Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Rok cudów - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
25 marca 2026
54,90
5490 pkt
punktów Virtualo

Rok cudów - ebook

Jedna wioska. Jedna decyzja. Cena: życie.

Rok 1666. Świat chwieje się w posadach: Anglię pustoszy dżuma, Londyn trawi wielki pożar, a wojna z Holandią zbiera swoje żniwo. W odciętej od świata górskiej wiosce zaraza staje u progu domów.

Geraldine Brooks, laureatka Nagrody Pulitzera, w „Roku cudów” zabiera czytelników w sam środek katastrofy, gdzie każdy wybór ma konsekwencje, a przetrwanie wymaga odwagi większej niż strach. Mieszkańcy podejmują dramatyczną decyzję – dobrowolnie zamykają się przed światem, by powstrzymać epidemię, choć wiedzą, że może ich to kosztować wszystko.

To przejmująca opowieść o heroizmie zwykłych ludzi, o nadziei rodzącej się w najciemniejszych chwilach i o wspólnocie wystawionej na ostateczną próbę. Powieść, która nie tylko ożywia XVII-wieczną Anglię, lecz także zmusza do zadania pytań o moralność, odpowiedzialność i granice ludzkiej solidarności

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna obca
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8435-080-5
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

O, niech dość będzie tego, cóżeś nam uczynił,

Gdy pomór plamisty zbrojno na ulice wpadł,

Grad strzał zatrutych sypał, nie szczędząc poczciwych,

Rączych na oślep dopadał i walecznych siekł.

Pogrzebów cienie jeno i tych, co przetrwali,

w miejscu tem lichym i marnym wieściły twój gniew,

A teraz garstka żywych, co do dom wrócili,

Wyroki twe straszne zbiera, śmierci czarnej siew.

John Dryden, Annus Mirabilis,

The Year of Wonders, 1666

Przeł. Regina GromackaCZAS ZBIORU JABŁEK

Kiedyś uwielbiałam tę porę roku. Bierwiona ułożone w stos pod drzwiami, pachnące wciąż żywicą, przypominają o lesie. Skoszone siano schnie na złoto w niskim popołudniowym słońcu. Stukot jabłek wpadających do koszy… Zapachy i widoki mówiące, że tego roku wszystko będzie dobrze, że zanim spadną śniegi, będzie w domu dość jedzenia i opału dla rodziny. Lubiłam bardzo chodzić o tej porze roku po jabłoniowym sadzie i czuć pod stopami łagodną twardość opadłych owoców. Uwielbiałam ten głęboki słodki aromat przejrzałych owoców i wilgotnego drewna. Ale to było kiedyś. W tym roku kopki siana były nieliczne, a stos drewna na zimę niewielki – i obchodziło mnie to mniej niż zwykle.

Wczoraj przywieźli jabłka – całą furę – do piwnicy probostwa. Na wielu owocach zauważyłam brązowe plamy. No ale tak już bywa przy spóźnionych zbiorach. Powiedziałam furmanowi, co o tym myślę, a on mi na to, że i tak mamy szczęście, bo dostaliśmy najlepsze jabłka, jakie można było jeszcze znaleźć. Myślę, że miał rację. Nie ma ludzi do zbierania. W ogóle brakuje ludzi do wszystkiego. A ci, co są, ruszają się jak muchy w smole, jakby przysypiali w czasie pracy. Wszyscy jesteśmy bardzo zmęczeni.

Wybrałam jedno jabłko, dojrzałe i zdrowe, i pokroiłam na plasterki cienkie niby papier. Zaniosłam do tego ciemnego pokoju, gdzie on wciąż przesiaduje w ciszy i bezruchu. Trzyma zawsze dłoń na Biblii, ale nigdy jej nie otwiera. W każdym razie już nie. Spytałam, czy chce, żebym mu poczytała. Odwrócił głowę w moją stronę. Nawet się ucieszyłam, bo popatrzył na mnie po raz pierwszy od wielu dni. Zapomniałam już, co potrafią jego oczy – do czego mogły nas przywieść, gdy spoglądał na nas po kolei znad swego pulpitu. Te oczy się nie zmieniły, za to jego twarz – bardzo. Była jakaś wynędzniała i ostra, zryta głębokimi zmarszczkami. Kiedy tu nastał trzy lata temu, cała wieś żartowała sobie z jego młodzieńczej buzi. Trudno było sobie wyobrazić, że taki szczeniak będzie nam głosić kazania. Gdyby wtedy wyglądał jak dziś, nikt by się nie śmiał. A teraz mało kto pamięta, co to śmiech.

– Ty, Anno, nie umiesz czytać… – odezwał się.

– Prawdę mówiąc, to umiem, księże proboszczu. Pani Mompellion mnie nauczyła…

Gdy o niej wspomniałam, skrzywił się boleśnie i odwrócił. Zaraz pożałowałam swego gadulstwa. Od pewnego czasu nie zadawał sobie trudu, by związywać włosy, więc z miejsca, gdzie stałam, nie mogłam dojrzeć wyrazu jego twarzy, gdyż przysłaniały ją ciemne pukle. Ale gdy się znów odezwał, głos miał względnie opanowany.

– Taak? Ona cię nauczyła? – wymruczał. – Zatem któregoś dnia posłucham cię i sprawdzę, co zdziałała… Ale nie dziś, Anno. Nie dzisiaj. Na dziś to wszystko.

Służący powinien wyjść, gdy zostaje odprawiony. Ale ja nie odeszłam natychmiast. Strzepnęłam poduszkę, poprawiłam na nim szal. Nie pozwolił mi jednak rozpalić w kominku. Nie zgodził się nawet na tę odrobinę komfortu. W końcu, gdy nie miałam już nic do zrobienia, żadnego pretekstu, by przebywać z nim dłużej, opuściłam pokój.

W kuchni wybrałam parę poplamionych jabłek i schowałam do kieszeni fartucha. Ruszyłam do stajni. Podwórze, niezamiatane od tygodnia, śmierdziało gnijącą słomą i końskim moczem. Musiałam unieść rąbek spódnicy. Nie doszłam jeszcze do połowy podwórza, gdy usłyszałam, jak jego koń wali zadem w drzwi stajennego boksu, wiercąc się niecierpliwie. Brakowało kogoś, kto by miał dość siły albo umiejętności, żeby go okiełznać.

Chłopak stajenny, który powinien zagrabić podwórze przed stajnią, drzemał na podłodze paszarni. Zerwał się jednak, gdy tylko podeszłam, i zaczął udawać, że poprawia coś przy kosie. Zezłościłam się na ten widok i powiedziałam mu, żeby się wreszcie wziął do roboty, bo tymotka dawno już się wykłosiła i wkrótce nie będzie po co jej kosić. Chciałam mu jeszcze mocniej natrzeć uszu, ale przyjrzawszy się jego bladej, zmęczonej twarzy, dałam sobie spokój.

Gdy otworzyłam drzwi stajni, w smudze światła zobaczyłam wirujące obłoczki kurzu. Koń przestał grzebać kopytem. Stanął z uniesioną przednią nogą i zerknął na mnie podejrzliwie, jakby mówił: „Skoro nie jesteś nim, to się wynoś”. Nie wiem, od jak dawna nie czuł na sobie zgrzebła, ale jego sierść wciąż lśniła w wąskiej smudze światła jak polerowany brąz. Gdy pan Mompellion przybył do nas na tym koniu, uważano powszechnie, że taki piękny ogier nie przystoi kapłanowi. Ludziom nie podobało się też, że proboszcz woła na niego Anteros, gdyż jeden ze starych purytanów zdradził, że to imię jakiegoś pogańskiego bożka. Gdy w końcu zdobyłam się na odwagę i spytałam o to pana Mompelliona, ten tylko się roześmiał i powiedział, że nawet purytanie winni wiedzieć, iż poganie to również dzieci Boże, a ich opowieści to część Boskiego Stworzenia.

Stałam oparta o przegrodę stajni i mówiłam łagodnie do tego okazałego konia: „Tak mi przykro, że tkwiłeś tu przez cały dzień… Przyniosłam ci za to coś dobrego”. Powoli wyciągnęłam z kieszeni fartucha jabłko. Odwrócił trochę wielki łeb, tak że mogłam dojrzeć białko jednego z jego oczu. Trzymałam jabłko w wyciągniętej dłoni i mówiłam dalej, miękko jak do przestraszonego czy zranionego dziecka: „Przecież lubisz jabłka. Dobrze to wiem. Masz, jedz”. Jeszcze raz grzebnął kopytem w słomianej podściółce, ale jakby bez przekonania. Powoli jego nozdrza ożywiły się od aromatu jabłek – i mojego zapachu. Wyciągnął ku mnie szyję. Pysk miał miękki jak rękawiczka i ciepły. Chapnął jabłko jednym kęsem. Gdy sięgnęłam po drugi owoc, podrzucił nagle łbem, obryzgawszy mnie śliną zmieszaną z jabłkowym sokiem. Znów zaczął niecierpliwie przebierać kopytami. Wyrzuciłam więc resztę jabłek na podłogę boksu i wymknęłam się szybko ze stajni, ścierając z twarzy końskie plwociny. Chłopak stajenny spojrzał na mnie ze zdumieniem, ale bez słowa zabrał się znów do swoich spraw.

No cóż – pomyślałam. Mimo wszystko łatwiej sprawić trochę przyjemności temu biednemu zwierzakowi niż jego panu. Gdy wróciłam na plebanię, dosłyszałam, że proboszcz podniósł się ze swego fotela i spacerował po pokoju. Podłogi w domu były już stare i cienkie, więc po ich skrzypieniu mogłam się zorientować w kierunku jego wędrówki. A on chodził w tę i z powrotem, w tę i z powrotem… Gdybym chociaż zdołała go namówić do zejścia po schodach, mógłby sobie pospacerować w ogrodzie. Ale gdy mu to kiedyś zasugerowałam, spojrzał na mnie tak, jakbym mu zaproponowała jakiś niezwykły wyczyn w rodzaju wędrówki po płaskowyżu White Peak¹.

Gdy weszłam znów do jego pokoju, by zabrać talerzyk, plasterki jabłka leżały nietknięte, już zbrązowiałe. Jutro spróbuję wycisnąć trochę soku. Bo pije bez oporów, nawet wtedy, gdy nie mogę w niego wmusić żadnego jedzenia. Tak, muszę się wziąć za wyciskanie soku na cydr, bo inaczej zmarnuje się cała piwnica owoców. A ja, jeśli czegoś nie mogę ostatnimi czasy znieść, to właśnie zapachu gnijących jabłek.

***

Wieczorem, wracając z plebanii, wolę iść przez sad na wzgórzu niż drogą, gdzie mogłabym się natknąć na jakichś ludzi. Po tym, co wszyscy przeszliśmy, nie można mijać sąsiadów ze zwykłym „dobry wieczór”. A ja nie miałam siły na nic więcej. Bywało tak, choć nieczęsto, że sad przypominał mi o lepszych czasach. Te wspomnienia szczęścia były ulotne i rychło pryskały, tonąc w rzece smutku, jaką było nasze obecne życie. Nie potrafię powiedzieć, czy naprawdę pamiętam, co czułam wtedy, gdy byłam szczęśliwa. Ale czasami coś budzi we mnie tamte uczucia. To są muśnięcia tak delikatne jak dotyk skrzydełka nocnego motyla. Letnią nocą w sadzie, jeśli zamknę oczy, słyszę czasem głosiki dzieci; ich szepty i śmiechy, odgłosy małych stópek szurających po opadłych liściach. O tej porze roku wraca do mnie Sam – ten silny Sam Frith, których chwycił mnie kiedyś w pasie i zaniósł w niskie, usychające już zarośla. Miałam wtedy piętnaście lat. „Wyjdź za mnie” – powiedział. Czemu nie? Gospodarstwo mojego ojca to było zawsze smutne miejsce. Żadnej radości. Ojciec bardziej kochał pełny dzban niż swoje dzieci, choć płodził je regularnie, co rok – prorok. Dla mojej macochy Aphry byłam zawsze raczej parą rąk do pracy niż osobą ludzką. Liczyłam się dla niej jedynie jako niańka jej dzieciaków. Ale muszę przyznać, że wtedy wstawiła się za mną u ojca. W jego oczach byłam wciąż dzieckiem. „Otwórz oczy, mój mężu, i spójrz na nią – powiedziała. Wszyscy poza tobą widzą, że to już kobieta. Lepiej, żeby wyszła szybko za Fritha, niżby miała stracić cześć z jakimś młodym obwiesiem”.

Sam Frith był górnikiem i miał własne, całkiem dobre złoże rudy ołowiu. Mieszkał w niewielkim, ale porządnym domu, a pierwsza niedawno zmarła żona nie pozostawiła mu żadnych dzieci. Szybko uczynił mnie matką. W ciągu trzech lat urodziłam dwóch synów. To były dobre trzy lata. Powinnam jednak zaznaczyć, że nie były to czasy, kiedy wstawaliśmy rano z myślą o szczęściu. Mieszkało tu wówczas sporo purytanów. Pod ich wpływem słuchaliśmy kazań w ogołoconym z ozdób kościele, a ich opinie o pogańskich zwyczajach uciszyły kościelne dzwony. Z gospody zniknęło piwo, a z kobiecych sukien koronki. Niedzielę zaczęliśmy obchodzić jak żydowski szabat. Przepadły gdzieś wstążki na słupie, wokół którego tańczono kiedyś w majowe święto. Ucichły też śmiechy między domami naszej wsi. Tak więc szczęście, jakie czułam dzięki synom i spokojnemu życiu przy boku Sama, było ciche i stopniało we mnie łatwo jak śniegi na wiosnę. Gdy znów nastały ciężkie i ponure czasy, nie byłam właściwie zaskoczona. Tamtej strasznej nocy spokojnie podeszłam do drzwi, gdy na dworze usłyszałam krzyki i wrzaski ludzi z pochodniami. Twarze mieli umorusane, więc w ciemnościach wydawało się, że nie mają głów. Wspomnienia tej nocy również przynosił mi sad – jeśli tylko pozwoliłam na to. Stałam wtedy w drzwiach z dzieckiem na ręku, obserwując dzikie linie kreślone pochodniami wśród drzew. „Idźcie powoli – szepnęłam. Bo póki nie usłyszę słów, nie uwierzę, że to się stało naprawdę”. I oni szli powoli, gramoląc się na wzgórze jakby to była jakaś góra. No ale w końcu przyszli, popychając się i szurając nogami. Przed szereg wypchnęli najroślejszego z nich; był to przyjaciel Sama. Buty miał powalane rozdeptanymi jabłkami. Zabawne, ale zauważyłam to, bo nie chciałam mu patrzeć w twarz.

Ciało Sama wykopywali przez cztery dni. Zabrali je wprost do kościelnego, zamiast przynieść mi do domu. Próbowali mnie powstrzymać, ale bezskutecznie. Chciałam mu oddać ostatnią posługę. Ona to rozumiała. „Powiedz im, żeby pozwolili jej przejść” – powiedziała Elinor Mompellion do proboszcza swoim łagodnym głosem. Powiedziała i było po sprawie. Rzadko prosiła go o cokolwiek. Michael Mompellion skinął głową, a oni się rozstąpili i pozwolili mi zabrać ciało.

Prawdę mówiąc, niewiele z niego zostało. Ale to, co zostało, umyłam i pochowałam. To było dwa lata temu. Od tamtej pory zajmowałam się zwłokami wielu ludzi – takich, których kochałam, i takich, których ledwie znałam. Ale Sam był pierwszy. Obmyłam go mydłem, które lubił, bo jego zdaniem pachniało dziećmi. Biedny Sam. Nie zdawał sobie sprawy, że to dzieci pachną tym mydłem. Myłam je co wieczór przed jego powrotem do domu. Do dziecinnego mydła dodawałam wrzosu. Było znacznie delikatniejsze od tego, które robiłam dla niego. Bo mydło dla Sama składało się niemal w całości z piasku i ługu. Musiało takie być, by zdrapać z jego skóry warstwę przesiąkniętej potem ziemi. Przytulał potem swoją biedną zmęczoną twarz do główek dzieci i wciągał w nozdrza ich świeży zapach. Dla niego to był również zapach naszego wzgórza. Cały dzień spędzał pod ziemią, a do domu wracał po zmierzchu. Życie upływało mu w ciemnościach. I śmierć również znalazł w ciemności.

Teraz w ciemnościach żyje Michael Mompellion. Całe dnie spędza w pokoju z zasłoniętym oknem. Usiłuję mu służyć, ale czasami mam wrażenie, że zajmuję się kolejną osobą z długiego szeregu zmarłych. A jednak to robię. Robię to dla niej. Tak sobie mówię. Bo z jakiego innego powodu miałabym to robić?

***

Wieczorami otwieram drzwi swego domu w ciszy tak gęstej, że otula mnie jak pled. Spośród wszystkich samotnych chwil w ciągu dnia ta jest najbardziej samotna. Muszę wyznać, że czasami mówię do siebie na głos, jak jakaś wariatka. Ale potrzeba słyszenia ludzkiego głosu jest silniejsza ode mnie. Trochę się tego boję, bo granica między wsłuchiwaniem się w swoje „ja” i popadnięciem w szaleństwo jest w obecnych czasach cienka jak pajęcza nić, a ja wiem, co to znaczy, gdy dusza pogrąża się w tym strasznym i ciemnym miejscu. Zawsze poruszałam się z gracją i byłam z tego dumna. Teraz jednak bywam rozmyślnie niezgrabna. Pozwalam sobie stąpać ciężko. Hałasuję garnkami. Dzwonię łańcuchem, gdy spuszczam wiadro do studni. Rozganiam jak mogę tę ciężką, duszącą ciszę.

Jeśli mam jakiś łojowy ogarek, czytam, póki się nie wypali. Pani Mompellion zawsze mi pozwalała zabierać ogarki z plebanii. Teraz było ich mało, ale nie wiem, jak bym sobie bez nich poradziła. Dla mnie ten czas, kiedy mogę się zatopić w cudzych myślach, jest najlepszą ucieczką od własnych wspomnień, od ich nieznośnego wołania. Książki też pożyczam sobie z plebanii. Pani Mompellion mi pozwoliła. Mogę brać, co zechcę. Gdy gaśnie świeczka, zaczyna się długa noc. Źle sypiam. Wyciągam rękę w stronę małych, ciepłych ciałek moich dzieci – ale ich nie znajduję.

Poranki są dla mnie znacznie łatwiejsze niż wieczory – ptaki śpiewają, kury gdaczą w obejściu, a wschód słońca zawsze coś obiecuje. Trzymam teraz krowę. Szkoda, że jej nie miałam wtedy, gdy Jamie i Tom potrzebowali mleka. Znalazłam ją ostatniej zimy. Wlokła się środkiem drogi, skóra i kości. Spojrzała na mnie wtedy takim apatycznym, beznadziejnym wzrokiem, że wydawało mi się jakbym ujrzała w lustrze samą siebie. Dom moich sąsiadów stał pusty; okna zarosły już bluszczem, progi i parapety obrosły szarym mchem. Wprowadziłam więc do środka moją krowę i przez zimę odkarmiłam owsem, którego zmarli już nie potrzebowali. Tam też urodziła cielaka, bez niczyjej pomocy. Pomogłam mu sięgnąć po raz pierwszy do wymienia matki. A nazajutrz podebrałam trochę tłustego, żółtawego mleka i napiekłam placuszków z jajkiem i cukrem. Ucieszyłam się, gdy je zjadł, jakby był moim synem. Pani Elinor też by się cieszyła. Moje cielątko jest już ładnym byczkiem, a jego matka patrzy na mnie brązowymi oczami z uprzejmą cierpliwością. Uwielbiam przy dojeniu oprzeć głowę o jej bok i czuć zapach mleka lejącego się do skopka. Noszę to mleko na plebanię. Robię z niego posset, ubijam masło albo zbieram śmietankę do jagód – zależnie od sytuacji i apetytu pana Mompelliona. Zaspokoiwszy nasze niewielkie potrzeby, wyprowadzam krowę na pastwisko. Od ostatniej zimy tak utyła, że niedługo chyba nie zmieści się w drzwiach.

Ze skopkiem w ręku wychodzę z domu przez drzwi frontowe, bo rankiem czuję się bardziej na siłach, by kogoś spotkać. Żyjemy tu wszyscy trochę „ukośnie”, bo na dość stromym zboczu White Peak. Pochylamy się zawsze, idąc pod górę, i hamujemy piętami, zbiegając w dół. Czasami zastanawiam się, jak się żyje w jakimś bardziej płaskim miejscu, gdzie ludzie mogą sobie maszerować wyprostowani, wpatrując się w horyzont przed sobą. Nawet główna ulica w miasteczku nie biegnie płasko. Ludzie na jej górnym końcu patrzą więc z góry na swych sąsiadów z dołu.

Nasza wioska to zaledwie kilka ulic ciągnących się na wschód i zachód od kościoła. Od głównej drogi odchodzi parę węższych dróżek – do młyna, do Bradford Hall, do większych farm i zagród leżących na uboczu. Budowaliśmy tu zawsze z tego, co było pod ręką, więc mury naszych domów zrobione są z ciosów zwykłego szarego kamienia, a dachy kryje się u nas wrzosowymi strzechami. Za domami ciągną się pochyło pola i pastwiska. Te jednak urywają się raptownie. Na północ od wsi wznosi się skalisty uskok, wyznaczający koniec zamieszkanych terenów i początek wrzosowisk, zaś od południa teren opada gwałtownie w głęboką rozpadlinę Dale.

Teraz nasza główna ulica przedstawiała dziwny widok. Przeklinałam nieraz jej letni kurz i zimowe błoto, stanowiące niezłe wyzwanie dla nieuważnych przechodniów. Dziś jednak nie ma na niej ani kurzu, ani błota, ani lodu – bo zarośnięta jest trawą. Jej środkiem biegnie krowi przegon, wydeptany przez zwierzęta i ludzi. Tutejsi mieszkańcy przez stulecia spychali przyrodę za obrzeża swoich siedzib, ale nie trzeba było nawet roku, by natura odzyskała teren. Na samym środku drogi z jakiegoś pękniętego orzecha wyrosło drzewko. Obserwowałam, jak puściło pierwsze listki, i zastanawiałam się, kiedy ktoś je wyrwie. Nikt jednak tego nie zrobił i drzewko rośnie sobie dalej, wysokie na jakiś jard. Ślady stóp świadczą, że wszyscy je obchodzą. Ciekawe, czy to z obojętności, czy też inni, tak jak ja, nie są już w stanie pozbawić życia nawet drzewka.

Doszłam do bramy probostwa, nie napotykając żywej duszy. Nie byłam więc przygotowana na spotkanie z ostatnią osobą, jaką chciałabym ujrzeć. Weszłam przez bramę i zamykałam ją właśnie, odwrócona plecami do domu, gdy posłyszałam za sobą szelest jedwabiu. Odwróciłam się tak gwałtownie, że ze skopka ulało mi się trochę mleka. Elizabeth Bradford jęknęła, gdy krople mleka spadły na rąbek jej sukni. „Niezdara!” – syknęła ze złością. Nie zmieniła się od czasu, gdy ją widziałam ponad rok temu. Była tak samo zjadliwa i rozkapryszona. Trudno jednak pozbyć się nawyków całego życia – zaczęłam ją gorąco przepraszać, choć wcale tego nie chciałam. Moje ciało zareagowało mechanicznie, mimo że rozum mówił coś zupełnie innego. Ta kobieta nie zasługiwała wcale na mój szacunek.

Jak zwykle nie zadała sobie nawet trudu, by się przywitać.

– Gdzie jest Mompellion? – rzuciła. – Stukam i stukam już od dobrego kwadransa. Chyba nie wyszedł z domu tak wcześnie?

– Panno Bradford… – zaczęłam z obłudną uprzejmością, ignorując jej pytania. – Wielka to dla nas niespodzianka i zaszczyt widzieć panią znów w naszej wiosce. Opuściła nas pani tak śpiesznie i tak dawno, że martwiliśmy się bardzo, iż nigdy już nie zaszczyci nas pani swą obecnością…

Jej duma była tak bezgraniczna – w odróżnieniu od zdolności rozumowania – że przyjęła do wiadomości same słowa, nie zwróciwszy uwagi na to, jakim tonem zostały wypowiedziane.

– W rzeczy samej – zgodziła się. – Moi rodzice byli świadomi, że nasz wyjazd będzie dla miejscowych szkodą niepowetowaną. Zawsze mieli wzgląd na swe zobowiązania. Jak wiesz, to właśnie z poczucia obowiązku opuściliśmy Bradford Hall, by zachować zdrowie i być gotowym do dalszego wypełniania naszych powinności. Jak mniemam, Mompellion odczytał parafianom list od mego ojca?

– Owszem – odparłam. Nie dodałam, że wykorzystał ów list do wygłoszenia jednego z najbardziej płomiennych i najzjadliwszych kazań, jakie usłyszeliśmy z jego ust.

– No więc, gdzie on się teraz podziewa? Dość już się naczekałam, a mam do niego pilną sprawę.

– Panno Bradford, muszę pani powiedzieć, że proboszcz z nikim się teraz nie widuje. Ostatnie wydarzenia i ciężka strata, jaka go dotknęła, sprawiły, że jest bardzo wyczerpany i niezdolny do ponoszenia trudów kierowania parafią.

– No dobrze, rozumiem, że chodzi o codzienne funkcjonowanie parafii. Ale on jeszcze nie wie, że moja rodzina powróciła. Muszę z nim pomówić… Niezwłocznie.

Nie widziałam żadnego sensu w dalszej dyskusji z tą kobietą. Sama byłam jednak bardzo ciekawa, jakie wrażenie zrobi na proboszczu wieść o powrocie Bradfordów. Może gniew poruszy go bardziej niż miłosierdzie? Może potrzebował takiego bodźca?

Poprowadziłam ją do drzwi plebanii. Skrzywiła się – nie była przyzwyczajona do wchodzenia gdziekolwiek tymi samymi drzwiami, których używała służba. Wiedziałam, że spodziewała się czegoś innego – że pobiegnę do drzwi kuchennych, a potem otworzę jej, z odpowiednią atencją, drzwi frontowe. Ale cóż, czasy się zmieniają i im szybciej panna Bradford to zrozumie, tym lepiej.

Odepchnęła mnie na bok i sama wdarła się do salonu. Ściągnęła przy tym rękawiczki i uderzała nimi w dłoń. Dostrzegłam zdumienie na jej twarzy, gdy zobaczyła, jak dokładnie ten pokój został ogołocony z wszelkich oznak komfortu.

Poszłam do kuchni. Może i panna Bradford miała pilną sprawę do proboszcza, ale ja wiedziałam, że jedynym posiłkiem, jaki pan Mompellion na pewno zje, będzie poranny owsiany podpłomyk z salcesonem. Chodziła po salonie, nie mogąc się opanować, póki nie pojawiłam się z pełną tacą. Obserwowałam ją przez uchylone drzwi. Miała ściągnięte brwi i oddychała ciężko. Na górze odczekałam chwilę, by się uspokoić, nim zapukam do drzwi. Nie chciałam wyglądać na zdenerwowaną, anonsując proboszczowi gościa.

– Proszę! – odezwał się. Gdy weszłam, siedział przy oknie, a żaluzje były nawet podniesione. Nie odwrócił się jednak. – Elinor byłoby przykro, gdyby widziała, co stało się z jej ogrodem…

Z początku nie wiedziałam, co na to powiedzieć. Prawdę mówiąc, miał rację, ale przyznanie się do tego pogłębiłoby tylko jego smutek. Zaprzeczenie zaś zabrzmiałoby fałszywie.

– Chyba zrozumiałaby, dlaczego tak się stało – powiedziałam, zdejmując jedzenie z tacy. Nawet gdybyśmy mieli dość rąk do zwykłej pracy, do pielenia i uprzątania zeschłych badyli, to i tak ogród nie byłby taki jak za jej czasów. Brakowałoby jej przezornego oka. Bo o wyglądzie jej ogrodu stanowiła umiejętność przewidywania – troska o tę garść nasion, które przetrwają zimę i po paru miesiącach okryją się kwieciem. Jakby umiała w wyobraźni malować kwiatami…

Gdy się wyprostowałam, odwrócił się i spojrzał na mnie wreszcie. Przeszedł mnie dreszcz.

– Dobrze ją znałaś… – rzucił jakby z wyrzutem.

Chcąc ukryć zmieszanie, wyjawiłam mu szybko nowinę:

– Panna Bradford jest na dole. Rodzina wróciła do Bradford Hall. Ona mówi, że musi z księdzem pilnie porozmawiać…

To, co się zdarzyło potem, zdumiało mnie tak bardzo, że mało nie upuściłam tacy. Bo on się roześmiał. Był to śmiech głośny i żywiołowy. Czegoś takiego nie słyszałam już od dawna. Niemal zapomniałam, jak to brzmi.

– Wiem. Widziałem ją przez okno. Waliła do drzwi jak machina oblężnicza. Myślałem, że chce się włamać.

– To co mam jej odpowiedzieć, księże proboszczu?

– Powiedz, żeby się wynosiła do diabła!

Gdy zobaczył moją minę, roześmiał się ponownie. Musiałam mieć oczy wielkie jak spodki. Sam się niemal popłakał ze śmiechu, więc teraz przetarł oczy i próbował odzyskać równowagę.

– Poczekaj. Będzie ci chyba trudno przekazać moje życzenie dosłownie. Ubierz je zatem w takie słowa, jakie uznasz za stosowne. W każdym razie przekaż pannie Bradford, że nie mam zamiaru się z nią widzieć – i wyrzuć ją z tego domu.

Gdy schodziłam po schodach, wydawało mi się, że jestem dwiema osobami. Pierwsza była zahukaną dziewczyną, która pracowała u Bradfordów, bojąc się wciąż ich twardych spojrzeń i ostrych słów. A drugą była Anna Frith, kobieta, która przeżyła więcej okropieństw niż niejeden żołnierz. Elizabeth Bradford była tchórzem. I córką tchórzy. Gdy zeszłam do salonu i ujrzałam jej chmurne oblicze, wiedziałam, że nic gorszego nie spotka mnie już z jej strony.

– Przykro mi, panno Bradford, ale proboszcz nie może pani teraz przyjąć – powiedziałam najspokojniejszym tonem, na jaki było mnie stać. Kiedy jednak zobaczyłam, jak przeżuwa gniew, przypomniała mi się moja krowa, nieustannie ruszająca pyskiem na pastwisku, i udzieliła mi się dziwna wesołość pana Mompelliona. Ale zachowałam spokój i ciągnęłam: – Jak już powiedziałam, nie spełnia teraz żadnych obowiązków duszpasterskich, nie bywa w towarzystwie i nikogo nie przyjmuje.

– Jak śmiesz, ty bezczelna flądro! – wrzasnęła. – On mi nie odmówi, nie odważy się. Zejdź mi z drogi!

Popędziła ku schodom, ale byłam szybsza. Zastąpiłam jej drogę do pokoju proboszcza niczym ostry pies. Przez dłuższą chwilę wpatrywałyśmy się jedna w drugą.

– Znakomicie… – rzuciła, wciągając rękawiczki, jakby zbierała się do wyjścia. Ruszyłam z miejsca, chcąc ją odprowadzić do drzwi frontowych. Wówczas ona odepchnęła mnie raptownie i wbiegła na schody. Niespodziewanie na piętrze ukazał się pan Mompellion.

– Panno Bradford – powiedział. – Niech pani uczyni mi ten honor i pozostanie na miejscu.

Ton jego głosu był opanowany, ale stanowczy, nawet władczy. W każdym razie zatrzymał ją. Porzucił zgarbioną postać, jaką przybierał w ostatnich miesiącach. Znów był wysoki i wyprostowany. Zmizerniał, ale gdy tak stał, zauważyłam, że wychudzenie nie zepsuło jego sylwetki, a nawet nadało mu bardziej dystyngowanego wyglądu. Był taki czas, gdy patrząc na niego – kiedy akurat nie przemawiał – można było uznać jego twarz za cokolwiek pospolitą, z wyjątkiem głęboko osadzonych szarych oczu, które zawsze przyciągały wyrazistością. Teraz z powodu zapadłych policzków od tych oczu trudno było oderwać wzrok.

– Będę zobowiązany, jeśli powstrzyma się pani od obrażania moich domowników za to tylko, że wypełniają moje polecenia – ciągnął. – Niech pani będzie tak dobra i pozwoli pani Frith odprowadzić się do drzwi.

– Nie może pan! – odparła panna Bradford, ale tym razem tonem dziecka, któremu zepsuto zabawę. Proboszcz stał od niej wyżej, więc chcąc nie chcąc musiała na niego patrzeć z zadartą głową, jakby go o coś uniżenie prosiła.

– Moja matka czegoś od pana chce…

– Droga panno Bradford – przerwał jej chłodno. – W ciągu ostatniego roku wielu tutejszych ludzi potrzebowało różnych rzeczy, i to takich, które pani sama i pani rodzina mogliście im dać. Ale pani… tu nie było. Niech pani będzie łaskawa poprosić matkę, by moją nieobecność potraktowała z taką samą wyrozumiałością, z jaką wy traktowaliście swoją nieobecność w tych stronach.

Na jej twarzy wykwitły ceglaste plamy. Niespodziewanie wybuchnęła płaczem.

– Mój ojciec nie jest już… Chodzi o matkę… Moja matka jest bardzo chora. Ona się boi… Ona sądzi, że wkrótce umrze. Medyk z Oksfordu powiedział, że to tumor. Proszę, wielebny Mompellion… Jej umysł… jest w takim nieładzie. Nie mówi o niczym innym tylko o panu, że chce się z panem zobaczyć. Dlatego właśnie tu wróciliśmy. Tylko pan może dać jej pociechę i pomóc w obliczu śmierci…

Przez dłuższą chwilę milczał. Byłam przekonana, że gdy znów się odezwie, to po to, by zażądać ode mnie płaszcza i kapelusza, aby móc się udać do Bradford Hall. Ale powiedział w końcu – głosem smutnym, choć surowym – coś zupełnie innego:

– Jeśli pani matka spodziewa się, że udzielę jej rozgrzeszenia jak jakiś ksiądz papista, to daremnie odbyła tę długą i męczącą podróż. Niech sama poprosi Boga o wybaczenie uczynków. Obawiam się jednak, że nie znajdzie w Nim łaskawego słuchacza, podobnie zresztą jak w mieszkańcach tych okolic.

Powiedziawszy to, odwrócił się na pięcie i wrócił do swego pokoju, starannie zamykając za sobą drzwi.

Elizabeth chwyciła się poręczy tak mocno, że zbielały jej kostki. Drżała, jej ramionami wstrząsał tłumiony szloch. Instynktownie podeszłam do niej. Pomimo zadawnionej niechęci, jaką czułam do tej kobiety – a była to niechęć odwzajemniona – wtuliła się w moje ramiona jak dziecko. Chciałam ją odprowadzić do wyjścia, ale była w takim stanie, że nie potrafiłam jej wyrzucić z domu, choć tego bez wątpienia życzył sobie proboszcz. Zaprowadziłam ją więc do kuchni i posadziłam na ławie obok wiadra z wodą. Tu rozbeczała się na dobre. Jej mała koronkowa chusteczka była przemoczona. Podałam jej więc ścierkę do naczyń, a ona – ku mojemu zdumieniu – wysmarkała w nią nos, i to tak niedelikatnie jak jakiś ulicznik. Dałam jej kubek wody, a ona wypiła łapczywie.

– Powiedziałam, że nasza rodzina wróciła, ale to nieprawda. Przyjechałam tylko ja z matką i naszymi osobistymi służącymi. Nie wiem, jak jej pomóc, tak jest załamana. Mój ojciec nie chce z nią rozmawiać, od kiedy dowiedział się prawdy o jej zdrowiu. Bo matka nie ma w istocie żadnego tumora. Ale to, co ma naprawdę, może ją, w jej wieku, zabić równie skutecznie. A ojciec mówi, że go to nic nie obchodzi. Zawsze był dla niej niedobry, a teraz przechodzi sam siebie w okrucieństwie. Wygaduje straszne rzeczy… Nazwał swoją własną żonę… dziwką.

Umilkła wreszcie. Powiedziała więcej, niżby chciała. Znacznie więcej, niż powinna. Zerwała się z wodniarki, jakby jakiś kołek zaczął ją nagle uwierać w szlachetny zadek. Bez słowa podziękowania oddała mi zasmarkaną ścierkę i kubek.

– Sama znajdę drogę do wyjścia – rzuciła, nie obdarzając mnie nawet spojrzeniem. Nie poszłam za nią. Usłyszałam tylko, jak trzasnęła ciężkimi dębowymi drzwiami.

Dopiero kiedy sobie poszła, mogłam pomyśleć o zadziwiających słowach, jakie wypowiedział do niej pan Mompellion. Jego umysł stał się jeszcze bardziej zagadkowy, niż myślałam. Martwiłam się o niego. Nie wiedziałam, jak mu ulżyć. Weszłam po schodach najciszej, jak umiałam. Zza drzwi nie dochodziły żadne odgłosy. Zapukałam delikatnie, a kiedy nie doczekałam się odpowiedzi, otworzyłam. Siedział z twarzą ukrytą w dłoniach. Obok, jak zawsze, leżała Biblia. Zamknięta. Przypomniałam sobie, jak tak siedział pod wieczór jednego z najciemniejszych dni minionej zimy. Tylko że wtedy obok niego była Elinor, czytająca swym łagodnym głosem Księgę Psalmów. Jakbym ją wciąż słyszała, ten aksamitny dźwięk przerywany suchym szelestem przewracanych kartek. Nie poprosiwszy o pozwolenie, podniosłam Biblię i odnalazłam fragment tak dobrze mi znany:

Błogosław, duszo moja, Panu

I nie zapominaj wszystkich dobrodziejstw jego!

On odpuszcza wszystkie winy twoje,

Leczy wszystkie choroby twoje.

On ratuje od zguby życie twoje².

Wstał z fotela i wyjął mi książkę z ręki. A potem powiedział głosem cichym i łamiącym się:

– Bardzo dobrze czytasz, Anno. Widzę, że do wykazu nadzwyczajnych zdolności mojej Elinor powinienem dopisać wielki talent nauczycielski. Czemu jednak nie wybrałaś tego fragmentu?

Przerzucił parę stron i zaczął deklamować:

Żona twoja będzie jak owocująca winnica

W obrębie zagrody twojej,

Dzieci twoje jak sadzonki oliwne

Dokoła stołu twego³.

Podniósł na mnie oczy. Potem powoli, z rozmysłem otworzył dłoń. Książka wypadła mu spomiędzy palców. Instynktownie skoczyłam, by ją złapać, ale chwycił mnie za ramię i Biblia z głuchym klaśnięciem wylądowała na podłodze.

Staliśmy tak twarzą w twarz, a jego dłoń zaciskała się boleśnie na moim przedramieniu.

– Księże proboszczu… – odezwałam się możliwie najspokojniejszym głosem.

Nagle puścił moją rękę, jakby to było rozpalone żelazo. Przeciągnął dłonią po włosach. Uścisk jego palców zostawił plamy na mojej skórze. Poczułam, że do oczu napływają mi łzy, więc się odwróciłam, by tego nie zobaczył. Wyszłam z pokoju, nie pytając o pozwolenie.WIOSNA 1665
RÓŻANE WYKWITY

Ta zima, która nadeszła po śmierci Sama w kopalni, była najcięższa, od kiedy pamiętam. Dlatego gdy wiosną do moich drzwi zastukał w poszukiwaniu kwatery George Viccars, pomyślałam, że to Bóg mi go zesłał. Potem niektórzy mówili, że przysłał go diabeł.

Mały Jamie podbiegł do mnie z wypiekami na twarzy, bardzo podekscytowany.

– Mamo, tam jest jakiś pan, przy drzwiach…

George Viccars ledwie mnie zobaczył, zdjął kapelusz i skromnie spuścił oczy. Zupełnie inaczej niż ci wszyscy mężczyźni, którzy gapią się na ciebie, jakbyś była jałówką wystawioną na sprzedaż. Gdy się jest osiemnastoletnią wdową, człowiek musi się przyzwyczaić do takich obleśnych spojrzeń.

– Bardzo przepraszam, pani Frith, ale na plebanii powiedziano mi, że ma pani pokój do wynajęcia. Był wędrownym krawcem, jak wyjaśnił, a jego własne odzienie, proste, lecz porządne, mówiło, że znał się na swoim fachu. Wyglądał czysto i schludnie, choć przywędrował aż z Canterbury. Myślę, że tym mnie ujął. Załatwił sobie właśnie robotę u mojego sąsiada Alexandra Hadfielda, który akurat miał aż za dużo zamówień. Wydawał się skromnym człowiekiem, nieprędkim w słowach. Wyznam jednak szczerze, że przyjęłabym go pod dach nawet wtedy, gdyby był brudnym jak świnia pijakiem, bo okazało się, że gotów był zapłacić całe sześć pensów za każdy tydzień mieszkania na poddaszu. A było mi wtedy ciężko. Dostawałam skromniutki zasiłek z gminy i musiałam dorabiać poranną posługą na plebanii i dorywczą pracą w Bradford Hall – jeśli potrzebowali tam akurat dodatkowej pary rąk. Więc te sześciopensówki pana Viccarsa wiele w domu znaczyły. Już pod koniec pierwszego tygodnia okazało się jednak, że to ja byłam gotowa mu zapłacić. George Viccars sprowadził znów śmiech do mojego domu. A później, kiedy miałam czas, by wszystko przemyśleć, byłam zadowolona, że mogę choć powspominać tamte wiosenne i letnie dni, gdy Jamie śmiał się tak wesoło.

Kiedy pracowałam, mojego malucha i Jamiego pilnowała dziewczyna Martinów. To była przyzwoita dziewczyna i nie spuszczała oczu z dzieci, ale obyczaje miała purytańskie. Uważała, że śmiać się i bawić to nie po bożemu. Jamie nie lubił jej surowości i cieszył się zawsze, gdy wracałam do domu. Już w drzwiach obejmował mnie za kolana. Ale nazajutrz po przybyciu pana Viccarsa Jamie nie czekał na mnie u wejścia. Ja zaś, ledwie otworzyłam drzwi, usłyszałam jego serdeczny śmiech. Zdziwiłam się. Co się stało, że Jane Martin zaczęła się z nim bawić? Ale gdy weszłam do kuchni, zobaczyłam, że Jane krząta się przy zupie ze swoją zwykłą zaciętą miną. Za to pan Viccars chodzi na czworakach, niosąc na grzbiecie piszczącego z uciechy Jamiego.

– Jamie, przestań męczyć biednego pana Viccarsa! – krzyknęłam. Ale pan Viccars roześmiał się, szarpnął głową i… zarżał.

– Jestem jego koniem, pani Frith, jeśli nie ma pani nic przeciwko temu. Jamie to świetny jeździec i rzadko smaga mnie szpicrutą.

Dzień później zastałam Jamiego wystrojonego jak jakiś arlekin w skrawki materiałów z kuferka pana Viccarsa. A następnego dnia budowali razem szałas z worków po owsie.

Starałam się wyrazić swoją wdzięczność, ale pan Viccars żachnął się:

– Ach, to taki miły chłopczyk… Jego ojciec musiał być z niego bardzo dumny.

Próbowałam się więc odwdzięczyć bardzo dobrym jedzeniem – w gruncie rzeczy ponad stan – a on nie mógł się nachwalić mojej kuchni. W pobliskich miasteczkach nie było wówczas żadnego krawca, więc pan Hadfield miał dużo pracy, którą mógł się podzielić ze swym nowym pomocnikiem. Pan Viccars pracował do późna, śmigając igłą przy kominku. Czasami, gdy nie byłam zanadto zmęczona, wynajdowałam sobie jakieś zajęcie, by mu towarzyszyć, a on odwzajemniał mi się opowieściami o miejscach, do których zawędrował. Jak na młodego jeszcze człowieka dużo już widział i potrafił barwnie opisywać to, co zobaczył. Ja natomiast, jak większość ludzi z naszej wsi, nie miałam okazji podróżować dalej niż do odległego o siedem mil najbliższego miasteczka targowego. Najbliższe zaś większe miasto, Chesterfield, leży dwakroć dalej i nigdy tam nie byłam. Bo i po co? Pan Viccars znał takie wielkie miasta jak Londyn i York, kipiący życiem port Plymouth i Canterbury – cel licznych pielgrzymek. Przyjemnie było posłuchać o tych wszystkich miejscach i zwyczajach żyjących tam ludzi.

Takich wieczorów nie miałam nigdy z Samem, który to ode mnie oczekiwał wieści z owego ciaśniutkiego świata, który go interesował. Lubił słuchać tylko o sąsiadach znanych mu od dziecka i o ich codziennych, zwykłych sprawach. No więc opowiadałam mu o tym, jak to Martin Highfield kupił sobie byczka i co wdowa Hamilton myślała o nadchodzącej strzyży owiec. Lubił tak siedzieć, zmęczony, na krześle przy kominku. To krzesło wydawało się za małe dla jego potężnego ciała. Paplałam więc o wszystkim, co usłyszałam o naszych sąsiadach i co zmalowały ich dzieciaki, a on pozwalał, by moje słowa głaskały jego uszy i wpatrywał się we mnie z półuśmiechem niezależnie od tego, co mówiłam. Gdy kończyłam, uśmiechał się szeroko i wyciągał po mnie ręce. Dłonie miał duże, spękane, z poczerniałymi paznokciami. Uprawiał miłość w nieskomplikowany sposób – parę gwałtownych ruchów spoconego ciała, potem spazm i szybki sen. A ja leżałam przyciśnięta ciężkim ramieniem i próbowałam zgłębić ciemne zakamarki jego duszy. Bo jego świat był ciemny: labirynt korytarzy i sztolni trzydzieści stóp pod ziemią. Sam umiał kruszyć wapień za pomocą wody i ognia, wiedział, ile ołowiu jest w danej partii rudy, umiał przewidzieć bieg żyły kruszcu. Kochał mnie o tyle, o ile wiedział, co to miłość. Kochał mnie mocniej od chwili, gdy dałam mu synów. Jego całe życie toczyło się wokół takich spraw.

Horyzonty pana Viccarsa zdawały się nie mieć żadnych granic. Gdy wszedł do naszego domu, przyniósł ze sobą szeroki świat. Urodził się jako „peakrill”, chłopak z Peak District, we wsi koło Kinder Scout. Posłano go jednak do Plymouth, by się wyuczył na krawca. W tym portowym mieście widział handlarzy jedwabiem, którzy przemierzali Orient, i zaprzyjaźnił się z koronczarzami, wśród których byli nawet nasi wrogowie Holendrzy. Opowiadał rozmaite historie: o pogańskich żeglarzach, owijających rude głowy turbanami w kolorze mocnego indygo, i o muzułmańskim kupcu, którego cztery żony ukazywały spod okrywających je woali tylko jedno oko. Ukończywszy terminowanie, wybrał się do Londynu, gdyż dzięki restauracji monarchii i powrotowi króla Karola II nastał tam dobry czas dla wszelakiego rzemiosła i handlu. I rzeczywiście, miał mnóstwo zleceń na liberie dla służby. Ale miasto go męczyło.

– Londyn to dobre miejsce dla ludzi bardzo młodych i bardzo bogatych – powiedział. – Inni tam długo nie pociągną.

Uśmiechnęłam się i stwierdziłam, że skoro nie dobiegł jeszcze trzydziestki, to moim zdaniem jest wciąż dość młody, by radzić sobie z opryszkami i przesiadywać w tawernach do późnej nocy.

– Może i ma pani rację – przyznał. – Ale miałem już dość takiego życia. Nie sięgałem wzrokiem dalej niż do poczerniałego muru po drugiej stronie ulicy i nie słyszałem nic prócz turkotu kół przejeżdżających powozów. Brakowało mi przestrzeni i świeżego powietrza. Trudno uwierzyć, że to, czym oddychają Londyńczycy, jest w ogóle powietrzem. Węgiel z kominów przepełnia powietrze sadzą i siarkowymi wyziewami. Nawet pałace pokrywają się kopciem i wyglądają jak ponure, czarne bryły. To miasto jest jak zażywny starszy pan, usiłujący się wcisnąć w kaftan noszony za młodu. W poszukiwaniu pracy ściąga do Londynu tak wielu ludzi, że muszą się gnieździć po dziesięciu albo i dwunastu w pokoju niewiększym od tego, w którym siedzimy. Ci nieszczęśnicy próbują zyskać trochę dodatkowej przestrzeni, więc dobudowują piętra, które zwieszają się nad ulicami, i wznoszą przybudówki na dachach. Aż dziw, że to się wszystko nie zawali. Wszędzie umieszcza się rynny i okapy, z których jeszcze długo po deszczu chlusta woda, obryzgując przechodniów…

Miał też dość – jak wyznał – dżentelmenów, którzy zamawiali liberie dla służby, a potem kazali czekać rok albo i dłużej na zapłatę.

– I wie pani, byłem szczęśliwy, jeśli w ogóle mi zapłacili, bo wielu moich kolegów zostało wystrychniętych na dudka przez tych szlachetnie urodzonych szalbierzy.

Gdy się przekonał, że nie mam purytańskich skłonności, podzielił się ze mną paroma anegdotami o bezeceństwach i hulankach, jakich był świadkiem po powrocie króla z wygnania. Z początku byłam pewna, że sam skroił te historie równie zgrabnie, jak to czynił z ubraniami. Kiedyś, gdy siedzieliśmy razem w kuchni – on na podłodze, z wyciągniętymi nogami, zszywając jakieś płótna, a ja przy stole przygotowując owsiane placki – wyraziłam powątpiewanie, czy aby wszystko, co opowiadał, jest prawdą.

– Droga pani, jeśli nawet nie mówię całej prawdy, to dlatego tylko, żeby nie urazić pani uszu nazbyt frywolnymi szczegółami.

Roześmiałam się i odparłam, że nie jestem taka delikatna, by musiał przede mną coś zatajać. Wręcz przeciwnie, chciałam się dowiedzieć, jak naprawdę mają się sprawy na tym świecie. Może za bardzo go zachęciłam, a może niepotrzebnie nalałam mu drugi kufel domowego piwa, dość że zaczął opowiadać, jak to król wybrał się w przebraniu do zamtuza, gdzie gruntownie opróżniono mu kieszenie. Pan Viccars był zaskoczony, gdy przyjęłam tę historyjkę ze śmiechem i powiedziałam, że mam nadzieję, iż nasz monarcha nie miał nic przeciwko temu, gdyż kobiecie, która się tak obłowiła, te pieniądze nie przyszły łatwo.

– Nie potępia jej pani za wykorzystywanie cudzej pożądliwości i skłonności do rozpusty? – zapytał, uniósłszy brew ze zdziwienia, a może i ze zgorszenia.

– Owszem, jej profesja nie jest chwalebna – odparłam – ale nim ją potępię, chciałabym wiedzieć, jaki wybór miała w tym bezlitosnym świecie, który mi pan opisał. Kiedy człowiek walczy o przeżycie, niewiele zważa na skrupuły.

Moja odpowiedź była może zanadto szczera, bo następna rewelacja, jaką mnie uraczył pan Viccars, dotyczyła ulubionego poety króla, earla Rochester. Nie kryję, że przeżyłam szok. Pan Viccars miał zdolności aktorskie. Zanim zadeklamował mi strofy królewskiego faworyta, przybrał minę zblazowanego szydercy i nadał swemu głosowi wielkopański ton:

Wstaję o jedenastej, do stołu siadam o drugiej;

Przed siódmą jestem już pijany, a zaraz potem

Posyłam po kurwę zręcznopalcą…

Lecz że trypra się przestraszyłem,

To na niej sobie ulżyłem…

Nie pozwoliłam mu deklamować dalej. Zasłoniłam uszy dłońmi. Nie lubię oceniać innych, ale trudno mi było uwierzyć, iż ci szlachetnie urodzeni panowie, tak wysoko wyniesieni ponad gmin, mogą być do tego stopnia zepsuci, że prości wieśniacy wydają się przy nich aniołami. Później, leżąc w swoim pokoiku z dziećmi u boku, pożałowałam, że tak postąpiłam. Chciałam się przecież dowiedzieć jak najwięcej o miejscach i ludziach, których nie miałam nadziei poznać. Martwiłam się, że moja pruderia może zniechęcić pana Viccarsa do dalszych szczerych rozmów.

Nazajutrz biedak wyglądał na bardzo zawstydzonego. Sądził widocznie, że się obraziłam na amen. Powiedziałam mu zatem, że nie kto inny jak nasz proboszcz mówił, iż wiedza sama w sobie nie jest niczym złym, że wszystko zależy od tego, jaki z niej zrobimy użytek dla duszy. Powiedziałam też, że jestem wdzięczna za to, że dał mi wgląd w życie najwyższych kręgów naszego kraju, i że z chęcią posłucham innych wierszy, bo czyż lojalni poddani nie powinni podążać za przykładem swego króla i naśladować jego gustów? Tak to sobie żartowaliśmy, a kiedy wiosna przemieniła się w lato, zaczęliśmy zachowywać się względem siebie bardziej swobodnie.

Pan Hadfield zamówił pakę ubrań z Londynu, a kiedy przesyłka dotarła na miejsce, we wsi zapanowało poruszenie, bo zawsze, kiedy pojawiały się u nas towary ze stolicy, sąsiedzi interesowali się, jakie kolory i fasony nosiło się w wielkim mieście. Przesyłka dotarła trochę mokra, bo końcowy etap podróży przebyła na otwartym wozie, niezabezpieczona przed deszczem. Pan Hadfield poprosił więc Viccarsa, by zajął się suszeniem zawartości, a ten poprzeciągał sznury nad naszym podwórzem i porozwieszał na nich londyńskie ubrania, umożliwiając moim sąsiadom obejrzenie i skomentowanie stołecznej mody.

Pan Viccars miał z góry ustaloną listę zleceń, więc zdziwiłam się, gdy parę dni po nadejściu paczki z Londynu zobaczyłam, wróciwszy do domu po pracy, suknię z delikatnej wełenki, leżącą na moim łóżku. Była w kolorze złocistej zieleni, jakby na liście padły promienie słońca. Fason miała skromny, ale była dobrze skrojona, a pod szyją i przy mankietach wykończona była genueńską koronką. Nigdy nie miałam czegoś tak pięknego. Nawet do ślubu poszłam w sukni pożyczonej od przyjaciółki. Od śmierci Sama chodziłam wciąż w roboczym fartuchu z surowej serży. Był po purytańsku czarny, bez żadnych ozdób. Myślałam, że tak będzie dalej, bo nie miałam ochoty ani środków, by się stroić. Teraz jednak wzięłam suknię, przyłożyłam do ciała i podeszłam do okna. Podekscytowana jak młoda dziewczyna próbowałam uchwycić w szybach swoje odbicie. I dostrzegłam… pana Viccarsa stojącego za mną. Opuściłam suknię zawstydzona, że zobaczył mnie w tak nieskromnej sytuacji. Ale on tylko uśmiechnął się szeroko i z szacunkiem spuścił oczy.

– Przepraszam, ale kiedy tylko zobaczyłem ten materiał, pomyślałem zaraz o pani, bo taka zieleń to dokładnie kolor pani oczu.

Poczułam, że oblewam się rumieńcem, a zażenowanie z tego powodu jeszcze mocniej rozpaliło mi policzki i szyję.

– Drogi panie, jest pan bardzo uprzejmy, ale nie mogę przyjąć tej sukni. Jest pan moim lokatorem i cieszę się z tego. Ale musi pan wiedzieć, że przebywanie pod jednym dachem kobiety i mężczyzny to ryzykowna sprawa. Obawiam się, by nasza przyjaźń nie zaszła za daleko…

– A cóż w tym złego? – przerwał mi cichym głosem.

Minę miał poważną, a oczy utkwił we mnie. Znów oblałam się szkarłatem i nie wiedziałam, co powiedzieć. On też się zarumienił. Gdy zrobił krok w moim kierunku, zachwiał się nagle i musiał oprzeć się o ścianę, by zachować równowagę. Zezłościłam się trochę, bo pomyślałam w pierwszej chwili, że dodał sobie animuszu dzbankiem piwa. Liczyłam się z sytuacją, która będzie przypominać te nieokrzesane zaloty podpitych prostaków, jakie musiałam znosić od czasu śmierci Sama. Ale pan Viccars trzymał ręce przy sobie. Zaczął sobie rozcierać skronie, jakby rozbolała go głowa.

– W każdym razie niech pani zatrzyma tę suknię. To tylko podziękowanie za wygodną kwaterę i za to, że tak życzliwie przyjęła pani pod swój dach mnie, obcego.

– Bardzo dziękuję, ale nie jestem pewna, czy ma pan rację – odparłam, składając suknię.

– To może poczeka pani do rana i zapyta o radę proboszcza? – zaproponował. – Jeśli on nie znajdzie w tym nic niestosownego, to chyba nikt nie powie złego słowa…

Trudno się było nie zgodzić. Chociaż nie pomyślałam w tamtej chwili o proboszczu – bo nie mogłam przed nim otwierać serca w takiej sprawie – to wiedziałam, że pani Mompellion będzie umiała mi pomóc. Z lekkim zdziwieniem odkryłam, że pozostało we mnie wciąż wiele kobiecości, że po prostu chcę nosić tę suknię.

– Może ją pani chociaż przymierzy? Rzemieślnik lubi wiedzieć, czy sprawdza się w swoim fachu. Jeśli nawet dowie się pani jutro, że nie może przyjąć ode mnie prezentu, to niech pani choć nie rani mojego krawieckiego serca i pozwoli mi sprawdzić, czy nie sfuszerowałem roboty.

Czy postąpiłam słusznie, godząc się tak łatwo na jego propozycję? Stanęłam na środku pokoju, gładząc opuszkami palców delikatną tkaninę. Byłam bardzo ciekawa, jak suknia będzie na mnie leżeć. Dałam panu Viccarsowi znak, by poczekał na dole, a potem zrzuciłam z siebie codzienny zgrzebny fartuch. Po raz pierwszy od wielu miesięcy zauważyłam, jak bardzo zaniedbana była moja bielizna, przepocona i poplamiona mlekiem. Pomyślałam, że nie wypada wkładać nowej sukni na nieświeżą bieliznę – i rozebrałam się do naga. Przyjrzałam się swojemu ciału. Ciężka praca i zimowa bieda pozbawiły mnie pulchności, jakiej nabrałam po urodzeniu Toma. Sam lubił, gdy byłam przy kości. Ciekawe, czy panu Viccarsowi też podobają się takie kobiety. Znów się zarumieniłam. Przełknęłam ślinę. Włożyłam zieloną suknię. Otuliła miękko moje nagie ciało, które ożywiło się po raz pierwszy od długiego czasu. Dobrze wiedziałam, że to tylko częściowo z powodu sukni. Gdy się poruszyłam, rąbek uniósł się lekko. Poczułam ochotę, by wznieść się razem z nim, by zawirować w tańcu jak młoda dziewczyna.

Pan Viccars grzał sobie dłonie przy kominku. Gdy usłyszał moje kroki na schodach, odwrócił się i westchnął głęboko, a twarz mu pojaśniała w szerokim, pełnym uznania uśmiechu. Obróciłam się na pięcie, a brzeg sukni zawirował razem ze mną. Pan Viccars zaczął bić brawo, a potem rozłożył ręce.

– Droga pani, powinienem uszyć tuzin takich sukien, by należycie ukazać pani urodę! Proszę uznać mnie za godnego spełniania wszelkich życzeń…

Podszedł do mnie, ujął w pasie, miękko przyciągnął do siebie i pocałował. Nie umiem powiedzieć, co by się wtedy stało, gdyby jego skóra nie była tak rozpalona. Odskoczyłam jak oparzona.

– Ależ pan ma gorączkę! – krzyknęłam i położyłam dłoń na jego czole, jak to robią matki.

– To prawda – przyznał, odsuwając moją dłoń i znowu rozcierając sobie skronie. Przez cały dzień czuję się, jakbym miał febrę czy coś w tym rodzaju. A teraz bierze mnie jeszcze mocniej. Boli mnie głowa i strasznie łamie w kościach.

– Niech pan zaraz idzie do łóżka – powiedziałam łagodnie. – Dam panu jakiś napar na gorączkę. Pomówimy rano, gdy dojdzie pan do siebie.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij