-
nowość
Rezerwat ludzi i wilków - ebook
Rezerwat ludzi i wilków - ebook
„Kto was tak urządził, złodzieje? – zapytała sołtyska.
Dwaj byli Romami. Chociaż rabusie, to mieli jakąś hardość w głowach i nie wydali nikogo, ale bułgarskie złodziejaszki, Pawko i Rudy Dymitr, obaj jednocześnie wypluli dwa kamyki:
– Elena.
– Elena”.
Elena, starsza kobieta obdarzona niezwykłym darem uzdrawiania, jest dla mieszkańców Starej Wsi symbolem nadziei. Gdy postanawia przeciwstawić się lokalnemu gangsterowi, uruchamia lawinę wydarzeń, które mogą odmienić los całej społeczności.
Poruszająca, pełna emocji opowieść o uporze, solidarności i walce o ludzką godność. Brutalny realizm i realizm magiczny, kochankowie i gangsterzy, korupcja i waluta cenniejsza niż wszystko – miłość.
Pięknie napisana powieść o sile kobiet, moralnej odwadze i człowieczeństwie wystawionym na najcięższą próbę. Autorka z czułością i humorem pokazuje ludzi żyjących na obrzeżach świata, przypominając, że nawet w najciemniejszych miejscach można odnaleźć nadzieję.
Zdrawka Ewtimowa – jedna z ważniejszych współczesnych pisarek bułgarskich i tłumaczka literacka z języka angielskiego, francuskiego i niemieckiego. Ceniona za intensywność emocjonalną twórczości i stawianie mocnych pytań o granice i moralność.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna obca |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8435-138-3 |
| Rozmiar pliku: | 1,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
– Pójdę, ale twój syn ma kupić trutkę na karaluchy. I ją wypić.
– To jego sprawa – ucięła babcia.
Syn babci Eleny jest moim ojcem.
A babcia Elena jest taka właśnie, nie ciągnie jej do gadania. Chwyciła żelazny pręt, którym kiedyś przepędzała Gasza, naszego psa, mojego najlepszego przyjaciela, ale częściej chodziła z tym żelastwem nocą po naszym czereśniowym sadzie i uczyła złodziei rozumu. Czy teraz nauczy rozumu mamę?
Kim właściwie jest ta jadowita kobieta, która nosi pod spódnicą szron i potrafi poparzyć nim ogrody? – pytali ludzie w Starej Wsi o moją babcią Elenę, zupełnie jak gdyby nie wiedzieli. Dawno już postanowili ją złamać, ale pewnego dnia w czereśniowym sadzie rozległy się takie krzyki i jęki, że miało się wrażenie, jakby cała Stara Wieś stękała w agonii. A to nie cała wieś zaczęła umierać, tylko czterech takich – mężczyźni jak byczki, ogromni, z nogami omotanymi sznurem (poznałam ten sznur, ojciec trzymał go w szafie z narzędziami, zanim pojechał na zarobek do Hiszpanii), a ręce mieli związane sizalem. Wtedy nastał niepokój.
– Kto was tak urządził, złodzieje? – zapytała sołtyska.
Dwaj byli Romami. Chociaż rabusie, to mieli jakąś hardość w głowach i nie wydali nikogo, ale bułgarskie złodziejaszki, Pawko i Rudy Dymitr, obaj jednocześnie wypluli dwa kamyki:
– Elena.
– Elena.
To, że ich związała, to mało, ale jeszcze ich obrobiła żelazną lagą – na plecach błyszczały im fioletowe plamy. A na czołach – nie wiem, co rozżarzyła, ale wypaliła im znak na skórze.
Jeszcze tego samego dnia, pod wieczór, wpadł do nas, prosto do kuchni, Rudy Dymitr, obwiązany bandażami i gazą od szyi w górę. Tylko nos miał zostawiony na widoku. W domu byłyśmy ja i babcia Elena, która pobrzękiwała w zlewie naczyniami.
– Ej, ty, wariatko! – krzyknął rudy i machnął ręką przed babcią. – Jutro dam ci popalić.
– Próbuj – zaprosiła go babcia i dalej myła naczynia.
Rudy się pokręcił, zadarł nos jak ważniak, ale zaczął się zbierać. Poszedł sobie.
– Jadę kupić sznur na twoją szyję, starucho – krzyknął jeszcze od bramy.
Babcia Elena co wieczór każe mi czytać głośno jedną stronę Pippi Pończoszanki. Ja jeszcze nie chodzę do szkoły i nie muszę czytać, ale jak nie otworzę książki, to mi nie daje kolacji.
– Zaczynaj! – nakazuje mi, a nieposłuszne litery zaczynają ruszać głowami. Wychylają się, nie mogę ich zlepić jednej z drugą, a ponieważ chce mi się jeść, żołądek wyrywa mi się stąd aż do kredensu i zaczynam zmyślać. – Pippi była głodna. Poszła zebrać pomidory w ogrodzie razem z pieskiem Gaszo, żeby jej nie przestraszył Rudy Dymitr.
– W Pippi nic nie ma o Rudym Dymitrze. – Babcia Elena wyjmuje książkę z moich rąk i wpycha mnie do pokoju, żebym spała.
– Daj mi chleba, babciu – proszę ją, ale ona nie otwiera drzwi. – Nie mogę zasnąć.
Babcia nie otwiera drzwi.
Wiem, że mogę skamleć do rana, ale nie dostanę zupy, dlatego całkiem cicho i spokojnie, jakbym w ogóle nie umierała z głodu, mówię:
– Babciu, daj mi poczytać Pippi Pończoszankę.
Wtedy ona otwiera książkę na stronie jedenastej, siadam obok niej na krześle i wolniutko, jak gąsienica z urwaną głową, zaczynam sylabizować. Słowa są długie, ważą sto ton, ale póki nie przeczytam rozdziału do końca, nie będzie ani chleba, ani białego sera. Tylko jednego wieczoru, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, babcia dała mi kawałek czekolady.
– Ładnie czytałaś, bez zacinania się – powiedziała. – Masz!
Wtedy zrozumiałam, że żeby nie głodować w ciemnym pokoju i oprócz fasolówki dostać jeszcze deser, trzeba mówić jasno. Dlatego tamtego dnia zapytałam mamę bardzo wyraźnie, bez zająknięcia:
– Wyjeżdżasz na zawsze?
Wiem, że „na zawsze” zaczyna się za piekarnią bliźniaczek Didy i Dony i nigdzie się nie kończy. Matka układa rajstopy w walizce, a ty trafiasz w „na zawsze”, nie dostajesz niczego na obiad. Boli cię brzuch. Babcia Elena może cię wygnać do spania w psiej budzie Gosza tylko dlatego, że się spóźniłaś do sklepu Didy i Dony i nie kupiłaś chleba. Znaczy się – będziesz jadła piasek.
– Wyjeżdżam na zawsze – mówi mama. – Zostań z babcią. Z ciebie i tak nic więcej nie wyrośnie jak zbieraczka fasoli.
W tym momencie dostrzegłam, jak babcia Elena chwyta za żelazną lagę, którą namalowała tatuaże na plecach Rudego Dymitra i pozostałych rabusiów, i opiera ją o plecy mamy.
– Jeśli jeszcze raz powiesz, że z dziecka nic nie będzie, odetnę ci język – spokojnie mówi babcia Elena i jeszcze spokojniej wyjmuje nóż z szuflady kredensu.
Mama nie dała rady się dumnie wyprostować, tak jak zwykle, gdy chodziła po placu. Odpowiedziała całkiem obojętnie:
– Nic złego nie mówię o dziecku. Nie ma nic złego w zbieraniu fasoli. – I zamilkła. Ja też bym zamilkła, gdybym była na jej miejscu.
Babcia odłożyła nóż na stół.
Mama zaczęła się zbierać do wyjścia. Nagle zatęskniłam za nią. Dawała mi swoje kosmetyki i pomadki, mówiła mi:
– Jesteś taką ładną dziewczynką. Szkoda, że dorastasz w tym dzikim kraju.
– Mamo, kocham cię – krzyknęłam całkiem szczerze. – Nie chcę, żebyś wyjeżdżała! – Tak czy siak całe życie będę zbierać fasolę, ale żeby mama przynajmniej od czasu do czasu się koło mnie pokręciła. Była taka piękna.
– Twoja mama jest bardzo ładna – powiedziała babcia Elena. A co babcia powie, to jest prawdą. Nawet więcej niż prawdą, jej słowa są dla całego Radomiru jak stal. Szkoda, że dodała: – Ale nie jest człowiekiem.
Spojrzałam, żeby zobaczyć, co się dzieje z mamą. Czy się nie zamieniła we wróbelka albo bułeczkę. Wybiegłam na chodnik i co widzę – mama wciąż była kobietą. Wysoka, zaczerwieniona na twarzy, szła z głową podniesioną wysoko – tak wysoko jak flaga Unii Europejskiej na placu. Sąsiadki wyszły przed bramy i patrzyły na nią w milczeniu i bezruchu, zupełnie jakby je ktoś związał sznurem.
***
Kiedy Rudy Dymitr wparował do nas, pomyślałam: „Nie ma żelaznej lagi babci Eleny. To koniec. Mama już dawno zadarła spódnicę jak flagę i jej też nie ma, ojciec zarabia pieniądze gdzieś za morzem, nawet za oceanem. Jak zatłuką babcię Elenę, to gdzie ja się podzieję? Mam dwa lewy i trzydzieści dwie stotinki, półtora kawałka chleba. Rozjątrzona i zła, rana wykopana babcinym żelazem na czole Rudego Dymitra wyglądała jak jama.
Obserwuję – babcia Elena nie ma drewna, nie ma noża, nie ma żelaza w ręce, cała się zatopiła w swojej brązowej sukni. Zapewne tak też umrze – w tym brzydkim ubraniu. A ja w czym umrę? Odkąd babcia pogruchotała czterech złodziei, żadne dziecko nie chce się ze mną bawić. Zupełnie jakbym to ja biła rabusiów. W tych stronach nie jest dobrze bić rabusiów – za dwa dni będą bić ciebie. Rozetrą cię.
Łypię okiem strachliwie. I co widzę – babcia Elena ani nie drży, ani nie kaszle.
Rudy Dymitr wyciągnął nóż, nacisnął coś na rączce i ostrze wyskoczyło jak jaszczurka na kamień.
Babcia Elena w ogóle tego nie zauważyła – obierała kartofel, zupełnie tak, jakby niebo miało się zapaść, jeśli nie dokończy obierania tego parszywego kartofla.
– Dokąd poszła Sijana? – zapytał Rudy Dymitr.
Sijana to moja mama.
Ale skąd mam wiedzieć, że on szuka właśnie mojej mamy. Sąsiadka, która jest kucharką w przedszkolu, też się nazywa Sijana. Babcia Sijana Kłótnica mieszkała całkiem blisko nas. Której z nich poszukiwał Rudy Dymitr? Jego nóż, złakniony krwi, oparł się o policzek babci Eleny, ja pomyślałam „Potnie ją”, ale ona dalej obierała kartofel, zupełnie jakby miał skórę z granitu i nie mogła jej obrobić.
– Gdzie jest twoja synowa?
– Zapytaj jeszcze raz, gdzie jest, to ci odetnę ucho – powiedziała babcia. Głos miała kamienny jak ten kartofel, nic z niego nie da się zjeść.
– Starucho! Ona wybrała mnie. Zostawiła twojego syna – powiedział Rudy Dymitr. – Twój syn jest grudą łoju, a ładna kobieta łoju nie jada. Dokąd poszła Sijana?
– Skoro nie ma jej u ciebie, to pewnie jest z jakimś innym śmieciem – objaśniła równo i gładko babcia Elena. – Sijana więcej nie będzie spała pod moim dachem. Zapisz to sobie gdzieś.
Wtedy ja cichutko – ponieważ jestem mała i nic nie znaczę, nie mam kamieni szlachetnych ani złota, zrobiłam krok w stronę okna i zobaczyłam ich – Pawko i Wowka, rozbójnicy, sterczeli pod bramą.
A tak już jest, że jak ci dwaj pałętają się przed czyjąś zagrodą, jeszcze zanim w telewizji zacznie się Panorama, to budynek płonie z czterech stron.
– Jeśli mój dom zajmie się ogniem z czterech stron – zaczęła babcia Elena spokojniej niż człowiek, który prowadził Panoramę – zrobię napar, który wyżera rany. Rany, które ja otwieram, nie goją się. Twoim kolegom też się nie wygoją. Będziecie przeklinać każdy dzień na tym świecie, jeśli mi podpalicie dom.
Zawsze się boję takiego głosu babci. Każde jej słowo było płomieniem. Położyłam się na ziemi, żeby i mnie nie podpaliła.
Rudy Dymitr opuścił nóż, teraz to już nie był nóż, ale robak.
– Gdzie jest Sijana? – powtórzył, żeby tylko coś powiedzieć.
Babcia Elena pracowała dalej, nie patrząc na niego, i z pewnością tylko ja widziałam, jak Rudy Dymitr wymachuje rękami.
Ci dwaj, co stali na ulicy przed bramą, teraz wleźli na podwórze.
– Rąbać! – rozkazał Rudy Dymitr.
Tamci rzucili się z siekierami do tej czereśni, która rodziła owoce wielkości jajek.
– Niee! – krzyknęłam.
Kochałam tę czereśnię. Nie mam brata ani siostry, dzieci się ze mną nie bawią, odkąd babcia zadarła z rozbójnikami, więc kiedy siadałam pod czereśnią, wydawało mi się, że gwiazdy lądują na jej gałęziach specjalnie dla mnie. Całe lato zanosiłam jej w wiaderku wodę z rzeki.
– Nie róbcie tego!
– Nie kwicz – zgasiła mnie babcia Elena.
I jeszcze słowa nie zdążyły zaschnąć jej na ustach, kiedy wyciągnęła pistolet. To jest pistolet mojego taty – biedak, kupił go na czarno za całą ciężarówkę pieniędzy. Pewnie chciał nastraszyć mamę, żeby nie uciekła od niego do takiego pajaca jak Rudy Dymitr.
Ale mama nie była strachliwa.
Pistolet był pusty jak moja portmonetka. Ja jednak chodziłam po ulicy i nosiłam swoją portmonetkę na szyi na złotym łańcuszku. Wszyscy mi zazdrościli i nie wiedzieli, że ani łańcuszek nie jest złoty, ani portmonetka nie jest bogata. Była samotna tak jak ja. Mój ojciec popędził za pieniędzmi – tak mi wyjaśniła mama, co znaczyło, że wyjechał na marne. Biedactwo, nie wiedział, że pieniądze zabijają okrutniej niż pistolety.
Tymczasem babcia Elena uniosła spokojnie pistolet do głowy Rudego Dymitra i powiedziała:
– Jeśli siekiera dotknie mojej czereśni, zatłukę cię tu na miejscu, Rudy Dymitrze.
– Pistolet jest pusty, starucho.
Ja też wiedziałam, że nie ma w nim prochu ani nabojów.
Było jednak inaczej.
Babcia strzeliła w górę, ku niebu, a pistolet huknął straszniej niż grom. Rudy Dymitr padł pod zlewem.
– Nie strzelałam do ciebie, łachudro – powiedziała babcia Elena. – Zastrzelę cię, jak dotkniecie moją czereśnię. Rozumiesz mnie?
Rudy Dymitr otworzył usta, ale nie wyszło z nich nic. Babcia chlusnęła mu kubek wody na głowę, a potem sama nie wiem skąd wzięła żelazną lagę – pewnie chowała ją między butlami, które trzymaliśmy na wypadek, gdyby wyłączyli wodę. Grzmotnęła żelazem po udach Rudego Dymitra.
– Won – powiedziała babcia. Rudy Dymitr się podniósł. – Nie zapraszałam cię. Dlatego wyjdziesz stąd, czołgając się. Albo umrzesz.
Widziałam to – wielki mężczyzna, który zamiast włosów miał pęk marchewek, szedł na czworakach ścieżką w kierunku bramy. Giął się w ósemki, przeginał jak prawdziwy smok. Babcia Elena dała mu jeszcze żelazem po piętach. Gdybym to była ja, to nie zmuszałabym wielkiego rudego człowieka, żeby pełzał przede mną jak niemowlak, ale ja nie jestem moją babcią Eleną. Zrobiło mi się żal.
– Nie męcz go, babciu – poprosiłam.
Nie wiem, jak to się stało. Poczułam nagle, jak wierzchnia strona jej dłoni trafia mnie w policzek. Chcąc nie chcąc, poturlałam się niedaleko tego, który pełzał obok naszego domu.
***
Jestem Christo. Większość ludzi kpi ze mnie „to ten tam, pamiętasz” albo „syn Eleny Zielarki”. Wiem o tym.
– Sijana się wyprowadziła do Rudego Dymitra – powiedziała mama, gotując jakiś wywar na bóle w karku. Po chwili, tak jakby zupełnie nie otwierała wcześniej ust, dodała: – Miętki kędzierzawej mi przynieś.
Nie wiedziałem, co mam przynieść, zapomniałem, co to jest miętka kędzierzawa. Nie orientowałem się, gdzie jestem. Matka nie mogła mi pomóc. Zwichnięcia nastawiała, zaciśnięty nerw umiała wyciągnąć z kleszczy obolałych kręgów, tak że zapominałeś o bólu. Rozjątrzoną wątrobę uciszała. Złe jelita się uspokajały od jej naparów. Ale dla mnie nie mogła uczynić magii. Matka zresztą nienawidziła tego słowa. Nie ma magii. Są szarlatani.
Sijana była moją żoną.
Czy gdyby mama mogła pomóc, to zostawiłaby mnie, własnego syna, żebym szedł, nie widząc, gdzie stąpam? Żebym mówił, nie wiedząc, o czym opowiadam, żebym widział Sijanę w gałęziach jabłoni i w butelce z wodą mineralną. Żebym sobie wyobrażał, jak przegryzam kark Rudego Dymitra.
Gdyby to było możliwe, mama by mnie wyleczyła.
Mój ojciec był bardzo ładnym człowiekiem, ciągnęło go do włóczęgi i do rakii, tam, gdzie był hałas i piosenki, tam on był pierwszy. Lekki charakter – latawiec, nie krzyczał, nie marudził, mówił do mnie:
– Christo, chodź, usiądź przy mnie, synku, wtedy piwo nie będzie gorzkie.
Albo:
– Ice, synku, masz pieniądze? Jak masz mało, to weź te dwadzieścia lewów, bo mężczyzna bez pieniędzy jest jak sucha ośla skóra. Umarł osioł, ciągnął, męczył się, dość miał męki, dość miał ciągnięcia towarów. Tylko skóra z niego została i wisi sucha jak popiół, bez jednego grosika. Tylko na kiełbasę można przerobić tego wymęczonego osła. Nie chcę, synu, żebyś stał się materiałem na kiełbasę, popatrz na mnie: czy ja jestem podobny do kiełbasy? Nie jestem, prawda. Zapomnij o Rudym Dymitrze. Ty jesteś krew z mojej krwi. Nie mogę patrzeć, jak gaśniesz niby świeczka.
Tata był ładny. Kobiety to rozumiały, podziwiały jego urodę i nie przestawały czynić aluzji: „Drogi, miły, piękny. Jak stal jesteś, Damianie. Żelazo!”. A on, żeby ich nie obrazić, odpowiadał. Odpowiadał, ale do czasu. Potem przestał odpowiadać.
Wystarczyło, że mama spojrzała, a ojciec błyskawicznie zostawiał rakiję, wesołość i kobietę.
– Powiedz coś, Lenko, duszyczko – mówił do niej tata.
Tak dla szyderstwa nazywali mamę w Radomirze – „Duszyczka Lenka”.
Nie rozumiem… Pod powiekami, kiedy zamykam oczy, widzę Sijanę – jak pył na ulicach. Miękka i delikatna. Ona wypełnia moją krew, moje wnętrzności. Drwią ze mnie prosto w oczy: „W czasie jak ty zasuwasz dla pieniędzy i budujesz stacje benzynowe w Hiszpanii, ona i Rudy Dymitr… Nie myśl, że skoro macie córkę, to masz kobietę uwiązaną do siebie. Nikt, drogi chłopcze, nie może upleść powrozu, którym przywiąże Sijanę. Dymitr jest bogaty. Zapisz to sobie gdzieś i czytaj trzy razy dziennie”.
Nie mogę jej wybaczyć. Nie mogę bez niej. Zapewne niedługo zgarnie mnie ta, która każdego człowieka prowadzi na tamtą stronę. Gdziekolwiek trafię, nie dostrzegę ani światła, ani mroku. I w najczarniejszym, i w najjaśniejszym będę widział tylko ją.
Mój ojciec przestał mieć ciągoty do kobiet. Już się za nimi nie ogląda. Biedaczek, im starszy się robi, tym ładniejsza staje się jego twarz.
Nie słyszałem, żeby się kłócił ze starą. Nigdy.
Nie potrafię sobie tego objaśnić. Mężczyzna, do którego dzwonią dziesiątki spódniczek, rozgrzewają jego telefon, wszystkie młode, zadbane, a on trwa przy mojej mamie. I dlaczego właśnie przy niej? Dla maści i naparów? Nie, mój ojciec jest zdrów jak ta góra naprzeciwko. Ani deszcz, ani susza, ani lód czy żar mu nie szkodzą. Zapewne Pan Bóg patrzył w inną stronę i nie pokazał tacie zakrętu, gdzie mógłby okrężną drogą odjechać daleko od mamy.
Mama kalkulowała, jak w danym tygodniu związać koniec z końcem, a gotowała tak, że można było jeść obierki od ziemniaków, które kroiła, albo połknąć patelnię, kiedy jej potrawa się skończyła.
– Sijana… – zaczęła pewnego wieczoru.
– Nie mów o niej nic złego – przerwałem jej.
Mama wspomniała, że Sijana zostawiła Rudego Dymitra, wpadła na chwilę do nas, ale zaraz wybyła. O nic nie pytała. Nic nie mówiła. Ja byłem w Sofii, szukałem kołpaków do samochodu. Wtedy się rozchorowałem.
Mama mnie wyprowadziła na światło dzienne.
Dalej gotowała te swoje maści i napary. Hodowała aloes i chińską głożynę, mieszała najróżniejsze trucizny z nasion lnu i jesionu. Przychodzili do nas ludzie kulawi i pokręceni – smarowała ich chore miejsca, dawała im wywary, mazidła, a ludzie, początkowo wygięci jak podkowy, powoli podnosili czoła i zaczynali chodzić wyprostowani. Płacili – mieliśmy pieniądze, ale to nie pieniądze przyciągały tatę.
On, kiedy był przy forsie, pił i stawiał do oporu, do pustki w kieszeni. Kiedy nie miał, spuszczał uszy na dół i szedł do jakiegoś kolegi, żeby ten mu postawił.
– Ładnego masz tatę – mówiły mi kobiety i dziewczyny i dawały mi do przekazania listy do niego. On ich nie czytał, rzucał je, jakby były utytłane smarem, a mimo to czasem jakiś cholerny liścik trafiał do jego kieszeni i mama go przejmowała.
Od dzieciństwa nie słyszałem, żeby wrzeszczała albo krzyczała. Jak to robiła – nie wiem. A ojciec, biedactwo, opuszczał głowę do ziemi jak worek z popiołem i wołał mnie:
– Chodź, Ice, będziemy jeść kolację. – Potem mi czytał bajkę.
Mówię ci – to był charakter jak źródło – czysta, miękka woda od góry do dołu. Z powodu ostrego spojrzenia mamy było mu smutno tylko do połowy drugiej strony bajki i kiedy carski syn ruszał, żeby zabić smoka, zaczynał się głośno śmiać. Ja też zaczynałem się głośno śmiać razem z nim. Kiedy ktoś mnie pytał, czym jest dzieciństwo, mówiłem: „Mój ojciec, Damian, czyta mi bajkę o jakimś smoku”.
To nie pieniądze trzymały go przy mamie, bo kiedy odbierał pensję, mówił: „Chodź, Ice” i jechaliśmy razem do Sofii. Wsiadaliśmy do pociągu – wspaniałego pociągu! A mój ojciec – dwa razy wspanialszy! W jednej z kieszeni miał czekoladę i kucał, żebym ją sobie znalazł. W drugiej kieszeni miał ciastko. Prowadził mnie do najdroższego sklepu, ubierał w najdroższe spodnie, kupowaliśmy je i „Chodź, Ice – mówił – idziemy do kina”.
Niczego z tych filmów, które oglądaliśmy, nie rozumiałem. Wystarczało mi, że widziałem, jak on się śmieje, i ja też się śmiałem.
– Twoja mama jest spokojna, jak jesteś ze mną – powiedział mi pewnego razu. – Bo inaczej podejrzewa, że jakaś kobieta się mnie uczepi.
Bo kobiety to są osoby nachalne, przyklejały się do taty nawet wtedy, gdy byłem z nim, nadeptywały mu na buty, szczypały go, ale ja – o, ja po prostu broniłem go pięścią, żeby mógł się przy mnie rozluźnić. Ale nie zostawiały go w spokoju. Dlatego już od drzwi go szarpałem, żebyśmy się zebrali i ruszyli do domu. Pan Bóg zapewne obserwował i sprawdzał, jak się toczą boże sprawy na ziemi, ale przez sekundę się rozproszył i uczynił niektórych ludzi pięknymi bez miary. Mój ojciec był właśnie taki. Nikt nie mówił na niego „Damian”, mówili na niego „Śliczny”. Potem zaczęli go nazywać „Duży Śliczny”, a mnie „Mały Śliczny”.
Zrozumiałem, co to znaczy być ładnym – kobiety wokół ciebie, mrówki i mrowisko, a ty widzisz Sijanę. Widzisz ją jeszcze od czasów przedszkola „Graowcze” w Radomirze. Piszą do ciebie listy dziewczęta w różowych żakietach, nawet mężczyźni do ciebie piszą, ale mama – jak tylko zobaczy list w twojej kieszeni, zamyka cię w komórce. Nie krzyczy, nie złości się, spogląda tylko na komórkę i ty sam wchodzisz do środka, cały dzień bez jedzenia z powodu jednego listu. Ojciec od tyłu, przez okno komórki, które wychodzi na kurnik, podsuwa mi chleb i kiełbasę. Mama raz go na tym dorwała i wygnała go z domu na tydzień.
Mówię sobie: „Brawo, tato, masz tydzień na zabawę z kobietami, możesz chodzić łowić ryby, możesz wysłać totolotka, możesz nic nie robić…”. A on, biedny, przychodzi wieczorem, zebrał jakiś bukiecik w polu – bardziej badyle niż bukiet, i podaje go mamie z poczuciem winy.
– Lenko, proszę cię, bez dziecka nie wytrzymam.
Wtedy widzę, że mama się uśmiecha, ale bardzo słabo się uśmiecha, bo też jej twarz to nie twarz, lecz potok górski – nie wiesz, w którą stronę cię obróci. Kiedy potok się uśmiechnie, sprawy nie idą w dobrym kierunku. Ale wtedy mama zapomniała, że ma być taka jak zwykle, czyli z żelaza. A ja się przestraszyłem – może jest chora? Skąd weźmiemy pieniądze, jeśli będzie chorować? Kto będzie leczył kulawych i poskręcanych ludzi, kto będzie robił maści? Kto będzie się opiekował tatą i mną? Tato jako maszynista nie zarabiał zbyt wiele, a kiedy zarobił, zaczynał ludziom stawiać.
Moja matka w ogóle na mnie nie patrzy. Szczególnie kiedy zaczynam opowiadać coś o Sijanie.
– Twój syn jest jak ciasto – mówi do taty i nie pozwala mu wrócić do domu.
Może zawinił czymś jeszcze, nie wiem. Ale według mnie pod jego czaszką było miejsce tylko dla mamy. Tato wszystko był w stanie znieść – ciasto, przypaloną skórkę, głód i przejedzenie. Zasypiał na zewnątrz, na ławce, uśmiechnięty jak księżyc w pełni. Wszystko przełykał i machał ręką. Był jak wiatr, tyle ile złego wiatr pamięta, tyle i on.
Kiedy miałem karę i siedziałem sam w swoim pokoju, przechodził z tyłu, za oknem, i wyciągał latarkę – kupiliśmy ją wspólnie na jarmarku w Starej Wsi i nazwaliśmy ją „błękitny elektryczny motyl”. Tak się tą latarką cieszyliśmy, że chodziliśmy trzy razy, żeby „oblać” zakup. Raz zrobiliśmy to kiełbaskami, dwa dni później – flaczkami, a potem jeszcze ciastkami i bozą¹. No więc brał mój ojciec latarkę, siadał pod oknem komórki i zaczynał czytać tę bajkę o smoku. Już na drugiej stronie zaczynała go śmieszyć i mimo tego, że był wygnany z domu na dwór, a ja siedziałem zamknięty w komórce, obaj się śmialiśmy, że aż nas skręcało, i wcale się nie bałem, że mama przechwyci kolejny list miłosny do niego albo do mnie. Wciąż moglibyśmy się śmiać razem z tatą i gdybym mógł – jeślibym tylko przestał widzieć Sijanę, gdziekolwiek spojrzę – jeszcze dziś zabrałbym go na piwo. Nie wiem tylko, gdzie jest ta książeczka o smoku. To nic. On kupił inną – o siedmiu koziołkach i kotach w butach, dla „twojej pięknej córki, Ice”.
Mówiąc wprost: kiedy przyprowadziłem Sijanę do mamy, mama nie odezwała się przez godzinę. Wiem, że się przygotowała, upiekła królika, również domowy chlebek, ale nie wstała, by poczęstować swoją pieczenią, i nie podała chleba na stół. Mój ojciec – ach, jakże się cieszę, że dałem córce imię po nim, Damiana – wstał, pokroił mięso i rozłożył na talerze, podał jedzenie – najpierw Sijanie, potem mnie. Podzielił chlebek na części. Pierwszy kawałek podał Sijanie. Wtedy mama powiedziała:
– Christo, bardzo będziesz cierpiał.
– Dlaczego ma cierpieć? – zapytała moja dziewczyna, moja Sijana. – Dlaczego tak mówisz?
– Bo widzę, co robisz – powiedziała mama. – Rano jesteś z jednym, wieczorem już z innym. Jutro z…
Moja mama jest wysoką kobietą, prawie jak ojciec, a szczupłą jak sznurek. Odwróciła się plecami do nas, do talerzy z pieczonym królikiem, do chleba.
– No to… – Widzę, że ojciec stara się uśmiechnąć i w końcu się uśmiecha, bo jego serce jest jak czerwcowy wiatr. Odlatuje od tego, co złe, i leci ku czemuś wesołemu. – Cóż, jedzmy.
Cierpiałem i ciepię, tato. Ale nawet gdybym wtedy wiedział, że Sijana odejdzie, że Rudy Dymitr będzie pogwizdywał za mną, a jego przydupasy będą się ze mnie nabijać… Jestem z twojej krwi, tato. Jeszcze raz zrobiłbym tak samo – zjadłbym tego królika, ten domowy chlebek. Jeszcze raz chwyciłbym moją dziewczynę za rękę, bo bez niej brakuje mi powietrza.
– Ice, masz cudowne dziecko. – Ojciec zawsze zmienia temat na jakiś przyjemniejszy.
Jesteśmy ze sobą we wszystkim zgodni, tylko nie rozumiem, dlaczego nie lubi Sijany.
– Ona ci da popalić – westchnął.
Dlaczego to powiedział? Nie jest człowiekiem strachliwym. Nie chciał też zbytnio ugiąć się przed mamą, żeby go przypadkiem znów nie wygoniła z domu. Jestem pewien.
– Weź się w garść – powiedziała mi matka, kiedy mnie poinformowali o Sijanie i Rudym Dymitrze. A ja płonąłem od gorączki. Wróciłem właśnie z budowy w Hiszpanii. Mojej dziewczyny nie było. – Zobacz, jaką masz ładną córkę.
Jak ma nie być ładna.
Przecież jej matką jest Sijana.
***
Jestem Sijana, wciąż jeszcze mężatka. Wciąż żona Christa. A oto, co moja matka myśli o moim życiu:
– Posłuchaj, co ci powiem, idiotko, i sobie to najlepiej zapisz.
Mama jest bardzo ładna, wciąż jeszcze się mówi, że miała najładniejszy profil na południe od Witoszy, a na południe od Witoszy oprócz błota i zabijaków są tylko latem żmije, a jesienią pijawki.
– Jeśli chcesz zostać tutaj, jeśli chcesz, żeby ci oczy wypłynęły od czytania podręczników, to możesz już teraz kupić sznur i się powiesić. Załóż okulary, stań się neurasteniczką, czuj się zobowiązana wobec wszystkiego, co żywe, i ukończ uniwersytet z wynikiem celującym. Bardzo proszę! Zostaniesz nauczycielką w Technikum Spożywczo-Gastronomicznym, innymi słowy, będziesz uczyć niegramotnych w gastronomiku. Będziesz dostawać tyle, że do końca życia będziesz się ubierać w lumpeksie. W twoim domu będzie zapach preparatów przeciwko karaluchom – tu mama ścisnęła nos i całkiem spokojnie kontynuowała – raz do roku pojedziesz na wycieczkę do Ruse i całymi tygodniami będziesz się tym chwalić przed innymi nauczycielkami. Uczniowie będą mówić między sobą: „Co za tępa dziunia z tej naszej matematyczki”, i będą mieli rację, chociaż sami przyjdą na lekcje upaleni albo po kilku głębszych. A w czasie jak im będziesz opowiadać o Pitagorasie i jego teoremacie, oni oprą czoła o stoliki przed sobą, będą ziewać i drzemać, jeśli w ogóle okażą wolę przyczłapania do szkoły. Co drugi dzień będą się do ciebie zgłaszać różne typki, żebyś przepytała ich „dziecko”. Ale jak przepytasz dziecko i mu postawisz pałę, na którą zasługuje, nie!, której się całym sobą domaga, to nagle się przedziurawią opony w twoim osiemnastoletnim samochodzie. Na masce śrubokrętem ktoś wydrapie „szmata”, „śmieć”, „krowa” i to będą najłagodniejsze określenia, bo nie mówię o niecenzuralnych wyznaniach, które wykwitną na twoim samochodzie. Zaczepią cię, jak pewnego wieczoru będziesz wracać do domu, i jeśli nie skręcą ci karku, to z pewnością z nosa pocieknie ci tyle krwi, że dostaniesz anemii. A jeśli postawisz dziecku piątkę, jak to się zwykle robi, ojciec dziecka będzie oburzony, że jego potomek został przez ciebie okrutnie niedoceniony, bo on, według rodzica, on jest geniuszem.
W mieście będzie aż kipiało od gadania, że powinno się ciebie zamknąć w psychiatryku. Zauważą, że kupiłaś płaszcz w podłym sklepie „Druga szansa”, gdzie oferują ubrania po zmarłych babciach. Ale jeśli ocenisz „dziecko” na szóstkę, dostaniesz w prezencie butelkę whisky, czekoladowe pralinki i francuski szal; zaproszą cię na zakupy z rabatem w sklepach wdzięcznej matki. Podarują ci bezpłatne wczasy nad morzem i będą cię oczekiwać na urodzinowym przyjęciu ich doskonałego następcy w biznesie. A on się okaże człowiekiem innowacyjnym, nienawidzącym nudy, dlatego będzie pisał „adrez” z „z” na końcu, a rzeczownik „fajka” zapisze jako „faika”. I młody pan ukończy liceum ze średnią wyższą, niż miałaś ty na dyplomie, moja córko, ty, która zatruwałaś sobie oczy i umysł algebrą, geometrią i literaturą. Ten człowiek, moja droga, jutro zostanie dyrektorem szkoły, w której uczysz.
Mama przegryzła trzy orzeszki laskowe i się uśmiechnęła.
– Szkoda, Sijana, szkoda takich biednych, durnych dzieciaków, jak ty kiedyś byłaś. Taki egzemplarz wykończony przez naukę. Matka siedzi w Monachium i czyści toalety szczęśliwych monachijskich obywateli, ojciec w Madrycie kładzie kafelki w łazienkach hiszpańskich seniorów i seniorit. Dziecko mieszka z babcią. I tak jak ty pleśnieje nad książkami. Wciąż jeszcze chcesz zostać na południe od Witoszy?
Mama zwykle nie mówi tak wiele, co każe mi sądzić, że strzeliła sobie whisky. Robi to rzadko, ale ja się cieszę, bo wtedy mówi do mnie długo. Zawsze mieszkałyśmy we dwie. Z moim ojcem się rozwiodła, co jej nie przeszkadzało wysyłać mnie do niego, żebym zrobiła sondaż w sprawie pomocy finansowej. Była nauczycielką matematyki, została księgową i finansistką. Po moim ojcu pojawił się u nas pewien inżynier, który bardzo szybko się rozchorował, nie wiem, od czego – palił, kaszlał. Mama prędko go odtransportowała do jego matki. Niedługo potem przybył jeszcze jeden inżynier. Ten lubił mówić – głośno i rozwlekle, głos miał nieprzyjemny, ale dysponował zasobami finansowymi. Niedobre było to, że często nas odwiedzała jego córka w poszukiwaniu zastrzyków w euro.
To była bezczelna dziewczyna, która twierdziła, że mama rozwaliła ich rodzinę. Dobrze, że ten człowiek też się rozchorował. Nie jestem pewna, na co. Mama poprosiła, żebym zebrała jego ubrania do worka, i razem zawiozłyśmy inżyniera do jego byłej żony. W sumie to jeszcze nie byli rozwiedzeni, ale ta żona nie chciała go przyjąć. Mama zostawiła człowieka przed wejściem do bloku, a ja zaniosłam worek z jego rzeczami, które własnoręcznie zebrałam w sypialni. Zatrzymałam sobie tylko jeden jego szal – jedwabny, z Japonii – i prawie nowe adidasy, które dałam w prezencie jednemu chłopakowi. Byłam z nim kilka razy, stwierdziłam, że nie warto, i zabrałam adidasy, rozmiar czterdzieści pięć. Spodobał mi się inny chłopak z Liceum Matematycznego, ale on nosił numer czterdzieści trzy. To był powód, dla którego dowiedziałam się, kto z moich kolegów nosi buty rozmiar czterdzieści pięć.
Ku mojemu zadowoleniu jeden z tych chłopaków był wysoki, przystojny, nie ćpał i nawet nie palił. Adidasy były prawie nowe, więc mu je podarowałam. Po kilku miesiącach się rozstaliśmy, był męcząco zazdrosny. Zabrałam swoje adidasy z powrotem, dobrze, że rozmiar czterdzieści pięć był taki popularny wśród uczniów Liceum Matematycznego. Nie musiałam długo szukać. Adidasy dostał najbliższy kolega zazdrośnika i przez dłuższy czas byliśmy ze sobą związani.
Ale wróćmy do tego drugiego inżyniera mojej mamy. Jego żona nie zapragnęła go przyjąć. Mama wyjaśniła:
– Nie mam wobec tego pana żadnych zobowiązań – i zostawiła go wyciągniętego przed blokiem. Ponieważ jednak zatrzymałam sobie adidasy i jedwabny japoński szal, to powiadomiłam jego córkę, tę nudziarę, która bez przerwy wymuszała od nas haracz, żeby budować swoją finansową pomyślność. Ale ona ucięła krótko:
– To wy zadbajcie o mojego tatę. Ja mam jutro klasówkę, zawołajcie karetkę.
Wezwałam karetkę, ale mama nie mogła czekać, miała w szkole jakąś radę czy może korepetycje, już dokładnie nie pamiętam. Zapomniałabym całkiem o tym człowieku, gdyby się po miesiącu u nas nie pojawił, żeby prosić mamę o pożyczkę. Mama ma jednak niewzruszoną zasadę – nie pożycza pieniędzy nikomu. I ja ją rozumiem. Wtedy on poprosił o talerz zupy, a mama powiedziała:
– Dzisiaj nie gotowałam.
Czasami mama twierdziła, że to, co dzięki nauce zbierzesz w swojej głowie, tego nikt ci nie odbierze. Dlatego ja się uczyłam dużo, chciałam być najlepsza, pociągała mnie matematyka, czułam się szczęśliwa sam na sam z cyframi. W czasie gdy inni czytali jeszcze objaśnienia do zadania, ja już znałam wynik, widziałam grube nici – nie! – sznurki, którymi to zadanie było szyte. Pojawiałam się na matematycznych olimpiadach i błyszczałam na nich, ambicje szarpały mnie ze wszystkich stron, ale Pan Bóg najwyraźniej miał coś przeciwko temu, żebym zdobywała szczyty w dziedzinie nauki. Moje umiejętności – przyzwoite, ale przyzwoitość nie prowadzi na szczyt. Mówiłam sobie: w porządku, zrobię magisterkę – i co? Będę nauczycielką w miejscowym liceum. Utrzymywałam kontakty z olśniewającymi mężczyznami, ale tylko jeden, który wcale nie lśnił, zaproponował mi małżeństwo.
Christo.
Był śliczny jak z obrazka. Bardzo głupi. Jak jeszcze córka, którą nieroztropnie urodziłam, była mała, mówiłam jej:
– Wyszłam za twojego tatę nie dlatego, że jest ładny, chociaż miałam nadzieję, że będziesz tak samo ładna jak on. Wzięłam go, bo jest naiwny. Dawał mi wszystkie pieniądze, które zarobił. Co do stotinki. A jeśli coś schował, to dwa dni później przynosił prezent: perfumy. Niewybaczalnie tanie, ale jakoś przyjemnie mi się robiło… Albo jakąś ozdobę, nic niewartą, pieniądze wyrzucone w krowie łajno, ale było mi dobrze. Wielu chłopaków nosiło adidasy rozmiar czterdzieści pięć, ale żaden nie patrzył na mnie tak, jak Christo.
Mówił mi:
– Chcesz, Sijanko, żebym cię objął i zaniósł cię aż tam, na szczyt Goło Byrdo?
– Po co chcesz mnie nosić, głuptasie? – pytałam.
– A tak, po prostu.
Braliśmy coś do jedzenia, na przykład wołowy salceson – Christo zjadał wszystkie tłuste kawałki, a mnie wybierał to, co najlepsze.
– Jedz, Sijanko.
Nikt nie robił dla mnie czegoś takiego, dlatego dałam się zwieść. Pomyślałam, że chociaż raz dam mata temu paskudnemu życiu. Pewnego razu Christo się pochylił i pocałował ziemię.
– Co robisz? – zapytałam.
– Całuję twoje ślady – odpowiedział.
– Dlaczego?
– Bo cię doprowadziły do mnie. Chciałbym je nauczyć, żeby wracały do mnie...
Bałam się matki Christa – Eleny. Ona i moja mama różniły się tak, jak Sahara i biegun północny.
Elena robiła maści na chore kolana i na isjasz, miała z tego spory dochód, gadali o niej. Ludzie są beznadziejni, wciąż coś ich boli. Kiedy dziecko wpadło w przestrach², stara leczyła je posypywaniem mąką. Nastawiała przemieszczone kości i wykrzywiony kręgosłup, a poza tym – mówili – miała pistolet.
Była wysoka i chuda, jak lufa myśliwskiej strzelby, oczy ciemne – źrenica czarna, a tęczówka wokół tak samo czarna jak źrenica. Wąska twarz, nie było na niej miejsca na uśmiech.
– Weź – powiedziała pewnego razu – to jest pierścionek. Moja teściowa mi go dała dawno temu. – I powtórzyła na wypadek, gdybym nie zrozumiała: – To żebyś się dogadywała ze swoim mężem. Niech Bóg da wam zdrowe dzieci.
– Dobrze – powiedziałam. Nie mogłam zaakceptować sposobu, w jaki na mnie patrzyły te oczy, jakby wycięte z podeszwy buta. – Nie będę mówić do ciebie „mamo”. Ja mam tylko jedną mamę, zapamiętaj to, Eleno.
Lufa od strzelby nie powiedziała ani słowa. Usiadła, przysunęła sobie talerz – były na nim gotowane kartofle – i zaczęła jeść.
– No więc tak, no dobrze… – zaczął ojciec mojego przyszłego męża.
Christo, za którego miałam wyjść za mąż, był bardzo ładny. Ale ojciec Christa – posrebrzone skronie, głęboka przepaść w zielonych oczach – na taki egzemplarz jeszcze nie trafiłam – takie dumne, wysokie czoło.
– No więc tego, no… częstuj się, dziewczyno – powiedział ten piękny mężczyzna i podał mi porcję jedzenia. Głos miał ładny jak bezdenne jezioro. Nalał mi też szklankę wody. – Chciałabyś coś innego, dziewczyno? – I uśmiechnął się do mnie.
– Jak mam się do ciebie zwracać? – zapytałam.
Wiedziałam, że ma na imię Damian. Że ma dobry charakter, delikatny – dawał się prowadzić jak owca tej swojej motyce, która zamiast wzroku ma skrzynię z nabojami.
– Mam na imię Damian – odpowiedział – mów mi Damian albo Dame, jak wolisz. Co wybierzesz, to będzie dobre.
– Do ciebie mogę mówić nawet „tato” – powiedziałam, potem się głęboko zamyśliłam, ale to nie było konieczne. Mówiłam już: dopóki ludzie czytali treść zadania, ja już miałam obliczony wynik. Wyjęłam z kieszeni pierścionek, który motyka mi wcześniej dała, i powiedziałam jej: – Weź go. Będziesz zła, że mi go podarowałaś, jeśli nie będę mieć dzieci… – Była jesień, zimno, liście wciąż się upierały i walczyły z wiatrem, przyciskały się do gałęzi i było cicho wokół talerzy z królikiem.
– Miasto jest małe – powiedziały w pewnym momencie oczy, czarne jak ostatnia noc człowieka z wysoką gorączką. – Słyszy się różne rzeczy.
– Co dokładnie? – zapytałam. Wtedy w jej spojrzeniu coś pękło. Coś się z tych ostrych oczu wylało. Przestraszyłam się. Nie troszkę, bardzo.
– Mamo! – powiedział Christo i wstał z krzesła, zapominając o odstawieniu kieliszka z czerwonym winem. Ten kieliszek wydał mi się podobny do odciętej głowy.
– Pewien chłopiec nie mógł przestać wymiotować – drążył powolutku jej czarny głos, zupełnie jakby była kretem. – Ten chłopak przyszedł, żebym go wyleczyła. Powiedział, że mu dałaś w prezencie jakieś adidasy, a potem je zabrałaś. Chłopak trafił do psychiatryka. Nie wiedział, czy to on dał, czy on wziął, czy pił, czy spał.
– Na pewno jego rodzice dobrze ci zapłacili, po tym, jak go wyleczyłaś – domniemywałam. – Słyszę, że twoje usługi dużo kosztują.
– Chłopak był opuchnięty od lekarstw, którymi go faszerowali. Mojego psa nazywał Sijana, dniem i nocą. W końcu doszedł do siebie. Po sześciu miesiącach.
– To znaczy, że się stałaś jeszcze sławniejsza – zauważyłam. – Zarobiłaś sporo uczciwych pieniędzy.
– Innemu chłopcu dałaś te same adidasy – kontynuowały oczy. – Ale ten był twardszy. Doszedł do siebie w ciągu dwóch tygodni. On też nazywał mojego psa Sijana. Zwierzę zaczęło chudnąć. Sierść mu zaczęła wypadać.
Miałam wrażenie, że królik na talerzu przede mną zapłonął.
– Mój pies umarł – powiedziała stara. – Wzięłam nowego. Dałam mu to samo imię: Gaszo.
– To bardzo dobrze – pochwaliłam ją.