-
nowość
-
promocja
Raczej bohater - ebook
Raczej bohater - ebook
Arcyzabawna nowela autorki Mleczarza.
Femme Fatale znajduje się pod wpływem magicznego zaklęcia, które każe jej zabić swojego kochanka, Bohatera. Ten z kolei ma za zadanie ustalić, czy jej ciotka – starsza pani mieszkająca samotnie w wieżowcu – nie jest przypadkiem jego własną, owianą złą sławą babcią. Tymczasem ciotka Femme Fatale, geniuszka zła, musi dowiedzieć się, czy jej ulubiona siostrzenica kocha się w jej największym wrogu, Bohaterze. Do tego dochodzi Freddie, zakochany kuzyn Femme, który musi odnaleźć i zniszczyć ciotkę, bo w przeciwnym razie jego urocza narzeczona, Monique Frostique, stanowczo odmówi mu ręki.
W prozie Anny Burns znajdziemy wszystko: życie, śmierć, życie po śmierci, życie pomimo śmierci, miłość, prawdę, oszustwo, dobrych bohaterów, złych bohaterów i bohatera, który uważał się za dobrego, ale teraz nie jest tego taki pewien.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna obca |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368295856 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Dodajmy, że szwarccharaktery miały mózgownice prima sort, obdarzone gigantycznym IQ i mocą fenomenalnego skupienia na celu, jakim było regularne przejmowanie władzy nad światem i krótka dominacja do momentu, aż superbohater, również w regularnych interwałach, spadał na nowo zaprowadzony porządek niczym grom z jasnego nieba i wszystko odkręcał. Cały ten nowy plan jednak stanowił doskonały przykład tego, że sama wyjątkowość intelektu nie wystarczy do połączenia kropek, które bez trudu dostrzegłoby każde dziecko z komiksem w dłoni, szwarccharaktery wierzyły bowiem, że superbohaterowi nigdy nie przyszłoby do głowy podejrzewać swojej ukochanej kobiety o jakiekolwiek brudne zagrywki, i bardzo, bardzo się w tym przekonaniu myliły. Jakby po prostu nie potrafiły pojąć, że ich wróg, ten milczący silny bohater, jest fundamentalnie, stereotypowo niezdolny zaufać komukolwiek, z czym wprawdzie nie przyszedł na świat w sensie dosłownym, lecz był to problem wrodzony w tym sensie, że niewiele brakowało. I oczywiście pośród wszystkich osób, wobec których nasz bohater żywił takie czy inne podejrzenia, femme fatale, czyli obiekt jego miłości, była na samym szczycie listy. Był w stosunku do ukochanej nieufny, jeszcze zanim odkrył, że zostało na nią rzucone zaklęcie. Nie chciał taki być, ale cóż zrobić. Czterdzieści razy, odkąd padł na nią zły czar, femme fatale podejmowała próby zabójstwa superbohatera poprzez wepchnięcie go na ruchliwą ulicę, strącenie ze schodów, spontaniczne otrucie, improwizowany cios tym czy innym znajdującym się akurat pod ręką narzędziem tępym albo ostrym, no i oczywiście rozjechanie samochodem. Doszło do tego, że zawsze, gdy była w pobliżu, superbohater był napięty i gotowy odeprzeć atak, a kiedy nie było jej w pobliżu, również był napięty i gotowy odeprzeć atak.
No i dobrze. Pewnego dnia o ósmej rano umawiali się na schodach do sądu, że w południe zjedzą razem lunch.
– Nie spóźnij się, femme – ostrzegł bohater. – Jestem potem umówiony w paru miejscach na ratowanie świata.
Na co ona:
– Sam się nie spóźnij. Ja też mam różne niemniej istotne zobowiązania. – A mówiąc to, wyszarpnęła z torebki pistolet i spróbowała strzelić mu w głowę. On jednak w ostatniej chwili zdążył jej go wyrwać. Następnie chciała zepchnąć go z sądowych schodów. Zaczęli się szarpać, aż wreszcie femme się ocknęła i pomyślała, że ukochany właśnie chwycił ją w objęcia, więc sama też go objęła i pocałowała w usta. Następnie zrobiła to jeszcze raz, bo ten pierwszy pocałunek był bardzo miły. Wreszcie poprawiła sobie sukienkę i oznajmiła:
– Pamiętaj, bohaterze, mówię poważnie. Lepiej się nie spóźnij. Nie tylko ty masz ważne sprawy do załatwienia. I zlitujże się, człowieku, jest ósma rano. Schowaj ten pistolet.
To powiedziawszy, ruszyła do sklepu po nową sukienkę, żeby mieć w co się ubrać na lunch z bohaterem – a do nowej sukienki należy przecież dobrać jeszcze nowy kapelusz, do tego nowe meble, ozdobne poduszeczki i inne elementy wystroju do całkowitej rearanżacji mieszkania, co z kolei wymaga nowej torebki, a ponieważ do sukienki potrzebne były jeszcze rękawiczki, to kupiła rękawiczki, a następnie odwiedziła pasmanterię i sklep narzędziowy. Wreszcie przyszedł czas na konsultację z ekspertem od chloroformu, wizytę u terapeuty celem przedyskutowania podświadomych motywacji, oraz – tego też wymagała nowa sukienka – szybkie odwiedziny w galerii sztuki, żeby nabyć jakieś dzieło. Wreszcie femme przekazała na cele charytatywne datek stanowiący równowartość dziesięciu procent wydatków z tego dnia. No więc tak, nowa sukienka wymaga bardzo wiele, a gdy femme fatale miała to już z głowy, poszła spędzić resztę czasu przed lunchem z krewną od strony ojca – kochaną, najmilszą, troszkę niedzisiejszą babcią cioteczną.
Warto dodać, że babcia cioteczna sama miała licencję szwarccharakteru, a cała jej słodycz – była bowiem kobietą słodką okropnie, słodką straszliwie, słodką wręcz potwornie – cała ta słodycz stanowiła wyłącznie kamuflaż. Superbohater, który na każdego miał teczkę, doskonale o tym wiedział. Babcia cioteczna na superbohatera również miała teczkę. Nie uczestniczyła jednak w całej tej sprawie z rzucaniem zaklęcia na jej wnuczkę cioteczną. Nie wiedziała nawet, że takie zaklęcie w ogóle istnieje. Nikt jej też nie poinformował – chociaż już wkrótce miała się o tym dowiedzieć od swych podwładnych – że szwarccharaktery ze wschodniego śródmieścia knują właśnie nową intrygę, by znów przejąć władzę nad światem, i właśnie dlatego tak im się spieszy, by usunąć superbohatera z drogi. Babcia cioteczna nie miała w stosunku do superbohatera żadnych głębokich uprzedzeń osobistych czy stowarzyszeniowych i nie przeszkadzało jej, że wnuczka cioteczna umawia się z kimś takim. Pamiętała jeszcze własną młodość i doskonale wiedziała, że mieszanka fatalności z nadludzkimi mocami potrafi uderzyć do głowy. Jeśli już, to martwiło ją, że relacja z cioteczną wnusią mogłaby się nieco popsuć, gdyby ona, babcia cioteczna – również zamierzająca przejąć po raz kolejny władzę nad planetą – musiała po drodze zniszczyć superbohatera. Minęło już parę lat od czasu jej ostatnich rządów, ale uznała, że skoro i tak już ma bliżej niż dalej, to czemu przed zejściem z tego świata jeszcze raz go nie zdobyć. W swojej imponującej karierze zrobiła to aż cztery razy – w wieku lat dwudziestu jeden, dwudziestu pięciu, dwudziestu ośmiu, sześćdziesięciu czterech – i udało jej się tę władzę utrzymać dłużej niż wszystkim pozostałym szwarccharakterom, a w dodatku nie została zgładzona, kiedy ówczesny ten czy inny bohater rzucał się, by ją pokonać i zakończyć jej rządy. Była pewna, że ma szansę na jeszcze jeden sukces na tym polu, i właśnie za sprawą bieżących rozmyślań o tym, czy zabicie superbohatera wpłynęłoby negatywnie na wnuczkę cioteczną, uradowała się bardzo, kiedy ta bez zapowiedzi zjawiła się z wizytą.
Babcia cioteczna mieszkała w drapaczu chmur wysokim na trzysta dziewięćdziesiąt pięter, w którym pełno było sekretnych korytarzy, ukrytych wejść i wyjść. Przez ostatnie dwie dekady nie opuściła budynku ani razu i wszystkie zdarzenia nadzorowała z sali kontrolnej na dole. Mimo że skończyła już osiemdziesiąt dwa lata, upierała się, że będzie mieszkać w tym gigantycznym poplątanym kompleksie całkiem sama (nie licząc personelu). Był to jeden z powodów, dla których femme uważała babcię za fertyczną i ekscentryczną, chociaż gdyby znała ją od tej strony, od której znał ją superbohater, to szybko by pojęła, że „ekscentryczna” to słowo w rzeczy samej niewystarczające. Kiedy femme fatale wchodziła w dorosłość, została poinformowana, albo wręcz ostrzeżona przez najbliższych, żeby się strzegła, żeby uważała i wreszcie żeby nie zapomniała ani na chwilę o morderczym i nieszlachetnym genie femmefatalności, dziedziczonym przez większość kobiet w rodzinie, ale nikt jakoś nie dodał, że co jakiś czas w drzewie genealogicznym wyskakuje także niepokorny i nadmiernie ambitny gen szwarccharakteru. Ona sama nie wykazywała żadnych istotnych objawów femmefatalności, aż do niedawna, kiedy rzucone zostało na nią to nieszczęsne zaklęcie, o którym również nie miała pojęcia. Uważała się wręcz za całkowite przeciwieństwo femme fatale – za dobrą dziewczynę, za dziewczynę niegroźną, za taką uroczą i sympatyczną dziewczynę z sąsiedztwa – i była przeświadczona, że wymknęła się bezdusznemu dziedzicznemu pociągowi do pustego blichtru, brudnych pieniędzy i mężczyzn mających dużo władzy i niewiele moralności, słowem, że gen femme fatale trafił się jej w wersji recesywnej. Nie miała też żadnych podejrzeń o moralną krzywiznę po stronie babci ciotecznej. Dokładnie tak, jak staruszka to sobie zaplanowała. Wizyta femme u roztargnionej, ledwo już kojarzącej leciwej krewnej była dla złoczyńczyni o brzytwio ostrym umyśle idealną okazją, by wywiedzieć się ostatecznie, czy to dziecko jest zakochane w bohaterze, czy nie.
Femme nacisnęła brzęczyk, a po chwili rozsunęły się przed nią drzwi wejściowe. Weszła do środka i pojechała przestronną windą towarową do penthouse’u, zamieszkiwanego przez babcię cioteczną. Do towarówki musiała wsiąść dlatego, że prawdziwa winda, która kiedyś tu była, pewnego razu w środku nocy po prostu zniknęła. Nikt nie zdołał nic więcej na ten temat ze staruszki wyciągnąć; gdyby nie to, że kabina faktycznie wyparowała, zrzucono by to po prostu na karb podeszłego wieku i postępującej demencji biednej babci. Winda jednak w rzeczy samej zniknęła i goście musieli wybierać schody – a był ich milion – albo windę towarową, która skrzypiała, trzeszczała, cała się trzęsła i była o dwanaście minut powolniejsza od windy właściwej, choć koniec końców jakoś tam swoje robiła. Gdy femme dotarła na samą górę, przecięła korytarz i weszła do Pokoju Kontemplacji, gdzie zastała babcię cioteczną w okolicznościach, w jakich zdarzało się ją zastawać dziewczynie często, czyli owiniętą w szlafrok i siedzącą w kałuży łez. Nic niezwykłego. Pokój Kontemplacji służył starszej pani do oglądania telewizji, głównie mieszanki filmów noir, hollywoodzkiego gotyku i komiksowych filmów akcji – wszystko jedno, byle znalazło się miejsce na poważnie potraktowane szwarccharaktery – i bez cienia żenady szlochała zawsze, gdy któryś ginął. Wykrzykiwała też słowa zachęty lub dezaprobaty w stronę postaci, różnie, w zależności od tego, czy na ekranie pojawiał się akurat bohater, czy złoczyńca. Myślała sobie, że gdyby sama była twórczynią filmów o bohaterach i przestępcach, wszyscy dobrzy ginęliby straszną śmiercią.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersjiKONTAKT:
[email protected]
W serii Mały Format do tej pory ukazały się:
- Margaryta Jakowenko _Przemieszczenie_ w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej
- Claudia Salazar Jiménez _Krew o świcie_ w tłumaczeniu Tomasza Pindla
- Jessica Au _Mógłby spaść śnieg_w tłumaczeniu Agi Zano
- Jon Fosse _Białość_ w tłumaczeniu Iwony Zimnickiej
- Nona Fernández _Space Invaders_ w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej
- Jon Fosse _To jest Ales_ w tłumaczeniu Iwony Zimnickiej
- Anne Walsh Donnelly _Człowiek, który był mną_ w tłumaczeniu Agi Zano
- Juliana Javierre _Plaga_ w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej
- Juan Cárdenas _Ornament_ w tłumaczeniu Katarzyny Okrasko
- César Aira _Epizod z życia malarza podróżnika_ w tłumaczeniu Barbary Jaroszuk
- Natalka Suszczyńska _Wygoda_
- Jon Fosse _Vaim_ w tłumaczeniu Iwony Zimnickiej