Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Radość - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
22 lutego 2023
Produkt chwilowo niedostępny

Radość - ebook

Wcielając radość w życie, możemy osiągnąć stan równowagi i wewnętrznej harmonii.

W sposób pełen empatii i humoru dowodzi, że radość jest esencją życia i nawet poczucie nieszczęścia nie jest od niej oderwane. OSHO zachęca do sięgnięcia do zasobów radości poprzez wdzięczność za wyzwania i możliwości, jakie codziennie przynosi nam życie. Doszukujmy się tego, co dobre we wszystkim co nas otacza, zamiast wyznaczać warunki i kryteria naszego zadowolenia.

Wcielając radość w życie, możemy osiągnąć stan równowagi i wewnętrznej harmonii.

Kategoria: Psychologia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8252-632-5
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRZEDMOWA

Pozwól, że naj­pierw opo­wiem ci krótką aneg­dotę:

– Mój lekarz inter­ni­sta nale­gał, abym przy­szedł do pana – rzekł pacjent do psy­chia­try. – Bóg wie dla­czego. Jestem szczę­śli­wie żonaty, mam stałą, dobrą pracę, wielu przy­ja­ciół, żad­nych zmar­twień…

– Mmm – powie­dział psy­chia­tra, się­ga­jąc po notes – a jak długo to już trwa?

Szczę­ście jest nie­wia­ry­godne. Wydaje się, że czło­wiek nie może być szczę­śliwy. Jeśli mówisz o swoim przy­gnę­bie­niu, smutku, nie­doli, każdy ci wie­rzy; to wydaje się natu­ralne. Jeśli mówisz o swoim szczę­ściu, nikt ci nie wie­rzy; to jest jakby sprzeczne z naturą czło­wieka.

Zyg­munt Freud, po czter­dzie­stu latach badań nad ludzką psy­chiką – pra­cu­jąc z tysią­cami ludzi, bada­jąc tysiące cho­rych umy­słów – doszedł do wnio­sku, że szczę­ście jest fik­cją: czło­wiek nie może być szczę­śliwy. Co naj­wy­żej, możemy spra­wić, że jest nam tro­chę wygod­niej, to wszystko. Co naj­wy­żej, możemy spra­wić, że nasza zgry­zota jest tro­chę mniej­sza. To wszystko. Ale szczę­śliwi? Wyklu­czone!

To brzmi bar­dzo pesy­mi­stycz­nie… ale gdy przyj­rzysz się ludziom, dostrze­żesz, że tak to wła­śnie wygląda. Tylko ludzie są nie­szczę­śliwi. Co się w nich zepsuło?

Z całą odpo­wie­dzial­no­ścią twier­dzę, że ludzie mogą być szczę­śliwi. Szczę­śliwsi niż ptaki, drzewa, gwiazdy. Istoty ludz­kie mają coś, czego nie ma żadne drzewo, żaden ptak, żadna gwiazda. Ludzie mają świa­do­mość.

Dzięki temu mogą wybie­rać: będę czuł się szczę­śliwy albo będę czuł się nieszczę­śliwy. Drzewa są szczę­śliwe, bo nie mogą być nieszczę­śliwe. Szczę­ście nie wynika z ich wol­no­ści; one muszą być szczę­śliwe. One nie wie­dzą, jak być nieszczę­śliwymi; dla nich nie ma alter­na­tywy. Ptaki ćwier­ka­jące na drze­wach nie dla­tego są szczę­śliwe, że tak wybrały. One są szczę­śliwe, bo po pro­stu nie wie­dzą, że może być ina­czej. Ich szczę­ście jest nie­świa­dome; jest po pro­stu natu­ralne.

Istoty ludz­kie mogą być zarówno bar­dzo szczę­śliwe, jak i bar­dzo nieszczę­śliwe – mają wolny wybór. Ta wol­ność nie­sie ze sobą ryzyko. Jest bar­dzo nie­bez­pieczna, ponie­waż to ty sta­jesz się odpo­wie­dzialny za doko­na­nie wyboru. Coś stało się z tą wol­no­ścią, coś się popsuło. Czło­wiek stoi na gło­wie.

Ludziom wydaje się, że pomoże im medy­ta­cja. Jest ona potrzebna, dla­tego że wybrali bycie nie­szczę­śli­wymi. Jeśli wybra­łeś bycie szczę­śli­wym, medy­ta­cja jest zbędna. Ona jest lekar­stwem, a lek jest potrzebny, aby zwal­czyć cho­robę. Jeśli wybra­łeś szczę­ście, posta­no­wi­łeś, że będziesz szczę­śliwy, medy­ta­cja nie jest konieczna. A wtedy poja­wia się ona sama z sie­bie.

Ist­nieje tak wiele reli­gii, bo jest tak wielu nie­szczę­śli­wych ludzi. Szczę­śliwy czło­wiek nie potrze­buje żad­nej reli­gii, nie potrze­buje kościo­łów. Dla niego cały wszech­świat jest świą­ty­nią, całe ist­nie­nie – kościo­łem. Szczę­śliwa osoba nie upra­wia rytu­ałów reli­gij­nych, bo jej całe życie jest reli­gijne. Cokol­wiek robisz w poczu­ciu szczę­ścia, jest modli­twą. Twoja praca staje się prze­ja­wem twej wiary; twój każdy oddech pełen jest wznio­sło­ści i łaski.

Odczu­wasz szczę­ście, kiedy jesteś w zgo­dzie ze swoim życiem. Har­mo­nia z oto­cze­niem dostar­cza ogrom­nej rado­ści. Wtedy nagle uświa­da­miasz sobie, że medy­ta­cja podąża za tobą. Jeśli kochasz pracę, którą wyko­nu­jesz, jeśli kochasz swoje życie, masz naturę kon­tem­pla­cyjną. Nic cię nie roz­pra­sza. Jeśli zaś coś cię roz­pra­sza, to zna­czy, że nie jesteś tym naprawdę zain­te­re­so­wany.

Istoty ludz­kie mogą być zarówno bar­dzo szczę­śliwe, jak i bar­dzo nieszczę­śliwe – mają wolny wybór. Ta wol­ność nie­sie ze sobą ryzyko. Jest bar­dzo nie­bez­pieczna, ponie­waż to ty sta­jesz się odpo­wie­dzialny za doko­na­nie wyboru.

Nauczy­ciel wciąż powta­rza małym dzie­ciom: „Słu­chaj­cie, o czym mówię! Bądź­cie cicho!”. One słu­chają, ale ina­czej. Ptak śpiewa całym swoim ser­cem na zewnątrz budynku szkoły – dziecko zwraca więc uwagę na ptaka. Nikt nie może powie­dzieć, że dziecko nie słu­cha, że nie kon­tem­pluje, nikt nie może powie­dzieć, że roz­pra­sza swoją uwagę. Ono cał­ko­wi­cie zapo­mniało o nauczy­cielu i o rów­na­niach napi­sa­nych na tablicy. Dziecko jest tego wła­śnie nie­świa­dome, nato­miast cał­ko­wi­cie absor­buje go ptak i jego śpiew. Ale nauczy­ciel mówi: „Uwa­żaj! Co ty tam robisz? Skup się! Nie roz­pra­szaj się!”.

Prze­cież to nauczy­ciel roz­pra­sza dziecko! Dziecko uważa – to dzieje się natu­ral­nie. Słu­cha­jąc ptaka, jest szczę­śliwe. Nauczy­ciel roz­pra­sza je, mówi: „Nie uwa­żasz”. Po pro­stu jest igno­ran­tem. Dziecko uwa­żało. Ptak był bar­dziej atrak­cyjny, więc pochło­nął jego uwagę. Nauczy­ciel był mniej atrak­cyjny; aryt­me­tyka nie pocią­gała dziecka wystar­cza­jąco.

Nie wszy­scy na tym świe­cie muszą być mate­ma­ty­kami. Jest kil­koro dzieci, które nie zain­te­re­sują się pta­kiem; śpiew ptaka może sta­wać się coraz gło­śniej­szy, a one będą z uwagą patrzyły na tablicę. Aryt­me­tyka jest im prze­zna­czona. Dzięki niej medy­tują.

Zawład­nęły nami nie­na­tu­ralne pro­blemy: pie­nią­dze, pre­stiż, wła­dza. Słu­cha­nie pta­ków nie da ci pie­nię­dzy. Słu­cha­nie pta­ków nie da ci wła­dzy, pre­stiżu. Podzi­wia­nie motyla nie pomoże ci finan­sowo, poli­tycz­nie, spo­łecz­nie. Te rze­czy nie przy­no­szą zysków… ale spra­wiają, że jesteś szczę­śliwy.

Praw­dziwy czło­wiek miałby odwagę wybie­rać to, co go uszczę­śli­wia. Pozo­sta­jąc w bie­dzie, nie narze­kałby na to, nie żywił urazy do nikogo. Mówiłby: „Wybra­łem swoją drogę – wybra­łem ptaki, motyle i kwiaty. Nie mogę być bogaty, nie szko­dzi! Jestem bogaty, bo jestem szczę­śliwy”. Jed­nak u ludzi wszystko sta­nęło do góry nogami.

Szczę­śliwy czło­wiek nie potrze­buje żad­nej reli­gii, nie potrze­buje kościo­łów. Dla niego cały wszech­świat jest świą­ty­nią, całe ist­nie­nie – kościo­łem. Szczę­śliwa osoba nie upra­wia rytu­ałów reli­gij­nych, bo jej całe życie jest reli­gijne.

Czy­ta­łem:

Stary Ted sie­dział nad brze­giem rzeki, bez jedze­nia, przez wiele godzin. Kilka bute­lek piwa i gorące słońce spra­wiły, że się zdrzem­nął. Był kom­plet­nie zasko­czony, kiedy duża, silna ryba zła­pała się na haczyk, pocią­gnęła za żyłkę. Stra­cił cał­ko­wi­cie rów­no­wagę i, zanim zorien­to­wał się, co się dzieje, zna­lazł się w rzece.

Obser­wu­jący całą tę scenę z wiel­kim zain­te­re­so­wa­niem mały chło­piec spy­tał ojca: „Tato, czy to ten czło­wiek zła­pał rybę, czy ryba zła­pała tego czło­wieka?”.

Tak, wszystko prze­wró­ciło się do góry nogami. To ryba zła­pała cie­bie i cią­gnie. Widzisz pie­nią­dze i prze­sta­jesz być sobą. Widzisz wła­dzę, pre­stiż i prze­sta­jesz być sobą. Widzisz powszechny sza­cu­nek i prze­sta­jesz być sobą. Natych­miast zapo­mi­nasz o wszyst­kim: o tkwią­cych w tobie war­to­ściach, o swoim szczę­ściu, rado­ści, zachwy­cie. Zawsze wybie­rasz coś z zewnątrz i tar­gu­jesz się o to z czymś z wewnątrz. Zysku­jesz war­to­ści zewnętrzne, a tra­cisz wnę­trze.

Co można zro­bić z tymi war­to­ściami? Nawet jeśli cały świat będzie leżał u two­ich stóp, ale zatra­cisz sie­bie, nawet jeśli zdo­bę­dziesz wszyst­kie bogac­twa tego świata, ale stra­cisz swój wewnętrzny skarb, co zro­bisz z tym wszyst­kim? Oto nie­dola czło­wieka.

Gdy­byś miał się nauczyć jed­nej tylko rze­czy, tą rze­czą jest bycie uważ­nym, świa­do­mym wła­snej kon­struk­cji psy­chicz­nej, wła­snego wewnętrz­nego prze­zna­cze­nia. Nie zapo­mi­naj o tym, w prze­ciw­nym razie będziesz nie­szczę­śliwy, a wtedy ludzie powie­dzą: „Medy­tuj, aby stać się szczę­śli­wym”. Powie­dzą: „Módl się, a sta­niesz się szczę­śliwy; idź do świą­tyni, bądź reli­gijny, bądź chrze­ści­ja­ni­nem albo hin­du­istą, a będziesz szczę­śliwy”. To cał­ko­wity non­sens. Bądź szczę­śliwy, a medy­ta­cja podąży za tobą. Bądź szczę­śliwy, a reli­gij­ność podąży za tobą. Poczu­cie szczę­ścia to pod­sta­wowy waru­nek.

Ludzie stają się reli­gijni tylko dla­tego, że czują się nie­szczę­śliwi. Ich reli­gia jest uda­wana. Spró­buj zro­zu­mieć, dla­czego jesteś nie­szczę­śliwy. Przy­cho­dzą do mnie i mówią, że są nie­szczę­śliwi i chcą, bym zna­lazł dla nich jakąś medy­ta­cję. Odpo­wia­dam im, że pod­sta­wową rze­czą jest zro­zu­mie­nie powodu nie­szczę­ścia. Jeśli go nie usu­niesz, medy­ta­cja nie­wiele ci pomoże.

Być może świetna tan­cerka teraz sie­dzi w biu­rze zawa­lona papie­rami. Nie ma oka­zji do tańca. Ktoś może cie­szył się, tań­cząc pod gwiaz­dami, a teraz pod­li­cza saldo rachunku ban­ko­wego. I przy­cho­dzi do mnie, mówiąc: „Jestem nie­szczę­śliwy. Znajdź dla mnie odpo­wied­nią medy­ta­cję”. Ale co to da? Jak medy­ta­cja mogłaby pomóc? Pozo­sta­niesz tym samym czło­wie­kiem, odkła­da­ją­cym pie­nią­dze, nasta­wio­nym na współ­za­wod­nic­two. Medy­ta­cja może pomóc ci się odprę­żyć, abyś mógł na­dal tkwić w tym non­sen­sie.

Powta­rza­nie mantr, medy­ta­cje – pomogą ci jedy­nie pozo­stać tym, kim jesteś. To nie jest prze­miana.

Toteż moja droga do szczę­ścia jest dla tych naprawdę odważ­nych, dla śmiał­ków, któ­rzy są gotowi zmie­nić tryb życia, któ­rzy są gotowi zagrać o wszystko – ponie­waż zro­zu­mieli, że jedyne, co mają do stra­ce­nia, to swoje nie­szczę­ście, swoją nie­dolę. Zwy­kle bowiem ludzie trzy­mają się kur­czowo nawet tego.

Nawet jeśli cały świat będzie leżał u two­ich stóp, ale zatra­cisz sie­bie, nawet jeśli zdo­bę­dziesz wszyst­kie bogac­twa tego świata, ale stra­cisz swój wewnętrzny skarb, co zro­bisz z tym wszyst­kim?

Usły­sza­łem histo­ryjkę:

Oddział rekru­tów wywie­ziony na poli­gon wła­śnie wró­cił do swo­ich kwa­ter po cało­dzien­nym mar­szu w gorą­cym słońcu.

– Co za życie! – powie­dział jeden z żoł­nie­rzy. – Totalne zadu­pie, sier­żant myśli, że jest Hunem Attylą, żad­nych kobiet, żad­nej gorzały, żad­nych prze­pu­stek, a na doda­tek moje buty są o dwa numery za małe.

– Nie podo­bają ci się buty, kolego – powie­dział jego sąsiad – dla­czego nie zgło­sisz się po inną parę?

– Za nic w świe­cie! – otrzy­mał odpo­wiedź. – Zdej­mo­wa­nie ich jest jedyną przy­jem­no­ścią, jaka mi została.

No bo co sta­wiasz na szali? Tylko twoje nie­szczę­ście. Jedyną twoją przy­jem­no­ścią jest mówie­nie o nim. Spójrz na ludzi roz­ma­wia­ją­cych o swoim nie­szczę­ściu, jak szczę­śliwi się stają! Cho­dzą do psy­cho­ana­li­ty­ków, aby mówić o swoim nie­szczę­ściu – a nawet za to płacą! Ktoś słu­cha uważ­nie, a oni stają się szczę­śliwi.

Ludzie wciąż mówią o swoim nie­szczę­ściu. Prze­sa­dzają, ubar­wiają, spra­wiają, że wygląda na jesz­cze więk­sze, niż jest w rze­czy­wi­sto­ści. Dla­czego? Nie mają nic oprócz swo­jego nie­szczę­ścia, więc trzy­mają się kur­czowo tego, co zna­jome. Nie­szczę­ście jest wszyst­kim, co poznali; takie jest ich życie. Nie mają nic innego do stra­ce­nia i boją się zary­zy­ko­wać utratę tego, co mają.

Według mnie szczę­ście, radość są naj­waż­niej­sze. A wraz z nimi nastrój świę­to­wa­nia, pra­gnie­nie afir­ma­cji życia. Ciesz się życiem! Jeśli nie potra­fisz cie­szyć się swoją pracą, zmień ją. Nie cze­kaj! Przez cały czas cze­kasz na Godota, a Godot ni­gdy nie przyj­dzie. Takie cze­ka­nie to mar­no­wa­nie życia Na kogo, na co cze­kasz?

Jeśli uwa­żasz, że twoje nie­szczę­ście mie­ści się w gra­ni­cach, które należy akcep­to­wać, czyli twoja tra­dy­cja mówi, że ty jesteś w błę­dzie, ja sta­now­czo powiem: to twoja tra­dy­cja jest błędna. Spró­buj zro­zu­mieć róż­nicę. To nie ty, tylko narzu­cony ci wzo­rzec, spo­sób, w który nauczy­łeś się żyć, jest błędny. Moty­wa­cje, któ­rych się wyuczy­łeś i zaak­cep­to­wa­łeś jako swoje, nie są twoje – one nie wypeł­nią two­jego prze­zna­cze­nia. One są prze­ciwko two­jej natu­rze, wcale cię nie cie­szą.

Pamię­taj: nikt za cie­bie nie zade­cy­duje. Wszyst­kie przy­ka­za­nia, nakazy, zasady moral­no­ści mają na celu spa­ra­li­żo­wać cię. Musisz zade­cy­do­wać sam, musisz wziąć życie w swoje ręce. W prze­ciw­nym razie życie będzie pukało do twych drzwi, ale cie­bie tam nie będzie – będziesz zawsze gdzieś indziej.

Jeśli pra­gną­łeś zostać tan­ce­rzem, praw­dziwe życie przyj­dzie do cie­bie od tej wła­śnie strony. Zapuka w twoje drzwi, sądząc, że zapewne jesteś tan­ce­rzem. Ale cie­bie tam nie ma – jesteś ban­kie­rem. Jak można spo­dzie­wać się, że życie będzie wie­działo, iż zosta­łeś ban­kie­rem? Życie przy­cho­dzi do cie­bie drogą, jaką wybrała natura; zna tylko taki adres. Ale cie­bie tam nie ma, jesteś gdzie indziej, scho­wany za czy­jąś maską, prze­brany w czyjś kostium, nosisz cudze imię. Ist­nie­nie wciąż cię szuka. Zna twoje imię, ale ty je zapo­mnia­łeś. Zna twój adres, ale ty ni­gdy nie miesz­ka­łeś pod tym adre­sem. Pozwo­li­łeś, aby świat roz­pro­szył twoją uwagę.

– Ostat­niej nocy śniło mi się, że znów byłem dziec­kiem – Joe opo­wia­dał Alemu. – Mia­łem bilet wol­nego wstępu na wszyst­kie atrak­cje w Disney­lan­dzie. Stary, ale się uba­wi­łem! Nie musia­łem wybie­rać.

– Inte­re­su­jące – zauwa­żył jego kolega. – Ja także mia­łem ostat­niej nocy bar­dzo wyra­zi­sty sen. Śni­łem, że piękna blon­dynka zapu­kała do moich drzwi i aż kipiała od pożą­da­nia. Kiedy wła­śnie zaczy­na­li­śmy, cudowna, pier­sia­sta bru­netka weszła i przy­łą­czyła się do nas.

– Bar­dzo chciał­bym być tam z wami! Dla­czego do mnie nie zadzwo­ni­łeś?

– Zadzwo­ni­łem – odparł Al. – Twoja matka powie­działa mi, że jesteś w Disney­lan­dzie.

Twoje prze­zna­cze­nie może odna­leźć cię tylko w jeden spo­sób. Będzie szu­kać tego, co roz­wi­nęło się w tobie zgod­nie z wolą two­jego Ist­nie­nia. Dopóki nie odnaj­dziesz swo­jej spon­ta­nicz­no­ści, tego, co cię cie­szy, nie będziesz szczę­śliwy. A jeśli nie możesz być szczę­śliwy, nie możesz mieć natury kon­tem­pla­cyj­nej.

Dla­czego ludzie myślą, że medy­ta­cja przy­nosi szczę­ście? Tylko szczę­śliwa osoba może mieć kon­tem­pla­cyjny umysł – te dwie rze­czy są ze sobą powią­zane. Zawsze, gdy widzimy medy­ta­cyjną aurę wokół jakiejś osoby, odkry­wamy, że mamy do czy­nie­nia z kimś bar­dzo szczę­śli­wym, pro­mien­nym i prze­peł­nio­nym bło­go­ścią. Te dwie sprawy łączą się ze sobą. Więk­szość ludzi myśli, że to umysł medy­ta­cyjny pociąga za sobą poczu­cie szczę­ścia.

Jest na odwrót: medy­ta­cja przy­cho­dzi, kiedy jesteś szczę­śliwy. Pro­blem tkwi w tym, że być szczę­śliwym jest trudno, a nauczyć się medy­ta­cji – dość łatwo. Bycie szczę­śliwym pociąga za sobą zna­czące zmiany, zerwa­nie z prze­szło­ścią. Nagłe ude­rze­nie pio­runa i twoja prze­szłość umiera, a ty zaczy­nasz żyć od nowa. Tak wła­śnie byś żył, gdyby nie wzory do naśla­do­wa­nia narzu­cone przez two­ich rodzi­ców, przez spo­łe­czeń­stwo, przez pań­stwo. Tak byś żył, gdyby nikt nie wywie­rał na cie­bie pre­sji. Ale, nie­stety, wywie­rał.

Musisz odrzu­cić wszyst­kie te narzu­cone ci wzory do naśla­do­wa­nia; odna­leźć swój wła­sny, wewnętrzny pło­mień.CZYM JEST SZCZĘŚCIE?

S_zczę­ście nie ma nic wspól­nego z suk­ce­sem, szczę­ście nie ma nic wspól­nego z ambi­cją, szczę­ście nie ma nic wspól­nego z pie­niędzmi, wła­dzą, pre­sti­żem. Szczę­ście doty­czy raczej two­jej świa­do­mo­ści niż cha­rak­teru._

To zależy od ciebie

Czym jest szczę­ście? To zależy od cie­bie, od two­jej świa­do­mo­ści lub nieświa­do­mo­ści zarówno we śnie, jak i na jawie. Słynne prawo Mur­phy’ego mówi, że są dwa rodzaje ludzi: tacy, któ­rzy dzielą ludz­kość na dwa typy, i tacy, któ­rzy nie dzielą ludz­ko­ści. Ja należę do tej pierw­szej grupy: uwa­żam, że ludz­kość można podzie­lić na dwie grupy, na śpią­cych i prze­bu­dzo­nych. I, oczy­wi­ście, wyod­ręb­nić małą grupę pomię­dzy nimi.

Szczę­ście będzie zale­żało od tego, na jakim pozio­mie świa­do­mo­ści się znaj­du­jesz. Jeśli śpisz, wtedy szczę­ściem jest przy­jem­ność. Ozna­cza ona jakieś dozna­nie, próbę osią­gnię­cia poprzez ciało cze­goś, co nie jest moż­liwe; zmu­sza­nie ciała do osią­gnię­cia cze­goś, do czego nie jest zdolne.

Ciało może dać ci chwi­lową przy­jem­ność. Tyle że każda przy­jem­ność jest rów­no­wa­żona przez ból o podob­nym natę­że­niu. Po każ­dej przy­jem­no­ści nastę­puje coś nie­przy­jem­nego, ponie­waż ciało żyje w świe­cie peł­nym prze­ci­wieństw. Po dniu nastę­puje noc, po śmierci – życie, po życiu – śmierć; to błędne koło. Po dozna­niu przez cie­bie przy­jem­no­ści nastąpi ból, po bólu – przy­jem­ność. Nie da ci to spo­koju. Odczu­wa­jąc przy­jem­ność, będziesz bał się, że ją stra­cisz; a ten strach zatruje przy­jem­ność. A kiedy zatra­cisz się w bólu, oczy­wi­ście będziesz cier­piał i będziesz robił wszystko, aby wyrwać się z niego – cho­ciaż prze­cież znowu się w niego zapad­niesz.

Budda nazywa to kołem naro­dzin i śmierci. Poru­szamy się wraz z nim, kur­czowo się go trzy­mamy… i koło się kręci. Cza­sami przy­cho­dzi przy­jem­ność, cza­sami przy­cho­dzi ból. Jeste­śmy wci­śnięci pomię­dzy te dwie skały.

W sta­nie uśpie­nia czło­wiek nie wie nic wię­cej. Jedze­nie, seks; oto jego dozna­nia, oto jego świat. Wciąż poru­sza się pomię­dzy tymi dwiema rze­czami. Jego ciało ma dwa końce: jedze­nie i seks. Jeśli powstrzy­muje się od seksu, uza­leż­nia się od jedze­nia; jeśli powstrzy­muje się od jedze­nia, uza­leż­nia się od seksu. Ener­gia poru­sza się niczym waha­dło i to, co nazy­wasz przy­jem­no­ścią, jest jedy­nie chwi­lową ulgą.

Sek­su­alna ener­gia zbiera się, pię­trzy; rośnie w tobie napię­cie, czu­jesz ten cię­żar i musisz się od niego uwol­nić. Dla czło­wieka, który śpi, sek­su­al­ność jest tylko ulgą, kich­nię­ciem. Seks nie daje nic oprócz pew­nej ulgi – napię­cie było i już go nie ma. Jed­nak znowu zacznie nara­stać. Jedze­nie sty­mu­luje twoje kubki sma­kowe, ale nie dostar­cza prze­cież aż tak ogrom­nych doznań. Jed­nak wielu ludzi żyje głów­nie po to, aby jeść; nie­wielu jest ludzi, któ­rzy jedzą, aby żyć.

W cza­sie dłu­giej, trzy­mie­sięcz­nej podróży Kolumb i jego załoga widzieli tylko wodę. Pew­nego dnia Kolumb spoj­rzał na hory­zont i zauwa­żył drzewa. Jeśli myśli­cie, że Kolumb był szczę­śliwy, dostrze­gł­szy drzewa, to nie widzie­li­ście jego psa!

Oto świat przy­jem­no­ści. Psu można wyba­czyć, ale nie samemu sobie.

Pewien mło­dzie­niec, pod­czas pierw­szej randki, chcąc cie­ka­wie spę­dzić czas, spy­tał part­nerkę, czy lubi krę­gle. Ona odpo­wie­działa, że wcale jej nie obcho­dzą. Zapro­po­no­wał kino, ale ona odpo­wie­działa, że nie obcho­dzą ją filmy. Pró­bu­jąc wymy­ślić coś jesz­cze innego, zapro­po­no­wał papie­rosa, a ona odmó­wiła. Spy­tał więc, czy nie ma ochoty potań­czyć i wypić drinka w nowej dys­ko­tece. Ona znowu odmó­wiła, mówiąc, że nie obcho­dzą ją te rze­czy. W akcie despe­ra­cji popro­sił ją, by poszła do jego pokoju, aby upra­wiać seks. Ku jego zdzi­wie­niu zgo­dziła się, poca­ło­wała go namięt­nie i powie­działa: „Widzisz, nie potrzeba tam­tych wszyst­kich namia­stek, aby dobrze się bawić”.

To, co nazy­wamy „szczę­ściem”, jest przez ludzi odmien­nie poj­mo­wane. Dla śpią­cego szczę­ściem są przy­jemne odczu­cia. Żyje on od jed­nej przy­jem­no­ści do dru­giej. Śpie­szy się, by zali­czyć jak naj­wię­cej odczuć, żyje dla drob­nych emo­cji. Takie życie jest bar­dzo powierz­chowne. Nie ma głębi, nie ma jako­ści. W takim świe­cie liczy się ilość.

Nie­któ­rzy ludzie wiszą gdzieś pomię­dzy snem i prze­bu­dze­niem. Sami nie wie­dzą, co ze sobą zro­bić: niby śpią, ale już nie śpią. Doświad­czasz tego wcze­snym ran­kiem – wciąż senny, a jed­nak sły­szysz hałasy w domu, two­jego part­nera przy­go­to­wu­ją­cego her­batę, szum czaj­nika albo dzieci wycho­dzące do szkoły. Sły­szysz, ale nie jesteś prze­bu­dzony. Nie­wy­raźne hałasy docie­rają do cie­bie, jakby docho­dziły z bar­dzo daleka. Wydają się czę­ścią snu. Ale nie są. Znaj­du­jesz się „pomię­dzy” snem i prze­bu­dze­niem.

To samo dzieje się, kiedy zaczy­nasz medy­to­wać. Nie będąc w sta­nie medy­ta­cji, śpisz, śnisz; medy­tu­jąc, zaczy­nasz odda­lać się od snu w stronę prze­bu­dze­nia. To stan przej­ściowy. Wtedy szczę­ście ma cał­ko­wi­cie inne zna­cze­nie: prze­cho­dzi z ilo­ści w jakość. Jest bar­dziej psy­cho­lo­giczne, a mniej fizjo­lo­giczne. Medy­tu­jący umie bar­dziej cie­szyć się muzyką, poezją, two­rze­niem cze­goś. Takich ludzi zachwyca przy­roda, jej piękno, cisza. Daw­niej by cię to wcale nie cie­szyło. Teraz – radość jest mocna i trwała. Nawet jeśli muzyka prze­staje grać, w tobie na­dal coś „gra”.

I to nie jest jakiś rodzaj ulgi, bo to nie jakaś zwy­czajna przy­jem­ność. Odczu­wa­nie takiej głębi szczę­ścia wzbo­gaca cię, wypeł­nia. Zaczyna z cie­bie wypły­wać na zewnątrz. Słu­chasz dobrej muzyki i nagle coś się wyzwala w środku two­jego ja. Rodzi się w tobie har­mo­nia – sta­jesz się czę­ścią muzyki. Albo, tań­cząc, nagle zapo­mi­nasz o swoim ciele; sta­jesz się lekki jak piórko. Gra­wi­ta­cja traci nad tobą swą moc. Nagle zna­la­złeś się w innej prze­strzeni: twoje ja prze­staje być tak sztywne; tan­cerz wta­pia się w taniec.

Teraz jest jedy­nym cza­sem, a tutaj jest jedyną prze­strze­nią. A wtedy nagle czu­jesz w sobie całe niebo. To jest bło­gość. To jest praw­dziwe szczę­ście.

To przy­jem­ność o wiele wyż­sza, o wiele głęb­sza niż ta pły­nąca z jedze­nia albo seksu. Jed­nak to jesz­cze nie mak­si­mum. Ono nastę­puje wtedy, gdy jesteś w pełni prze­bu­dzony. Wtedy jesteś Buddą, całe śnie­nie ode­szło, twoją Istotę prze­peł­nia świa­tło. Cała ciem­ność znik­nęła, a wraz z nią twoje ego. Znik­nęły napię­cia, udręka, nie­po­kój. Jesteś w pełni zaspo­ko­jony. Żyjesz teraź­niej­szo­ścią; nie prze­szło­ścią, nie przy­szło­ścią. Jesteś cał­ko­wi­cie tu i teraz. Ten moment jest wszyst­kim. Teraz jest jedy­nym cza­sem, a tutaj jest jedyną prze­strze­nią. A wtedy nagle czu­jesz w sobie całe niebo. To jest bło­gość. To jest praw­dziwe szczę­ście.

Dąż do bło­go­ści; to twoje prawo. Nie pozo­sta­waj zagu­biony w dżun­gli przy­jem­no­ści; unieś się wyżej. Się­gnij po szczę­ście, a potem po bło­gość. Przy­jem­ność jest zwie­rzęca, szczę­ście jest ludz­kie, bło­gość jest boska. Przy­jem­ność cię wiąże, jest nie­wolą, zakuwa cię w łań­cu­chy. Szczę­ście daje ci tro­chę dłuż­szą linę, tro­chę wię­cej wol­no­ści. Bło­gość jest wol­no­ścią abso­lutną. Zaczy­nasz uno­sić się; ona daje ci skrzy­dła. Już nie jesteś czę­ścią ordy­nar­nej ziemi; sta­jesz się czę­ścią nieba. Sta­jesz się świa­tłem, sta­jesz się rado­ścią.

Przy­jem­ność zależy od innych. Szczę­ście nie zależy od innych, ale jest czymś od cie­bie oddziel­nym. Bło­gość nie zależy od niczego, jest inte­gralną czę­ścią cie­bie: twoją praw­dziwą Istotą, twoją praw­dziwą naturą.

Od powierzchni do środka

Gau­tama Budda powie­dział:

_Jest przy­jem­ność i jest bło­gość._

_Powstrzy­maj się od pierw­szej, by posiąść tę drugą._

Medy­tuj o tym jak naj­głę­biej, ponie­waż to jedna z fun­da­men­tal­nych prawd. Trzeba byś dokład­nie pojął te cztery słowa: przy­jem­ność, szczę­ście, radość i bło­gość.

Przy­jem­ność ma cha­rak­ter fizyczny, fizjo­lo­giczny. Jest naj­bar­dziej powierz­chowną rze­czą w życiu; jest pod­nietą. Może być sek­su­alna, może doty­czyć innych zmy­słów, może stać się obse­sją zwią­zaną z jedze­niem, ale jest zako­rze­niona w ciele. Ciało jest twoim obrze­żem, nie zaś – cen­trum. A żyć na obrze­żach, to ska­zać się na łaskę wszyst­kiego, co dzieje się dokoła cie­bie. Czło­wiek, który szuka przy­jem­no­ści, pozo­staje na łasce przy­padku, jak fale oce­anu na łasce wia­trów. Kiedy nad­cho­dzą silne wia­try, poja­wiają się fale; kiedy wia­try cichną, fale zni­kają. Są zależne – a wszystko, co jest zależne od cze­goś zewnętrz­nego, przy­nosi nie­wolę.

Przy­jem­ność jest zależna od dru­giego czło­wieka. Jeśli kochasz kobietę i to spra­wia ci przy­jem­ność, wtedy ta kobieta staje się twoją panią. Jeśli kochasz męż­czy­znę i czu­jesz się bez niego nie­szczę­śliwa, pogrą­żona w roz­pa­czy, smutna – ozna­cza to, że jesteś znie­wo­lona. Sami two­rzymy swoje wię­zie­nia. Jeśli gonisz za pie­niędzmi, wła­dzą, sta­niesz się od nich zależny. Czło­wiek, który dla przy­jem­no­ści gro­ma­dzi pie­nią­dze, będzie sta­wał się coraz bar­dziej nie­szczę­śliwy – ponie­waż im wię­cej ich ma, tym wię­cej chce, i coraz bar­dziej oba­wia się je stra­cić.

To miecz obo­sieczny: pra­gnie­nie, by posia­dać coraz wię­cej, to jedno z ostrzy. Im wię­cej żądasz, im wię­cej pra­gniesz, im bar­dziej cze­goś ci bra­kuje – tym bar­dziej drę­czy cię pustka w tobie. Dru­gim ostrzem mie­cza jest to, że im wię­cej posia­dasz, tym bar­dziej boisz się, że to ci zabiorą, że ci ukradną. Bank może zban­kru­to­wać, sytu­acja poli­tyczna kraju może się zmie­nić, zmieni się wła­dza i prze­pisy… jest tysiąc rze­czy, od któ­rych zależy twój mają­tek. Twoje pie­nią­dze nie czy­nią cię panem. Czy­nią cię nie­wol­ni­kiem.

Wciąż dziwi mnie to, że zna­jąc prze­sła­nia Chry­stusa, Buddy, Maho­meta, Kriszny, ludzie zupeł­nie się do nich nie sto­sują. Nato­miast nawet ci, któ­rzy nie znają Machia­vel­lego, postę­pują według jego zasad.

Przy­jem­ność jest na obrze­żach cie­bie, musi więc zale­żeć od oko­licz­no­ści zewnętrz­nych. Jed­nak to tylko pod­nieta. Jeśli jedze­nie spra­wia ci przy­jem­ność, to co dokład­nie leży u jej pod­staw? Tylko smak – przez chwilę, kiedy poży­wie­nie prze­cho­dzi przez kubki sma­kowe na twoim języku, odczu­wasz coś, co inter­pre­tu­jesz jako przy­jem­ność. Takie jest twoje odczu­cie. Dzi­siaj to może wyglą­dać jak przy­jem­ność, ale być może jutro – już nie. Jeśli będziesz wciąż jadł to samo, twoje kubki sma­kowe prze­staną reago­wać i wkrótce nie będziesz już mógł nawet na to patrzeć.

Jed­nego dnia uga­niasz się za kobietą albo męż­czy­zną, a dru­giego dnia szu­kasz pre­tek­stu, aby pozbyć się tej osoby. Tej samej osoby – nic się nie zmie­niło! Co się stało w mię­dzy­cza­sie? Jesteś znu­dzony tą osobą, ponie­waż cała przy­jem­ność pole­gała na odkry­wa­niu cze­goś nowego. Teraz ta osoba nie jest już nowa; to tery­to­rium jest ci już dobrze znane. Pozna­łeś kształty, gład­kość jej ciała. Teraz twój umysł pra­gnie cze­goś nowego.

Umysł zawsze szuka nowo­ści, przez co spra­wia, że jesteś zawsze nasta­wiony na coś, co zda­rzy się w przy­szło­ści. Daje ci nadzieję, ale ni­gdy nie dostar­cza niczego kon­kret­nego – nie potrafi. Może tylko stwa­rzać nowe nadzieje, nowe pra­gnie­nia.

Nadzieje i pra­gnie­nia rodzą się i rosną w umy­śle, tak jak liście na drze­wach. Chcia­łeś mieć nowy dom i – masz; gdzie podziała się przy­jem­ność? Była przez chwilę, kiedy dąży­łeś do celu. A za jakiś czas twój umysł już się nim nie inte­re­suje; już zaczął two­rzyć nowe paję­czyny pożą­da­nia. Już zaczął myśleć o innych, lep­szych domach. I tak jest ze wszyst­kim.

Pra­gnie­nie przy­jem­no­ści wpra­wia cię w stan cią­głego zde­ner­wo­wa­nia i nie­po­koju. Tyle pra­gnień, a każde chce być speł­nione, domaga się uwagi, tro­ski. Pozo­sta­jesz ofiarą tłumu sza­lo­nych pra­gnień. Sza­lo­nych, bo nie­moż­li­wych do speł­nie­nia. A one wciąż cią­gną cię w róż­nych kie­run­kach. Sta­jesz się zaprze­cze­niem samego sie­bie. Jedno pra­gnie­nie cią­gnie cię w lewą stronę, dru­gie – w prawą, a ty jed­no­cze­śnie kar­misz je oby­dwa. I czu­jesz się roz­sz­cze­piony, roz­dzie­lony, a nawet roz­darty, jak­byś roz­pa­dał się na kawałki. Gdzie leży przy­czyna? W głu­pim pra­gnie­niu przy­jem­no­ści; to ono powo­duje całą tę sytu­ację.

To zja­wi­sko jest dość skom­pli­ko­wane. Nie jesteś jedyną osobą, która szuka przy­jem­no­ści; miliony ludzi szu­kają tego samego. Stąd cią­gła walka, współ­za­wod­nic­two, prze­moc, wojna. Wszy­scy stali się dla sie­bie wro­gami, bo wszy­scy mają ten sam cel – i nie wszy­scy mogą go osią­gnąć. Toteż jest to walka na śmierć i życie; musisz ryzy­ko­wać wszystko, w grun­cie rze­czy nie osią­ga­jąc nic. To, co wydaje ci się zyskiem, wcale nim nie jest. Mar­nu­jesz w tej dłu­giej, nie­po­trzeb­nej walce całe życie, które mogłoby być świę­tem.

Kiedy jesteś nasta­wiony na poszu­ki­wa­nie przy­jem­no­ści, nie jesteś w sta­nie kochać. Osoba, która szuka przy­jem­no­ści, używa dru­giej osoby jako środka do celu. A takie wyko­rzy­sty­wa­nie jest jed­nym z naj­bar­dziej nie­mo­ral­nych czy­nów. Każdy czło­wiek jest war­to­ścią samą w sobie, pod­mio­tem. Nie trak­tuj nikogo, jakby był przed­mio­tem. Ale nie­stety – szu­ka­jąc przy­jem­no­ści, musisz trak­to­wać drugą osobę przed­mio­towo. Sta­jesz się sprytny i cwany, bo tego wymaga walka. Ty musisz oszu­kać innych, zanim oni oszu­kają cie­bie. Tym, któ­rzy nie­ustan­nie szu­kają przy­jem­no­ści, Machia­velli pod­po­wie­dział, że naj­lep­szą obroną jest atak. Ni­gdy nie cze­kaj, aż wróg cię zaata­kuje, bo może być za późno. Zaata­kuj pierw­szy! To naj­lep­sza obrona. Wszy­scy tak robią. Nawet ci, któ­rzy ni­gdy o Machia­vellim nie sły­szeli.

Wciąż dziwi mnie to, że zna­jąc prze­sła­nia Chry­stusa, Buddy, Maho­meta, Kriszny, ludzie zupeł­nie się do nich nie sto­sują. Nato­miast nawet ci, któ­rzy nie znają Machia­vel­lego, postę­pują według jego zasad. Nie musia­łeś go czy­tać. I tak postę­pu­jesz według jego słów. Całe twoje spo­łe­czeń­stwo, cała poli­tyka opiera się na regu­łach opi­sa­nych przez Machia­vel­lego. Zanim ktoś wyrwie coś tobie, wyrwij coś jemu. Pil­nuj się we dnie i w nocy. W takiej sytu­acji, pozo­sta­jąc cały czas na „poste­runku”, będziesz spięty, nie­spo­kojny, zmar­twiony. Wszy­scy są prze­ciwko tobie, a ty jesteś prze­ciw wszyst­kim.

Toteż przy­jem­ność nie jest, i nie powinna być, celem życia.

Dru­gie słowo, które należy wła­ści­wie zro­zu­mieć, to: szczę­ście. Przy­jem­ność to rzecz fizjo­lo­giczna, szczę­ście – psy­cho­lo­giczna. Szczę­ście jest tro­chę lep­sze, szla­chet­niej­sze, ale nie różni się zanadto od przy­jem­no­ści. Można powie­dzieć, że przy­jem­ność jest niż­szym rodza­jem szczę­ścia, a szczę­ście jest wyż­szym rodza­jem przy­jem­no­ści. To dwie strony tego samego medalu. Przy­jem­ność jest bar­dziej pry­mi­tywna, zwie­rzęca; szczę­ście ma w sobie tro­chę wię­cej kul­tury, jest tro­chę bar­dziej ludz­kie – ale to ta sama gra pro­wa­dzona przez umysł. Nie jesteś nazbyt zain­te­re­so­wany zja­wi­skami fizjo­lo­gicz­nymi. O wiele bar­dziej inte­re­sują cię odczu­cia psy­cho­lo­giczne. W zasa­dzie te pierw­sze wcale tak bar­dzo się nie róż­nią od tych dru­gich.

Trze­cie słowo to radość. Ma ona cha­rak­ter duchowy, a więc zasad­ni­czo różni się od przy­jem­no­ści czy szczę­ścia. Nie ma nic wspól­nego ze świa­tem zewnętrz­nym, z drugą osobą. Jest zja­wi­skiem wewnętrz­nym. Radość nie zależy od oko­licz­no­ści; jest cał­ko­wi­cie twoja. To stan spo­koju, ciszy, stan medy­ta­cyjny, a nie wynik pod­nie­ce­nia czyn­ni­kami zewnętrz­nymi. Radość doty­czy ducha.

Budda jed­nak nie nauczał o rado­ści. Ist­nieje bowiem coś jesz­cze dosko­nal­szego, co on nazwał bło­go­ścią. Bło­gość jest wszech­ogar­nia­jąca. Nie jest zja­wi­skiem fizjo­lo­gicz­nym ani psy­cho­lo­gicz­nym, ani ducho­wym. Nie zna podzia­łów; jest nie­po­dzielna. Jest totalna w jed­nym sen­sie i trans­cen­den­talna w innym. Pierw­sza jest przy­jem­ność; w niej mie­ści się szczę­ście. Druga jest bło­gość; ona daje nam radość.

Bło­gość ozna­cza, że dotar­łeś do rdze­nia wła­snej Istoty. Zawsze tam była: w głębi two­jej Istoty, gdzie nie ma już ego, gdzie panuje tylko cisza; tam, gdzie cie­bie fizycz­nie nie ma. W rado­ści cią­gle jesteś w jakimś stop­niu obecny, ale w bło­go­ści już nie. Ego roz­pu­ściło się; to jest stan nie­bytu.

Budda nazywa ten stan nir­waną. Nir­wana ozna­cza, że prze­sta­łeś być; sta­łeś się po pro­stu nie­skoń­czoną pustką, jak niebo. W takiej chwili sta­jesz się pełen gwiazd i zaczy­nasz cał­ko­wi­cie nowe życie. To ponowne naro­dziny.

Radość nie zależy od oko­licz­no­ści; jest cał­ko­wi­cie twoja. To stan spo­koju, ciszy, stan medy­ta­cyjny, a nie wynik pod­nie­ce­nia czyn­ni­kami zewnętrz­nymi. Radość doty­czy ducha.

Przy­jem­ność jest chwi­lowa, wpi­sana w pewien prze­dział czasu „od–do”. Bło­gość nie jest ogra­ni­czona cza­sem, jest ponad­cza­sowa. Przy­jem­ność zaczyna się i koń­czy; bło­gość trwa zawsze. Przy­jem­ność przy­cho­dzi i odcho­dzi; bło­gość ni­gdy nie przy­cho­dzi, ni­gdy nie odcho­dzi – już tam jest; w naj­głęb­szym jądrze two­jego bytu. Przy­jem­ność musi być dana ci przez drugą osobę; sta­jesz się albo żebra­kiem, albo zło­dzie­jem. Bło­gość spra­wia, że sta­jesz się panem.

Bło­gość nie jest czymś, co sam stwa­rzasz, ale czymś, co odkry­wasz. Bło­gość jest twoją naj­skryt­szą naturą. Jest tam od samego początku, tylko po pro­stu nie zwra­ca­łeś na nią uwagi. Bra­łeś ją za coś oczy­wi­stego. Nie patrzysz w głąb sie­bie.

I to jest wła­śnie jedyne nie­szczę­ście czło­wieka: wciąż patrzy na zewnątrz, szu­ka­jąc, docie­ka­jąc. I nie może zna­leźć tego, czego szuka, bo na zewnątrz tego nie ma.

Pew­nego wie­czoru Rabia – słynna suficka mistyczka – szu­kała cze­goś na ulicy przed swoją chatą. Słońce zacho­dziło; powoli zapa­dał mrok. Zebrało się kilka osób.

Zaczęli ja pytać:

– Co robisz? Co zgu­bi­łaś? Czego szu­kasz?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij