Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Poszukiwana - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 marca 2026
2859 pkt
punktów Virtualo

Poszukiwana - ebook

 

Epicka powieść o polskich Kresach i trzech siostrach, które rozdzieliła wojna… Czy uda im się przetrwać?

Latem 1941 roku Niemcy zajmują dawne województwo stanisławowskie. Rodzina Szymańskich zostaje rozbita. Uznana za winną zdrady i spiskowania z wrogiem Łucja znajduje się na zesłaniu w ZSRR, Aldona pnie się w górę w hierarchii partii bolszewickiej, Konstancja zaś walczy o przetrwanie w getcie w Stanisławowie. Czy wszechobecna zagłada odbierze im po kolei wszystko, co cenne?

W 1968 roku córka jednej z wysoko postawionych partyjnych urzędniczek chce wyjechać na stypendium na Zachód. To czas, gdy w Polsce mają miejsce wydarzenia marcowe, a wojska Układu Warszawskiego dokonują najazdu na Czechosłowację. Równocześnie w Stanach Zjednoczonych była zakonnica, po opuszczeniu murów klasztornych, postanawia szukać prawdy o sobie i skonfrontować się z siostrą, za której przyczyną przed laty straciła kontakt z rodziną.

„Poszukiwana” to druga – po znakomicie przyjętej „Zdradzonej” – część tryptyku o siostrach Szymańskich. Przenosi czytelniczki i czytelników w odmęty polskich Kresów po niemieckim ataku z czerwca 1941 roku na ZSRR. Wojciech Dutka kreśli epicki obraz, w którym przeplatają się światy – rzeczywisty i metafizyczny, ukazując bohaterów zmagających się z piekłem wojny. Oprócz niemieckiej okupacji Kresów i zagłady Żydów autor porusza też kwestie związane z trudnymi relacjami polsko-ukraińskimi, które już wkrótce doprowadzą do kolejnej tragedii.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna polska
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68817-05-8
Rozmiar pliku: 8,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Obóz specjalny numer 2344, niedaleko Czkałowa¹, ZSRR, koniec zimy 1941

W sowieckim piekle, w którym się znalazła owa młoda kobieta, wykańczały mróz i straszliwa praca, bezsensowna i ponad wyobrażenie. Lejtmotyw pozostawał jednak iście ewangeliczny: kto nie rabotajet, ten nie kuszajet². Ale ją opuściły już siły. Nie dojadała, a kradzież jedzenia była jednym z najcięższych przestępstw. Dawne życie, które znała przed łagrem, zacierało się w niej. Nie była już pewna, jak wyglądały twarze sióstr i matki, siostrzeńca czy ojca. Nie zastanawiała się, czy ich jeszcze zobaczy. W filozofii materialistycznej mówi się, że byt określa świadomość. Nigdzie poza obozami sowieckimi ta marksistowska zasada nie nabierała takiej ostrości. Jej byt to była codzienna walka o coś do zjedzenia, obojętnie co. To nieustanna praca, bez końca.

Jednak po powrocie do baraku nie było lepiej. Zimą szczególnie gryzły pluskwy, wypełzające z każdej szpary w ścianie, spadające z sufitu na twarz w nocy, gryzące aż do mięsa. Tego dnia po pracy, gdy padła komenda powrotu, kobieta podjęła decyzję. Nie może już tak żyć. Skończy ze sobą. Chleba i tak zostało dla niej tylko trochę. Był ciemny, ziemisty, ale dawało się go jeść. Wymknęła się niepostrzeżenie z chaty. Zbliżała się wiosna 1941 roku, ale na Syberii wciąż panowały siarczyste mrozy sięgające minus dwudziestu — lub nawet więcej — stopni w nocy. Poszła przed siebie. Gdzieś przed nią znajdowało się ogrodzenie z drutem kolczastym. To była zona. Granica światów. Za nią była już tylko mroźna tajga. Pewna śmierć. Ale przecież ona nie miała sił, żeby wspiąć się po drucie kolczastym, który ciął ciało do kości. Najwyżej zawiśnie na nim, wykrwawi się, znajdą ją jutro.

Zbliżała się powoli do ogrodzenia. Nagle potknęła się i upadła w śnieg. I wtedy wyczuła czyjąś obecność. Ktoś był obok niej. Odwróciła się, ale nie zauważyła nic poza chłodną bielą i oddalonymi chatami. Próbowała się podnieść, ale nie miała siły. Coś było nie tak. Podniosła oczy. Ten ktoś stał przed nią. Po raz pierwszy w życiu widziała coś takiego. Oto w bezkresnej tundrze Związku Sowieckiego, gdzie została wywieziona, stał przed nią chłopiec w bieli.

Mój umysł szwankuje, to z głodu i zimna — pomyślała. Ale po chwili zrozumiała, że ów chłopiec w bieli nie jest ani wytworem jej umysłu, ani też skazańcem. Żaden tak nie wyglądał. Przyjrzała mu się, siedząc na śniegu. Nie miał więcej niż piętnaście lat, ale może tu nie chodziło wcale o wiek, ale o pewien szerszy symbol. Przepowiedziano jej przecież kiedyś, w innym życiu, przed laty, ustami widzącej wieszczki-poetki, że go zobaczy. Pamięć, umęczona codziennością, gubi wspomnienia, ale te, obudzone z letargu nagłym wstrząsem, jakimś granicznym przeżyciem, wracają na należne im miejsce. Ludzki umysł to przecież niezmierzony ocean. Gdybyśmy tylko mogli odmierzyć go łyżeczką dnia codziennego…

Teraz widziała go wyraźnie — był ubrany w lekki garnitur, idealnie uszyty, nie nosił też butów, ale jego postać jak gdyby wyrastała ze śniegu, na którym stał. Kobieta zrozumiała, że widzi istotę ze świata skrzętnie ukrywającego się przed ludźmi, z granicy między dniem i nocą — świata, do którego jako jedna z niewielu ludzi miała dostęp dzięki zmysłowi udziału — i która, żeby było jej łatwiej to zrozumieć, zamanifestowała się przed nią pod taką właśnie postacią.

— Nie wolno ci teraz umrzeć — usłyszała wyraźny zakaz.

Młoda kobieta naprawdę pragnęła śmierci. Nie można było tak żyć, jak ona żyła w łagrze. Tak się przecież nie da…

— Kim jesteś?

— To nie jest ważne.

Łucja otrząsnęła się. To nie mógł być jej ukochany, którego wiersze i twarz nosiła wewnątrz siebie — Bohdan Ihor Antonycz. On zmarł w lipcu 1937 roku. Ale to coś różniło się jednak od istoty, która kryła się nurtach Czeremoszu. Tamta była zła, nieskończenie zła. Łucja czuła, że chłopiec w bieli, choć pochodził z tego samego wymiaru co potwór z Czeremoszu, nie był zły — był diametralnie inny.

— Ale chciałabym to wiedzieć.

— Powiedzmy, że jestem naprawdę twoim jedynym przyjacielem — rzekł chłopiec w bieli. — Musisz mi uwierzyć. Za nami, w niekończącym się uralskim lesie, są istoty gorsze niż ten, którego widywałaś w nurtach rzeki.

Potwór w Czeremoszu. To COŚ, co próbowało wciągnąć jej siostrzeńca. Boże, co się z nim działo? Na to pytanie, podobnie jak na wiele innych, nie było odpowiedzi.

Po chwili młoda kobieta zamknęła oczy. To przecież nie może być prawda — pomyślała. Znów otworzyła oczy. Chłopiec wydawał się młodszy, a może dostosowywał kształt do jej wzroku.

— Jesteś istotą z mroku czy ze światła?

— A jak ci się wydaje?

Teraz zrozumiała metaforę białego koloru ubrania. To był znak dla niej — istota z innego wymiaru zatroszczyła się o to, by przekaz był spójny i dostosowany do kategorii umysłowych, którymi Łucja się posługiwała.

— Rozumiem — rzekła.

— Musisz żyć. Kiedyś umrzesz, za wiele lat, ale nie teraz. — Chłopiec wpatrywał się w nią oczyma, które miały intensywny, nienaturalnie niebieski kolor. — Jest niewielu ludzi mających ten dar i dlatego nie wolno ci umrzeć. Tylko przez takich jak ty możemy się komunikować z tym światem.

— Jacy my?

Pytanie pozostało bez odpowiedzi. Istoty z wymiaru rozpiętego między światłem i mrokiem musiały trwać otulone tajemnicą. Podszedł do niej. Wyciągnął dłoń. Łucja się bała. Istoty z tamtego wymiaru nie są ludźmi. Nie ma w nich nic z człowieka, choć manifestują się w naszym tu i teraz jako ludzie, aby osoby takie jak Łucja mogły zrozumieć przekaz.

Dotknij mnie.

Nie wypowiedział ani słowa, ale usłyszała ten nakaz wyraźnie w sobie, w swoim jestestwie, wnętrzu czy też duszy.

Zrobiła to. Ta dłoń była ciepła, niemal ludzka w dotyku. Nagle zauważyła, że ciepło przepływa do jej skostniałej z zimna ręki, potem rozszerza się na ramię — mogła już nim poruszać. Trwało to jakiś czas, a on, kimkolwiek był, przekazywał jej ciepło, które w tym orenburskim, lodowatym pustkowiu, gdzie dął wiatr od strony Uralu, oznaczało trwanie. Po dłuższej chwili Łucja poczuła w sobie życie. To stało się w sposób zupełnie dla niej niewytłumaczalny.

Chciała go wypytać o tyle rzeczy, jednak on zaczął jak gdyby rzednąć w powietrzu, stawał się coraz bardziej przezroczysty, aż wreszcie znikł. Była sama. Ale zupełnie odmieniona. Teraz zrozumiała, że on będzie jej aniołem stróżem. A ona musi tu przeżyć. Nie dla rodziny, której być może już nie zobaczy, ani dla kraju, ani dla nikogo innego. Chciała znów żyć dla samej siebie.

Wróciła po chwili do baraku z taką lekkością, jak gdyby dziś w ogóle nie pracowała.Rozdział I
Witaj, ciemności, stara przyjaciółko

Nowy Jork, wiosna 1968

Nie można uciec od przeszłości, choćby była zamknięta w ludzkim sercu. Nie da się wykreślić wspomnień ani koszmarów. One tkwią w nas jak cierń, a kumulowane mogą popchnąć w szaleństwo albo w śmierć. Granica między życiem i śmiercią jest bardzo cienka, niemal niedostrzegalna. Jednego dnia człowiek jest, a drugiego już go nie ma. Przemijalność istnienia zaczyna się odczuwać po czterdziestce, wraz z bólem w plecach po przebudzeniu. Dni mierzy się wtedy inaczej, niż kiedy miało się lat kilkanaście. Mijają szybciej. A przecież ludzie nie zauważają, że każdy dzień jest darem. Nie doceniają danego im czasu. Żyją, jak gdyby byli wieczni, a wystarczy jeden zły krok i tuż za rogiem, na ulicy można spotkać przeznaczenie.

Łucja Szymańska w chwili odejścia z klasztoru miała pięćdziesiąt dwa lata. Za dużo, żeby mieć złudzenia, i za mało, żeby zapomnieć to, co przeżyła. Ameryka co prawda była dla niej bezpieczną przystanią od zakończenia drugiej wojny światowej, ale pozostało tyle pytań… Co stało się z jej rodziną? Z obiema siostrami, obojętnie, jak jedna z nich ją skrzywdziła? Co stało się z siostrzeńcem i rodzicami? Na te pytania nie było odpowiedzi. Ale miała nadzieję, że ktoś pomoże jej w ich znalezieniu. Na Brooklynie, gdzie udało jej się wyszukać tańsze mieszkanie (wciąż pracowała jako nauczycielka łaciny i angielskiego w żydowskiej szkole w Stuyvesant — pracę załatwiła jej Jane Singer-Coulfield), wsiadła do metra na Manhattan. Robiła to codziennie z pewną wyuczoną manierą. Pociągi chodziły przecież regularnie i nie spóźniały się, co czyniło nowojorskie metro jednym z lepszych na świecie. Tego dnia rano, kiedy już napiła się kawy i zjadła śniadanie, znów usłyszała w nowojorskim radiu Simona i Garfunkela:

Hello darkness, my old friend

I’ve come to talk with you again

Because a vision softly creeping

Left its seeds while I was sleeping

And the vision that was planted in my brain

Still remains

Within the sound of silence³.

Musiała przed samą sobą przyznać, że ta piosenka jak żadna inna pokazywała jej własną drogę. Nikt przecież w tym wielkim mieście ze szkła i metalu nie uwierzyłby w jej przeżycia. Bo nikt nie wierzy już w to, co kiedyś zwało się metafizyką. W tym sensie w jej świecie to, co widziała realnie od czasu do czasu, nie miało prawa istnieć. A przecież istniało. I choćby tysiąc ludzi zaprzeczało, ona wiedziała, że zmysł udziału jest prawdziwy. Dostrzegała ukrytą rzeczywistość, do której ludzie nie mają i nie mogą mieć dostępu — ani do istot, które w niej żyją.

And in the naked light I saw

Ten thousand people, maybe more

People talking without speaking

People hearing without listening

People writing songs that voices never shared

And no one dared

Disturb the sound of silence⁴.

Ona wiedziała, że gdzieś wewnątrz tego świata z kamienia, stali i szkła kryły się przed oczyma ludzi te siły i istoty, które ona widziała. Nie miała do dziś pewności, czym są i skąd pochodzą, z jakiego wymiaru, niedostrzegalnego dla innych. Ukryła się w zakonie przed samą sobą — teraz wyraźnie to widziała. I nie żałowała decyzji o odejściu — szkoda jej było jedynie tych lat spędzonych na ukrywaniu się i mierzeniu się z własną wojenną traumą, do której klucz zrozumienia podała jej świecka terapeutka Jane Singer-Coulfield. Była jej bardzo wdzięczna i żywiła przekonanie, że zostaną przyjaciółkami.

Teraz zmierzała na spotkanie ze swoim od dwudziestu sześciu lat niewidzianym kuzynem Antonim Mokrzyckim. Latem 1930 roku miał romans z jej siostrą. Szczeniacki romans. Ale towarzyszyło jej przeświadczenie graniczące z pewnością, że od tego wszystko się zaczęło. Nieodwracalnie rodzina pękła, uległa dezintegracji, a jej członkowie znajdowali się nie wiadomo gdzie.

*

W Bryant Park na Manhattanie, obok biblioteki publicznej miasta Nowy Jork, Łucja zamówiła arbuzową lemoniadę i czekała na kuzyna Antoniego Mokrzyckiego, o którego przeszłości ani działalności podczas II wojny światowej nie wiedziała nic. W ogóle to spotkanie wiązało się dla niej z dużym stresem. Nie była pewna, kogo ma się spodziewać. Pamiętała go jako wagabundę, w którym zadurzyła się jej siostra, a tymczasem minęło tyle lat, podczas których los okradł ją z młodości, ze złudzeń, z urody, ale nie z pasji życia. Łucja chciała odnaleźć bliskich i po prostu czuła, może wiedziona zmysłem udziału, że ten człowiek może jej pomóc. To było ryzykowne myślenie. Ale czy nie ryzykowała więcej, tkwiąc w zakonie, który odbiera człowiekowi wolność myślenia? Gdy kelnerka przyniosła lemoniadę w wysokiej szklance, siorbnęła jej i musiała uznać smak — słynny już na cały Manhattan — za znakomity.

Po chwili go zobaczyła. Szedł 42. Ulicą lekkim krokiem, ubrany w sztruksowy, brązowy garnitur, w eleganckich okularach przeciwsłonecznych. W jednej chwili Łucja zlękła się, że to może nie on, gdyż czas nie oszczędza nikogo, ale kiedy się przybliżył, poznała go. Miał szpakowate włosy, ale wciąż tę samą twarz. Tak, to był kuzyn Antoni.

— Witaj, kuzynko. Kopę lat — rzekł po polsku.

— Dwadzieścia sześć — odparła Łucja. Miała dobrą pamięć. — Widzieliśmy się na chwilę w Rosji, zimą, na przełomie czterdziestego pierwszego i czterdziestego drugiego. W Buzułuku.

— Ach tak, zapomniałem.

Uścisnęli się serdecznie. Mokrzycki też zamówił arbuzową lemoniadę.

— Dałaś ogłoszenie. To bardzo oryginalny sposób odnajdywania ludzi.

— Nie miałam wyjścia — odparła krótko Łucja.

Właściwie co mogliby sobie teraz powiedzieć? Po tylu latach byli dla siebie obcymi ludźmi, w zasadzie powinni się na nowo poznać. Łucja zdawała sobie z tego sprawę. Nie wiedziała jednak, co Mokrzycki robił w USA.

— Dlaczego? — Antoni patrzył na nią z uwagą.

— Bo jesteś jedynym krewnym, jakiego odnalazłam po wojnie.

— Nie rozumiem. — Mokrzycki w międzyczasie już zdołał siorbnąć swojej lemoniady z dużą ilością kruszonego lodu.

— Od zakończenia wojny nie mam kontaktu ani z rodzicami, ani z moimi siostrami, które być może pamiętasz.

— Jakże mógłbym zapomnieć?

W jego głosie i zachowaniu po raz pierwszy pojawił się żal, jakiś element ludzki, bo Mokrzycki, jak odbierała go dzięki swojej empatii Łucja, nie był wcale ciepły i przyjazny. Tkwiło w nim coś, czego nie potrafiła jeszcze nazwać i co wymykało się jej zmysłom. Było w nim coś mrocznego, nieludzkiego i zimnego. Dzięki zmysłowi udziału Łucja nabrała pewności, że on też przeżył koszmar podczas II wojny światowej. Dopiero po chwili zrozumiała. Był podczas wojny mordercą — przemknęło jej przez myśl. Zabijanie zostaje w człowieku, nawet gdy z zewnątrz nic nie widać. Ono tkwi w duszy. A Łucja mogła do niej na ułamek sekundy zajrzeć.

— Co się z nimi stało? — zapytał po chwili.

— Nie wiem, kuzynie.

— Co się działo z tobą?

— Nie uwierzyłbyś.

— Spróbuję.

— Byłam zakonnicą.

— To kiepska fucha. — Mokrzycki uśmiechnął się krzywo.

— Ale to prawda. Przez prawie dwadzieścia lat.

— Co się stało z Konstancją?

— Nie wiem. Tak jak nie wiem nic o Maćku, jej synu.

— Ona miała chyba męża…? — zagadnął Mokrzycki.

— Jana Serafinowicza, podporucznika Korpusu Ochrony Pogranicza. Zginął w trzydziestym szóstym roku podczas strzelaniny z sowieckimi dywersantami.

To wyraźnie poruszyło Mokrzyckiego. Oboje musieli się nauczyć przełamywać tę obcość między nimi, zrodzoną w wyniku wojny, która zniszczyła ich rodzinę.

— A ciocia? — zapytał. — Wujek? Co z nimi?

Łucja westchnęła.

— Nie wiem. Kiedy byłeś w naszym domu we wrześniu trzydziestego dziewiątego, tata właśnie uciekał przez most nad Czeremoszem do Rumunii. Nie widziałam go od tego czasu. Wiem tylko, że był w Stambule, ale czy wrócił potem do mamy podczas wojny… — Bezradnie wzruszyła ramionami.

— Faktycznie wtedy się rozminęliśmy.

— A co się z tobą działo, kuzynie?

Musiał jej zatem opowiedzieć o tym, że wkrótce po wizycie w ich domu stoczył w Kutach walkę z radziecką kolumną pancerną, a potem trafił do niewoli. Znalazł się w obozie w Starobielsku razem z kuzynem Jana Serafinowicza, Łukaszem, ale ostatni raz widział go na stacji Gniezdowo w kwietniu 1940 roku. Potem trafił na Łubiankę, a kiedy wydostał się z obozu sowieckiego, przedarł się do Anglii, został cichociemnym i wykonywał wyroki śmierci na zdrajcach, Niemcach, komunistach i polskich kurwach szmalcownikach, które wydawały Żydów w ręce Niemców. Przyzwyczaił się do zabijania. Był kurierem, zaniósł dowódcom powstania warszawskiego jasne przesłanie, że Zachód nie pomoże, że będzie mieć Polskę i jej mieszkańców w poważaniu⁵. Potem walczył w antykomunistycznej partyzantce do 1947 roku. Następnie w wyniku splotu okoliczności uciekł i zabił swoją byłą kobietę, która pracowała dla Urzędu Bezpieczeństwa.

— To się nadaje na wielką książkę, kuzynie — rzekła Łucja.

— Po wojnie zostałem cynglem amerykańskiego rządu — dodał jeszcze Mokrzycki, który po trzydziestu latach „służby” sprawiał wrażenie zmęczonego zabijaniem. — I mam już dość.

— Jesteś szpiegiem?

— Nie określiłbym tego w ten sposób. Moje zadania były ściśle tajne, ale powoli odchodzę z firmy, że tak to ujmę. Coś wiesz o mnie, kuzynko. Teraz twoja kolej.

Musiała mu opowiedzieć wszystko, od przełomu roku 1934 na 1935, kiedy po raz ostatni widzieli się w Warszawie — podczas tej szalonej zabawy sylwestrowej, na której była z Ginczanką⁶. Nawiązała do tego. Mokrzycki, jak się okazało, dobrze się przygotował do spotkania. Z dużego skórzanego portfela wyjął fotografię. Łucja aż podskoczyła na krześle i niemal strąciła szklankę z lemoniadą ze stolika. To ona wykonała to zdjęcie, była już wtedy zresztą nieźle wstawiona. Pamiętała, że było wesoło i że razem z przyjaciółką Ginczanką świetnie się bawiły. Zamyśliła się. Losów Zuzanny też nie znała…

— Miło, że pamiętasz to wszystko, kuzynko — rzekł Mokrzycki. — To zdjęcie posłużyło mi do odnalezienia tej ślicznej dziewczyny.

Rzeczywiście, stała wtedy obok niego piękna kobieta. Łucja za nic nie mogła sobie przypomnieć, jak się nazywała.

— Barbara Prażmowska — podpowiedział Mokrzycki. — Szukałem jej przez siedem lat⁷.

— Znalazłeś?

— Tak, mieszka w Japonii razem z synem i synową. Drugi syn pomieszkuje to w Anglii, to Stanach, to w Japonii.

— Niesamowite — musiała przyznać Łucja.

— Ale nie powiedziałaś mi, kuzynko, co się działo z tobą i twoimi siostrami.

Łucja zastanowiła się. Przecież tak naprawdę niewiele wiedziała. Była pewna tylko drogi, którą przeszła. Ale w tej jednej chwili znów się zatrzymała, jej skupienie przeszło na ów wyższy poziom, w którym słyszała kiedyś drzewa i świat cienia. I — mimo że Mokrzycki znajdował się tuż obok — nagle znów zobaczyła chłopca w bieli. Był taki jak przed laty w łagrze. Jej dobry duch… Choć Łucja poznała już wiele złych istot, nawet bardzo złych, i być może nawet jedna z nich miała dostęp do jej duszy i ciała, czuła, że nie czas jeszcze, by wyruszyć w drogę. Najpierw musiała zabezpieczyć samą siebie, nim wejdzie w czas, by dowiedzieć się, co naprawdę stało się z jej siostrami. Z jedną miała rachunki do wyrównania.

Tymczasem chłopiec w bieli wciąż stał na przeciwległym chodniku 42. Ulicy wśród mijających go ludzi. Łucja rozumiała, że tylko ona go widzi. Nie mogła powiedzieć Mokrzyckiemu o swoim nadnaturalnym zmyśle, ponieważ uznałby ją za wariatkę i odszedłby, a tymczasem to właśnie on był jedyną szansą, jaką miała. Musiała ją wykorzystać.

— Łucjo — rzekł Mokrzycki. — Co się z tobą dzieje?

Otrząsnęła się.

— Przepraszam, po prostu wydawało mi się, że widzę kogoś znajomego, ale to tylko złudzenie. Miałam ci powiedzieć, co się ze mną stało. Dobrze, opowiem ci, bo ty też przeszedłeś przez łagry sowieckie, więc mi uwierzysz.

— Naturalnie. — Antoni patrzył na nią pytająco.

Przyjrzała mu się. Miał prawie sześćdziesiąt lat, ale czas potraktował go łagodnie. Włosy zrobiły się szpakowate, ale oczy pozostały te same. Musiała mu powiedzieć coś, co tkwiło w niej od tak dawna.

— Pamiętasz Aldonę? — zapytała.

Zmieszał się. Po takim czasie dopadało go tamte lato, gdy oboje nawzajem uwiedli się z jej siostrą.

— Jak przez mgłę — odparł szczerze. — Nie potrafię przypomnieć sobie jej twarzy. — Powiedział to naturalnie, z żalem w głosie.

Uwierzyła mu.

— Nie gniewaj się, ale musisz wiedzieć, że wasza miłość wtedy była czymś, czego ja, gówniara, nie rozumiałam. Doniosłam wtedy mamie. Rozpętało się piekło, ty musiałeś nas opuścić, ale dla mojej siostry to oznaczało powolne, nieuchronne umieranie jej serca. Przez dziesięć lat, aż do wybuchu wojny, Aldona odsuwała się ode mnie, od Konstancji i rodziców.

— Co się z nią stało?

— Sowieci zabrali nam dom w wyniku kolektywizacji wiosną czterdziestego roku. Aldona któregoś dnia do nas przyjechała, całkowicie odmieniona… Jak gdyby nie była już moją siostrą, ale wrogiem, nienawistnym i bezlitosnym. I wtedy właśnie wydała mnie sowieckiej tajnej policji. Stała się komunistką, suką Stalina, jak wtedy mama ją nazwała.

Gdy wypowiedziała te słowa, oczy Mokrzyckiego zwęziły się, jak gdyby ktoś inny zajął jego miejsce. Łucja potrafiła takie rzeczy wyczuwać i wiedziała już na pewno, że jej kuzyn jest wielokrotnym mordercą, dla którego druga wojna światowa trwała dłużej niż dla wielu innych ludzi. Trafiła w punkt. Nienawidził komunistów i Związku Radzieckiego. Ta nienawiść dalej w nim żyła. Była gorąca jak wulkan i wyrachowana jak stado wilków w Yellowstone, tropiących łosia.

— Nie twierdzę, że to była twoja wina — rzekła Łucja. — Nikogo już nie oskarżam. Mówię tylko o konsekwencjach jednego zdarzenia, które przez lata mogą oddziaływać na innych ludzi. Przed wojną mieszkałam przez jakiś czas z Aldoną we Lwowie. I widziałam, jak moja siostra wewnętrznie obumierała dla naszej rodziny. Z czasem zmieniła się nie do poznania. Powiedziała mi kiedyś, że musiała zabić miłość do ciebie, ale wraz z nią sama umarła. Jakaś część jej duszy naprawdę jest martwa. Uwierz mi, że mam pewność w tych sprawach. Gdyby nie ten romans, może jej życie, i moje także, potoczyłoby się inaczej.

Mokrzycki wydawał się tym wszystkim wyraźnie zaskoczony. Nie spodziewał się takiej rozmowy, psychologicznej analizy po latach, i nie czuł się z tym dobrze. Jego kuzynka została doświadczona przez wojnę, ale przecież on też miał coś do powiedzenia w tej materii.

— Czego ode mnie oczekujesz? — zapytał w końcu.

— Chcę, żebyś mi pomógł odnaleźć moją rodzinę, obojętnie, żywą, w grobie, na emigracji, jak my tutaj w Ameryce, gdziekolwiek są, kimkolwiek są. Mówiłeś, że pomogłeś tej dziewczynie ze zdjęcia. A tutaj chodzi o twoją rodzinę, Antoni.

Mówiąc do niego po imieniu, Łucja podkreśliła więzy krwi. Antoni był jedynym żyjącym jej krewnym, bliskim kuzynem. Ich matki były siostrami. Zdawała sobie sprawę, że z rodziną dobrze wychodzi się na zdjęciach, czego może i Szymańscy byli najlepszym przykładem, ale ona nie miała nawet jednego zdjęcia rodziny. Wszyscy istnieli tylko w jej pamięci: Klementyna i Ludwik, Konstancja z Maćkiem i Aldona. Musiała się podzielić tą pamięcią z kimś, kto mógł nie tylko jej wysłuchać, ale także uwierzyć w jej słowa; z kimś, kto miał podobne przeżycia, kto przeszedł przez ten sam koszmar drugiej wojny światowej.

— Nie wiem, czy mam ochotę drugi raz na taką przygodę — rzekł Mokrzycki.

Opowiedział jej historię Barbary Prażmowskiej. Oczywiście — w skrócie, ale i tak zrobiła na niej wielkie wrażenie.

— Zajęło mi to długie lata, jak już ci powiedziałem — zakończył. — I w dodatku nie robiłem tego sam, ale z pomocą pewnego młodego człowieka, syna Barbary, który też jej szukał. Poza tym jestem o te dziesięć lat starszy.

— Ale ja jestem twoją kuzynką. I to też twoja rodzina. A sprawa dotyczy wojny i losów polskich, kuzynie — zaoponowała Łucja.

Naprawdę nie miała nikogo innego, do kogo mogłaby się zwrócić po pomoc. Szybko rozważyła za i przeciw i podjęła decyzję.

— W takim razie wysłuchaj mojej, tej najbardziej mojej historii. Po raz pierwszy chcę ją komuś opowiedzieć. Wiem, że mnie zrozumiesz.

Mokrzycki nie miał wyjścia. Musiał jej wysłuchać.

— Zacznę od zdrady Aldony. Jak wiesz, po latach moja siostra została komunistką i wydała mnie w ręce NKWD…

Warszawa, marzec 1968

Dyrektor Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk miał swoje biuro w siedzibie urzędu w Warszawie na ulicy Mysiej pod numerem piątym. Pewnego dnia odwiedził to miejsce dociekliwy milicjant, którego nazwisko towarzyszka dyrektor gdzieś sobie zapisała, gdyż Polska Ludowa była światem zamkniętym, w którym na różnych szczeblach władzy, urzędów oraz służb mających bronić partii przed obywatelami panowała nie tyle delikatna rywalizacja, ile wręcz otwarta wojna wszystkich przeciw wszystkim, dokładnie jak opisał to przed czterema wiekami Thomas Hobbes. W tym nieustannym zarządzaniu poprzez konflikt partia zachowywała nad wszystkimi kontrolę, a partię nadzorował ten, kto miał autentycznie największe wpływy w Komitecie Centralnym i kto kierował wojskiem i Służbą Bezpieczeństwa. Towarzyszka dyrektor musiała tę sprawę uciszyć.

— Podstawcie mi samochód za dziesięć minut — powiedziała w sekretariacie.

Sekretarki od razu wiedziały, że szefowa jest nie w humorze. Po latach pracy z nią potrafiły odgadnąć, kiedy można prosić o dzień wolny, a kiedy lepiej tego nie robić. Wszystko stało teraz na głowie z powodu wydarzeń marcowych na Uniwersytecie Warszawskim i Politechnice, a urząd miał z tego powodu mnóstwo pracy. Cenzorzy musieli zapanować nad wszystkim, po tym jak zdjęto z Teatru Dramatycznego „Dziady” w reżyserii Dejmka.

Towarzyszka dyrektor pojechała oczywiście do Ministerstwa Sprawiedliwości. Czasami, gdy miała coś do załatwienia w jakiejś drobnej sprawie, wybierała autobus, ale teraz chciała wywrzeć odpowiednie wrażenie. Zirytowali ją odnalezieniem człowieka, który został dobrze ukryty i nikt nigdy nie miał wpaść na jego ślad. Jednak nie to było najgorsze. Ktoś go z nią rodzinnie powiązał. A taki krewny mógł naprawdę przeszkodzić w karierze w PRL. Towarzyszka dyrektor świetnie zdawała sobie z tego sprawę. Wkroczyła do Ministerstwa Sprawiedliwości i nawet nie zapisała się w dzienniku wejść i wyjść. Znali ją przecież w tym budynku. Aż za dobrze nawet. Może to ciętemu językowi, chamstwu — jeśli była potrzeba — towarzyszka dyrektor, pierwszy cenzor PRL, zawdzięczała to, że przetrwała na stanowisku od jesieni 1956 roku, owej pamiętnej polskiej jesieni? Bo właśnie wtedy Aldona objęła urząd.

Towarzyszka dyrektor nie lubiła wind i nigdy z nich nie korzystała. Energicznie weszła po schodach na drugie piętro i zmierzała w stronę części ministerstwa zarezerwowanej dla prokuratorów. Kierowała się do biura prokuratora generalnego, którym w owym czasie był Kazimierz Kosztirko⁸. Próbowano ją zatrzymać. Na próżno.

— Naprawdę chcecie sobie, towarzysze, narobić kłopotów? — zbywała sekretarki i prokuratorów.

Cenzura była jednak w cenie. Przecież gdy trzeba coś ukryć albo przywalić komuś zakaz publikacji, nie ma jak towarzyszka dyrektor! Zakazać komuś pisania, aktorstwa lub wystawiania sztuki — to była władza. Towarzyszka dyrektor nie zdecydowała jeszcze, co zrobi z Kazimierzem Dejmkiem, który wystawił „Dziady”. Był wprawdzie członkiem partii, ale musiał ponieść konsekwencje za tę marcową awanturę. Musiała go jakoś ukarać, boleśnie i artystycznie. Już po głowie chodził jej piękny zakaz wchodzenia do jakiegokolwiek teatru w PRL.

W końcu dotarła do właściwego gabinetu. Duże, masywne, rzeźbione drzwi. Widziała takie kiedyś w Moskwie, na Kremlu. Może sprowadzono je ze Związku Radzieckiego? Pchnęła skrzydło i weszła do środka. Trwała tam narada prokuratora generalnego Kosztirka z jakimiś jego podwładnymi. Należało działać szybko. Sprawiedliwość ludowa musiała być przecież szybko wymierzana tym wszystkim wichrzycielom, studentom, podstępnym intelektualistom uniwersyteckim, gdzie uwili sobie antysocjalistyczne gniazdko. Z tym towarzyszka dyrektor nie miała problemu. Jej lojalność wobec partii była bezdyskusyjna, a na obradach Komitetu Centralnego to ona górowała intelektualnie nad wszystkimi tymi partyjnymi bonzami. Gomułka słuchał jej i zasadniczo szanował. Może się jej bał, jak inni. Ona natomiast nie bała się w PRL prawie nikogo.

— Wyjść! — rzuciła do podwładnych prokuratora generalnego. — Teraz ja sobie porozmawiam z towarzyszem Kosztirką.

Tamci zaniemówili. Żadna kobieta pewnie ich tak dotąd nie potraktowała. PRL był przecież duszną dyktaturą grubawych, palących papierosy mężczyzn, pijących alkohol podczas pracy. Kosztirko też był zaskoczony. Ale on akurat już wiele razy znalazł się w takiej sytuacji. Dał im znak, żeby wyszli.

— Mogłabyś, Aldono, troszkę grzeczniej mówić do moich prokuratorów…

— Mogłabym — przerwała mu Aldona — ale nie muszę. Niech wiedzą, gdzie jest władza.

— W twoim stylu — rzekł z przekąsem Kosztirko. — Czemu zawdzięczam twoją wizytę? Wiesz, ile mamy teraz na głowie.

— Dlaczego wysyłasz do mnie milicjantów? Dlaczego węszą? Dlaczego kopią w sprawach, które nie powinny ich interesować? — Aldona zasypała dygnitarza pytaniami.

Kosztirko uśmiechnął się tajemniczo.

— A, masz na myśli sierżanta Jóźwiaka…

— Nie graj ze mną, Kazimierz! Nie lubię tego! Co to za historia!?

— Nie unoś się. Jóźwiak jest sumiennym milicjantem. Dostanie awans — mówił Kosztirko. — Milicja znalazła po prostu włóczęgę i odwiozła go do szpitala psychiatrycznego. Tam zajął się nim dobry lekarz, ale właśnie wyrzuciliśmy go z kraju.

— Żyd?

— Jakaś ty domyślna. Doktor Żydek Icek jakiś tam — rzekł pogardliwie Kosztirko, który lubił bywać w towarzystwie Mieczysława Moczara, szefa frakcji nacjonalistycznej w Komitecie Centralnym. — Zdiagnozował go. Jóźwiak eskortował naszego doktorka na Dworzec Gdański. A potem przyszedł do ciebie.

— Ale jak to możliwe? — Zaskoczona Aldona poczuła, że Kosztirko ma przewagę.

— Co jest możliwe? Jesteś najprawdopodobniej jedyną żyjącą krewną tego chorego psychicznie mężczyzny — rzekł prokurator generalny.

— Ty wiesz!!?? — syknęła Aldona.

Kosztirko podszedł do szafy pancernej, przekręcił mechanizm otwierający i wyjął szarą teczkę. Usiadł za biurkiem i otworzył ją, żeby się upewnić, czy to na pewno ta teczka. Aldona wciąż stała. Gdy uzyskał pewność, przeszedł do kontrataku.

— Nie zatarłaś odpowiednio śladów — rzekł ze spokojem. — Popełniłaś błąd. Jako jedyny z tej leśnej bandy akowskiej przeżył. Mam akta sprawy, moja droga. Napisałaś w czterdziestym siódmym, że „cała banda została wybita do nogi”, a tutaj, proszę… Jaka siurpryza! — mówił rozbawiony prokurator generalny PRL. — Jóźwiak sprawdził dokładnie, kiedy ten akowiec wypełzł z jakiejś gównianej patriotycznej dziury. Tak trafił do klasztoru w Niepokalanowie, gdzie go ukryłaś dziewiętnaście lat temu. Tak zeznał nasz TW, którego mamy w klasztorze. Ten wariat to jakiś domorosły poeta rozmawiający z drzewami, wszyscy franciszkanie mieli go za durnia, ale robił swoje, sprzątał. Po prostu któregoś dnia świr opuścił klasztor i poszedł przed siebie.

Aldona słuchała z ciężkim sercem.

— To są wszystko twoje wymysły. Nie masz żadnego dowodu. Nie ma żadnych dokumentów z rozwalania po lasach band poakowskich. Trafiali do piachu. Nie jesteś w stanie mnie umoczyć w zdradę Polski Ludowej.

— Twoja pozycja jest zła — rzekł Kosztirko. — Tym razem towarzysz „Wiesław” cię nie obroni.

Gomułka cenił Aldonę. Dla niego była nietykalna, ale jej sposób bycia, trudny i apodyktyczny, nie przysparzał jej przyjaciół w męskim gronie Komitetu Centralnego.

— To nie ty decydujesz, jaka jest moja pozycja. To moja rzecz. — Aldona patrzyła mu twardo w oczy.

— Ale nie zaprzeczasz, że jest twoim krewnym? — zapytał Kosztirko, który też wiedział, że kobieta przejrzała jego blef. Naprawdę nie było żadnych pisemnych dowodów.

— Skąd to wiesz?

— Domyśl się. Jesteś przecież doktoryzowana. Na razie, podkreślam — na razie, pacjent N.N. zostaje w wariatkowie. Jak widzę, zależy ci na nim, a to jest słabość, Aldono. Po raz pierwszy wiem, gdzie jest twój słaby punkt. — Kosztirko uśmiechał się z tryumfem.

— Ta rozmowa nie ma sensu. — Aldona odwróciła się w stronę wyjścia.

— Bądź tak dobra i zaproś do środka prokuratorów, których tak obcesowo wyrzuciłaś z mojego gabinetu — rzucił mężczyzna z przekąsem.

Aldona spojrzała na niego z nienawiścią.

— I powiedz im, proszę, magiczne słowo „przepraszam” — dodał prokurator generalny.

Wyszła bez słowa. Przegrała. On wiedział! Skąd? Jak to było możliwe? Kiedy wracała z kierowcą do swojego urzędu na ulicę Mysią, jej analityczny umysł pracował na najwyższych obrotach. Jak Kosztirko się dowiedział? Nie mógł tego wywlec na podstawie materiałów archiwalnych. Świadków też nie było, przynajmniej żywych.

Aldona wyszła z auta wściekła. Musiała się tego dowiedzieć za każdą cenę.------------------------------------------------------------------------

¹ Miasto Orenburg w latach 1938—1957 nosiło nazwę Czkałow — od nazwiska sowieckiego pilota.

² (ros.) Kto nie pracuje, ten nie je. Por. 2 Tes 3,10 — Kto nie chce pracować, niech też nie je! (Biblia Tysiąclecia).

³ Tekst zaczerpnięty z piosenki Simona i Garfunkela Sound of Silence, 1965, singiel.

⁴ Ibidem.

⁵ Patrz powieści z uniwersum – Kurier z Teheranu i Kurier z Tivoli, Lira, Warszawa 2020, 2021.

⁶ Sara Polina Gincburg (1919—1944), polsko-żydowska poetka występująca w pierwszym tomie powieści — Zdradzona. Zginęła w Krakowie w 1944 roku.

⁷ Japonka, Lira, Warszawa 2024.

⁸ Postać autentyczna (1917–1977), prokurator generalny PRL. Wystąpił już w mojej powieści Czarna pszczoła, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2017.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij