Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Prawdziwe Kłamstwa. Baleary #7 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
9 września 2026
49,90
4990 pkt
punktów Virtualo

Prawdziwe Kłamstwa. Baleary #7 - ebook

Aiden Deveraux od lat funkcjonuje w świecie, w którym wszystko można sprowadzić do zer i jedynek. Jest ekspertem od cyberbezpieczeństwa, człowiekiem, który nie ufa przypadkom i nigdy nie działa pod wpływem emocji. Kiedy jednak wyrusza odebrać „polisę” Grety Eden, nie spodziewa się, że stanie twarzą w twarz z legendarną White Rabbit, z którą już kiedyś toczył własną cyfrową wojnę. Stefania Romanova całe życie była więźniem własnego nazwiska. Wychowana w izolacji mafijna księżniczka uciekła w świat kodów, marząc o wolności, która zawsze była poza jej zasięgiem. Gdy skrupulatnie opracowany plan zaczyna się komplikować, a czas przestaje być sprzymierzeńcem, nie może dłużej liczyć na Gretę. Zmuszona do działania na własną rękę, Stefania ryzykuje wszystko. Każde kłamstwo przybliża ją do celu i jednocześnie do upadku.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna polska
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397968554
Rozmiar pliku: 834 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Stefania

Po otrzy­ma­niu SMS-a od Gre­ty zro­bi­łam się nie­spo­koj­na. Wie­dzia­łam, że ten dzień na­dej­dzie, ale cze­mu dzi­siaj? Cze­mu aku­rat te­raz, przed okre­sem, kie­dy czu­łam się jak kupa gów­na? Ła­ma­ło mnie w ko­ściach, kom­plet­nie bra­ko­wa­ło mi ener­gii, a do tego od paru dni męczył ka­szel. Jak tak da­lej pój­dzie, umó­wię się do le­ka­rza. Czas mi się dłu­żył mimo hi­per­ak­tyw­no­ści. Mia­łam otwar­te po­nad dwa­dzie­ścia za­kła­dek w prze­glądar­ce in­ter­ne­to­wej, ale na żad­nej nie po­tra­fi­łam się sku­pić. Wci­ąż prze­ska­ki­wa­łam z jed­nej na dru­gą. Nie mo­głam so­bie na­wet zna­le­źć pa­su­jącej mu­zy­ki – bez prze­rwy zmie­nia­łam utwo­ry. Nic mi nie pa­so­wa­ło.

Scho­dzi­łam wła­śnie do kuch­ni po prysz­ni­cu, żeby wzi­ąć ko­lej­ną aspi­ry­nę, kie­dy do­bie­gły mnie gło­sy z po­ko­ju ochro­ny. Sta­nęłam przy drzwiach, kon­cen­tru­jąc się na pod­słu­chi­wa­niu.

– Ja­kiś Por­tu­gal­czyk! – rzu­cił z po­gar­dą je­den z ochro­nia­rzy.

– Kur­wa! – szep­nęłam do sie­bie.

– Weź paru lu­dzi. Spo­tka­nie ma się od­być na Five Po­ints. – Za­skrzy­pia­ły nogi krze­sła prze­su­wa­ne­go przez jed­ne­go z go­ry­li ojca. – Niech to wy­gląda na gang­ster­skie po­ra­chun­ki.

Prze­kra­dłam się do schow­ka sąsia­du­jące­go z ich po­ko­jem. Z ja­kie­goś po­wo­du tu było le­piej sły­chać. Wie­dzia­łam to z do­świad­cze­nia.

– Gdzie dziew­czy­na? – za­py­tał Olaf.

– Bra­ła prysz­nic na gó­rze – od­pa­rł Ju­rij.

– Zaj­rzyj do niej za ja­kiś czas i do­pil­nuj, żeby nie wy­szła.

_Po­wo­dze­nia, tu­ma­nie_.

Zna­łam co naj­mniej dwie dro­gi uciecz­ki, któ­re da­ły­by mi kil­ka go­dzin prze­wa­gi. Obec­nie jed­nak nie mo­głam sko­rzy­stać z żad­nej z nich, po­nie­waż mu­sia­łam ra­to­wać ty­łek pew­ne­mu por­tu­gal­skie­mu gang­ste­ro­wi. Od Five Po­ints dzie­li­ło nas ja­kieś trzy­dzie­ści mi­nut jaz­dy, chy­ba że ktoś znał nie­le­gal­ny skrót przez park.

_Boże, cze­go się nie robi dla wol­no­ści._

Kro­ki obu mężczyzn po­wo­li się od­da­la­ły.

_Co by tu zro­bić z Ju­ri­jem? Może nic?_ Za­kra­dłam się do po­ko­ju ochro­ny. Ma­ry­nar­ka mężczy­zny wi­sia­ła na opar­ciu. _Cie­ka­we, czy ma ja­kieś drob­ne na tak­sów­kę?_ Wy­ci­ągnęłam port­fel, a z nie­go spo­rą licz­bę bank­no­tów. BIN­GO! Usta roz­ci­ągnęły mi się w sze­ro­kim uśmie­chu. Szczęścia­ra ze mnie. Wyj­rza­łam na ko­ry­tarz. Nie było mowy, że­bym wró­ci­ła na górę się prze­brać, bo mu­sia­ła­bym mi­nąć sa­lon, gdzie Olaf wła­śnie włączył te­le­wi­zor. _Cud­nie!_

Jezu, do­brze, że mój szla­frok z kap­tu­rem oka­zał się jed­nym z tych cie­plut­kich, mi­lu­sich i mi­ęciut­kich. Jesz­cze le­piej, że mo­głam się nim okręcić nie­mal dwa razy. A już za­je­bi­ście, że mia­łam w kie­sze­ni te­le­fon. Go­rzej, że nie było szans na prze­krad­ni­ęcie się po ja­kieś buty. Spoj­rza­łam z ża­lem na bor­do­wy la­kier na pa­znok­ciach stóp.

_No trud­no, cze­go się nie robi dla wol­no­ści _– po­wtó­rzy­łam so­bie po raz ko­lej­ny w gło­wie.

Ze­szłam do ga­ra­żu i przez bocz­ne drzwi wy­do­sta­łam się na ze­wnątrz. Ta­ry­fa sto­jąca dwa domy da­lej wy­gląda­ła jak dar nie­bios. Wszech­świat wy­jąt­ko­wo stał dzi­siaj po mo­jej stro­nie. _Al­le­lu­ja!_ Uży­łam kodu Ola­fa, żeby otwo­rzyć furt­kę. Na­wet aż tak bar­dzo nie czu­łam chło­du pod sto­pa­mi. Cóż, ad­re­na­li­na ro­bi­ła swo­je. Po­bie­głam w stro­nę tak­sów­ki. Śnieg, któ­ry wczo­raj nie­spo­dzie­wa­nie za­szczy­cił nas swo­ją obec­no­ścią, szczy­pał po­de­szwy, ale sta­ra­łam się to igno­ro­wać.

_Niech mi ktoś jesz­cze raz wspo­mni o ocie­ple­niu kli­ma­tu, to go siek­nę! Jest pie­przo­ny kwie­cień! Mam na­dzie­ję, że nie wy­ły­sie­ję od la­ta­nia z mo­kry­mi wło­sa­mi w ze­ro­wej tem­pe­ra­tu­rze._

Wsko­czy­łam do tak­sów­ki.

– Cze­kam na ko­goś – ode­zwał się bur­kli­wie kie­row­ca.

– Ja po­trze­bu­ję trans­por­tu bar­dziej – po­wie­dzia­łam, uśmie­cha­jąc się za­lot­nie, po czym unio­słam bank­no­ty.

Kie­row­ca po­pa­trzył na mnie dziw­nie, ale – jako że kasa prze­ma­wia do wszyst­kich w uni­wer­sal­nym języ­ku po­ro­zu­mie­nia po­nad po­dzia­ła­mi – włączył tak­so­metr, jak­by wi­dok bo­sej ko­bie­ty z mo­kry­mi wło­sa­mi i w szla­fro­ku nie ro­bił na nim wra­że­nia. To w ko­ńcu pie­przo­ne Chi­ca­go, tu wszyst­ko mo­gło się zda­rzyć.

– Do­kąd?

– Do baru Five Po­ints na Stet­son. – Za­trze­po­ta­łam rzęsa­mi. – Je­śli zro­bisz nie­le­gal­ny skrót przez park, za­pła­cę eks­tra… – Prze­li­czy­łam bank­no­ty, któ­re zgar­nęłam z port­fe­la ochro­nia­rza. – Ty­si­ąc pi­ęćset?

Na ustach tak­sów­ka­rza po­ja­wił się chci­wy uśmie­szek.

– Się robi, sze­fo­wo.

– I pod­kręć ogrze­wa­nie – po­pro­si­łam.

– Ja­sne.

Wpa­try­wa­łam się w kra­jo­braz, dy­wa­gu­jąc, co wła­ści­wie po­win­nam zro­bić. We­jść do baru i ka­zać wszyst­kim paść na zie­mię jak w ja­ki­mś ta­nim fil­mie gang­ster­skim kla­sy D? Oznaj­mić: „Cze­ść, Aiden! Je­stem Ste­fa­nia. Lu­dzie mo­je­go ojca za­raz będą usi­ło­wa­li cię za­bić, po­zo­ru­jąc po­ra­chun­ki gan­gów, mimo że to nie­wła­ści­wa dziel­ni­ca…”?

Ale w su­mie ukry­wa­nie cór­ki ma­fij­ne­go cara w ser­cu Fa­mi­glii też nie było stan­dar­do­wym po­su­ni­ęciem. „Pod la­tar­nią naj­ciem­niej”, jak ma­wia się w kra­ju mo­je­go ojca.

Pa­trzy­łam na ze­ga­rek na kon­so­li, usi­łu­jąc osza­co­wać, ile zo­sta­ło mi cza­su. Je­śli eki­pa ude­rze­nio­wa utknie w kor­kach, mia­łam re­al­ną szan­sę ich wy­prze­dzić, je­śli nie… do­ta­rła­bym na styk. Ta ak­cja była chy­ba naj­głup­szą w ca­łym moim do­tych­cza­so­wym dwu­dzie­sto­ośmio­let­nim ży­ciu. A ro­bi­łam już ró­żne idio­ty­zmy. Gdy­by nie to, że Gre­ta skon­tak­to­wa­ła się ze mną wczo­raj, zi­gno­ro­wa­ła­bym tę sy­tu­ację. Nie moje ma­łpy, nie mój cyrk. Swój plan awa­ryj­ny i tak już mia­łam. Jed­nak gdy Ju­rij wspo­mniał o Por­tu­gal­czy­ku, roz­dzwo­ni­ły się wszyst­kie sy­re­ny alar­mo­we w mo­jej gło­wie. Nic nie szło tak, jak po­win­no. Przy­go­to­wa­łam się sta­ran­nie, spa­ko­wa­łam tor­bę na wy­pa­dek „ewa­ku­acji” i… Puff! Plan po­sze­dł z dy­mem, bo Por­tu­gal­czy­cy nie po­tra­fi­li so­bie od­po­wied­nio do­brać in­for­ma­to­ra.

_Trud­no. Brnij­my w to da­lej! Cze­mu nie? Gre­ta przy­naj­mniej do­star­czy mi me­ga­ro­zryw­ki! O ile wcze­śniej nie wy­plu­ję płuc przez ten ka­szel._

AIDEN

Pier­do­lo­ny dzwo­ne­czek brzęczący przy ka­żdym otwar­ciu drzwi do­pro­wa­dzał mnie do sza­łu. Te­raz ode­zwał się po­now­nie. Wy­bra­łem so­bie miej­sce na ko­ńcu baru, że­by­śmy w ra­zie cze­go mo­gli się na­tych­miast ulot­nić. Cze­ka­łem na kon­takt od Mike’a, któ­ry miał się tu ze mną spo­tkać, a od­gło­sy za­mie­sza­nia spra­wi­ły, że pod­nio­słem wzrok znad nie­tkni­ęte­go piwa. W we­jściu sta­ła bosa ko­bie­ta z mo­kry­mi wło­sa­mi i w szla­fro­ku. Wpa­try­wa­łem się w nią ni­czym w eg­zo­tycz­ne stwo­rze­nie, po­dob­nie zresz­tą jak po­zo­sta­li go­ście i ob­słu­ga baru. Roz­po­zna­nie było ni­czym ku­beł zim­nej wody.

_Ste­fa­nia._

– Wszy­scy na zie­mię! – wrza­snęła, rzu­ca­jąc się w moją stro­nę mi­ędzy sto­li­ka­mi.

Wpa­dła na mnie, kie­dy roz­le­gły się pierw­sze strza­ły. Za­miast po­zwo­lić się prze­wró­cić, prze­nio­słem ci­ężar wła­sne­go cia­ła i pod­ci­ąłem jej nogi. Za­sło­ni­łem ją, cho­wa­jąc nas za ba­rem, i po­ci­ągnąłem na podło­gę.

Odłam­ki szkła po­sy­pa­ły się z okien se­kun­dy pó­źniej. Kule z bro­ni ma­szy­no­wej wbi­ja­ły się se­ria­mi we wszyst­ko na swo­jej dro­dze. Z baru spa­da­ły roz­bi­te szklan­ki i kie­lisz­ki. Bu­tel­ki lądo­wa­ły na podło­dze, a al­ko­ho­le mie­sza­ły się w ka­łu­żach. Lu­dzie krzy­cze­li coś nie­skład­nie.

A po­tem za­le­gła ci­sza prze­rwa­na tyl­ko pi­skiem opon od­je­żdża­jących sa­mo­cho­dów. Wy­gląda­ło na to, że na­past­ni­cy nie za­mie­rza­li ani wcho­dzić i spraw­dzać, czy uda­ło im się osi­ągnąć cel – ja­ki­kol­wiek on był – ani po­sy­łać dru­giej se­rii tak a nuż wi­de­lec, żeby się upew­nić. _Je­ba­ni ama­to­rzy!_

Z ze­wnątrz na­pły­nęła fala mro­źne­go po­wie­trza. Unio­słem się na przed­ra­mio­nach, czu­jąc na swo­im kro­czu dwie drob­ne dło­nie. Zer­k­nąłem w bok. Klien­ci za­czy­na­li się roz­glądać, spraw­dza­jąc, czy nikt nie od­nió­sł ob­ra­żeń. Ktoś miał przy uchu te­le­fon i re­fe­ro­wał wy­da­rze­nia. Pew­nie za­dzwo­nił na nu­mer alar­mo­wy.

_Szlag!_

Dziew­czy­na po­ru­szy­ła się, wy­su­wa­jąc ręce spo­mi­ędzy mo­ich nóg. Za­ci­snąłem zęby, a ona uśmiech­nęła się sze­ro­ko. Unio­sła ubru­dzo­ny al­ko­ho­lem pa­lec i wsa­dzi­ła go do ust.

– Mniam – mruk­nęła, a krew na­pły­nęła do mo­je­go fiu­ta.

Pa­trzy­łem na nią jak urze­czo­ny, gdy ro­ze­śmia­ła się pe­łną pier­sią. _Kur­wa!_ Mia­ła prze­pi­ęk­ne oczy, z któ­rych te­raz pły­nęły łzy roz­ba­wie­nia. Pod­nio­słem się na ko­la­na.

– Wa­riat­ka – po­wie­dzia­łem bar­dziej do sie­bie niż do niej.

– Ca­łko­wi­ta! – po­twier­dzi­ła mi­ędzy par­sk­ni­ęcia­mi. – A ja­kie są two­je su­per­mo­ce?

– Kie­dyś je mia­łem, ale po­tem po­sze­dłem na te­ra­pię – od­pa­ro­wa­łem, a ona, za­miast się ob­ra­zić, znów się ro­ze­śmia­ła. Jej cia­ło wi­bro­wa­ło pode mną. – Mu­si­my się zbie­rać, je­śli chce­my znik­nąć nie­zau­wa­że­ni.

Pod­nio­słem gło­wę i spoj­rza­łem w ka­me­rę. Oby to było jed­no z tych bar­dzo no­wo­cze­snych urządzeń, do któ­rych da się wła­mać na od­le­gło­ść. Mó­głbym to zro­bić z te­le­fo­nu, ale naj­pierw mu­sia­łem za­jąć się dziew­czy­ną. Po­mo­głem jej wstać. Poły szla­fro­ka roz­chy­li­ły się, eks­po­nu­jąc do­lin­kę mi­ędzy pier­sia­mi i frag­ment kre­mo­we­go uda. Ma­te­riał na­si­ąkł al­ko­ho­lem. Otrze­pa­ła się ze szkła i za­kry­ła de­kolt. Jej wzrok ta­kże po­wędro­wał do ka­me­ry.

Prze­szła przez drzwi do kuch­ni, a mnie nie po­zo­sta­ło nic in­ne­go, jak pó­jść za nią. _Kom­plet­na wa­riat­ka!_ Zgar­nąłem po dro­dze swo­ją kurt­kę i ja­kiś dam­ski płaszcz. Skręci­ła do po­miesz­cze­nia z pla­kiet­ką: „Biu­ro”. Spoj­rza­ła na lap­to­pa.

– My­ślisz, że mamy pięć mi­nut? – spy­ta­ła, sia­da­jąc do kom­pu­te­ra. Zdu­si­ła ka­szel.

– Re­ak­cja chi­ca­gow­skiej po­li­cji w przy­pad­ku strze­la­ni­ny to sie­dem mi­nut – od­pa­rłem, przy­po­mniaw­szy so­bie sta­ty­sty­ki.

– A więc mamy. – Jej pal­ce za­częły śmi­gać po kla­wia­tu­rze. Bar­dziej jed­nak niż to, ja­kie­go kodu za­mie­rza­ła użyć, żeby wy­czy­ścić dysk, in­te­re­so­wa­ło mnie, co się dzie­je w ba­rze i gdzie są zbi­ry. Wy­jąłem te­le­fon i wy­sła­łem kod alar­mo­wy do Luki. W od­da­li roz­le­gły się sy­re­ny.

– Mu­si­my iść.

Zła­pa­łem ją za ra­mię i pod­nio­słem gwa­łtow­nie z krze­sła.

– Nie, daj mi sko­ńczyć, już pra­wie to roz­gry­złam.

Wy­rwa­łem lap­to­pa ze sta­cji do­ku­jącej, po czym wy­pi­ąłem ba­te­rię z tyłu. Nie po­trze­bo­wa­li­śmy tech­nicz­nych fa­jer­wer­ków. Ewen­tu­al­ne ko­pie za­pa­so­we w chmu­rze wy­ka­su­je­my zdal­nie. Ob­jąłem dziew­czy­nę ra­mie­niem i wy­pro­wa­dzi­łem na ko­ry­ta­rzyk pro­wa­dzący do kuch­ni. Po­bie­gła za mną z gło­śnym „No ej!”, ale kie­dy wrzu­ci­łem kom­pu­ter do wiel­kiej pa­tel­ni prze­my­sło­wej z wrzącym ole­jem, za­wy­ro­ko­wa­ła:

– Też sku­tecz­nie.

Unio­słem aro­ganc­ko brew. _Co ty nie po­wiesz?_

Wy­szli­śmy na mro­źne po­wie­trze, więc po­da­łem jej płaszcz. Kie­dy zrzu­ci­ła z sie­bie po­pla­mio­ny al­ko­ho­lem szla­frok, opa­dła mi szczęka. Pod nim była naga, jak ją pan Bóg stwo­rzył. Pier­si ster­czące na bacz­no­ść czer­wo­ny­mi sut­ka­mi. Dłu­gie nogi. Ła­będzia szy­ja. Wąska ta­lia.

_KUR­WA! Te­raz będę miał wi­ęk­szo­ść krwi nie w tej gło­wie, co trze­ba!_

Si­ęga­jąc po te­le­fon, ro­zej­rza­łem się po par­kin­gu. Na zha­ko­wa­nie któ­re­goś z aut po­trze­bo­wa­łem ja­ki­chś dwóch mi­nut.

_Cho­ciaż przy ta­kich roz­pra­sza­czach to pew­nie z dzie­si­ęciu! Szlag by to!_

– I co te­raz? – spy­ta­ła, prze­stępu­jąc z nogi na nogę. Ze­bra­ła nie­co śnie­gu i z gło­śnym syk­ni­ęciem usi­ło­wa­ła oczy­ścić le­pi­ącą się od al­ko­ho­lu łyd­kę przed wło­że­niem no­we­go okry­cia.

– Daj mi chwi­lę.

Scho­wa­łem pi­sto­let za pa­sek dżin­sów i, śmi­ga­jąc kciu­kiem po ekra­nie, po­bie­ra­łem kody aut. Kątem oka od­no­to­wa­łem, że u zbie­gu ud mia­ła wy­ta­tu­owa­ną nie­wiel­ką strza­łkę. Mój mózg za­wie­sił się na zie­lo­nym tu­szu.

_Ja pier­do­lę! Aiden, skup się! Niech to wszyst­ko ja­sna cho­le­ra!_

Wró­ci­łem wzro­kiem do te­le­fo­nu. Kur­wa!

Ste­fa­nia za­czy­na­ła szczękać zęba­mi z zim­na. Przy akom­pa­nia­men­cie wes­tchnień i po­mru­ków wło­ży­ła płaszcz.

_Jezu, czy ta­kie same dźwi­ęki wy­da­wa­ła w cza­sie sek­su?_

Scho­wa­ła dło­nie do kie­sze­ni. Zer­k­nęła na mnie z cwa­niac­kim uśmie­chem. Je­den z sa­mo­cho­dów za­mi­gał świa­tła­mi awa­ryj­ny­mi.

– Bin­go – skwi­to­wa­ła.

Za­nim zro­bi­ła cho­ćby krok, prze­rzu­ci­łem ją so­bie przez ra­mię. Pi­snęła uro­czo, a po­tem się ro­ze­śmia­ła. _Mar­go nie mó­wi­ła, że to wa­riat­ka!_

Otwo­rzy­łem drzwi do Ran­ge Ro­ve­ra i po­sa­dzi­łem dziew­czy­nę na sie­dze­niu, po czym sam wsko­czy­łem za kie­row­ni­cę. Wy­je­cha­łem z par­kin­gu se­kun­dy przed tym, nim pierw­szy ra­dio­wóz po­ja­wił się na miej­scu. Za­pi­ąłem pasy, bo wkur­wiał mnie dźwi­ęk, jaki wy­da­wa­ło auto.

– Jak mnie zna­la­złaś?

Pod­kręci­ła ogrze­wa­nie, kie­ru­jąc na­dmuch na sto­py.

– Pod­słu­cha­łam roz­mo­wę ochro­nia­rzy.

– Jak wy­do­sta­łaś się z domu?

Uśmiech­nęła się sze­ro­ko.

– To ta­jem­ni­ca, ale mogę ci zdra­dzić, że fa­cet, któ­ry mnie dzi­siaj pil­no­wał, jest naj­głup­szy z nich wszyst­kich. Pew­nie my­śli, że na­dal bio­rę prysz­nic.

– Bra­łaś prysz­nic?

– Ależ skąd! – za­prze­czy­ła iro­nicz­nie. – Co­dzien­nie bie­gam po mie­ście naga, bosa i mo­kra, ra­tu­jąc ob­cych lu­dzi, kie­dy wo­la­ła­bym le­żeć w łó­żku na­fa­sze­ro­wa­na aspi­ry­ną. – Zaj­rza­ła pod płaszcz. Mi­mo­wol­nie ta­kże usi­ło­wa­łem coś do­strzec. – Ups! Za­po­mnia­łam wło­żyć ko­stiu­mu Won­der Wo­man, kie­dy usły­sza­łam two­je wo­ła­nie o po­moc.

_Je­zus, tra­fi­ła mi się kom­plet­na świ­ru­ska!_

Zmie­rzy­łem ją ba­daw­czym spoj­rze­niem, po czym sku­pi­łem się na pro­wa­dze­niu auta i na­wi­go­wa­niu w ru­chu ulicz­nym. Na ra­zie nie po­ru­sza­łem się w żad­nym kon­kret­nym kie­run­ku. Cho­dzi­ło o to, żeby od­da­lić się z miej­sca zda­rze­nia. I tak będzie­my się mu­sie­li po­zbyć tego sa­mo­cho­du. I to czym prędzej.

– Li­czę na to, że masz ja­kiś plan, bo ja nie mam nic. Na­wet bu­tów – za­śmia­ła się.

– Mia­łem plan.

Opu­ści­łem obie osło­ny prze­ciw­sło­necz­ne i wje­cha­łem na par­king w cen­trum han­dlo­wym.

– Je­den? Tyle li­ter w al­fa­be­cie, a ty opra­co­wa­łeś tyl­ko plan A?

– Wolę cy­fry. – Zga­si­łem sil­nik.

– Oczy­wi­ście. Są tyl­ko dwa typy lu­dzi: zera i je­dyn­ki.

Od­wró­ci­łem się do niej na sie­dze­niu za­sko­czo­ny, że zna­ła ten żart. Kod bi­nar­ny za­wie­ra tyl­ko zera i je­dyn­ki.

– Na ra­zie mu­si­my cię ubrać.

Wy­sia­dłem z auta. Ona zro­bi­ła to samo i po­bie­gła truch­ci­kiem w stro­nę we­jścia. Cze­ka­ła na mnie tuż za prze­suw­ny­mi drzwia­mi. Chwy­ci­łem ją za rękę i po­ci­ągnąłem za sobą. Lu­dzie dziw­nie się na nas pa­trzy­li. Ste­fa­nia przy­bra­ła minę ob­ra­żo­nej ksi­ężnicz­ki, a na mo­jej twa­rzy nie ma­lo­wa­ły się żad­ne emo­cje – two­rzy­li­śmy duet god­ny fali szep­tów i do­my­słów.

Skie­ro­wa­ła się do jed­ne­go z tych bu­ti­ków, w któ­rych by­łeś w sta­nie ku­pić wszyst­ko, od bie­li­zny po buty i do­dat­ki.

– Co się, na Boga, sta­ło? – za­py­ta­ła za­sko­czo­na eks­pe­dient­ka.

Ste­fa­nia ro­ze­śmia­ła się i ob­ra­żo­nym to­nem opo­wie­dzia­ła hi­sto­ryj­kę, jak to znów ma­ru­dzi­ła przed lu­strem, że nie ma się w co ubrać, więc w przy­pły­wie wście­kło­ści na­rzu­ci­łem na nią płaszcz i za­bra­łem na za­ku­py. Kie­dy prze­cho­dzi­ły obok w po­szu­ki­wa­niu od­po­wied­nich roz­mia­rów, obie zmie­rzy­ły mnie spoj­rze­nia­mi. Sprze­daw­czy­ni za­pew­ne ma­rzy­ła, żeby jej fa­cet cho­ciaż raz ją tak po­trak­to­wał.

– Śpie­szy nam się – rzu­ci­łem od nie­chce­nia, wy­sy­ła­jąc do Luki in­for­ma­cję, co się sta­ło i gdzie obec­nie je­ste­śmy. Po­tem za­jąłem się ka­me­ra­mi w cen­trum han­dlo­wym. Dziw­nym zbie­giem oko­licz­no­ści wszyst­kie, któ­re mi­nęli­śmy i mi­nie­my, za­li­czy­ły awa­rię.

Na szczęście Ste­fa­nia ro­zu­mia­ła ko­niecz­no­ść po­śpie­chu. Zgod­nie ze sło­wa­mi Gre­ty zo­sta­ła do­bro­wol­ną uczest­nicz­ką tej sza­ra­dy i nie trze­ba jej było do ni­cze­go zmu­szać. Kil­ka­na­ście mi­nut pó­źniej wy­sze­dłem z bu­ti­ku z ba­jo­ńskim ra­chun­kiem i ko­bie­tą ubra­ną od­po­wied­nio do po­go­dy. Ze zdzi­wie­niem za­uwa­ży­łem, że jej wło­sy wca­le nie mia­ły ko­lo­ru ja­sny blond, jak mi się zda­wa­ło, gdy były mo­kre. Oka­za­ły się srebr­ne, miej­sca­mi wpa­da­jące na­wet w de­li­kat­ny od­cień błęki­tu. Urze­ka­jące i fa­scy­nu­jące w po­łącze­niu z nie­bie­ski­mi ocza­mi.

Za­pa­rło mi dech, kie­dy opu­ści­ła prze­bie­ral­nię. Nie mia­ła na twa­rzy gra­ma ma­ki­ja­żu, ale i bez nie­go ro­bi­ła tak nie­sa­mo­wi­te wra­że­nie, że krew spły­nęła mi częścio­wo po­ni­żej pa­ska w spodniach. Wło­sy spi­ęła w wy­so­ki ku­cyk, dżin­sy opi­na­ły zgrab­ny ty­łe­czek, a czar­na ko­szul­ka wy­ra­źnie uno­si­ła się na pier­siach. Do­sko­na­le wie­dzia­łem, że nie jest to za­słu­ga żad­ne­go z tych cho­ler­nych oszu­ka­ńczych sta­ni­ków. Sto pro­cent ko­bie­ty w ko­bie­cie. Na nogi wło­ży­ła czar­ne ko­za­ki na nie­wiel­kim ob­ca­sie. Przy­naj­mniej u niej my­śle­nie nie szwan­ko­wa­ło. Nie po­tra­fi­łem po­jąć, jak So­fia na­wet zimą bie­ga­ła na wy­so­kim ob­ca­sie i nie zła­ma­ła do­tąd kost­ki na lo­dzie czy śnie­gu. Na szczęście Ste­fa­nia mia­ła le­piej po­ukła­da­ne w gło­wie.

Wci­ągnęła na sie­bie swe­ter i si­ęgnęła po kurt­kę z kap­tu­rem, po czym po­pro­wa­dzi­ła mnie w stro­nę ka­wiar­ni.

– Kawa. I ciast­ko – rzu­ci­ła na­gląco. Jej oczy błysz­cza­ły jak u pod­eks­cy­to­wa­ne­go ma­łe­go dziec­ka. Jak u An­to­nii, kie­dy w ko­ńcu ja­kiś fa­cet bie­rze ją na ręce i przy­tu­la do pier­si.

– Nie.

– Tak!

Za­trzy­ma­ła się gwa­łtow­nie, wy­rwa­ła dłoń z mo­jej dło­ni i tup­nęła nogą ni­czym roz­wy­drzo­ny ba­chor. Za­zgrzy­ta­łem zęba­mi. By­łem prze­ko­na­ny, że urządzi sce­nę, więc zmru­ży­łem oczy, przy­go­to­wu­jąc się do wy­nie­sie­nia jej siłą. _Ja pier­do­lę, Mar­go w ży­ciu mi się za to nie wy­pła­ci. Zwa­riu­ję z tą la­ską. Czy ona w ogó­le była pe­łno­let­nia?_ Coś w moim wzro­ku mu­sia­ło jed­nak prze­ko­nać Ste­fa­nię, że nie war­to dla kawy i ciast­ka prze­żyć upo­ko­rze­nia, któ­re mo­głem jej za­ser­wo­wać.

– Pó­źniej? – Za­trze­po­ta­ła ko­kie­te­ryj­nie rzęsa­mi.

Wy­ci­ągnąłem do niej rękę, a ona bez wa­ha­nia po­da­ła mi swo­ją. Luca cze­kał na nas na par­kin­gu. Za­pa­ko­wa­łem Ste­fa­nię na tyl­ne sie­dze­nie i włączy­łem blo­ka­dę ro­dzi­ciel­ską w drzwiach. Dość nie­spo­dzia­nek na dzi­siaj. Z fa­scy­na­cją ob­ser­wo­wa­łem, jak z ro­ze­śmia­nej dziew­czyn­ki zmie­nia się w po­wa­żną ko­bie­tę.

_Ile ma oso­bo­wo­ści? I dla­cze­go, do kur­wy, chcia­łbym po­znać je wszyst­kie? Bo lu­dzie to zera i je­dyn­ki! Dla­te­go._

– To jaki mamy plan? – spy­ta­ła do­cie­kli­wie.

– Może na po­czątek nie dać się za­bić? – za­su­ge­ro­wał Luca.

– Wy­bra­ła was ze względu na uro­dę? Bo z pew­no­ścią nie z po­wo­du in­te­lek­tu.

– Wci­ąż ży­jesz, tak? – od­pa­ro­wał.

– Nie dzi­ęki wam! – rzu­ci­ła nie­zbyt uprzej­mym to­nem. – I to ra­czej on – wska­za­ła w moją stro­nę – żyje dzi­ęki mnie, a nie od­wrot­nie. Plan prze­wi­dy­wał chy­ba, że to wy chro­ni­cie mnie, a nie ja was, praw­da?

– Usi­ądź na du­pie i ciesz się prze­ja­żdżką.

– Ojej, prze­pra­szam, że czu­jesz się ura­żo­ny moim zdro­wym roz­sąd­kiem – sark­nęła.

Sta­ra­łem się skon­cen­tro­wać na ta­ble­cie, któ­ry dał mi Luca. Pod­czas gdy on la­wi­ro­wał uli­ca­mi, ja prze­gląda­łem dane, zu­pe­łnie igno­ru­jąc utarcz­kę.

– Czy ona ma przy­cisk wy­ci­sze­nia? – spy­tał po por­tu­gal­sku.

– Te mo­de­le nie wy­cho­dzą z in­struk­cją – od­pa­rłem se­rio, usta­wia­jąc na­wi­ga­cję na cel, jaki ob­ra­łem dla na­szej trój­ki. W za­ist­nia­łych oko­licz­no­ściach pró­ba do­sta­nia się na lot­ni­sko do pry­wat­ne­go od­rzu­tow­ca by­ła­by zbyt ry­zy­kow­na. Le­piej wy­na­jąć ja­kiś czar­ter i spró­bo­wać nim wró­cić do domu.

Włączy­łem ra­dio i usta­wi­łem mu­zy­kę kla­sycz­ną. _Dzia­dek do orze­chów_ nie tyl­ko wy­da­wał się ca­łkiem przy­jem­nym wy­bo­rem, ale też dość szyb­ko uśpił Ste­fa­nię. Nie­ste­ty obu­dzi­ła się, gdy tyl­ko sta­nęli­śmy, by za­tan­ko­wać i zro­bić za­pa­sy je­dze­nia. Po­ta­rła oczy, jak­by mia­ła pięć lat.

– Czy mogę do­stać te­raz moją kawę i ciast­ko? – Jej głos był sek­sow­nie za­spa­ny. Po­da­ła mi kurt­kę z tyl­ne­go sie­dze­nia, za­sła­nia­jąc usta dło­nią, kie­dy za­częła kasz­leć.

– Od daw­na masz ten ka­szel?

– Czy­żbyś się o mnie mar­twił, Ro­meo? – Pu­ści­ła do mnie oczko.

– Sko­rzy­staj z to­a­le­ty – po­ra­dzi­łem, wy­sia­da­jąc.

Po­ki­wa­ła gło­wą. Nie po­do­ba­ły mi się jej sztyw­ne ru­chy ani ten dziw­nie świsz­czący od­dech. Na dwo­rze było wpraw­dzie tyl­ko ze dwa na mi­nu­sie, ale ona w sa­mym szla­fro­ku i na bo­sa­ka prze­szła dość dłu­gą dro­gę. Na­praw­dę wo­la­łem, żeby mi się nie roz­cho­ro­wa­ła. To by moc­no skom­pli­ko­wa­ło na­szą sy­tu­ację.

– W po­rząd­ku?

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i skie­ro­wa­ła się do bu­dyn­ku sta­cji ben­zy­no­wej. Zo­sta­wiw­szy Lucę, po­sze­dłem za nią i wy­bra­łem je­dze­nie na naj­bli­ższe kil­ka dni. Za­no­si­ło się na to, że nie będzie­my się odży­wiać zdro­wo. Kie­dy spy­ta­łem o ap­te­kę, fa­cet z ob­słu­gi wska­zał mi li­za­kiem prze­ciw­ną stro­nę uli­cy. Szyld „24/7” wy­da­wał się ze mnie szy­dzić. Ja­kim cu­dem nie za­uwa­ży­łem go, ska­nu­jąc wzro­kiem oto­cze­nie?

_Może za dłu­go pa­trzy­łeś na ty­łek Ste­fa­nii?_

Zgar­nąłem dwie tor­by, a ona kawy w wy­tłocz­ce i ciast­ka. Po­cze­ka­łem, aż wsi­ądzie do auta, po czym upew­ni­łem się, że drzwi są za­bez­pie­czo­ne.

– Pod­je­dź na­prze­ciw­ko – roz­ka­za­łem Luce, zaj­mu­jąc fo­tel pa­sa­że­ra.

W ap­te­ce spędzi­łem kil­ka­na­ście mi­nut, wy­bie­ra­jąc parę dro­bia­zgów nie tyl­ko lecz­ni­czych. Wrzu­ci­łem wszyst­ko do ba­ga­żni­ka, da­łem znak Luce, że jesz­cze chwi­la, po czym wy­bra­łem nu­mer Mike’a Ol­se­na. Przy­wi­tał mnie sło­wa­mi:

– Za­ło­żę się, że w Chi­ca­go jest i tak cie­plej niż w Mo­skwie.

– A to wa­żne? – spy­ta­łem, zdez­o­rien­to­wa­ny.

– Taki wstęp, w ra­zie gdy­byś miał ocho­tę na­rze­kać, że wo­la­łbyś być na moim miej­scu.

– Nie za­mie­rzam – za­pew­ni­łem. – Wy­pa­dły nam pew­ne kom­pli­ka­cje.

– Zdąży­li­śmy się już zo­rien­to­wać z lo­kal­nych wia­do­mo­ści oraz śred­nio przy­jem­ne­go te­le­fo­nu od Gio­van­nie­go Vi­tiel­le­go. Strasz­ny cho­le­ryk.

– Na ra­zie przy­cza­imy się w jego dom­ku nad je­zio­rem, ale to mak­sy­mal­nie na dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny. Może czter­dzie­ści osiem – po­pra­wi­łem się. – Chcę być w po­wie­trzu naj­szyb­ciej, jak się da. Opu­bli­ko­wa­li na­sze ry­so­pi­sy albo zdjęcia?

– Nie mają nic, co mo­gło­by do­pro­wa­dzić do was.

– Vi­tiel­li będzie stwa­rzał kło­po­ty?

– Nie, nie będzie – za­pew­ni­ła Mar­go.

– Ro­sja­nie zo­rien­to­wa­li się już, co się sta­ło?

– Z tego, co nam uprzej­mie do­nie­sio­no, tak – włączył się mil­czący do­tąd Mar­co. – Usi­łu­ją was na­mie­rzyć. Nie wiem, czy wpad­ną na po­my­sł spraw­dze­nia pod la­tar­nią, czy­li w domu Vi­tiel­lich, bo to jed­nak spo­ry ka­wa­łek i jest zim­no.

– Za­dzwo­nię pó­źniej – usi­ło­wa­łem za­ko­ńczyć roz­mo­wę.

– Czy wszyst­ko z nią w po­rząd­ku? – do­sze­dł mnie jesz­cze za­nie­po­ko­jo­ny głos Mar­go.

– Fi­zycz­nie tak. Psy­chicz­nie… Mo­głaś mnie uprze­dzić, że to wa­riat­ka – mruk­nąłem z pre­ten­sją. – Czy to nor­mal­ne, że ko­bie­ty w jed­nej se­kun­dzie za­cho­wu­ją się jak roz­wy­drzo­ne pi­ęcio­lat­ki, a w na­stęp­nej usi­łu­ją cię spoj­rze­niem za­mie­nić w ka­mień?

– Tak! – od­par­li zgod­nie Mike i Mar­co.

– Jak się z tym wal­czy?

– Se­rio, Aiden?! – Mar­go się za­śmia­ła. – Daj znać, jak wpad­niesz w ja­kieś praw­dzi­we kło­po­ty! – Po tych sło­wach się roz­łączy­ła.

_Jak Mar­co to zno­sił?_

ROZDZIAŁ 2

Aiden

_Kur­wa, cho­ciaż raz chcia­łbym się po­my­lić!_

Ste­fa­nia za­częła go­rącz­ko­wać jesz­cze w dro­dze, a jej stan po­gar­szał się na tyle szyb­ko, że le­d­wo uda­ło mi się ją zła­pać, gdy nogi ugi­ęły się pod nią na pod­je­ździe dom­ku. Rzu­ci­łem klu­cze Luce i za­nio­słem ją do środ­ka, po czym po­ło­ży­łem na ka­na­pie i z siat­ki z ap­te­ki wy­ci­ągnąłem ter­mo­metr. Pra­wie trzy­dzie­ści dzie­wi­ęć stop­ni.

Dziew­czy­na po­trze­bo­wa­ła cie­pła i wy­po­czyn­ku. Nie­ste­ty ga­zo­wy sys­tem ogrze­wa­nia bu­dyn­ku nie na­le­żał ani do naj­now­szych, ani do naj­spraw­niej­szych. Wie­dzia­łem, że mi­nie spo­ro cza­su, za­nim tem­pe­ra­tu­ra się pod­nie­sie, więc zo­sta­ło nam na­pa­le­nie w ko­min­ku.

– Przy­nieś z sa­mo­cho­du ap­tecz­kę – po­le­ci­łem Luce, a ja wy­jąłem ku­pio­ny w ap­te­ce ibu­pro­fen w pły­nie. Nie miał mak­sy­mal­nej daw­ki, ale po­wi­nien na krót­ką metę zdać eg­za­min. Po­kle­pa­łem dziew­czy­nę de­li­kat­nie po po­licz­ku. – Ste­fa­nia.

– Nie na­zy­waj mnie tak – wy­mru­cza­ła sła­bo.

– Jak tyl­ko we­źmiesz leki, po­zwo­lę ci spać. No już – za­chęci­łem. – Otwie­raj bu­zię.

– Ka­żdej la­sce to pro­po­nu­jesz?

– Tyl­ko tym spe­cjal­nej tro­ski.

Otwo­rzy­ła nie­bie­skie oczy. Na­ci­snąłem kciu­kiem na jej bro­dę. Roz­chy­li­ła usta, więc wla­łem do środ­ka lek. Nie­po­rad­nie zdjęła kurt­kę, a ja si­ęgnąłem po koc, żeby po­móc jej się nim owi­nąć.

– Go­rąco mi – za­pro­te­sto­wa­ła.

– W tej chwi­li tak, ale za pół go­dzi­ny będziesz szczękać zęba­mi – ostrze­głem.

– To wte­dy się przy­kry­ję.

_Upar­te stwo­rze­nie. Jak inni dają so­bie z nimi radę?_

Po­sze­dłem do anek­su ku­chen­ne­go i wsta­wi­łem wodę, żeby przy­go­to­wać leki na prze­zi­ębie­nie. Luca po­ło­żył ap­tecz­kę na sto­le. Przej­rza­łem jej za­war­to­ść, ale nie zna­la­złem nic przy­dat­ne­go. Po­zo­sta­ło mi to, co sam ku­pi­łem. Krzy­wi­ąc się, odło­ży­łem z po­wro­tem maść z an­ty­bio­ty­kiem.

– Je­śli pseu­do­efe­dry­na nie po­mo­że, będzie­my mu­sie­li prze­ko­nać ap­te­ka­rza, że po­trze­bu­je­my cze­goś eks­tra.

– Chcesz cze­kać do rana? – spy­tał, zer­ka­jąc z nie­po­ko­jem na Ste­fa­nię. – Prze­sta­wi­łem sa­mo­chód za dom, ale pada śnieg, więc ist­nie­je re­al­ne za­gro­że­nie, że mo­że­my się nie wy­grze­bać z zasp.

– W ra­zie cze­go zo­sta­je nam zim­ny prysz­nic.

– Ale do­cie­ra do was, po­je­by, że ja wszyst­ko sły­szę? – do­sze­dł nas znie­sma­czo­ny głos Ste­fa­nii.

Luca ze znie­cier­pli­wie­niem spoj­rzał w su­fit, kie­dy roz­kasz­la­ła się na do­bre.

– Zro­bię coś do żar­cia – oznaj­mił, ści­ąga­jąc kurt­kę. – Idź, wręcz kró­lew­nie be­rło, o ile znaj­dziesz ja­kąś szczot­kę do ki­bla w ła­zien­ce.

– Cham i pro­stak! – po­wie­dzia­ła po ro­syj­sku.

Przy­nio­słem z sa­mo­cho­du resz­tę na­szych rze­czy. Całą broń po­roz­kła­da­łem w miej­scach do­god­nych do obro­ny. Usia­dłem do ta­ble­tu i unie­ru­cho­mi­łem chip sil­ni­ka. Z kuch­ni za­czął do­cho­dzić sma­ko­wi­ty za­pach sera. Zer­k­nąłem na Ste­fa­nię, sku­lo­ną na ka­na­pie.

– Zim­no ci?

– Tyl­ko w sto­py – przy­zna­ła.

Kuc­nąłem przed nią. Po­zwo­li­ła so­bie ści­ągnąć buty, ale syk­nęła, kie­dy do­tknąłem za­czer­wie­nio­nej skó­ry. Jej cia­ło było lo­do­wa­te.

– Masz ja­kiś fe­tysz zwi­ąza­ny ze sto­pa­mi i bó­lem? – spy­ta­ła iro­nicz­nie.

– Do­ce­niam two­je po­świ­ęce­nie, ale to było na­praw­dę głu­pie.

Przy­ci­ągnąłem so­bie pod­nó­żek i przy­sia­dłem na nim. Roz­pi­ąłem blu­zę, wy­ci­ągnąłem ko­szul­kę ze spodni i zro­bi­łem coś, cze­go się nie spo­dzie­wa­ła: wsu­nąłem jej sto­py pod ma­te­riał i opa­rłem na swo­im go­rącym brzu­chu, po czym za­blo­ko­wa­łem jej po­ten­cjal­ne ru­chy, obej­mu­jąc łyd­ki. Nie była przy­go­to­wa­na na falę bólu, jaka za tym przy­szła. Jęk­nęła gło­śno i prze­ci­ągle, usi­łu­jąc mnie ode­pchnąć. Nic z tego. Zła­pa­ła mnie za ra­mio­na, a na­sze czo­ła się ze­tknęły. Kie­dy pierw­sza łza spa­dła na moje przed­ra­mię, wsu­nąłem pal­ce pod masę wło­sów, na kark. Moja dłoń wy­da­wa­ła się chłod­na w kon­tak­cie z roz­pa­lo­ną skó­rą. Ste­fa­nia po­ci­ągnęła no­sem.

Jed­na z jej rąk opa­dła na ko­la­na i z za­sko­cze­niem do­strze­głem ta­tu­aż na nad­garst­ku. Nie, że­bym po­czuł się za­alar­mo­wa­ny. Zna­łem wie­lu lu­dzi ma­jących ta­tu­aże. Ten na­wi­ązy­wał chy­ba do _Ali­cji w Kra­inie Cza­rów_. Lu­stro z od­bi­ja­jącą się w nim kar­tą kró­lo­wej kier. W ob­ra­mo­wa­niu zwier­cia­dła zaś – choć żeby doj­rzeć te de­ta­le, trze­ba się było uwa­żniej przyj­rzeć – syl­wet­ka dziew­czyn­ki na go­dzi­nie szó­stej, ka­pe­lusz i fi­li­żan­ka na trze­ciej, ze­ga­rek kie­szon­ko­wy na dzie­wi­ątej, a w cen­tral­nym miej­scu, na go­dzi­nie dwu­na­stej – mały za­jączek, któ­ry jako je­dy­ny z ele­men­tów nie zo­stał wy­pe­łnio­ny tu­szem.

– W po­rząd­ku? – za­py­ta­łem ci­cho.

Po­ki­wa­ła gło­wą, pod­no­sząc na mnie za­łza­wio­ne oczy.

– Sa­dy­sta!

– Ju­tro będziesz mi dzi­ęko­wać.

– Póki co dzi­siaj będę na­rze­kać.

Luca przy­nió­sł pa­ru­jący ku­bek.

– Pij her­ba­tę. Tyl­ko po­wo­li – ostrze­głem.

Po­ci­ągnęła duży łyk, na chwi­lę znie­ru­cho­mia­ła, a po­tem oczy za­szły jej łza­mi i z gar­dła wy­rwał się ka­szel, któ­ry brzmiał zde­cy­do­wa­nie zbyt mo­kro i ci­ężko. Pry­cha­ła do cza­su, aż al­ko­hol prze­stał dra­żnić wra­żli­wą ślu­zów­kę. Cały czas po­sy­ła­ła mi mor­der­cze spoj­rze­nia.

– Sa­dy­sta – po­wtó­rzy­ła ochry­ple.

Opa­rłem łok­cie o ko­la­na, wpa­tru­jąc się w nią in­ten­syw­nie.

– Prze­cież po­wie­dzia­łem: „po­wo­li”. Na­ucz się słu­chać, co do cie­bie mó­wię.

– Słu­cha­ła­bym, gdy­byś mó­wił w ja­ki­mś zro­zu­mia­łym języ­ku – od­gry­zła się.

Mie­rzy­li­śmy się chwi­lę spoj­rze­nia­mi. Wy­jąłem jej sto­py spod ko­szul­ki i na­ci­ągnąłem na nie skar­pet­ki. Zo­sta­wi­łem ją na chwi­lę, żeby przy­nie­ść do­dat­ko­wy koc i swo­ją gru­bą blu­zę ter­micz­ną.

– Pro­szę – rzu­ci­łem, wręcza­jąc jej rze­czy. – Cho­ciaż uwa­żam, że naj­le­piej by ci zro­bił go­rący prysz­nic.

STE­FA­NIA

Łyp­nęłam na nie­go złow­ro­go znad kub­ka.

_Za nic w świe­cie nie wło­żę blu­zy pach­nącej jego per­fu­ma­mi! Boże, ten fa­cet był pod­lej­szy, niż do­tych­czas przy­pusz­cza­łam. Albo nie zda­wał so­bie spra­wy, jak dzia­ła na mnie jego za­pach, albo wręcz prze­ciw­nie i ro­bił to z pre­me­dy­ta­cją, by mnie zde­kon­cen­tro­wać. Wy­so­ka go­rącz­ka wy­star­czy­ła, że­bym le­d­wo pa­no­wa­ła nad języ­kiem._

– By­łeś na ja­ki­mś kur­sie dręcze­nia słab­szych?

Nie­mal się uśmiech­nął.

– Jesz­cze nie, ale wo­la­łbym po­bie­rać lek­cje u mi­strzy­ni. Dro­go li­czysz?

Zmru­ży­łam oczy i przez chwi­lę na se­rio roz­wa­ża­łam, czy nie rzu­cić w nie­go kub­kiem. Po­tem jed­nak do­szłam do wnio­sku, że szko­da go­rącej, roz­grze­wa­jącej od środ­ka her­ba­ty. Stał z unie­sio­ny­mi brwia­mi i cze­kał na ci­ętą ri­po­stę, któ­ra ja­koś nie chcia­ła mi przy­jść do gło­wy. Co wi­ęcej, uzna­łam, że z tym za­wa­diac­kim uśmiesz­kiem wy­glądał ca­łkiem sek­sow­nie_._

_Sek­sow­nie?! Cho­le­ra!_

Z wra­że­nia ob­la­łam się her­ba­tą.

– Chy­ba jed­nak pój­dę pod ten prysz­nic – po­wie­dzia­łam, ście­ra­jąc z bro­dy stru­my­czek.

Z całą god­no­ścią, na jaką było mnie stać, po­ma­sze­ro­wa­łam przed sie­bie, ci­ągnąc za sobą koc ni­czym płaszcz Bat­ma­na. Za­wa­ha­łam się przed ko­ry­ta­rzem. Ta pie­przo­na go­rącz­ka da­wa­ła mi się we zna­ki, bo jak idiot­ka nie wzi­ęłam pod uwa­gę, że na­le­ża­ło za­py­tać, gdzie jest ła­zien­ka.

– Pierw­sze drzwi na lewo – pod­po­wie­dział uprzej­mie. – Zaj­rzę do cie­bie za parę mi­nut.

Prysz­nic oka­zał się nie­bia­ński. Wpraw­dzie tro­chę kręci­ło mi się w gło­wie, ale za to przy­jem­nie się roz­grza­łam. Kto­kol­wiek tu miesz­kał, miał do­sko­na­ły gust, je­śli cho­dzi o ko­sme­ty­ki. Uwiel­bia­łam zie­lo­ne Ô D’Azur Lan­côme. Ten za­pach spra­wiał, że od­ry­wa­łam się od rze­czy­wi­sto­ści, by na chwi­lę za­po­mnieć, gdzie by­łam i co ro­bi­łam.

_Swo­ją dro­gą, to cie­ka­we, że mają tu wszyst­kie moje ulu­bio­ne pro­duk­ty… Może to spraw­ka Gre­ty?_

Po le­kach za­apli­ko­wa­nych przez Aide­na czu­łam się tro­chę le­piej. Pew­nie na­dal mia­łam go­rącz­kę, ale może nie do­sta­nę za­pa­le­nia oskrze­li. Wró­ci­łam do sa­lo­nu w gru­bym dre­sie, na któ­ry za­ło­ży­łam szla­frok. Ca­ło­ść do­pe­łnia­ły pu­cha­te skar­pe­ty. Bra­ko­wa­ło tyl­ko na­usz­ni­ków, ale za­miast nich mia­łam na gło­wie tur­ban z ręcz­ni­ka. W ręku dzie­rży­łam szczot­kę.

– Spo­dzie­wasz się na­głe­go zlo­do­wa­ce­nia? – za­żar­to­wał Luca.

– Ha, ha, ha – wy­skan­do­wa­łam. – Będziesz mógł mnie po­uczać, jak się sam wy­bie­rzesz na taki spa­cer.

– Dzi­ęki, ale nie. Czy ten tur­ban spra­wi, że In­ter­net będzie szyb­ciej dzia­łał?

– Nie, to ele­ment od­stra­sza­jący.

Przy­sia­dłam na pu­fie przed ko­min­kiem, od­wró­co­na ty­łem do mężczy­zny.

– Bar­dziej an­ty­kon­cep­cyj­ne są te góry ciu­chów, któ­re masz na so­bie – sark­nął, mie­sza­jąc w garn­ku.

– Słu­cham?

– Przy tylu war­stwach ka­żdy zdro­wy fa­cet usnąłby z wra­że­nia, gdy­byś za­częła ro­bić strip­tiz.

Zdjęłam ręcz­nik z gło­wy.

– Czy mężczy­źni za­wsze wszyst­ko spro­wa­dza­ją do sek­su?

– To za­le­ży. – Luca naj­wy­ra­źniej nie mógł się po­wstrzy­mać od pro­wo­ka­cji. – Bo­ha­te­rek _Bla­ir Witch_ ża­den nor­mal­ny gość nie bie­rze pod uwa­gę.

– Obo­je was po­sta­wię do kąta bez de­se­ru! – do­szło mnie wy­ra­źne ostrze­że­nie Aide­na.

Po­trząsnęłam gło­wą i spró­bo­wa­łam roz­cze­sać pierw­sze pa­smo. Nic nie szło tak, jak po­win­no, a fa­cet sie­dzący za mną nie wy­si­lił się na­wet na zda­nie zło­żo­ne.

– _Bla­ir Witch_? – szep­nęłam nie­pew­nie.

– A prze­glądasz się cza­sem w lu­strze? – za­kpił zło­śli­wie Luca.

– Wy­star­czy! – pa­dła zde­cy­do­wa­na ko­men­da Aide­na.

Za­ma­rłam w re­ak­cji na ten sta­now­czy ton. Tak brzmia­ła wła­dza ab­so­lut­na. Czło­wiek, któ­ry wy­da­wał po­le­ce­nia, a one były wy­ko­ny­wa­ne bez szem­ra­nia. Gre­ta nie wy­sła­ła po mnie byle kogo. Aiden naj­wy­ra­źniej wy­wnio­sko­wał z mo­je­go gło­su, że jego czło­wiek mnie zde­ner­wo­wał. Miał też zresz­tą do­sko­na­ły wi­dok na moje na­pi­ęte ple­cy.

– Jak so­bie ży­czysz, sze­fie! – po­wie­dział Luca w taki spo­sób, jak­by ska­pi­tu­lo­wał, ale spoj­rze­nie su­ge­ro­wa­ło coś in­ne­go. – Jak so­bie ży­czysz!

Kil­ka razy szarp­nęłam nie­cier­pli­wie wło­sy, wy­da­jąc z sie­bie przy tym parę nie­cen­zu­ral­nych po­mru­ków.

– Po­móc ci?

Zi­gno­ro­wa­łam py­ta­nie Aide­na. Nie cze­kał na dal­sze jęki i prze­kle­ństwa, tyl­ko przy­ci­ągnął so­bie fo­tel do pufy, na któ­rej sie­dzia­łam. Wy­jął szczot­kę ze sko­łtu­nio­nych wło­sów i od­su­nął moją rękę.

– Zo­staw – za­pro­te­sto­wa­łam.

Po­ło­żył dłoń na moim kar­ku i ści­snął lek­ko. Ni­g­dy nie sądzi­łam, że cze­sa­nie wło­sów mo­gło­by się oka­zać ero­tycz­nym do­zna­niem_. Ożeż ty orzesz­ku!_ To było pod­nie­ca­jące. Do­brze, że pu­cha­ty dres i szla­frok ide­al­nie ukry­wa­ły stward­nia­łe sut­ki.

Za­sko­czył mnie jesz­cze bar­dziej, gdy za­miast szar­pać się ze szczot­ką, wsu­nął dło­nie w moje wło­sy. Prze­cze­sy­wał je de­li­kat­nie pal­ca­mi, roz­plątu­jąc nie­sfor­ne ko­smy­ki. Przez chwi­lę ma­so­wał skó­rę gło­wy, spra­wia­jąc, że się nie­co roz­lu­źni­łam. Cia­ło re­lak­so­wa­ło się pod za­dzi­wia­jąco de­li­kat­nym do­ty­kiem.

Albo mi się wy­da­wa­ło, albo w po­ko­ju na­tych­miast zro­bi­ło się o kil­ka stop­ni cie­plej. Przy­szło mi do gło­wy, że jak tak da­lej pój­dzie, wró­cę do sie­bie spo­co­na jak szczur albo za­cznę ści­ągać z sie­bie ciu­chy i przy­znam, że Aiden i jego dło­nie roz­grze­wa­ją le­piej niż her­ba­ta z prądem, cie­płe ubra­nia, prysz­nic i ka­lo­ry­fer w jed­nym.

_Nie­do­cze­ka­nie! Będę cier­pieć w mil­cze­niu!_

Luca po­sta­wił na sto­li­ku obok pa­ru­jącą mi­skę.

– Po­rzu­ci­łeś pro­gram „dręczy­my słab­szych”? – za­ata­ko­wa­łam.

– Wy­my­ślam nowe znie­wa­gi – od­pa­rł spo­koj­nie.

– Ni­g­dy nie zo­sta­niesz mi­strzem, je­śli po­trze­bu­jesz na to tyle cza­su.

Syk­nęłam, kie­dy Aiden szarp­nął nie­sfor­ne sko­łtu­nio­ne pa­sem­ko.

– Świat nie wy­trzy­ma­łby z dwoj­giem ta­kich mi­strzów jak wy – wtrącił swo­im ak­sa­mit­nym gło­sem.

– Cie­bie i mnie dzie­lą lata świetl­ne – od­pa­ro­wa­łam bez­my­śl­nie.

– W edu­ka­cji sek­su­al­nej na pew­no.

Zmarsz­czy­łam brwi z nie­do­wie­rza­niem, a po­tem ude­rzy­łam go łok­ciem w pisz­czel, któ­ry aku­rat mia­łam w za­si­ęgu.

– Cze­mu znów spro­wa­dzasz roz­mo­wę do sek­su? Nie­wy­ży­ty ja­kiś je­steś, czy co?

– Nie, ale cie­bie to wku­rza, więc nie mogę so­bie od­mó­wić przy­jem­no­ści.

Aiden zła­pał mnie za przed­ra­mio­na, osa­dza­jąc w miej­scu, że­bym się nie kręci­ła. Mimo kil­ku warstw ubrań wy­ra­źnie czu­łam, że pal­ca­mi opie­rał się o boki mo­ich pier­si. Go­rąco ude­rzy­ło we mnie ze zdwo­jo­ną siłą, bie­gło od stóp i za­trzy­ma­ło się do­pie­ro na po­licz­kach. Te­raz czu­łam się jak w ogniu pie­kiel­nym. Ku­si­ło mnie, by zdjąć szla­frok i zo­stać w sa­mym dre­sie, ale pod nim nie mia­łam nic. Wy­gląda­ło na to, że o bie­li­źnie moi wy­baw­cy za­po­mnie­li. Naj­gor­sze było jed­nak to, że sut­ki sta­ły mi na bacz­no­ść!

Na­wet nie za­uwa­ży­łam, że szczot­ka prze­su­wa się te­raz płyn­nie po pa­smach mo­ich wło­sów.

– Dzi­ęku­ję. – Po­chy­li­łam się w stro­nę mi­ski, uwal­nia­jąc spod jego rąk w na­iw­nym prze­świad­cze­niu, że moje cia­ło wró­ci do nor­mal­no­ści i za­po­mni o pod­nie­ca­jącym do­ty­ku. Po­wącha­łam za­war­to­ść. – Co to?

– Ma­ka­ron z se­rem – od­po­wie­dział Aiden, wkła­da­jąc ły­żkę do swo­jej por­cji. – Po­dob­nie jak Luca uwa­żam, że go­to­wa­nie go­dzi­na­mi tyl­ko po to, żeby zje­ść w dzie­si­ęć mi­nut, to naj­wi­ęk­sza bzdu­ra świa­ta.

– Mam na­dzie­ję, że nie za­mier­za­cie mnie po tym wszyst­kim po pro­stu otruć? – za­żar­to­wa­łam.

Ich spoj­rze­nia były wy­mow­ne. Mu­sia­łam przy­znać, zja­dłam z ape­ty­tem. Zgłod­nia­łam jed­nak tak bar­dzo, że pew­nie sma­ko­wa­łby mi na­wet go­rący as­falt po­da­ny z ko­cim żwir­kiem. Po sko­ńcze­niu je­dze­nia zro­bi­łam się sen­na.

– Po­win­naś się po­ło­żyć – za­pro­po­no­wał Aiden, po­pra­wia­jąc koc na mo­ich no­gach. – Wy­glądasz na zmęczo­ną. Masz wor­ki pod ocza­mi.

– To to­reb­ki Pra­dy – od­pa­ro­wa­łam.

Mój ko­men­tarz wy­wo­łał zmarsz­cze­nie brwi u Aide­na i par­sk­ni­ęcie śmie­chu u Luki.

_Ktoś tu mógł się po­szczy­cić po­czu­ciem hu­mo­ru kło­dy drew­na. Ale za to ten ma­gicz­ny do­tyk… Cóż, nie mo­żna mieć wszyst­kie­go!_

– Coś mi się wy­da­je, że cze­ka nas ra­zem kupa do­brej za­ba­wy.

– Z prze­wa­gą kupy? – za­su­ge­ro­wa­łam słod­ko, idąc do swo­jej sy­pial­ni.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij