-
nowość
Przed pierwszym słowem - ebook
Przed pierwszym słowem - ebook
Niektóre miejsca mają własną pamięć. Stary las, mokradła, zapomniane sady i domy, w których przechowuje się pamięć kilku pokoleń, stają się początkiem niezwykłej podróży. Odkrywamy świat, w którym Przyroda nie jest jedynie tłem ludzkiego życia, lecz żywą siecią zależności, pamięci i przemian. Świat, w którym dawne opowieści spotykają się z tym, czego wciąż nie umiemy nazwać. „Przed pierwszym słowem” to powieść przyrodnicza z elementami realizmu magicznego. Opowieść o ekologii, pamięci pokoleniowej, dorastaniu i więzi człowieka z żywym światem. O sieciach powiązań, od których nie można uciec, i o tym, że poznając miejsce, możemy lepiej poznać samych siebie. To opowieść, która może spotkać się z Czytelnikiem na każdym etapie życia.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna polska |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788397979079 |
| Rozmiar pliku: | 3,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
PROLOG
Nie potrafiła później powiedzieć, kiedy dokładnie się tam znalazła. Pamiętała tylko drogę przez łąki. Wąską, jasną od wyschniętego pyłu, wijącą się pomiędzy wysokimi trawami, które poranne podmuchy wiatru przyginały raz w jedną, raz w drugą stronę. Szła nią już od dłuższej chwili, choć równie dobrze mogła dopiero postawić pierwszy krok. W takich momentach czas zachowywał się dziwnie, rozciągał się lub kurczył, w zależności od tego, na co akurat patrzyła.
Teraz patrzyła głównie pod nogi. Na drobne kamienie. Na spękaną ziemię. Na małe czarne chrząszcze przeciskające się pomiędzy źdźbłami suchych traw. Na cień własnej sylwetki, który co chwilę rozpadał się na kępach traw i znów składał na jasnej drodze. Szedł tuż obok, więc nie czuła się samotna.
Dopiero po chwili podniosła wzrok. I wtedy je zobaczyła. Drzewo rosło samotnie kilkadziesiąt kroków dalej, dokładnie przy rozwidleniu drogi. Konary zaczynały się tuż powyżej jej głowy i rozwidlały naprawdę szeroko. Najpierw drzewo wydawało się jej duże. Już po sekundzie zrozumiała, że słowo „duże” zupełnie tutaj nie pasuje. Pień był tak szeroki, że przez krótką chwilę próbowała wyobrazić sobie, ile osób musiałoby stanąć dookoła, żeby objąć go ramionami. Trzy? Cztery? Chyba więcej. Kora była głęboko spękana, pocięta setkami pionowych bruzd, w których poranne światło układało cienkie pasma cienia. Jedną stronę podstawy pnia niemal całkowicie pokrywały grube poduszki mchów, intensywnie zielone, bo zatrzymały w sobie nocną wilgoć.
U podstawy drzewo nie kończyło się tak, jak powinno. Zamiast znikać w ziemi, rozchodziło się na wszystkie strony grubymi korzeniami, wędrującymi po powierzchni niczym zastygłe ruchy czegoś żywego. Było w nim coś niepokojąco trwałego. Wszystko, co wcześniej widziała dookoła siebie, sprawiało wrażenie rzeczy istniejących chwilowo. Place zabaw, szkoła, nawet ludzie. To drzewo wyglądało jak stojące tutaj od tysiąca lat. I była pewna, że przeżyje jeszcze wiele ludzkich pokoleń.
Gdy podeszła bliżej, zauważyła człowieka. Siedział po drugiej stronie pnia, opierając się plecami o korę tak nieruchomo, że w pierwszej chwili wzięła go za fragment krajobrazu. Twarz miał szczupłą, pooraną siatką drobnych zmarszczek, lecz trudno było powiedzieć, ile właściwie ma lat. Mógł mieć sześćdziesiąt. Mógł mieć sto. Włosy miał bardzo długie. Siwe. Ale tam, gdzie przechodziło przez nie światło przechodzące przez liście, wydawały się niemal zielonkawe. Miał na sobie prostą lnianą koszulę, miejscami pobrudzoną ziemią. Rękawy podwinięte były aż do łokci. Dłonie spoczywały swobodnie na kolanach. Zwróciła uwagę na paznokcie. Krótkie, ale przybrudzone ziemią, jak u ludzi, którzy od dawna pracują rękami.
Nie patrzył na nią. Patrzył wysoko, gdzieś pomiędzy konary drzewa. Stała nieruchomo dłuższą chwilę. Nie czuła strachu. A przynajmniej nie takiego zwyczajnego. Raczej ten rodzaj napięcia, który pojawia się wtedy, gdy człowiek nagle orientuje się, że zaczął poruszać się ciszej niż przed chwilą, jak w miejscu poświęconym.
Mężczyzna poruszył dłonią. Powoli. Bardzo powoli. Palcami przesunął po jednym z odsłoniętych korzeni, badając jego powierzchnię z uważnością człowieka, który sprawdza fakturę starej mapy. Dopiero wtedy się odezwał. Nie spojrzał na nią. Nie odwrócił głowy. Powiedział to tak cicho, że przez moment nie była pewna, czy naprawdę usłyszała.
– Dawniej korzenie sięgały dalej. Głębiej.
Zmarszczyła brwi.
– Przepraszam?
Mężczyzna uniósł wzrok jeszcze wyżej, w stronę korony drzewa. Przez liście przeszedł lekki podmuch wiatru. Setki, tysiące drobnych blaszek poruszyły się niemal jednocześnie, odwracając jaśniejszą stronę ku słońcu. Gdzieś wysoko odezwała się sójka. Mężczyzna milczał.
Poczuła nagłą potrzebę, żeby odejść. Nie dlatego, że się bała. Po prostu miała osobliwe wrażenie, że stoi tutaj odrobinę za długo. Odwróciła się i ruszyła dalej drogą. Kilka kroków. Może sześć. Może siedem. Nie liczyła. Potem obejrzała się przez ramię. Mężczyzna nadal siedział pod drzewem. Ale coś było inaczej. Przez sekundę próbowała zrozumieć co. Patrzyła przecież dokładnie w to samo miejsce. W końcu zauważyła. Jeszcze przed chwilą dłoń oparta na korzeniu była zwyczajną ludzką dłonią. Teraz miała dokładnie ten sam kolor i fakturę co kora. Szara. Matowa. Popękana.
Zamrugała gwałtownie ze zdziwienia. Przetarła oczy. Gdy znów je otworzyła, pod drzewem nikogo już nie było. Stało tylko ogromne stare drzewo, nieruchome w porannym świetle. Przez chwilę słyszała wyłącznie wiatr przesuwający się po liściach wysoko w koronie.1. EKOTON
Samochód podskoczył gwałtownie na nierówności, gdy przednie koło z głuchym hukiem wpadło w wyrwę na poboczu drogi. Hania natychmiast otworzyła oczy, przez krótką chwilę nie rozumiejąc, gdzie właściwie się znajduje. Jeszcze przed chwilą stała przecież pod ogromnym drzewem. Widziała korzenie wijące się po ziemi, słyszała szelest liści wysoko nad głową i ten niski, spokojny głos starego człowieka, który mówił coś o korzeniach dawniej sięgających dalej, głębiej.
Teraz nad sobą miała tylko jasną tapicerkę samochodu, a tuż obok rozedrgany od słońca krajobraz przesuwający się za szybą.
Mrugnęła kilka razy i odruchowo poprawiła włosy przyklejone do policzka. Serce nadal biło trochę za szybko, choć sen już błyskawicznie się rozpadał, jak to zwykle bywa ze snami, które jeszcze przez moment wydają się ważne, a potem zostawiają po sobie tylko kilka porozrzucanych obrazów i ten dziwny niepokój, którego człowiek nie potrafi sensownie wyjaśnić. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz przyśniło jej się coś równie wyraźnego. Zwykle sny znikały niemal natychmiast po przebudzeniu. Ten jeszcze uparcie gdzieś trwał. W pamięci została dłoń starego mężczyzny przesuwająca się po korzeniu, paznokcie przybrudzone ziemią i coś jeszcze. To irracjonalne wrażenie, że drzewo nie było zwyczajnym drzewem. Nie chodziło nawet o jego wielkość. Było w nim coś dziwnie trwałego. Wydawało się całkowicie obojętne wobec czasu.
_Co to w ogóle było?_ – pomyślała.
Pokręciła głową, trochę zirytowana własnymi myślami, i sięgnęła po telefon leżący na kolanach. Brak sieci. Skrzywiła się lekko i nacisnęła przycisk blokady ekranu. Jeszcze kilkanaście minut wcześniej ekran świecił znajomym chaosem wiadomości. Teraz została tylko samotna kreska zasięgu, która co kilka sekund znikała i wracała.
Spojrzała za szybę. Dopiero wtedy naprawdę zorientowała się, że od dawna nie jadą już przez miasto. Nawet nie jadą w jego okolicach, które dość dobrze znała z wycieczek z ojcem. Nie poznawała tego miejsca. Droga była coraz węższa. Asfalt nie przypominał już gładkich szos, do których przywykła. Nawet opony samochodu szumiały na nich inaczej. Co jakiś czas pojawiały się pęknięcia i większe dziury, zalane czarną masą, gdzieniegdzie pobocze osypywało się nierówną linią wprost do rowów porośniętych wysoką roślinnością. Po obu stronach rozciągały się pola, ale wyglądały inaczej niż te, które znała z podróży poza miasto albo z widoku za oknem pociągu. Tam granice działek były równe, niemal geometryczne, a pojedyncze gospodarstwa stały od siebie w przewidywalnych odległościach.
Tutaj nic nie było oczywiste.
Pas wysokich traw przechodził bez żadnego wyraźnego końca w rów pełen wysokich łodyg, szerokich liści i drobnych kwiatów, których wcześniej nie zauważała. Dalej zaczynały się kępy wierzb, za nimi niewielki fragment pola, potem nagle sad, kilka samotnych topól, nierówna łąka porastająca lekkie zagłębienie terenu i dopiero dalej kolejny kawałek upraw. Długo patrzyła przez szybę. Coś w tym krajobrazie ją drażniło. Nie potrafiła jeszcze uchwycić dlaczego.
To wygląda strasznie chaotycznie. Oni tu chyba nie dbają o porządek.
Sięgnęła do plecaka po książkę. „Zwiadowcy” Flanagana. Spróbowała czytać, ale zupełnie nie mogła się skupić. Co chwilę łapała się na tym, że nie pamięta ani jednego zdania z poprzedniego akapitu. Wsunęła zakładkę pomiędzy strony i odłożyła książkę z powrotem.
Matka od rana prawie się nie odzywała. To było gorsze niż rozmowa. Znacznie gorsze niż kłótnia. Kłótnia przynajmniej daje człowiekowi pewność, że druga osoba nadal chce coś naprawić. Cisza jest dużo bardziej podejrzana. Cisza oznacza, że ktoś być może przestał już próbować. A jeszcze miesiąc temu wspólne podróże wyglądały zupełnie inaczej. Radio grało niemal bez przerwy, zwykle audycje z Radio 357, którego matka słuchała z uporem człowieka przekonanego, że cała reszta stacji obraża inteligencję słuchacza. Co kilka minut komentowała coś zasłyszanego, potem zaczynała opowiadać o pracy, najczęściej kończąc całość mniej lub bardziej brutalnym podsumowaniem zachowania swojego kierownika. Teraz tylko patrzyła przed siebie, mocniej zaciskając dłonie na kierownicy.
Ojciec poprzedniego wieczoru pomagał jej pakować plecak. Nie patrzył wtedy na nią. Składał bluzę bardzo długo. Zdecydowanie za długo. Poprawiał rękawy kilka razy, choć leżały idealnie. Otwierał kosmetyczkę, zamykał ją, po chwili znów przesuwał suwak.
W końcu powiedział:
– To tylko kilka tygodni.
Skinęła głową. Oboje wiedzieli, że mówił o czymś zupełnie innym.
Za oknem pojawiła się pierwsza większa ściana lasu. Hania odruchowo spojrzała, bardziej po to, żeby czymś zająć wzrok, niż z prawdziwego zainteresowania. _Las. Po prostu las._ Tak pomyślała najpierw. Po chwili jednak zmarszczyła brwi. Coś nie pasowało. Drzewa rosły inaczej niż te, które znała z miejskich parków albo skwerów rozsianych pomiędzy blokami. Niektóre pnie wyraźnie odchylały się od pionu, kilka drzew przy samej drodze nosiło ślady połamanych konarów, a tuż przy poboczu leżał przewrócony pień, całkowicie przykryty przez paprocie i wysokie trawy. Nie wyglądało to dobrze. Nie wyglądało na zadbane.
_Serio nikt tego nie uprzątnął?_ – pomyślała.
Przez kilka sekund obserwowała znikający za szybą fragment lasu, po czym odwróciła wzrok, sama trochę zirytowana własną reakcją. Nigdy specjalnie nie interesowała się przyrodą. Drzewa były drzewami. Rosły. Istniały. Dawały cień w upalne dni. Tyle.
Ojciec próbował kiedyś nauczyć ją fotografowania ptaków podczas spaceru nad dużą rzeką w ich mieście. Pamiętała, jak przez pół godziny tłumaczył jej różnicę pomiędzy gawronem a wroną. Nie zapamiętała niczego poza „profesorskim chodem”. No dobrze. Zapamiętała jeszcze coś. To, że był wtedy tak bardzo szczęśliwy, kiedy po raz pierwszy udało jej się samodzielnie ustawić ostrość.
Kilka kilometrów dalej minęły dużą drewnianą tablicę.
WITAMY NA ROZTOCZU
Litery były wypalone ręcznie, nierówno, a pod spodem ktoś namalował sylwetkę konika polskiego. Przez moment przypomniał jej się kucyk z Bree i przyszły wszystkie miłe wspomnienia związane z przeczytanymi książkami. Odruchowo sięgnęła po książkę, przeczytała dwie strony, po czym zorientowała się, że nic nie pamięta. Odłożyła książkę.
Matka lekko zwolniła, choć droga pozostawała całkowicie pusta.
– Jeszcze pół godziny – odezwała się pierwszy raz od dłuższego czasu.
– Mhmm.
Cisza wróciła niemal natychmiast.
Po lewej stronie pojawił się sad. To on przyciągnął jej uwagę bardziej niż las. Kilka starych jabłoni rosło pod dziwnymi kątami. Jedno drzewo przełamało się niemal dokładnie na pół, ale mimo to górne gałęzie nadal pozostawały zielone i pokryte liśćmi. W wysokiej trawie pod pniami leżały zeszłoroczne owoce, ciemne, pomarszczone, częściowo już zapadnięte w ziemię. Pomiędzy nimi wyrastały pokrzywy sięgające niemal pasa, a po najniższych gałęziach wspinały się cienkie pędy jakiejś rośliny, z sercowatymi liśćmi i małymi białymi kwiatami. O jedną z jabłoni oparta była drewniana drabina, tak spróchniała, że wydawało się niemożliwe, by ktokolwiek od wielu lat jej używał.
I wtedy poczuła coś, co trochę ją zdziwiło. Zainteresowanie. To miejsce wyglądało zupełnie inaczej niż opuszczone ogródki działkowe, które czasem widywała na obrzeżach miasta. Tam wszystko wydawało się martwe. Tutaj… Tutaj miała dziwne wrażenie, że ten sad nadal żyje. Nieuporządkowanie, które drażniło ją kilka minut wcześniej, nagle zaczęło wydawać się intrygujące.
Wyjęła aparat. Stary Olympus. Pierwsza wersja bezlusterkowca, dwa lata wcześniej dostała go od ojca. Nie wręczył go podczas urodzin. Nie zapakował. Nie zrobił żadnej uroczystości. Po prostu któregoś dnia, gdy w trakcie jednej z niezliczonych wycieczek spacerowali razem po Starym Mieście w Krakowie, zatrzymał się nagle, wyciągnął aparat z plecaka i podał jej go bez słowa.
– Rób zdjęcia.
– Ale czego?
– Nie wiem. Tego, co ty widzisz.
Przez kilka godzin fotografowała kamienne gargulce nad wejściami, gołębie siedzące na rynnie, czyjąś rękę opartą o mur, kawałek nieba pomiędzy dachami. Potem oglądali zdjęcia razem w domu. Ojciec nie poprawiał. Nie oceniał. Patrzył tylko z tym swoim lekkim uśmiechem, który pojawiał się zawsze wtedy, kiedy był naprawdę z niej dumny.
Podniosła aparat. Skierowała obiektyw w stronę starej jabłoni. Pstryk. Potem drugi raz. Pstryk. Matka spojrzała na nią kątem oka.
– Myślałam, że już go nie używasz.
Hania wzruszyła ramionami.
– Ja też tak myślałam.
Przez następne kilka minut jechały w milczeniu.
Droga zaczęła się zmieniać jeszcze bardziej. Pojawiły się odcinki szutrowe. W pewnym momencie minęły niewielką kapliczkę, stojącą na rozstaju polnych dróg. Obok rosła ogromna lipa. Nie pamiętała, żeby widziała kiedyś drzewo tej wielkości. Pień był tak szeroki, że odruchowo zaczęła liczyć, ile osób potrzeba byłoby, żeby objąć go ramionami. Oceniała, że przynajmniej trzech. Kora pokryta była głębokimi pionowymi bruzdami, tak regularnymi, że przypominały zmarszczki na starych dłoniach. Patrzyła kilka chwil. Wróciło wspomnienie snu. Tamto ogromne drzewo. Ten człowiek siedzący pod korzeniami. To samo irracjonalne wrażenie trwałości ciągnącej się przez wieki.
Co jest ze mną dzisiaj nie tak?
Odwróciła wzrok i przewróciła oczami.
Świetnie. Jeszcze chwila i zacznę rozmawiać z drzewami.
Kilkaset metrów dalej pojawiła się druga tablica. Mniejsza. Ręcznie malowana. Farba łuszczyła się już płatami.
OTRZĘSY
Gdy auto ją mijało, wydarzyło się coś, czego później przez długi czas nie potrafiła racjonalnie wyjaśnić. Krajobraz za szybą nie zmienił się właściwie wcale. Te same stare sady. Te same pola. Te same drewniane płoty. Ta sama wąska droga. A jednak od chwili minięcia tablicy miała bardzo dziwne wrażenie, że coś się… przesunęło. Nie wokół niej. W niej. Poczuła ucisk w żołądku. Bez powodu.
Nie wygłupiaj się. To zwykła wieś. Przecież już tu byliśmy. Dawno temu.
Po prawej stronie pojawił się niewielki sklep z wyblakłym szyldem „Chleb i piwo”. Przed wejściem stały dwa rowery oparte o ścianę. Dalej widziała starą oborę, a na jej dachu nieruchomo stał bocian. Z któregoś gospodarstwa dochodził rytmiczny stuk siekiery rozłupującej drewno. Spojrzała odruchowo dalej, ponad dachy zabudowań, tam, gdzie wzgórze porastał ciemniejszy pas lasu. Pomiędzy pniami mignął jakiś kształt. Mogła to być sarna. Albo człowiek. A może po prostu cień przesuwającej się chmury. Samochód jechał dalej i nie zdążyła sprawdzić.
Samochód skręcił w jeszcze węższą drogę prowadzącą pomiędzy dwoma starymi sadami. Jabłonie rosły tak blisko asfaltu, że gałęzie kilka razy przesunęły się po dachu auta z charakterystycznym suchym szelestem. Po lewej stronie, za niskim płotem z szarzejących desek, suszyła się pościel poruszana niemal niewidocznym ruchem powietrza. Kilka kur spacerowało leniwie po piaszczystym podwórzu, od czasu do czasu zatrzymując się, by rozgrzebać ziemię. Przy starej studni stało metalowe wiadro, całkowicie pokryte rudawym nalotem rdzy.
Matka włączyła kierunkowskaz. Skręciły.
Przed nimi pojawił się niski drewniany dom z zielonymi okiennicami. Farba odpadała szerokimi płatami, odsłaniając kolejne warstwy starszych kolorów. Na ganku stały dwie emaliowane bańki po mleku, w których rosły czerwone pelargonie.
Silnik zamilkł. Przez chwilę żadna z nich się nie poruszyła.
Gdzieś bardzo blisko, niewidoczny zza stodoły, odezwał się przeciągły pomruk gruchającego gołębia. Z drugiej strony podwórza odpowiedział mu drugi.
Hania jeszcze raz spojrzała odruchowo w stronę wzgórza porośniętego lasem. Teraz pomiędzy drzewami nie było już nic. Żadnej sylwetki. Tylko nieruchomy cień pomiędzy bukami. Pokręciła głową.
Zmęczenie. Na pewno zmęczenie.
Sięgnęła po aparat leżący na kolanach i nacisnęła przycisk uruchamiający ekran. Na wyświetlaczu nadal widniało ostatnie zdjęcie starego sadu zrobione kilka minut wcześniej. Przyglądała mu się przez moment bez większego zainteresowania. Naraz zauważyła coś, czego wcześniej nie widziała. Na samym skraju kadru, niemal całkowicie ukryta pomiędzy pokrzywami rosnącymi pod jedną z jabłoni, stała ludzka sylwetka. Ciemna. Odwrócona tyłem. Nieruchoma. Poczuła gwałtowne napięcie pomiędzy łopatkami.
No świetnie. Najpierw coś w lesie. Teraz człowiek na zdjęciu. Za godzinę zacznę pewnie widzieć duchy w lodówce.
Drzwi domu otworzyły się gwałtownie. Starsza kobieta wyszła szybko, pewnie od dłuższego czasu stała po drugiej stronie firanki i nasłuchiwała odgłosu silnika. Babcia Zosia.
Była niższa, niż Hania ją zapamiętała. Albo może ostatnim razem, kilka lat temu, kiedy spędzała tutaj wakacje, sama była jeszcze po prostu dużo mniejsza. Siwe włosy miała związane z tyłu w niedbały kok, a w dłoni ściskała kuchenną ścierkę tak mocno, że materiał skręcał się pomiędzy palcami.
Nie zeszła od razu po schodkach. Najpierw spojrzała na córkę. Pomiędzy nimi przemknęło coś bardzo szybkiego. Tak krótkiego, że ktoś mniej uważny prawdopodobnie nie zauważyłby niczego niezwykłego. Ale Hania zauważyła od razu. To było dokładnie to samo napięcie, które od miesięcy zaczynało coraz częściej pojawiać się pomiędzy rodzicami. Dorośli zawsze myślą, że dzieci nie widzą takich rzeczy. Co samo w sobie było dość zabawne. Przecież, kiedy w domu zaczyna dziać się coś złego, dzieci zwykle zauważają to pierwsze.
Dopiero potem babcia przeniosła wzrok na nią. I natychmiast się uśmiechnęła. Twarz wyraźnie jej zmiękła.
– No, nareszcie jesteś.
Matka wysiadła pierwsza. Objęły się szybko, trochę niezgrabnie, ostrożnie omijając torby stojące już obok samochodu. Hania została jeszcze przez kilka sekund w środku. Nie chciała wysiadać. Jeszcze nie.
Dwa tygodnie, może trzy. Przeżyję.
W końcu otworzyła drzwi samochodu. Pierwsze wrażenie przyszło natychmiast. Powietrze pachniało zupełnie inaczej. Jak ziemia, która od dawna nie zdążyła wyschnąć. Tak pachniały czasem stare piwnice, albo drewniane szopy po kilku dniach deszczu.
Gdy wyszła z auta, przez chwilę stała nieruchomo. Z otwartego kuchennego okna dochodził intensywny zapach pieczonego ciasta. Truskawkowe. Rozpoznała od razu. Z oddali dochodził dźwięk, którego przez kilka sekund nie potrafiła rozpoznać. Dopiero po chwili zrozumiała. Żaby. Nie pojedynczy rechot, który czasem słyszała przy miejskich zbiornikach. Cały chór. Dziesiątki. Może setki.
Nie pamiętam tutaj żadnego stawu. Jutro trzeba to sprawdzić.
Założyła plecak, zawiesiła aparat na szyi i zatrzasnęła drzwi samochodu. Babcia natychmiast przyciągnęła ją do siebie. Mocno. Zaskakująco mocno. Pachniała pieczonym ciastem, miętą i tym charakterystycznym zapachem starego domu, którego nie potrafiłaby do niczego konkretnego porównać. Przyszło wspomnienie sprzed wielu lat. Deszcz padający trzeci dzień z rzędu. Ogromna kałuża za stodołą. Papierowe łódki składane przy kuchennym stole. Własna złość, kiedy jedna z nich przewróciła się niemal natychmiast po puszczeniu na wodę. Dziwnie wyraźny obraz. Pewnie przez wszystkie te lata siedział gdzieś ukryty, cierpliwie czekając dokładnie na ten jeden znajomy zapach.
– Ależ ty wyrosłaś.
– Tak mówią wszyscy od mniej więcej czterech lat.
Babcia roześmiała się cicho.
– Widzę, że cięty humor też przyjechał.
Matka wyciągała torby z bagażnika. Nie patrzyły na siebie. Hania od razu to zauważyła. I równie szybko postanowiła udawać, że nie zauważyła.
Po co komplikować bardziej coś, co i tak od dawna się sypie.
Wtedy jej wzrok przyciągnął ruch po drugiej stronie płotu. Kilka metrów dalej, w sąsiednim ogrodzie, starsza kobieta klęczała pochylona nad grubą brzozową kłodą leżącą przy ogrodzeniu. Nie pracowała. Nie zbierała drewna. Nie wyglądała nawet, jakby cokolwiek robiła. Po prostu trwała pochylona nad spróchniałym pniem, nieruchomo, z całą uwagą skupioną na czymś ukrytym pod odchodzącą płatami korą. Miała na sobie wyblakłą zieloną koszulę w kratę, spodnie ubrudzone ziemią na kolanach i stare gumowce. Siwe włosy wymykały się spod niedbale zawiązanej chustki. Po chwili bardzo ostrożnie uniosła fragment kory. Babcia zauważyła kierunek spojrzenia Hani. Westchnęła lekko.
– Antonina.
Powiedziała to tonem człowieka od dawna pogodzonego z cudzymi dziwactwami. Imię nic jej nie powiedziało. Ale sama sylwetka starszej kobiety uruchomiła gdzieś w pamięci jakieś odległe skojarzenie. Hania zmarszczyła brwi.
Przecież już ją kiedyś widziałam. Dawno temu. Może kilka lat wcześniej. W czasie jednych z wakacji.
Nie pamiętała twarzy. Nie pamiętała rozmowy. Tylko urwany obraz. Letnie popołudnie. Wysokie malwy przy płocie. I ta sama kobieta stojąca po kolana w wysokiej trawie za domem, z rękami zanurzonymi w czymś zielonym. Wtedy wydawało jej się, że po prostu wyrywa chwasty. Albo zbiera zioła. Nigdy specjalnie się nad tym nie zastanawiała. Dopiero teraz wróciło do niej to wspomnienie. Niepełne. Rozmyte. Dziecięce.
Ona tu była już wtedy.
Spojrzała znowu. Starsza kobieta klęczała nad brzozową kłodą z ogromną koncentracją. Zdawało się, że właśnie wykonywała czynność dużo ważniejszą niż zwykłe oglądanie kawałka starego drewna. Hania poczuła coś dziwnego. Nie chodziło nawet o samą Antoninę. Raczej o to osobliwe uczucie, że widzi człowieka, który zachowuje się według zasad, których ona kompletnie nie rozumie.
– Co ona robi?
Babcia przez chwilę milczała, nadal obserwując kobietę za płotem. Na jej twarzy pojawił się ten osobliwy wyraz, który ludzie przybierają, kiedy od dawna przyzwyczaili się do czegoś dziwnego, ale nadal nie są pewni, czy powinni to akceptować.
– Lepsze pytanie brzmi: czego szuka.
Hania spojrzała ponownie. Starsza kobieta bardzo ostrożnie, niemal czule, odsunęła kolejny fragment wilgotnej kory. Przez chwilę pozostawała całkowicie nieruchoma. Jak człowiek, który nie tyle patrzy, co… słucha.
Przecież ona ogląda kawałek drewna. Dlaczego robi to tak, jakby od tego coś zależało?
Antonina poruszyła dłonią. Nie gwałtownie. Powoli. Bardzo precyzyjnie. Jak ktoś, kto od dawna wie, że najmniejszy ruch może coś bezpowrotnie naruszyć. Potem nagle zastygła. Jej plecy wyprostowały się odrobinę. Głowa lekko przechyliła się na bok. Wydała cichy dźwięk. Krótki. Prawie niezauważalny. Coś pomiędzy westchnieniem a syknięciem.
Coś poszło nie po jej myśli.
Wyprostowała się powoli i otrzepała dłonie z próchniejących resztek drewna. Dopiero wtedy pierwszy raz spojrzała prosto na Hanię. Patrzyła tak, jak patrzy się na krajobraz. Spokojnie. Uważnie. Długo. Niebieskoszare oczy miała niezwykle jasne. Prawie wyblakłe. Jak zimowe niebo widziane przez cienką warstwę mgły. Przez kilka chwil nie mówiła nic. Potem lekko skinęła głową. Nie na powitanie. Bardziej tak, jak człowiek potwierdzający własną myśl. Odwróciła się. Ruszyła powoli w stronę swojego domu ukrytego za wysokimi malwami.
Z drugiej strony drogi odezwał się męski głos. Suchy. Zmęczony. Chropowaty od papierosów.
– Mówiłem, że znowu zacznie.
Przy starym płocie stał niewysoki mężczyzna w roboczych spodniach poplamionych czymś ciemnym, chyba smarem. W jednej ręce trzymał metalowe wiadro. Patrzył nie na nich, tylko w stronę domu Antoniny.
– Całą zimę był spokój – mruknął bardziej do siebie niż do kogokolwiek obok.
Babcia przewróciła oczami.
– Dzień dobry, panie Staszku.
Skinął głową.
– Wnuczka przyjechała?
– Na wakacje.
Milczał chwilę. Nadal patrzył w stronę posesji sąsiadki. Potem odezwał się ciszej.
– Lepiej niech za dużo z nią nie gada.
Babcia natychmiast odwróciła głowę.
– Panie Staszku…
Nie spojrzał na nią.
– Mówię poważnie – dopiero teraz przeniósł wzrok na Hanię. – Człowiek wraca od niej... jakiś inny.
Przez chwilę nikt się nie odezwał. Babcia westchnęła ciężko.
– Znowu pan zaczyna.
Staszek wzruszył ramionami.
– Ja tylko mówię, co wiem.
Hania odruchowo popatrzyła w stronę domu sąsiadki. Antonina zniknęła już za malwami. Ale dziwne uczucie pozostało. Nie potrafiła tego nazwać. Ze wszystkich rzeczy, które wydarzyły się dziś od rana… sen… człowiek stojący w lesie… postać na zdjęciu… to właśnie ta starsza kobieta przy spróchniałej kłodzie wydawała się jej nagle najbardziej zagadkowa. I po raz pierwszy od początku podróży pomyślała coś, czego sama się po sobie nie spodziewała.
Muszę się dowiedzieć, czego ona tam szukała.
Babcia pierwsza chwyciła sportową torbę stojącą przy bagażniku, choć matka od razu próbowała jej ją odebrać.
– Daj, mamo, przecież ja to zaniosę.
– Przesadzasz. Jeszcze ręce mam.
Powiedziała to z tym charakterystycznym uporem ludzi, którzy nie godzą się na fakt, że pewne rzeczy powoli zaczynają wymagać wysiłku, choć przez całe życie przychodziły bez najmniejszego zastanowienia.
Z bliska dom wyglądał jeszcze starzej niż z drogi. Deski miały kolor, którego nie umiała nazwać. Nie były już brązowe. Ani szare. Deszcz przez wiele lat powoli ścierał z nich wszystko, co kiedyś było nowe. Przy schodkach rosły wysokie malwy, kilka przechylało się ciężko pod własnymi kwiatami. Pod ścianą stały stare grabie, metalowe wiadro zbierające wodę skapującą z rynny i para gumowych kaloszy pokrytych zaschniętym błotem.
Dopiero po chwili podniosła wzrok wyżej. Pod okapem wisiało gniazdo jaskółek. Najpierw pomyślała, że jest puste. Ale nie. Głęboko w cieniu dostrzegła delikatny ruch. Coś żywego poruszyło się tuż przy wejściu.
Wracają co roku do tego samego miejsca?
Myśl pojawiła się automatycznie i sama się sobie zdziwiła.
Serio? Od kiedy zaczęłam zastanawiać się nad prywatnym życiem ptaków?
Zatrzymała się jeszcze na moment przed schodkami. Dom cicho trzeszczał. Nie od wiatru. Tak po prostu. Stare drewno od czasu do czasu przypominało sobie, że przez wiele lat pracowało na słońcu, mokło podczas jesiennych deszczy i zamarzało zimą. Gdzieś pod okapem zaszeleściły skrzydła. Jedna z jaskółek na krótką chwilę wychyliła głowę z gniazda, po czym zniknęła z powrotem w cieniu. Hania odruchowo spojrzała na stare grabie oparte o ścianę, na kalosze zostawione pod oknem i emaliowane bańki z pelargoniami. Wszystko od dawna miało swoje miejsce. Nikt się tutaj nie spieszył. Nic nie próbowało udawać nowszego, niż było. Przez chwilę stała bez ruchu, słuchając odległego chóru żab. Weszła po schodkach na ganek. Przesunęła dłonią po poręczy schodków. Drewno było gładkie od tysięcy dotknięć.
Odwróciła wzrok. I wtedy przyszło zmęczenie. Nie zwykłe zmęczenie po podróży. Coś większego. Zmęczenie ostatnimi miesiącami. Domem. Milczeniem matki. Wieczorami, podczas których ojciec coraz częściej wychodził niby na spacer, choć doskonale wiedziała, że po prostu potrzebował pobyć sam. Perspektywą spędzenia dwóch albo trzech tygodni tutaj. Bez własnego pokoju. Bez znajomych. Bez normalnego internetu. Przez krótką chwilę przemknęła jej przez głowę myśl, której wcześniej nie dopuszczała. _Może powinnam była zostać z tatą._ Prawie natychmiast pojawiła się druga. _Nie. On chyba właśnie teraz najbardziej potrzebował zostać sam._ Ta druga myśl zabolała mocniej.