Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Rajska przystań - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
27 sierpnia 2026
29,99
2999 pkt
punktów Virtualo

Rajska przystań - ebook

Joanna nie wyjechała do Anglii po nowe życie. Wyjechała, żeby przetrwać stare. Plan był prosty: zarobić, przeczekać, nie przywiązywać się i wrócić. Tyle że „Rajska przystań”, angielski dom opieki, okazuje się miejscem, w którym nic nie działa zgodnie z planem. Są tu staruszkowie, którzy zdecydowanie nie zamierzają grzecznie czekać na śmierć. Jest Pan Maxwell, ekspert od telewizji, alkoholu i obrażania niemal całego świata. Są współpracownicy z własnymi tajemnicami, fatalne randki, jeszcze gorsze decyzje i Tomek, który może okazać się problemem większym niż wszystkie pozostałe. Joanna miała tylko pracować. Nie czuć. Nie komplikować. Tylko że czasem właśnie tam, gdzie człowiek trafia przypadkiem, zaczyna się jego prawdziwe życie. „Rajska przystań” – słodko-gorzka, niegrzeczna i pełna czarnego humoru opowieść o emigracji, samotności i drugich szansach.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna polska
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 394 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

JOANNA

_- Any experience?_

_- Excuse me?_

To za oknem to trawnik czy pole golfowe? Może lepiej byłoby się zatrudnić do koszenia tego… Tylko sobie człowiek pojeździ w tę i z powrotem jak na gokarcie w wesołym miasteczku i funty lecą. Nie trzeba wchodzić w żadne niechciane interakcje.

_- Pardon, not excuse me! Have you got any experience in care, you fucking Pole?_

- Przepraszam, nie rozumiem pana. _I`m sorry, I don`t…_

- Co tu jest do rozumienia?! Pytam cię, czy masz jakieś doświadczenie w opiece nad staruchami!

- To pan mówi po polsku? Czemu od razu nie zaczął pan do mnie mówić po polsku?

- Bo tu jest Anglia, ka-pe-wu? Kapujesz? Anglia! Kraj wielkich szans i perspektyw! Jak superwajzor zobaczy, że gadam do ciebie po polsku, to… Zresztą, nieważne.

Chłopak machnął jej przed twarzą łapą wielką jak łopata. Łapa jak szpadel do kopania zwłok, pomyślała szybko i uciekła wzrokiem za okno, zanim tamten zdążyłby zgadnąć, co właśnie o nim pomyślała.

Za oknem jakaś kobieta robiła skłony i mówiła do siebie. Albo po prostu przeżuwała coś ustami. Wyglądała tak, jak nikt nie chciałby wyglądać w jej wieku. Jak nikt nie chciałby wyglądać w żadnym wieku.

Asia szybko uciekła wzrokiem. Już chyba lepsza była „łapa – łopata”.

- Tom jestem – powiedział szybko chłopak.

- Tomek – poprawiła odruchowo, prawie w myślach.

Na tyle „prawie”, że zdążyła złapać jego zdziwione i urażone spojrzenie. Łapa znowu znalazła się niebezpiecznie blisko jej twarzy.

„Żyj szybko umieraj młodo” – przeczytała lekko spłowiały (kiepskie studio, kiepskiej jakości tusz) granatowy napis biegnący od nadgarstka w stronę łokcia. Przelotnie zerknęła na twarz chłopaka. Napis jakby się trochę zdezaktualizował. „Młodo” ten koleś powoli miał za sobą. Co do życia szybko, miała pewne wątpliwości.

Choć jemu pewnie prędkość wydawała się zabójcza.

- Asia – powiedziała miękko. Uśmiechnął się wymuszenie.

Smutny – Ale – Daleki – Od – Filozoficznego uśmiech niechcący odsłonił kulisy opieki dentystycznej w Polsce.

Za dwa lata sobie wprawi.

Jak spłaci mazdę z kierownicą po prawej stronie.

- No to już się znamy. Teraz oprowadzę cię po naszym królestwie. Rajskim ogrodzie i spełnieniu marzeń osób, które dobrnęły do jesieni życia i zamierzają ją spędzić w szczęściu, radości i spełnieniu, amen.

Dopiero po chwili zorientowała się, że słowo w słowo zacytował jej folder reklamowy ośrodka.

Niezły porąbaniec.

Uśmiechnęła się uprzejmie, wbrew sobie. Niech myśli, że ma przed sobą Pracownicę Roku.

Chłopak wyjął z kieszeni jakieś zioła i bibułkę.

- Nie łudź się, to tylko tytoń – powiedział szybko, nim zdążyła sobie uświadomić, że rzeczywiście miała nadzieję, że poczęstuje ją czymkolwiek, co pozwoli jakoś przetrwać w miejscu, w którym się znalazła.

- 8.74 funta za ramkę fajek w Tesco. Chyba się nie dziwisz, że robię skręty – dodał jeszcze, jakby to było teraz najważniejsze.

Kobieta na trawniku właśnie zaczęła śpiewać głośno. Asia nie wierzyła w swój angielski. Czy to możliwe, żeby babka śpiewała „My beloved poo”? Piosenkę o kupie?!

Spojrzała niepewnie na Tomka.

- Też tak na początku myślałem – wzruszył ramionami, jakby czytał jej w myślach – Teraz mój „inglisz” jest znacznie lepszy. Ona śpiewa „my beloved moo”. O krowie. Tak myślę w każdym razie. Lepsze to niż… no wiesz.

Roześmiali się oboje nerwowo.

Ten dzień nie może być jeszcze gorszy – pomyślała Asia.

Dopiero potem miała się przekonać, że może.

BOB

Boba poznała w pociągu. Nie wierzyła, że można się tak nazywać, Bob – jak postać z kreskówki – zanim nie pokazał jej lekko tylko oburzony swojego ID. _Robert, short form, Bob._ Tłumaczył, patrząc na nią jak na wariatkę. Wariatkę z Polski, co to zwykłego imienia nawet nie umie przyjąć normalnie, zwyczajnie. Wariatka z Polski.

Potem obiecał jej pokazać kawałek Essexu. I parę innych rzeczy, jak będzie chciała.

Nie chciała bardzo, ale co tu miała lepszego do roboty. No i musiała spełnić swój plan. A to dało się zrobić tylko w działaniu.

Dlatego teraz była u Boba w mieszkaniu, zaskoczona, że jest tu tak skromnie. Wykładzina pamiętająca chyba czasy Królowej Wiktorii, przetarcia, ślady po piątkowej imprezie, jednej z wielu. Zasłona, której sam widok ją brzydził. Jak mogłaby ją zasłaniać? Gwarantowany nieustający paw. Okna brudne. Widok brudny na przedmieścia, mgłę, smog. Jakieś dziwne przymknięcie do drzwi, żeby były ciągle otwarte. Podglądacz czy jak? Odwróciła twarz, zniesmaczona. _One fucking shit._

Ołtarz na samym środku nie pozostawiał wątpliwości, do czego modlił się Bob i do czego za chwilę będzie się modliła ona, jeśli chce tu należeć.

_Sixty inches._ Sześćdziesiąt cali.

Bob pogładził telewizor delikatnie, jak kochankę. Aśka wzdrygnęła się po raz drugi. W mieszkaniu śmierdziało dawno ugotowanym i zwróconym jedzeniem. Po bocznej ścianie jak wąż piął się grzyb. Europa. Wielki świat.

Tomek zdążył jej powiedzieć, że tu pada sto osiemdziesiąt dni w roku. Nie przyzwyczaisz się, kurwa. Zbieraj kasę i wyjeżdżaj.

Taki miała zamiar. I nie musiała się z niego spowiadać jakiemuś zakichanemu superwajzorowi z Polski, któremu się wydawało, że Pana Boga za nogi złapał, bo rozumiał ten ich bełkot, w ogóle niepodobny do szemrzącej wymowy anglistki w ogólniaku.

- Brwhrts – zabełkotał Bob, a ona zrobiła mądrą minę. Udawaj, że rozumiesz. Oni i tak z reguły nie mówią nic ważnego. Rzucaj się na _question tagi_ jak pies na truchło. Jak kwiaty na trumnę.

_Aren`t I?_

_Yes, you are._

- Co ty tam mówisz sama do siebie? – Bob patrzył teraz na nią uważnie, najwyraźniej urażony – Łap! Ryba!

Zanim zdążyła się odwrócić, w rękę uderzyło ją kilka płatów czegoś, co wyglądało jak zdechła ryba. I tak też pachniało. Co było rybą.

Nie cierpiała ryb.

- Ekologiczna – dodał bez sensu gospodarz i dopiero po chwili zaczaiła, że naprawdę mówi o rybie. Fuck, naprawdę rozmawiali na randce o rybie! Brakuje jeszcze frytek.

Co to, jakaś czytanka jest z anglika czy co?

– Innych nie kupuję. Wiesz, jakim oni je tam syfem karmią. Dioksyny. Trioksyny. Fioksyny. Moja poprzednia dostała po zjedzeniu pryszczy. Tam pryszczy, rozumiesz… - spojrzał na nią wymownie.

Jak przedszkolanka, która sprawdza, czy gówniarz ładuje w siebie makaron, pomyślała i na siłę wepchnęła sobie do ust kawałek łososia. Już lepiej, już pani nie patrzy.

Wypluła kawałek dyskretnie na talerzyk. Bądź komunikatywna. Bądź nowoczesna. Bądź wyzwolona. Bądź eko.

Jak automat pokiwała głową szybko odrzucając od siebie nachalną myśl, czy jeśli powiedziałaby Bobowi, że nigdy w życiu nie kupiła ekologicznej ryby, bo dla niej ta cała ekologia ta takie sratatata dla ludzi, którzy nie mają co zrobić z hajsem, to zacząłby sprawdzać, czy nie ma jeszcze pryszczy. Tam.

- Co robisz? – z ustami wypchanymi rybą wyglądał jak Pan Maxwell, którego poznała wczoraj rano.

_(Pan Maxwell. Nasz specjalista od telewizji. Przywitaj się z panem, Joanna)._

Mało kto chciałby wyglądać jak Pan Maxwell. Mało kto chciałby znaleźć się na randce akurat z kimś, kto wygląda jak Pan Maxwell.

- Pracuję w ośrodku… ośrodku opieki nad starszymi ludźmi.

- Aha. Tyłki do wycierania – Bob pokiwał głową ze zrozumieniem – A ja wycieram stoliki w Sparze. Podobnie, nie?

Zarechotał. Brakowało mu piątki. Jakby wstawił, to na plazmę by nie zostało. Socjal daje na plazmę, nie daje na zęby. Niech się naród napcha watą seriali o mieszkańcach przedmieść. Wot logika.

Nie stać cię na mnie. Powinna to od razu wiedzieć.

- Chyba będę już szła – podniosła się zdecydowanie. Ręka z rybą zawisła w połowie drogi do ust.

- Ale nawet piwa się jeszcze nie napiłaś – postawił na szali ostateczny argument.

- Dzięki, Bob, innym razem – naprawdę była zdecydowana iść.

- Tylko łyk – Bob pochylił się nad nią całym cielskiem. Poczuła ostrą woń nieprzetrawionego łososia. _Ab ovo_ – przeczytała napis na przedramieniu. Co oni tu mają z tymi tatuażami? To jakieś totemy plemienne czy co? I co to ma znaczyć? OD JAJKA?

- Dobrze, łyk – usiadła pokornie. Zrobi wszystko, niech tylko ten smród odsunie się od jej twarzy!

- _Good girl_ – Bob pochylił się nad lodówką sięgając po piwo. Spodnie opadły mu nisko odsłaniając długie majtki w żółto-niebieskie paski. Masakra.

Podobno Anglicy to dżentelmeni.

– Przecież staruszki ci nie uciekną – błysnął dowcipem.

Wyobraziła sobie Lady Poo, jak pomyka swoim wózkiem w stronę stacji metra, i niespodziewanie dla samej siebie się roześmiała. Nie uciekną. No raczej.

- Daj jeszcze tego piwa - powiedziała powoli, jedną ręką wyciszając telefon. Nigdy nie wiadomo, gdzie i kiedy ktoś cię podsłuchuje – Albo coś mocniejszego, jak masz.

Żyj szybko, umieraj młodo. Zapomniała, gdzie to widziała. Ale gdzieś to było. Na pewno. Przycisnęła nos do wytatuowanego ramienia Boba. Sapnął z zadowoleniem. Ten to wie, jak zaspokoić dziewczynę.

Nie miała odwagi mu powiedzieć, że po prostu zatyka nos żeby nie czuć obezwładniającego smrodu do połowy przetrawionej ryby.

PAN MAXWELL

Pan Maxwell był fanem telewizji. Tego Aśka dowiedziała się pierwszego dnia po przyjeździe.

Potem dowiedziała się, że chodzi o telewizję przemysłową.

Jednym słowem, pan Maxwell całe dnie oglądał zapis monitoringu. Żeby to było w ogóle możliwe, jego syn, zwany w ośrodku Dużym Cliffem, Aśka wolała nie wiedzieć dlaczego, kupił mu zestaw kamer dla profesjonalnych podglądaczy. Plotki mówiły o tysiącu funtów. Dzieci wiele zrobią, żeby zagłuszyć wyrzuty sumienia wobec starzejących się rodziców oddanych do takich miejsc jak „Rajska przystań”.

- Telewizja przemysłowa jest ciekawsza niż to, co pokazują na tym gównianym BBC – Pan Maxwell, wygłaszając tę mądrość, kiwał głową jakby mówił prawdziwe prawdy objawione. Aśka z grzeczności pokiwała kilka razy razem z nim.

Potem Aśka dowiedziała się, że to też objaw jego choroby. Choroba Parkinsona. Mimowolne, rytmiczne potrząsanie kończyną, głową lub całym ciałem.

- Też powinnaś od czasu do czasu pooglądać. Szybciej byś się nauczyła języka – pan Maxwell spojrzał na nią wymownie. Kiedy odezwała się do niego pierwszy raz zwykłym „dzień dobry”, obciął ją spojrzeniem napalonego nastolatka i wrzasnął, jakby to ona była tu przygłucha:

- Czy w tym kraju nie ma już kurwa żadnych Angielek? Skąd jest ta dziewczyna?!

Potem dowiedziała się, że Pan Maxwell witał tak wszystkich pracowników. Nawet rodowite londynianki.

Takie marne pocieszenie, które Tomek mógł równie dobrze wymyślić, żeby podnieść jej morale.

- Niech pan zje choć łyżkę – Aśka udała, że nie patrzy kątem oka w stronę włączonego odbiornika.

Eileen, pielęgniarka, która wszystkim mówiła, że przyszła tu tylko na chwilę i została dwadzieścia lat, bo liczy na spadek po którymś ze staruszków, niby przez przypadek rozpięła górny guzik bluzki. Biust miała obfity, w kolorze gorzkiej czekolady. Najwyraźniej stróż na bramie, Albert, nie był rasistą, bo zanurzał w tym biuście pełną dłoń jednocześnie drugą sięgając po pestki dyni. Łupiny wypluwał wprost na podłogę.

Asia wzdrygnęła się i z dwojga złego wlepiła wzrok w białą maź przed sobą. Z czego oni kurwa robią te płatki?! Naprawdę pewnych rzeczy w życiu lepiej nie wiedzieć.

- Choć jedną łyżeczkę. Zawiera dużo protein. Pana syn byłby zadowolony – wyrecytowała jak uczył ją Tomek przyjmując ją do pracy. („Na czas określony. Zobaczy się, jak się sprawdzisz”).

Po dwóch dniach wiedziała, że Harvard to nie jest. Dawała radę. Choć bywało ciężko.

- W dupę niech sobie wsadzi te proteiny. Rozumiesz, _Russian Girl_, w dupę?! Nasz angielski stary dobry _ass_! – darł się Pan Maxwell – Przynieś mi tu butelkę szkockiej, dziewucho! Ten mój głupi syn nigdy nie miał jaj! Nie wie, czym się karmi starego żołnierza! Papkę dla niemowląt mi tu podaje! Niech swojej córusi ją poda!

- Jestem z Polski, nie z Rosji – Asia usiłowała zachować spokój jednocześnie rozważając wciśnięcie pełnej łyżki białej mazi w usta upartego staruszka – A co do szkockiej, to w pana stanie…

- Co? Co ty gadasz, dziewczyno? W jakim moim stanie? – bezceremonialnie przerwał jej Pan Maxwell i nim zdążyła się obejrzeć, wyrwał jej z rąk talerz.

Biała papka rozprysła się po podłodze.

– No i widzisz, coś narobiła! Kto tu jest „w stanie”?!

- Zaraz to posprzątam – westchnęła Aśka.

Kiedy wychodziła z pokoju, Pan Maxwell właśnie majstrował przy głośnikach swoich kamer. Śmiał się przy tym do siebie i mruczał coś o dobrej jakości dźwięku w starej dobrej telewizji. Jeden ze strażników w ogrodzie śpiewał sobie pod nosem hymn Wielkiej Brytanii. _God save the Queen._

_God save me,_ jeśli wcześniej nie zwariuję w tym domu wariatów.

- Mogę ci w czymś pomóc? – uśmiechnął się fałszywie Tomek, kiedy mijała go na schodach. Wzruszyła ramionami. W słuchawkach miała „Imagine Dragons”, na których była zdecydowanie za stara. Jedyne, czego było jej teraz potrzeba, to normalnego skręta.

_If you love somebody better tell them while they`re here `cause they just may run away from you_1 – mruknęła do siebie.

Tomek obrzucił ją zdziwionym spojrzeniem. W ostatniej chwili powstrzymała się, żeby nie zapytać go, czy nie ma czegoś do zapalania. Nie łudź się, to tylko tytoń, przypomniała sobie nie bez żalu.

TOMEK

Ta mała Polka była zdecydowanie irytująca. Mówiła słabo po angielsku, z silnym słowiańskim zaśpiewem, z którego taką bekę mieli pracujący tu Angole. Kiedyś by się tym przejął, może nawet dał któremuś profilaktycznie w łeb.

_Zajebać wam w suahili? Ciekawe, czy też byście byli tacy mądrzy, jakbym wygarnął wam w języku, który słyszycie pierwszy raz w życiu? My i tak mówimy po angielsku lepiej niż połowa z was, angielskie dupki!_

Teraz lał na to kompletnie. Nie jego piaskownica, nie jego zabawki. Skąd te wszystkie panny się biorą? Pewnie mamusia nie pozwoliła jej założyć mini na dyskotekę, to wzięła swoją grzechotkę i przyszła pobawić się tutaj. Nie zamierzał jej niańczyć.

Myślała, że on jej nie widzi. Snuje się cały dzień po ośrodku, wiecznie spóźniona, strzela tymi swoimi czarnymi ślepiami, myśli, że on nie widzi, jak unika roboty. Dobrze chociaż, że to nie Samarytanka. Takich nie cierpiał najbardziej. Przyjeżdżały do „Rajskiej przystani” zbawiać świat. Wolontariat – srariat, takie klimaty_. Chcemy pomóc staruszkom._ _Chcemy zrobić coś dla świata. Przeciwdziałamy wykluczeniu._ Ble, ble, ble. Miał na nie alergię.

Jednej takiej, Hiszpance Monice, w zeszłym tygodniu Pani Wog odgryzła palec. Monica ze łzami w oczach pytała, chyba poważnie (te łzy!), czy Pani Wog jest szczepiona na wściekliznę…

Potem widział, jak na leżaku przed ośrodkiem bukowała sobie bilet do Barcelony. Zasłoniła laptop na jego widok.

Z inną, Amy, miał kilka tygodni temu rozmowę na temat narkotyków. Amy przyjechała tu z powodów duchowych. Powodów Du-cho-wych. Brzrmi nieźle. Zbawianie świata. Pieniądze, które zarobiła, wysyłała wspólnocie religijnej w jakimś kraju azjatyckim. Zamierzała do nich dołączyć, jak skończy dwadzieścia pięć lat.

- Jeśli do tego czasu nie znajdę miłości swojego życia – tłumaczyła mu zupełnie poważnie. Amy była zdecydowaną przeciwniczką palenia czegokolwiek. Z gorliwością neofitki, która przyznała, że po siedmiu latach rzuciła papierosy („Na dobre! Przysięgam, że na dobre! No chyba że będzie wyjątkowo dobra impreza, no to jednego…”) i nie uznawała elektryków („Nie jem plastikowej marchwi, to plastykowych fajek też nie będę palić”), usiłowała odwieść Tomka od okazjonalnych przygód z trawką. Nie przekonywał jej nawet koronny argument chłopaka w tego typu dyskusjach, że jak mówi miejska legenda nawet Whoopi Goldberg paliła zioło przed przyjęciem Oscara, więc czemu miałoby to zaszkodzić jemu, prostemu chłopakowi spod Warszawy.

Amy wyjechała na dwa dni do Birmingham spotkać się z przedstawicielem guru swojej sekty („W celach wyłącznie duchowych, jakbyś miał wątpliwości”. Nie miał. Co do czego, że te „cele duchowe” to miała tylko Amy. Guru zapewne patrzył na to inaczej), więc tym bardziej bez wyrzutów sumienia skręcił sobie spliffa.

Po telefon sięgnął dopiero po kilku machach, kiedy rzeczywistość zaczęła lekko się rozjeżdżać na końcach wszechświata. Ledwie dostrzegalnie, nie na tyle, żeby ktokolwiek mógł się w tym połapać, ale wystarczająco, żeby było mu trochę lepiej czytać te wszystkie kłamstwa. Bo o tym, że na komórce znajdzie wiadomość od Matyldy, był święcie przekonany.

Tak samo jak o tym, że skoro to wiadomość od Matyldy, to będzie zawierać same kłamstwa. Jak dwa i dwa jest cztery.

A jakże, była tam. _Is it my fault, is it my fault? We`ve been missing each other, is it my fault?_2 Nie mogłeś mnie złapać, bo spotkanie służbowe się przeciągnęło. Nocowałam u Kai. Nie możesz mnie tak więzić, Tomek. Nie jestem twoją niewolnicą. Ale jesteś, kurwa, moją żoną. Czy ona ma mnie za totalnego idiotę? – zbuntował się nagle.

W ostatniej chwili powstrzymał się od wysłania jej wiadomości: _Zejdź na ziemię, debilko!_, albo: _Czy Kaja ma wielkiego wacka i włochatą klatę?_

Zamiast tego pociągnął jeszcze skręta i odpisał spokojnie: „Rozumiem, miłej nocy”.

Nie mógł ani na chwilę zapominać, że Matylda miała Zakładnika. Jeden zero dla niej. Dwa zero dla niej. Trzysta zero dla niej. Nie mógł stracić Małego.

I Matylda świetnie o tym wiedziała. Za świetnie.

JOANNA

- Musisz coś ze sobą zrobić. Ty tu przyjechałaś do pracy, dziewczyno, rozumiesz?

Aśka z trudem podniosła powiekę. Za dużo powiedziane. Pół powieki. Cień powieki. Pokój zafalował niebezpiecznie. Szybko zamknęła oko, a raczej to, co czuła w miejscu oka. Znowu tu był. Ten bucowaty Polak, który uważał się za superwajzora. Co on się tak do niej przyczepił?

Może mogłaby go oskarżyć o molestowanie.

Prześladowanie.

Mózg powoli przetwarzał myśl.

Bardzo powoli.

Zbyt powoli jak na tę sytuację.

Tu trzeba było się ratować.

- Miałam wczoraj dzień wolny – mruknęła. Język był suchy jak wiór. Z trudnością wydobywała z siebie słowa błogosławiąc to, że mówią w jej ojczystym języku.

Jak to mówią w Polsce? Siedemnaste województwo. Bogu niech będą dzięki za tę ilość Polonii. Choć może akurat nie za kolesia „Żyj szybko umieraj młodo”.

- Dzień wolny to nie znaczy, że możesz wracać tu nawalona jak messerschmitt…

- Jak co? – Aśka teraz, choć z niemałym trudem, otworzyła już całe oko i patrzyła na chłopaka nieprzyjaźnie.

- Jak… Nieważne. Historii się trzeba było uczyć.

- Ty się uczyłeś i wylądowałeś tu gdzie ja. W ośrodku dla staruchów – odparowała szybko Aśka nim zdążyła sobie przypomnieć, że miała się temu całemu Tomkowi prezentować jako Pracownica Roku. Ostatnia rzecz, na jaką teraz miała ochotę, to wysłuchiwanie kazania od niego na temat szacunku dla starszych osób.

- Posłuchaj, Asia – Tomek najwyraźniej postanowił teraz zagrać rolę Dobrego Policjanta – Chcę ci pomóc. Oni tu nie są ślepi. Jest odsiew. Jeśli już tak mocno się upiłaś, to trzeba było, bo ja wiem, wynająć sobie hotel jakiś czy coś… To jest twoje miejsce pracy, dziewczyno, no jak ci mam to lepiej wytłumaczyć?! Ty nie możesz tak do niego przychodzić! Nie w takim stanie, dziewczyno!

- Angole to pewnie są święci i nie piją wcale – mruknęła, nie podnosząc głowy. Za ryzykowne.

– W Krakowie pewnie nigdy nie byłeś.

- Asia, ale to nie o to chodzi. To są starsi ludzie. Oni są przyzwyczajeni do innej kultury. Ty naprawdę chcesz, żeby oni myśleli, że dziewczyna z Polski to jest jakaś…

- _Fucking Pole?_ – zacytowała mu złośliwie, ale chyba nie pamiętał, bo spojrzał na nią zdziwiony i lekko urażony. On chce dla niej dobrze, a ona się czepia! Rozpuszczona gówniara z kraju przodków.

- Dobra, zrozumiałam. Następnym razem będę pamiętała. A teraz odwróć się, z łaski swojej, chcę wstać, a nie jestem ubrana. Nie mam zwyczaju spać w dżinsach, jeśli rozumiesz, o co mi chodzi.

Odwrócił się niechętnie. Nawet gdyby chciała, nie zainteresowałby się nią. Nie była w jego typie. Chuda, koścista, zmęczona jakaś taka.

Narwana.

Nerwowa.

Spojrzał szybko na palce Aśki. No tak, można się było tego spodziewać. Pogryzione do krwi, skórki pozdzierane. Palce dzieciaka. Głupi dzieciak z niej jeszcze. Ile ona może mieć lat? Dziewiętnaście, dwadzieścia może. Dzieciak. Życia nie zna.

- No i co się kurwa gapisz? – Z zamyślenia wyrwał go ostry głos Aśki.

Do tego wulgarna, zanotował w myślach. Nie cierpiał wulgarnych dziewczyn. Całkowite przeciwieństwo Matyldy.

Jego żona była pulchna, miała jasne loki jak z obrazów Botticellego (Boże, jakie to banalne!), miękkie usta, krągłości tam, gdzie trzeba, perlisty śmiech, głos, który nigdy się nie podnosił, nie wchodził na rejestry przekleństw…

I była przy tym zimną suką. Tak też bywa.

- Przepraszam – mruknął obojętnie – To ja już pójdę. Misja, mam nadzieję, wykonana. Zrozumiałaś, co ci chciałem z dobrego serca przekazać?

- Powiedzmy – Aśka wciąż nie wyglądała na przekonaną. Ale może była na to po prostu wciąż zbyt pijana.

– Zostaniesz na śniadanie?

- Polskie czy angielskie? - zapytał czujnie.

Nie bardzo miał ochotę na fasolkę z puszki po pół funta. To mógł sobie przyrządzić i sam.

- Powiedzmy, że międzynarodowe – Asia uśmiechnęła się lekko. Zęby miała w porządku, małe i zadziwiająco równe. _Dziewczynka, która w dzieciństwie nosiła aparat_ – pomyślał i poczuł ukłucie zazdrości.

Kanapa, na której go posadziła, zdecydowanie pamiętała lepsze czasy. Siedział i patrzył tępo na ścianę, na której nie zawiesiła nic. Kompletnie nic.

Panienki zwykle mają jakieś pierdoły, dyrdymały, kotki, pieski, chłopaków, rodzinkę na nartach, a ta mała nie miała nic. Kompletnie nic. Goła, brzydka, anglosaska ściana w tapetę w chujowe różyczki. Wzdrygnął się.

- To ma być to międzynarodowe śniadanie? – ze zdziwieniem spojrzał na wyszczerbiony talerz z niebieskim wzorkiem. Na talerzu piętrzyła się góra kiełków, biały i wyraźnie niedopieczony tost z dżemem, dwa herbatniki i kawałek kaszanki. W najśmielszych snach nie nazwałby tego śniadaniem.

- Dość, hm, odważne połączenie – powiedział ostrożnie, powoli dotykając kaszanki – Może zacznę od tego.

- Dostałam wczoraj od pani Berkling – przyznała Asia z rozbrajającym uśmiechem – Pożuła trochę, ale dla niej była za… Żartowałam! – krzyknęła szybko, ale nie na tyle szybko, żeby pogryziona kulka przeżutej kaszanki nie trafiła na stół.

- Głupie żarty. Nie zapominaj, że w tym miejscu wszystko jest możliwe – Tomek nieufnie wziął w rękę garść kiełków – A to co, wyrwałaś ośrodkowym królikom?

- Lubię kiełki – przyznała Asia, spokojnie biorąc kolejną garść.

Kiełki splątały się między ich rękami. Przez ułamek sekundy ich palce się zetknęły w plątaninie zieleniny.

– Są dobre na… Na wszystko. _Superfood._ Oni lubią zdrowe dziewuchy.

- Jacy „oni”? – Tomek nieufnie sięgnął po tosta. Nieufność uzasadniona. Tost był twardy jak kamień.

- Zapomniałam kupić chleb. Impreza się przeciągnęła – Aśka lekceważąco machnęła ręką – Połóż na brzegu talerza. Obok tej, hm, kaszanki.

Roześmiali się krótko oboje.

- A wracając do tych „nich”. Co to za wariactwo?

- Chcę poznać dzianego Anglika. Wyjść za niego za mąż, zostać tu i nigdy nie pracować – powiedziała zadziwiająco trzeźwym głosem Aśka. Tomek spojrzał na nią, zaskoczony:

- Ty to mówisz poważnie?

- Śmiertelnie poważnie – Asia sięgnęła po kolejną garść kiełków – A mam jakieś inne wyjście?

Przez chwilę jedli w milczeniu.

A więc to zwykła dziwka – pomyślał Tomek, obserwując Asię pod lekkim kątem i powoli przeżuwając herbatnika. Jak one wszystkie. Dlaczego miałaby być wyjątkiem.

- Chcesz usłyszeć o mojej wczorajszej imprezie? – przerwała nagle ciszę Asia.

Tak naprawdę to nie chciał. Wolałby usłyszeć zupełnie co innego. Śmiech dziecka. Stukot pociągu – zabawki na plastykowych torach. Perlisty śmiech żony.

Przeciągnął ręką po twarzy. Ogarnij się, Tomek, bo niedługo i ty sfiksujesz.

- Jasne – uśmiechnął się zachęcająco – O dobrej imprezie zawsze.

KAYLE

Imprezę wymyśliła Jana, Słowaczka, która zapamiętała Aśkę drugiego dnia, kiedy tamta zawyła do niej z kuchni:

- I czego tu szukasz?

Oczy Jany zrobiły się większe od jej piersi i zaczęła coś mówić o wulgarnych Polkach. Dopiero potem ktoś Aśkę uświadomił, że „szukać” to po słowacku bardzo wulgarne określenie na „uprawiać miłość”. No wielkie mi co, skąd ona miała to wiedzieć.

- I dziwię się, że tego nie wiesz, bo chyba wszyscy w Polsce to wiedzą – skwitował później Tomek, obrzucając Aśkę ironicznym spojrzeniem.

Wszyscy w Polsce to wiedzą, jasne. Może w Krakowie. No ona akurat nie wiedziała. Do tej pory w życiu miała co innego do roboty niż uczenie się na pamięć rozmówek polsko – słowackich. Szczególnie działu „Anatomia”.

Potem zresztą nadrobiły z Janą stracony czas, bo wspólnie zajmowały się Panią Marią Juanitą Gonzales, którą w ramach zacieśniania przyjaźni polsko – słowackiej nazwały Babcią Dilerką. Jakoś tak im brzmiało to jej imię i nazwisko.

Jana postawiła Panią Marię Juanitę Gonzales do pionu nie zwracając większej uwagi na jej protesty („nie mogę robić tego, co ona mi każe, bo nie rozumiem ani słowa. Ona mówi po angielsku czy po kolumbijsku, do licha?”).

_Nie ma takiego języka. W Kolumbii mówi się po hiszpańsku. Następna niedouczona, daję słowo. A podobno w naszej części Europy jest taka rewelacyjna edukacja. Jesteście antyambasadorkami Europy Środkowej, dziewczyny._

Profesor się znalazł.

Więc Jana stawiała Panią Marię Juanitę Gonzales do pionu (chyba wbrew jej protestom, huk ją tam wie) i jednocześnie tłumaczyła Aśce:

- Po słowacku frajer to po prostu chłopak.

Aśka kręciła z powątpiewaniem głową i popychała Panią Marię Juanitę Gonzales do łazienki, żeby pod kranem umyć jej głowę. Też chyba wbrew jej protestom. Tak to przynajmniej wyglądało.

- Po polsku mamy coś takiego jak „drapacz chmur” – mówiła Aśka, a Jana zaśmiewała się piętnaście minut: „drapacz chmur, drapacz chmur”.

- I „ufoludka” macie – dodawała jeszcze, a po twarzy ciekły jej łzy radości.

_Wrgbggg!_, burczała Pani Maria Juanita Gonzales, ale żadna z nich nie zwracała na to większej uwagi.

Potem Jana nacierała Panią Marię Juanitę Gonzales czymś, co było w jej łazience i co – miały taką nadzieję – było mydłem. Maria Juanita Gonzales darła się jeszcze głośniej: „wrrwgb”, ale one nie były przecież w stanie zrozumieć, o co jej chodzi, więc kontynuowały wymianę polsko – słowacką (i nacieranie też kontynuowały).

W końcu od tego były.

- Dlaczego u was „miłość” to jest „laska”? – pytała na przykład Asia – Byłam kiedyś na oazie na Słowacji i ksiądz tak tam mówił „laska nebeska”? Laska jak dziewczyna, nie?

- Nie, nie – protestowała Jana i kompletnie nie wiedziała, z czego Aśka się śmieje.

I czemu Maria Juanita Gonzales wzmogła warczenie i coś pokazuje na regulaminie na górze. Tego to już żadna z nich nie wiedziała. Za każdym nie nadążysz.

I tak zostały z Janą… no, może nie przyjaciółkami. Dobrymi koleżankami. I dlatego to do Aśki Jana zwróciła się z propozycją wspólnej imprezy.

- Tylko takiej wiesz, w klubie – powiedziała Jana, mijając Aśkę na trawniku, gdzie Asia „wyprowadzała” panią Berkling i jednocześnie z nieustającą zgrozą przyglądała się Pani Muu, która śpiewała swoją „poo piosenkę”. Prawdziwe hity nigdy się nie nudzą.

Aśka szybko przekalkulowała w głowie. Wjazd to co najmniej dziesięć funtów. Do tego jakiś drink zanim nie znajdą jelenia, który zacznie im stawiać. Nowe rajstopy, bo chyba nic się już nie nadaje. Błyszczyk do ust. A w tym tygodniu miała przesłać Natalii…

- Oj, wy to ciągle. To drogie, tamto drogie. Prawdziwa Polka. A w domu kupisz sobie za zaoszczędzone funty plazmę, żeby oglądać prawdziwe życie, którego nie przeżyłaś, jak był na to czas.

- Dobra, dobra. Przekonałaś mnie – Aśka machnęła ręką Janie przed twarzą – Dwudziesta trzecia.

- I weź dowód. W klubach w Londynie trzeba mieć dwadzieścia jeden lat. Masz skończone, prawda? – Jana spojrzała na nią nagle spanikowana.

- _Jawohl._

Joanna dwadzieścia jeden lat skończyła w maju. Tego samego dnia, kiedy straciła złudzenia przeszukawszy szafę matki. Nie chcecie znaleźć, nie szukajcie. Utrata złudzeń była o wiele gorsza niż utrata dziewictwa trzy lata wcześniej. Choć bolała chyba mniej. Chyba. To się podobno nazywa wyparcie.

Ale co ta dziewczyna z Krainy Nart mogła o tym wszystkim wiedzieć.

Kolejka do klubu była dokładnie taka, jak opisują w przewodnikach po Londynie. Jeśli nie chcesz spędzić całej sobotniej nocy stojąc w kolejce, idź lepiej na kanapkę do Subwaya. Co im szkodziło, i tak nie miały lepszych planów.

Po półtorej godzinie półnaga dziewczyna, która chyba musiała być na jakichś prochach, skoro nie było jej zimno w topie nadającym się raczej na karnawał w Brazylii niż zimną londyńską noc, przyniosła im gorzką czekoladę do picia. Dobre i to.

Po dwóch godzinach Jana wypiła ostatniego drinka, którego przyniosły w torbie, („Co ty myślisz, że Słowaczki nie umieją oszczędzać”) i stwierdziła, że zaraz zacznie tańczyć na chodniku.

Po dwóch godzinach i trzydziestu pięciu minutach wcieliła swoją groźbę w czyn.

Po trzech godzinach uprzejmy angielski policjant zwrócił jej uwagę.

Dobra, żart.

Ciemnoskóry cham w barwach policji królewskiej powiedział, żeby się „ do cholery uspokoiła, bo już chyba ma dość”.

Po trzech godzinach i dwunastu minutach Jana pokornie zrobiła to, o co ją prosił. Po co jej kłopoty.

Po trzech godzinach i czterdziestu minutach weszły do klubu tylko po to, żeby stwierdzić, że rozwodniony drink kosztuje siedem funtów. Muzyka była ogłuszająca, a kolorowe światła sprawiały, że Aśce momentalnie zakręciło się w głowie. Jakaś dziewczyna kłóciła się ze swoim chłopakiem. W pewnym momencie zdjęła kolorowy top i cisnęła nim o ścianę. To, że została w samym brudnobiałym biustonoszu najwyraźniej jej nie przeszkadzało.

- _Shoes_ – niewysoki chłopak o ciemnych włosach i skośnych oczach pociągnął Aśkę za rękę.

- Słucham? W Polsce – odpowiedziała szybko, pewna, że chce wiedzieć, gdzie kupiła swoje wypasione buty (tylko osiemdziesiąt dziewięć dziewięćdziesiąt dziewięć. Złotych polskich).

- _Shoes_. Załóż buty – chłopak mówił teraz z wyraźnym naciskiem i zniecierpliwieniem – Względy higieniczne.

- Okey, okey – Aśka niechętnie wciągnęła szpilki z powrotem na nogi. Za seksowny wygląd zapłaci jej kręgosłup. Kobiety nie mają lekko. Nie tylko dlatego, że okres i poród, jak widać.

- I uważaj na torebkę – młody chłopak w cienkiej koszuli w żaglówki stanął za nią niepostrzeżenie – Londyn niebezpieczne miasto, a londyńscy kieszonkowcy nigdy nie śpią.

- Uważaj też na podrywaczy w klubach – syknęła Aśka – Postawisz mi drinka? Bo jak nie, to spadaj.

- A co ty taka nerwowa jesteś? – roześmiał się chłopak – Postawię, czemu nie. Na drinka też uważaj.

- Bo co? Ktoś mi go ukradnie?

- Pigułka gwałtu i te sprawy. Policja ostrzega. Nie czytałaś… No tak. Nie jesteś stąd. Niech strzelę. Polka?

- Brawo, brawo. Czytałam, że w samym Londynie jest ponad 100 polskich sklepów. To mówi samo za siebie, panie Holmes.

- Sherlock, do usług – chłopak przysunął się nieco bliżej – Kayle – powiedział po chwili, chociaż nie pytała.

- Aśka – mruknęła.

Rozejrzała się po stroboskopowo oświetlonym wnętrzu. Jany nie było w zasięgu wzroku. Miała nadzieję, że ta cała pigułka gwałtu jednak jest przereklamowana.

_Ashka?_ Co to kurwa znaczy?

To imię takie, zdrobnienie, od Joanna.

Wy i te wasze polskie zdrobnienia. _Ashka, Stashek_, _I don`t get it._

Kołysał się lekko, przestępując z nogi na nogę. Musiała przyznać, że ma szczęście. Mogła wyrwać kogoś znacznie gorszego. Choćby tego rumianego Angola, połączenie świnki Piggy z Kermitem. Błe. Dziękuję, postoję.

- Nie jesteś Anglikiem, prawda?

- Przyjechałem z Australii.

Kayle na przegubie miał ślad po gumowej bransoletce, jaką kiedyś nosiło się, jeśli ktoś był chory na cukrzycę albo chciał zaznaczyć, że odda organy po śmierci. Aśka przez chwilę zastanowiła się, co kiedyś chciał zamanifestować światu młody Australijczyk, co teraz nie jest już tak ważne.

- Podoba ci się w Londynie?

Inny zestaw pytań poproszę. Kurwa, co wy jedną ankietę wszyscy wypełnialiście czy co.

- Jest spoko.

- A tobie?

- Niewiele widzę. Oglądam to miasto z perspektywy szklanego biurowca.

Czy to ma znaczyć, że pracuje w City? Fiu, fiu. Teraz powinien nastąpić podziw.

A ja z perspektywy papieru toaletowego. Podcieram pupy. Pomarszczone.

- Ja mieszkam pod miastem. Niewiele zdążyłam zobaczyć.

O czwartej nad ranem dostaje SMS-a od Jany. Coś po słowacku. Mnóstwo dziwnych znaczków nad n i e. Kasuje bez czytania.

Kayle rozmawia z taksówkarzem. W zasadzie to przeprasza go za zabrudzenie tapicerki. Tłumacza do tego nie potrzeba.

Powinna powiedzieć mu, że tak naprawdę to nie ma ochoty na kontynuowanie tego wieczoru, ale jest na to zbyt pijana. Zamiast tego pozwala, żeby Kayle wlepił się w nią mokrymi jak zdechła pijawka ustami.

Do mnie… ciebie…- wyławia z jego bełkotu.

Jest jej coraz bardziej wszystko jedno.

- Ale nie dodałeś mi tej, tej pigułki gwałtu? – pyta jeszcze, nagle zupełnie trzeźwa.

Kayle śmieje się głośno, piskliwie.

Mówi coś szybko, słowa miksują się jak dźwięki dobrego didżeja, Joanna nie rozumie ani słowa. Czeka na _question tagi_ jak na wybawienie, ale Kayle jest Australijczykiem, nie używa takich podpórek. Aśka czuje, jak bez nich opada coraz bardziej w miękkość rozmowy w obcym języku.

Po chwili nie potrafi rozróżnić, gdzie zaczyna się jedno słowo, a kończy następne. Wszystko jest jednym wielkim szumem i szemraniem.

- To wolę do ciebie – mruczy, nie zdając sobie nawet sprawy, że mówi to po polsku.

- _Fucking Poles_ – komentuje ponuro taksówkarz, obrzucając ją pogardliwym spojrzeniem. Ale to już do niej nie dociera.

O szóstej ląduje na trawniku przed ośrodkiem. Jest tak zimno, że trawnik przypomina zielony dywan udekorowany kryształkami Svarovskiego.

Pani Muu wychodzi na swoją codzienną serenadę. Muu. Muu. Muu. A może jednak Poo? Aśka czołga się do pokoju, bo iść nie dałaby rady, żeby tam w spokoju uświnić sobie całą łazienkę. Jutro się posprząta. Niedziela w końcu, nie?

Tomek usiłuje odpalić skype`a. W Polsce cisza. Niedziela w końcu, nie?

PANI MARIA JUANITA GONZALES

Maria Juanita Gonzales całe swoje życie była osobą oddaną zdrowemu odżywianiu się. Kiedy ją wynosili z mieszkania w Islington razem z nią wynieśli: dwa kartony kasz, w tym kaszę jaglaną, kukurydzianą, bulgur, owsianą, quinoa. Pół kartona moli spożywczych, które lubią kasze. Brukselki. Jagody acai. Jeszcze więcej brukselki. Bok choi. Ryż naturalny. Orzechy. Robaki, które mieszkają w orzechach. Plastry łososia przechowywanego tak długo, że wynoszący go tragarz nie mógł opanować torsji i poplamił nimi serwis Pani Marii Juanity Gonzales, który – gdyby go wystawić na eBay – pozwoliłby jej synowi o bardzo anglosaskim imieniu Ted spłacić półroczny pobyt matki w „Rajskiej przystani”.

Gdyby Ted choć trochę znał się na serwisach.

Ale Ted nie znał się na serwisach, więc wyrzucił go czym prędzej do najbliższego śmietnika z ozdobnym wykuciem. Najchętniej zrobiłby to samo z matką, ale na to nie pozwoliłaby mu opieka społeczna i dobre, katolickie wychowanie, które od tejże matki otrzymał.

A matka podobno jeszcze wtedy mówiła.

Mówiła wprawdzie o jedzeniu, przypominała synowi jeszcze jak ją nieśli po tych ozdobnych schodach starego, pseudowiktoriańskiego domu, który kiedyś, rękę dałaby sobie uciąć, zagrał główną rolę w jednym starym brytyjskim serialu, i wtedy Pani Maria Juanita Gonzales mówiła:

- Jedz owsiankę. Królowa też tak robi. Jedz owsiankę.

Więc Ted kiwał pokornie głową, że owszem, będzie jadł, że obiecuje. Potem odstawił matkę do „Rajskiej przystani” i pojechał uprawiać pozamałżeński seks ze swoją siostrzenicą, bo mu się nagle dodatkowe dwadzieścia minut wolnego w ciągu dnia zrobiło.

A Pani Maria Juanita Gonzales zaczęła narzekać na jedzenie w „Rajskiej przystani”. Bo ona jest wegetarianką, a oni dają jej ciągle mięso. Co z tego, że wygląda, jakby to był szpinak. Już ona dobrze wie, czym oni ją tam trują.

To jest mięso w przebraniu.

Tak narzekała sobie codziennie od szóstej dwadzieścia, kiedy to budziła się na swoje pierwsze regularne jak w szwajcarskim zegarku wypróżnienie, Pani Maria Juanita Gonzales. Problem tylko w tym, że tego jej narzekania na jedzenie nikt nie rozumiał, bo do opieki dostawała zwykle dziewczyny, których angielski ograniczał się do „How do you do”, „How do you do”.

I które dopiero po roku pobytu czaiły, że współcześnie nikt tak nie mówi. Chyba że w BBC. Ale BBC nikt normalny w ich wieku nie ogląda. Chyba że na youtube.

A Pani Maria Juanita Gonzales narzekała coraz bardziej i coraz więcej. Na jajka, że jej podnoszą cholesterol. Na mleko, że wzmaga jej alergię. Na orzechy, których nie było w jedzeniu, bo rzekomo wzmagają alergię alergików.

Problem tylko w tym, że Pani Maria Juanita Gonzales mówiła coraz bardziej w sobie tylko zrozumiałym języku. A opiekujące się nią dziewczyny wszystkie „wrgkhb” i „bhbkht” tłumaczyły sobie krótko:

- Ona mówi po kolumbijsku.

Pisały też na Panią Marię Juanitę Gonzales rozliczne skargi. Że przeklina (po kolumbijsku). Że robi pod siebie (niby jej wolno, ale co im szkodzi skargę napisać). Że ukradła koleżance sztuczne kwiaty z wazonu i postawiła u siebie na stole (żeby w końcu dostała opieprz). Że na nie pluje.

Że pluje, że pluje, że pluje.

A potem dziewczyny, które opiekowały się Panią Marią Juanitą Gonzales, postanowiły znaleźć własny sposób na to jej plucie jedzeniem.

Po prostu przestały ją karmić. Nie zważając na to, że (przynajmniej początkowo) protestowała przeciwko tej praktyce.

Po kolumbijsku, rzecz jasna.

NATALIA

- Wstań.

Bądź uprzejma. Bądź miła. Wzmacniaj swoje nastoletnie dziecko pozytywnie. Pokazuj mu, jak może wyglądać świat, gdzie matki są uśmiechnięte i gdzie matkom nie brakuje do pierwszego. Gdzie matki mają choć jedną parę rajstop bez dziur. Gdzie matki mogą gadać o paznokciach żelowych i hybrydowych w realu, a nie tylko w serialu.

- Wstań. Proszę.

Dodawaj „proszę” i „dziękuję”. Pamiętaj, że dziecko uczy się od ciebie. Bądź pozytywnym przykładem.

- Wstań, kurwa, dziś idziesz do szkoły, nie?! Chyba że cię już z niej wywalili!

- Matka, jak ty się wyrażasz?

Nie ma to jak dobre powitanie. To jak śniadanie dla umysłu.

- To jakaś rodzina patologiczna jest czy co? Uważaj na słowa!

Wojtek, wstając, prawie zawadza głową o drążek na suficie. _Po co mu ten drążek?_, myśli Natalia, nagle ogarnięta irracjonalną paniką. _Dresiarzem jakimś jest czy co?_

- O której się wczoraj położyłeś?

- Nie wiem, nie patrzyłem na zegarek. Po dziesiątej jakoś – Wojtek idzie w samych majtkach do kuchni. _Ubierz się_, ma ochotę mu krzyknąć Natalia, ale w ostatniej chwili macha ręką. A nich idzie jak chce. Byle doszedł, zjadł i wyszedł. Byle ten ranek nabrał rozpędu śniegowej kuli. Lawiny.

------------------------------------------------------------------------
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij