Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • promocja

Psychiatra sądowy. Jak psychozy, traumy i choroby psychiczne doprowadzają do zbrodni - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
8 kwietnia 2026
4674 pkt
punktów Virtualo

Psychiatra sądowy. Jak psychozy, traumy i choroby psychiczne doprowadzają do zbrodni - ebook

Skoro nawet dziecko potrafi zabić, czy to oznacza, że istnieją urodzeni mordercy?

Jako psychiatra sądowy Duncan Harding pracował nie tylko z seryjnymi mordercami i psychopatami, lecz także z pozornie niewinnymi dziećmi i nastolatkami. Wszyscy oni popełnili okrutne, sadystyczne zbrodnie. Zadaniem Hardinga było ocenić stan psychiczny oskarżonych i zrozumieć ich motywacje. Dlaczego dwunastoletni chłopiec podpalił twarz swojego kolegi? Czy nieśmiały nastolatek naprawdę słyszał głosy, które kazały mu zabić? A co kierowało dziewczyną, która pewnego dnia doszczętnie spaliła swój rodzinny dom? Czy osoby, które dopuściły się takich czynów, mają jeszcze szansę wyjść na prostą?

W tej książce Harding dzieli się z czytelnikami sprawami, o których nie umie zapomnieć, a zaglądając do umysłu przestępców i zbrodniarzy – zarówno dorosłych, jak i młodocianych – dociera do źródeł najmroczniejszych skłonności człowieka.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68846-02-7
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

NOTA OD AUTORA

Za sprawą pracy, jaką wyko­nuję, na co dzień przy­glą­dam się nie tylko pacjen­tom, ale też ich krew­nym, a także kon­dy­cji ludz­kiej jako takiej. Uwa­żam tę moż­li­wość za wielki i wyjąt­kowy przy­wi­lej. Niniej­sza książka to zbiór moich prze­my­śleń i opi­nii na tematy zawo­dowe jako psy­chia­try sądo­wego. Ponie­waż w tej pro­fe­sji ochrona pry­wat­no­ści pacjenta ma ogromne zna­cze­nie, zmie­ni­łem klu­czowe fakty i szcze­góły, aby zapew­nić ano­ni­mo­wość osób wymie­nio­nych w publi­ka­cji. Przy­wo­ły­wane infor­ma­cje służą wyłącz­nie jako baza do przed­sta­wie­nia kon­kret­nych przy­pad­ków. Wszel­kie zawarte w książce reflek­sje i opi­nie należą do mnie. Pre­zen­to­wane wyda­rze­nia sta­no­wią wypad­kową róż­no­rod­nych spo­tkań i doświad­czeń – w nie­któ­rych przy­pad­kach zmie­ni­łem płeć, wiek, miej­sce i oko­licz­no­ści, żeby ukryć toż­sa­mość przy­wo­ły­wa­nych osób.

W momen­cie, gdy piszę te słowa, Wielka Bry­ta­nia zmaga się z gwał­tow­nym wzro­stem liczby prze­stępstw z uży­ciem noża i mor­derstw. Nie­mal co week­end sły­szymy o dzie­ciach odbie­ra­ją­cych życie innym dzie­ciom. Jak dopro­wa­dzi­li­śmy do takiej sytu­acji? Dla­czego zmar­gi­na­li­zo­wana mło­dzież nisz­czy sobie życie i zabija piękno naszego kru­chego i cudow­nego świata? Czuję się w obo­wiązku zmie­rzyć się z tym pro­ble­mem; opo­wie­dzieć o roz­dzie­ra­ją­cych serce przy­pad­kach i sytu­acjach, w nadziei, że pomogę innym zro­zu­mieć, skąd się biorą tak eks­tre­malne wzorce zacho­wań.

Decy­zję o napi­sa­niu tej książki pod­ją­łem po głę­bo­kim namy­śle i licz­nych roz­mo­wach ze star­szymi kole­gami po fachu. Mam szczerą nadzieję, że nie wyrzą­dzi ona nikomu żad­nej krzywdy, ale okaże się uży­teczna.1. NIETYPOWE ZGŁOSZENIE

1

Nie­ty­powe zgło­sze­nie

Dzwo­nię, żeby zgło­sić śmierć. Cho­dzi o mor­der­stwo.

Głos w słu­chawce nale­żał do mło­dej osoby. Dzwo­niący mówił rze­czo­wym tonem.

– Rozu­miem – odparł spo­koj­nie dys­po­zy­tor. W żaden spo­sób nie zdra­dzał zasko­cze­nia; pew­nie codzien­nie odbie­rał tego rodzaju tele­fony. – Czy wie pan, kim jest ofiara?

– To moja ciotka. Zabi­łem ją.

– Jest pan pewien, że nie żyje?

– Tak. Jest naprawdę mar­twa.

Trudno orzec, który z roz­mów­ców wyda­wał się bar­dziej obo­jętny: Liam, sie­dem­na­sto­la­tek dzwo­niący pod numer alar­mowy, czy dys­po­zy­tor.

– Gdzie się pan znaj­duje?

Odpo­wiedź padła natych­miast:

– W Lin­den Grove Coun­try Park.

– Czy to duże miej­sce? W któ­rej kon­kret­nie czę­ści parku?

– Jestem na par­kingu przy Okrą­głym Sta­wie. Stoję przy bia­łym Mini Club­ma­nie.

– To pań­ski samo­chód?

– Należy do mojej ciotki. Podać numer reje­stra­cyjny?

– Tak, popro­szę.

Liam podyk­to­wał numer. Następ­nie usłuż­nie dodał:

– Ma ozna­cze­nie „L”. Ciotka uczyła mnie pro­wa­dzić.

– Gdzie znaj­duje się teraz pań­ska ciotka?

– W sta­wie.

Dys­po­zy­tor na­dal zacho­wy­wał spo­kój, jakby ta wia­do­mość nie zro­biła na nim żad­nego wra­że­nia. Ludzie wyko­nu­jący taką pracę zapewne są szko­leni, by powstrzy­my­wać się od wszel­kich emo­cjo­nal­nych reak­cji. Rozej­rza­łem się po sali roz­praw – ław­nicy, w prze­ci­wień­stwie do dys­po­zy­tora, byli roz­e­mo­cjo­no­wani. Na twa­rzach nie­któ­rych malo­wało się zasko­cze­nie, inni poru­szali się nie­spo­koj­nie w ław­kach albo prze­ciw­nie, zamarli bez ruchu. Przy­słu­chi­wali się w napię­ciu, jak Liam posłusz­nie podaje dys­po­zy­to­rowi imię, nazwi­sko i adres zamiesz­ka­nia swo­jej ciotki.

– Pro­szę się nie roz­łą­czać, dopóki na miej­sce nie przy­będą służby.

– Zacze­kam przy samo­cho­dzie. Kiedy już tu będą, pokażę im, jak dostać się do stawu – zaofe­ro­wał skory do pomocy chło­pak.

– Poli­cja i karetka pogo­to­wia są już w dro­dze. Za szes­na­ście minut powinny być u pana.

– Karetka nie będzie potrzebna. Ale i tak dzięki, kolego.

Kiedy nagra­nie dobie­gło końca, na sali zapa­dła cisza. Pro­ku­ra­tor dla wzmoc­nie­nia efektu rów­nież przez dłuż­szą chwilę nie zabie­rał głosu, uda­jąc, że w wiel­kim sku­pie­niu prze­gląda jakieś papiery. W końcu uniósł wzrok i skie­ro­wał go pro­sto na mnie.

– Dok­to­rze Har­ding, jest pan bie­głym zarówno w dzie­dzi­nie psy­chia­trii sądo­wej, jak i psy­chia­trii dzieci i mło­dzieży. Cie­szy się pan opi­nią eks­perta. Jest pan rów­nież kie­row­ni­kiem Sądo­wej Poradni Zdro­wia Psy­chicz­nego dla Dzieci i Mło­dzieży w Lon­dy­nie. Czy bio­rąc pod uwagę pań­skie doświad­cze­nie zawo­dowe, byłby pan skłonny stwier­dzić, że młody czło­wiek, któ­rego przed chwilą wysłu­cha­li­śmy, wyka­zy­wał objawy psy­chozy? – zapy­tał.

– Nie zauwa­ży­łem żad­nych ewi­dent­nych oznak świad­czą­cych o psy­cho­zie – odpar­łem.

– Czy może pan wyja­śnić, jak doszedł do tego wnio­sku?

– Gdyby Liam prze­ży­wał epi­zod psy­cho­tyczny, wypo­wia­dałby się bar­dziej cha­otycz­nie, co byłoby skut­kiem zabu­rzeń myśle­nia. Ow­szem, zda­rza się, że zmiany w spo­so­bie mówie­nia bywają dość sub­telne. Obrona jed­nak twier­dzi, jakoby Liam prze­ży­wał epi­zod psy­cho­tyczny tuż przed prze­pro­wa­dze­niem tej roz­mowy, w dodatku tak nasi­lony, że aż pro­wa­dzący do mor­der­stwa; a w takiej sytu­acji spo­dzie­wał­bym się, że na nagra­niu znajdą się wyraźne symp­tomy takiego stanu.

– Chce pan powie­dzieć, że spo­sób, w jaki Liam się wypo­wia­dał, nie wska­zuje na zabu­rze­nia psy­cho­tyczne?

– Wska­zuje na coś wręcz odwrot­nego: męż­czy­zna, któ­rego sły­szymy na nagra­niu, wypo­wiada się w spo­sób kla­rowny i zwię­zły. Chwilę wcze­śniej jego ciotka umarła, a mimo to on zacho­wuje spo­kój i potrafi pro­wa­dzić roz­mowę tele­fo­niczną. To moim zda­niem wyklu­cza sce­na­riusz, w któ­rym kilka minut wcze­śniej prze­ży­wałby silny epi­zod psy­cho­tyczny.

– Jak zatem mógłby się zacho­wy­wać taki czło­wiek?

– To zależy. Nie­kiedy psy­choza mani­fe­stuje się w oczy­wi­sty spo­sób: osoba doświad­cza­jąca oma­mów może wyka­zy­wać zabu­rze­nia mowy i myśle­nia lub prze­ja­wiać zacho­wa­nia para­no­iczne czy podejrz­liwe. Zda­rzają się sytu­acje, gdy chory oka­zuje lękli­wość. Cza­sami jed­nak psy­choza ma łagod­niej­szy prze­bieg. Wów­czas naj­czę­ściej mamy do czy­nie­nia z nad­mierną podejrz­li­wo­ścią, splą­ta­niem i uro­je­niami, a zatem obja­wami, które nie muszą być tak wyraź­nie widoczne w spo­so­bie mówie­nia.

Pro­ku­ra­tor poki­wał głową.

– Czy sły­szał pan takie objawy na nagra­niu?

– Nie. Klu­czowy jest kon­tekst: musimy pamię­tać, że chwilę wcze­śniej ciotka Liama została zabita. Oczy­wi­ście biorę pod uwagę rów­nież inne mate­riały dowo­dowe, takie jak nagra­nia z kamer nasob­nych oraz ocenę stanu psy­chicz­nego Liama doko­naną wkrótce po prze­pro­wa­dze­niu roz­mowy z nagra­nia. Gdyby zabój­stwo było doko­nane przez osobę w sta­nie psy­chozy, nale­ża­łoby się spo­dzie­wać, że sprawca będzie mani­fe­sto­wać jakieś objawy psy­chozy. W wypo­wie­dziach pod­sąd­nego nie dopa­trzy­łem się żad­nych ewi­dent­nych oznak zabu­rzeń mowy ani myśli, podejrz­li­wo­ści czy para­noi. Przy­kła­dowo, gdyby Liam cier­piał na para­noję, mógłby zataić przed dys­po­zy­to­rem nie­które infor­ma­cje, o któ­rych poda­nie został popro­szony.

– Uważa pan, że oskar­żony niczego nie zata­jał?

– W trak­cie tej roz­mowy w ogóle nie zacho­wy­wał się tajem­ni­czo czy ostroż­nie. Wydaje się, że w wyobraźni przy­go­to­wał się już na przy­by­cie na miej­sce poli­cji. Stał przy samo­cho­dzie, żeby pokie­ro­wać poli­cjan­tów do stawu. Podyk­to­wał roz­mówcy numer reje­stra­cyjny auta ciotki, w dodatku poin­for­mo­wał, że jest ono ozna­czone zna­kiem L, żeby poli­cjanci mogli łatwiej je roz­po­znać. Na prośbę dys­po­zy­tora bez waha­nia podał imię i nazwi­sko, a także adres zamiesz­ka­nia denatki. Na koniec podzię­ko­wał dys­po­zy­to­rowi za oka­zaną pomoc i zwró­cił się do niego w przy­ja­ciel­ski spo­sób, per „kolego”. Jego ciotka zgi­nęła chwilę wcze­śniej, ale w mojej opi­nii nie zdra­dzał żad­nych oznak psy­chozy.

Liam udu­sił pannę Swin­ney, po czym wrzu­cił jej ciało do stawu. To nie pod­le­gało żad­nej dys­ku­sji, zresztą chło­pak dobro­wol­nie przy­znał, że to zro­bił. Zada­niem ławy przy­się­głych nie było orzec, czy jest winny, ale roz­strzy­gnąć o jego poczy­tal­no­ści.

Wyrok za zabój­stwo w warun­kach ogra­ni­czo­nej poczy­tal­no­ści, do któ­rego dążyła obrona, ozna­czałby, że Liam nie zamie­rzał zabić ciotki, ale zro­bił to z powodu swo­jego zabu­rze­nia, co zna­cząco ogra­ni­czy­łoby jego odpo­wie­dzial­ność karną. Oprócz tego pro­gnoza kry­mi­no­lo­giczna Liama zosta­łaby powią­zana z jego cho­robą psy­chiczną – czyli dopóki chło­pak byłby pod­da­wany lecze­niu, praw­do­po­do­bień­stwo, że zabije kogoś w przy­szło­ści, uzna­wano by za zmniej­szone. Naj­pew­niej cze­ka­łoby go kil­ku­let­nie lecze­nie szpi­talne, po któ­rego zakoń­cze­niu wró­ciłby do domu i pro­wa­dziłby nor­malne życie, tak jakby wcale wła­snymi rękami nie udu­sił krew­nej.

Bie­głym psy­chia­trą powo­ła­nym przez obronę był dok­tor Graf. Obaj prze­pro­wa­dzi­li­śmy z Lia­mem wywiady, jed­nak doszli­śmy na ich pod­sta­wie do sprzecz­nych wnio­sków. Mój kolega po fachu dowo­dził, że chło­pak nie zamie­rzał zabić ciotki i był chory psy­chicz­nie: w momen­cie popeł­nia­nia czynu doświad­czał epi­zodu psy­cho­tycz­nego, który ogra­ni­czał jego poczy­tal­ność. Graf namięt­nie prze­ko­ny­wał ławę przy­się­głych do swo­jego sta­no­wi­ska przez całą środę i cały czwar­tek.

Nad­szedł pią­tek i wresz­cie przy­szła moja kolej na zło­że­nie zeznań.

– Dok­to­rze Har­ding, nagra­nie zgło­sze­nia na numer alar­mowy zostało zare­je­stro­wane o godzi­nie 13.35. Jak wszy­scy wiemy, pozwany wyko­nał ten tele­fon po zabi­ciu panny Swin­ney. Jego zda­niem zro­bił to nie­spełna dzie­sięć minut po śmierci swo­jej ciotki. Pato­log sądowy potwier­dza, że do zgonu mogło dojść w tym cza­sie. Dok­tor Graf wyra­ził pogląd, jakoby pod­sądny w momen­cie ataku prze­ży­wał epi­zod psy­cho­tyczny, który potem minął – kon­ty­nu­ował pro­ku­ra­tor.

O tak, dok­tor Graf wyra­ził ten pogląd – i to nie raz. Wał­ko­wał ten temat do znu­dze­nia w trak­cie prze­słu­cha­nia krzy­żo­wego i nie dopusz­czał żad­nej innej wer­sji zda­rzeń.

– Skoro pań­skim zda­niem, dok­to­rze Har­ding, Liam nie doświad­czał psy­chozy w momen­cie dzwo­nie­nia na numer alar­mowy, czy moż­liwe jest, by był w sta­nie psy­chozy dzie­sięć minut wcze­śniej, kiedy zaata­ko­wał pannę Swin­ney?

Zanim udzie­li­łem odpo­wie­dzi, odwró­ci­łem się do ławy przy­się­głych. Przed laty mój men­tor pora­dził mi, bym zawsze miał stopy skie­ro­wane ku ław­ni­kom, gdy chcę ich prze­ko­nać do swo­ich racji. A ja przez całą karierę słu­cha­łem tej rady.

– Jeśli mówimy o psy­cho­zie, która mogłaby skut­ko­wać tak gwał­tow­nym aktem agre­sji… Cóż, moim zda­niem to mało praw­do­po­dobne, by psy­choza o tak dużym nasi­le­niu ustą­piła w ciągu dzie­się­ciu minut.

– Zatem uważa pan, że nawet krót­ko­trwały, prze­lotny epi­zod psy­cho­tyczny, jakiego u oskar­żo­nego dopa­trzył się dok­tor Graf, nie mógłby ustą­pić w dzie­sięć minut?

– Tak.

Zer­k­ną­łem na Liama, jak wie­lo­krot­nie robi­łem w cza­sie pro­cesu. Wyglą­dał młodo, blado, spra­wiał wra­że­nie wyco­fa­nego. Był szary, wietrzny zimowy dzień. Trwały ferie; kole­dzy Liama zapewne spo­ty­kali się w swo­ich domach albo szu­so­wali na nar­tach po sto­kach z rodzi­nami. Szkoła, do któ­rej Liam uczęsz­czał, była bar­dzo eli­tarna. Teraz sie­dział w pomiesz­cze­niu bez okien, samotny, z opusz­czoną głową, oddzie­lony od sędziego i pozo­sta­łych osób na sali grubą płytą z plek­si­glasu. Człon­ko­wie jego rodziny zajęli miej­sca nie­da­leko, ale Liam na nikogo nie patrzył. Momen­tami widać było, jak trzęsą mu się barki – znak, że pła­kał. Ale przez więk­szość czasu wcale się nie poru­szał. Nie uno­sił też spoj­rze­nia, nie szu­kał z nikim kon­taktu wzro­ko­wego.

– Mniej wię­cej godzinę przed zgo­nem panny Swin­ney matka, a potem rów­nież ojciec oskar­żo­nego roz­ma­wiali z nim przez tele­fon nale­żący do denatki – powie­dział pro­ku­ra­tor. – Rodzice zgod­nie twier­dzą, że pod­czas tej roz­mowy nie zauwa­żyli, by syn wypo­wia­dał się w spo­sób odbie­ga­jący od normy, cha­otyczny czy świad­czący o para­noi. Zatem jeżeli oskar­żony prze­ży­wał psy­chozę, epi­zod nie mógł potrwać dłu­żej niż godzinę i dzie­sięć minut. Czy to moż­liwe?

– Bar­dzo mało praw­do­po­dobne. Psy­choza to nie jest stan, który mija ot tak sobie, jak… – zawie­si­łem głos, zanim dokoń­czy­łem dobit­nie – …napad zło­ści. To poważne zabu­rze­nie, zazwy­czaj wyma­ga­jące psy­cho­far­ma­ko­te­ra­pii. Ale nawet gdyby chory przyj­mo­wał odpo­wied­nio dobrane leki i miał wspar­cie tera­peu­tyczne, moim zda­niem jest prak­tycz­nie nie­moż­liwe, by w tak krót­kim cza­sie psy­choza mogła minąć i ustą­pić miej­sca upo­rząd­ko­wa­nemu tokowi rozu­mo­wa­nia, jaki Liam zapre­zen­to­wał na odtwo­rzo­nym przed chwilą nagra­niu.

– Czy zgod­nie z pań­ską wie­dzą u oskar­żo­nego dia­gno­zo­wano wcze­śniej psy­chozę?

– Nie potwier­dza tego doku­men­ta­cja medyczna.

– Zatem ni­gdy w prze­szło­ści nie prze­pi­sy­wano mu leków prze­ciw­p­sy­cho­tycz­nych?

– Zga­dza się.

– I pań­skim zda­niem nagra­nie jego roz­mowy z dys­po­zy­to­rem wska­zuje, że nie prze­ży­wał epi­zodu psy­cho­tycz­nego?

– Tak. Pra­gnę rów­nież zwró­cić pań­stwa uwagę na wypo­wiedź bie­głej, która doko­nała oceny psy­cho­lo­gicz­nej oskar­żo­nego wkrótce po tym, jak został zatrzy­many i umiesz­czony w aresz­cie. Osoba ta jest wyspe­cja­li­zo­wana w wyszu­ki­wa­niu wszel­kich oznak zabu­rzeń myśle­nia i zacho­wa­nia oraz uro­jeń para­no­icz­nych, które mogłyby wska­zy­wać, że oskar­żony cierpi na psy­chozę. Bie­gła nie stwier­dziła żad­nych tego rodzaju obja­wów. Stwier­dziła coś wręcz odwrot­nego. W jej oce­nie aresz­to­wany prze­ja­wiał cechy prze­ciwne psy­cho­zie: jego zacho­wa­nie było uprzejme, spójne, chęt­nie udzie­lał odpo­wie­dzi na pyta­nia.

– Po przy­by­ciu do aresztu zatrzy­ma­nemu nie podano leków prze­ciw­p­sy­cho­tycz­nych, o któ­rych wspo­mi­nał dok­tor Graf?

– Nie, ponie­waż nikt z wyjąt­kiem dok­tora Grafa ni­gdy nie zdia­gno­zo­wał u Liama psy­chozy.

Tra­fiony, zato­piony, dok­to­rze Graf. Zezna­wa­łem aż do godzin popo­łu­dnio­wych, kiedy to sąd zakoń­czył obrady przed week­en­dową prze­rwą. Ale nim roz­prawa została zamknięta, sędzia wspo­mniał, że chciałby się dowie­dzieć – i, jak zazna­czył, na pewno chcieli tego rów­nież przy­się­gli – dla­czego Liam zabił pannę Swin­ney, skoro nie kie­ro­wała nim psy­choza. Z jakiego powodu zro­bił to tak nagle, bez żad­nego wyraź­nego powodu? W dodatku jego ofiarą nie był ktoś obcy, lecz kobieta, która ode­grała dużą i bez­sprzecz­nie pozy­tywną rolę w jego wycho­wa­niu i do któ­rej czę­sto zwra­cał się w trud­nych momen­tach.

Było to pyta­nie, które zada­wali sobie wszy­scy obecni na sali – adwo­kaci w bia­łych peru­kach, sędzia, pra­co­wi­cie stu­ka­jący w kla­wia­tury dzien­ni­ka­rze, publicz­ność w ław­kach, naj­bliżsi Liama, mnący w dło­niach chu­s­teczki higie­niczne, pro­to­ko­lanci sie­dzący pro­sto, jakby kij połknęli. Pyta­nie brzmiało: dla­czego? Dla­czego ten chło­pak popeł­nił tak odra­ża­jący czyn, skoro nie był wtedy nie­po­czy­talny? Wśród wszyst­kich zgro­ma­dzo­nych w sądzie tylko jeden czło­wiek znał odpo­wiedź na to pyta­nie. Ale on upar­cie mil­czał.2. MORDERCZY UCZEŃ LIAM

2

Mor­der­czy uczeń Liam

Oczy­wi­ście mnie rów­nież nie dawało spo­koju pyta­nie, dla­czego Liam zabił swoją ciotkę. Po wielu latach prak­ty­ko­wa­nia psy­chia­trii ogól­nej skon­cen­tro­wa­łem się na bada­niach „umy­słu prze­stępcy” w ramach psy­chia­trii sądo­wej, a osta­tecz­nie zro­bi­łem spe­cja­li­za­cję w kie­runku psy­chia­trii sądo­wej dzieci i mło­dzieży – to doświad­cze­nie zawo­dowe pozwa­lało mi snuć spe­ku­la­cje na temat tego, co mogło się wyda­rzyć feral­nego dnia mię­dzy ciotką a jej bra­tan­kiem. Domy­śla­łem się, że za ata­kiem mógł stać cały sze­reg zło­żo­nych emo­cji, mię­dzy innymi gniew. To, że na sali roz­praw wspo­mnia­łem o napa­dzie zło­ści, nie było przy­pad­kowe.

Rodzice Liama pro­wa­dzili wła­sny biz­nes. Han­dlo­wali spro­wa­dza­nym z zagra­nicy luk­su­so­wym dam­skim obu­wiem – po wielu latach cięż­kiej pracy odnie­śli suk­ces i doro­bili się spo­rych pie­nię­dzy. Można powie­dzieć, że całe ich życie krę­ciło się wokół wyso­kich obca­sów, sznu­ró­wek, pode­szew i zapięt­ków, a dla Liama nie zosta­wało im wiele czasu. Ale mimo że chło­piec był jedy­na­kiem wycho­wy­wa­nym przez zapra­co­wa­nych rodzi­ców, nie mógł narze­kać na brak opieki – czę­sto zaj­mo­wała się nim sio­stra ojca, ciotka Joy, będąca bez­dzietną panną. Liam spę­dzał z nią rów­nie dużo czasu, jak z rodzi­cami.

W szkole zawsze spra­wiał pro­blemy. Dał się poznać jako chło­pak nie­stro­niący od prze­mocy, ze skłon­no­ścią do nie­sto­sow­nych zacho­wań – zwłasz­cza w towa­rzy­stwie dziew­cząt, odkąd wszedł w wiek nasto­letni – a także znę­ca­jący się nad słab­szymi. W momen­cie popeł­nie­nia zbrodni wisiało nad nim widmo powtór­nego pod­cho­dze­nia do egza­minu koń­czą­cego gim­na­zjum. Mimo że zbli­żał się ter­min poprawki, Liam nie wyda­wał się zain­te­re­so­wany nauką. Rodzice uznali wtedy, że pora zasto­so­wać bar­dziej dra­styczne środki. Zabrali mu tele­fon.

Dla nasto­latka to był szcze­gól­nie dotkliwy cios. Liam wpadł w szał. Po gło­śnej i dłu­giej awan­tu­rze z rodzi­cami zadzwo­nił do miesz­ka­ją­cej nie­opo­dal ciotki i powie­dział, że chce ją odwie­dzić. Rodzice wyra­zili zgodę. Liam podej­rze­wał, że to wła­śnie pan­nie Swin­ney rodzice oddali skon­fi­sko­wany tele­fon do prze­cho­wa­nia. Nie mylił się. Rodzice poin­stru­owali ją, żeby udo­stęp­niła bra­tan­kowi tele­fon na kilka godzin pod warun­kiem, że wcze­śniej się pouczy. Wszystko wska­zy­wało na to, że kobieta przy­stała na ten plan. Jej także zale­żało, żeby Liam sku­pił się na nauce i zdo­był zado­wa­la­jącą ocenę na egza­mi­nie.

Tyle że panna Swin­ney wolała metodę mar­chewki niż kija. Wpraw­dzie wywią­zała się z obiet­nicy zło­żo­nej rodzi­com Liama i nie odda­wała mu tele­fonu, ale zara­zem zapo­wie­działa, że jeśli chło­pak zali­czy wszyst­kie popraw­kowe egza­miny, dosta­nie w pre­zen­cie od niej samo­chód. Po pew­nym cza­sie, widząc, że mimo to Liam nie gar­nie się do nauki, Joy zapro­po­no­wała mu lek­cję pro­wa­dze­nia samo­chodu. Para odbyła już kilka takich prze­jaż­dżek, ale Liam chciał poćwi­czyć wię­cej.

Chło­pak pro­wa­dził w dro­dze do Okrą­głego Stawu, będą­cego miej­scową, choć mało uczęsz­czaną, atrak­cją. Na miej­scu Liam i panna Swin­ney udali się nad brzeg stawu. Tam nasto­la­tek udu­sił swoją ciotkę przy pomocy psiej smy­czy.

Przed roz­po­czę­ciem pro­cesu odwie­dzi­łem Liama w aresz­cie. Nasza roz­mowa doty­czyła rela­cji łączą­cych go z ciotką. Opo­wie­dział mi o tym, jak bar­dzo byli zwią­zani i jak wiel­kim smut­kiem napa­wała go jej śmierć – zupeł­nie jakby to nie on ją spo­wo­do­wał. Popro­si­łem, żeby opo­wie­dział mi, co się działo tam­tego dnia, zanim zgi­nęła. Wyznał wtedy, że kobieta była na niego bar­dzo zła z powodu kiep­skich wyni­ków w nauce.

– Mówiła, że ma ochotę mnie zabić. Sta­nęła w drzwiach kuchni i powie­działa, że weź­mie kabel od łado­warki tele­fonu, owi­nie mi go wokół szyi i mnie udusi. Stwier­dziła to jakby ni­gdy nic. Naprawdę chciała mnie zamor­do­wać.

– Czu­łeś się zagro­żony?

– Tak!

– Pokłó­ci­li­ście się?

– Nie. Za bar­dzo się bałem.

– Czy kie­dy­kol­wiek wcze­śniej ciotka budziła w tobie strach?

– Nie, bo ni­gdy dotąd nie gro­ziła mi śmier­cią. Wzięła do ręki łado­warkę i zamach­nęła się kablem. Tak, że prze­le­ciał tuż przy mojej szyi.

Zacho­dzi­łem w głowę, z czym mam tu do czy­nie­nia. Czy było to zło­żone doświad­cze­nie halu­cy­na­cji? A może uro­je­nie – błędne prze­ko­na­nie, które chory wyznaje bez­kry­tycz­nie? A może chło­pak kolo­ry­zo­wał fakty, tak by przed samym sobą uza­sad­nić strach, który naprawdę czuł?

Żeby odpo­wie­dzieć na te pyta­nia, musia­łem prze­ana­li­zo­wać nie tylko to, co Liam mówił, ale rów­nież spo­sób, w jaki to robił: komu­ni­katy wer­balne i pozawer­balne, postawę, jaką przy­jął w trak­cie roz­mowy, zauwa­żalny strach bądź jego brak pod­czas rela­cjo­no­wa­nia tej „groź­nej sytu­acji”. Moim zda­niem, opo­wia­da­jąc o tam­tych wyda­rze­niach, chło­pak nie odczu­wał prze­ra­że­nia. Wspo­mnie­nie, które przy­wo­ły­wał, naj­wi­docz­niej nie powo­do­wało w nim lęku. Odnio­słem nawet wra­że­nie, że mówie­nie o nim przy­cho­dzi mu z dużą łatwo­ścią.

Panna Swin­ney była pra­cow­niczką wyso­kiego szcze­bla w dziale kadr dużej firmy. Przed spo­tka­niem z Lia­mem zapo­zna­łem się z opi­sem jej pro­filu oso­bo­wo­ścio­wego. Trudno było uwie­rzyć, że ta kobieta mogłaby gro­zić bra­tan­kowi śmier­cią, zwłasz­cza że Liam nie wspo­mi­nał o tym we wcze­śniej­szych roz­mo­wach z poli­cją, dok­to­rem Gra­fem ani żad­nym innym zaj­mu­ją­cym się nim spe­cja­li­stą. Nasu­wało się podej­rze­nie, że ta nowa wer­sja wyda­rzeń została spre­pa­ro­wana spe­cjal­nie na uży­tek wywiadu ze mną. Moje wie­lo­let­nie doświad­cze­nie, zdo­byte pod­czas pracy nad set­kami spraw, pod­po­wia­dało mi, że to wymysł.

– Zatem – pod­ją­łem – ciotka zagro­ziła ci śmier­cią, a potem zapro­po­no­wała ci lek­cję jazdy?

Zasta­na­wia­łem się, czy ław­ni­kom wyda się to rów­nie mało praw­do­po­dobne, jak mnie.

– No tak. A kiedy dotar­li­śmy nad staw, powie­działa, że mnie utopi.

– Czyim pomy­słem była wycieczka w to miej­sce?

– Jej. Twier­dziła, że to będzie dobra oka­zja, żebym pod­szko­lił się w pro­wa­dze­niu auta. Ale kiedy zna­leź­li­śmy się na miej­scu, powie­działa, że ma zamiar wepchnąć mnie do wody i zabić. Byłem prze­ra­żony.

– Kiedy dotar­li­ście do parku, popro­si­łeś, żeby oddała ci tele­fon?

– Tak. Chcia­łem zro­bić kilka zdjęć stawu.

– Ale ciotka ci go nie dała?

– Powie­działa, że nie ma go przy sobie.

Tyle że miała wtedy jego tele­fon i chło­pak musiał o tym wie­dzieć. To z niego dzwo­nił potem na numer alar­mowy. Popro­si­łem więc, żeby mi wyja­śnił, jak go odzy­skał. I żeby opo­wie­dział mi coś wię­cej o tam­tym dniu. Liam odparł, że nic wię­cej nie potrafi sobie przy­po­mnieć. Nie pamię­tał, czy wpadł w złość. Nie pamię­tał żad­nej sprzeczki. Nie zapamię­tał też momentu, w któ­rym udu­sił pannę Swin­ney i wrzu­cił jej ciało do wody.

Przed wizytą w aresz­cie uda­łem się nad staw. Brzegi poro­śnięte były drze­wami i krze­wami; w nie­wielu miej­scach roślin­ność pozwa­lała zbli­żyć się do wody wystar­cza­jąco, by dało się kogoś do niej wrzu­cić. A już na pewno nie z więk­szej wyso­ko­ści. Odnio­słem wra­że­nie, że miej­sce, w któ­rym popeł­niono zbrod­nię, musiało zostać wybrane zawczasu. Domy­śla­łem się też, że wybrał je raczej Liam niż jego ciotka.

– Skąd ciotka wzięła psią smycz? Jeśli dobrze rozu­miem, nie miała psa.

– Trzy­mała ją w samo­cho­dzie, bo cza­sami wypro­wa­dzała na spa­cery psa sąsia­dów.

– Ale dla­czego zabra­łeś tę smycz ze sobą, kiedy poszli­ście nad staw?

– To ciotka ją wzięła. Kiedy byli­śmy już na brzegu, powie­działa, że chce mnie wrzu­cić do wody. W ręku trzy­mała tę smycz. Przy­po­mnia­łem sobie, jak zamach­nęła się na mnie kablem od łado­warki i jak gro­ziła, że mnie udusi. I wtedy domy­śli­łem się, że chce jej użyć.

– Rozu­miem, że musia­łeś wyrwać ciotce smycz z ręki.

Chło­pak wzru­szył ramio­nami i spu­ścił wzrok. Miał szczu­płą twarz. Widać było, że sporo czasu spę­dzał na siłowni; jego głowa wyda­wała się nie­na­tu­ral­nie mała w zesta­wie­niu z umię­śnio­nymi tor­sem i bar­kami.

– Jak myślisz, dla­czego wrzu­ci­łeś ciało ciotki do wody po tym, jak ją udu­si­łeś? Pato­log sądowy twier­dzi, że była już wtedy mar­twa. Mogłeś po pro­stu zosta­wić ją na brzegu.

I znowu w odpo­wie­dzi dosta­łem to wyra­ża­jące bez­rad­ność wzru­sze­nie ramion, cał­kiem jakby to nie Liam zna­lazł się tam­tego dnia nad sta­wem.

– Skoro tak nie­wiele pamię­tasz, czy nie przy­szło ci do głowy, że ktoś inny mógł zabić twoją ciotkę?

Jako że na miej­scu nie zabez­pie­czono mate­riału DNA nale­żą­cego do innej osoby, poli­cja wyklu­czyła udział w zbrodni osób trze­cich. Ja jed­nak byłem cie­kaw, jakiej odpo­wie­dzi udzieli Liam.

– Od początku wie­dzia­łem, że to musia­łem być ja – odparł bez waha­nia. – Nikogo innego tam nie było.

Moja robo­cza teo­ria wyglą­dała nastę­pu­jąco: Liam, będąc kie­rowcą – a wła­ści­wie począt­ku­ją­cym kie­rowcą – nie chciał się roz­stać z klu­czy­kami do samo­chodu. W tym odosob­nio­nym miej­scu fakt, że jest w ich posia­da­niu, mógł dawać mu poczu­cie wła­dzy. Domy­śla­łem się, że popro­sił ciotkę o zwró­ce­nie mu tele­fonu, ona jed­nak się nie zgo­dziła. Nie wiem, czy zaczął jej wtedy gro­zić. Moim zda­niem kobieta nie podej­rze­wała, że jej uko­chany bra­ta­nek, chło­piec bli­ski jej nie­mal jak rodzony syn, nagle wycią­gnie smycz i zaci­śnie ją na jej szyi. Na pod­sta­wie ana­lizy śla­dów na ciele pato­log stwier­dził, że w momen­cie śmierci kobiety ata­ku­jący stał przed nią, a zatem musiał widzieć jej wytrzesz­czone, nie­mal wycho­dzące z orbit oczy i gwał­towną zmianę koloru skóry, która sta­wała się pur­pu­rowa. Trzeba wiel­kiej deter­mi­na­cji, żeby widząc, co w takiej chwili się dzieje z ofiarą, mimo to nie roz­luź­nić zaci­śnię­tej pętli.

Oba­wia­łem się, że Liam mógł zapla­no­wać ten atak, wybrać broń i ustronne miej­sce nad sta­wem, tak by w razie gdyby nie udało mu się udu­sić ciotki, mógł ją uto­pić. A może było ina­czej – może zamie­rzał ją uto­pić, a na pomysł udu­sze­nia wpadł dopiero w samo­cho­dzie, kiedy w oczy wpa­dła mu psia smycz.

Nie wie­rzy­łem, że czyn Liama był efek­tem psy­chozy. Zarówno odna­le­zie­nie odpo­wied­niego miej­sca, z któ­rego dałoby się zepchnąć ofiarę do stawu, jak i zabra­nie ze sobą smy­czy wska­zy­wały raczej na zapla­no­wane dzia­ła­nie. Tym­cza­sem psy­choza to stan cha­rak­te­ry­zu­jący się dez­or­ga­ni­za­cją. Ocze­ki­wano ode mnie jako od bie­głego, że po zapo­zna­niu się z fak­tami przed­sta­wię ław­ni­kom obiek­tywną eks­per­tyzę, która uła­twi im pod­ję­cie decy­zji. Nie­za­leż­nie od tego, jakie odczu­cia na sali sądo­wej budził ten czy inny oskar­żony, wystę­pu­jąc w cha­rak­te­rze bie­głego, zawsze sta­ra­łem się zacho­wy­wać bez­stron­ność. Ale to nie zna­czy, że wyzby­wa­łem się ludz­kich lęków i instynk­tów. W spra­wie Liama intu­icja pod­po­wia­dała mi, że to bar­dzo nie­bez­pieczny młody czło­wiek.

Wiele miało zale­żeć od wer­dyktu ławy przy­się­głych. Jeżeli Liam zostałby uznany za nie­po­czy­tal­nego w chwili popeł­nia­nia zbrodni, tra­fiłby do szpi­tala, gdzie pod­dano by go lecze­niu psy­chia­trycz­nemu. Nale­żało się spo­dzie­wać, że po zakoń­cze­niu sto­sun­kowo krót­kiej kura­cji, gdy leka­rze uznają, że Liam nie stwa­rza dal­szego zagro­że­nia, zwol­niono by go. Wyrok wię­zie­nia za mor­der­stwo ozna­czałby nato­miast, że Liam zosta­nie na dłuż­szy czas odizo­lo­wany od spo­łe­czeń­stwa. W opty­mal­nym sce­na­riu­szu pod­czas odsiadki otrzy­małby sto­sowną pomoc psy­cho­lo­giczną, która mia­łaby zmi­ni­ma­li­zo­wać ryzyko recy­dywy. Pobyt w szpi­talu wyda­wać by się mógł bar­dziej huma­ni­tar­nym roz­wią­za­niem, jed­nak skut­ko­wałby zmniej­sze­niem takiego ryzyka jedy­nie przy zało­że­niu, że Liam rze­czy­wi­ście cier­piał na cho­robę psy­chiczną.

Chło­pa­kowi przy­szło długo cze­kać, nim jego sprawą zajął się sąd. W tym cza­sie skoń­czył osiem­na­ście lat i osią­gnął peł­no­let­niość. Ozna­czało to, że dzien­ni­ka­rze, ku swo­jej wiel­kiej satys­fak­cji, zyskali wstęp na salę roz­praw. Fakt, że chło­pak zabił pannę Swin­ney bez­po­śred­nio po lek­cji jazdy, spra­wił, że w pra­sie nadano mu przy­do­mek „Mor­der­czy uczeń Liam”.

W tam­ten pią­tek ław­ni­kom pozwo­lono się rozejść. Wszy­scy wstali, gdy sędzia opusz­czał salę roz­praw, a już chwilę póź­niej zapo­mnieli o cha­rak­te­ry­stycz­nej dla tego miej­sca ciszy; ich umy­słami na nowo zawład­nęły nie­cier­piące zwłoki sprawy dnia codzien­nego. Adwo­kaci zbie­rali swoje papiery, poli­cjanci cho­wali przy­nie­sione lap­topy, obser­wa­to­rzy prze­cią­gali się po dłu­gim bez­ru­chu i uru­cha­miali wyłą­czone na czas roz­prawy tele­fony. Dzien­ni­ka­rze, paku­jąc swój sprzęt, pro­wa­dzili oży­wione roz­mowy. Jeśli o mnie cho­dzi, jako że nie skoń­czy­łem jesz­cze przed­sta­wiać eks­per­tyzy, nie mogłem oma­wiać sprawy Liama ani z poli­cją, ani z pro­ku­ra­to­rem, ani z nikim innym. Po całym dniu spę­dzo­nym w cha­rak­te­rze zezna­ją­cego bie­głego doskwie­rało mi poczu­cie izo­la­cji. Nikt nie chciał ze mną roz­ma­wiać, nikt na mnie nie patrzył.

Spa­ko­wa­łem do torby swoje książki i raporty. Kątem oka dostrze­głem dok­tora Grafa, kiedy chył­kiem wymy­kał się na kory­tarz. Następ­nie opu­ści­łem miej­sce zeznań świadka.

Kiedy wycho­dzi­łem z sali roz­praw, na­dal czu­łem się nie­swojo. Pech chciał, że gdy tylko zna­la­złem się w holu, od razu natkną­łem się na rodzinę Liama, która stała w cia­snej grupce nie­opo­dal. Paru jego bli­skich posłało mi nie­przy­ja­zne spoj­rze­nia, inni na mój widok ści­szyli głos. Rodzice chło­paka po pro­stu odwró­cili wzrok.

I wtedy pierw­szy raz zasta­no­wi­łem się, co tak naprawdę, w głębi duszy, ci ludzie sądzą na temat Liama. Moż­liwe, że w ich ser­cach kryły się lęki, do któ­rych nie umieli się przy­znać nawet przed sobą nawza­jem. Na pewno zda­wali sobie sprawę z jego licz­nych eks­ce­sów w szkole. Być może rodzice, podob­nie jak ja, uwa­żali, że Liam jest nie­bez­pieczny. Może ta świa­do­mość towa­rzy­szyła im pod­czas opła­ki­wa­nia Joy. Może myśleli o czymś jesz­cze: skoro chło­pak potra­fił znieść widok zgrozy i cier­pie­nia malu­ją­cych się na twa­rzy jego uko­cha­nej ciotki, kiedy ją zabi­jał, to może byłby zdolny uśmier­cić także ich. Ale rów­no­cze­śnie był prze­cież ich synem. Ci ludzie go kochali.

W pociągu w dro­dze powrot­nej do domu naszła mnie reflek­sja, jak nie­zwy­kle trudno być rodzi­cem. I jak trudno byłoby mi się odna­leźć w roli ojca.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij