Psy ras drobnych - ebook
Trochę śmiesznie, trochę strasznie – szaleństwo i opresja splatają się w debiutanckiej powieści Olgi Hund, oswajającej temat depresji.
Autorka kreśli niemal fizjologiczny opis zmagań z chorobą, wewnętrznymi kryzysami, stygmatyzacją.
Książka to zapiski 28-letniej bohaterki, impresyjny pamiętnik, pokazujący codzienne życie gromady odrzutków, tworzących szpitalną wspólnotę. Niezwykły mikrosystem z własną logiką funkcjonowania, hierarchiami i rytuałami. Migawki z życia oddziału psychiatrycznego: intensywność nudy, porażający bezruch, beznadziejna przemoc.
Autorka kreśli niemal fizjologiczny opis zmagań z chorobą, wewnętrznymi kryzysami, stygmatyzacją.
Książka to zapiski 28-letniej bohaterki, impresyjny pamiętnik, pokazujący codzienne życie gromady odrzutków, tworzących szpitalną wspólnotę. Niezwykły mikrosystem z własną logiką funkcjonowania, hierarchiami i rytuałami. Migawki z życia oddziału psychiatrycznego: intensywność nudy, porażający bezruch, beznadziejna przemoc.
To literatura, która pyta o granice normalności, społeczne struktury i naszą zdolność do empatii, zmuszając nas do spojrzenia w oczy temu, co zwykle pomijane.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna polska |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8449-076-1 |
| Rozmiar pliku: | 4,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Najpierw spadł śnieg i byłam bezradna. Później zaczęło się jątrzyć. Później sześć razy byłam na oddziałach zamkniętych kilku szpitali psychiatrycznych, najczęściej w Kobierzynie. Za ostatnim razem przymusowo skierowano mnie na grupową terapię behawioralną i kiedy – po trzech miesiącach codziennej kilkugodzinnej mordęgi – terapia się skończyła, zaczęło mi się wreszcie trochę układać.
Później starałam się uporządkować chorobę w czasie. Żeby przypomnieć sobie daty, zaglądałam do kart wypisowych, bo bez nich nic nie pamiętam. Ani w którym roku skończyłam studia, ani kiedy „to się zaczęło”, ani ile razy miałam załamanie nerwowe i zabierała mnie do szpitala karetka albo taksówka.Do szpitala psychiatrycznego przybywa się tylko od poniedziałku do piątku. Przy jego drzwiach wejściowych stoją wtedy salowi. Otaczają psychiatryk jak armia pałac.
Karetki przyjeżdżają do szpitala zwykle nocą. W dzień tylko wtedy, kiedy przywożą samobójców z chirurgii albo toksykologii. Jest to prestiż, kiedy wysyłają cię do szpitala w karetce. Za to taksówki, którymi podjeżdżamy do szpitala, są zawsze tej samej firmy – najtańszej. I choć każdy wie, że na model oraz kolor zamawianego samochodu nie ma się wpływu, to nowego pacjenta pozostali oceniają najpierw po taksówce i kierowcy, bo przecież los albo Pan Bóg sprzyjają bogatym. Kategorie są dwie: wiek auta i uroda kierowcy. Jak z Daewoo wysiada pizda o twarzy jaszczurki i nie pomaga z bagażami, to pacjent ma, przynajmniej na początku, przejebane na oddziale.Wieźli mnie tam, do Kobierzyna, ulicą Dietla, w biało-niebieskiej karetce modelu Polonez. Miała zepsute sprzęgło i dwa razy zgasła. Raz na Dietla, drugi raz na Rondzie Kocmyrzowskim. Nie wiązali.
Oni z przodu walczyli ze sprzęgłem, ja z tyłu schylałam głowę w kapturze, żeby mnie ktoś znajomy nie dostrzegł przez szybkę. Żeby się z tego wszystkiego nie rozkleić, zaczęłam podskakiwać na siedzeniu jak na furmance, co pędzi po wertepach na jarmark. Miałam w tej furmance dwa konie i je poganiałam, i śmiałam się. Jechaliśmy, jechaliśmy. Minęliśmy Zakrzówek, Tesco. Potem była jakaś stadnina koni czy ranczo, co nawet pasowało do mojego udawania, że jedziemy na jarmark po miętuski.Na drzwiach obok domofonu wisi kartka z informacją:
Proszę dzwonić RAZ i cierpliwie czekać na otwarcie drzwi
Nie chcesz tu być, ale prosisz, żeby ci otworzono. Na damski z reguły krócej niż na męski, bo siostry na damskim są jakieś takie żwawsze. Zresztą „damski” i „męski” to określenia umowne, ale nie, bo gender, tylko dlatego, że po prostu jedną salę na damskim zajmują mężczyźni. Mają osobną toaletę, ale już wspólny prysznic, bo na piętrze jest tylko jeden i nie da się go podzielić.Otwierają mi i wchodzę. Po długim korytarzu suną tłuste, nażarte sumy, niespiesznie, w tę i z powrotem. Są wrogie, albo tylko nieobecne. Na mój widok zbijają się w ławicę i odpływają w ciemność, szepcząc coś do siebie. Wokół nich krążą ci z afektywną dwubiegunową w fazie aktywnej. Jak ćmy: wpadają na siebie, obijają się, a kiedy kończy im się zwyżkowa forma, czołgają się pod kaloryfery i siedzą tam sobie obok zasuszonych much.
Znam ten szpital, ten oddział, bardzo dobrze. Nosiłam tu mamie gazety, jedzenie i podpaski.
Zawsze, jak ją odwiedzałam, to narzekała. Że wszystko stare, zaniedbane i nieszczelne. Że wiatr hula po korytarzu i po łazience, w której nawet kaloryfera nie ma i woda czasem zamarza. Ani zasłonki pod prysznic, ani żadnej szmaty, choćby takiej na okno, żeby nikt nie podglądał. Ani mopa do starcia jeziora od progu, bo w odpływach włosy. Że zimno nawet w lecie i że w pokojach ciaśniej niż w celach. I śmierdzi. Że się czytać nie da, nic się nie da, i że musi udawać, że śpi, żeby nikt nie zagadywał. I dbać o zepsuty czajnik musi, i pilnować cukru, kawy, nawet majtek. Że jedyne, co można, to wałęsać się po korytarzu i podglądać, kto śpi, a kto nie.
No, ale po dotacjach unijnych jest tu zupełnie, zupełnie inaczej. Po pierwsze, pielęgniarki mają nowe makijaże. Po drugie, część okien jest plastikowych. Po trzecie, kompotu dają więcej, niż dawali mamie. Po czwarte, nowa łazienka (choć odpływ stary ze starymi włosami i pewnie jakimiś nowymi). Po piąte, ściany i krzesła w kolorze seledynowym. Po szóste, dwa pudełka nowych i w ogóle niewybrakowanych puzzli. Po siódme, czyste mopy.
Później starałam się uporządkować chorobę w czasie. Żeby przypomnieć sobie daty, zaglądałam do kart wypisowych, bo bez nich nic nie pamiętam. Ani w którym roku skończyłam studia, ani kiedy „to się zaczęło”, ani ile razy miałam załamanie nerwowe i zabierała mnie do szpitala karetka albo taksówka.Do szpitala psychiatrycznego przybywa się tylko od poniedziałku do piątku. Przy jego drzwiach wejściowych stoją wtedy salowi. Otaczają psychiatryk jak armia pałac.
Karetki przyjeżdżają do szpitala zwykle nocą. W dzień tylko wtedy, kiedy przywożą samobójców z chirurgii albo toksykologii. Jest to prestiż, kiedy wysyłają cię do szpitala w karetce. Za to taksówki, którymi podjeżdżamy do szpitala, są zawsze tej samej firmy – najtańszej. I choć każdy wie, że na model oraz kolor zamawianego samochodu nie ma się wpływu, to nowego pacjenta pozostali oceniają najpierw po taksówce i kierowcy, bo przecież los albo Pan Bóg sprzyjają bogatym. Kategorie są dwie: wiek auta i uroda kierowcy. Jak z Daewoo wysiada pizda o twarzy jaszczurki i nie pomaga z bagażami, to pacjent ma, przynajmniej na początku, przejebane na oddziale.Wieźli mnie tam, do Kobierzyna, ulicą Dietla, w biało-niebieskiej karetce modelu Polonez. Miała zepsute sprzęgło i dwa razy zgasła. Raz na Dietla, drugi raz na Rondzie Kocmyrzowskim. Nie wiązali.
Oni z przodu walczyli ze sprzęgłem, ja z tyłu schylałam głowę w kapturze, żeby mnie ktoś znajomy nie dostrzegł przez szybkę. Żeby się z tego wszystkiego nie rozkleić, zaczęłam podskakiwać na siedzeniu jak na furmance, co pędzi po wertepach na jarmark. Miałam w tej furmance dwa konie i je poganiałam, i śmiałam się. Jechaliśmy, jechaliśmy. Minęliśmy Zakrzówek, Tesco. Potem była jakaś stadnina koni czy ranczo, co nawet pasowało do mojego udawania, że jedziemy na jarmark po miętuski.Na drzwiach obok domofonu wisi kartka z informacją:
Proszę dzwonić RAZ i cierpliwie czekać na otwarcie drzwi
Nie chcesz tu być, ale prosisz, żeby ci otworzono. Na damski z reguły krócej niż na męski, bo siostry na damskim są jakieś takie żwawsze. Zresztą „damski” i „męski” to określenia umowne, ale nie, bo gender, tylko dlatego, że po prostu jedną salę na damskim zajmują mężczyźni. Mają osobną toaletę, ale już wspólny prysznic, bo na piętrze jest tylko jeden i nie da się go podzielić.Otwierają mi i wchodzę. Po długim korytarzu suną tłuste, nażarte sumy, niespiesznie, w tę i z powrotem. Są wrogie, albo tylko nieobecne. Na mój widok zbijają się w ławicę i odpływają w ciemność, szepcząc coś do siebie. Wokół nich krążą ci z afektywną dwubiegunową w fazie aktywnej. Jak ćmy: wpadają na siebie, obijają się, a kiedy kończy im się zwyżkowa forma, czołgają się pod kaloryfery i siedzą tam sobie obok zasuszonych much.
Znam ten szpital, ten oddział, bardzo dobrze. Nosiłam tu mamie gazety, jedzenie i podpaski.
Zawsze, jak ją odwiedzałam, to narzekała. Że wszystko stare, zaniedbane i nieszczelne. Że wiatr hula po korytarzu i po łazience, w której nawet kaloryfera nie ma i woda czasem zamarza. Ani zasłonki pod prysznic, ani żadnej szmaty, choćby takiej na okno, żeby nikt nie podglądał. Ani mopa do starcia jeziora od progu, bo w odpływach włosy. Że zimno nawet w lecie i że w pokojach ciaśniej niż w celach. I śmierdzi. Że się czytać nie da, nic się nie da, i że musi udawać, że śpi, żeby nikt nie zagadywał. I dbać o zepsuty czajnik musi, i pilnować cukru, kawy, nawet majtek. Że jedyne, co można, to wałęsać się po korytarzu i podglądać, kto śpi, a kto nie.
No, ale po dotacjach unijnych jest tu zupełnie, zupełnie inaczej. Po pierwsze, pielęgniarki mają nowe makijaże. Po drugie, część okien jest plastikowych. Po trzecie, kompotu dają więcej, niż dawali mamie. Po czwarte, nowa łazienka (choć odpływ stary ze starymi włosami i pewnie jakimiś nowymi). Po piąte, ściany i krzesła w kolorze seledynowym. Po szóste, dwa pudełka nowych i w ogóle niewybrakowanych puzzli. Po siódme, czyste mopy.
więcej..
W empik go