Poza linią - ebook
Miała odzyskać kontrolę nad karierą. Nie planowała stracić kontroli nad sercem. Nadia Wolska po dwóch latach przerwy wraca do zawodowego tenisa. Pragnie znów wygrywać, ale przeszłość i dawne lęki nie pozwalają jej ruszyć naprzód. Jej nowym trenerem zostaje Kacper Radecki, wymagający były tenisista, który nie zamierza traktować jej ulgowo. Początkowe napięcia przeradzają się w przyciąganie, któremu coraz trudniej zaprzeczyć. Czy zakazane uczucie nie przekreśli ich wspólnej przyszłości? Poza linią to współczesny romans sportowy o miłości, zaufaniu i drugich szansach. Dziękuję za przeczytanie. Jeśli historia Nadii i Kacpra Ci się spodoba, podziel się swoją szczerą opinią na Empiku. Mila Arden
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna polska |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 988 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
© 2026 Mila Arden
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE.
Żadna część tej publikacji nie może być powielana, przechowywana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie bez uprzedniej pisemnej zgody właścicielki praw autorskich, z wyjątkiem krótkich cytatów wykorzystywanych w recenzjach i omówieniach.
_„Poza linią” jest utworem fikcyjnym. Postacie, wydarzenia i sytuacje przedstawione w książce są fikcyjne. Ewentualne podobieństwo do rzeczywistych osób lub zdarzeń jest przypadkowe._
Wydanie pierwsze, 2026
Autorka: Mila ArdenROZDZIAŁ 1 — POWRÓT
— Nadia! To prawdziwy powrót czy tylko kampania sponsora?
Zatrzymała się z dłonią na drzwiach samochodu.
Miała za sobą dokładnie trzy sekundy spokoju.
Nieźle.
Odwróciła głowę w stronę głosu i zobaczyła dwóch reporterów stojących przy wejściu do centrum treningowego. Jeden trzymał telefon, drugi mikrofon z logo portalu sportowego, który jeszcze dwa lata temu publikował jej zdjęcia niemal codziennie.
Wtedy nagłówki brzmiały inaczej.
Wolska znów wygrywa.
Polska nadzieja jedzie po więcej.
Jak wysoko może dojść Nadia Wolska?
Później zmieniły ton.
Co dzieje się z Wolską?
Kolejna porażka.
Problemy zdrowotne czy brak odporności psychicznej?
Ostatnich artykułów przestała czytać.
— Nadia, możemy jedno pytanie?
Uśmiechnęła się.
Tego akurat nie zapomniała.
Lekko uniesiona broda. Spokojny oddech. Żadnego pośpiechu.
— Skoro już zadałeś pierwsze, to wygląda na to, że możesz.
Reporter parsknął śmiechem.
— Czyli naprawdę wracasz?
— Po to tutaj jestem.
— Kiedy pierwszy turniej?
— Kiedy będę gotowa.
— A jesteś?
To pytanie zabrzmiało inaczej.
Nadia spojrzała mu prosto w oczy.
— Niedługo się przekonamy.
Odwróciła się, zanim zdążył zapytać o coś jeszcze.
Dopiero po przekroczeniu szklanych drzwi wypuściła powietrze.
Niedługo się przekonamy.
Świetna odpowiedź.
Szkoda tylko, że sama nie miała pojęcia, czy jest prawdziwa.
W holu pachniało kawą, nową wykładziną i czymś jeszcze.
Kortem.
Specyficzną mieszanką gumy, piłek tenisowych, potu i środków do czyszczenia podłogi. Zapachu, którego kiedyś właściwie nie zauważała.
Teraz uderzył w nią mocniej niż pytania dziennikarzy.
Przez moment stała bez ruchu.
Z dalszej części obiektu dochodziło regularne uderzanie piłki.
Raz.
Drugi.
Trzeci.
Rakieta.
Kort.
Rakieta.
Kort.
Kiedyś ten rytm był dla niej czymś tak naturalnym jak bicie własnego serca.
Dziś wywołał skurcz gdzieś pod żebrami.
— Dzień dobry, pani Wolska.
Dziewczyna z recepcji uśmiechnęła się szeroko.
Za szeroko.
Nadia znała ten uśmiech.
Połączenie sympatii, ciekawości i bardzo ostrożnego sprawdzania, czy człowiek stojący naprzeciwko jest nadal tą samą osobą, którą pamiętało się z telewizji.
— Nadia wystarczy.
— Oczywiście. Pani… Nadia. Zespół już czeka przy korcie numer trzy.
— Zespół?
Dziewczyna zawahała się.
— Tak. Pan Radecki też już jest.
Nadia zmarszczyła brwi.
— Kto?
Recepcjonistka spojrzała na ekran.
— Kacper Radecki. Trener.
Przez sekundę Nadia myślała, że źle usłyszała.
— Mój trener?
— Tak.
Świetnie.
Naprawdę świetnie.
Ojciec znowu coś zrobił.
A jeszcze wczoraj wieczorem zapewniał ją, że wszystko zostało ustalone.
Nadia zacisnęła palce na pasku torby.
— Dzięki.
Ruszyła w stronę szatni.
Nie wyciągnęła telefonu.
Jeszcze.
Gdyby zadzwoniła do ojca teraz, weszłaby na kort już wściekła.
A zamierzała wejść tam tylko lekko wściekła.
To robiło różnicę.
* * *
Kort numer trzy był pusty z wyjątkiem trzech osób.
Martę Rybak rozpoznała od razu. Fizjoterapeutka pomachała jej z boku i uśmiechnęła się normalnie. Bez ostrożności. Bez współczucia.
Nadia odwzajemniła uśmiech.
Obok kosza z piłkami stał mężczyzna.
Nie musiała pytać, który to.
Kacper Radecki.
Pamiętała go z telewizji.
Kilka lat wcześniej oglądała jeden z jego meczów podczas turnieju w Rzymie. Grał agresywnie, ale bez efektownych gestów. Nigdy nie należał do tych zawodników, którzy krzyczeli po każdym punkcie albo rzucali rakietami.
Miał opinię faceta, którego trudno wyprowadzić z równowagi.
Najwyraźniej nic się nie zmieniło.
Stał w czarnych sportowych spodniach i ciemnej koszulce, z rękami skrzyżowanymi na piersi.
Wysoki.
Wyższy, niż wydawał się w telewizji.
Ciemne włosy, krótki zarost, spokojna twarz.
I spojrzenie człowieka, który najwyraźniej nie zamierzał robić z jej pojawienia się wydarzenia dnia.
To zirytowało ją natychmiast.
— Kacper Radecki? — zapytała.
— Nadia Wolska.
— Widzę, że oboje umiemy czytać listę obecności.
Kącik jego ust drgnął.
Tak niewiele, że mogła sobie to równie dobrze wyobrazić.
— Dobrze. To mamy pierwszą rzecz za sobą.
— Jaką?
— Przedstawienie się.
Spojrzała na Martę.
— Zawsze taki jest?
— Ja się nie wtrącam — odpowiedziała fizjoterapeutka z miną osoby, która dokładnie zamierzała się wtrącać, tylko później.
Nadia odłożyła torbę.
— Rozumiem, że mój ojciec zapomniał wspomnieć, że zmienił mi trenera.
— To pytanie do twojego ojca.
— A nie do człowieka, który właśnie przejął moją karierę?
— Nie przejąłem twojej kariery.
Kacper sięgnął po rakietę opartą o ławkę i podał ją Nadii.
— Mam ci pomóc wrócić do gry.
— Brzmi prawie romantycznie.
Tym razem spojrzał na nią trochę dłużej.
— Rozgrzewka.
Nadia uniosła brwi.
— Słucham?
— Dziesięć minut.
— Nawet kawy?
— Po treningu.
— Zawsze jesteś taki sympatyczny?
— Dopiero po pierwszym wygranym meczu.
Marta odwróciła głowę, żeby ukryć uśmiech.
Nadia przyjęła rakietę.
— Czyli trochę poczekam.
— To zależy od ciebie.
Dobrze.
Przynajmniej nie był nudny.
* * *
Pierwsze dziesięć minut minęło spokojnie.
Potem Kacper zaczął dokładać tempo.
Najpierw proste piłki z głębi kortu.
Forhend.
Bekhend.
Zmiana kierunku.
Krok w lewo.
Powrót.
Krok w prawo.
Powrót.
Nadia początkowo czuła się sztywno.
Nie fizycznie.
Gorzej.
Jakby ciało pamiętało wszystko, ale głowa próbowała kontrolować każdy ruch.
Za mocno.
Po kilku minutach coś jednak puściło.
Pierwszy czysty forhend przeszedł tuż nad siatką i wylądował głęboko przy linii.
Drugi był jeszcze lepszy.
Potem bekhend.
Rakieta zaczęła znowu brzmieć tak, jak powinna.
Piłka przestała być obcym przedmiotem.
Przez kilka minut Nadia zapomniała, że Kacper ją obserwuje.
Zapomniała o reporterach.
Ojcu.
Rankingu.
Dwóch latach.
Został tylko kort.
Uderzenie.
Ruch.
Oddech.
Wtedy Kacper posłał piłkę szerzej.
Nadia ruszyła.
I zahamowała pół kroku za wcześnie.
Nie mocno.
Prawie niezauważalnie.
Odbiła.
Piłka wpadła w siatkę.
— Jeszcze raz — powiedział.
Kolejna.
Znów szeroko.
Tym razem zdążyła.
Ale ciało usztywniło się przed uderzeniem.
— Jeszcze.
— Przecież trafiłam.
— Jeszcze raz.
Zacisnęła zęby.
Trzecia piłka.
Nadia ruszyła.
Rakieta.
Siatka.
— Jeszcze.
— Lubisz się powtarzać?
— Tylko kiedy ktoś nie słucha.
Nadia podeszła kilka kroków bliżej.
— Słucham bardzo dobrze.
— To zacznij robić to, o co proszę.
— Robię.
Kacper patrzył na nią bez cienia irytacji.
To było chyba najbardziej irytujące.
— Nie.
— Co nie?
— Nie robisz.
— Właśnie przez pięć minut biegam tam, gdzie mi każesz.
— Biegasz tam, gdzie czujesz się bezpiecznie.
Nadia poczuła, że coś zaciska jej się w brzuchu.
— Nie wiesz, gdzie czuję się bezpiecznie.
— Na razie wiem, gdzie się zatrzymujesz.
Odwrócił się do kosza.
— Jeszcze raz.
— Ile razy?
— Aż przestaniesz oszukiwać.
— Nie oszukuję.
Spojrzał przez ramię.
— Siebie.
To jedno słowo wystarczyło.
Nadia ustawiła się na linii.
— Dawaj.
Kacper posłał kolejną piłkę.
Za szeroko.
Celowo.
Ruszyła szybciej.
Pierwszy krok.
Drugi.
Trzeci.
Przez ułamek sekundy zobaczyła przed sobą zupełnie inny kort.
Inne światło.
Usłyszała własny oddech sprzed dwóch lat.
Poczuła nagły, ostry ból, którego teraz wcale nie było.
Ale ciało pamiętało.
Zawahała się.
Pół sekundy.
Za długo.
Piłka minęła linię.
Nadia stanęła.
— Dość.
Kacper nie odpowiedział.
— Powiedziałam, dość.
— Słyszałem.
— To dlaczego stoisz z następną piłką?
— Bo chcę zobaczyć, czy problemem jest zmęczenie.
— Nie jestem zmęczona.
— Wiem.
I znowu ten spokój.
Nadia odłożyła rakietę na kort.
— To może powiesz mi, co twoim zdaniem jest problemem?
Kacper podrzucił piłkę i złapał ją jedną ręką.
— Powiem po treningu.
— Świetnie. Uwielbiam tajemnice.
— To dobrze.
— Dlaczego?
— Bo jeszcze trochę ich przede mną masz.
Na moment zawisła między nimi cisza.
Coś w jego spojrzeniu się zmieniło.
Nie flirt.
Nie uśmiech.
Uwaga.
Jakby naprawdę próbował ją przeczytać.
Nadia pierwsza odwróciła wzrok.
— Dokończmy.
* * *
Po dwóch godzinach koszulka kleiła jej się do pleców.
Ramiona paliły.
Nogi miała cięższe, niż chciała przyznać.
Ale nie bolało.
To było najważniejsze.
Nie bolało.
Marta czekała przy ławce z butelką wody.
— Jak się czujesz?
— Jak człowiek, który przez dwa lata zapomniał, że trenerzy mają sadystyczne skłonności.
— Dobry znak.
Nadia napiła się.
Kacper zapisywał coś na tablecie.
— Co tam masz? — zapytała.
— Notatki.
— O mnie?
— Niestety.
— Mogę przeczytać?
— Nie.
— Dlaczego?
— Bo połowa ci się nie spodoba.
Nadia odłożyła wodę.
— A druga?
Kacper podniósł wzrok.
— Jeszcze jej nie napisałem.
Marta parsknęła śmiechem.
Nadia spojrzała na nią oskarżycielsko.
— Bardzo profesjonalnie mnie wspierasz.
— Jestem od mięśni. Nie od ego.
— W takim razie sprawdź, czy moje jeszcze działa.
— Ego?
— Też.
Marta zabrała torbę.
— Dajcie sobie pięć minut. Potem cię obejrzę.
Odeszła w stronę gabinetów.
Nadia została z Kacprem sama.
Na korcie zapadła cisza.
Dopiero teraz poczuła zmęczenie naprawdę.
Kacper odstawił tablet.
— Jutro zaczynamy o dziewiątej.
— Tylko tyle?
— Nie.
Oparła dłonie na biodrach.
— Wiedziałam.
Podszedł bliżej.
Nie za blisko.
Ale wystarczająco, żeby Nadia znowu zauważyła, że jest od niej wyższy o dobre kilkanaście centymetrów.
— Technicznie jesteś w lepszym miejscu, niż się spodziewałem.
— Brzmi prawie jak komplement.
— Nie przyzwyczajaj się.
— Postaram się przeżyć.
Kacper nie uśmiechnął się.
— Problem nie jest w technice.
Nadia poczuła, jak jej lekki ton znika.
— Wiem.
— Nie. Nie wiesz.
— Skoro wiesz wszystko po jednym treningu, to faktycznie ojciec dobrze wybrał.
— Nadia.
Pierwszy raz powiedział jej imię bez ironii.
Spokojnie.
Poważnie.
To zatrzymało ją skuteczniej niż jakikolwiek rozkaz na korcie.
— Jeśli naprawdę chcesz wrócić, musisz przestać bać się własnego ciała.
Przez sekundę nie odpowiedziała.
Potem uniosła brodę.
— Nie boję się.
Kacper patrzył na nią długo.
Nie uśmiechnął się.
— Właśnie przez dwie godziny patrzyłem, jak się boisz.ROZDZIAŁ 2 — NOWE ZASADY
Nadia obudziła się z bólem w mięśniach, których istnienia przez ostatnie dwa lata zdążyła najwyraźniej zapomnieć.
Przewróciła się na plecy i przez chwilę patrzyła w sufit.
Pierwsza myśl była całkiem rozsądna.
Nie jest źle.
Druga już mniej.
Radecki jest dupkiem.
Trzecia była najgorsza.
Ale miał rację.
Zamknęła oczy.
Nie.
Tej myśli nie zamierzała rozwijać przed pierwszą kawą.
* * *
O dziewiątej weszła do sali konferencyjnej przy centrum treningowym z kubkiem espresso w ręce.
Kacper już tam był.
Oczywiście.
Laptop.
Tablet.
Butelka wody.
Kilka wydrukowanych kartek.
Wyglądał jak człowiek, który przyszedł prowadzić operację wojskową, a nie planować powrót tenisistki na kort.
Nadia usiadła naprzeciwko.
— Dzień dobry.
— Dzień dobry.
Spojrzała na zegarek.
— Nie jestem spóźniona.
— Widzę.
— Szkoda. Już przygotowałam odpowiedź.
— Zachowaj ją. Jeszcze będziesz miała okazję.
Upiła kawę.
— Zaczynam rozumieć, dlaczego masz tak mało zmarszczek.
Kacper podniósł wzrok znad tabletu.
— Dlaczego?
— Nigdy się nie uśmiechasz.
Przez sekundę nic nie powiedział.
— To też zapiszesz sobie jako problem do poprawy?
— Nie. Nie wpływa na twój ranking.
Nadia odchyliła się na krześle.
Dobrze.
Miał refleks.
— No to pokaż mi wyrok.
Kacper przesunął w jej stronę pierwszą kartkę.
Na górze widniały trzy nagłówki.
Odbudowa rytmu. Stabilizacja obciążeń. Powrót turniejowy.
Nadia przesunęła wzrokiem niżej.
Potem jeszcze raz.
— To żart?
— Nie.
— Pierwszy turniej tej rangi?
— Tak.
— Kacper.
— Nadia.
— Ja grałam znacznie wyżej.
— Wiem.
— Więc dlaczego mam wracać przez zawody, na które dwa lata temu nawet bym nie patrzyła?
— Bo dwa lata temu regularnie grałaś.
— Fizycznie jestem gotowa.
— Wczoraj nie wyglądałaś na gotową.
Zacisnęła szczękę.
Znowu to.
— Jeden trening.
— Pierwszy trening.
— Tym bardziej.
Kacper splótł dłonie na stole.
— Chcesz wersję, która dobrze brzmi, czy wersję, która ma cię doprowadzić z powrotem do profesjonalnego grania?
— Chcę wersję, w której nie traktujesz mnie jak zawodniczki po operacji biodra w wieku pięćdziesięciu lat.
— Masz dwadzieścia pięć.
— Dziękuję. Bałam się, że zapomniałeś.
— Nie zapomniałem też, że przez prawie dwa lata nie grałaś regularnych turniejów.
— Trenowałam.
— Trening to nie mecz.
— Wiem.
— Nie sądzę.
Spojrzała na niego ostro.
Kacper mówił dalej tym samym spokojnym tonem.
— Na treningu możesz przerwać. Możesz zmienić ćwiczenie. Możesz zwolnić. W meczu masz przeciwniczkę, wynik, trybuny, presję i ciało, które po godzinie nie zawsze reaguje tak jak po piętnastu minutach.
— Byłam profesjonalną tenisistką, pamiętasz?
— Byłaś?
To jedno słowo zatrzymało ją natychmiast.
Nadia pochyliła się do przodu.
— Uważaj.
Kacper nawet nie drgnął.
— Właśnie dlatego tutaj jesteśmy. Żebyś mogła powiedzieć „jestem”, a nie „byłam”.
Cisza.
Nadia patrzyła na niego przez kilka sekund.
Nie wiedziała, czy ma ochotę rzucić w niego kubkiem, czy przyznać, że była to pierwsza sensowna rzecz, jaką usłyszała od rana.
Wybrała trzecią możliwość.
— Masz przygotowane takie teksty wcześniej?
— Wszystkie. Segreguję je alfabetycznie.
Mimowolnie się uśmiechnęła.
Natychmiast spoważniała.
Nie będzie mu dawać satysfakcji.
Wróciła do kartki.
— Ile?
— Co ile?
— Ile czasu do pierwszego naprawdę dużego turnieju?
— Nie wiem.
— Świetny trener.
— Świetna odpowiedź.
— Możesz mówić normalnie?
— Mogę. Nie mam pojęcia.
Wskazał plan.
— To zależy od tego, jak reagujesz na obciążenia. Jak odzyskujesz rytm. Jak grasz pod presją. Jak zachowuje się organizm. I przede wszystkim, czy po jednej porażce nie zaczniesz próbować udowadniać światu, że jesteś tą samą Nadią Wolską co dwa lata temu.
Zamilkła.
— A jeśli jestem?
— To dobrze.
— A jeśli lepsza?
— Jeszcze lepiej.
— A jeśli chcę to sprawdzić szybciej?
— To właśnie dlatego masz trenera.
Parsknęła cicho.
— Czyli twoim zadaniem jest powstrzymywanie mnie przed robieniem tego, czego chcę?
— Czasami.
— Brzmi jak praca mojego ojca.
Po raz pierwszy Kacper nie odpowiedział natychmiast.
Nadia zauważyła to.
— Aha.
— Co?
— Nic.
— Nadia.
— Zastanawiam się tylko, jak dokładnie wyglądała wasza rozmowa.
— Moja i twojego ojca?
— Nie. Twoja i papieża.
Kacper oparł się o krzesło.
— Adrian powiedział mi, czego oczekuje.
— Oczywiście.
— Ja powiedziałem, jak zamierzam pracować.
— I?
— Nie spodobało mu się kilka rzeczy.
To było nowe.
Nadia odstawiła kawę.
— Jakich?
— Na przykład tego, że nie będzie dostawał raportu z każdego treningu.
Spojrzała na niego uważniej.
— Powiedziałeś mu to?
— Tak.
— I nadal tu pracujesz?
— Jak widzisz.
— Czyli albo jesteś bardzo dobry, albo bardzo głupi.
— Możemy sprawdzić obie wersje.
Nadia uśmiechnęła się powoli.
Po raz pierwszy od wczoraj poczuła, że pod irytacją pojawia się coś innego.
Ciekawość.
* * *
Trening był krótszy niż poprzedniego dnia, ale bardziej precyzyjny.
Kacper nie wracał do szerokich piłek, przy których wczoraj się zatrzymywała.
Jeszcze nie.
Zamiast tego pracowali nad rytmem.
Serwis.
Powrót.
Pierwsze uderzenie.
Zmiana tempa.
Nadia czuła zmęczenie w udach, ale nie zamierzała tego pokazać.
Po czterdziestu minutach Kacper rzucił:
— Przerwa.
— Nie potrzebuję.
— Ja potrzebuję odpocząć od patrzenia na ciebie.
— A już myślałam, że zaczynasz mnie lubić.
— Nie wyciągaj pochopnych wniosków.
Podeszła do ławki.
Kacper podał jej wodę.
Ich palce zetknęły się na butelce.
Krótko.
Przypadkowo.
Nadia spojrzała na jego dłoń.
Potem na niego.
Żadnej reakcji.
To było niemal obraźliwe.
Odkręciła butelkę.
— Masz dziewczynę?
Kacper spojrzał na nią powoli.
— To część treningu?
— Regeneracja między seriami.
— Nie.
— Nie masz czy nie jest częścią treningu?
— Tak.
Nadia zmarszczyła nos.
— To nie była odpowiedź.
— Wiem.
— Zawsze tak unikasz prostych pytań?
— Tylko niepotrzebnych.
Napiła się wody.
— Czyli nie masz.
Kacper wziął kilka piłek z kosza.
— Dwie minuty minęły.
— To nie jest zaprzeczenie.
— Na linię.
Nadia ruszyła na kort.
Powoli.
Celowo minęła go bliżej, niż było to konieczne.
Nie dotknęła.
Prawie.
Kątem oka zauważyła, że Kacper odprowadził ją spojrzeniem.
Tylko przez moment.
Ale wystarczyło.
A więc jednak.
Stanęła po drugiej stronie siatki z niewinną miną.
Kacper podrzucił piłkę.
— Gotowa?
— Teraz bardziej.
Pierwsza piłka poleciała zdecydowanie mocniej niż wcześniejsze.
Nadia odbiła ją z uśmiechem.
* * *
Ojciec zaproponował lunch o czternastej.
W jego języku „zaproponował” oznaczało, że sekretarka wpisała spotkanie do kalendarza i wysłała Nadii adres.
Restauracja znajdowała się niedaleko centrum Warszawy.
Adrian Wolski siedział już przy stoliku.
Granatowa marynarka.
Biała koszula.
Telefon po lewej stronie.
Zegarek, którego wartość mogłaby sfinansować roczny trening kilku utalentowanych juniorów.
Wstał i pocałował córkę w policzek.
— Jak trening?
Nadia usiadła.
— Naprawdę?
— Co?
— To będzie pierwsze pytanie?
— A jakie powinno być?
— Na przykład: „Nadia, czy przeszkadza ci, że zatrudniłem nowego trenera bez rozmowy z tobą?”
Adrian westchnął.
— Wiedziałem, że o to chodzi.
— Jak miło.
— Chciałem ci powiedzieć.
— Kiedy?
— Gdy wszystko będzie ustalone.
— Właśnie.
Kelner podszedł do stolika.
Adrian zamówił wodę.
Nadia nawet nie spojrzała na kartę.
— Zdecydowałeś też, w jakich turniejach mam grać?
Ojciec zmarszczył brwi.
— To decyzja Kacpra.
— Którą zaakceptowałeś.
— Omówiliśmy strategię.
— Moją strategię.
— Nadia.
Ten ton.
Znała go od dzieciństwa.
Spokojny.
Cierpliwy.
Ton człowieka, który właśnie miał jej wytłumaczyć, dlaczego rzeczywistość jest trochę bardziej skomplikowana, niż potrafi zrozumieć.
— Nie zaczynaj.
— Czego?
— Tego tonu.
— Jakiego tonu?
— Tego, którym mówiłeś mi w wieku czternastu lat, że nie mogę sama zdecydować, czy chcę zmienić szkołę.
Adrian odchylił się lekko.
— Miałaś czternaście lat.
— Teraz mam dwadzieścia pięć.
— Wiem.
— Czasami nie wygląda.
Przez chwilę siedzieli w ciszy.
Ojciec westchnął.
— Zatrudniłem Kacpra, bo jest dobry.
— Mogłeś zapytać.
— Bałem się, że odmówisz tylko dlatego, że pomysł był mój.
To zabolało przede wszystkim dlatego, że trochę miał rację.
Nadia nie zamierzała mu tego mówić.
— Więc dla pewności odebrałeś mi możliwość odmowy.
— Nie odebrałem.
— Dowiedziałam się o nim od recepcjonistki.
Adrian przesunął palcami po szklance.
— To miało wyglądać inaczej.
— Z tobą wszystko ma wyglądać inaczej.
— Nadia.
— Nie.
Pochyliła się.
— Chcesz mi pomóc? Dobrze. Pomagaj. Ale jeżeli mam wrócić, to muszę czuć, że to ja wracam. Nie twoja inwestycja. Nie projekt rodziny. Ja.
Ojciec patrzył na nią przez chwilę.
— Nigdy nie traktowałem cię jak inwestycji.
— Wiem.
Powiedziała to szybciej, niż planowała.
Bo naprawdę w to wierzyła.
Jeszcze.
Adrian spuścił nieco ton.
— Kacper jest najlepszym wyborem.
— Możliwe.
— Daj mu szansę.
Nadia pomyślała o spojrzeniu Kacpra, kiedy rano przeszła obok niego za blisko.
O tym jednym ułamku sekundy.
— Zamierzam.
Ojciec uniósł brwi.
— To brzmi podejrzanie.
— Nie masz pojęcia.
* * *
Kiedy wróciła wieczorem do centrum po torbę, którą zostawiła w gabinecie Marty, Kacper nadal był na korcie.
Sam.
Odbijał piłki z maszyną treningową.
Nadia zatrzymała się przy wejściu.
Przez kilka sekund obserwowała.
Był dobry.
Nawet teraz.
Ruch miał oszczędny, czysty, niemal bez wysiłku.
Nie poruszał się już jak zawodnik walczący o ranking, ale ciało nadal pamiętało.
Tak jak jej.
Kacper zauważył ją po kilku uderzeniach.
Wyłączył maszynę.
— Zapomniałaś czegoś?
— Torby.
— To poważne.
— Staram się nie panikować.
Weszła kilka kroków na kort.
— Wiesz, rozmawiałam z ojcem.
— Domyśliłem się, że ten dzień nadejdzie.
— Powiedział, że pokłóciliście się o raportowanie treningów.
— Nie pokłóciliśmy.
— Jak to nazywasz?
— Różnicą zdań.
— Dyplomata.
— Staram się.
Nadia podeszła bliżej.
Kacper odłożył rakietę.
— Coś jeszcze?
— Tak.
— Słucham.
— Zastanawia mnie jedna rzecz.
— Tylko jedna?
Zignorowała.
— Dlaczego zgodziłeś się mnie trenować?
— Bo dostałem ofertę.
— Tylko dlatego?
— Nie.
— Wiedziałam.
— Masz potencjał.
— To już brzmi lepiej.
— I ogromne braki do nadrobienia.
— Zepsułeś.
— Przeżyję.
Stanęła około pół metra od niego.
Z bliska jego oczy były ciemniejsze, niż wydawało jej się rano.
Kacper zauważył dystans między nimi.
Musiało tak być.
Ale się nie cofnął.
Nadia przechyliła lekko głowę.
— Powiedz mi coś.
— Znowu?
— Gdzie właściwie jest ta twoja granica?
— Jaka granica?
— Ta, którą tak lubisz wyznaczać.
Spojrzał na nią.
Tym razem dłużej.
Nadia poczuła lekkie napięcie pod skórą.
Nie odwróciła wzroku.
— Próbujesz ją sprawdzić? — zapytał.
— Być może.
— To oszczędzę ci czasu.
— Proszę bardzo.
Kacper pochylił się minimalnie.
Nie dość, by można było nazwać to zbliżeniem.
Wystarczająco, żeby Nadia zauważyła.
— Jest dalej, niż myślisz.ROZDZIAŁ 3 — GRANICA
— Biodro.
Nadia spojrzała przez ramię.
— Słucham?
Kacper wskazał rakietą na jej prawą stronę.
— Ustawienie biodra.
— Miło, że doprecyzowałeś.
— Nie zaczynaj.
— Ja? Nigdy.
Stała na linii końcowej od niespełna dwudziestu minut, a zdążyła już trzy razy usłyszeć, że za wcześnie przenosi ciężar ciała, dwa razy, że za późno wraca do środka kortu i raz, że „gra oczami zamiast nogami”.
To ostatnie nadal uważała za osobistą obrazę.
Kacper odłożył rakietę.
— Jeszcze raz.
Nadia ustawiła się.
— Jeśli powiesz „jeszcze raz” dwadzieścia razy, to zacznie być twoim sloganem.
— Jeśli zrobisz poprawnie, nie będę musiał.
— Wiesz, motywacja nie jest twoją najmocniejszą stroną.
— A jednak wracasz codziennie.
Nadia uśmiechnęła się.
— To może nie mieć nic wspólnego z treningiem.
Kacper spojrzał na nią spokojnie.
— Ustaw nogi.
Żadnej reakcji.
Naprawdę miał talent do psucia zabawy.
Nadia odbiła kilka kolejnych piłek.
Pierwsza poszła dobrze.
Druga za krótko.
Przy trzeciej znowu poczuła, że ciało ustawia się trochę inaczej, niż powinno.
Nie bolało.
Nie ciągnęło.
Nie było fizycznego powodu.
A jednak automatycznie przeniosła ciężar wcześniej.
— Stop.
Kacper ruszył w jej stronę.
Nadia opuściła rakietę.
— Znowu biodro?
— Znowu.
Stanął tuż obok.
Z bliska pachniał czymś świeżym, neutralnym, może żelem pod prysznic albo proszkiem do prania.
Nadia zauważyła to zupełnie niepotrzebnie.
— Stań normalnie — powiedział.
— Staram się.
— Nie staraj się. Stań.
— Trudny człowiek.
Kacper zignorował komentarz.
Lekko dotknął jej boku.
— Tutaj.
Nadia poczuła jego dłoń na biodrze.
Ciepłą.
Pewną.
Całkowicie zawodową.
Przynajmniej przez pierwszą sekundę.
— Przesuń ciężar.
Zrobiła to.
Kacper przesunął dłoń odrobinę niżej.
Nie intymnie.
Technicznie.
Ale ciało Nadii zareagowało szybciej niż rozsądek.
Napięła brzuch.
— Rozluźnij się.
Parsknęła cicho.
— Naprawdę chcesz używać takich zdań?
Kacper zamarł na ułamek sekundy.
Nadia zauważyła.
Od razu.
Uniósł wzrok.
Ich twarze znajdowały się zdecydowanie bliżej niż zwykle.
— Na korcie? — zapytał spokojnie.
— A gdzie indziej?
— Nadia.
— Tak?
Przez moment żadne z nich się nie ruszyło.
Jego dłoń nadal spoczywała na jej biodrze.
Potem Kacper ją cofnął.
Powoli.
Za powoli.
Nadia poczuła satysfakcję.
Małą.
Ale bardzo przyjemną.
— Jeszcze raz — powiedział.
— Wiedziałam.
Wróciła na pozycję.
Tym razem zrobiła ruch dokładnie tak, jak chciał.
Piłka poleciała ostro po linii.
Kacper skinął głową.
— Lepiej.
— Wystarczyło mnie odpowiednio ustawić.
— Nie przesadzaj z teorią.
— A już myślałam, że odkryliśmy metodę.
Kacper sięgnął po kolejną piłkę.
— Następna.
Nadia odbiła ją mocniej niż potrzebowała.
* * *
Po treningu Marta czekała w gabinecie fizjoterapii.
— Połóż się.
— Nawet ty bez „dzień dobry”?
— Dzień dobry. Połóż się.
Nadia westchnęła teatralnie i usiadła na stole.
— Czy wszyscy tutaj jesteście szkoleni przez Radeckiego?
— Nie. On był szkolony przeze mnie.
— To by wiele wyjaśniało.
Marta uśmiechnęła się i zaczęła sprawdzać zakres ruchu.
— Boli?
— Nie.
— Tutaj?
— Nie.
— Przy mocniejszym obciążeniu?
— Nie.
— Wczoraj?
Nadia zawahała się minimalnie.
Marta zauważyła.
Oczywiście.
— Nie bolało — odpowiedziała Nadia.
— Ale?
— Nic.
Marta spojrzała na nią uważnie.
— Pytam serio.
— Nie bolało. Po prostu czasem mam wrażenie, że ciało pamięta szybciej niż ja.
— To normalne.
— Wiem.
— Wiedzieć i czuć to nie zawsze to samo.
Nadia spojrzała w sufit.
— Dzisiaj wszyscy postanowiliście być filozofami?
— Dzisiaj pytam tylko o biodro.
Po kilku minutach do gabinetu zajrzał Kacper.
— Można?
Marta skinęła głową.
— Kończę.
Nadia usiadła.
— I?
— Fizycznie dobrze.
Kacper spojrzał na Martę.
— Pełny zakres?
— Tak.
— Stabilność?
— Dobra.
— Reakcja po obciążeniu?
— Też.
Nadia uniosła rękę.
— Pacjentka nadal jest w pomieszczeniu.
Kacper zerknął w jej stronę.
— Wiem.
Marta podała jej butelkę wody.
— Dzisiaj żadnych dodatkowych treningów.
— Nie planowałam.
Marta tylko popatrzyła.
— Dobrze. Trochę planowałam.
Nadia zeszła ze stołu.
— Czy ktoś tutaj mi ufa?
Kacper odpowiedział pierwszy:
— Jeszcze nie.
— Brutalne.
— Szczere.
— Jedno nie wyklucza drugiego.
Sięgnęła po torbę.
Kacper nadal stał przy drzwiach.
— Mam pytanie.
— O mnie?
— Niestety znowu.
— Robi się to podejrzane.
— Kiedy dokładnie dostałaś zgodę na grę przed ostatnim turniejem przed przerwą?
Nadia zatrzymała rękę na zamku torby.
— Kiedy?
— Data.
— Po co ci dokładna data?
— Bo chcę zobaczyć całą chronologię.
— Myślałam, że ją masz.
Kacper nie odpowiedział od razu.
— Mam wersję skróconą.
— Czyli?
— Podstawowe informacje. Kontuzja, leczenie, powrót, późniejsze problemy.
Nadia wzruszyła ramionami.
— To wszystko.
— Nie.
— Co nie?
— To nie jest wszystko.
Ton Kacpra zmienił się.
Nie był flirtujący.
Nie był nawet szczególnie chłodny.
Był skupiony.
Nadia przez chwilę próbowała przypomnieć sobie dokładnie.
— Końcówka maja.
— Rok pamiętam.
— Dwudziesty ósmy? Dwudziesty dziewiąty?
— A turniej?
— Początek czerwca.
Kacper zmarszczył brwi.
— Ile dni?
— Między zgodą a meczem?
— Tak.
— Kilka.
Marta spojrzała na niego.
Tym razem Nadia to zauważyła.
— Co?
Kacper potrząsnął głową.
— Nic.
— To nie wyglądało jak nic.
— Pytam tylko.
— O co dokładnie?
— O chronologię.
— Dlaczego?
— Nadia.
— Kacper.
Marta westchnęła.
— Dwoje dzieci.
Nadia nadal patrzyła na Kacpra.
— Lekarz mnie dopuścił.
— Wiem.
— Więc?
— Więc chcę zobaczyć, co dokładnie wtedy napisał.
— Po dwóch latach?
— Po dwóch latach nadal trenuję zawodniczkę, która zatrzymuje się pół kroku wcześniej przy konkretnym ruchu.
To trafiło celniej, niż chciała.
— Nie mam kontuzji.
— Nie powiedziałem, że masz.
— To co powiedziałeś?
Kacper zrobił krok bliżej.
— Że chcę wiedzieć wszystko, co doprowadziło cię do miejsca, w którym jesteś teraz.
Nadia patrzyła na niego przez sekundę.
— Brzmi bardzo ambitnie.
— Taka praca.
— A ja myślałam, że chodzi tylko o forhend.
— Forhend jest prostszy.
Prawie się uśmiechnęła.
— Dwudziesty dziewiąty maja — powiedziała w końcu. — Chyba wtedy dostałam zgodę.
Kacper skinął głową.
Zapamiętał.
To było widać.
— Dobrze.
Nadia zarzuciła torbę na ramię.
— Teraz już mogę iść?
— Tak.
— A jutro?
— Ósma trzydzieści.
— Wiedziałam, że za długo byłeś miły.
Ruszyła do wyjścia.
Przy drzwiach odwróciła się jeszcze.
— Kacper?
— Tak?
— Jeśli znajdziesz w tych papierach informację, że powinnam była zostać księgową, daj znać.
— Przy twojej cierpliwości?
— Słusznie.
Wyszła.
* * *
Drzwi zamknęły się za Nadią.
Marta pierwsza odezwała się po chwili:
— Co ci nie pasuje?
Kacper oparł dłoń o blat.
— Ta data.
— Dlaczego?
— Bo jeśli dostała zgodę kilka dni przed tamtym turniejem, chcę zobaczyć, co dokładnie oznaczało „zgodę”.
Marta spoważniała.
— Myślisz, że coś jest nie tak?
— Jeszcze nic nie myślę.
— Kacper.
Spojrzał w stronę drzwi.
— Masz pełną dokumentację sprzed dwóch lat?
Marta pokręciła głową.
— Nie.
— To ją zdobądź.ROZDZIAŁ 4 — STARE NAZWISKO
Nadia nie planowała go sprawdzać.
Naprawdę.
Miała tylko piętnaście minut do wyjścia, niedopitą kawę na stole i telefon w dłoni.
Wystarczyło wpisać dwa słowa.
Kacper Radecki.
Pierwsze wyniki znała.
Stare zdjęcia z turniejów.
Statystyki.
Wywiady.
Informacje o zakończeniu kariery.
Kilka artykułów o jego przejściu do trenowania młodszych zawodników.
Przesuwała ekran kciukiem bez większego zainteresowania, dopóki nie zobaczyła zdjęcia sprzed kilku lat.
Kacper wychodzący z hotelu.
Obok niego kobieta.
Młoda.
Sportowa sylwetka.
Czapka z daszkiem naciągnięta nisko na twarz.
Tytuł był wystarczająco duży.