-
nowość
Prawdziwe Kłamstwa. Baleary #7 - ebook
Prawdziwe Kłamstwa. Baleary #7 - ebook
Aiden Deveraux od lat funkcjonuje w świecie, w którym wszystko można sprowadzić do zer i jedynek. Jest ekspertem od cyberbezpieczeństwa, człowiekiem, który nie ufa przypadkom i nigdy nie działa pod wpływem emocji. Kiedy jednak wyrusza odebrać „polisę” Grety Eden, nie spodziewa się, że stanie twarzą w twarz z legendarną White Rabbit, z którą już kiedyś toczył własną cyfrową wojnę. Stefania Romanova całe życie była więźniem własnego nazwiska. Wychowana w izolacji mafijna księżniczka uciekła w świat kodów, marząc o wolności, która zawsze była poza jej zasięgiem. Gdy skrupulatnie opracowany plan zaczyna się komplikować, a czas przestaje być sprzymierzeńcem, nie może dłużej liczyć na Gretę. Zmuszona do działania na własną rękę, Stefania ryzykuje wszystko. Każde kłamstwo przybliża ją do celu i jednocześnie do upadku.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna polska |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788397968554 |
| Rozmiar pliku: | 834 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Stefania
Po otrzymaniu SMS-a od Grety zrobiłam się niespokojna. Wiedziałam, że ten dzień nadejdzie, ale czemu dzisiaj? Czemu akurat teraz, przed okresem, kiedy czułam się jak kupa gówna? Łamało mnie w kościach, kompletnie brakowało mi energii, a do tego od paru dni męczył kaszel. Jak tak dalej pójdzie, umówię się do lekarza. Czas mi się dłużył mimo hiperaktywności. Miałam otwarte ponad dwadzieścia zakładek w przeglądarce internetowej, ale na żadnej nie potrafiłam się skupić. Wciąż przeskakiwałam z jednej na drugą. Nie mogłam sobie nawet znaleźć pasującej muzyki – bez przerwy zmieniałam utwory. Nic mi nie pasowało.
Schodziłam właśnie do kuchni po prysznicu, żeby wziąć kolejną aspirynę, kiedy dobiegły mnie głosy z pokoju ochrony. Stanęłam przy drzwiach, koncentrując się na podsłuchiwaniu.
– Jakiś Portugalczyk! – rzucił z pogardą jeden z ochroniarzy.
– Kurwa! – szepnęłam do siebie.
– Weź paru ludzi. Spotkanie ma się odbyć na Five Points. – Zaskrzypiały nogi krzesła przesuwanego przez jednego z goryli ojca. – Niech to wygląda na gangsterskie porachunki.
Przekradłam się do schowka sąsiadującego z ich pokojem. Z jakiegoś powodu tu było lepiej słychać. Wiedziałam to z doświadczenia.
– Gdzie dziewczyna? – zapytał Olaf.
– Brała prysznic na górze – odparł Jurij.
– Zajrzyj do niej za jakiś czas i dopilnuj, żeby nie wyszła.
_Powodzenia, tumanie_.
Znałam co najmniej dwie drogi ucieczki, które dałyby mi kilka godzin przewagi. Obecnie jednak nie mogłam skorzystać z żadnej z nich, ponieważ musiałam ratować tyłek pewnemu portugalskiemu gangsterowi. Od Five Points dzieliło nas jakieś trzydzieści minut jazdy, chyba że ktoś znał nielegalny skrót przez park.
_Boże, czego się nie robi dla wolności._
Kroki obu mężczyzn powoli się oddalały.
_Co by tu zrobić z Jurijem? Może nic?_ Zakradłam się do pokoju ochrony. Marynarka mężczyzny wisiała na oparciu. _Ciekawe, czy ma jakieś drobne na taksówkę?_ Wyciągnęłam portfel, a z niego sporą liczbę banknotów. BINGO! Usta rozciągnęły mi się w szerokim uśmiechu. Szczęściara ze mnie. Wyjrzałam na korytarz. Nie było mowy, żebym wróciła na górę się przebrać, bo musiałabym minąć salon, gdzie Olaf właśnie włączył telewizor. _Cudnie!_
Jezu, dobrze, że mój szlafrok z kapturem okazał się jednym z tych cieplutkich, milusich i mięciutkich. Jeszcze lepiej, że mogłam się nim okręcić niemal dwa razy. A już zajebiście, że miałam w kieszeni telefon. Gorzej, że nie było szans na przekradnięcie się po jakieś buty. Spojrzałam z żalem na bordowy lakier na paznokciach stóp.
_No trudno, czego się nie robi dla wolności _– powtórzyłam sobie po raz kolejny w głowie.
Zeszłam do garażu i przez boczne drzwi wydostałam się na zewnątrz. Taryfa stojąca dwa domy dalej wyglądała jak dar niebios. Wszechświat wyjątkowo stał dzisiaj po mojej stronie. _Alleluja!_ Użyłam kodu Olafa, żeby otworzyć furtkę. Nawet aż tak bardzo nie czułam chłodu pod stopami. Cóż, adrenalina robiła swoje. Pobiegłam w stronę taksówki. Śnieg, który wczoraj niespodziewanie zaszczycił nas swoją obecnością, szczypał podeszwy, ale starałam się to ignorować.
_Niech mi ktoś jeszcze raz wspomni o ociepleniu klimatu, to go sieknę! Jest pieprzony kwiecień! Mam nadzieję, że nie wyłysieję od latania z mokrymi włosami w zerowej temperaturze._
Wskoczyłam do taksówki.
– Czekam na kogoś – odezwał się burkliwie kierowca.
– Ja potrzebuję transportu bardziej – powiedziałam, uśmiechając się zalotnie, po czym uniosłam banknoty.
Kierowca popatrzył na mnie dziwnie, ale – jako że kasa przemawia do wszystkich w uniwersalnym języku porozumienia ponad podziałami – włączył taksometr, jakby widok bosej kobiety z mokrymi włosami i w szlafroku nie robił na nim wrażenia. To w końcu pieprzone Chicago, tu wszystko mogło się zdarzyć.
– Dokąd?
– Do baru Five Points na Stetson. – Zatrzepotałam rzęsami. – Jeśli zrobisz nielegalny skrót przez park, zapłacę ekstra… – Przeliczyłam banknoty, które zgarnęłam z portfela ochroniarza. – Tysiąc pięćset?
Na ustach taksówkarza pojawił się chciwy uśmieszek.
– Się robi, szefowo.
– I podkręć ogrzewanie – poprosiłam.
– Jasne.
Wpatrywałam się w krajobraz, dywagując, co właściwie powinnam zrobić. Wejść do baru i kazać wszystkim paść na ziemię jak w jakimś tanim filmie gangsterskim klasy D? Oznajmić: „Cześć, Aiden! Jestem Stefania. Ludzie mojego ojca zaraz będą usiłowali cię zabić, pozorując porachunki gangów, mimo że to niewłaściwa dzielnica…”?
Ale w sumie ukrywanie córki mafijnego cara w sercu Famiglii też nie było standardowym posunięciem. „Pod latarnią najciemniej”, jak mawia się w kraju mojego ojca.
Patrzyłam na zegarek na konsoli, usiłując oszacować, ile zostało mi czasu. Jeśli ekipa uderzeniowa utknie w korkach, miałam realną szansę ich wyprzedzić, jeśli nie… dotarłabym na styk. Ta akcja była chyba najgłupszą w całym moim dotychczasowym dwudziestoośmioletnim życiu. A robiłam już różne idiotyzmy. Gdyby nie to, że Greta skontaktowała się ze mną wczoraj, zignorowałabym tę sytuację. Nie moje małpy, nie mój cyrk. Swój plan awaryjny i tak już miałam. Jednak gdy Jurij wspomniał o Portugalczyku, rozdzwoniły się wszystkie syreny alarmowe w mojej głowie. Nic nie szło tak, jak powinno. Przygotowałam się starannie, spakowałam torbę na wypadek „ewakuacji” i… Puff! Plan poszedł z dymem, bo Portugalczycy nie potrafili sobie odpowiednio dobrać informatora.
_Trudno. Brnijmy w to dalej! Czemu nie? Greta przynajmniej dostarczy mi megarozrywki! O ile wcześniej nie wypluję płuc przez ten kaszel._
AIDEN
Pierdolony dzwoneczek brzęczący przy każdym otwarciu drzwi doprowadzał mnie do szału. Teraz odezwał się ponownie. Wybrałem sobie miejsce na końcu baru, żebyśmy w razie czego mogli się natychmiast ulotnić. Czekałem na kontakt od Mike’a, który miał się tu ze mną spotkać, a odgłosy zamieszania sprawiły, że podniosłem wzrok znad nietkniętego piwa. W wejściu stała bosa kobieta z mokrymi włosami i w szlafroku. Wpatrywałem się w nią niczym w egzotyczne stworzenie, podobnie zresztą jak pozostali goście i obsługa baru. Rozpoznanie było niczym kubeł zimnej wody.
_Stefania._
– Wszyscy na ziemię! – wrzasnęła, rzucając się w moją stronę między stolikami.
Wpadła na mnie, kiedy rozległy się pierwsze strzały. Zamiast pozwolić się przewrócić, przeniosłem ciężar własnego ciała i podciąłem jej nogi. Zasłoniłem ją, chowając nas za barem, i pociągnąłem na podłogę.
Odłamki szkła posypały się z okien sekundy później. Kule z broni maszynowej wbijały się seriami we wszystko na swojej drodze. Z baru spadały rozbite szklanki i kieliszki. Butelki lądowały na podłodze, a alkohole mieszały się w kałużach. Ludzie krzyczeli coś nieskładnie.
A potem zaległa cisza przerwana tylko piskiem opon odjeżdżających samochodów. Wyglądało na to, że napastnicy nie zamierzali ani wchodzić i sprawdzać, czy udało im się osiągnąć cel – jakikolwiek on był – ani posyłać drugiej serii tak a nuż widelec, żeby się upewnić. _Jebani amatorzy!_
Z zewnątrz napłynęła fala mroźnego powietrza. Uniosłem się na przedramionach, czując na swoim kroczu dwie drobne dłonie. Zerknąłem w bok. Klienci zaczynali się rozglądać, sprawdzając, czy nikt nie odniósł obrażeń. Ktoś miał przy uchu telefon i referował wydarzenia. Pewnie zadzwonił na numer alarmowy.
_Szlag!_
Dziewczyna poruszyła się, wysuwając ręce spomiędzy moich nóg. Zacisnąłem zęby, a ona uśmiechnęła się szeroko. Uniosła ubrudzony alkoholem palec i wsadziła go do ust.
– Mniam – mruknęła, a krew napłynęła do mojego fiuta.
Patrzyłem na nią jak urzeczony, gdy roześmiała się pełną piersią. _Kurwa!_ Miała przepiękne oczy, z których teraz płynęły łzy rozbawienia. Podniosłem się na kolana.
– Wariatka – powiedziałem bardziej do siebie niż do niej.
– Całkowita! – potwierdziła między parsknięciami. – A jakie są twoje supermoce?
– Kiedyś je miałem, ale potem poszedłem na terapię – odparowałem, a ona, zamiast się obrazić, znów się roześmiała. Jej ciało wibrowało pode mną. – Musimy się zbierać, jeśli chcemy zniknąć niezauważeni.
Podniosłem głowę i spojrzałem w kamerę. Oby to było jedno z tych bardzo nowoczesnych urządzeń, do których da się włamać na odległość. Mógłbym to zrobić z telefonu, ale najpierw musiałem zająć się dziewczyną. Pomogłem jej wstać. Poły szlafroka rozchyliły się, eksponując dolinkę między piersiami i fragment kremowego uda. Materiał nasiąkł alkoholem. Otrzepała się ze szkła i zakryła dekolt. Jej wzrok także powędrował do kamery.
Przeszła przez drzwi do kuchni, a mnie nie pozostało nic innego, jak pójść za nią. _Kompletna wariatka!_ Zgarnąłem po drodze swoją kurtkę i jakiś damski płaszcz. Skręciła do pomieszczenia z plakietką: „Biuro”. Spojrzała na laptopa.
– Myślisz, że mamy pięć minut? – spytała, siadając do komputera. Zdusiła kaszel.
– Reakcja chicagowskiej policji w przypadku strzelaniny to siedem minut – odparłem, przypomniawszy sobie statystyki.
– A więc mamy. – Jej palce zaczęły śmigać po klawiaturze. Bardziej jednak niż to, jakiego kodu zamierzała użyć, żeby wyczyścić dysk, interesowało mnie, co się dzieje w barze i gdzie są zbiry. Wyjąłem telefon i wysłałem kod alarmowy do Luki. W oddali rozległy się syreny.
– Musimy iść.
Złapałem ją za ramię i podniosłem gwałtownie z krzesła.
– Nie, daj mi skończyć, już prawie to rozgryzłam.
Wyrwałem laptopa ze stacji dokującej, po czym wypiąłem baterię z tyłu. Nie potrzebowaliśmy technicznych fajerwerków. Ewentualne kopie zapasowe w chmurze wykasujemy zdalnie. Objąłem dziewczynę ramieniem i wyprowadziłem na korytarzyk prowadzący do kuchni. Pobiegła za mną z głośnym „No ej!”, ale kiedy wrzuciłem komputer do wielkiej patelni przemysłowej z wrzącym olejem, zawyrokowała:
– Też skutecznie.
Uniosłem arogancko brew. _Co ty nie powiesz?_
Wyszliśmy na mroźne powietrze, więc podałem jej płaszcz. Kiedy zrzuciła z siebie poplamiony alkoholem szlafrok, opadła mi szczęka. Pod nim była naga, jak ją pan Bóg stworzył. Piersi sterczące na baczność czerwonymi sutkami. Długie nogi. Łabędzia szyja. Wąska talia.
_KURWA! Teraz będę miał większość krwi nie w tej głowie, co trzeba!_
Sięgając po telefon, rozejrzałem się po parkingu. Na zhakowanie któregoś z aut potrzebowałem jakichś dwóch minut.
_Chociaż przy takich rozpraszaczach to pewnie z dziesięciu! Szlag by to!_
– I co teraz? – spytała, przestępując z nogi na nogę. Zebrała nieco śniegu i z głośnym syknięciem usiłowała oczyścić lepiącą się od alkoholu łydkę przed włożeniem nowego okrycia.
– Daj mi chwilę.
Schowałem pistolet za pasek dżinsów i, śmigając kciukiem po ekranie, pobierałem kody aut. Kątem oka odnotowałem, że u zbiegu ud miała wytatuowaną niewielką strzałkę. Mój mózg zawiesił się na zielonym tuszu.
_Ja pierdolę! Aiden, skup się! Niech to wszystko jasna cholera!_
Wróciłem wzrokiem do telefonu. Kurwa!
Stefania zaczynała szczękać zębami z zimna. Przy akompaniamencie westchnień i pomruków włożyła płaszcz.
_Jezu, czy takie same dźwięki wydawała w czasie seksu?_
Schowała dłonie do kieszeni. Zerknęła na mnie z cwaniackim uśmiechem. Jeden z samochodów zamigał światłami awaryjnymi.
– Bingo – skwitowała.
Zanim zrobiła choćby krok, przerzuciłem ją sobie przez ramię. Pisnęła uroczo, a potem się roześmiała. _Margo nie mówiła, że to wariatka!_
Otworzyłem drzwi do Range Rovera i posadziłem dziewczynę na siedzeniu, po czym sam wskoczyłem za kierownicę. Wyjechałem z parkingu sekundy przed tym, nim pierwszy radiowóz pojawił się na miejscu. Zapiąłem pasy, bo wkurwiał mnie dźwięk, jaki wydawało auto.
– Jak mnie znalazłaś?
Podkręciła ogrzewanie, kierując nadmuch na stopy.
– Podsłuchałam rozmowę ochroniarzy.
– Jak wydostałaś się z domu?
Uśmiechnęła się szeroko.
– To tajemnica, ale mogę ci zdradzić, że facet, który mnie dzisiaj pilnował, jest najgłupszy z nich wszystkich. Pewnie myśli, że nadal biorę prysznic.
– Brałaś prysznic?
– Ależ skąd! – zaprzeczyła ironicznie. – Codziennie biegam po mieście naga, bosa i mokra, ratując obcych ludzi, kiedy wolałabym leżeć w łóżku nafaszerowana aspiryną. – Zajrzała pod płaszcz. Mimowolnie także usiłowałem coś dostrzec. – Ups! Zapomniałam włożyć kostiumu Wonder Woman, kiedy usłyszałam twoje wołanie o pomoc.
_Jezus, trafiła mi się kompletna świruska!_
Zmierzyłem ją badawczym spojrzeniem, po czym skupiłem się na prowadzeniu auta i nawigowaniu w ruchu ulicznym. Na razie nie poruszałem się w żadnym konkretnym kierunku. Chodziło o to, żeby oddalić się z miejsca zdarzenia. I tak będziemy się musieli pozbyć tego samochodu. I to czym prędzej.
– Liczę na to, że masz jakiś plan, bo ja nie mam nic. Nawet butów – zaśmiała się.
– Miałem plan.
Opuściłem obie osłony przeciwsłoneczne i wjechałem na parking w centrum handlowym.
– Jeden? Tyle liter w alfabecie, a ty opracowałeś tylko plan A?
– Wolę cyfry. – Zgasiłem silnik.
– Oczywiście. Są tylko dwa typy ludzi: zera i jedynki.
Odwróciłem się do niej na siedzeniu zaskoczony, że znała ten żart. Kod binarny zawiera tylko zera i jedynki.
– Na razie musimy cię ubrać.
Wysiadłem z auta. Ona zrobiła to samo i pobiegła truchcikiem w stronę wejścia. Czekała na mnie tuż za przesuwnymi drzwiami. Chwyciłem ją za rękę i pociągnąłem za sobą. Ludzie dziwnie się na nas patrzyli. Stefania przybrała minę obrażonej księżniczki, a na mojej twarzy nie malowały się żadne emocje – tworzyliśmy duet godny fali szeptów i domysłów.
Skierowała się do jednego z tych butików, w których byłeś w stanie kupić wszystko, od bielizny po buty i dodatki.
– Co się, na Boga, stało? – zapytała zaskoczona ekspedientka.
Stefania roześmiała się i obrażonym tonem opowiedziała historyjkę, jak to znów marudziła przed lustrem, że nie ma się w co ubrać, więc w przypływie wściekłości narzuciłem na nią płaszcz i zabrałem na zakupy. Kiedy przechodziły obok w poszukiwaniu odpowiednich rozmiarów, obie zmierzyły mnie spojrzeniami. Sprzedawczyni zapewne marzyła, żeby jej facet chociaż raz ją tak potraktował.
– Śpieszy nam się – rzuciłem od niechcenia, wysyłając do Luki informację, co się stało i gdzie obecnie jesteśmy. Potem zająłem się kamerami w centrum handlowym. Dziwnym zbiegiem okoliczności wszystkie, które minęliśmy i miniemy, zaliczyły awarię.
Na szczęście Stefania rozumiała konieczność pośpiechu. Zgodnie ze słowami Grety została dobrowolną uczestniczką tej szarady i nie trzeba jej było do niczego zmuszać. Kilkanaście minut później wyszedłem z butiku z bajońskim rachunkiem i kobietą ubraną odpowiednio do pogody. Ze zdziwieniem zauważyłem, że jej włosy wcale nie miały koloru jasny blond, jak mi się zdawało, gdy były mokre. Okazały się srebrne, miejscami wpadające nawet w delikatny odcień błękitu. Urzekające i fascynujące w połączeniu z niebieskimi oczami.
Zaparło mi dech, kiedy opuściła przebieralnię. Nie miała na twarzy grama makijażu, ale i bez niego robiła tak niesamowite wrażenie, że krew spłynęła mi częściowo poniżej paska w spodniach. Włosy spięła w wysoki kucyk, dżinsy opinały zgrabny tyłeczek, a czarna koszulka wyraźnie unosiła się na piersiach. Doskonale wiedziałem, że nie jest to zasługa żadnego z tych cholernych oszukańczych staników. Sto procent kobiety w kobiecie. Na nogi włożyła czarne kozaki na niewielkim obcasie. Przynajmniej u niej myślenie nie szwankowało. Nie potrafiłem pojąć, jak Sofia nawet zimą biegała na wysokim obcasie i nie złamała dotąd kostki na lodzie czy śniegu. Na szczęście Stefania miała lepiej poukładane w głowie.
Wciągnęła na siebie sweter i sięgnęła po kurtkę z kapturem, po czym poprowadziła mnie w stronę kawiarni.
– Kawa. I ciastko – rzuciła nagląco. Jej oczy błyszczały jak u podekscytowanego małego dziecka. Jak u Antonii, kiedy w końcu jakiś facet bierze ją na ręce i przytula do piersi.
– Nie.
– Tak!
Zatrzymała się gwałtownie, wyrwała dłoń z mojej dłoni i tupnęła nogą niczym rozwydrzony bachor. Zazgrzytałem zębami. Byłem przekonany, że urządzi scenę, więc zmrużyłem oczy, przygotowując się do wyniesienia jej siłą. _Ja pierdolę, Margo w życiu mi się za to nie wypłaci. Zwariuję z tą laską. Czy ona w ogóle była pełnoletnia?_ Coś w moim wzroku musiało jednak przekonać Stefanię, że nie warto dla kawy i ciastka przeżyć upokorzenia, które mogłem jej zaserwować.
– Później? – Zatrzepotała kokieteryjnie rzęsami.
Wyciągnąłem do niej rękę, a ona bez wahania podała mi swoją. Luca czekał na nas na parkingu. Zapakowałem Stefanię na tylne siedzenie i włączyłem blokadę rodzicielską w drzwiach. Dość niespodzianek na dzisiaj. Z fascynacją obserwowałem, jak z roześmianej dziewczynki zmienia się w poważną kobietę.
_Ile ma osobowości? I dlaczego, do kurwy, chciałbym poznać je wszystkie? Bo ludzie to zera i jedynki! Dlatego._
– To jaki mamy plan? – spytała dociekliwie.
– Może na początek nie dać się zabić? – zasugerował Luca.
– Wybrała was ze względu na urodę? Bo z pewnością nie z powodu intelektu.
– Wciąż żyjesz, tak? – odparował.
– Nie dzięki wam! – rzuciła niezbyt uprzejmym tonem. – I to raczej on – wskazała w moją stronę – żyje dzięki mnie, a nie odwrotnie. Plan przewidywał chyba, że to wy chronicie mnie, a nie ja was, prawda?
– Usiądź na dupie i ciesz się przejażdżką.
– Ojej, przepraszam, że czujesz się urażony moim zdrowym rozsądkiem – sarknęła.
Starałem się skoncentrować na tablecie, który dał mi Luca. Podczas gdy on lawirował ulicami, ja przeglądałem dane, zupełnie ignorując utarczkę.
– Czy ona ma przycisk wyciszenia? – spytał po portugalsku.
– Te modele nie wychodzą z instrukcją – odparłem serio, ustawiając nawigację na cel, jaki obrałem dla naszej trójki. W zaistniałych okolicznościach próba dostania się na lotnisko do prywatnego odrzutowca byłaby zbyt ryzykowna. Lepiej wynająć jakiś czarter i spróbować nim wrócić do domu.
Włączyłem radio i ustawiłem muzykę klasyczną. _Dziadek do orzechów_ nie tylko wydawał się całkiem przyjemnym wyborem, ale też dość szybko uśpił Stefanię. Niestety obudziła się, gdy tylko stanęliśmy, by zatankować i zrobić zapasy jedzenia. Potarła oczy, jakby miała pięć lat.
– Czy mogę dostać teraz moją kawę i ciastko? – Jej głos był seksownie zaspany. Podała mi kurtkę z tylnego siedzenia, zasłaniając usta dłonią, kiedy zaczęła kaszleć.
– Od dawna masz ten kaszel?
– Czyżbyś się o mnie martwił, Romeo? – Puściła do mnie oczko.
– Skorzystaj z toalety – poradziłem, wysiadając.
Pokiwała głową. Nie podobały mi się jej sztywne ruchy ani ten dziwnie świszczący oddech. Na dworze było wprawdzie tylko ze dwa na minusie, ale ona w samym szlafroku i na bosaka przeszła dość długą drogę. Naprawdę wolałem, żeby mi się nie rozchorowała. To by mocno skomplikowało naszą sytuację.
– W porządku?
Wzruszyła ramionami i skierowała się do budynku stacji benzynowej. Zostawiwszy Lucę, poszedłem za nią i wybrałem jedzenie na najbliższe kilka dni. Zanosiło się na to, że nie będziemy się odżywiać zdrowo. Kiedy spytałem o aptekę, facet z obsługi wskazał mi lizakiem przeciwną stronę ulicy. Szyld „24/7” wydawał się ze mnie szydzić. Jakim cudem nie zauważyłem go, skanując wzrokiem otoczenie?
_Może za długo patrzyłeś na tyłek Stefanii?_
Zgarnąłem dwie torby, a ona kawy w wytłoczce i ciastka. Poczekałem, aż wsiądzie do auta, po czym upewniłem się, że drzwi są zabezpieczone.
– Podjedź naprzeciwko – rozkazałem Luce, zajmując fotel pasażera.
W aptece spędziłem kilkanaście minut, wybierając parę drobiazgów nie tylko leczniczych. Wrzuciłem wszystko do bagażnika, dałem znak Luce, że jeszcze chwila, po czym wybrałem numer Mike’a Olsena. Przywitał mnie słowami:
– Założę się, że w Chicago jest i tak cieplej niż w Moskwie.
– A to ważne? – spytałem, zdezorientowany.
– Taki wstęp, w razie gdybyś miał ochotę narzekać, że wolałbyś być na moim miejscu.
– Nie zamierzam – zapewniłem. – Wypadły nam pewne komplikacje.
– Zdążyliśmy się już zorientować z lokalnych wiadomości oraz średnio przyjemnego telefonu od Giovanniego Vitiellego. Straszny choleryk.
– Na razie przyczaimy się w jego domku nad jeziorem, ale to maksymalnie na dwadzieścia cztery godziny. Może czterdzieści osiem – poprawiłem się. – Chcę być w powietrzu najszybciej, jak się da. Opublikowali nasze rysopisy albo zdjęcia?
– Nie mają nic, co mogłoby doprowadzić do was.
– Vitielli będzie stwarzał kłopoty?
– Nie, nie będzie – zapewniła Margo.
– Rosjanie zorientowali się już, co się stało?
– Z tego, co nam uprzejmie doniesiono, tak – włączył się milczący dotąd Marco. – Usiłują was namierzyć. Nie wiem, czy wpadną na pomysł sprawdzenia pod latarnią, czyli w domu Vitiellich, bo to jednak spory kawałek i jest zimno.
– Zadzwonię później – usiłowałem zakończyć rozmowę.
– Czy wszystko z nią w porządku? – doszedł mnie jeszcze zaniepokojony głos Margo.
– Fizycznie tak. Psychicznie… Mogłaś mnie uprzedzić, że to wariatka – mruknąłem z pretensją. – Czy to normalne, że kobiety w jednej sekundzie zachowują się jak rozwydrzone pięciolatki, a w następnej usiłują cię spojrzeniem zamienić w kamień?
– Tak! – odparli zgodnie Mike i Marco.
– Jak się z tym walczy?
– Serio, Aiden?! – Margo się zaśmiała. – Daj znać, jak wpadniesz w jakieś prawdziwe kłopoty! – Po tych słowach się rozłączyła.
_Jak Marco to znosił?_
ROZDZIAŁ 2
Aiden
_Kurwa, chociaż raz chciałbym się pomylić!_
Stefania zaczęła gorączkować jeszcze w drodze, a jej stan pogarszał się na tyle szybko, że ledwo udało mi się ją złapać, gdy nogi ugięły się pod nią na podjeździe domku. Rzuciłem klucze Luce i zaniosłem ją do środka, po czym położyłem na kanapie i z siatki z apteki wyciągnąłem termometr. Prawie trzydzieści dziewięć stopni.
Dziewczyna potrzebowała ciepła i wypoczynku. Niestety gazowy system ogrzewania budynku nie należał ani do najnowszych, ani do najsprawniejszych. Wiedziałem, że minie sporo czasu, zanim temperatura się podniesie, więc zostało nam napalenie w kominku.
– Przynieś z samochodu apteczkę – poleciłem Luce, a ja wyjąłem kupiony w aptece ibuprofen w płynie. Nie miał maksymalnej dawki, ale powinien na krótką metę zdać egzamin. Poklepałem dziewczynę delikatnie po policzku. – Stefania.
– Nie nazywaj mnie tak – wymruczała słabo.
– Jak tylko weźmiesz leki, pozwolę ci spać. No już – zachęciłem. – Otwieraj buzię.
– Każdej lasce to proponujesz?
– Tylko tym specjalnej troski.
Otworzyła niebieskie oczy. Nacisnąłem kciukiem na jej brodę. Rozchyliła usta, więc wlałem do środka lek. Nieporadnie zdjęła kurtkę, a ja sięgnąłem po koc, żeby pomóc jej się nim owinąć.
– Gorąco mi – zaprotestowała.
– W tej chwili tak, ale za pół godziny będziesz szczękać zębami – ostrzegłem.
– To wtedy się przykryję.
_Uparte stworzenie. Jak inni dają sobie z nimi radę?_
Poszedłem do aneksu kuchennego i wstawiłem wodę, żeby przygotować leki na przeziębienie. Luca położył apteczkę na stole. Przejrzałem jej zawartość, ale nie znalazłem nic przydatnego. Pozostało mi to, co sam kupiłem. Krzywiąc się, odłożyłem z powrotem maść z antybiotykiem.
– Jeśli pseudoefedryna nie pomoże, będziemy musieli przekonać aptekarza, że potrzebujemy czegoś ekstra.
– Chcesz czekać do rana? – spytał, zerkając z niepokojem na Stefanię. – Przestawiłem samochód za dom, ale pada śnieg, więc istnieje realne zagrożenie, że możemy się nie wygrzebać z zasp.
– W razie czego zostaje nam zimny prysznic.
– Ale dociera do was, pojeby, że ja wszystko słyszę? – doszedł nas zniesmaczony głos Stefanii.
Luca ze zniecierpliwieniem spojrzał w sufit, kiedy rozkaszlała się na dobre.
– Zrobię coś do żarcia – oznajmił, ściągając kurtkę. – Idź, wręcz królewnie berło, o ile znajdziesz jakąś szczotkę do kibla w łazience.
– Cham i prostak! – powiedziała po rosyjsku.
Przyniosłem z samochodu resztę naszych rzeczy. Całą broń porozkładałem w miejscach dogodnych do obrony. Usiadłem do tabletu i unieruchomiłem chip silnika. Z kuchni zaczął dochodzić smakowity zapach sera. Zerknąłem na Stefanię, skuloną na kanapie.
– Zimno ci?
– Tylko w stopy – przyznała.
Kucnąłem przed nią. Pozwoliła sobie ściągnąć buty, ale syknęła, kiedy dotknąłem zaczerwienionej skóry. Jej ciało było lodowate.
– Masz jakiś fetysz związany ze stopami i bólem? – spytała ironicznie.
– Doceniam twoje poświęcenie, ale to było naprawdę głupie.
Przyciągnąłem sobie podnóżek i przysiadłem na nim. Rozpiąłem bluzę, wyciągnąłem koszulkę ze spodni i zrobiłem coś, czego się nie spodziewała: wsunąłem jej stopy pod materiał i oparłem na swoim gorącym brzuchu, po czym zablokowałem jej potencjalne ruchy, obejmując łydki. Nie była przygotowana na falę bólu, jaka za tym przyszła. Jęknęła głośno i przeciągle, usiłując mnie odepchnąć. Nic z tego. Złapała mnie za ramiona, a nasze czoła się zetknęły. Kiedy pierwsza łza spadła na moje przedramię, wsunąłem palce pod masę włosów, na kark. Moja dłoń wydawała się chłodna w kontakcie z rozpaloną skórą. Stefania pociągnęła nosem.
Jedna z jej rąk opadła na kolana i z zaskoczeniem dostrzegłem tatuaż na nadgarstku. Nie, żebym poczuł się zaalarmowany. Znałem wielu ludzi mających tatuaże. Ten nawiązywał chyba do _Alicji w Krainie Czarów_. Lustro z odbijającą się w nim kartą królowej kier. W obramowaniu zwierciadła zaś – choć żeby dojrzeć te detale, trzeba się było uważniej przyjrzeć – sylwetka dziewczynki na godzinie szóstej, kapelusz i filiżanka na trzeciej, zegarek kieszonkowy na dziewiątej, a w centralnym miejscu, na godzinie dwunastej – mały zajączek, który jako jedyny z elementów nie został wypełniony tuszem.
– W porządku? – zapytałem cicho.
Pokiwała głową, podnosząc na mnie załzawione oczy.
– Sadysta!
– Jutro będziesz mi dziękować.
– Póki co dzisiaj będę narzekać.
Luca przyniósł parujący kubek.
– Pij herbatę. Tylko powoli – ostrzegłem.
Pociągnęła duży łyk, na chwilę znieruchomiała, a potem oczy zaszły jej łzami i z gardła wyrwał się kaszel, który brzmiał zdecydowanie zbyt mokro i ciężko. Prychała do czasu, aż alkohol przestał drażnić wrażliwą śluzówkę. Cały czas posyłała mi mordercze spojrzenia.
– Sadysta – powtórzyła ochryple.
Oparłem łokcie o kolana, wpatrując się w nią intensywnie.
– Przecież powiedziałem: „powoli”. Naucz się słuchać, co do ciebie mówię.
– Słuchałabym, gdybyś mówił w jakimś zrozumiałym języku – odgryzła się.
Mierzyliśmy się chwilę spojrzeniami. Wyjąłem jej stopy spod koszulki i naciągnąłem na nie skarpetki. Zostawiłem ją na chwilę, żeby przynieść dodatkowy koc i swoją grubą bluzę termiczną.
– Proszę – rzuciłem, wręczając jej rzeczy. – Chociaż uważam, że najlepiej by ci zrobił gorący prysznic.
STEFANIA
Łypnęłam na niego złowrogo znad kubka.
_Za nic w świecie nie włożę bluzy pachnącej jego perfumami! Boże, ten facet był podlejszy, niż dotychczas przypuszczałam. Albo nie zdawał sobie sprawy, jak działa na mnie jego zapach, albo wręcz przeciwnie i robił to z premedytacją, by mnie zdekoncentrować. Wysoka gorączka wystarczyła, żebym ledwo panowała nad językiem._
– Byłeś na jakimś kursie dręczenia słabszych?
Niemal się uśmiechnął.
– Jeszcze nie, ale wolałbym pobierać lekcje u mistrzyni. Drogo liczysz?
Zmrużyłam oczy i przez chwilę na serio rozważałam, czy nie rzucić w niego kubkiem. Potem jednak doszłam do wniosku, że szkoda gorącej, rozgrzewającej od środka herbaty. Stał z uniesionymi brwiami i czekał na ciętą ripostę, która jakoś nie chciała mi przyjść do głowy. Co więcej, uznałam, że z tym zawadiackim uśmieszkiem wyglądał całkiem seksownie_._
_Seksownie?! Cholera!_
Z wrażenia oblałam się herbatą.
– Chyba jednak pójdę pod ten prysznic – powiedziałam, ścierając z brody strumyczek.
Z całą godnością, na jaką było mnie stać, pomaszerowałam przed siebie, ciągnąc za sobą koc niczym płaszcz Batmana. Zawahałam się przed korytarzem. Ta pieprzona gorączka dawała mi się we znaki, bo jak idiotka nie wzięłam pod uwagę, że należało zapytać, gdzie jest łazienka.
– Pierwsze drzwi na lewo – podpowiedział uprzejmie. – Zajrzę do ciebie za parę minut.
Prysznic okazał się niebiański. Wprawdzie trochę kręciło mi się w głowie, ale za to przyjemnie się rozgrzałam. Ktokolwiek tu mieszkał, miał doskonały gust, jeśli chodzi o kosmetyki. Uwielbiałam zielone Ô D’Azur Lancôme. Ten zapach sprawiał, że odrywałam się od rzeczywistości, by na chwilę zapomnieć, gdzie byłam i co robiłam.
_Swoją drogą, to ciekawe, że mają tu wszystkie moje ulubione produkty… Może to sprawka Grety?_
Po lekach zaaplikowanych przez Aidena czułam się trochę lepiej. Pewnie nadal miałam gorączkę, ale może nie dostanę zapalenia oskrzeli. Wróciłam do salonu w grubym dresie, na który założyłam szlafrok. Całość dopełniały puchate skarpety. Brakowało tylko nauszników, ale zamiast nich miałam na głowie turban z ręcznika. W ręku dzierżyłam szczotkę.
– Spodziewasz się nagłego zlodowacenia? – zażartował Luca.
– Ha, ha, ha – wyskandowałam. – Będziesz mógł mnie pouczać, jak się sam wybierzesz na taki spacer.
– Dzięki, ale nie. Czy ten turban sprawi, że Internet będzie szybciej działał?
– Nie, to element odstraszający.
Przysiadłam na pufie przed kominkiem, odwrócona tyłem do mężczyzny.
– Bardziej antykoncepcyjne są te góry ciuchów, które masz na sobie – sarknął, mieszając w garnku.
– Słucham?
– Przy tylu warstwach każdy zdrowy facet usnąłby z wrażenia, gdybyś zaczęła robić striptiz.
Zdjęłam ręcznik z głowy.
– Czy mężczyźni zawsze wszystko sprowadzają do seksu?
– To zależy. – Luca najwyraźniej nie mógł się powstrzymać od prowokacji. – Bohaterek _Blair Witch_ żaden normalny gość nie bierze pod uwagę.
– Oboje was postawię do kąta bez deseru! – doszło mnie wyraźne ostrzeżenie Aidena.
Potrząsnęłam głową i spróbowałam rozczesać pierwsze pasmo. Nic nie szło tak, jak powinno, a facet siedzący za mną nie wysilił się nawet na zdanie złożone.
– _Blair Witch_? – szepnęłam niepewnie.
– A przeglądasz się czasem w lustrze? – zakpił złośliwie Luca.
– Wystarczy! – padła zdecydowana komenda Aidena.
Zamarłam w reakcji na ten stanowczy ton. Tak brzmiała władza absolutna. Człowiek, który wydawał polecenia, a one były wykonywane bez szemrania. Greta nie wysłała po mnie byle kogo. Aiden najwyraźniej wywnioskował z mojego głosu, że jego człowiek mnie zdenerwował. Miał też zresztą doskonały widok na moje napięte plecy.
– Jak sobie życzysz, szefie! – powiedział Luca w taki sposób, jakby skapitulował, ale spojrzenie sugerowało coś innego. – Jak sobie życzysz!
Kilka razy szarpnęłam niecierpliwie włosy, wydając z siebie przy tym parę niecenzuralnych pomruków.
– Pomóc ci?
Zignorowałam pytanie Aidena. Nie czekał na dalsze jęki i przekleństwa, tylko przyciągnął sobie fotel do pufy, na której siedziałam. Wyjął szczotkę ze skołtunionych włosów i odsunął moją rękę.
– Zostaw – zaprotestowałam.
Położył dłoń na moim karku i ścisnął lekko. Nigdy nie sądziłam, że czesanie włosów mogłoby się okazać erotycznym doznaniem_. Ożeż ty orzeszku!_ To było podniecające. Dobrze, że puchaty dres i szlafrok idealnie ukrywały stwardniałe sutki.
Zaskoczył mnie jeszcze bardziej, gdy zamiast szarpać się ze szczotką, wsunął dłonie w moje włosy. Przeczesywał je delikatnie palcami, rozplątując niesforne kosmyki. Przez chwilę masował skórę głowy, sprawiając, że się nieco rozluźniłam. Ciało relaksowało się pod zadziwiająco delikatnym dotykiem.
Albo mi się wydawało, albo w pokoju natychmiast zrobiło się o kilka stopni cieplej. Przyszło mi do głowy, że jak tak dalej pójdzie, wrócę do siebie spocona jak szczur albo zacznę ściągać z siebie ciuchy i przyznam, że Aiden i jego dłonie rozgrzewają lepiej niż herbata z prądem, ciepłe ubrania, prysznic i kaloryfer w jednym.
_Niedoczekanie! Będę cierpieć w milczeniu!_
Luca postawił na stoliku obok parującą miskę.
– Porzuciłeś program „dręczymy słabszych”? – zaatakowałam.
– Wymyślam nowe zniewagi – odparł spokojnie.
– Nigdy nie zostaniesz mistrzem, jeśli potrzebujesz na to tyle czasu.
Syknęłam, kiedy Aiden szarpnął niesforne skołtunione pasemko.
– Świat nie wytrzymałby z dwojgiem takich mistrzów jak wy – wtrącił swoim aksamitnym głosem.
– Ciebie i mnie dzielą lata świetlne – odparowałam bezmyślnie.
– W edukacji seksualnej na pewno.
Zmarszczyłam brwi z niedowierzaniem, a potem uderzyłam go łokciem w piszczel, który akurat miałam w zasięgu.
– Czemu znów sprowadzasz rozmowę do seksu? Niewyżyty jakiś jesteś, czy co?
– Nie, ale ciebie to wkurza, więc nie mogę sobie odmówić przyjemności.
Aiden złapał mnie za przedramiona, osadzając w miejscu, żebym się nie kręciła. Mimo kilku warstw ubrań wyraźnie czułam, że palcami opierał się o boki moich piersi. Gorąco uderzyło we mnie ze zdwojoną siłą, biegło od stóp i zatrzymało się dopiero na policzkach. Teraz czułam się jak w ogniu piekielnym. Kusiło mnie, by zdjąć szlafrok i zostać w samym dresie, ale pod nim nie miałam nic. Wyglądało na to, że o bieliźnie moi wybawcy zapomnieli. Najgorsze było jednak to, że sutki stały mi na baczność!
Nawet nie zauważyłam, że szczotka przesuwa się teraz płynnie po pasmach moich włosów.
– Dziękuję. – Pochyliłam się w stronę miski, uwalniając spod jego rąk w naiwnym przeświadczeniu, że moje ciało wróci do normalności i zapomni o podniecającym dotyku. Powąchałam zawartość. – Co to?
– Makaron z serem – odpowiedział Aiden, wkładając łyżkę do swojej porcji. – Podobnie jak Luca uważam, że gotowanie godzinami tylko po to, żeby zjeść w dziesięć minut, to największa bzdura świata.
– Mam nadzieję, że nie zamierzacie mnie po tym wszystkim po prostu otruć? – zażartowałam.
Ich spojrzenia były wymowne. Musiałam przyznać, zjadłam z apetytem. Zgłodniałam jednak tak bardzo, że pewnie smakowałby mi nawet gorący asfalt podany z kocim żwirkiem. Po skończeniu jedzenia zrobiłam się senna.
– Powinnaś się położyć – zaproponował Aiden, poprawiając koc na moich nogach. – Wyglądasz na zmęczoną. Masz worki pod oczami.
– To torebki Prady – odparowałam.
Mój komentarz wywołał zmarszczenie brwi u Aidena i parsknięcie śmiechu u Luki.
_Ktoś tu mógł się poszczycić poczuciem humoru kłody drewna. Ale za to ten magiczny dotyk… Cóż, nie można mieć wszystkiego!_
– Coś mi się wydaje, że czeka nas razem kupa dobrej zabawy.
– Z przewagą kupy? – zasugerowałam słodko, idąc do swojej sypialni.