Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Przypowieść o talentach - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
28 stycznia 2026
3839 pkt
punktów Virtualo

Przypowieść o talentach - ebook

Przypowieść o talentach to poruszająca, wizjonerska kontynuacja Przypowieści o siewcy – jednej z najważniejszych dystopii XX wieku. W świecie, w którym upadły instytucje, a religia i przemoc walczą o dusze ludzi, rodzi się prorokini nowej ery. Lauren Olamina, założycielka ruchu Nasiona Ziemi, próbuje odbudować społeczeństwo oparte na idei wzrostu i zmiany, w czasach, gdy Ameryką rządzi fanatyzm religijny i tyrania. Jej historia opowiedziana z perspektywy córki to epicka, bolesna, ale też głęboko humanistyczna opowieść o wierze, nadziei i przetrwaniu. Butler z niezwykłą przenikliwością przewidziała świat kryzysu klimatycznego, nierówności i populizmu – stworzyła powieść, która dziś brzmi jak spełnione proroctwo.

Okładka utrzymana w intensywnej, kontrastowej kolorystyce – dominują odcienie pomarańczu, żółci, czerwieni i turkusu.Na pierwszym planie znajduje się stylizowana sylwetka ludzkiej postaci w ciemnym kolorze, bez widocznych rysów twarzy, z wyraźnie zaznaczonymi czerwonymi ustami. Wokół głowy postaci rozchodzą się abstrakcyjne, falujące białe linie, przypominające roślinne pędy lub wstęgi, które nadają okładce dynamiczny charakter. Całość ma nowoczesny, graficzny styl, z elementami symboliki i abstrakcji, co sugeruje głęboką, metaforyczną treść książki.

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna obca
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8425-896-5
Rozmiar pliku: 2,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

To cali my –

Energia

I Masa,

Życie

I formowanie Życia,

Jaźń

I formowanie Jaźni,

Bóg

I kształtowanie Boga.

Niech każdy zważy –

Nikt się nie rodzi

Z celem,

Lecz tylko z zadatkiem celu.

Lauren Oya Olamina, Nasiona Ziemi. Księgi Żywych

Zrobią z niej BOGA.

Myślę, że chyba nawet by jej się spodobało, gdyby mogła się o tym dowiedzieć. Wbrew wszystkim protestom i zaprzeczaniu tak naprawdę zawsze potrzebni jej byli posłuszni i oddani zwolennicy – uczniowie – zasłuchani w nią, wierzący we wszystko, co im mówiła. Tak samo potrzebne jej były wielkie wydarzenia, które wykorzystywała do własnych celów. Zdaje się, że wszystkie bóstwa tego potrzebują.

Urzędowo jej pełne imię i nazwisko brzmiało: Lauren Oya Olamina Bankole, ale dla tych, którzy darzyli ją miłością lub nienawiścią, była po prostu Olaminą. Dla mnie była biologiczną matką.

Teraz nie żyje.

Przez cały czas chciałam ją pokochać i uwierzyć, że nie jest winna temu wszystkiemu, co zaszło między nami. Pragnęłam tego. A jednak, wciąż jej potrzebując, czułam do niej nienawiść i bałam się jej. I nigdy, przenigdy jej nie ufałam, nigdy nie byłam w stanie pojąć, jak mogła być taka, jaka była – z taką ostrością widzenia, a jednak tkwiąca w błędzie; zawsze dla całego świata, a nigdy dla mnie. Dalej tego nie pojmuję. Teraz, kiedy umarła, nie mam żadnej pewności, czy kiedykolwiek mi się uda. Mimo to muszę próbować, bo przecież muszę zrozumieć siebie, a ona jest cząstką mnie. Nie podoba mi się to, ale to fakt. Dlatego aby zrozumieć, kim jestem, powinnam zacząć ogarniać, kim była ona. Właśnie po to piszę i składam do kupy tę książkę.

Pisanie zawsze było moim sposobem na porządkowanie uczuć. Matka też tak robiła. U niej, prócz potrzeby pisania, rozwinęła się jeszcze chęć rysowania. Gdyby przyszła na świat w normalniejszych czasach, może tak jak ja zostałaby pisarką albo artystką w jakiejś innej dziedzinie sztuki.

Choć w ciągu całego życia większość ze swych rysunków porozdawała, udało mi się parę zebrać. Mam też egzemplarze wszystkiego, co ocalało z jej pisaniny. Nawet niektóre z jej wczesnych papierowych brulionów zostały dla potomnych skopiowane na dyskietkach lub kryształach. Od wczesnej młodości miała zwyczaj chowania zapasów żywności, pieniędzy i broni w ustronnych kryjówkach bądź u zaufanych osób. Ten nawyk kilkakrotnie ratował jej życie, a przy okazji pozwolił zachować nie tylko jej własne słowa, notatki i dzienniki, lecz także zapiski mojego ojca, bo i jego – metodą wiercenia dziury w brzuchu – zdołała nakłonić, by co nieco zapisywał. Miał lekkie pióro, choć pisać nie lubił. Dobrze się stało, że tak go przyciskała. Cieszę się, że mogłam go poznać przynajmniej poprzez to, co napisał. Zastanawiające, ale bynajmniej wcale mnie nie cieszy, że tę samą możliwość miałam w jej przypadku.

„Bóg jest Przemianą” – oto wyznanie wiary mojej matki; credo, które zawarła w pierwszej strofie Pierwszej Księgi Żywych, swych Nasion Ziemi.

Czegokolwiek dotykasz,

Ulega Zmianie.

Cokolwiek zmieniasz,

Zmienia też ciebie.

Zmiana

Jest jedyną trwałą prawdą.

Bóg

Jest Przemianą.

Cóż, słowa całkiem nieszkodliwe, a w jakimś metaforycznym sensie chyba nawet prawdziwe. Przynajmniej na początku wyszła od jakiejś prawdy. I tak ostatni raz dotknęła mnie swymi wspomnieniami, swoim życiem i tą cholerną filozofią Nasion Ziemi.1

Mrok

Nadaje kształt światłu,

A światło

Kształtuje ciemność.

Śmierć

Daje kształt życiu,

Jak życie

Daje kształt śmierci.

Wszechświat

I Bóg

Dzierżą tę pełnię,

Wzajemnie się określając.

Bóg

Obleka w kształt wszechświat,

Który

Daje kształt Bogu.

Lauren Oya Olamina, Nasiona Ziemi. Księgi Żywych

Ze Wspomnień z innych światów
TAYLORA FRANKLINA BANKOLE’A

Wyczytałem, że ów okres wstrząsów, który żurnaliści zaczęli nazywać Apokalipsą albo bardziej pospolicie, za to z większą goryczą, Zarazą, trwał od 2015 do 2030 roku – piętnaście lat bezhołowia. To nieprawda. Zaraza męczy nas dużo dłużej. Wylęgła się sporo przed rokiem 2015, może nawet jeszcze pod koniec zeszłego milenium. I wcale się nie skończyła.

Czytałem też, że wywołały ją gospodarcze, społeczne i klimatyczne kryzysy, które przypadkiem zbiegły się w czasie. Już uczciwiej byłoby przyznać, że zrodziła ją nasza własna odmowa zajęcia się widocznymi gołym okiem problemami, jakie nabrzmiały w tych dziedzinach. Wpierw sami je stworzyliśmy, a potem spokojnie patrzyliśmy, jak przeradzają się w kryzysy. Ludzie zaprzeczają temu, ale ja urodziłem się w roku 1970 i widziałem dosyć, by wiedzieć, że mam rację. Byłem świadkiem, jak wykształcenie z podstawowego wymogu, który trzeba spełnić, aby przetrwało cywilizowane społeczeństwo, przeradza się coraz bardziej w przywilej bogaczy. Byłem świadkiem, jak chęć zysku, wygodnictwo i bierność stawały się wymówką dla coraz większej i coraz groźniejszej degradacji środowiska. Na moich oczach nieuchronnym losem coraz większych rzesz ludzkich stawało się ubóstwo, głód i choroby.

Ogólnie rzecz biorąc, Zaraza doprowadziła do prowadzonej jakby na raty trzeciej wojny światowej. Faktycznie w tamtych czasach przez świat przetoczyło się parę pomniejszych krwawych wojenek. Wszystkie o głupstwa – jedno wielkie marnowanie ludzkiego życia i bogactw. Wszystkie rzekomo w obronie przed podłym, obcym nieprzyjacielem. Tak naprawdę wzniecali je nieodpowiedzialni przywódcy, niemający pomysłów, co innego można by zrobić. Za to dobrze wiedzieli, jak żerując na ludzkim strachu, podejrzliwości i nienawiści, na powszechnych potrzebach i chciwości, wzbudzić dla swojej wojny patriotyczne poparcie.

Pośród tego wszystkiego Stany Zjednoczone Ameryki ucierpiały na skutek całkiem niewojskowej, acz dotkliwej klęski. Chociaż nie przegrały żadnej poważnej wojny, nie zdołały odeprzeć Zarazy. Może po prostu straciły z oczu wizję państwa, do jakiej kiedyś dążyły, a później już tylko miotały się bez celu od gafy do gafy, aż całkiem opadły z sił.

Co z nich zostało i czym są dzisiaj? Sam nie wiem.

Taylor Franklin Bankole to mój ojciec. Sądząc po jego pismach, wydaje się, że był troskliwym, trochę oficjalnym człowiekiem, który uwikłał się w związek z moją upartą i dziwną matką, chociaż na dobrą sprawę mogłaby prawie być jego wnuczką.

Matka chyba go kochała i chyba dał jej szczęście. Spotkali się w czasach Zarazy, oboje bezdomni włóczędzy. On był już pięćdziesięciosiedmioletnim lekarzem – tak zwanym doktorem rodzinnym – a ona zaledwie osiemnastolatką. Zaraza pozostawiła im wspólne, okropne wspomnienia. Obydwoje przeżyli zagładę swych miast – on San Diego, ona Robledo, jednego z przedmieść Los Angeles. W 2027 roku poznali się, polubili i pobrali. Czytając między wierszami, myślę sobie, że ojciec zapragnął wziąć w opiekę tę młodą, dziwną dziewczynę, z którą zetknął go los. Chciał ocalić ją przed panującym chaosem, obronić przed gangami, prochami, niewolnictwem i chorobą. No i naturalnie pochlebiało mu, że ona też go chce. Był mężczyzną z krwi i kości, któremu na pewno doskwierało, że tak długo jest sam. Gdy spotkał mamę, jego pierwsza żona nie żyła już od jakichś dwóch lat.

Oczywista – nie był w stanie zapewnić mojej matce bezpieczeństwa. Nikt nie zdołałby tego dokonać. Mama obrała swą drogę, na długo zanim się poznali. Jego błąd tkwił w tym, że widział w niej jedynie młodą dziewczynę, podczas gdy ona już wtedy była pociskiem, od dawna uzbrojonym i wycelowanym.

Z Dzienników Lauren Oya Olaminy
NIEDZIELA, 26 WRZEŚNIA 2032

Dzisiaj Święto Przybycia, piąta rocznica założenia naszej wspólnoty tu, w górach okręgu Humboldt, nazwanej przez nas Żołędziem.

Jakby na przekór świątecznemu nastrojowi właśnie znów przyśnił mi się jeden z powracających koszmarów. Przez ostatnie parę lat raczej rzadko mnie nawiedzają – starzy wrogowie ze znajomymi paskudnymi nawykami. Znam te sny. Tak łagodnie, niewinnie się zaczynają… Dzisiejszy był z początku wycieczką w przeszłość, odwiedzinami w domu, okazją, by spędzić trochę czasu z duchami ukochanych bliskich.

***

Mój dawny dom odrodził się z popiołów. Choć przed laty na własne oczy widziałam, jak płonął, jakoś mnie to nie dziwi. Pamiętam, że szłam przez pogorzelisko, które po nim zostało. A jednak teraz dom stoi na nowo, wypełniony ludźmi, których znałam jako dorastająca dziewczyna. Siedzą w naszych frontowych pokojach na ustawionych rzędami starych składanych krzesłach z metalu, drewnianych z kuchni i jadalni i plastikowych ogrodowych. Milczące zgromadzenie przepędzonych i pomordowanych.

Nabożeństwo już się zaczęło i naturalnie tato wygłasza kazanie. Wygląda tak, jak zawsze wyglądał w swoich liturgicznych szatach: wysoki i barczysty, surowy i prosty – potężny czarny mężczyzna o głosie, który nie tylko słyszysz, ale wręcz czujesz na skórze i w kościach. Nie ma takiego zakamarka w zborze kongregacji, do którego by nie dotarł. Nigdy nie mieliśmy żadnego systemu nagłośnienia – nie było takiej potrzeby. Teraz znów słyszę i czuję ten głos.

Ile lat temu mój ojciec zaginął? Czy raczej – ile lat temu został zamordowany? Bo przecież z pewnością tak właśnie skończył. Nie był typem mężczyzny, który porzuciłby własną rodzinę, własną wspólnotę i kościół. W czasach gdy zniknął, o gwałtowną śmierć było jeszcze łatwiej niż dziś. Patrząc od drugiej strony, życie wtedy też było prawie niemożliwością.

Pewnego dnia po prostu wyjechał do swego gabinetu w college’u. Prowadził zajęcia w komputerowej sieci i tylko raz w tygodniu musiał ruszać się z domu, ale nawet ten raz narażał się na straszne ryzyko. Jak zwykle zanocował w college’u. Dla wszystkich dojeżdżających do pracy wczesny ranek był najbezpieczniejszą porą na podróż. Nazajutrz skoro świt tato wyruszył do domu i nikt go już więcej nie widział.

Szukaliśmy go. Nawet zapłaciliśmy policji, aby też szukała. Wszystko na próżno.

To wydarzyło się na wiele miesięcy, zanim spalili nam dom i zniszczyli całe nasze sąsiedztwo. Miałam wtedy siedemnaście lat. Dziś mam dwadzieścia trzy i od tamtego cmentarzyska dzieli mnie dobrych kilkaset kilometrów.

Mimo to, całkiem znienacka, w moim śnie znów wszystko jest dobrze. Jestem we własnym domu, a tato prawi kazanie. Moja macocha siedzi za jego plecami, pochylona nad pianinem. Przed tatą, zajmując przestronną, nie całkiem otwartą przestrzeń naszego rodzinnego pokoju, jadalni i saloniku, siedzi całe zgromadzenie sąsiadów. Te trzy pomieszczenia razem mają kształt litery L i dziś, z okazji niedzielnego nabożeństwa, wypełnia je po brzegi chyba ze czterdziestu wiernych, więcej niż zwykle. Jednak są zbyt cisi, zbyt spokojni jak na kongregację baptystów – przynajmniej na tę, w której się wychowałam. Siedzą tu, lecz jacyś tacy nieobecni. Nie ludzie, tylko ludzkie cienie. Duchy.

Jedynie moja rodzina wygląda jak żywa. Wiem, są równie martwi jak reszta, a jednak tacy realni! Moi bracia wyglądają zupełnie tak samo jak wtedy, kiedy miałam jakieś czternaście lat. Najstarszy i najgorszy Keith, który zginął pierwszy, ma dopiero jedenaście. To znaczy, że Marcus, mój ukochany braciszek, bez dwu zdań najładniejszy z całej rodziny, ma teraz dziesięć, a Ben i Greg, podobni, jakby byli bliźniakami, mają po osiem i siedem. Siedzimy wszyscy razem w pierwszym rzędzie, na tyle blisko, by moja macocha mogła mieć nas na oku. Ja między Marcusem a Keithem – pilnuję, żeby przypadkiem nie pozabijali się w czasie mszy.

Gdy żadne z rodziców nie patrzy, Keith mocno wali Marcusa pięścią w udo. Marcus, chociaż młodszy, ale jak zawsze bojowy i uparty, nie pozostaje mu dłużny. Łapię każdego za pięść i ściskam. Jestem starsza od nich, poza tym zawsze byłam silna w rękach. Wijąc się z bólu, chłopcy próbują wyszarpnąć dłonie. Odczekuję chwilę i puszczam. Dostali nauczkę. Teraz przynajmniej na parę minut dadzą sobie spokój.

W moim śnie nie odczuwam ich bólu, tak jak to zawsze bywało na jawie. W tamtych czasach, czasach dzieciństwa, jako najstarsza odpowiadałam za ich zachowanie. Musiałam pilnować braci, nawet jeśli oznaczało to przeżywanie ich bólu razem z nimi. Jeżeli chodzi o moją hiperempatię, zarówno ojciec, jak i macocha trzymali mnie krótko, ograniczając do minimum jakiekolwiek ulgi z tego tytułu. Stanowczo nie pozwalali, abym czuła się jak ułomna. Byłam najstarszym dzieckiem, koniec i kropka. Miałam swoje obowiązki.

Mimo to siniaki, skaleczenia czy oparzenia, jakie udawało się zebrać moim braciszkom, nie bolały mnie ani trochę mniej. Za każdym razem, gdy widziałam ich poobijanych, skazana byłam na ich cierpienie. Czułam nawet ból, który przede mną udawali. W końcu hiperempatia to choroba złudzeń. Nie ma nic wspólnego z telepatią, czarami ani najgłębszą nawet podświadomością. To tylko indukowana neurochemicznie ułuda, że odczuwam ból albo przyjemność, widząc, jak doświadczają ich inni. Przyjemność raczej rzadko, za to ból, ile tylko chcecie i – złudny czy nie – rwie jak prawdziwy.

Czemu więc dziś mi tego brakuje?

Głupio tęsknić za czymś takim. Przecież to tak, jakbym nagle pozbyła się bólu zęba. Powinnam być zdziwiona, lecz uszczęśliwiona. A ja się boję. Jakaś część mnie znikła. Nie móc odbierać już bólu moich braci to jak przestać móc ich słyszeć, gdy wołają – i właśnie to przejmuje mnie lękiem.

Sen zaczyna przeradzać się w koszmar.

Bez żadnego ostrzeżenia mój brat Keith przepada. Po prostu nie ma go. Jemu pierwszemu dane było odejść – umrzeć – dawno temu. Teraz znika na nowo. Jego miejsce obok mnie zajmuje wysoka i śliczna kobieta o skórze barwy czekolady, smukła, z długimi kruczoczarnymi lśniącymi włosami. Zielona sukienka z miękkiego jedwabiu spowija jej ciało jakimś zawiłym wzorem fałd i zmarszczek, od szyi aż do stóp. Nie znam jej.

To moja matka.

Nieznajoma z jedynego zdjęcia przedstawiającego moją biologiczną matkę, jakie dostałam od ojca. Keith ukradł je z mojej sypialni, gdy miałam dwanaście lat, a on dziewięć. Zawinął fotografię w stary kawałek ceratowego obrusa i zakopał w naszym ogródku pomiędzy grządką kabaczków a kukurydzy przemieszanej z fasolą. Później zaklinał się, że to nie z jego winy zdjęcie zostało zniszczone przez wilgoć i zadeptane. Przecież ukrył je tylko dla kawału. Skąd mógł wiedzieć, że coś mu się stanie? Cały Keith. Sprałam go wtedy na kwaśne jabłko. Naturalnie sama przy tym ucierpiałam, ale nie żałuję. Ten jeden jedyny raz nie pisnął nawet słowa rodzicom.

Niestety, fotografii to nie zwróciło. Został mi tylko obraz w pamięci. I właśnie się z niej wyłonił, siadając obok mnie.

Mama jest bardzo wysoka, wyższa nawet ode mnie. Nie jest ładna. Jest piękna. Nie jestem do niej podobna. Wdałam się w ojca, o czym zawsze napomykał z żalem. Mnie to nie przeszkadza. Jednak przyznaję, że matka wygląda zachwycająco.

Patrzę się na nią, lecz ona nie odwraca się, by na mnie spojrzeć. Przynajmniej to odpowiada rzeczywistości. Nigdy nie widziała mnie na oczy. Ja przyszłam na świat, ona umarła. Przedtem przez dwa lata zażywała popularny w jej czasach „złoty środek”. Nowe, przepisywane na receptę lekarstwo o nazwie paracetco, które dokonywało cudów u chorych na chorobę Alzheimera. Zapobiegało dalszemu pogarszaniu się działania procesów umysłowych, pozwalając robić doskonały użytek z resztek pamięci i zdolności intelektualnych, jakie jeszcze się miało. Polepszało również ogólne funkcjonowanie osób młodych i zdrowych. Po paracetco prędzej się czytało i więcej zapamiętywało, dokonywało się szybszych, precyzyjniejszych skojarzeń, obliczeń czy konkluzji. W rezultacie lek wśród studentów stał się popularny jak kawa i jeśli zależało im na znalezieniu się na topie w którymś z najlepiej płatnych zawodów, równie niezbędny co znajomość obsługi komputera.

Możliwe, że branie paracetco przyczyniło się do śmierci mojej matki. Nie mam pewności. Mój ojciec też nie wiedział. Za to wiem na pewno, że lekarstwo odcisnęło wyraźne piętno na mnie, gdyż dzięki niemu mam syndrom hiperempatii. Silnie uzależnia – wykończyło kilka tysięcy ludzi próbujących wyrwać się z nałogu – więc swego czasu podobnych do mnie liczyło się na dziesiątki milionów.

Nazywają nas hiperempatami, hiperempatystami albo wrażliwcami. To te grzeczniejsze miana. Pomimo nadwrażliwości i wysokiej śmiertelności wciąż jeszcze kilkoro nas chodzi po świecie.

Wyciągam rękę do mamy. Cokolwiek zrobiła, chcę ją poznać. Jednak nawet na mnie nie spojrzy. Nawet nie odwraca głowy. Poza tym jakoś nie mogę jej dosięgnąć, dotknąć. Próbuję podnieść się z krzesła, ale nie jestem w stanie się poruszyć. Nie mam kontroli nad ciałem. Mogę tylko siedzieć i słuchać kazania taty.

Dopiero w tej chwili zaczyna docierać do mnie, co mówi. Do tej pory jego głos był jedynie niewyraźnym gwarem w tle, lecz teraz słyszę, jak tato czyta ustęp z dwudziestego piątego rozdziału Ewangelii świętego Mateusza, przytaczając słowa Chrystusa:

„Albowiem jako człowiek precz odjeżdżający zwołał sług swoich i oddał im dobra swoje; I dał jednemu pięć talentów, a drugiemu dwa, a drugiemu jeden, każdemu według przemożenia jego, i zaraz precz odjechał”¹.

Tato lubuje się w przypowieściach – historiach pouczających, przedstawiających idee i morały za pomocą malowania żywych obrazów w umysłach ludzi. Wykorzystywał opowieści, które znał z Biblii, wyszperał z historii albo ludowych podań, albo znał z życia własnego lub innych. Wplatał je w niedzielne kazania, lekcje Pisma Świętego, nawet w wykłady z historii, które prowadził przez komputer. Czynił tak, bo wierzył, że takie opowieści to bardzo ważne narzędzia dydaktyczne. Gdyby nie on, nie nauczyłabym się poświęcać im tyle uwagi. Znałam na pamięć przypowieść, którą właśnie czytał, tę o talentach. Mogłam cytować z pamięci jeszcze wiele innych biblijnych przypowieści. Może dlatego tak wiele dziś umiem usłyszeć i zrozumieć. Między fragmentami przypowieści ojciec snuje swoje kazanie, którego sens jednak nie całkiem do mnie dociera. Słyszę jego głos, jak wznosi się i opada, dźwięczy powtórzeniami, to znów się różnicuje, oscylując pomiędzy szeptem a krzykiem. Odbieram wszelkie barwy intonacji, tak jak to zawsze robiłam, ale tym razem nie potrafię wyłapać słów – z wyjątkiem cytatów z biblijnej opowieści:

„A poszedłszy on, który wziął pięć talentów, robił niemi, i zyskał drugie pięć talentów; Także i on, który wziął dwa, zyskał i ten drugie dwa; Ale ten, który wziął jeden, odszedłszy, wykopał dół w ziemi, i skrył pieniądze pana swego”.

Tato wysoko cenił wykształcenie, ciężką pracę i osobistą odpowiedzialność. „To nasze talenty. Bóg dał je nam i osądzi po tym, jaki użytek potrafiliśmy z nich zrobić” – mawiał, na co moi bracia od razu dostawali szklanych oczu i nawet ja z trudem dusiłam westchnienie.

Ciąg dalszy przypowieści. Obu sługom, którzy pomnożyli talenty, przynosząc zysk swemu panu, pan rzekł:

„To dobrze, sługo dobry i wierny! nad małem byłeś wiernym, nad wielem cię postanowię; wnijdź do radości pana twego”.

Trzeciego, który nie zrobił nic ze swym srebrnym talentem, tylko dla bezpieczeństwa zakopał go w ziemi, pan potraktował surowszymi słowami, nazwał sługą złym i gnuśnym, po czym rozkazał innym sługom:

„Przetoż weźmijcie od niego ten talent, a dajcie temu, który ma dziesięć talentów. Albowiem każdemu, który ma, będzie dano, i obfitować będzie; a od tego, który nie ma, i to, co ma, będzie od niego odjęto”.

Gdy tylko ojciec kończy wypowiadać te słowa, moja matka znika. Przed chwilą tu była, a już jej nie ma.

Nic nie pojmuję, to mnie przeraża. Zauważam, że inni także zaczynają znikać. Większość już odeszła. Duchy ukochanych osób…

Tato też przepadł. Moja macocha woła do niego po hiszpańsku, jak czasem się zdarzało, gdy była czymś podniecona: „Nie! Jak mamy teraz żyć? Włamią się i zabiją nas wszystkich! Trzeba postawić wyższy mur!”.

Rozpływa się, a po niej moi bracia. Zostaję sama – tak samo jak tamtej nocy sprzed pięciu lat. Otaczają mnie popioły i gruzy. Nie widziałam, żeby dom płonął i kurczył się w ogniu, zamieniając się w wygasły popiół, jednak w mgnienia oka obrócił się w ruinę z dachem z nocnego nieba. Patrzę na gwiazdy, na kwartę księżyca i na ruchomą strużkę blasku, która wznosi się coraz wyżej pod niebo niczym jakaś ulatująca siła życia. W tej poświacie drgają cienie, wielkie, groźne. Boję się ich, ale nie wiem, jak mogłabym im uciec. Mur okalający sąsiedztwo jeszcze stoi, wyrasta nade mną, o wiele wyższy, niż był w rzeczywistości. Jest taki wielki… Miał nas chronić. Zawiódł dawno temu. Teraz znów zawodzi. Zagrożenie już wdarło się do środka. Chcę biec, uciekać, schować się gdzieś, lecz właśnie zaczynają rozpływać się moje własne dłonie, stopy… Słyszę grzmot. Wędrująca w górę po niebie strużka światła jaśnieje.

Wybucham krzykiem. Upadam. Tyle mojego ciała już znikło, rozmyło się. Nie mogę ustać prosto, upadam, upadam, upadam…

***

Przebudziłam się w mojej chacie w Żołędziu, zaplątana w koce, w połowie na łóżku, w połowie na podłodze. Krzyczałam na głos? Nie mam pojęcia. Jakoś nie miewam tych koszmarów, kiedy jest przy mnie Bankole, więc nie może powiedzieć mi, czy dużo hałasu potrafię narobić. Ale to dobrze. Praktyka odbiera mu wystarczająco dużo snu, a już dzisiejsza noc musi być dla niego szczególnie ciężka.

Jest trzecia nad ranem. Ubiegłego wieczoru, tuż po zapadnięciu zmroku, jakaś banda, pewnie gang, napadła na Dovetree, osadę sąsiadującą z nami od północy. Wczoraj o tej porze Dovetree liczyła dwudziestu dwóch mieszkańców: staruszek z żoną, ich dwie najmłodsze córki, piątka żonatych synów, wnuki. Prawie wszyscy zginęli. Ocalały jedynie dwie najmłodsze z synowych i trzech maluchów, które zdążyły porwać ze sobą, gdy uciekały. Dwoje dzieci jest rannych, a jedna z kobiet dostała zawału. Bankole leczył ją już wcześniej. Stwierdził, że urodziła się z wadą serca, którą należało się zająć, kiedy była jeszcze niemowlakiem. Dziewczyna ma dopiero dwadzieścia lat, ale w czasach, gdy przyszła na świat, jej rodzice, jak większość ludzi, nie mieli pieniędzy. Sami ciężko harowali i musieli zaprzęgać do pracy najsilniejsze dzieciaki, jak tylko skończyły osiem, najpóźniej dziesięć lat. W sprawie córki ze słabym sercem uznali, że co ma być, to będzie: choroba albo zabije, albo da się z nią żyć.

No i teraz omal jej nie zabiła. Tej nocy Bankole spał – choć bardziej prawdopodobne, że czuwał – w swojej maleńkiej przychodni w szkole, chcąc mieć na oku chorą i ranne dzieci. Przez moją hiperempatię nie może przyjmować pacjentów u nas w domu. Już i tak odbieram wystarczająco dużo cudzego cierpienia. Bankole martwi się o mnie i wciąż przekonuje, bym brała jakieś specyfiki, które zablokują hiperempatię, ale czyniłyby mnie ospałą, przymuloną i ogłupiałą. Wielkie dzięki!

Tak więc ocknęłam się sama, zlana potem, bez szans na ponowne zaśnięcie. Od lat już nie doświadczyłam tak silnej reakcji na to, co mi się przyśniło. Jeśli mnie pamięć nie myli, ostatni raz przydarzyło mi się to pięć lat temu, tuż po tym, jak tutaj osiedliśmy – i był to ten sam przeklęty sen. Podejrzewam, że powrócił do mnie po napaści na Dovetree.

Jak w ogóle mogło do tego dojść? Przecież przez ostatnie pięć lat jest tu coraz spokojniej. Naturalnie, istnieje przestępczość – rabunki, włamania, porwania dla okupu czy na handel żywym towarem. Co gorsza, dalej aresztuje się biedotę i skazuje na przymusową pracę za długi, wałęsanie się i włóczęgostwo lub podobne „zbrodnie”. Wydawało się jednak, że czasy najazdów na sąsiedztwa, z mordowaniem i paleniem wszystkiego, czego nie można ukraść, dawno minęły. Ostatni raz słyszałam o napadzie takim jak na Dovetree dobre trzy lata temu.

Zgoda, familia Dovetree zaopatrywała wszystkich sąsiadów w pędzoną przez siebie whisky i domowej uprawy marihuanę, lecz przecież robili to samo na długo przed naszym przybyciem. W dodatku, jako że ich proceder nie tylko był nielegalny, ale i lukratywny, byli najlepiej uzbrojoną rodziną farmerską w okolicy. Różni już próbowali ich obrabować, jednak tylko paru najszybszym i najcichszym typom udało się coś niecoś zwędzić. Do tej pory.

Wzięłam na spytki Aubrey, tę zdrową z dwu kobiet Dovetree. Bankole już uspokoił ją co do stanu synka, a ja uznałam, że powinniśmy dowiedzieć się, co tam zaszło, bez względu na to, jak bardzo była roztrzęsiona. Do diabła, przecież ich obejście leżało tylko godzinę marszu starą zrębową drogą od naszego. Ktokolwiek napadł Dovetree, możemy być następni na liście.

Aubrey powiedziała mi, że napastnicy byli dziwacznie ubrani. Prowadziłyśmy rozmowę w głównej sali szkolnej, rozświetlonej jedną jedyną lampką naftową, która kopciła pomiędzy nami na stoliku. Siedziałyśmy twarzą w twarz po przeciwnych stronach stołu, a Aubrey zerkała raz po raz w stronę gabinetu, gdzie Bankole zdążył już oczyścić i opatrzyć skaleczenia, oparzeliny i siniaki jej synka. Napadli ich sami mężczyźni, ale wszyscy mieli na sobie czarne, przepasane pasem tuniki – sukienki, jak się wyraziła – które sięgały im do ud. Pod spodem nosili zwyczajne spodnie, niektórzy dżinsy, inni takie w maskujące plamy, jakie widziała wcześniej na żołnierzach.

– Wyglądali na żołnierzy – opowiadała. – Tak cicho się zakradli. Zobaczyliśmy ich dopiero, jak już zaczęli do nas strzelać. Ni stąd, ni zowąd, bach! Jak na komendę. We wszystkie domy naraz. Jak jeden wielki wybuch – ze dwadzieścia, trzydzieści, a może i więcej luf wypaliło w tej samej chwili.

Bandy tak nie działają. Gangsterzy nie strzelają razem, jak na komendę. Później każdy dbałby tylko o własny interes, próbując uprzedzić resztę i wyrwać najładniejsze kobiety albo najcenniejszy łup.

– Palić i grabić zaczęli dopiero wtedy, jak nas pokonali i wystrzelali – mówiła dalej Aubrey. – Wzięli nasze paliwo, poszli prosto na pola i podpalili wszystkie uprawy. Potem wrócili spalić domy i stodoły. Wszyscy mieli na piersiach wielgachne białe krzyże – takie same jak w kościele. Ale pomordowali nas. Strzelali nawet do dzieciaków. Wykańczali każdego, kogo znaleźli. Gdybym nie zdążyła schować się z moim, to i nas by utłukli.

Jej wzrok znów padł na gabinet.

Ta rzeź dzieci… przerażające. Większość zbirów – z wyjątkiem najgorszych psychopatów – oszczędziłaby je, chociażby na gwałt, a później na sprzedaż. I jeszcze te krzyże… Cóż, mogę sobie wyobrazić bandziorów obwieszonych jakimiś tam krzyżami na łańcuchach, ale większość ich ofiar nigdy nie podeszłaby dość blisko, by coś takiego zauważyć. Jednak nieprawdopodobne, aby cała banda paradowała w dobranych pod kolor tunikach, kłując w oczy jednakowymi białymi krzyżami na piersiach. To coś nowego.

Albo bardzo starego.

Skojarzyłam, co to mogło być, dopiero gdy pozwoliłam już Aubrey wrócić do przychodni i położyć się obok synka, któremu Bankole zaaplikował coś na sen. Polecił jej zażyć to samo, więc będę mogła wyciągnąć od niej coś więcej dopiero późnym rankiem, kiedy się obudzi. Przez cały czas nurtowała mnie myśl, czy tamci bandyci z krzyżami nie mieli przypadkiem nic wspólnego z moim aktualnie głównym antykandydatem na prezydenta, senatorem ze stanu Teksas, Andrew Steele’em Jarretem. Wskrzeszanie paskudnych tradycji z przeszłości – coś takiego pasowało do jego ludzi. Czy ci z Ku Klux Klanu nosili krzyże, czy tylko je palili? Faszyści mieli swastykę, w pewnym sensie też krzyż, chyba jednak nie wieszali jej na piersiach. Od krzyży roiło się za inkwizycji i wcześniej, w epoce wypraw krzyżowych. No i proszę, dziś znów pojawia się grupa, która szlachtuje ludzi, używając krzyża jako symbolu. Niewykluczone, że stoją za tym poplecznicy Jarreta. Właśnie on nawołuje do powrotu do wcześniejszych, „prostszych” porządków. Dzisiejsze mu nie odpowiadają. Nie odpowiada mu religijna tolerancja. Nie odpowiada mu obecne oblicze państwa. Chce cofnąć nas do jakichś magicznych czasów, kiedy wszyscy wyznawali tego samego Boga, oddawali Mu cześć na jedną modłę i wierzyli, że ich bezpieczeństwo we wszechświecie zależy od tego, czy uczestniczą w jednakowych religijnych obrządkach i eliminują każdego, kto myśli inaczej. W historii tego kraju takich czasów nigdy nie było. Jednak dziś dla jego obywateli, z których ponad połowa nie potrafi nawet czytać, historia to tylko jeden z wielu rozległych obszarów niewiedzy.

Stronnikom Jarreta zdarzyło się już zebrać w motłoch, aby palić ludzi na stosie za czary. Czary! W 2032 roku! Czarownicy albo czarownice przeważnie okazują się muzułmanami, Żydami, hindusami, buddystami czy, w innych regionach kraju, mormonami, świadkami Jehowy, a nawet katolikami. Mogą też być ateistami, „sekciarzami”, a także dobrze sytuowanymi ekscentrykami. Tacy zamożni ekscentrycy często nie mają żadnych obrońców, za to dużo do zagrabienia. Z kolei „sekciarz” to cudownie uniwersalna etykietka, pod którą można podpiąć każdego, kto nie pasuje do żadnej z ogólniejszych kategorii, a mimo to wciąż jakoś nie całkiem mieści się w Jarretowej definicji chrześcijanina. Boże drogi, bywało, że jego ludzie bili i wypędzali nawet unitarian! Senator oficjalnie potępia całopalenia, ale robi to w tak łagodnych słowach, że jego zwolennicy mogą interpretować je, jak im się żywnie podoba. Na pobicia, tarzanie w smole i pierzu i niszczenie „pogańskich domów czcicieli szatana” ma jedną prostą odpowiedź: „Chodźcie do nas! Nasze drzwi stoją otworem przed każdą narodowością, każdą rasą! Porzućcie waszą grzeszną przeszłość i stańcie się jednymi z nas. Pomóżcie nam przywrócić Ameryce utraconą wielkość”. Ta jego polityka marchewki i kija odniosła znaczny sukces. Bądź jednym z nas i żyj pomyślnie, albo… Wszelkie ewentualne konsekwencje trwania w grzesznym uporze to już twój problem. Jego przeciwnik, wiceprezydent Edward Jay Smith, nazywa Jarreta demagogiem, podżegaczem motłochu i hipokrytą. Oczywiście ma rację, tyle że on sam jest szarym, umęczonym cieniem człowieka. Jaskrawe przeciwieństwo czarnowłosego, przystojnego i postawnego Jarreta, który głębokim i przejrzystym spojrzeniem błękitnych oczu uwodzi i zjednuje ludzi. W dodatku natura obdarzyła go darem, jaki miał mój ojciec – głosem, który przenika całe ciało słuchacza. Faktycznie, przykro mi o tym wspomnieć, lecz senator też był kiedyś pastorem baptystów, takim samym jak tato. Wiele lat temu porzucił swoją wiarę, by stworzyć własny Kościół – Chrześcijańską Amerykę. Wprawdzie od dawna już nie głosi swej chrześcijańsko-amerykańskiej nauki ani w chrześcijańsko-amerykańskich zborach, ani w sieciach medialnych, jednak wciąż uznawany jest za głowę swojego Kościoła.

To chyba nieuniknione, że ludzie, którzy nie umieją czytać, będą raczej skłonni oceniać kandydatów po tym, jak wyglądają i mówią, aniżeli po deklarowanych poglądach i przekonaniach. Przecież nawet ci czytający i wykształceni łapią się na lep miłej aparycji i kuszących kłamstw. Nie mam żadnych wątpliwości, że nowe zasady anonimowego głosowania na wizerunek kandydata w sieci dadzą Jarretowi jeszcze jeden atut.

Dla stronników senatora alkohol i narkotyki to narzędzia szatana. Całkiem możliwe, że co bardziej fanatyczni wyznawcy jego idei skrzyknęli się w zorganizowaną falangę z krzyżami na tunikach, która unicestwiła Dovetree – gospodarstwo i gospodarzy.

A przecież my jesteśmy Nasionami Ziemi, „sektą”, „dziwakami ze wzgórz”, „tymi porąbanymi wariatami, co modlą się do jakiegoś ichniego boga zmian”. Doszły mnie słuchy, że w niektórych plotkach nazywa się nas „pogańskimi satanistami ze wzgórz, którzy przygarniają dzieci”. I pada pytanie: „Jak myślicie, co z nimi robią?”. Co tam, że jak kraj długi i szeroki kwitnie handel porywanymi, osieroconymi czy sprzedawanymi przez własnych zdesperowanych rodziców dziećmi; co tam, że wszyscy o tym wiedzą. To nie ma znaczenia. Co innego aluzja, że jakaś sekta przygarnia dzieci w „wątpliwych celach” – to już wystarczy, by co niektórzy zapomnieli o zdrowym rozsądku.

Takie pogłoski mogły zaszkodzić nam nawet w oczach ludzi, którzy nie byli zwolennikami Jarreta. Wprawdzie nie są zbyt powszechne, ale i tak wieje od nich grozą.

Łudzę się nadzieją, że na Dovetree napadł jakiś nowy gang, przerażająco zdyscyplinowany, lecz działający wyłącznie dla zysku. Obym się nie myliła…

Niestety, jakoś sama w to nie wierzę. Naprawdę podejrzewam, że maczali w tym palce poplecznicy Jarreta. I będzie lepiej, jeśli powiem to głośno na dzisiejszym zgromadzeniu. Mając świeżo w pamięci rzeź Dovetree, ludzie chętniej będą współdziałać, brać udział w ćwiczeniach, zakopywać w rozproszonych w terenie krajówkach zapasy jedzenia, gotówki i broni, dokumenty i kosztowności. Potrafimy stawić czoło bandzie. Zdarzało się to w przeszłości, kiedy byliśmy o wiele gorzej przygotowani niż teraz. Ale z Jarretem nie wygramy, a już na pewno nie z prezydentem Jarretem. Jeśli ten naród jest na tyle obłąkany, że go wybierze, prezydent Jarret zniszczy nas, nawet nie wiedząc o naszym istnieniu.

Nasza osada liczy dziś pięćdziesiąt dziewięć osób – sześćdziesiąt cztery, jeżeli kobiety i dzieci Dovetree zostaną z nami. Taka grupka to jakby nas nie było. Trudno się dziwić, że znów śnił mi się koszmar.

Wracając do biblijnej przypowieści – mój „talent” to właśnie Nasiona Ziemi. Nie zakopałam go, nie ukryłam. Tu, w nadmorskich górach, może rosnąć i rozwijać się, jak nasze sekwoje. Co jeszcze mogłam zrobić? Gdybym była równie dobrym „podżegaczem tłumu” co Jarret, może do tej pory Nasiona Ziemi urosłyby w dostatecznie duży ruch, aby stać się prawdziwym celem dla wrogów. Ale czy tak byłoby lepiej?

Wzdrygam się, rozważając wszystkie te nieuzasadnione konkluzje. Mam przynajmniej nadzieję, że nieuzasadnione. Miotając się pomiędzy grozą tego, co wydarzyło się na farmie Dovetree, a nadziejami i obawami co do własnych ludzi, jestem podenerwowana i rozstrojona, a że nie mam nic specjalnego do roboty, być może daję się ponieść wyobraźni.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij