Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Riddley Walker - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
16 marca 2026
54,00
5400 pkt
punktów Virtualo

Riddley Walker - ebook

Kultowa powieść, bez której trudno wyobrazić sobie Mad Maxa i którą za arcydzieło uznawali m.in. Anthony Burgess i Harold Bloom.

Akcja powieści rozgrywa się w postapokaliptycznej Anglii dwa milenia po naszej epoce. Opowiada ona językiem rozbitym jak świat, który przedstawia, historię dwunastoletniego chłopca i jego podróży przez ruiny cywilizacji. Po śmierci ojca w wypadku Riddley musi szybko stać się mężczyzną. Jednak jego dociekliwy umysł i dziwne zachowanie – na przykład dar proroctwa czy przyjaźń ze sforą krwiożerczych psów – odróżniają go od innych ludzi, a kiedy odkrywa relikt dawnych cyfrowych czasów, bezwiednie uruchamia ciąg wydarzeń, które mogą doprowadzić do ponownego końca świata.

Riddley Walker jest popisem wyobraźni, wizyjnej historii i psychologii. Pisana językiem i obrazami niczym z Mad Maxa, wymagająca i olśniewająca zarazem – to książka, do której chce się wracać, by odkrywać ją wciąż na nowo.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna obca
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788368295726
Rozmiar pliku: 1,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OD TŁUMACZA, ZAMIAST WSTĘPU

Jeśli istnieje prawdziwie wstrząsająca powieść postapokaliptyczna, z pewnością jest nią _Riddley Walker_ napisany w 1980 roku przez Amerykanina osiadłego w Anglii, Russella Hobana (ur. 1925, zm. 2011). Miejscem akcji są ruiny angielskiego hrabstwa Kent dwa tysiące lat po atomowej zagładzie i oceanicznym potopie. Zniknęły ludzkie technologie i religie. Ocalali ludzie to prawie jaskiniowcy, czczący męczennika Jusę i marzący o pradawnych łodziach, które podobno szybowały po niebie. Język bohaterów to również gruzowisko dawnej mowy, teraz do bólu prymitywnej i niejasnej. Ich mity to pogańskie sagi i baśnie, ich prześladowcami są telepatyzujące dzikie psy, a świętym ośrodkiem ich małego świata jest jedyna ocalała krypta zmielonej w pył katedry w Canterbury. Jeśli powieść Hobana jest nową opowieścią kanterberyjską jak u średniowiecznego Chaucera, to nader mroczną.

Tytułowy bohater, Riddley Walker, ma dwanaście lat, czyli w kategoriach swego świata stał się dorosły – dokładnie w dniu, kiedy udało mu się zadźgać ostatniego dzika w całej krainie. Wkrótce przyjdzie mu zastąpić własnego ojca w roli grodowego czarownika, komentującego rządowe komunikaty, przekazywane ludności za pomocą teatrzyków kukiełkowych. Młody Riddley jeszcze wtedy nie wie, że już niebawem przyjdzie mu wyruszyć w podróż bez powrotu w poszukiwaniu zakazanej wiedzy, którą jest ponowne wynalezienie prochu strzelniczego. Stawką tej wędrówki jest podźwignięcie całej krainy z krwi i błocka – a może tylko ocalenie życia?

Dla tłumacza _Riddley Walker_ to, nomen omen, prawdziwa wędrująca zagadka. Wyzwanie kryje się tutaj już w samym języku narracji i dialogów. Russell Hoban stworzył bowiem, wychodząc od współczesnej angielszczyzny, osobliwy nowy język wprost z przyszłej epoki żelaza: inna jest w nim pisownia, inny świat pojęć, wreszcie inne, obecnie jeszcze nieznane, mity założycielskie. Dzisiejszy polski tekst próbuje odzwierciedlić zarówno jedyną w swoim rodzaju strukturę językową oryginału, jak i stan umysłu barbarzyńskiego człowieka z przyszłości po Armagedonie. Było jednak zarazem ambicją tłumacza uczynić polskie wydanie tej kultowej powieści jak najbardziej czytelnym, zarówno w sensie językowym, jak i emocjonalnym. Z pewnością pomoże czytelnikom prosta sztuczka: pierwsze stronice warto przeczytać sobie na głos – a wtedy cała językowa rozsypanka momentalnie się scala w spójną (także brzmieniowo) historię. Sam wolę powieści piękne i pełne wyobraźni od tych – tylko – eksperymentalnych, budowanych na autorskiej ambicji, by zadziwić świat. _Riddley Walker_ jest jednak, na nasze szczęście, powieścią przyjazną. Dlatego wierzę, że skoro – jak zawsze twierdzę – w żywiole polszczyzny nie ma rzeczy niemożliwych, również polskie odbicie mistrzowskiej i przedziwnej wizji Russella Hobana znajdzie zrozumienie i – oby! – zafascynuje czytelników znad nieskażonych jeszcze radioaktywnością wód dzisiejszej Wisły i Odry.

Piotr Siemion1.

We sam muj DzieńImienia, jakem skończył ja rokuf 12, ruszyłem ja z dzidom wrenku na szpicy po chodu i ubiłem dzika, coto chyba był ostatni dzik na Krajnych Wzgużach, takczy siak dzikuf ode dawna wogle aniwidu, tensie dopiero pszy trafił, a wiencej ich tesz jusz niema cosie spodziewać. Gdytak truchtał, ziemia sienietszensła, taksamo nic fcale jakjusz jego dźgnołem ja, wogle nie był on zaduży, odwrotnie, zabidzony misie wydał taki. Dźgnienty zrobił to, co miał zrobić, bosie okreńcił, stanoł, zembami zadzwonił, troche sie pomiotał i prosze gotowe. Dzik na 1 końcu dzidy we agonii siewije, ja na 2. końcu dzidy pacze, jak od chodzi. Muwie ja: „Tfoja kolej dzisia, moja kiedy ińdziej”. Inni zaraz tesz we dzika dzidy powbijali, a dzik nieżył, tyko para zniego szła nadeszczu, a szyscy my kszykneliśmy jemu jakras: „NaOfiare!”.

Szystko to było jakieś głupowate. Gdy my gonili tego dzika pszes ostatni ostały za gajnik, w około nas jaknie sadyba, to grodek. Krowy muu ofce bee koguty kuryku, a my tu dziabiem ostatniego dzika fszarej mżafce, w tamten dzień, coto siestałem ja Dorosły.

Sfora Ot Popielnej Dupy szła chyłkiem za nami, na dystans szczału złuku. Jak gruchnoł wżask, tyko one nastawiły uszuf. Stada psze wodnik, wielgi był on, czarny w rude łaty, wznius łep, jakby miał głosić jako mowe, lecz kiedy 1 czy 2 od nas ludziuf łuk podniosło, dał pokuj i ot tont sietszymał jusz z dala, lecz znuf lazł za nami. Za karbowałem sobie ja tego psze wodnika fpamientaniu. Szedł był zadaleko, bymmu zajżał we ślipia, no jakośtak czułem ja, że on akurat sobie namnie paczy.

Jakeśmy wracali jusz stym dzikiem na kiju, doszlimy do żeczki, dżef tambyło genściej. Pszes mżafke widaćbyło siny dym fkoronach czarnych dżef i rużowe, atesz irude, pniaki po wycientych dżewach. Olchy tam była mocwielka, a miendzy nimi zsercem uwijali sie wenglaże, co to palom zdżef wengiel w retortach ze dref stosuf. Tyko 1 znich fprawdzie sami my widzieli, fczerwonym kubraku coto oni szyscy noszo. Czynił wengiel on do palenisk żeleza we Wdowim Dole. Jakeśmy gomijali, każdy 1 znas czynił Znak na Odegnanie Złego. Bo jest taka historyjka o Jeleniu Serceniu, tako ona idzie:

_O lesie i Jeleniu Serceniu_

O Jeleniu Serceniu muwio w _Historyji Jusy_*, ale wniej prawdziwy jeleń sechasał, towie każdy 1. A Serceniem był jeleń, bo żył we sercu lasu, ili samym śrotku boru, stont gotak na zwali. Aznuf kiedy wypalajo wengiel, zostaje samo serce drwa wretorcie, to wiadomo. Stontgo tak wołali. Bogdy wengiel wypalajo fsamym sercu lasu, na surowy stos dref muwiom serce. Stos dref do palenia u kładany nakształt serca. Aleczemu serca akurat dowengla palenia, ktoto wie? No i otym jest cała o powieść.

Coto był ZłyCzas i co ponim na stompiło, każdy wie. O ZłyCzasie nafpierf i złych czasach, cobyły ponim. Że nie wielu u szło zniego ze życiem.

Nowienc gdy miasto za płoneło, wybieżali z niego menszczyzna i kołbita i dziecko – i sie skryli wzagajnik, tam szukali jakiej strawy. Boim było, wiadomo, głodno było. Broni ni jakiej niemieli, pułapek czynić nieumieli, wogle nic. Na cały ziemi śniek, niebo nade głowami szarobure, i tyko czarne dżewa trom konarami nawietsze. Wrony siezwołujo 1 w 2., czychajo tyko, asztych 3 padnie. Menszczyzna i kołbita i dziecko kopio fśniegu, wygżebujo ato mech, ato listek suchy, aco z jedzom, zara wy żygujom. Mrus żeniewiem, to marzli oni, a niemieli jak ognia wy kszesać, sie o gżać. Za możeni głodem byli i ukresu siły.

Iftedy dziecko ichgada: „Takmi zimno, bojesie ja, żeumre. Żebytak chocia mały ogień tu mieć, troszke sieogżać…”.

Menszczyzna s kszesać ogień niemiałjak bes kszemienia sztapki metalu czyco kolwiek. Nakoło nich chmara dżef, ale jakje wogień psze mienić, tego menszczyzna niewiedział.

I cała 3 jusz sieszykuje na spotkanie z Cioteczkom, jusz czuje koniec ibomba, gdy ktoto kunim idze po pszes las, jakiśto cfany typo kunim idzie, a idonc, wy śpiewuje tako piosnke:

Naszlaku głut mnie zmożył
I zapatsie mnie bżuch
Do gara bymco w łożył
Nieznajdziesz nawet much!

Menszczyzna i kołbita paczo na typa cfanego imuwio jemu: „A ogień wy kszesać ty umiesz?”.

Nato cfany typo: „Nopszeciesz, niemnie uczyć sprawek zogniem. Ogień tomuj żywioł, żecmożna”.

Nato menszczyzna i kołbita żekom: „Bonć ty wienc takmiły i wy kszesaj ogień, bo po mżemy mytu ze chłodu”.

Toim cfany typo gada: „Ogień to dlawas, ale dlamnie co?”.

Menszczyzna i kołbita jemu nato: „My comamy dlaciebie?” i paczom 1 na 2., irazem paczom nasfe dziecko.

Nato im cfany typo tak gada: „Oto, cowam po wiem, po dzielesie zwami ogniem itym oto garncem, ale wyzato coś midacie dogarnca”. A paczył pszytym naich dziecko.

Menszczyna i kołbita po myśleli, lepiej niech 2 ze 3 psze żyje, niż by miało 3 sczeznonć. Imuwiom dotypa: „Zgoda, beńdzie zgoda”.

Rachciach sfe dziecko u bili, wypili kref jego, a mienso pocharatali fkawałki, byje u gotować.

A cfany typo im nato tak gada: „Pokażewam ja, jak wy kszesać ogień, wiencej, bo damwam kszemień i sztapke metalu icotam jeszcze, wiencej, bo tego miensa tesz odwas fcale niechce, atylko dajciemnie serce”.

Iwnet u czynił typo ogień srogi, idał im kszemień, i żelezo, icotam jeszcze, a serce dziecka ugotował prentko i je zjat.

Apotem muwi typo cfany: „Ze tarliśmy ze ziemi Mundrych całe złe plemie, ale tyko paczeć, jak zacznom potroszku tu wracać. 1 dnia nic, lecz 2. po wruci żelezo. Agdy po wruci żelezo, pszyjdo ludzie palić wengiel fsercu lasu. A jak bendo palić wengiel fsercu lasu, stosy dref u kładać bendo nakszałt serca tego dziecka”. Iposzedł typo fswojomstrone, a idonc, tak wy śpiewywał:

Ziarno maleńkiego
Ziarno dzikiego
Ziarno ognia kszatł ma
Serca dziecinnego

A menszczyzna z kołbitom jedli sfoje dziecko, adokoła nich czarna noc była, idla tego rospalali ogień coras wienkszy, że by niepozwolić czerni wniknonć miendzysiebie. Tak pszyogniu za sneli, a ogień rus rus we wielkom pożoge, asz ich 2 pożoga po żarła i siespalili asz naśmierć. Aże juszbyli staży, postaremu siemuwi seńdziwi, tosie psze mienili we wengiel. Stejto pszy czyny siemuwi, żena dżewny wengiel najlepsze jest olchowe drewno. I słyszysie czasem o Dziadu Olchowym, co dzieci po rywa.

Jusz śfieczka pszy gasa
Jusz gaśnie jej blask
Jusz koniec historii
Dobranoc, jusz czas

Awienc ftamten to ros paskudzony ranek, mijajonc olchowy za gajnik, mrus ja po czułem we żołontku. Cośjak by sam Dziat Olchowy stam tont mniesie pszy glondał. Ani 1 człek zanic niechciałsie za dawać z wenglażami od dżewnego wengla, wyjontkiem byli tylko farbiaże grutkowi. Bo 1 ras wroku wenglaże sieschodzili do grutkuf kupywać czerwone sukno nakubraki, ale całomreszte roku tkfili na o sobności wlesie zesfym wenglem, jakto oni.

Była tej że nocy PełniaKsienżycowa. Mżafka troche ze lżała, naniebo wyszet ksienżyc. Łep dzika za tkneli my na kiju, nasamym z wieńczeniu bramy. Ciosy mu po błyskiwały itesz było widać mu za schnienty ślus fkońcikach jego ślipi, jak by uf dzik płakał. Stara Lorna Elswint, nasza gaducha wrużbiarka ze sadyby, stała wryta ipaczyła na szczeguły wełbie dziczym. Pode bramom dzieciarnia i grała w _Głupka Koło po 9-kroć_. Takwy śpiewywała we zabawie:

Chopak po czuł Horn Mony
Walił Wdowie we dzwony
Tam iść chciał
Gdzie Frajer Cham
Dupe spalił i Tak stau
Zdrowe znalaz schrony
Dostał w łep gdzie Dobry Bżek
Sam ić – krakły wrony
Kunter minoł 3 po 3
Dzida topur mu sie skszy
A na koniec wyszedł zdziury
Arsy Bieskup Kunter Bury

Nie podal mały Kopacz, co we gże miałbyć Arsy Bieskup, latał fkoło fkoło, asz pszy szet czas rombanki. Wy rwałsie im Kopacz do piero 3. ras rombnienty. Sam ja byłem dobry fte gre zadzieciaka, lecz zafsze lepiej wolałem grać Arsy Bieska zamiast stać ze innymi fkole, bo naj bardziej lubiłem ja siewyrywać skoła.

Wdrapa fszy sie na wieże, dałem ja Lornie z grabny mienki kens tego mego dzika. Siedziała cała za kutana w śpijwur i jarała chaszysze, u jarana jusz była, że cha. Mienso wzieła, tojej gadam: „Lorna, a po wrużysz ty dlamnie?”.

Ona nato: „Riddley Riddley, ty tobyś tylko poprośbie powrużbie. Pacz, tera tyjesteś Wielgim Dzikiem, ja bende Maciorom Ksienżyca”.

Agdy fschodzi Ksienżyca Maciora
Gdy na Ksienżyca Maciore jusz pora
Och ach! Ona chce ftedy wielgiego
Odyńca chce Wielgiego kosztować
Och ty! Odyńcze Wielgi drży ziemia pot cienżarem jego
Dzikiego chce Odyńca bielom kła błyskajoncego
Och taak! Wielgiego chce Maciora Ksienżycowa

Takto mi ona nuciła do ucha, kiedyśmy siewzieli zato, co Wolno Dorosłym, na szczycie bramnej wieży pszy tuleni. Lorna naj starsza była miendzynami, ale głos jeszcze miała niestary. Pszesto tesz cała reszta Lorny z dawałasie młoda. Noc nibyto mroźna, ale nam fcale ciepło siezrobiło w Lorny śpijwoże. Apotem my suchali wycia psuf i wiatru, co wichrował i nenkał i sieskarżył wlistowiu dembu. Paczyła Lorna na ksienżyc z mrożony, biały i sam 1. I do mnie: „Wiesz, Riddley, we mnie ftobie i fkażde mieszka takiecoś, cosie nawet nienazywa”.

Ja gadam: „Icoto takiego?”.

Ona mi ftedy: „To jest takiecoś. Itocoś niejest nami, chociasz tesz wnas mieszka. I siepaczy tocoś na śfiat po pszes nasze oczu doły. Innażecz, niezafsze widzisz tocoś, tylko czasem. Pszykłat masz, na ras siebudzisz fśrotku nocy. Mocno śpisz, 1 chfilka mija i co siedzieje? Widzisz, że naruwne nogi siezerwałeś itak stoisz z dzidom wrenku. Ale bacz, to nie ty dzide z łapałeś, nie ty – tyko tocoś, co paczy pszestfe oczu doły. Nie tfoja to robota, wiencej, owocoś nawet nie wie, jak siezwiesz. Siedzi tocoś wnas, zażucone, cudze, samo1. Ono wnas sieskrywa, jaktyko ciemoge”.

Gadam ja: „Skoro tocoś fkażdym znas tkwi czy siedzi, noto jak niby ono samo 1-ne mabyć? Tych cosiuf muszom być bezliki albo jeszcze wiencej”.

Lorna mi nato: „Bo tegocosia właśnie som bezliki i wiencej”.

Gadam jej: „Skoro tegocoś jest asztyle, skont ni by ono beńdzie zażucone, i czemu cudze samo 1-ne?”.

Lorna ftedy: „Bo tegocosia bezlik i wiencej, to fcionsz jest 1 iten sam tencoś, tyko sienieumie po zbierać. Pszykłat masz, paczysz we obrazek fkamieniu, masz tam bezlik kresek kropek, co 1 kropka toinna, o sobna. Ale jak po paczysz zdala, zara widzisz, żeto 1 obras jest tofszysko. Taksamo jest iznami, my tesz jesteśmy tosamo 1-ne wielgie coś, tyleże ono w rosprosz po szło, roz dzielone miendzy wielość. Tosamo 1-ne wielgie coś, wienksze nisz śfiat cały, apszytym za żucone, cudzo 1-ne. Icałe jest wedrżeniu owocoś i fstrachu. W dziewa nas nasiebie, jak ty czy ja w dziewamy ubiur. Bywa, że mu niepotpasujemy. Bywa, że tocoś nieumie z naleść wnas dziur narenkawy. Ftedy nas roz dziera, takto bywa. Itak sedumam, żejak byłam młoda, mało ja zwracałam nato u wagi. Tera, kiedym stara, wiencej widze. Iwidze, jak tocoś jusz niechce wemnie sieodziewać. Coranek mocno czuje ja, jak owocośsie wemnie menczy, ma mnie psze syt i zara mnie wy żuci precz. Icości jeszcze powiem, Riddley, a tyto miarkuj i pisz fpamientaniu. Czym by nie było owo coś, myśmy som dlaniego opcy”.

Gadam jej: „Lorna, jajusz niewiem, coty domnie muwisz”.

Ona ftedy: „Tak, myśmy som opcy dlaniego, o sobni, niejego. Niemieliśmy my po czontku, jakiego tocoś miało po czontek, niemieliśmy my po czontku tam, gdzie miało po czontek owocoś. Ono było nadługo pszednami i ja sama niewiem, czymtakim my fszyscy tu dlaniego jesteśmy. A nusz jesteśmy dlaniego chorobom czy goronczkom, albo znuf pryszczem na tegoczegoś dupie, ja niewiem. A tera suchaj Riddley, coci powiem. To coś wnas tak że myśli. Ale tesz niemyśle ja, że ono nas lubi. Ono niemyśli tak, jakmy myślimy. I jakci muwiłam, to coś żyje we strachu”.

Ja jej nato: „Ale czego niby sieboi te coś?”.

Lorna od żecze mi: „Ono sieboi, że pszyjdzie na śfiat”.

Ja jej ftedy: „Możeto być? Ale jak, kturendy? Gadałaś, że tocoś trfało tu taj nadługo pszednami. Jeśli było ono tu taj cały czas, jakoś chyba siezrodziło naten śfiat?”.

Lorna nato: „Nie. Ono jeszcze niepszyszło na śfiat, bo tesz nigdy niepszyjdzie, nigdysie niezrodzi. To coś beńdzie zafsze tkfić włonie fszyskiego. I zafsze beńdzie siebłonkało”.

Ja doniej: „Chfila, fszysko, comnie tu muwiłaś, to niby miałabyć ta wrużba dlamnie?”.

Lorna tyko siezaśmiała i gada: „Riddley Riddley, niema takiej żeczy, ktura by niebyła tfojo wrużbom. Bo i wiatr ponocy, i pył drogi, ba, naj maleńszy kamyk, cogo kopiesz pszet sobom. Ba, nawet cień tego kamyka, czy on sietoczy, czy leży, to fszystko jest wrużbom”.

Cusz tu żec? Dzisiaj jusz sam niewiem, ile stego fszyskiego miałem we głowie, zanim mi sfom wrużbe Lorna Elswint wy szeptała, lecz ode tamtej pory wy daje misie, że tak zafsze ja myślałem. Zdaje misie, że zafsze myślałem o tymczymś, co tkwi w nas i co nami myśli, ale nas fcale nielubi. Iże całe życie nasze to myśl niepszez nas pomyślana, tak i niewiemy, czym jest. I żyjtu tera, ludziu.

Wienc dla tego właśnie umyśliłem spisać tuto szystko. Od myślenia, coto za myślo jesteśmy pszy patkiem. Od myślenia o tymczymś, co wnas tkfi, zażucone i cudzojedne i samo.

* Ajak idzie _Historyja Jusy_, napisze ja, gdyjusz doniej do tszemy.2.

Zwo mie po Tatku mym Walker, to i Walker namnie wołajo. Riddley Walker, jakjaki Zagadkowiczek Wendrowniczek. Bo wendruje ja taki tamisam, pełen za gadek, amoże oneto mnie każo wendrować, tera wienc każe im wendrować pszes tentutaj pajper.

Niemyśle ni jak, że beńdzie jaka rużnica, gdzie zaczynasz oczymś opowiadać. Bo ity sam niepojmujesz, gdzie sie co niby za czeło. Akuratnie jaksam niewiesz, gdziecie poczento. Nawet jak umiesz wy liczyć miejsce dzień godzine, kiedy cie po czento. Bo to szysko nieznaczy nicanic. Dalej ni jak niewiesz, skont i jak tyś siewzioł i poczoł.

O moim DniuImienia juszżem pisał. I ledwo 3 dni od niego ze szło, jak muj Tatko umar zabity wewy kopie, tamgdzie Wdowi Duł, a ja po zostałem sam 1 ze swoim imieniem.

Tatko i ja co dopiero dostali my wolne od zbieractfa i poszli tyrać spo wrotem na wajsztat. Pokazali nam, fkturej dziuże wziemi mamy ot tont tyrke na 24 dni. Co mniesie mało podobało, nie lubie ja liczby 12, boto jak 12 seńdziuf conie, do tego 2 razy ze mnożone. Dokopali mysie asz dokredy, niepowiem, silny tobył mozuł. Nic niezostało we dziuże ziemnej prucz błocka i błotnego cuchu, aftym błocku wielgiecoś zerdzewiałe i żelezne, cośniby machina, jaka to niewiadomo, nojakaś napewno.

Dotej pory każdo my żecz, coś my jom z naleźli, roz walaliśmy od razu we dziuże. Na kołowrut na wijalimy sznur z wielgim głazem i myk puszczalimy głaza wduł, jakras nato, coś my roz walali. A mniejsze kensy to jusz młotkami. Po tem wy ciongalimy je kens zakensem i szły do psze topu. Ale ften 1 ras nasz czelnik gada, żemu niekazali rozwalać machiny tej, coś my wy kopywali, mamy jom wy ciongnoć nie tknientom. Tośmy jeli sieszarpać z niom, chacharo wielgom, lecz co? Nawet we 20 chłopa niedali my rady jej ruszyć, niemogli my jej nawet troszku pod nieść, by psze ciongnoć podnio pentle. Aszysko po kolana we błocie. Ruf my wy kopalim dla ot pływu, ale prużnarada, deszcz napadał i wdziuże woda fszeńdzie. Chłut dotego. Bo dopiero 2. był po ranek roku, znaczy samśrodek zimy.

Wzieli my długie kije i dalej machine pod nosić, tak tyle abyaby, byle najej końcu sznur o kreńcić. U myślili my psze sunonć te machine malutko ijo dźwignonć natyle, co by pot sunonć pożondno pentle nasput i ftedy dopiro kołowrotem jom wy ciongać zdziury. Mieliśmy my dotego dźwik skołowrotem, taki na 2 kieraty, fkieratach chodziło po 4 chłopa fśrotku i 4 chłopa poze wnentsznej. Tak nacodziń ja sienietykałem dźwigu, na koła kieratuf po syłali my zafsze tych naj grupszych chłopuf. Ale żenas było dziś raptem 20, atu jeszcze ktoś musiał po pychać kijami, posłali i mnie tak że kierat polewej, zemno obok stał siłacz Pioncha Crunchman, ftym kieracie deptali my jako 1. para otpszodu. Durster Potter i Robotny Easting deptali kierat zanami. Premir Straiter, coto był znas naj cienższy, został wdziuże razem z moim Tatkom i 2 jeszcze innymi. My na wieszchu fkieracie nalewo, paczyli my fstrone dziury, aci fprawym kieracie to znuf paczyli otdziury.

Naciongli my mocno ten sznur, ftedy Premir Straiter znak dał, a Kredziasz Marchman 1. we Wdowim Dole nasz czelnik, ton nampodał i rytm:

Wczora byłeś, dziś cie nima
Każdy tyra, nikt nie kima
Znasz co smentek i co żale
Tyraj synek naj wytrfalej

Smentki żale znasz je całe
Tyraj synek, czas iść dalej

Po toczyłsie podnami kierat, po toczył sznur na wijajonc, asz dżewniana ramownica jełasie gionć wguże. A we dole Premir Straiter i Lotka Moaters lejwarowali te żelezne wielgiecoś kijami, my nawieszchu ciongnelim sznur, a znuf Tatko i Mniejszy Gigman fpychali pode żeleziaka grubom pentle.

Miasto Londyn woda topi
Tyraj w kole, tyraj chłopie
Wionzaj pentle i do gury
Taka gatka w błocie dziury

Smentki żale znasz je całe
Tyraj synek, tyraj dalej

Zaskszypiały koła oba, zapatki zagżechotały, 32 nogi postompiły na pszut. Sznur sienapioł niby ze żeleza, aftedy tamta wielka i żelezna żecz jełasie pod nosić zbłota, czarna cała i po rdzewiała, pot szarym niebiem. Wrona po latywała zaten czas nadnami, potsobom nas szyskich miała.

Razem s Tatkiem patszylimy dogury na wrone. Bo wiedziałem ja, że wrona powie nam coś zaras pottym niebem szarym. Czułem ja fsobie, żeta wrona niesie wrużbe.

I za krakała wrona zaras: „Ruń ruń ruń!”. Samem niewiedział, czy runołem wduł, za nim to wy krakała, czyjak. Stopnie ftym wielgim kole kołowrotu mokre były aśliskie, alemsie mocno ucapił porenczy, znaczy tykommyślał ja, że mocno. A tuco, stopień misie wymknoł spot stopy, a wrence tesz pusto. Plecami po leciałem wduł, z biłem znuk Durstera Pottera w ras ze Robotnym Eastingiem, oni ucapilisię mnie, jasie ich, to sami po tracili u chwyt. Pioncha Crunchman taksamo mnie sieucapił jedno renkom, bo drugom sietszymał po renczy, wienc i on tesz runoł wduł zanami szyskimi. Wgłowie mnie migneło, jak śmisznie tomusi wy glondać, prawiem sieroześmiał, ale tesz widziałem, jak kołowrut za czyna siecofać, tszask po słyszałem, ato za patki, co chamujo koła, po 2 na każdym kole, czasneły i prysły nabok szyskie 4. Koła oba sie za kreńciły, za piszczały i tych 4 chłopa od drugiego koła po leciało prosto wdziure by kamienie sprocy. Terasto cienżar na sznuże był panem, nie my, stałosie wielgie ŚŚŚUP! Iruneła ta wielga i żelezna żecz prosto wduł, prosto wdziure, skont pszyszła, afślat za wielgim ŚŚŚUP! czarne błoto szczeliło wysoko fpowietsze. Runeła wielka czarna ta machina we błocko – a podnio stał jakras muj Tatko. Fszysko siestało tak szypko, że wrona nawet niezdonżyła od lecieć, tyko za rechotała „Cha! Cha! Cha!”, za czepotała skszydłami i z nikła.

Pozbierali mysie jakoś, szyscy prucz 1. Pentla ze śnura na dal okrencała machine. Po ciongnelimy za sznur szyscy wras, tykoże koła jusz niebyło jakużyć, bozo stała tyko szu bienica z dronguf i bloczki. Kredziasz Marchman wy śpiewywał rytm, my ciongneliśmy.

Wiado mości o 10-ej
Ciongnij cienżar, sił nieskompij
Dźwigaj cienżar, biesz naplecy
Bo ście chłopy, nie kalecy

Psze suneliśmy tak fspulnie machine, mego Tatke wyciongnelimy spodniej. Pewnebyło, że zmiejsca go za biła, jak padła, niemiał czasu nawet on sieutopić we błocie. Ros kfaszony był cały namiazge, że rysufbyś niepoznał, teras kto kolwiek to mugł być, anie muj Tatko.

To za czołemsie sam nate machine w drapywać. Na owo wielkom czarnom żecz ze żeleza. Sprawdzić chciałem, czy wy bito naniej albo czy nabito jakie imie. Boczasem tak bywa na machinach. Pode płaszczem nowego błocka miała machina skorupe starego, to tesz imienia nieznalazłem choć by śladu.

Każdy 1 skopioncych po ftażał mi: „Ejże, mały Riddley, co tyrobisz?”.

Ja im nato: „To coś za biło mi Tatke, a ja nawet niewiem, coto takiego jest, śmiszne, nie?” i za śmiałemsie tak, że jusz niemogłem pszestać.

Dobra, dalimi sie tamci wy śmiać, ico stego, na dal chciałem mieć odeniej coś ni by ostatnie słowo, fskazufke, coteras. Skoro jusz niemogłem do stać takiej po rady ode Tatki, chciałem jej skont inont, niech by i ot tej wielgiej machiny czarnej, co mi go ros kfasiła tak, że i tfaży byś niepoznał. Tosamo po wiedziałem do Pionchy Crunchmana.

On mi nato: „Tysie pszyjżyj tfaży tfego Tatki. Oto comu z robił Wdowi Duł, oto masz swoje coteras”.

Ja jemu: „Nieżaden Wdowi Duł go u bił, boto ja samsie po śliznołem i tesz ciebie po ciongnołem zasobom. To psze zemnie nasze koło sieurwało”.

Pioncha nato: „To cienżar był zaduży jakna koło. Nie nasz u padek za bił tfego Tatke, tyko zapatki siezerwały i koło poszło fstecz wpizdu”.

Premir Straiter pot szedł i muwi: „Pioncha racje ma, cienżar zaduży, a koło zasłabe”.

Nato Kredziasz Marchman do Premira: „Aleto wy, anie my pod wionzaliście do koło wrotu ten cienżar. Ja wam tyko kazał wy ciongnonć te machine zdziury. Mogliście jom wy wlec zwyczajnie, conie? Niekazałem tego robić koło wrotem. Azreszto, koło tesz by wy tszymało, jak by je dobże do cionżyć i tszymać cienżar, jaknależy”.

Premir Straiter muftedy: „Wdowi Duł wy płaci za Braciszka Walkera kum pensacje, pszy najmniej do stanie chłopak za dość uczynienie, beńdzie tak?”.

Kredziasz Marchman nato: „Jasnejasne, wyślemy stym Rachube Bessupa, pujdzie zwami do samego bozowiska”.

Po życzyliśmy my nosiłki, by za wlec dodomu, cozo stało zmego Tatki. Szyscy zaras ruszylimy do bozowiska. We Wdowim Dole na karmili nas jeszcze jakza całom dniufke, a Rachuba Bessup, co był unich Rep Rezenter, wzioł zesobo kum pensacje. Co my jom na zywamy Trupie Żelezo. Nius jom naplecach całom droge.

Wy chodziliśmy my jusz zabrame, kiedy tusz zanami sierozległ SkowytŚmierci, a tak mocny i głośny, że musiało go robić ze 40 chłopa co naj mniej. Szły te głosy wniebo psze nikliwe, czarne, we jenk o padajonce i ftakie: AJIIIIIIIAJIIII.

Muwie ja do Rachuby Bessupa: „Co oni, dla kogo to, pszeciesz nie dla Tatka, on był dlanich niczym”.

Rachuba mi nato: „Nie, tamsie im dziecko martfe u rodziło. U marłe naśfiat pszy szło, akurat jak tfuj Tatko poszedł do Cioteczki”.

Pytam go: „Beńdzie tu jaki z wionzek?”.

On domnie: „Na muj rozum to żaden”.

Tak szliśmy my po woli, a fkrutce tesz psuf dzikich sfora ruszyła naszym tropem, dotej pory dzień cały ich aniwidu niebyło. Czarnemordy, tak otych psach myśle, choćtam wienkszość znich jest we łaty. Mamtak pewno dla tego, że ich łapy długie som, karki grube, łepki małe i taksamo ucha. Poznałem, że to sfora ot Popielnej Dupy, coto jom prowadzi psiur psze wodnik, on że fczarne i te rude łaty. Szystkie łby z wiesiły i tak człapały zanami, od dalone bardziej nisz do leci szczała złuku. Patszyłem ja na ich tego psze wodnika i czekałem, asz fkońcu wy leci to, co mi u tkfiło wgardle. Psze wodnik sam łba niezwieszał, wguże gotszymał i sieślepił nanas.

Fkrutce inne psy za czeli warczyć i skamlać iu jadać, szyskie jakras pod biegły do pszy wutcy. Tensie po czoł o krencać, tesz warczyć i prychać, alesie fcale nie roz biegły. Naras ruszył on, sam 1, pendem wnaszo strone. Reszta psuf z ostała styłu, sam 1 ten pies nanas leciał.

Stanelimy szyscy jak w ryci i paczymy napsa. Ani 1 znas niesiengnoł poszczałe i łuk, wiedzielimy, żeto nieotym. Sam ot stompiłem nieco ot kompanuf, oni teszsie ot suneli, tobyło szystko dlamnie ni czym senny majak. Premir Straiter tyko mnie muwi: „Riddley, on cisie od daje, ofiare robi tobie, niekomu innemu”.

Stanołem ja gotowy, zdzidom wdłoni. Nigdy niczego po dobnego niepszeżyłem, apszeciesz czułem fsobie, że zafsze takbyło. Pot tym szarym niebem pies psze wodnik robiłsie wienkszy i wienkszy, gdy ja czekałem zdzidom. Niby on bieżył, ale z dawałosie, żesie wogle niepszybliża, choć leciał prentko. Jak by nazafsze tkfił wmiejscu bezruchu, tyleże sierobił fcionsz wienkszy, asz wreszcie takwielgi, że stał tusz pszedemno z mordom na marszczonom iszyskimi zembami nawieszchu. Iftej że ułomce chfili naras razem fszysko – psia morda i ryj dzika zmego DniaImienia za migotały mi, zdeżyłysie wjedno z tfażo mego Tatki roz kfaszonom. Po stawiłem dzide, a psiur wbiegł imnie fprost na jej grot sienadział. Ileżał tak, wieżgał łapami i w bijał wemnie żułte ślipia. Togo ja do rżnołem nożem.

Premir Straiter ftedy: „Paczno tyko, jakie kły ma starte i sierść siwom. Pszy szedł czas na starego pszy wudce, w zgardziło nim stado, toza dyrdał donas, coby u mżeć. Słyszałem jusz ja, że takbywa, ale niewidziałem dotej pory. Dobra to wrużba i omen tfuj, Riddley”.

Po łożylimy psa Tatkowi nanogach. Rachuba Bessup do mnie ftedy: „Psiur sieoddał tfemu Tatkowi na ofiare. Muwisie nato duplo macja. Ot tont bendo fspulnie paczeć fcienie nocy”.

Ja do Rachuby Bessupa: „Żejak ni by? Pacz ty, muj Tatko nieżyje i ten psiur, a znimi dziecko martfo u rodzone we Wdowim Dole. Szyscy ftensam dzień. Wienc możetu jakiś zwionzek jednak beńdzie?”.

On nato: „Weśty jusz pszestań mnie oto naga bywać. Ja doludzi muwie jako Rep Rezenter, nieżadna wruszka, co jatam wiem o pik selach, lśnieniach blipnych?”.

Ja jemu: „Możetak, możenie, ale sam pszeciesz tubyłeś, widziałeś jakras, co siestało. We Wdowim Dole tesz rano byłeś pszynas, noto jak?”.

Za stanowiłsie ftedy. Gbur był zniego, ale siewreszcie za ciekawił odrobine. I muwi: „Wrużyć ja niemam cheńci, ale myśle tak – samty możesz sobie czynić tera wrużbe. Każdy 1 wie, że jaksie mnożom we kronk ciebie pik sele i znaki, na leży wzionć znich naj dalszy zafskazufke. Ktury znak pik sela blipny masz za taki naj dalszy?”.

Muwie jemu: „Jasna sprawa, że psa”.

On nato: „Ale coto jest pies? To żecz, dokturej nigdysie niezbliżysz. 1 ras, bo same psy tszy majomsie zdala, 2 – bo i fpułapke ich niezłapiesz, nato one zacfane. Dotego groźba, żecie ros szarpio i pożrom, jakcie dorwo samego, a w PełnyKsienżyc dostajom o błendu. Noto masz: cobyło naj dalsze otciebie, samo dociebie pszyszło, co groźne i we pułapke go niezłapiesz, samo cisie od dało naofiare. Zaras, ile ty masz rokuf, chłopak?”.

Muwie: „W zeszło PełnieKsienżycowom jakras 12 u kończyłem”.

Od domnie: „Paczaj, oto seńdziwy psze wodnik sfory wy brał zgon zrenki chłopaczka, co chłopaczkiem jusz niejest, bo 12 u kończył, jest men szczyzno. Słyszysz ty ftym jakom może wrużbe?”.

Ja nato: „Dalekie pszyszło blisko, a zabiło je małe, co siestało dużym”.

On domnie: „Samyś to po wiedział, nie ja. Wiencej nic niepowiem, naj lepiej samsobie wrusz ot tej pory. Poconaco pytać opcych ludzi, coto sami wiedzo mniej otciebie. Skoroś u tracił Tatke, od tont sam beńdziesz służył jako Rep Rezenter w bozowisku Jako. Teras inni ciebie bendo pytać o szystko, niety ich. Naj lepiej zaras, zmiejsca weśsie wgarść i jedziesz, od tond niejesteś dzieciakiem”.

Kiedyśmy nastompili na psy, od człapły szyskie do sfego leża we Popielnej Dupie, 1 zMartfych Miast. Sfora ni by u myślnie taksie wy puściła ftamten dzień i tyko po to. Ot Popielnej Dupy szedł dym, a to z placufki, kturo tam tszymajom Karki, co ich pszy słano z BaRana. Dzieńwdzień chodzilimy to samom drogom i taksamo dzieńwdzień widzielimy ich dymy, ale co, nigdy otym nawet niemyślałem. Lecz ftamten dzień ujżałem szystko inaczej. Jak bym paczył na to znuf otpoczontku. Znacie takom gre dladzieci, prawda? Na płaskiej deseczce malujecie luckom tfasz, robicie jej dziurki naoczy. Gałki oczu kulacie potem sobie zgliny. Psze chylacie deseczke to w 1, to w 2 strone. Jak by deska siekiwała. Tak by oko glinne fpadło wdziurke. Taki misie naraz wydał cały śfiat, ros kiwany. Cały śfiat stałsie dla mnie 1 wielgim o szalałym okiem, co sieturla. Aszsie ja wy straszyłem, że siesturlam zdeski śfiata i tak znikne.

Paczałem na ten dym bijoncy wniebo fśrut Martfego Miasta i fcionsz myślałem ja o psach zesfory. Tyle było tych wymarłych sadyp pszeste szyskie roki. Po 1 stronie Miasta placufka z BaRana, lecz całareszta pode władaniem dzikich psuf. Odzafsze tesz słyszałem ja powiastki o Psialcach, no o psich ludziach. O ludziach psiogłofcach i o psach z luckimi głowami. W PełnieKsienżycowom, tak o powiadano, szyscy oni siezbierali w CzarnoSfore. I psy, i ludzie, szyscy wras. Ci z BaRana stszegli, żeby nawet 1 człek nie zamieszkał w Martfych Miastach, ale gdy mały byłem, samisie za kradalimy tam, jakbyła sposobność, ito całymi chmarami. Poto, żeby ujżeć tych psich ludzi. Zanimsie my osiedlili pot Popielno Dupom, gnieździlimysie o koło Fak Stau. Żadnych psiogłowych nikt znas niezobaczył, tyko Karkuf splacufki, ci zmiejsca nas wysyłali dodiabła. Czasem siejednak po słyszało to czyowo. Jakieś śpiewy, toznuf wycia i płacze, albo irechoty. Trudno po wiedzieć, coto było, albo i niebyło, ale było.

Muj Tatko powiadał, że kto ros powiada o psiogłowcach, krowa nasrała takiemu dogłowy. Powiadał, żesie gotuf za łożyć, że opolityke tam idzie, nie o żadne psie łby. Cha, nie pora tera o tym zreszto gadać, pszyjdzie pora, to fszystko opowiem i otym. Tutaj na pisałem o tym poto tyko, by za znaczyć, oczym myślałem fkułko ftamten dzień, a jeśli tyko pujde dalej, możesie dowiem wiencej. Niema wżyciu asz takwielu nie spodzianek, jeślisie uważnie paczy. Cosie ma zdażyć, to siezdaży, nie ważne, do kont za wendrujesz. Takaprawda: skoro jesz, toi srać ci pszyjdzie.

Tak dotarlimy fkońcu do bozowiska, gdzie wnet sierozniusł płacz żałobny za Braciszkiem Walkerem. Tam tesz o tszymałem swojom kum pensacje. Rachuba Bessup oznajmił fszem: „1 z was szczeznoł, gdybył unas. Oto moje bżemie na plecach. Kto je zemnie zdejmnie?”.

Ja ftedy: „Zgoda. Ja je zdejmne”. Izabrałem mu splecuf żelezo. To było jedyne żelezo, jakiem pszeste szyskie roki do tont widział, kopionc we Wdowim Dole. 5 wag czystego żeleza za życie Braciszka Walkera.

Muj Tatko liczyłse 33 rokuf, gdy sczez. Mamcia umarła nasuchoty, jak miałem 5 rokuf. To, com tutaj na pisał, zdażyłosie, kiedym mieszkał w bozowisku Jako. Na Krajnych Wzgużach nie daleko żeki Kfaśnej, tak ze 4 pety od ległości na Puł Noc i Fschut od Popielnej Dupy, co jest Martfym Miastem, ijakie 15 petuf od ległości na Po Łudnie i Fschut od Kunter Bury.PIOTR SIEMION – pisarz, tłumacz, prawnik. Urodził się we Wrocławiu w 1961 roku, uczestnik wrocławskich ruchów kontrkulturowych u schyłku komunizmu. Od 1988 mieszkał w USA i w Kanadzie, od 2000 w Warszawie. Z wykształcenia amerykanista (w 1994 obronił doktorat na Columbia University w Nowym Jorku) i prawnik (dyplom Juris Doctor na Columbia University, 1997).

Debiutował wcześnie jako tłumacz powieści amerykańskich i brytyjskich. Zdobywca Nagrody LnŚ za debiut przekładowy prozą, Thomas Pynchon, _49 idzie pod młotek_, 1986; nagroda STP za najlepszy przekład prozy, Robert Nye, _Falstaff_, 1990. Na emigracji współpracował z legendarnym pismem BruLion. W roku 2000 zaczął właściwą karierę powieściopisarską. Jego gorzkie, wirtuozerskie literacko _Niskie Łąki_ zostały uznano za najciekawsze zjawisko literackie roku (nagroda miesięcznika „Machina”, 2000). Wydana cztery lata później powieść _Finimondo_ ugruntowała jego literacką pozycję. W 2015 roku ukazał się _Dziennik roku Węża_, intymny zapis roku z życia pisarza, a w roku 2022 znakomicie przyjęta, niepokojąca powieść _Bella, ciao_. Jego najnowsze przekłady literackie to eseje Bekki Rothfeld _Wszystko jest zbyt małe_, oraz kultowy _Riddley Walker_ Russella Hobana.

Od kilkunastu lat Piotr Siemion prowadzi Czarne Warsztaty Prozy w Beskidzie Niskim.

Członek Unii Literackiej i Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury.KONTAKT:

[email protected]

Cymelia – seria przybliżająca kultowe dzieła literatury światowej: te niesłusznie zapomniane, które chcielibyśmy przywrócić do czytelniczego obiegu, i te, które nigdy nie doczekały się przekładu na język polski.

W serii ukazały się dotychczas:

- Henry Roth, _Nazwij to snem_, tłum. Wacław Niepokólczycki
- Kay Dick, _Oni_, tłum. Dorota Konowrocka-Sawa
- Juan Emar, _Wczoraj_, tłum. Katarzyna Okrasko
- Pierre Boulle, _Planeta małp_, tłum. Agata Kozak
- Marlen Haushofer, _Ściana_, tłum. Małgorzata Gralińska
- Dashiell Hammett, _Sokół maltański_, tłum. Tomasz S. Gałązka
- Walter Kempowski, _Wszystko na darmo_, tłum. Małgorzata Gralińska
- Dola de Jong, _Strażniczka domu_, tłum. Jerzy Koch
- Torgny Lindgren, _Legendy_, tłum. Tomasz Feliks
- Jacqueline Harpman, _Ja, która nie poznałam mężczyzn_, tłum. Katarzyna Marczewska
- Kjell Askildsen, _Ostatnie zapiski Thomasa F. dla ogółu. Nowele_, tłum. Maria Gołębiewska-Bijak
- Jens Bjørneboe, _Chwila wolności_, tłum. Karolina Drozdowska
- Thomas Pynchon, _49 idzie pod młotek_, tłum. Piotr Siemion
- Italo Svevo, _Zeno Cosini_, tłum. Zofia Ernstowa
- Juan José Saer, _Pasierb_, tłum. Barbara Jaroszuk
- Kingsley Amis, _Alteracja_, tłum. Przemysław Znaniecki
- Torgny Lindgren, _Przepis doskonały_, tłum. Dawid Jabłoński
- Robert W. Chambers, _Król w Żółci_, tłum. Tomasz S. Gałązka
- Pierre Boulle, _Most na rzece Kwai_, tłum. Jacek Giszczak
- Leonard Gardner, _Fat City_, tłum. Tomasz Antosiewicz
- Halldór Laxness, _Dzwon Islandii_, tłum. Jacek Godek
- Anna Kavan, _Lód_, tłum. Agata Ostrowska
- Etienne Leroux, _Siedem dni u Silbersteinów_, tłum. Jerzy Koch
- María Luisa Bombal, _Spowita całunem_, tłum. Mateusz Lamch
- Aleksandar Tišma, _Kapo_, tłum. Magdalena Petryńska
- Sven Holm, _Termush_, tłum. Iwona Zimnicka
- Walter Kempowski, _Prima sort_, tłum. Małgorzata Gralińska
- Thomas Pynchon, _Tęcza grawitacji_, tłum. Robert Sudół
- Jacqueline Harpman, _Orlanda_, tłum. Katarzyna Marczewska
- Adam Wiśniewski-Snerg, _Robot_
- Marlen Haushofer, _Zabijemy Stellę / Piąty ro_k, tłum. Małgorzata Gralińska
- Torgny Lindgren, _Biblia Dorégo_, tłum. Dawid Jabłoński
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij