-
promocja
Psychiatra sądowy. Jak psychozy, traumy i choroby psychiczne doprowadzają do zbrodni - ebook
Psychiatra sądowy. Jak psychozy, traumy i choroby psychiczne doprowadzają do zbrodni - ebook
Skoro nawet dziecko potrafi zabić, czy to oznacza, że istnieją urodzeni mordercy?
Jako psychiatra sądowy Duncan Harding pracował nie tylko z seryjnymi mordercami i psychopatami, lecz także z pozornie niewinnymi dziećmi i nastolatkami. Wszyscy oni popełnili okrutne, sadystyczne zbrodnie. Zadaniem Hardinga było ocenić stan psychiczny oskarżonych i zrozumieć ich motywacje. Dlaczego dwunastoletni chłopiec podpalił twarz swojego kolegi? Czy nieśmiały nastolatek naprawdę słyszał głosy, które kazały mu zabić? A co kierowało dziewczyną, która pewnego dnia doszczętnie spaliła swój rodzinny dom? Czy osoby, które dopuściły się takich czynów, mają jeszcze szansę wyjść na prostą?
W tej książce Harding dzieli się z czytelnikami sprawami, o których nie umie zapomnieć, a zaglądając do umysłu przestępców i zbrodniarzy – zarówno dorosłych, jak i młodocianych – dociera do źródeł najmroczniejszych skłonności człowieka.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura faktu |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68846-02-7 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Za sprawą pracy, jaką wykonuję, na co dzień przyglądam się nie tylko pacjentom, ale też ich krewnym, a także kondycji ludzkiej jako takiej. Uważam tę możliwość za wielki i wyjątkowy przywilej. Niniejsza książka to zbiór moich przemyśleń i opinii na tematy zawodowe jako psychiatry sądowego. Ponieważ w tej profesji ochrona prywatności pacjenta ma ogromne znaczenie, zmieniłem kluczowe fakty i szczegóły, aby zapewnić anonimowość osób wymienionych w publikacji. Przywoływane informacje służą wyłącznie jako baza do przedstawienia konkretnych przypadków. Wszelkie zawarte w książce refleksje i opinie należą do mnie. Prezentowane wydarzenia stanowią wypadkową różnorodnych spotkań i doświadczeń – w niektórych przypadkach zmieniłem płeć, wiek, miejsce i okoliczności, żeby ukryć tożsamość przywoływanych osób.
W momencie, gdy piszę te słowa, Wielka Brytania zmaga się z gwałtownym wzrostem liczby przestępstw z użyciem noża i morderstw. Niemal co weekend słyszymy o dzieciach odbierających życie innym dzieciom. Jak doprowadziliśmy do takiej sytuacji? Dlaczego zmarginalizowana młodzież niszczy sobie życie i zabija piękno naszego kruchego i cudownego świata? Czuję się w obowiązku zmierzyć się z tym problemem; opowiedzieć o rozdzierających serce przypadkach i sytuacjach, w nadziei, że pomogę innym zrozumieć, skąd się biorą tak ekstremalne wzorce zachowań.
Decyzję o napisaniu tej książki podjąłem po głębokim namyśle i licznych rozmowach ze starszymi kolegami po fachu. Mam szczerą nadzieję, że nie wyrządzi ona nikomu żadnej krzywdy, ale okaże się użyteczna.1. NIETYPOWE ZGŁOSZENIE
1
Nietypowe zgłoszenie
Dzwonię, żeby zgłosić śmierć. Chodzi o morderstwo.
Głos w słuchawce należał do młodej osoby. Dzwoniący mówił rzeczowym tonem.
– Rozumiem – odparł spokojnie dyspozytor. W żaden sposób nie zdradzał zaskoczenia; pewnie codziennie odbierał tego rodzaju telefony. – Czy wie pan, kim jest ofiara?
– To moja ciotka. Zabiłem ją.
– Jest pan pewien, że nie żyje?
– Tak. Jest naprawdę martwa.
Trudno orzec, który z rozmówców wydawał się bardziej obojętny: Liam, siedemnastolatek dzwoniący pod numer alarmowy, czy dyspozytor.
– Gdzie się pan znajduje?
Odpowiedź padła natychmiast:
– W Linden Grove Country Park.
– Czy to duże miejsce? W której konkretnie części parku?
– Jestem na parkingu przy Okrągłym Stawie. Stoję przy białym Mini Clubmanie.
– To pański samochód?
– Należy do mojej ciotki. Podać numer rejestracyjny?
– Tak, poproszę.
Liam podyktował numer. Następnie usłużnie dodał:
– Ma oznaczenie „L”. Ciotka uczyła mnie prowadzić.
– Gdzie znajduje się teraz pańska ciotka?
– W stawie.
Dyspozytor nadal zachowywał spokój, jakby ta wiadomość nie zrobiła na nim żadnego wrażenia. Ludzie wykonujący taką pracę zapewne są szkoleni, by powstrzymywać się od wszelkich emocjonalnych reakcji. Rozejrzałem się po sali rozpraw – ławnicy, w przeciwieństwie do dyspozytora, byli rozemocjonowani. Na twarzach niektórych malowało się zaskoczenie, inni poruszali się niespokojnie w ławkach albo przeciwnie, zamarli bez ruchu. Przysłuchiwali się w napięciu, jak Liam posłusznie podaje dyspozytorowi imię, nazwisko i adres zamieszkania swojej ciotki.
– Proszę się nie rozłączać, dopóki na miejsce nie przybędą służby.
– Zaczekam przy samochodzie. Kiedy już tu będą, pokażę im, jak dostać się do stawu – zaoferował skory do pomocy chłopak.
– Policja i karetka pogotowia są już w drodze. Za szesnaście minut powinny być u pana.
– Karetka nie będzie potrzebna. Ale i tak dzięki, kolego.
Kiedy nagranie dobiegło końca, na sali zapadła cisza. Prokurator dla wzmocnienia efektu również przez dłuższą chwilę nie zabierał głosu, udając, że w wielkim skupieniu przegląda jakieś papiery. W końcu uniósł wzrok i skierował go prosto na mnie.
– Doktorze Harding, jest pan biegłym zarówno w dziedzinie psychiatrii sądowej, jak i psychiatrii dzieci i młodzieży. Cieszy się pan opinią eksperta. Jest pan również kierownikiem Sądowej Poradni Zdrowia Psychicznego dla Dzieci i Młodzieży w Londynie. Czy biorąc pod uwagę pańskie doświadczenie zawodowe, byłby pan skłonny stwierdzić, że młody człowiek, którego przed chwilą wysłuchaliśmy, wykazywał objawy psychozy? – zapytał.
– Nie zauważyłem żadnych ewidentnych oznak świadczących o psychozie – odparłem.
– Czy może pan wyjaśnić, jak doszedł do tego wniosku?
– Gdyby Liam przeżywał epizod psychotyczny, wypowiadałby się bardziej chaotycznie, co byłoby skutkiem zaburzeń myślenia. Owszem, zdarza się, że zmiany w sposobie mówienia bywają dość subtelne. Obrona jednak twierdzi, jakoby Liam przeżywał epizod psychotyczny tuż przed przeprowadzeniem tej rozmowy, w dodatku tak nasilony, że aż prowadzący do morderstwa; a w takiej sytuacji spodziewałbym się, że na nagraniu znajdą się wyraźne symptomy takiego stanu.
– Chce pan powiedzieć, że sposób, w jaki Liam się wypowiadał, nie wskazuje na zaburzenia psychotyczne?
– Wskazuje na coś wręcz odwrotnego: mężczyzna, którego słyszymy na nagraniu, wypowiada się w sposób klarowny i zwięzły. Chwilę wcześniej jego ciotka umarła, a mimo to on zachowuje spokój i potrafi prowadzić rozmowę telefoniczną. To moim zdaniem wyklucza scenariusz, w którym kilka minut wcześniej przeżywałby silny epizod psychotyczny.
– Jak zatem mógłby się zachowywać taki człowiek?
– To zależy. Niekiedy psychoza manifestuje się w oczywisty sposób: osoba doświadczająca omamów może wykazywać zaburzenia mowy i myślenia lub przejawiać zachowania paranoiczne czy podejrzliwe. Zdarzają się sytuacje, gdy chory okazuje lękliwość. Czasami jednak psychoza ma łagodniejszy przebieg. Wówczas najczęściej mamy do czynienia z nadmierną podejrzliwością, splątaniem i urojeniami, a zatem objawami, które nie muszą być tak wyraźnie widoczne w sposobie mówienia.
Prokurator pokiwał głową.
– Czy słyszał pan takie objawy na nagraniu?
– Nie. Kluczowy jest kontekst: musimy pamiętać, że chwilę wcześniej ciotka Liama została zabita. Oczywiście biorę pod uwagę również inne materiały dowodowe, takie jak nagrania z kamer nasobnych oraz ocenę stanu psychicznego Liama dokonaną wkrótce po przeprowadzeniu rozmowy z nagrania. Gdyby zabójstwo było dokonane przez osobę w stanie psychozy, należałoby się spodziewać, że sprawca będzie manifestować jakieś objawy psychozy. W wypowiedziach podsądnego nie dopatrzyłem się żadnych ewidentnych oznak zaburzeń mowy ani myśli, podejrzliwości czy paranoi. Przykładowo, gdyby Liam cierpiał na paranoję, mógłby zataić przed dyspozytorem niektóre informacje, o których podanie został poproszony.
– Uważa pan, że oskarżony niczego nie zatajał?
– W trakcie tej rozmowy w ogóle nie zachowywał się tajemniczo czy ostrożnie. Wydaje się, że w wyobraźni przygotował się już na przybycie na miejsce policji. Stał przy samochodzie, żeby pokierować policjantów do stawu. Podyktował rozmówcy numer rejestracyjny auta ciotki, w dodatku poinformował, że jest ono oznaczone znakiem L, żeby policjanci mogli łatwiej je rozpoznać. Na prośbę dyspozytora bez wahania podał imię i nazwisko, a także adres zamieszkania denatki. Na koniec podziękował dyspozytorowi za okazaną pomoc i zwrócił się do niego w przyjacielski sposób, per „kolego”. Jego ciotka zginęła chwilę wcześniej, ale w mojej opinii nie zdradzał żadnych oznak psychozy.
Liam udusił pannę Swinney, po czym wrzucił jej ciało do stawu. To nie podlegało żadnej dyskusji, zresztą chłopak dobrowolnie przyznał, że to zrobił. Zadaniem ławy przysięgłych nie było orzec, czy jest winny, ale rozstrzygnąć o jego poczytalności.
Wyrok za zabójstwo w warunkach ograniczonej poczytalności, do którego dążyła obrona, oznaczałby, że Liam nie zamierzał zabić ciotki, ale zrobił to z powodu swojego zaburzenia, co znacząco ograniczyłoby jego odpowiedzialność karną. Oprócz tego prognoza kryminologiczna Liama zostałaby powiązana z jego chorobą psychiczną – czyli dopóki chłopak byłby poddawany leczeniu, prawdopodobieństwo, że zabije kogoś w przyszłości, uznawano by za zmniejszone. Najpewniej czekałoby go kilkuletnie leczenie szpitalne, po którego zakończeniu wróciłby do domu i prowadziłby normalne życie, tak jakby wcale własnymi rękami nie udusił krewnej.
Biegłym psychiatrą powołanym przez obronę był doktor Graf. Obaj przeprowadziliśmy z Liamem wywiady, jednak doszliśmy na ich podstawie do sprzecznych wniosków. Mój kolega po fachu dowodził, że chłopak nie zamierzał zabić ciotki i był chory psychicznie: w momencie popełniania czynu doświadczał epizodu psychotycznego, który ograniczał jego poczytalność. Graf namiętnie przekonywał ławę przysięgłych do swojego stanowiska przez całą środę i cały czwartek.
Nadszedł piątek i wreszcie przyszła moja kolej na złożenie zeznań.
– Doktorze Harding, nagranie zgłoszenia na numer alarmowy zostało zarejestrowane o godzinie 13.35. Jak wszyscy wiemy, pozwany wykonał ten telefon po zabiciu panny Swinney. Jego zdaniem zrobił to niespełna dziesięć minut po śmierci swojej ciotki. Patolog sądowy potwierdza, że do zgonu mogło dojść w tym czasie. Doktor Graf wyraził pogląd, jakoby podsądny w momencie ataku przeżywał epizod psychotyczny, który potem minął – kontynuował prokurator.
O tak, doktor Graf wyraził ten pogląd – i to nie raz. Wałkował ten temat do znudzenia w trakcie przesłuchania krzyżowego i nie dopuszczał żadnej innej wersji zdarzeń.
– Skoro pańskim zdaniem, doktorze Harding, Liam nie doświadczał psychozy w momencie dzwonienia na numer alarmowy, czy możliwe jest, by był w stanie psychozy dziesięć minut wcześniej, kiedy zaatakował pannę Swinney?
Zanim udzieliłem odpowiedzi, odwróciłem się do ławy przysięgłych. Przed laty mój mentor poradził mi, bym zawsze miał stopy skierowane ku ławnikom, gdy chcę ich przekonać do swoich racji. A ja przez całą karierę słuchałem tej rady.
– Jeśli mówimy o psychozie, która mogłaby skutkować tak gwałtownym aktem agresji… Cóż, moim zdaniem to mało prawdopodobne, by psychoza o tak dużym nasileniu ustąpiła w ciągu dziesięciu minut.
– Zatem uważa pan, że nawet krótkotrwały, przelotny epizod psychotyczny, jakiego u oskarżonego dopatrzył się doktor Graf, nie mógłby ustąpić w dziesięć minut?
– Tak.
Zerknąłem na Liama, jak wielokrotnie robiłem w czasie procesu. Wyglądał młodo, blado, sprawiał wrażenie wycofanego. Był szary, wietrzny zimowy dzień. Trwały ferie; koledzy Liama zapewne spotykali się w swoich domach albo szusowali na nartach po stokach z rodzinami. Szkoła, do której Liam uczęszczał, była bardzo elitarna. Teraz siedział w pomieszczeniu bez okien, samotny, z opuszczoną głową, oddzielony od sędziego i pozostałych osób na sali grubą płytą z pleksiglasu. Członkowie jego rodziny zajęli miejsca niedaleko, ale Liam na nikogo nie patrzył. Momentami widać było, jak trzęsą mu się barki – znak, że płakał. Ale przez większość czasu wcale się nie poruszał. Nie unosił też spojrzenia, nie szukał z nikim kontaktu wzrokowego.
– Mniej więcej godzinę przed zgonem panny Swinney matka, a potem również ojciec oskarżonego rozmawiali z nim przez telefon należący do denatki – powiedział prokurator. – Rodzice zgodnie twierdzą, że podczas tej rozmowy nie zauważyli, by syn wypowiadał się w sposób odbiegający od normy, chaotyczny czy świadczący o paranoi. Zatem jeżeli oskarżony przeżywał psychozę, epizod nie mógł potrwać dłużej niż godzinę i dziesięć minut. Czy to możliwe?
– Bardzo mało prawdopodobne. Psychoza to nie jest stan, który mija ot tak sobie, jak… – zawiesiłem głos, zanim dokończyłem dobitnie – …napad złości. To poważne zaburzenie, zazwyczaj wymagające psychofarmakoterapii. Ale nawet gdyby chory przyjmował odpowiednio dobrane leki i miał wsparcie terapeutyczne, moim zdaniem jest praktycznie niemożliwe, by w tak krótkim czasie psychoza mogła minąć i ustąpić miejsca uporządkowanemu tokowi rozumowania, jaki Liam zaprezentował na odtworzonym przed chwilą nagraniu.
– Czy zgodnie z pańską wiedzą u oskarżonego diagnozowano wcześniej psychozę?
– Nie potwierdza tego dokumentacja medyczna.
– Zatem nigdy w przeszłości nie przepisywano mu leków przeciwpsychotycznych?
– Zgadza się.
– I pańskim zdaniem nagranie jego rozmowy z dyspozytorem wskazuje, że nie przeżywał epizodu psychotycznego?
– Tak. Pragnę również zwrócić państwa uwagę na wypowiedź biegłej, która dokonała oceny psychologicznej oskarżonego wkrótce po tym, jak został zatrzymany i umieszczony w areszcie. Osoba ta jest wyspecjalizowana w wyszukiwaniu wszelkich oznak zaburzeń myślenia i zachowania oraz urojeń paranoicznych, które mogłyby wskazywać, że oskarżony cierpi na psychozę. Biegła nie stwierdziła żadnych tego rodzaju objawów. Stwierdziła coś wręcz odwrotnego. W jej ocenie aresztowany przejawiał cechy przeciwne psychozie: jego zachowanie było uprzejme, spójne, chętnie udzielał odpowiedzi na pytania.
– Po przybyciu do aresztu zatrzymanemu nie podano leków przeciwpsychotycznych, o których wspominał doktor Graf?
– Nie, ponieważ nikt z wyjątkiem doktora Grafa nigdy nie zdiagnozował u Liama psychozy.
Trafiony, zatopiony, doktorze Graf. Zeznawałem aż do godzin popołudniowych, kiedy to sąd zakończył obrady przed weekendową przerwą. Ale nim rozprawa została zamknięta, sędzia wspomniał, że chciałby się dowiedzieć – i, jak zaznaczył, na pewno chcieli tego również przysięgli – dlaczego Liam zabił pannę Swinney, skoro nie kierowała nim psychoza. Z jakiego powodu zrobił to tak nagle, bez żadnego wyraźnego powodu? W dodatku jego ofiarą nie był ktoś obcy, lecz kobieta, która odegrała dużą i bezsprzecznie pozytywną rolę w jego wychowaniu i do której często zwracał się w trudnych momentach.
Było to pytanie, które zadawali sobie wszyscy obecni na sali – adwokaci w białych perukach, sędzia, pracowicie stukający w klawiatury dziennikarze, publiczność w ławkach, najbliżsi Liama, mnący w dłoniach chusteczki higieniczne, protokolanci siedzący prosto, jakby kij połknęli. Pytanie brzmiało: dlaczego? Dlaczego ten chłopak popełnił tak odrażający czyn, skoro nie był wtedy niepoczytalny? Wśród wszystkich zgromadzonych w sądzie tylko jeden człowiek znał odpowiedź na to pytanie. Ale on uparcie milczał.2. MORDERCZY UCZEŃ LIAM
2
Morderczy uczeń Liam
Oczywiście mnie również nie dawało spokoju pytanie, dlaczego Liam zabił swoją ciotkę. Po wielu latach praktykowania psychiatrii ogólnej skoncentrowałem się na badaniach „umysłu przestępcy” w ramach psychiatrii sądowej, a ostatecznie zrobiłem specjalizację w kierunku psychiatrii sądowej dzieci i młodzieży – to doświadczenie zawodowe pozwalało mi snuć spekulacje na temat tego, co mogło się wydarzyć feralnego dnia między ciotką a jej bratankiem. Domyślałem się, że za atakiem mógł stać cały szereg złożonych emocji, między innymi gniew. To, że na sali rozpraw wspomniałem o napadzie złości, nie było przypadkowe.
Rodzice Liama prowadzili własny biznes. Handlowali sprowadzanym z zagranicy luksusowym damskim obuwiem – po wielu latach ciężkiej pracy odnieśli sukces i dorobili się sporych pieniędzy. Można powiedzieć, że całe ich życie kręciło się wokół wysokich obcasów, sznurówek, podeszew i zapiętków, a dla Liama nie zostawało im wiele czasu. Ale mimo że chłopiec był jedynakiem wychowywanym przez zapracowanych rodziców, nie mógł narzekać na brak opieki – często zajmowała się nim siostra ojca, ciotka Joy, będąca bezdzietną panną. Liam spędzał z nią równie dużo czasu, jak z rodzicami.
W szkole zawsze sprawiał problemy. Dał się poznać jako chłopak niestroniący od przemocy, ze skłonnością do niestosownych zachowań – zwłaszcza w towarzystwie dziewcząt, odkąd wszedł w wiek nastoletni – a także znęcający się nad słabszymi. W momencie popełnienia zbrodni wisiało nad nim widmo powtórnego podchodzenia do egzaminu kończącego gimnazjum. Mimo że zbliżał się termin poprawki, Liam nie wydawał się zainteresowany nauką. Rodzice uznali wtedy, że pora zastosować bardziej drastyczne środki. Zabrali mu telefon.
Dla nastolatka to był szczególnie dotkliwy cios. Liam wpadł w szał. Po głośnej i długiej awanturze z rodzicami zadzwonił do mieszkającej nieopodal ciotki i powiedział, że chce ją odwiedzić. Rodzice wyrazili zgodę. Liam podejrzewał, że to właśnie pannie Swinney rodzice oddali skonfiskowany telefon do przechowania. Nie mylił się. Rodzice poinstruowali ją, żeby udostępniła bratankowi telefon na kilka godzin pod warunkiem, że wcześniej się pouczy. Wszystko wskazywało na to, że kobieta przystała na ten plan. Jej także zależało, żeby Liam skupił się na nauce i zdobył zadowalającą ocenę na egzaminie.
Tyle że panna Swinney wolała metodę marchewki niż kija. Wprawdzie wywiązała się z obietnicy złożonej rodzicom Liama i nie oddawała mu telefonu, ale zarazem zapowiedziała, że jeśli chłopak zaliczy wszystkie poprawkowe egzaminy, dostanie w prezencie od niej samochód. Po pewnym czasie, widząc, że mimo to Liam nie garnie się do nauki, Joy zaproponowała mu lekcję prowadzenia samochodu. Para odbyła już kilka takich przejażdżek, ale Liam chciał poćwiczyć więcej.
Chłopak prowadził w drodze do Okrągłego Stawu, będącego miejscową, choć mało uczęszczaną, atrakcją. Na miejscu Liam i panna Swinney udali się nad brzeg stawu. Tam nastolatek udusił swoją ciotkę przy pomocy psiej smyczy.
Przed rozpoczęciem procesu odwiedziłem Liama w areszcie. Nasza rozmowa dotyczyła relacji łączących go z ciotką. Opowiedział mi o tym, jak bardzo byli związani i jak wielkim smutkiem napawała go jej śmierć – zupełnie jakby to nie on ją spowodował. Poprosiłem, żeby opowiedział mi, co się działo tamtego dnia, zanim zginęła. Wyznał wtedy, że kobieta była na niego bardzo zła z powodu kiepskich wyników w nauce.
– Mówiła, że ma ochotę mnie zabić. Stanęła w drzwiach kuchni i powiedziała, że weźmie kabel od ładowarki telefonu, owinie mi go wokół szyi i mnie udusi. Stwierdziła to jakby nigdy nic. Naprawdę chciała mnie zamordować.
– Czułeś się zagrożony?
– Tak!
– Pokłóciliście się?
– Nie. Za bardzo się bałem.
– Czy kiedykolwiek wcześniej ciotka budziła w tobie strach?
– Nie, bo nigdy dotąd nie groziła mi śmiercią. Wzięła do ręki ładowarkę i zamachnęła się kablem. Tak, że przeleciał tuż przy mojej szyi.
Zachodziłem w głowę, z czym mam tu do czynienia. Czy było to złożone doświadczenie halucynacji? A może urojenie – błędne przekonanie, które chory wyznaje bezkrytycznie? A może chłopak koloryzował fakty, tak by przed samym sobą uzasadnić strach, który naprawdę czuł?
Żeby odpowiedzieć na te pytania, musiałem przeanalizować nie tylko to, co Liam mówił, ale również sposób, w jaki to robił: komunikaty werbalne i pozawerbalne, postawę, jaką przyjął w trakcie rozmowy, zauważalny strach bądź jego brak podczas relacjonowania tej „groźnej sytuacji”. Moim zdaniem, opowiadając o tamtych wydarzeniach, chłopak nie odczuwał przerażenia. Wspomnienie, które przywoływał, najwidoczniej nie powodowało w nim lęku. Odniosłem nawet wrażenie, że mówienie o nim przychodzi mu z dużą łatwością.
Panna Swinney była pracowniczką wysokiego szczebla w dziale kadr dużej firmy. Przed spotkaniem z Liamem zapoznałem się z opisem jej profilu osobowościowego. Trudno było uwierzyć, że ta kobieta mogłaby grozić bratankowi śmiercią, zwłaszcza że Liam nie wspominał o tym we wcześniejszych rozmowach z policją, doktorem Grafem ani żadnym innym zajmującym się nim specjalistą. Nasuwało się podejrzenie, że ta nowa wersja wydarzeń została spreparowana specjalnie na użytek wywiadu ze mną. Moje wieloletnie doświadczenie, zdobyte podczas pracy nad setkami spraw, podpowiadało mi, że to wymysł.
– Zatem – podjąłem – ciotka zagroziła ci śmiercią, a potem zaproponowała ci lekcję jazdy?
Zastanawiałem się, czy ławnikom wyda się to równie mało prawdopodobne, jak mnie.
– No tak. A kiedy dotarliśmy nad staw, powiedziała, że mnie utopi.
– Czyim pomysłem była wycieczka w to miejsce?
– Jej. Twierdziła, że to będzie dobra okazja, żebym podszkolił się w prowadzeniu auta. Ale kiedy znaleźliśmy się na miejscu, powiedziała, że ma zamiar wepchnąć mnie do wody i zabić. Byłem przerażony.
– Kiedy dotarliście do parku, poprosiłeś, żeby oddała ci telefon?
– Tak. Chciałem zrobić kilka zdjęć stawu.
– Ale ciotka ci go nie dała?
– Powiedziała, że nie ma go przy sobie.
Tyle że miała wtedy jego telefon i chłopak musiał o tym wiedzieć. To z niego dzwonił potem na numer alarmowy. Poprosiłem więc, żeby mi wyjaśnił, jak go odzyskał. I żeby opowiedział mi coś więcej o tamtym dniu. Liam odparł, że nic więcej nie potrafi sobie przypomnieć. Nie pamiętał, czy wpadł w złość. Nie pamiętał żadnej sprzeczki. Nie zapamiętał też momentu, w którym udusił pannę Swinney i wrzucił jej ciało do wody.
Przed wizytą w areszcie udałem się nad staw. Brzegi porośnięte były drzewami i krzewami; w niewielu miejscach roślinność pozwalała zbliżyć się do wody wystarczająco, by dało się kogoś do niej wrzucić. A już na pewno nie z większej wysokości. Odniosłem wrażenie, że miejsce, w którym popełniono zbrodnię, musiało zostać wybrane zawczasu. Domyślałem się też, że wybrał je raczej Liam niż jego ciotka.
– Skąd ciotka wzięła psią smycz? Jeśli dobrze rozumiem, nie miała psa.
– Trzymała ją w samochodzie, bo czasami wyprowadzała na spacery psa sąsiadów.
– Ale dlaczego zabrałeś tę smycz ze sobą, kiedy poszliście nad staw?
– To ciotka ją wzięła. Kiedy byliśmy już na brzegu, powiedziała, że chce mnie wrzucić do wody. W ręku trzymała tę smycz. Przypomniałem sobie, jak zamachnęła się na mnie kablem od ładowarki i jak groziła, że mnie udusi. I wtedy domyśliłem się, że chce jej użyć.
– Rozumiem, że musiałeś wyrwać ciotce smycz z ręki.
Chłopak wzruszył ramionami i spuścił wzrok. Miał szczupłą twarz. Widać było, że sporo czasu spędzał na siłowni; jego głowa wydawała się nienaturalnie mała w zestawieniu z umięśnionymi torsem i barkami.
– Jak myślisz, dlaczego wrzuciłeś ciało ciotki do wody po tym, jak ją udusiłeś? Patolog sądowy twierdzi, że była już wtedy martwa. Mogłeś po prostu zostawić ją na brzegu.
I znowu w odpowiedzi dostałem to wyrażające bezradność wzruszenie ramion, całkiem jakby to nie Liam znalazł się tamtego dnia nad stawem.
– Skoro tak niewiele pamiętasz, czy nie przyszło ci do głowy, że ktoś inny mógł zabić twoją ciotkę?
Jako że na miejscu nie zabezpieczono materiału DNA należącego do innej osoby, policja wykluczyła udział w zbrodni osób trzecich. Ja jednak byłem ciekaw, jakiej odpowiedzi udzieli Liam.
– Od początku wiedziałem, że to musiałem być ja – odparł bez wahania. – Nikogo innego tam nie było.
Moja robocza teoria wyglądała następująco: Liam, będąc kierowcą – a właściwie początkującym kierowcą – nie chciał się rozstać z kluczykami do samochodu. W tym odosobnionym miejscu fakt, że jest w ich posiadaniu, mógł dawać mu poczucie władzy. Domyślałem się, że poprosił ciotkę o zwrócenie mu telefonu, ona jednak się nie zgodziła. Nie wiem, czy zaczął jej wtedy grozić. Moim zdaniem kobieta nie podejrzewała, że jej ukochany bratanek, chłopiec bliski jej niemal jak rodzony syn, nagle wyciągnie smycz i zaciśnie ją na jej szyi. Na podstawie analizy śladów na ciele patolog stwierdził, że w momencie śmierci kobiety atakujący stał przed nią, a zatem musiał widzieć jej wytrzeszczone, niemal wychodzące z orbit oczy i gwałtowną zmianę koloru skóry, która stawała się purpurowa. Trzeba wielkiej determinacji, żeby widząc, co w takiej chwili się dzieje z ofiarą, mimo to nie rozluźnić zaciśniętej pętli.
Obawiałem się, że Liam mógł zaplanować ten atak, wybrać broń i ustronne miejsce nad stawem, tak by w razie gdyby nie udało mu się udusić ciotki, mógł ją utopić. A może było inaczej – może zamierzał ją utopić, a na pomysł uduszenia wpadł dopiero w samochodzie, kiedy w oczy wpadła mu psia smycz.
Nie wierzyłem, że czyn Liama był efektem psychozy. Zarówno odnalezienie odpowiedniego miejsca, z którego dałoby się zepchnąć ofiarę do stawu, jak i zabranie ze sobą smyczy wskazywały raczej na zaplanowane działanie. Tymczasem psychoza to stan charakteryzujący się dezorganizacją. Oczekiwano ode mnie jako od biegłego, że po zapoznaniu się z faktami przedstawię ławnikom obiektywną ekspertyzę, która ułatwi im podjęcie decyzji. Niezależnie od tego, jakie odczucia na sali sądowej budził ten czy inny oskarżony, występując w charakterze biegłego, zawsze starałem się zachowywać bezstronność. Ale to nie znaczy, że wyzbywałem się ludzkich lęków i instynktów. W sprawie Liama intuicja podpowiadała mi, że to bardzo niebezpieczny młody człowiek.
Wiele miało zależeć od werdyktu ławy przysięgłych. Jeżeli Liam zostałby uznany za niepoczytalnego w chwili popełniania zbrodni, trafiłby do szpitala, gdzie poddano by go leczeniu psychiatrycznemu. Należało się spodziewać, że po zakończeniu stosunkowo krótkiej kuracji, gdy lekarze uznają, że Liam nie stwarza dalszego zagrożenia, zwolniono by go. Wyrok więzienia za morderstwo oznaczałby natomiast, że Liam zostanie na dłuższy czas odizolowany od społeczeństwa. W optymalnym scenariuszu podczas odsiadki otrzymałby stosowną pomoc psychologiczną, która miałaby zminimalizować ryzyko recydywy. Pobyt w szpitalu wydawać by się mógł bardziej humanitarnym rozwiązaniem, jednak skutkowałby zmniejszeniem takiego ryzyka jedynie przy założeniu, że Liam rzeczywiście cierpiał na chorobę psychiczną.
Chłopakowi przyszło długo czekać, nim jego sprawą zajął się sąd. W tym czasie skończył osiemnaście lat i osiągnął pełnoletniość. Oznaczało to, że dziennikarze, ku swojej wielkiej satysfakcji, zyskali wstęp na salę rozpraw. Fakt, że chłopak zabił pannę Swinney bezpośrednio po lekcji jazdy, sprawił, że w prasie nadano mu przydomek „Morderczy uczeń Liam”.
W tamten piątek ławnikom pozwolono się rozejść. Wszyscy wstali, gdy sędzia opuszczał salę rozpraw, a już chwilę później zapomnieli o charakterystycznej dla tego miejsca ciszy; ich umysłami na nowo zawładnęły niecierpiące zwłoki sprawy dnia codziennego. Adwokaci zbierali swoje papiery, policjanci chowali przyniesione laptopy, obserwatorzy przeciągali się po długim bezruchu i uruchamiali wyłączone na czas rozprawy telefony. Dziennikarze, pakując swój sprzęt, prowadzili ożywione rozmowy. Jeśli o mnie chodzi, jako że nie skończyłem jeszcze przedstawiać ekspertyzy, nie mogłem omawiać sprawy Liama ani z policją, ani z prokuratorem, ani z nikim innym. Po całym dniu spędzonym w charakterze zeznającego biegłego doskwierało mi poczucie izolacji. Nikt nie chciał ze mną rozmawiać, nikt na mnie nie patrzył.
Spakowałem do torby swoje książki i raporty. Kątem oka dostrzegłem doktora Grafa, kiedy chyłkiem wymykał się na korytarz. Następnie opuściłem miejsce zeznań świadka.
Kiedy wychodziłem z sali rozpraw, nadal czułem się nieswojo. Pech chciał, że gdy tylko znalazłem się w holu, od razu natknąłem się na rodzinę Liama, która stała w ciasnej grupce nieopodal. Paru jego bliskich posłało mi nieprzyjazne spojrzenia, inni na mój widok ściszyli głos. Rodzice chłopaka po prostu odwrócili wzrok.
I wtedy pierwszy raz zastanowiłem się, co tak naprawdę, w głębi duszy, ci ludzie sądzą na temat Liama. Możliwe, że w ich sercach kryły się lęki, do których nie umieli się przyznać nawet przed sobą nawzajem. Na pewno zdawali sobie sprawę z jego licznych ekscesów w szkole. Być może rodzice, podobnie jak ja, uważali, że Liam jest niebezpieczny. Może ta świadomość towarzyszyła im podczas opłakiwania Joy. Może myśleli o czymś jeszcze: skoro chłopak potrafił znieść widok zgrozy i cierpienia malujących się na twarzy jego ukochanej ciotki, kiedy ją zabijał, to może byłby zdolny uśmiercić także ich. Ale równocześnie był przecież ich synem. Ci ludzie go kochali.
W pociągu w drodze powrotnej do domu naszła mnie refleksja, jak niezwykle trudno być rodzicem. I jak trudno byłoby mi się odnaleźć w roli ojca.