Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Przepowiednia - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 stycznia 2021
34,99 zł
3499 pkt
punktów Virtualo

Przepowiednia - ebook

Pewnej listopadowej nocy w niewielkiej osadzie Marbäck zostaje zamordowana młoda kobieta. Mimo że w sprawie jest wiele niewiadomych, a podejrzany, Edvard Christensson, wszystkiemu zaprzecza, szybko zostaje osądzony i skazany. Wszystko jest znów w porządku.

Ale stare grzechy rzucają długie cienie. Zbrodnia odcisnęła piętno także na życiu innych, zwłaszcza siostrzeńca Edvarda, małego Isaka. Chłopiec dorasta w przekonaniu, że ciąży na nim klątwa, i że pewnego dnia jak jego wuj dopuści się czegoś strasznego…

Co naprawdę wydarzyło się tamtej nocy w lesie? Czy prawda wyjdzie na jaw, zanim tragedia naznaczy mieszkańców wioski już na zawsze?

Przepowiednia to smutna, piękna i osobista opowieść o życiu, a jednocześnie trzymająca w napięciu lektura. Perfekcyjnie nakreślona psychologiczna historia skutków zbrodni dla życia małej społeczności.

Christoffer Carlsson – zadebiutował w 2010 roku, autor m.in. cyklu o śledczym Leo Junkerze, nagrodzonego przez Szwedzki Instytut Kryminałów. Carlsson jest doktorem kryminologii i autorem licznych prac naukowych z tej dziedziny, wykłada na uniwersytecie w Sztokholmie, a w wolnym czasie pisze powieści.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8143-529-1
Rozmiar pliku: 2,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

Mówimy, że śmierć kogoś z a b i e r a. To wyra­że­nie jesz­cze z cza­sów, gdy śmierć przy­bie­rała postać kogoś, kogo rze­czy­wi­ście można było spo­tkać w prze­past­nych lasach Marbäck czy po pro­stu idąc drogą. Lodo­wato zimna dłoń chwyta za gar­dło, cień spo­wija ciało, prze­sta­jemy oddy­chać. Tak wyobra­żamy ją sobie, gdy jeste­śmy dziećmi.

Mamy też inne wyra­że­nia.

Nie mówimy, że coś jest „nie­przy­jemne” czy „złe”, tylko że jest p a s ku d n e.

Czuję się p a s k u dn i e.

Zro­bi­łem coś p a s k u d ne g o.

Tak wła­śnie mówimy.

Nie mówi się „nie wie­dzia­łem, co zro­bić”, tylko „nie wie­dzia­łem, gdzie się podziać”. Jakby pierw­szym roz­wią­za­niem była ucieczka.

Dzi­siej­szej nocy pło­mie­nie pną się do nieba. Pro­gnozy pogody zapo­wia­dały opady, ale deszcz nie spadł. Wszystko pokrywa się sadzą i popio­łem, wiel­kie drzewa zostają osma­lone. Zapach dymu dociera aż do Simlångsdalen, a nawet do odda­lo­nej o kilo­metr Ske­dali.

To wyda­rze­nie, które zosta­nie zapa­mię­tane, punkt odnie­sie­nia. Będziemy liczyć czas przed i po nim:

_Byłeś tam, kiedy…_

_To było przed czy po…_

W Tolarp domy i gospo­dar­stwa są roz­pro­szone. Naj­bli­żej domu Markströmów jest gospo­dar­stwo Ulriki Antons­son. Dzieli je od sie­bie jedy­nie sze­ro­kie pole. To Ulrika pierw­sza wsz­czyna alarm.

– Pali się! – krzy­czy w słu­chawkę. – Dom Markströmów haj­cuje się jak dia­bli! Przy­ślij­cie straż, poli­cję, karetkę, wszystko, co moż­liwe, jak naj­szyb­ciej.

Wycho­dzi w listo­pa­dową noc i utrwala pożar na zdję­ciu. Nie ona jedna. Póź­niej prasa będzie pro­sić ludzi o mate­riały: miej­scowi foto­gra­fo­wie przy­by­wają na miej­sce, dopiero gdy stra­żacy zaczęli już akcję gaśni­czą, więc zdję­cia są kiep­skie. Nie­mal wszy­scy odma­wiają, ale aku­rat Ulrika potrze­buje pie­nię­dzy, więc w tajem­nicy przed wszyst­kimi sprze­daje swoje ama­tor­skie zdję­cia za duże pie­nią­dze. Wkrótce można je oglą­dać wszę­dzie. Jej nazwi­sko ni­gdy nie zosta­nie wymie­nione, pod­pis głosi, że to zdję­cie „czy­tel­nika”, ale ludzie i tak wie­dzą swoje.

Potężne ozory ognia liżą czarne niebo. Brą­zowy dom Markströmów to stara drew­niana par­te­rowa willa z małymi oknami i pła­skim dachem. Dom ma komi­nek i kuchenkę gazową, kiep­skie, stare kable elek­tryczne i izo­la­cję suchą jak wióry. Wcze­śniej mało kto znał te szcze­góły, ale wkrótce wszy­scy już o nich wie­dzą. I jeśli dni zaraz po kata­stro­fie w Tolarp cze­goś nas nauczyły, to wła­śnie tego, że nie­mal wszystko może dopro­wa­dzić do pożaru.

Nie wszy­scy się obu­dzili. Mały Isak Nyqvist na Svanåsvägen leży w łóżku i śpi. Jego naj­lep­szy kum­pel, Theo Bengts­son, też. Kilka kilo­me­trów dalej, w holu domu asy­stenta poli­cji Vidara Jörgenssona, Leo krąży w kółko. Uparte szcze­ka­nie psa spra­wia, że Vidar w końcu przy­tom­nieje, otwiera oczy i sta­wia stopy na zim­nej pod­ło­dze.

Labra­dor czeka przy drzwiach i szczeka, jakby ktoś wła­mał się do domu.

– Co się z tobą dzieje? – mówi, zie­wa­jąc Vidar. – Tu nikogo nie ma.

Otwiera drzwi. Pies wysta­wia nos na zewnątrz. Listo­pa­dowy chłód jest lodo­wato prze­ni­kliwy. I wtedy także Vidar czuje tę woń. Kiedy wycho­dzi na traw­nik, dostrzega pożar: widać jedy­nie poświatę, poma­rań­czową kopułę roz­cią­gniętą nad czub­kami świer­ków.

– Tak, rozu­miem – mówi. – Mądry pie­sek. Dobrze, że szcze­ka­łeś, Leo.

Pies otrząsa się i patrzy na niego wiel­kimi brą­zo­wymi oczami.

– No tak. – Sto­jąc na zamar­z­nię­tej tra­wie, Vidar pró­buje osza­co­wać odle­głość do pożaru. – Pew­nie tak. Będę musiał spraw­dzić.

Wraca do domu, ubiera się, wsuwa stopy w potężne buciory. Po chwili przy­kłada usta do mięk­kiego łba Leo, dra­pie go lekko za uchem i się oddala.

Bra­kuje mu mun­duru. Nosi go już cztery lata i w tym cza­sie wiele się nauczył. Mun­dur ma zna­cze­nie, jest jak tar­cza. Czy zbroja. Zatrzy­muje w sobie wszyst­kie tajem­nice.

Nie zawsze, to zro­zu­miałe. Nie­kiedy widzi się rze­czy, przed któ­rymi nawet mun­dur nie jest w sta­nie nikogo ochro­nić.

Idzie wydep­ta­nymi ścież­kami, mając po bokach wysoki las i otwarte pola, małe gospo­dar­stwa i wille. Svanåsvägen, nie­wielka osada jakąś milę na wschód od Halm­stad. Ci, któ­rzy tu dora­stają, dowia­dują się, że należą do wybrań­ców. To prawda. Tu kata­strofy zda­rzają się rzadko.

Zapach ognia przy­biera na sile. Żarząca się kopuła rośnie. Ze wszyst­kich stron wyją syreny.

Vidar mija Marbäcks Gård i skręca, prze­cho­dzi przez mostek i kie­ruje się w stronę Tolarp.

To tam, hucząc w ciem­no­ściach, pło­nie dom Markströmów. Pieką go oczy. Straż pożarna i poli­cja są już na miej­scu, są też kole­dzy Vidara. W miarę jak zbliża się do nie­bie­sko-bia­łej taśmy poli­cyj­nej, tętno mu przy­spie­sza. Dowo­dzący akcją, potęż­nie zbu­do­wany męż­czy­zna, stra­żak, któ­rego nazwi­ska Vidar nie pamięta, roz­ma­wia z per­so­ne­lem karetki.

– Ktoś jest w środku? – pyta.

– Trudno tam wejść, więc nie wiemy. Ale sądzimy, że nie. Cały dom pło­nie, możemy tylko się przy­glą­dać.

– Mogę w czymś pomóc?

– Jesteś poli­cjan­tem?

Vidar przy­ta­kuje.

– Miesz­kam w pobliżu.

Dowódca patrzy na ogień. Pło­mie­nie przy­po­mi­nają żywe istoty.

– Poma­gaj, jak potra­fisz. Tylko trzy­maj się z daleka od ognia.

Vidar prze­dziera się do karetki, bie­rze zapa­sową kurtkę. W jed­nym z biało-nie­bie­skich radio­wo­zów dostaje od kole­gów blo­czek i coś do pisa­nia. W świe­tle biją­cej od pożaru łuny pomaga utrzy­mać porzą­dek, kon­tro­luje, żeby nikt nie prze­kra­czał wygro­dze­nia, roz­ma­wia z sąsia­dami. Nie­mal wszy­scy wyszli na zewnątrz, patrzą w tym samym kie­runku i widzą to samo.

Na połu­dniowy zachód leżą pola Ulriki Antons­son. Z nią już roz­ma­wiali. Na pół­noc jest gospo­dar­stwo Jose­finy Frans­son. Kupiła je od swo­jego sta­rego ojca na kilka lat przed jego śmier­cią, z całym inwen­ta­rzem. Zapła­ciła tysiąc koron. To sym­bo­liczna suma. Jest pięt­na­ście, może dwa­dzie­ścia lat star­sza od Vidara, ale zawsze mu się podo­bała. Gęste włosy ma przy­pró­szone siwi­zną, ale skórę na­dal gładką. Ma na sobie dżinsy i roz­piętą koszulę zawią­zaną w pasie, pod spodem ciemny T-shirt, kry­jący cięż­kie piersi. Prawdę mówiąc, to przede wszyst­kim do nich zawsze miał sła­bość. Jest tego świa­dom, ale nad pew­nymi rze­czami nie panu­jemy.

– Widzia­łam, jak Lovisa wra­cała do domu na rowe­rze – mówi Jose­fina. – Chyba koło pią­tej. Pra­cuje w Brooktorpsgården, więc zwy­kle jedzie rowe­rem na przy­sta­nek auto­bu­sowy, a potem wraca do domu na rowe­rze.

Z roweru została pokryta sadzą rama.

– Widzia­łaś ją póź­niej?

Jose­fina kręci głową prze­cząco.

– Widzia­łam tylko, jak jej rodzice wyjeż­dżali z domu. Ktoś koń­czy pięć­dzie­siątkę, jechali na imprezę.

– Więc Lovisa była w domu?

– Tak… Tak sądzę. Ale pew­no­ści nie mam. Nie widzia­łam jej od czasu, kiedy wró­ciła z pracy.

Vidar stoi odwró­cony ple­cami do pożaru, pło­mie­nie odbi­jają się w błysz­czą­cych oczach Jose­finy.

Rusza wzdłuż wygro­dze­nia i nagle się zatrzy­muje. Tam, w tra­wie, leży ręka­wica robo­cza. Odwraca się w stronę domu. Pło­mie­nie nie są już tak potężne jak jesz­cze przed chwilą, ale do miej­sca, w któ­rym teraz stoi, ni­gdy nie dotarły. Prze­suwa dło­nią po zamar­z­nię­tej tra­wie. Jest nie­tknięta.

Pod­nosi rękę i przy­wo­łuje jed­nego z kole­gów.

– No pro­szę – mówi kolega.

– No wła­śnie – odpo­wiada Vidar.

– Pójdę po tabliczkę. Zacze­kasz tu?

Vidar zostaje na miej­scu. Mar­z­nie bez mun­duru. Kolega wraca z tabliczką z numer­kiem i ostroż­nie wbija ją w zie­mię.

Ręka­wica ma wyraźne ślady ognia. Z bli­ska widać też plamy krwi.

Mija tro­chę czasu, zanim zja­wia się komi­sarz. Nagle obja­wia się w samym środku grupy, pochyla się nad pla­nem domu, który komuś udało się szybko zna­leźć. Taki wła­śnie jest. Komi­sarz K-G Öberg, potęż­nej postury męż­czy­zna ubrany jak leśnik: cięż­kie buty, robiony na dru­tach swe­ter i spodnie z dużą liczbą kie­szeni. Dobry szef o moc­nym gło­sie. Ma rzad­kie sre­brzy­ste włosy i okrą­głą, lekko napuch­niętą twarz. Oczy, które patrzą na Vidara, są otwarte, cie­płe. Mimo potęż­nej budowy komi­sarz prze­miesz­cza się, nie robiąc hałasu, rzadko zda­rza się, że ktoś sły­szy, kiedy nad­cho­dzi.

– Młody Jörgensson – mówi zdzi­wiony. – Jasne, prze­cież ty tu miesz­kasz.

– Zga­dza się.

– Wkrótce zaczy­nasz zmianę.

– Za sie­dem i pół godziny.

K-G macha dło­nią.

– Wra­caj do domu, wyśpij się. Jutro będziemy cię potrze­bo­wać.

Pieką go oczy, bolą stawy. Cały dzień miał służbę, i jesz­cze połowę nocy. Ma sztywne ramiona, doku­cza mu krę­go­słup.

– Nie jestem tu potrzebny? – pyta mimo wszystko.

– Jesteś, ale chcę cię tu widzieć po sied­miu godzi­nach snu.

Vidar prze­ka­zuje wia­do­mo­ści, które udało mu się zebrać, odwie­sza kurtkę, kiwa głową kole­gom i rusza w drogę powrotną do domu. Do wschodu słońca jest jesz­cze dużo czasu. Za nim widać miga­jące nie­bie­skie świa­tła, wokół panuje cisza, są poli­cjanci, wozy stra­żac­kie, karetki.

Kiedy już zdą­żył odejść kawa­łek, kątem oka dostrzega jakiś ruch. Gdzieś w świer­ko­wym lesie. Zatrzy­muje się i oddy­cha. Panuje tu cał­ko­wita cisza.

I nagle coś dostrzega.

– Halo! – Odwraca się i woła w stronę nie­bie­skich świa­teł: – Halo! Tu ktoś leży.

Ktoś, kto nie wie­dział, gdzie się podziać.2

Isak Nyqvist mieszka przy Svanåsvägen, w czer­wo­nym domu nie­da­leko zawrotki. Nie­wiel­kie domki leżą jeden przy dru­gim. Zale­d­wie trzy domy dalej mieszka Theo.

Tego ranka jego mama kuca przy łóżku i budzi go jak zwy­kle. Przez sen czuje jej zapach. To wła­śnie zapach dociera do niego naj­pierw. Mama jest już na nogach od godziny, musi mieć czas, żeby przy­go­to­wać się do pracy.

– Isak. Isak, skar­bie. Już wpół do ósmej, pora wsta­wać.

Te same słowa każ­dego ranka, ale to nie one spra­wiają, że otwiera oczy, tylko spo­sób, w jaki mama je mówi. Jej głos brzmi dzi­siaj ina­czej, jakby była nie­obecna, jakby jed­no­cze­śnie oglą­dała jakiś wcią­ga­jący film, ale też nie do końca. Jakby chciała mu coś prze­ka­zać mię­dzy sło­wami. Mama brzmi, jakby się bała.

– Co tak pach­nie?

Mama nie odpo­wiada. Ma lekko zaczer­wie­nione oczy. Zwy­kle nie są takie.

Isak pod­ciąga się na rękach. Dla­czego tak trudno się obu­dzić, kiedy trzeba iść do szkoły, a tak łatwo, kiedy jest sobota czy nie­dziela? To jedno z wiel­kich życio­wych pytań.

* * *

Sta­rzy ludzie mówią „sad” zamiast ogród. Isak odkrył nie­dawno, że sta­rzy ludzie mówią cza­sem tro­chę ina­czej niż inni, uży­wają słów, do któ­rych nie przy­wykł. Brzmią tak ele­gancko. Edvard mawia, że słowa to nasza więź z tymi, któ­rych już nie ma wśród nas.

Z okna w kuchni widzi cały ogród aż do dre­wutni na skraju lasu, po dru­giej stro­nie ścieżki rowe­ro­wej, jesz­cze za kamien­nym mur­kiem, poro­śnię­tym tawulą i dąbrówką. Nie wie, kto jest wła­ści­cie­lem dre­wutni, ale wie, że pod dachem są ogromne r o b a l e. W pobliżu rosną stare jabło­nie, rodzące wiel­kie czer­wone jabłka, takie aku­rat na bożo­na­ro­dze­niową cho­inkę, i stare śliwy z żół­tymi, okrą­głymi owo­cami, ale trudno się do nich dostać, bo parzące pokrzywy są tu wyjąt­kowo wyso­kie. W zeszłym roku, po jed­nej z pierw­szych nocy z przy­mroz­kami, ktoś je pode­ptał. Mogłoby się zda­wać, że prze­szło tędy jakieś duże zwie­rzę i zja­dło pokrzywy. Śliwa naresz­cie stała się dostępna, Isak i Theo wdra­pali się na nią i prze­je­dli się śliw­kami.

Od tam­tego czasu Isak nie jada śli­wek. Tak bolał go brzuch, że na samo wspo­mnie­nie dostaje mdło­ści.

Sypie zde­cy­do­wa­nie za dużo cukru na płatki, cukier zmie­nia się w pyszne słod­kie grudki pły­wa­jące w zsia­dłym mleku. Mama zwy­kle wtedy pro­te­stuje, ale nie dzi­siaj. Nie sie­dzi z nim przy stole w kuchni, tylko z tatą w salo­nie. Jesz­cze nie wyje­chał do pracy, mimo że zwy­kle wyjeż­dża za kwa­drans siódma.

– Prze­spa­łaś się tro­chę? – pyta tata.

– Nie – odpo­wiada mama. – Odpro­wa­dzę go dzi­siaj. Auto­bus szkolny prze­jeż­dża tuż obok. Nie chcę, żeby nim jechał. Tylko nie wiem, jaką drogę wybrać_._

Isak sie­dzi sam przy stole w kuchni i nie wie, na czym sku­pić wzrok. To dla niego nowe uczu­cie: chce podejść do matki, ale wie, że nie powi­nien. Bawi się, że płatki na tale­rzu to boha­te­ro­wie, może kow­boje albo żoł­nie­rze, a zsia­dłe mleko to zagra­ża­jąca życiu lawa.

W holu spo­strzega odci­ski butów, duże. W nocy mieli gościa.

Ponie­dział­kowy pora­nek jest zimny i wil­gotny. Isak sie­dzi na pod­kładce na tyl­nym sie­dze­niu, jadą do szkoły w Simlångsdalen. Mama jedzie dłuż­szą drogą niż zwy­kle. Nie ma jesz­cze śniegu. Mijają stare budynki gospo­dar­cze. Za drze­wami, w kie­runku Tolarp, Isak dostrzega szare smugi wzno­szące się ku bia­łemu niebu.

– Co się stało, mamo?

– O co ci cho­dzi, skar­bie?

– Ty i tata dziw­nie się zacho­wu­je­cie. I pach­nie tu tak samo, jak kiedy palimy w kominku.

Mama długo mil­czy.

– Nie wiem dokład­nie, co się stało.

Potem już nic nie mówi, a on nie pyta. Ręce mamy ści­skają kie­row­nicę tak mocno, że bie­leją jej knyk­cie. Kiedy docie­rają na miej­sce, Isak zaczyna biec przez boisko, żeby się nie spóź­nić.

W szkole też wszystko jest inne niż zwy­kle. Pani Isaka, panna Iréne, wygląda, jakby zgu­biła coś bar­dzo waż­nego. Uśmie­cha się, ale uśmiech nie dociera do jej oczu, a pod­czas prze­rwy pali wię­cej niż zwy­kle.

Kiedy Isak koń­czy lek­cje, mama już na niego czeka. Ma ścią­gniętą twarz, jakby coś ją bolało, ale nie chce tego po sobie poka­zać. Kiedy docie­rają do domu, Isak dostrzega w holu nowe, obce ślady butów, no i wycie­raczka leży w innym miej­scu niż powinna.

– Mamo, kto tu był?

– O co ci cho­dzi?

– Wycie­raczka leży w dziw­nym miej­scu. I nikt z nas nie ma takich butów.

Mama mru­czy coś nie­zro­zu­miale, spra­wia wra­że­nie nie­obec­nej.

Chwilę póź­niej do drzwi dzwoni Theo.

Zda­rza się, że kiedy są w szkole razem z innymi, Theo zacho­wuje się dziw­nie. Odtrąca od sie­bie Isaka. Fuka na niego albo wzdy­cha głę­boko. Isak nie bar­dzo wie dla­czego, ale to zda­rza się tylko, kiedy są z nimi inni, Torbjörn czy Håkan, albo Malin czy Ceci­lia. Poza tym też nie zawsze, no i prze­cież wia­domo, że on i Theo się kum­plują. Tak po pro­stu jest. To nie­mal „prawo natury”, to okre­śle­nie poznali nie­dawno na lek­cjach w szkole w Bre­ared.

– Cześć – mówi Theo.

– Cześć.

– Co będziemy robić? Może zagramy w Kamień Króla?

Isak wkłada kurtkę i bie­gnie do kuchni.

– Mamo, mogę…

Mama stoi przy zle­wie i patrzy przez okno, obej­muje się rękami, jakby mar­zła. Po policz­kach płyną jej łzy. Kiedy spo­strzega Isaka, wzdryga się, wyciera oczy, mruga szybko kilka razy.

– Theo przy­szedł? – pyta. – Wycho­dzi­cie?

Isak stoi w roz­pię­tej kurtce i z dziw­nym uczu­ciem w piersi.

– Mamo, jesteś smutna?

Mama uśmie­cha się i kręci prze­cząco głową, ale na­dal mruga oczami.

– Co się stało, mamo?

– Dla­czego pytasz? Roz­ma­wia­li­ście o tym w szkole?

– Nie, ale…

– Ale co?

Trudno mu zna­leźć wła­ściwe słowa. Ale coś prze­cież się wyda­rzyło.

Kiedy nic nie mówi, mama pochyla się nad nim i obej­muje go mocno. Szep­cze, że wszystko jest w porządku, że nic się nie stało, nie ma żad­nego nie­bez­pie­czeń­stwa, wszystko będzie dobrze.

– Idź, pobaw się z Theo.

– Ale…

– Wszystko jest w porządku. – Uśmie­cha się przez łzy. – Jestem po pro­stu zmę­czona.

– Okej.

– O któ­rej masz być w domu?

– O pią­tej.

– A co zro­bisz, jeśli coś się sta­nie?

– Zawia­do­mię kogoś doro­słego.

– Dobrze.

Mama całuje go w czoło. Isak wycho­dzi razem z Theo.

_Nic się nie stało, nie ma żad­nego nie­bez­pie­czeń­stwa. Wszystko będzie dobrze._

Zabrzmiało to nie­mal jak modli­twa.3

Nieda­leko domu Markströmów jest ukryta w lesie polanka. Prze­świt w lesie pro­wa­dzi do miej­sca, gdzie potok, Fylleåen, pły­nie wyjąt­kowo wartko.

To tam Edvard zabrał kie­dyś Isaka. Prawdę mówiąc, Edvard jest osobą, którą Isak lubi naj­bar­dziej. Poza mamą, być może. Cho­ciaż ni­gdy tego nikomu nie powie. A już na pewno nie tacie.

Nie jest listo­pad, tylko lato, cie­pła sierp­niowa nie­dziela trzy mie­siące wcze­śniej. Idą mię­dzy drze­wami, a Isak trzyma Edvarda za rękę.

– Sły­szysz, Isak? – pyta.

– Nie, a co?

– Posłu­chaj.

Włosy Edvarda są rów­nie ciemne jak włosy mamy, brwi są wyraź­nie zazna­czone, oczy brą­zowe, duże i cie­płe. Ostre kon­tra­sty spra­wiają, że wygląda, jakby go ktoś nary­so­wał, jakby wyszedł z komiksu.

Wszy­scy mówią, że Isak i Edvard są do sie­bie podobni. Isak pró­buje cza­sem naśla­do­wać wuja, ale to trudne. Jed­nak kiedy pró­buje iść czy poru­szać się jak Edvard, nie bar­dzo mu to wycho­dzi: chód jest rwany, sztywny.

Isak patrzy na wuja i zaczyna nasłu­chi­wać.

– Teraz sły­szysz?

Gałę­zie drzew koły­szą się lekko na wie­trze nad jego głową, owady bzy­czą, stary trak­tor Görana Antons­sona ter­ko­cze w oddali. I jesz­cze coś: głu­chy szum gdzieś w głębi.

– Co to jest?

– Chodź, zoba­czysz.

Idą szybko dalej, mijają stare pnie i wiel­kie korze­nie, które prze­cho­dzą przez ścieżkę. Szum w uszach nara­sta, Isak czuje pod­nie­ce­nie w piersi.

Cza­sem Edvard jest dla niego tro­chę jak tata. Ni­gdy nie powie­dział tego na głos, bo nie chce, żeby tacie było przy­kro, ale cza­sem tak myśli. Taty czę­sto nie ma w domu, pra­cuje do późna, bo prze­cież potrze­bują pie­nię­dzy. Zda­rza się, że wyjeż­dża nawet w week­endy. Pra­cuje jako mecha­nik u jed­nego faceta w mie­ście, który jest kie­rowcą raj­do­wym, a zawody pra­wie zawsze odby­wają się w soboty i nie­dziele.

Dni spę­dzane z Edvar­dem są naj­lep­sze. Isak czuje rosnące napię­cie, ale nie boi się. Kiedy idzie przez las i Edward trzyma jego małą dłoń w swo­jej dużej, to ma poczu­cie, że jest w domu.

– Tu – mówi Edvard w końcu. – Patrz, Isak!

Ni­gdy nie widział cze­goś podob­nego. Nurt potoku jest tak silny, że woda się pieni, biało-brą­zowa piana ude­rza z furią o kamie­nie, woda roz­bry­zguje się. Wodo­spad jest wyż­szy niż naj­wyż­sze świerki, trzeba mówić bar­dzo gło­śno, żeby prze­krzy­czeć hałas.

Gro­mada pta­ków wzbija się nagle w powie­trze, jakby coś je prze­stra­szyło, Isak wzdryga się. Edvard obej­muje go, uspo­kaja.

– Spo­koj­nie, mały. Ład­nie tu, prawda?

– Jest ogromny.

– Wiesz, jak się nazywa?

– Nie.

– Wodo­spad Duń­czy­ków.

Spo­wija ich wil­goć, powie­trze jest gęste. Sia­dają na cie­płej leśnej polance. Isak zna to miej­sce. Edvard, mama, nawet tata, nauczyli go, że przy­roda jest jak mapa, tylko trzeba nauczyć się ją czy­tać. Roz­glą­da­jąc się, można się zorien­to­wać, gdzie się jest, jak daleko stąd do wodo­spadu, jak daleko do domu i jak naj­krót­szą drogą dotrzeć na pole.

– Mia­łeś udane lato, Isaku?

– Tak. Ty też?

– Wspa­niałe.

– Lubię Lovisę – mówi Isak. – Powi­nie­neś czę­ściej się z nią spo­ty­kać.

Edvard się śmieje.

– Prze­cież spo­ty­kam się z nią bar­dzo czę­sto.

– Ale nie kiedy jesteś ze mną.

– To prawda, ale oboje pra­cu­jemy. Nie mamy waka­cji, tak jak ty.

– Tak to jest, kiedy jest się doro­słym?

– Tak to jest, kiedy ma się dwa­dzie­ścia pięć lat.

– Masz już dwa­dzie­ścia pięć lat?

– To dużo?

– Tak. Ja mam tylko sie­dem.

– Nie takie tylko.

Isak przy­gląda się wyso­kiemu wodo­spa­dowi przed nimi. Tutaj nie może spo­tkać go nic złego. Dopóki jest z nim Edvard, wszystko będzie dobrze.

– Dla­czego się tak nazywa? Wodo­spad Duń­czy­ków.

– Zaraz ci opo­wiem. To było dawno temu, bar­dzo dawno temu – zaczyna Edvard, jakby zdra­dzał mu wielką tajem­nicę. – Było lato, tak jak teraz, tylko musimy cof­nąć się w cza­sie. Szwe­cja toczy wojnę z Danią. W Szwe­cji rzą­dzi król Karol XI i Szwe­dzi odno­szą ważne zwy­cię­stwo. Duń­czycy, któ­rzy prze­grali bitwę, ucie­kają. Ukry­wają się w lasach w oko­li­cach Marbäck. Idą wzdłuż potoku. I docie­rają do tego miej­sca – mówi Edvard i wska­zuje ręką na szczyt wodo­spadu wysoko w górze. – Widzisz te dwa naj­wyż­sze świerki? Po obu stro­nach wodo­spadu?

Isak mruży oczy i patrzy na jasne niebo.

– Tak, widzę.

– Na tych dwóch drze­wach był kie­dyś zawie­szony most, tak by można było przejść na drugą stronę. Duń­czycy chcieli się tam dostać. Most był bar­dzo wąski, koły­sał się i drżał.

Isak czuje, jak coś łopo­cze mu w piersi. Bie­rze Edvarda za rękę.

– I nagle, kiedy żoł­nie­rze stoją na środku mostu, coś się wyda­rza. Most się zała­muje. Żoł­nie­rze wpa­dają do wody.

Lecą w dół. Isak widzi ich ciała, odzna­czają się na tle bia­łej wody, by po chwili znik­nąć pod powierzch­nią.

– Ale… – Edvard unosi prze­bie­gle palec – to nie był wypa­dek. Bo tam, na górze, zaraz za świer­kami, cze­kał szwedzki król i jego żoł­nie­rze. W tajem­nicy poszli za Duń­czy­kami i w decy­du­ją­cym momen­cie znisz­czyli most.

– Straszne – szep­cze Isak i pod­nie­cony ści­ska rękę wuja.

– Podobno szwedzki król stał potem dokład­nie w miej­scu, w któ­rym teraz sie­dzimy, i patrzył na wodo­spad, w któ­rym uto­pili się Duń­czycy. Stąd nazwa – Wodo­spad Duń­czy­ków.

– Wow.

– A ten naj­więk­szy kamień, tam na środku wodo­spadu, widzisz go?

W samym środku potoku jest głaz wiel­ko­ści czło­wieka, jest bar­dzo stary i się błysz­czy.

– Tak.

– Ludzie nazy­wają go Kamie­niem Króla.

Edvard pod­nosi mały kamyk i wstaje.

– A teraz nauczę cię cze­goś, czego kie­dyś mój tata nauczył mnie i twoją mamę, a jego nauczył tego kie­dyś jego ojciec.

– Czyli?

Edvard się śmieje.

– Zaraz zoba­czysz.4

Isak pamięta, że poczuł wtedy, że jest bli­sko cze­goś wiel­kiego. To nie­zwy­kłe, że szwedzki król był przy potoku, przy Fylleån, i zabił tych wstręt­nych Duń­czy­ków.

Naprawdę tak było? Pani w szkole twier­dziła, że Karol XI ni­gdy tu nie był. Powie­działa, że cała ta histo­ria jest wysoce n i e p r a w d o p o do b n a.

Ale prze­cież mogła być praw­dziwa.

Isak i Theo zosta­wili rowery kawa­łek przed poto­kiem. Chłód i wil­goć przy­bie­rają na sile w cie­niu świer­ko­wego lasu. Kiedy zbie­rają kamie­nie, nos i policzki Theo robią się czer­wone.

– Ty zaczy­nasz – mówi Isak.

– Ja zawsze zaczy­nam.

– Dla­tego, że ni­gdy nie zdą­żysz pierw­szy powie­dzieć „ty zaczy­nasz”.

Zasady są pro­ste. Trzeba tra­fić w Króla. Ten, kto nie trafi, robi krok w stronę wody, ten, kto trafi – zostaje. Jeśli jest tylko dwóch gra­czy, gra się koń­czy, gdy jeden z nich nie ma odwagi brnąć dalej w wodzie. Jeśli gra­czy jest wię­cej niż dwóch, kiedy wszy­scy – oprócz jed­nego – się pod­da­dzą.

Jeśli jeden z gra­czy zrobi krok w kie­runku wody, pozo­stali muszą zro­bić dwa, o ile nie tra­fią w kamień, a na­dal są na brzegu. Ten, który już stoi w wodzie i odważy się iść dalej, cią­gnie pozo­sta­łych coraz bli­żej brzegu, ku nie­uchron­nemu koń­cowi.

To n i e w i a r y g o d n i e sprytne, pomy­ślał Isak. Zasta­na­wia się, kto był tak sprytny, że wymy­ślił taką grę. Nawet Edvard nie jest tak sprytny.

Theo rzuca pierw­szy. Kamyk leci w powie­trzu i tra­fia w wodę.

Na twa­rzy Theo poja­wia się gry­mas, ale robi krok do przodu.

– Cał­kiem nie­źle jak na pierw­szy rzut.

Isak też pudłuje. Theo rzuca drugi kamyk, leci pięk­nym łukiem w powie­trzu. Ude­rza w Króla z pra­wej strony, sły­chać pożą­dane stuk­nię­cie – jeden z naj­pięk­niej­szych dźwię­ków, jakie ist­nieją – i wpada do potoku.

Isak tym razem nie tra­fia, ale następ­nym mu się udaje. I w ten spo­sób obaj zbli­żają się do potoku.

– Pamię­tasz, jak kie­dyś gra­li­śmy z Anto­nem? – pyta Theo i chi­cho­cze. Bie­rze zamach, rzuca.

Anton cho­dzi do klasy rów­no­le­głej i mieszka kawa­łek dalej w stronę Simlångsdalen. Stał już w potoku, wyce­lo­wał, rzu­cił, ale spu­dło­wał. Odwró­cił się do nich, wzru­szył ramio­nami i uśmiech­nął się, ale widzieli strach w jego oczach.

Nagle jakby jakaś nie­wi­dzialna ręka chwy­ciła go pod wodą za nogę i pocią­gnęła. Roz­legł się głu­chy dźwięk, jak wtedy, kiedy czło­wiek w butach tupie po dywa­nie, gdy głowa Antona ude­rzyła o coś twar­dego pod wodą.

A on jakby nagle cał­ko­wi­cie opadł z sił.

– Anton! – zawo­łał Theo. – Nic ci nie jest?

Anton nie zare­ago­wał. Jego grube zimowe ubra­nie nasiąk­nęło wodą i zro­biło się cięż­kie. Prąd zaczął uno­sić go ze sobą.

Szybko weszli do wody, chwy­cili Antona za ubra­nie i wspól­nymi siłami wycią­gnęli na brzeg. Był ciężki, cięż­szy, niż można było się spo­dzie­wać. Leżał na ple­cach z zamknię­tymi oczami, ciało miał bez­władne. Theo był prze­ra­żony.

– Czy on… nie żyje?

Isak pokrę­cił głową.

– Prze­cież oddy­cha.

– Co teraz? – spy­tał Theo.

W tym momen­cie Anton skrzy­wił się, zła­pał się za kark i spró­bo­wał usiąść.

– Wszystko w porządku! – wykrzyk­nął Theo. – Nic mu nie jest. Tylko nikomu nic nie mówi­cie, bo już ni­gdy wię­cej nie będziemy mogli grać, dobrze? Nic ci nie jest, prawda?

– Chyba nie – jęk­nął Anton.

Wró­cili do domu. Tak bli­sko kata­strofy Isak ni­gdy jesz­cze nie był.

Aż do teraz, być może. Trudno powie­dzieć. To był dziwny dzień. Mama jest smutna. Z Iréne też coś jest nie tak. No i te odci­ski butów na dywa­nie w holu.

– Dla­czego wszy­scy są jacyś dziwni?

– W nocy spło­nął dom – mówi Theo wład­czym gło­sem. – Doro­śli tak się zacho­wują, kiedy zda­rza się coś poważ­nego.

– Wiem, ale…

– Nie tra­fi­łeś, zrób krok.

Wieje zimny wiatr. Dym długo utrzy­muje się w powie­trzu. Isak idzie dalej. Theo rzuca. _W nocy spło­nął dom_. To brzmi paskud­nie.

– Czyj dom?

– Ten brą­zowy, w Tolarp.

– Kto tam mieszka?

– Nie wiem – przy­znaje Theo. – Tata nie chciał nic wię­cej powie­dzieć. Spy­tam Jac­kego, jak wróci do domu.

Jacke to star­szy brat Theo. Rzu­cają dalej. Isak pudłuje. Robi dwa kroki i wcho­dzi do czar­nej wody, ale jest tak zimna, że ma wra­że­nie, że zaraz odpadną mu stopy. Czuje lodo­wate zimno. Zaczyna się trząść.

– Remis?

– W porządku – uznaje Theo, drżąc z zimna.

Wie­czo­rem, kiedy Isak leży już w łóżku, nasłu­chuje gło­sów mamy i taty zza ściany.

– To musi być jakieś nie­po­ro­zu­mie­nie – mówi mama_._

– Miejmy nadzieję – odpo­wiada tata. – Ale wiesz, że…

– Że co?

– Nic, ja tylko… Pomy­śla­łem o Augu­ście_._

– O ojcu? – Mama brzmi nie­mal, jakby była zła. – Dla­czego?

Zapada cisza. Jest tak cicho, że Isak sły­szy bicie wła­snego serca.

A potem roz­le­gają się te dziwne schryp­nięte dźwięki. Szlo­chy, wes­tchnie­nia. To mama. Ma ochotę pobiec do niej i ją objąć, ale nie ma odwagi, cza­sem po pro­stu się wie, że naj­le­piej jest trzy­mać się z daleka.

Ostat­nie, o czym myśli, zanim zasy­pia, to płatki, które jadł rano na śnia­da­nie, jego kow­boje i żoł­nie­rze, pamięta, jak szybko pochło­nęło je zsia­dłe mleko, niczym żarząca się lawa.5

Drzewo gene­alo­giczne Vidara Jörgenssona jest głę­boko zako­rze­nione w zie­miach wokół Marbäck. Stąd pocho­dzi, podob­nie jak jego ojciec, dzia­dek i pradzia­dek. Tu czuje się naj­le­piej, w małym żół­tym domku z bia­łymi naroż­ni­kami, z otwar­tym komin­kiem i psem, któ­rego jego zna­jomi wypro­wa­dzają na spa­cer, kiedy on musi zostać dłu­żej w pracy.

Zawód poli­cjanta też jest czę­ścią tego dzie­dzic­twa. Sven, ojciec Vidara, był poli­cjan­tem. Ale zacho­ro­wał i zmarł. To było trzy lata temu. Vidar na­dal żyje z pustką w piersi, jakby coś w nim – jak to się mówi – zasty­gło.

Noc nie daje mu spo­koju. Jest wiele zna­ków zapy­ta­nia. W radiu cały ranek mówiono o poża­rze, zaraz po infor­ma­cji, że naród szwedzki w pierw­szym refe­ren­dum od gło­so­wa­nia na temat ener­gii ato­mo­wej zagło­so­wał za przy­stą­pie­niem do Unii Euro­pej­skiej. Prze­waga była nie­wielka. Połowa nie chciała, w Marbäck pra­wie nikt nie gło­so­wał na tak. Dys­ku­sje, które się tu toczyły, były liczne, dłu­gie i pełne nie­na­wi­ści.

W świe­tle pożaru w Tolarp kwe­stia człon­ko­stwa w Unii wydaje się odle­gła i mało zna­cząca. Ludzie są jak spa­ra­li­żo­wani.

Ran­kiem poja­wia się w komen­dzie w Halm­stad, nie­da­leko Slot­t­spar­ken i sądu rejo­no­wego, szaro-bia­łym sze­ścio­pię­tro­wym budynku ze stali i szkła, który z daleka przy­po­mina szpi­tal dla umy­słowo cho­rych. Niczym czujne oko góruje nad Halm­stad, kie­dyś nie­wiel­kim mia­stecz­kiem na wybrzeżu, które z cza­sem się roz­ro­sło.

Vidar prze­biera się. I staje się nie­mal nowym czło­wie­kiem. Zmę­cze­nie znika, zastą­pione uczu­ciem obec­no­ści. Wielu funk­cjo­na­riu­szy, któ­rzy wła­śnie skoń­czyli zmianę, było w nocy w Marbäck, tyle że przy­je­chali już po tym, jak Vidar wró­cił do domu.

– To nie był piękny widok. – Mar­kus sięga po fili­żankę poran­nej kawy z auto­matu sto­ją­cego w szatni. – Mam na myśli, kiedy ją wyno­sili.

Mar­kus Daniels­son pocho­dzi z Laholmu i jest rówie­śni­kiem Vidara. Razem odby­wali służbę woj­skową, ale lepiej poznali się dopiero pod­czas stażu aspi­ranc­kiego, gdy uświa­do­mili sobie, że są jedy­nymi hal­land­czy­kami w gru­pie. Po nocy mun­dur Mar­kusa jest popla­miony i cały w sadzy.

– Nic nie wiesz – mówi Mar­kus, kiedy spo­strzega Vidara. – Prze­pra­szam, myśla­łem, że…

– To była ona? Lovisa?

– Tak – przy­ta­kuje Mar­kus. – To była ona.

Vidar nalewa sobie kawy. Czuje cię­żar na bar­kach i lek­kie ukłu­cie na wyso­ko­ści serca. Wypija łyk zde­cy­do­wa­nie zbyt gorą­cej i gorz­kiej kawy.

– Wia­domo, dla­czego zaczęło się palić?

Mar­kus kręci głową.

– Jesz­cze nie. A wła­śnie, zanim zapo­mnę. Jeśli cho­dzi o nie­dzielę, to mogę popro­sić Hannę, żeby przy­szła z kimś. Jeśli chcesz.

– Nie ma takiej koniecz­no­ści.

– Na pewno?

– Tak, na pewno.

Vidar sły­szy dźwięki docho­dzące z komendy i z ulicy. Zapach mun­du­rów i zapach skóry, sły­szy, jak w szatni szafki otwie­rają się i zamy­kają. Patrzy na sie­bie w lustrze. Mimo wszyst­kich okro­pieństw to miłe uczu­cie wie­dzieć, że gdzieś się przy­na­leży.

* * *

– „UE albo nie”. – K-G Öberg stoi w oknie z rękami w kie­sze­niach, jego wielki ster­czący brzuch wska­zuje na roślinki w donicz­kach, o któ­rych prze­trwa­nie wal­czy jego sekre­tarka. – „Ener­gia ato­mowa albo nie”. W Szwe­cji wszystko jest albo, albo. Zasta­na­wia­łeś się kie­dyś nad tym? Czarne albo białe, za albo prze­ciw. Wydaje się pro­ste. Tylko co, do dia­bła, z tego wynika?

To pierw­szy raz, kiedy Vidar jest w jego gabi­ne­cie, mimo że pra­cuje tu już cztery lata. Sze­re­gowy funk­cjo­na­riusz robi rze­czy, któ­rych inni albo nie chcą robić, albo nie mają na to czasu. Patro­luje ulice, szuka pacjen­tów, któ­rzy wyszli ze szpi­tala psy­chia­trycz­nego i się zgu­bili, zaj­muje się awan­tu­ru­ją­cymi się babami czy face­tami, wyjeż­dża na wezwa­nia, stoi w okienku i wydaje pasz­porty, wysyła nar­ko­tyki do labo­ra­to­rium, przyj­muje donosy od spo­łe­czeń­stwa i pisze zgło­sze­nia. Odwie­dziny w gabi­ne­cie komi­sa­rza nie należą do rze­czy codzien­nych.

– Na pewno jest jakaś róż­nica – mówi Vidar. – Z cza­sem się okaże – dodaje.

– Podatki trzeba pła­cić, no i każdy musi umrzeć, prę­dzej czy póź­niej. Na wiel­kie sprawy rzadko mamy wpływ.

Gabi­net K-G jest mniej­szy, niż Vidar sądził. Biurko i krze­sło, na ścia­nie półka z nie­bie­skimi sko­ro­szy­tami. Mnó­stwo papie­rów, kilka zdjęć. Dyplom ukoń­cze­nia kursu na dowódcę. I to wszystko.

– Lovisa Markström – mówi. – Strasz­nie wyglą­dała, niech to szlag.

– To już sły­sza­łem.

Komi­sarz odwraca głowę.

– Zna­łeś ją?

– Zna­łem to za dużo powie­dziane.

– Co o niej wiesz? Pocho­dzisz z jej stron.

– Ma dwa­dzie­ścia parę lat, może dwa­dzie­ścia. Pra­cuje w Brooktorpsgården w mie­ście. Zdolna dziew­czyna, mądra. Trudno mi sobie wyobra­zić, żeby była znana poli­cji. Bar­dzo porządna i w ogóle. Miła, sym­pa­tyczna, jedy­naczka. Jej rodzice, Hans i Erika, to dobrzy ludzie, lubiani. Podob­nie jak Lovisa – dodaje. – Ludzie, z któ­rymi roz­ma­wia­łem, mówili, że Hans i Erika byli na przy­ję­ciu uro­dzi­no­wym w mie­ście. Mieli wró­cić tak­sówką. Ale nie widzia­łem ich.

– Zawieź­li­śmy ich pro­sto na psy­chia­trię.

Potężny męż­czy­zna odwraca się, sięga po jakąś kartkę i podaje ją Vida­rowi.

– W ustach nie zna­le­ziono dro­bi­nek sadzy. Ani w prze­łyku czy w płu­cach.

Vidar prze­la­tuje wzro­kiem doku­ment: chłodny tech­niczny tekst. Takie rze­czy są ważne, to pierw­sze, co się spraw­dza, dla­tego odpo­wiedź przy­szła tak szybko. Lovisa Markström „nie oddy­chała pod­czas pożaru”, jak to okre­ślono.

Vidar wpa­truje się w doku­ment.

– Nie żyła, kiedy zaczęło się palić.

– Tak – potwier­dza K-G.

– Wia­domo, co było przy­czyną śmierci?

– Została ude­rzona tępym przed­mio­tem w głowę.

– Więc to…

– Tak.

K-G przy­gląda się Vida­rowi, mruga, podaje mu kolejny doku­ment.

– To wszystko, co na razie mamy. Wła­śnie dosta­łem listę. Została spo­rzą­dzona w pośpie­chu na pod­sta­wie pierw­szych roz­mów. W środku nocy. Należy o tym pamię­tać. Znasz tych ludzi?

Vidar przy­gląda się liście. Jest na niej pięć nazwisk.

– Chyba tak.

– Kogoś bra­kuje?

Roz­mowa z komi­sa­rzem to duża rzecz. Teraz powi­nien powie­dzieć coś mądrego.

– Mam wra­że­nie, że wszy­scy to miej­scowi. Czy wyklu­czamy, że mógł to być ktoś inny?

– Pra­wie zawsze sprawcą jest osoba w taki czy inny spo­sób zwią­zana z ofiarą. Więc od tego wyj­dziemy. Masz na myśli kogoś kon­kret­nego?

– Nie. Ale nie wydaje mi się, żeby to był ktoś z nich, cho­ciaż to oczy­wi­ście moż­liwe. Pamię­tajmy jed­nak, że w pół­noc­nej Ska­nii i w oko­li­cach Laholmu gra­suje ostat­nio szajka wła­my­wa­czy. Nie mówiąc o tych wszyst­kich uchodź­cach, któ­rzy ostat­nio wle­wają się do naszego kraju. W Marbäck jest taki jeden chło­pak. Nazywa się Nali. Nie twier­dzę, że to któ­ryś z nich, ale prasa może zacząć coś podej­rze­wać. Byłoby dobrze, gdy­by­śmy mieli jakieś argu­menty. Na przy­kład, że z domu nic nie zgi­nęło, jeśli rze­czy­wi­ście tak jest.

– Słusz­nie rozu­mu­jesz, Jörgensson. Mądrze. Czy coś zgi­nęło, czy nie, to trudno stwier­dzić, mając na uwa­dze to, co z niego zostało. Usta­le­nie tego zaj­mie sporo czasu. A aku­rat czasu nie mamy. Jugole i Ser­bo­wie, czy kto tam wie, skąd oni pocho­dzą, to jedno. Ale co uchodźcy wojenni robią w Marbäck? A ta szajka jak dotąd trzy­mała się od nas z daleka, więc to raczej nie oni. Ale doce­niam, że pró­bu­jesz. – Komi­sarz wska­zuje głową na listę. – Bra­kuje ci tu kogoś? – pyta.

– Cho­dziła z Edvar­dem Chri­stens­so­nem.

– No wła­śnie. – K-G gła­dzi brodę swoją wielką dło­nią. – Na razie go nie uwzględ­ni­łem. Co o nim wiesz?

– Cho­dzi­li­śmy razem do szkoły. Jest młod­szy ode mnie o kilka lat. Inte­li­gentny, ale nie­zor­ga­ni­zo­wany, takim go pamię­tam. Cała rodzina Chri­stens­so­nów jest tro­chę inna, przy­naj­mniej męż­czyźni. W mło­do­ści nie­źle roz­ra­biał, poszedł w ślady ojca.

– Jak nazywa się ojciec?

– August. Przez wiele lat pra­co­wał w zakła­dach, aż do ich zamknię­cia, w ostat­nich latach przed śmier­cią sporo pił. Sarę, żonę, trak­to­wał dość… ostro, jeśli można tak powie­dzieć.

Ojciec Vidara opo­wia­dał mu o Augu­ście Chri­stens­so­nie. Będąc dziec­kiem, Vidar wiele razy widy­wał Sarę z pod­bi­tym okiem, cza­sem szła, uty­ka­jąc, ale dopiero znacz­nie póź­niej zro­zu­miał, co to zna­czyło.

– August nie był złym czło­wie­kiem – dodaje Vidar. – Mój ojciec mie­wał z nim do czy­nie­nia. Nie był złym czło­wie­kiem, tylko miał w sobie jakiś nie­po­kój.

K-G recho­cze.

– Nie­po­kój. Tak, to prawda. Nie był złym czło­wie­kiem, mówisz. Kiedy prze­staje się być dobrym czło­wie­kiem? Ja też sły­sza­łem o nim różne rze­czy. Bił żonę, cza­sem. Takie rze­czy czę­sto się dzie­dzi­czy.

Vidar czer­wieni się.

– Ale dobrze, Jörgensen, bar­dzo dobrze. Trzeba być otwar­tym, to ważne. Być może jest tak, jak mówisz, tyle że ja w to nie wie­rzę. Co Chri­stens­son teraz robi? Mam na myśli Edvarda, oczy­wi­ście.

– Wiem, że pra­cuje w domu opieki w Simlångsdalen, i chyba dora­bia sobie jako bar­man, w Bil­jard & Bow­ling. Przy­pusz­czam, że znaj­dziemy jego nazwi­sko w naszych reje­strach. Nie jestem pewien, czy zawsze do końca prze­strzega zasad, jeśli wiesz, o co mi cho­dzi.

– Ma sio­strę, tak?

– Evę.

– Co o niej wiesz?

– Mieszka w pobliżu, na Svanåsvägen. Pra­cuje w przy­chodni sto­ma­to­lo­gicz­nej, ma męża, mecha­nika samo­cho­do­wego. Mają też dziecko, synka.

– To wszystko?

– No cóż… – Vidar dra­pie się po policzku zamy­ślony. – Ojciec Lovisy był raczej nie­chętny jej kon­tak­tom z Chri­stens­so­nem. Nie lubił go. Dla­czego? Tego nie wiem. Ale mogę się domy­ślać.

K-G nie robi żad­nych nota­tek. Ni­gdy nie robi. Zło­śliwi twier­dzą, że jest mu wszystko jedno. Inni, ci, któ­rzy darzą go sza­cun­kiem, uwa­żają, że nie potrze­buje niczego zapi­sy­wać, żeby pamię­tać. Nikt nie potrafi powie­dzieć, co jest prawdą. Być może jedno nie wyklu­cza dru­giego.

– To wszystko?

– Tak… – mówi Vidar z pew­nym waha­niem. – Kiedy w nie­dzielę w nocy wra­ca­łem do domu, zna­la­złem Edvarda w lesie, nie­da­leko domu Markströmów, wyglą­dał okrop­nie, był zakrwa­wiony.

– Wła­śnie. I być może to jest naj­waż­niej­sze.

– Roz­ma­wia­li­ście z nim?

– Na­dal jest zbyt oszo­ło­miony, a przy­naj­mniej tak twier­dzi. Ale na pewno z nim poroz­ma­wiamy. – K-G wska­zuje na listę. – Oni wszy­scy tam miesz­kają, więc wyświadcz mi przy­sługę i poroz­ma­wiaj z nimi. Sprawdź ich alibi i to co zwy­kle. Ale przede wszyst­kim wypy­taj, co wie­dzą o Chri­stens­so­nie.

Vidar patrzy na listę. A więc dla­tego nie ma na niej Chri­stens­sona.

– Czy może wolisz spraw­dzać prze­pustki, Jörgensson? – recho­cze K-G. Żar­tuje, ale jego słowa zawie­rają sub­telną groźbę.

– Nie, dzię­kuję.

– Świet­nie. Ruszaj.6

Miał się spo­tkać z Edvar­dem w nie­dzielę, ale nic z tego nie wyszło. Mama, tata i Isak poje­chali do mar­ketu, do Gekås w Ulla­red, i zro­bili wiel­kie zakupy. Kiedy czło­wiek się zasta­nowi, to może się to wydać dziwne, bo prze­cież to kawał drogi, a ben­zyna też kosz­tuje.

Tata Isaka jest mecha­ni­kiem samo­cho­do­wym, więc takie rze­czy, jak ile kosz­tuje ben­zyna, Isak wie. Dla­tego powinno się gło­so­wać na Umiar­ko­wa­nych, mówi tata. Oni jedni twier­dzą, że należy jeź­dzić samo­cho­dem. Wszy­scy inni chcą, żeby jeź­dzić rowe­rem, albo mają inne idio­tyczne pomy­sły.

Do Ulla­red jest daleko. Na pewno potrzeba dużo wachy, żeby tam doje­chać. Tu nie mówi się ben­zyny, mówi się w a c h y. Być może w Gekås jest taniej, mama, oglą­da­jąc szam­pony, ścierki do zmy­wa­nia czy świeczki, bez prze­rwy wykrzy­kuje „och!” i „ach!”, ale jeśli doda się wszystko, no i oczy­wi­ście koszty wachy, i to, że idą wtedy na obiad do restau­ra­cji, bo mama ni­gdy nie zdąży przy­go­to­wać nic do jedze­nia, to chyba jed­nak zakupy w ICA w Dalen nie byłyby droż­sze.

W każ­dym razie Isak nie spo­tkał się z wujem w nie­dzielę, bo był w Gekås. Zwy­kle pra­wie każdą nie­dzielę spę­dza z Edvar­dem, żeby mama i tata mieli jeden dzień w tygo­dniu dla sie­bie, sami.

Spadł pierw­szy śnieg i świat stał się jasny i cichy. Isak jest cie­pło ubrany i bawi się na dwo­rze, pró­buje ule­pić śnie­żynkę, cze­ka­jąc, aż zja­wią się Theo i Karl. Udaje mu się, cho­ciaż nie jest to łatwe, bo śnieg jest bar­dzo puszy­sty.

Musi pil­nie się wysi­kać. Wraca do domu, otwiera drzwi wej­ściowe. Tata wró­cił już do domu, zaczyna zapa­dać zmrok. Kiedy sie­dzi na sede­sie i sika, sły­szy roz­mowę w kuchni.

– Lovisa Markström – mówią.

Chyba nie cho­dzi im o Lovisę Edvarda. Isak przy­po­mina sobie pewien letni dzień, kiedy był z Edvar­dem w lesie. To wtedy opo­wie­dział mu o Kamie­niu Króla. Fala cie­pła wypeł­nia mu pierś. Pew­nie Edvard też czuje takie cie­pło, kiedy myśli o Lovi­sie.

Wymyka się z toa­lety i zabiera tele­fon bez­prze­wo­dowy do sie­bie na górę. Wybiera numer Edvarda i czeka.

Kolejne sygnały wybrzmie­wają. Edvard nie odbiera.

Za jego ple­cami roz­lega się puka­nie, Isak odwraca się, na­dal ze słu­chawką przy uchu.

W drzwiach stoi tata.

– Isak, do kogo dzwo­nisz?

– Ja…

– Isak, daj mi tele­fon.

– Chcia­łem tylko zadzwo­nić – mówi Isak cicho.

Tata bie­rze tele­fon. Do pokoju wcho­dzi mama, ma czer­wone oczy.

– Coś się stało? – pyta.

Kiedy widzi wybrany numer, zamyka usta.

– Lovisa nie żyje? – szep­cze Isak. – Edvard na pewno jest bar­dzo smutny. Chcia­łem zadzwo­nić do niego i spy­tać, jak się czuje.

– Kocha­nie – mówi mama i obej­muje go, a on niczego nie rozu­mie.

Dzwo­nek do drzwi.

Przy­szli Theo i Karl.8

Isak nosi oku­lary, szkła są grube jak denka butelki. Kiedy spoj­rzał na swoje odbi­cie w lustrze u optyka na Bro­ga­tan i zoba­czył, jak wygląda, prze­ra­ził się, jakby zoba­czył jed­nego z tych dłu­go­no­gich pają­ków z dre­wutni. Wyglą­dał strasz­nie. Aż się skrzy­wił.

Kiedy na prze­rwach grają w koszy­kówkę czy w bandy, zda­rza się, że oku­lary mu spa­dają. Już raz je zbił. Kiedy zawsty­dzony schy­lił się, żeby je pod­nieść, usły­szał za ple­cami chi­choty.

Jest dużo rze­czy, któ­rych u sie­bie nie lubi. No i nie umie pły­wać. Nie jest co prawda gruby, no, może tro­chę. _Ale chyba nie ma gorzej niż inni? Każ­demu cza­sem doku­czają, z róż­nych powo­dów_. Sły­szał, jak mama z tatą cza­sem o nim roz­ma­wiają.

Zda­rza się, że w szkole Isak wkłada perukę, którą gdzieś zna­lazł, cza­sem przy­nosi też pier­dzącą poduszkę albo zakłada zabawny nos. Wtedy dzieci się śmieją, ale nie śmieją się z niego, tylko z tego, co robi. Na przy­kład kiedy zbił oku­lary. Woli, kiedy się śmieją z rze­czy, które robi, niż kiedy śmieją się z niego.

Nikomu o tym nie mówił, nawet Edvar­dowi.

Ale i tak Isak nie ma tak źle jak Nali, ten dziwny chło­pak w dziw­nych ubra­niach, z ciem­nymi wło­sami i brą­zo­wymi oczami. Poja­wił się w szkole w zeszłym roku, cho­dzi do klasy rów­no­le­głej. Wtedy nie­mal nie mówił po szwedzku, wszy­scy wie­dzieli, że mają trzy­mać się od niego z daleka. Raz zda­rzyło się, że ude­rzył nauczy­ciela, innym razem rzu­cił kamie­niem w okno jed­nej z klas, szkło roz­pry­sło się na ławki. Następ­nego dnia bie­gał za Thorbjörnem z nożem kuchen­nym w ręku. Poza tym zawsze, kiedy sły­szy samo­lot, dziw­nie się zacho­wuje.

Nali nie ma rodzi­ców. Jeśli porów­nać go z Isa­kiem, to jed­nak jego sytu­acja jest znacz­nie gor­sza. Dla­tego Isak mimo wszystko powi­nien być wdzięczny.

Przy­wykł, że ludzie patrzą na niego tro­chę dziw­nie, cho­ciaż teraz to się zmie­niło. Nie­któ­rzy chyba wręcz się go boją. Inni patrzą na niego, jakby dotknęło go wiel­kie nie­szczę­ście.

Isak i Theo jadą rowe­rami przez oblo­dzony most do Tolarp. Woda szumi pod nimi, a ogromne popo­łu­dniowe słońce spra­wia, że wszyst­kie cie­nie są dłu­gie.

Cały teren jest wygro­dzony, nie można pod­je­chać bli­sko domu.

– Wow – szep­cze Theo. Czapka pod kaskiem prze­krzy­wiła mu się, oczy ma okrą­głe, wiel­kie. – Patrz.

Pod­je­chali tak bli­sko, jak się odwa­żyli. Z domu zostały tylko czarne zglisz­cza. Zmar­z­nięta trawa jest szara od popiołu. Poli­cyjna taśma łopo­cze na wie­trze. Są sami, przy­naj­mniej na tyle, na ile Isak może się zorien­to­wać. Może wszy­scy zoba­czyli już wszystko, co mieli siłę zoba­czyć.

– Wygląda to okrop­nie – mówi Isak.

Stoją pochy­leni nad rowe­rami bli­sko miej­sca, które nawie­dziła śmierć. Być może dla­tego oczy Theo wyglą­dają tak, jak wyglą­dają: jest w nich i zachwyt, i strach.

Nikt nie wie, jak wyglą­dają oczy Isaka.

– Kiedy taki dom zaczyna się palić – zaczyna Theo – to cie­kawe, ile czasu trzeba, żeby cał­kiem spło­nął. Myślę, że dzie­sięć sekund. A ty jak myślisz?

– Tro­chę dłu­żej.

– Pięt­na­ście?

Naj­lep­szy przy­ja­ciel Isaka nie bar­dzo zna się na zegarku, cho­ciaż ma już osiem lat. Jeśli cho­dzi o ogień, to może jed­nak Theo ma rację; tak czy ina­czej, na pewno nie da się uciec.

Kiedy Isak patrzy na zglisz­cza, w jego żołądku powstaje coś zim­nego i ciem­nego. Jakaś dziura, która spra­wia, że zaczyna mru­gać oczami, żeby tylko się nie roz­pła­kać.

– Wiesz, co z Edvar­dem? – pyta Theo.

– Nie.

– Nie widzia­łeś się z nim?

– Mam się z nim spo­tkać w nie­dzielę.

– Jacke twier­dzi, że mówią o nim dziwne rze­czy.

– Jakie?

– Że on… – Theo wyciera o zie­mię swoje tre­torny. – Dokład­nie nie wiem. Ale coś chyba jest nie tak.

– Lovisa nie żyje. Musi mu być okrop­nie smutno.

To straszne. Czuje się tak, jakby on sam miał stra­cić Edvarda. Coś ści­ska go w gar­dle.

– O tobie też gadają.

– O mnie? – Isak odwraca głowę. – Co mówią?

– Cześć, chłopcy.

Ktoś zacho­dzi ich od tyłu, roz­stę­pują się. To Göran Antons­son wypro­wa­dza Elvirę, starą sukę owczarka alzac­kiego o zmę­czo­nych oczach. Wieść nie­sie, że to jego żona Ulrika pierw­sza zoba­czyła ogień.

– Sto­icie tu sobie?

– Nie można iść dalej – mówi Isak. Kiedy Göran patrzy na niego, sytu­acja się powta­rza: męż­czy­zna ściąga usta, odwraca wzrok, jakby nie chciał go widzieć.

– No tak – mówi. – No tak. Rozu­miem. Nie powin­ni­ście wra­cać do domu, chłopcy? Elvira, chodź.

Suka idzie posłusz­nie za Göranem aż do wygro­dze­nia.

– Też chcę mieć psa – oświad­cza Theo.

Nie chcę, żeby kie­dy­kol­wiek ktoś tu znów umarł, myśli Isak.

* * *

– Nie wiem, jak mu tu powie­dzieć. Jego świat legnie w gru­zach.

Jest wie­czór. Isak leży na ple­cach w łóżku. Wszystko wokół niego się kręci. Sły­szy głos mamy po dru­giej strony drzwi.

– Nie jestem w sta­nie tego pojąć… To zna­czy, jeśli to prawda. Boże drogi, Eva, pozwa­la­li­śmy, żeby nasze dziecko co tydzień spę­dzało z nim czas. Pomyśl, gdyby…

– Ale może to nie­prawda. To nie może być prawda.

– Eva.

Isak wstał z łóżka. Stoi na progu ich sypialni, zagląda do środka. Cie­nie są dłu­gie, jest ich dużo. Cały dom spra­wia groźne wra­że­nie, jakby ściany się skur­czyły.

– Co zro­bił Edvard?

Oboje wzdry­gają się na dźwięk jego głosu. Mama wstaje z łóżka. Chwieje się na nogach i brzydko pach­nie.

– Nic się nie stało.

Mówi nieco nie­wy­raź­nie, kła­dzie mu ręce na ramio­nach.

– Nic się nie stało – powta­rza.

– Stało się.

– Idź się połóż.

– Mogę spać z wami? Ja…

Nie chce tego powie­dzieć. Nie wolno się bać. Mama obej­muje go. Isak pró­buje się wyswo­bo­dzić. Bo tak naprawdę obję­cia nie poma­gają. Ale nie udaje mu się, mama jest za silna. Pod­daje się więc i opiera o jej ramię.

– Wiem, że zro­bił coś nie­mą­drego – szep­cze Isak. – Tylko nie rozu­miem dla­czego.

– Ja też nie, skar­bie – szep­cze mama.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij