wydawała się wręcz naturalna. Varian wymacał w kieszeni wizytówkę i wyjął ją, zatrzymując się pod latarnią. „Les Cyprès, La Pomme”, skreślone niemal nieczytelnym pismem. I znów miał wrażenie, że te litery go przyciągają, jakby podsuwały dłoń, która trzymała pióro. Dotarł do hotelu, ściskając wizytówkę w wilgotnej dłoni, i dopiero w pokoju zorientował się, że zapomniał zapytać w recepcji, czy jest jakaś wiadomość od Eileen.6
Montredon
Wysyłając list do Eileen, miał wrażenie, że wrzuca do morza wiadomość w butelce. Nie wiadomo, kiedy i czy w ogóle to do niej dotrze. A jeśli dotrze, to jaką chciałby otrzymać odpowiedź? Czy naprawdę pragnął, tak jak twierdził, jej zgody na przedłużenie pobytu w Marsylii, dopóki nie będzie mógł przekazać wszystkich spraw swojemu następcy? A może wolałby, żeby wezwała go do Nowego Jorku, oznajmiając, że muszą natychmiast wynająć kamienny dom? Jak często o nim myślała na co dzień, przy swoich zwykłych zajęciach: wykładach w Brearley, udziale w salonach literackich, pracy w nowojorskim biurze Komitetu Pomocowego, licznych spotkaniach z przyjaciółmi? Na wiele lat przedtem, nim się spotkali, prowadziła w Bostonie bogate życie. Była od niego o osiem lat starsza, pracowała jako zastępczyni redaktora naczelnego „Atlantic Monthly”, a on początkowo odgrywał przy niej rolę intelektualnego ucznia, literackiego akolity. Mówiła o nim „mój protégé”, i to nie zawsze żartem. Naturalnie ich relacje szybko się skomplikowały. Eileen potrafiła zaciekle krytykować samą siebie, a jednocześnie źle znosiła obrażanie jej inteligencji i zazdrościła Varianowi przyjaciół. Ale byli ze sobą już ponad dziesięć lat. A kiedy Varian rozpoczął swoją misję w Marsylii, zamierzając spędzić tam tylko miesiąc, do głowy mu nie przyszło, żeby zastanawiać się nad stanem ich małżeństwa. Oboje widzieli w tym szansę na wielką przygodę, możliwą tylko dlatego, że Foreign Policy Association zgodziło się dać Varianowi urlop. Gdyby semestr jesienny nie był tak blisko, Eileen pojechałaby z nim. I zapewne grałaby tu pierwsze skrzypce, radziłaby sobie znacznie lepiej. Ale gdy jego pobyt przedłużał się już do sześciu tygodni, mógł jedynie zachodzić w głowę, co ona o tym myśli i jak się z tym czuje. Jej listy przychodziły nieregularnie, były w nich tylko błahe wieści o pracy i domu oraz wyrazy troski o jego bezpieczeństwo. Postanowił, że wieczorem wyśle do niej depeszę. Bez żadnego szczególnego powodu, a już na pewno nie z powodu Granta. W kwestii uczuć można sobie pozwolić na rozrzutność.
Przy Canebière wsiadł do tramwaju i pojechał na zachód, a potem na południe. Miał zamiar złożyć wizytę Harry’emu Binghamowi w dziale wizowym konsulatu amerykańskiego, który mieścił się w białej willi stojącej na nadmorskim przedmieściu Montredon. Dzielnica leżała daleko od centrum miasta, na końcu stromej, wysadzanej lipami drogi, którą bez względu na pogodę szło się piekielnie trudno i na której niemal zawsze szalał wiatr w kierunku morza; ten wiatr szarpał ubrania, zamieniał fryzury w rozczochrane gniazda, wciskał w oczy sól, piasek i wszystko, co tego dnia latało w powietrzu. Podróż zabierała blisko godzinę. Jak zwykle dotarł pod drzwi działu wizowego w nieładzie, przeklinając w duchu cały konsulat, a zwłaszcza dział wizowy, oraz każdego, kto stał za solidnymi dębowymi drzwiami. Dziś był to wysoki amerykański strażnik, którego absurdalnie nienaganna francuszczyzna musiała dawać interesantom fałszywą nadzieję. Varian podał swoje nazwisko i wyjaśnił, że ma umówione spotkanie z Binghamem. Strażnik wskazał kciukiem poczekalnię. Varian stanął przy oknie i patrzył na palmy, które machały pióropuszami w kierunku zatoki.
Doskonale pamiętał swoje pierwsze spotkanie z Binghamem – nie w Marsylii, ale na Harvardzie wiele lat temu. Było deszczowe popołudnie, wracał do domu rowerem i kiedy skręcił w Bow Street, wpadł w poślizg i przewrócił się na nierównym bruku. Oszołomiony i obolały, patrzył na pędzące na niego auta. Wtedy jakiś młody mężczyzna w okularach i płaszczu Burberry rzucił swoje książki na krawężnik i podbiegł do niego, zatrzymując samochody uniesioną dłonią. Pomógł Varianowi wstać, otrzepał z niego błoto, przygładził marynarkę i zarzucił mu torbę na ramię.
– Już w porządku? – spytał uprzejmie.
– Tak, w porządku – zapewnił Varian. Miał ściśnięty żołądek, jednak w pogodnej twarzy nieznajomego, w jego wysuniętym podbródku było coś, co kazało mu zebrać się w sobie.
Mężczyzna wyglądał jak dziarski wilk morski z ukochanej książki Variana z dzieciństwa Przygody Tramontany – na okładce widniał zmagający się ze sztormem statek, którym sterował młody kapitan Daunt.
– Komu mogę podziękować? – spytał Varian.
Jego wybawca podał mu wizytówkę i przyłożywszy palce do ronda kapelusza, oddalił się Bow Street. Varian zerknął na biały kartonik. Hiram Bingham IV. Syn sławnego profesora z Yale, który odkrył Machu Picchu. Varian miał ochotę krzyknąć za nim, miał ochotę zapytać, jak to jest urodzić się ze zdrową tożsamością, w rodzinie, której potomkowie z pewnością prowadzili bogate, pełne przygód życie.
I oto teraz znów miał skorzystać z usług Hirama Binghama IV, który stał w drzwiach swojego gabinetu i zapraszał go do środka. Harry wciąż nosił te same małe okrągłe okulary, wciąż miał tę samą ostro zarysowaną szczękę i nieco wyniosły wyraz twarzy. Zawsze sprawiał wrażenie, że poświęca swojemu rozmówcy całkowitą uwagę. W jego gabinecie musiała się kiedyś mieścić ekstrawagancka biblioteka – błyszczące dębowe półki, teraz prawie puste, z pewnością były przeznaczone na duży zbiór oprawionych w skórę francuskich klasyków, a przez półokrągłe okno za biurkiem wlewało się światło odpowiednie do czytania. Varian zajął swoje zwykłe miejsce. Bingham usadowił się za biurkiem w fotelu z wysokim oparciem, po jednej stronie miał amerykańską flagę, a po drugiej sztandar konsulatu.
– Świetnie wyglądasz, Varianie. Jakbyś się opalił.
– Ty też, Harry. A jak się miewa Golo?
Syn Thomasa Manna, którego uwolniono z obozu koncentracyjnego w Les Milles, od miesiąca ukrywał się w willi Binghama.
– Lepiej. Tylko czeka, żeby wyjechać z Europy. Masz dla mnie jakieś wieści?
Varian ściszył głos. Bingham zapewniał go, że w biurze nie ma podsłuchów – sprawdzał to codziennie rano – ale ostrożności nigdy za wiele.
– Kolejna grupa wydostała się bez przeszkód. Mój przyjaciel Leon Ball zna trasę przez góry omijającą hiszpańskie posterunki.
– Wiem, słyszałem. Ale czy nie lepiej wywieźć Mannów pociągiem?
– Oczywiście. Jednak musimy mieć jakieś zapasowe wyjście, gdyby ten wariant się nie powiódł.
– A jak wygląda sytuacja z paszportami?
– Dzięki Hirschmanowi mamy parę nowych kontaktów.
– To dobra wiadomość. Wiedziałem, że te czechosłowackie nie wystarczą na długo.
– Co z amerykańskimi wizami dla Werflów?
– Załatwione – powiedział Bingham. – Choć ich zdobycie nie było łatwe. Na Fullertona nie można liczyć. Na dodatek nie darzy cię szczególną sympatią. Musisz działać dyskretnie i po cichu, jeśli nie chcesz zrazić go jeszcze bardziej.
– Posłuchaj, Harry, czy może wspominał o tym, że pewien Niemiec nazwiskiem Katznelson ubiega się o wizę?
Bingham zmarszczył brwi.
– Chyba nie. Dlaczego pytasz?
– Mój znajomy przyszedł do konsulatu w jego imieniu, zdaje się w zeszłym tygodniu. Wczoraj rozmawiałem z samym zainteresowanym. To ciekawy przypadek.
– Nic nie wiem na ten temat. Co to za historia?
Kiedy Varian wszystko wyjaśnił, Bingham splótł dłonie i przechylił głowę w kierunku flagi.
– Jak bardzo Columbii zależy na powrocie tego człowieka?
– Nie mam pojęcia. Ale jest szanowany i ceniony w swojej dziedzinie.
– Fullerton jest znajomym Nicka Butlera, rektora Columbii. Nie pojmuję, jak Nick może siadać z Fullertonem przy jednym stole, ale podobno robi to często, w każdym razie tak twierdzi Hugh. Tak czy inaczej, ze dwa razy chwalił się tą znajomością. Gdyby Butler trochę go nacisnął, Fullerton wystawiłby wizę.
– Obawiam się, że jest jeszcze inna trudność. Katznelson redagował w Berlinie jakiś komunistyczny szmatławiec. Dawno temu, za studenckich czasów.
– To jest pewien problem. Ale da się go pokonać.
– W porządku, Harry. Dzięki. Po południu zatelegrafuję do Butlera.
– Świetnie. Czego jeszcze potrzebuje ten człowiek? Pieniędzy?
– Wygląda na to, że ma ich pod dostatkiem. Ale przydałaby się francuska wiza wyjazdowa. Byłoby dobrze, gdyby udało się ją załatwić, nie zdradzając władzom Vichy miejsca jego pobytu.
– W Préfecture pracuje pewien inspektor, niejaki Robinet. Pewnie ci o nim wspominałem. Wypiliśmy wczoraj parę kieliszków. Zgłoś się do niego. To francuski patriota starej daty, przerażony Pétainem. Skontaktuje cię z odpowiednią osobą w dziale wizowym. A jeśli chodzi o hiszpańskie wizy, to konsulat raz je wydaje, raz nie. A straż graniczna też może je uznać albo nie.
– Właśnie. I wtedy pozostanie nam tylko droga przez góry.
– Na razie granicę da się dość łatwo przekroczyć. Jeśli ponaglisz Butlera, jeśli Préfecture zgodzi się na współpracę, uda ci się wyekspediować tego profesora w ciągu kilku tygodni.
Varian skinął potakująco głową.
– Jak myślisz… może dałoby się go dołączyć do Werflów i Mannów?
– Wysłać ich wszystkich razem przez Cerbère? Czemu nie. Dzięki temu byłbyś na miejscu, gdyby coś poszło nie tak.
Varian od początku planował, że będzie towarzyszył najbardziej zagrożonym uchodźcom. I tak musiał pojechać do Lizbony, żeby wysłać pocztę poza cenzurą i podtrzymać kilka tamtejszych kontaktów. Jednak dopiero teraz przyszło mu do głowy, że mógłby dołączyć do tej grupy Katznelsona, że mógłby towarzyszyć Katznelsonowi i Grantowi w pociągu. Na samą myśl, że przekazuje Grantowi tę wiadomość, poczuł dziwny dreszcz.
– A co z Chagallami? – spytał Bingham. – Widziałeś się z nimi w Gordes?
– Jasne. – Jak to się stało, że zupełnie o nich zapomniał? – Nie chcą nawet słyszeć, żebyśmy oficjalnie wystąpili z prośbą o pomoc w ich imieniu. Ale może powinieneś się tym zająć, oczywiście dyskretnie. I może byłbyś skłonny do nich napisać? Warto ich trochę nacisnąć. A nawet lekko postraszyć. Im się wydaje, że przetrwają dzięki autorytetowi Chagalla.
Bingham westchnął.
– Ilu jeszcze myśli podobnie? Choć trudno mieć do nich pretensje. Jeszcze niedawno Francja była dla nich tym, czym Ameryka jest dla tamtych. – Wskazał na okno, za którym było widać rząd ludzi idących wysadzaną lipami aleją. – Spróbuję pokazać, co potrafię. Mam nadzieję, że się opamiętają.
* * *
Po południu Varian wysłał depeszę do Butlera: „PROFESOR KATZNELSON MA KLOPOTY Z WIZA WE FRANCJI STOP. WYSLIJ FULLERTONOWI Z KONSULATU AMERYKANSKIEGO W MARSYLII DEPESZE Z POTWIERDZENIEM ZATRUDNIENIA KATZNELSONA. ZAPEWNIJ ZE COLUMBIA BEDZIE GO SPONSOROWAC STOP. DZIEKI FRY KOMITET POMOCOWY MARSYLIA”. Wrócił pospiesznie do hotelu i od razu poszedł na górę – ale nie do swojego pokoju, w którym Lena i Hirschman przeprowadzali rozmowy z uchodźcami, lecz do tego na końcu korytarza, w którym zamieszkał poeta Walter Mehring.
Drzwi otworzyła Miriam, rzeczowa i pogodna, w szarych luźnych spodniach i sweterku, który wyglądałby wręcz pruderyjnie, gdyby nie podłużne wycięcie w dekolcie. Stała z jedną nogą opartą o framugę i z podkładką do pisania w ręce, bo właśnie zrobiła listę rzeczy najbardziej potrzebnych Mehringowi. Mehring leżał w łóżku w piżamie, jego włosy wyglądały jak naelektryzowana chmura otaczająca głowę. Wokół siebie miał prawdziwy bałagan: porozrzucaną bieliznę, notesy, które wyglądały jak przeżute, wysadzaną masą perłową szczotkę do włosów z połową szczeciny, resztki śniadania na hotelowej tacy oraz europejskie wydanie „New York Timesa” starannie podzielone na działy. Mehring trzymał w dłoniach pierwszą stronę i patrzył na nią z przerażeniem.
– O, pan Fry, nareszcie. – Zaszeleścił gazetą. – Niech pan spojrzy. Naziści domagają się pięćdziesięciu ośmiu procent płodów rolnych Francji. Pięćdziesięciu ośmiu! Przecież w tym kraju już nie ma co jeść. A do tego jeszcze to. – Przerzucił kilka stron. – Stany Zjednoczone nie mogą zlokalizować stu trzydziestu bombowców, które pożyczyły Francji przed zawieszeniem broni. Szukają ich od czerwca. Francuzi ich nie oddadzą, tak czy inaczej, tego możemy być pewni.
– Lepiej pan dzisiaj wygląda, panie Mehring – powiedział Varian. – Mam nadzieję, że spał pan dobrze.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki