Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Rosyjska namiętność - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 czerwca 2017
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Rosyjska namiętność - ebook

Miłość silniejsza niż zatruty umysł geniusza

Wyjątkowa, piękna i przepełniona głębokim uczuciem jak utwory genialnego kompozytora Siergieja Prokofiewa. Taka była Lina - jego muza, kochanka i żona. Ich wspólna historia rozgrywa się na tle wielkich wydarzeń XX wieku, na tle drapaczy chmur Nowego Jorku oraz w kręgu artystów paryskiej awangardy. Na co dzień spotykali się z Coco Chanel, Hemingwayem, Picassem, Matisse’em, Ravelem, Diagilewem...

Szczęśliwe lata kończą się, kiedy Prokofiew podejmuje decyzję o powrocie do Związku Radzieckiego. W sowieckiej Rosji czasu stalinowskiego terroru Lina zostaje oskarżona o szpiegostwo, jest torturowana w złowrogiej Łubiance, a w końcu skazana na morderczą pracę w łagrze. Tylko wewnętrzna siła, pasja życia i niezniszczalna miłość, którą darzy męża, pozwalają jej przetrwać.

Życie Liny, żony wielkiego rosyjskiego kompozytora Siergieja Prokofiewa, było nieustanną walką o miłość, przetrwanie, wspólną przyszłość i samą siebie. Podobnie jak w jej ulubionym wierszu, puentą tej historii mogą być słowa: "Aby żyć szczęśliwie, żyjmy niepozornie".
Joanna Moro

Kategoria: Literatura piękna
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-277-0562-4
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

To właśnie wtedy dowiedziałam się, że miłość jest

nie tylko źródłem radości i zabawą, ale też częścią

niekończącej się tragedii życia, że niesie w sobie

zarówno wieczne potępienie, jak i przemożną siłę

nadającą życiu sens.

NADIEŻDA MANDELSZTAM

Jesteśmy naszą pamięcią,

jesteśmy tym chimerycznym muzeum niestałych form,

tym stosem potłuczonych luster.

JORGE LUIS BORGES, Cambridge*

(...) choć osamotniony,

Swobodę myśli przekładam nad trony.

BYRON, Don Juan**Jeśli za bardzo rozpieszczano cię w dzieciństwie, późniejsze życie może okazać się nieznośnie trudne. Lina wcale nie twierdziła, że ta zasada, powtarzana w jej rodzinie do znudzenia, aż stała się swego rodzaju mantrą, stanowi wyjaśnienie, dlaczego znalazła się w krainie wiecznej zmarzliny, gdzie zima trwa osiem miesięcy, temperatura spada poniżej minus pięćdziesięciu stopni Celsjusza, a wiatry znad Arktyki przynoszą śnieżne burze, zakrywające kilkumetrową pierzyną śmiertelnie groźną tundrę, pokrytą mchem i błotem. Od dawna już przestała zadawać sobie pytanie, za co los postanowił się na niej zemścić, zsyłając ją w to miejsce, położone na północ od sześćdziesiątego siódmego równoleżnika.

Jej życie było jak nieustające święto do chwili, kiedy ktoś nagle zgasił światło, a cęgi z kutego żelaza rozdarły na strzępy jej wcześniejszą egzystencję. Mogła się tego spodziewać, mogła właściwie zinterpretować pewne sygnały, które teraz jawiły się przed jej oczami całkiem jasno i wyraźnie, mimo nocnej ślepoty, na którą zapadła w lodowym piekle i z której powodu musiała przemykać się wśród łagrowych baraków jak cień, próbując namacać wejście do baraku kuchennego rękami popękanymi od północnego wiatru. Miała w nim zjeść swoją ostatnią dzienną rację – kubek rozwodnionej zupy ze zgniłej kapusty z kromką kwaśnego chleba. Był to cały posiłek na zakończenie czternastogodzinnego dnia przymusowej pracy. Uśmiechała się z tą samą godnością, jaka była widoczna na jej twarzy, gdy sędzia skazywał ją na dwadzieścia lat w obozie stanowiącym część Gułagu. Została oskarżona o szpiegostwo i zdradę ojczyzny. Nie była rozpieszczonym dzieckiem. Raczej osobą, która ocalała i próbuje się przystosować do warunków i scenariuszy wymyślanych przez życie. Do postojów na stacjach, na których wolałaby nigdy nie stawiać stopy.

Jak co noc jej pamięć przywoływała słowa, które Karolina, babcia ze strony matki, wypowiedziała do niej spokojnym i swojsko brzmiącym głosem. Babcia była nauczycielką literatury francuskiej i pisała nowele, które opowiadała swojej jedynej wnuczce, słuchającej ich z szeroko otwartymi oczami. Lina spędzała długie miesiące wakacji na Kaukazie z babcią oraz dziadkiem Władysławem Adalbertowiczem Niemyskim – polsko-litewskim arystokratą, piastującym wysokie stanowiska w rządzie rosyjskim w okresie rozbiorów, kiedy jego rodzinne ziemie należały do Rosji. Mieszkali w przytulnym drewnianym domu położonym pośród bujnej roślinności i wodnych kaskad, wśród krajobrazów, które rozbudzały w dziewczynce miłość do przyrody. Jej dzieciństwo rozbrzmiewało bajkami La Fontaine’a czytanymi po francusku. Ale jej ulubioną bajką był Świerszcz Jean-Pierre’a Claris de Floriana. Lina mogła słuchać tej historii tysiące razy, nie nudząc się, choć morał zrozumiała w pełni dopiero jakieś czterdzieści lat później. Jej pamięć przez cały czas przechowywała melodię i słowa opowiastki.*

Raz biedny świerszcz niepozorny
Ukryty przez zioła kwitnące
Patrzył, jak motyl niesforny
Fruwa beztrosko po łące.
(…)

„Ach! wzdychał świerszcz, jak moje i jego
Różne są losy! Jejmość natura
Jemu dała wszystko, mnie zaś niczego:
Talent mój marny, jeszcze gorsza figura”.

(…)
Gdy świerszcz tak biadał, na łąkę stadkiem
Nadbiegły dzieci i zaraz
Widać, jak wszystkie naraz
Motyla ścigają (…).

Wkrótce zostaje złapany.
Jeden ciągnie za skrzydło, drugi nie szczędzi główki,
(…)

Nie trzeba było wcale aż tyle harówki,
By biedny zwierzak padł rozerwany.
„Och! och!, mówi świerszcz, już myślę pogodnie;
(…)

Aby żyć szczęśliwie, żyjmy niepozornie”.

Po skończonej bajce babcia Karolina zawsze przez dłuższą chwilę milczała, przyglądając się wnuczce, po czym powtarzała jej dla pamięci morał po francusku: Pour vivre heureux, vivons cachés – „Aby żyć szczęśliwie, żyjmy niepozornie”.

To właśnie ona pomogła Linie zwalczyć strach przed ciemnością. Pewnej nocy, kiedy dziewczynka prosiła ją, żeby pozostawiła w pokoju zapalone światło, babcia Karolina usiadła na jej łóżku i zaczęła się bawić długimi warkoczami małej.

– Zamknij oczy i słuchaj ciszy, odgłosów burzy i wycia wilków… To jest muzyka, moje dziecko, cudowna partytura. Powinnaś się w nią wsłuchać uważnie. Niczym ci nie zagraża, towarzyszy ci tylko, żebyś wiedziała, że nie jesteś sama.

Wspomnienie głosu babci przynosiło pocieszenie. Lina próbowała ułożyć jakoś zbolałe ciało na wąskim sienniku rzuconym na drewniane deski, gdzie sypiała. Mocno zaciskała powieki, aż do bólu. Poczuła w oczach bolesne ukłucia, towarzyszące pękaniu ropnych strupów, które utworzyły się z powodu siarczystego mrozu i wyniszczenia niedożywionego organizmu. Ale nie przejmowała się bólem. Niemal cieszyła się, że rana się otworzyła i wycieka z niej strumyczek czegoś ciepłego, co spływa po policzkach. Jej oczy błyszczały z powodu gorączki, nękającej ją od kilku dni. Teraz starała się ich nie otwierać, zmarszczyła brwi, starając się skupić na obrazie, który towarzyszył jej przed chwilą. Chciała do niego powrócić. Poczuć raz jeszcze ten sam błogostan jak wtedy, gdy Siergiej komponował, a ona siedziała u jego boku z wyrazem uległości w oczach, gotowa poddać się bez oporu światu niekontrolowanych doznań. Ciągi nut, których całe mnóstwo wydostawało się nieustannie z umysłu Prokofiewa, aby za pośrednictwem jego szczupłych i bladych palców zaatakować z impetem klawisze fortepianu, przenosiły ją do odmiennego, dalekiego świata. Ten świat, osadzony w innym wymiarze, był oddalony od ziemi, po której stąpała, i od codziennych problemów. Lina odbierała tę muzyczną nirwanę jako zapowiedź wieczności. Bardziej niż kiedykolwiek potrzebowała teraz wrócić do tamtego świata, do tamtych chwil życia, kiedy wszystko się zaczęło, kiedy los zaczął zapisywać jej historię z niezmierzoną bezczelnością, którą zawsze w jej przypadku wykazywał. Potrzebowała posłuchać muzyki swojego życia.

Dobiegające z zewnątrz wycie wilków też mogłoby stać się częścią tej samej partytury, która zaczynała powstawać w umyśle Liny, ale kompozytorka nie dała mu na to przyzwolenia. Od dawna już nie bała się wilków, podobnie jak nocnych ciemności, a nawet niepokojących odgłosów, które dobiegały z baraków łagru w Abez niedaleko Workuty. Bała się tylko zapomnienia. Jedynym luksusem, który chronił ją i pozwalał jej nie czuć wszechobecnego zimna, były wspomnienia. Wiedziała, że każdy dzień pracy w łagrze odbierał jej rok życia, ale każda noc wypełniona wspomnieniami przedłużała je o te utracone dwanaście miesięcy. Cieszyła się, że jej pamięć nie blaknie, bo była jedynym lodołamaczem, jakim Lina dysponowała. Jedyne życie, które potrafiła sobie stworzyć, żeby nie zostać pokonaną przez los, polegało na przechadzaniu się pośród wspomnień. Oczywiście wspomnienia bolą i pieką, jak alkohol wylany na otwartą ranę. Ale w ostatecznym rozrachunku leczą, uzdrawiają zranione ciało i usuwają infekcję, choć na skórze pozostaje blizna – ślad, który nigdy nie zniknie.

Lina przykryła się wystrzępionym kocem, a jej ciało zmieniło się w nieokreślony kształt ukryty pod wytartym materiałem, będącym siedliskiem brudu, pluskiew oraz wszy. Pour vivre heureux, vivons cachés. Słowa powtarzane przez babcię przejęły rolę pałeczki z kości słoniowej, dostatecznie lśniącej i jasnej, by odcinała się od ciemności sali koncertowej, w którą wyobraźnia Liny zamieniła obozowy barak. Widziała, jak pałeczka drży między jej palcem wskazującym a kciukiem, szukając najlepszej pozycji. W końcu – stabilna i pewna – była gotowa, by subtelnym ruchem przeciąć powietrze i zacząć odmierzać rytm odczytywany z pięciolinii pamięci.

W umyśle Liny pojawił się pierwszy obraz. Zobaczyła zalane słońcem wieże Notre Dame, jaśniejącą w świetle kopułę kościoła Inwalidów, skąpaną w jasnych promieniach wieżę Eiffla. Zobaczyła siebie samą, witającą nowy, 1924 rok przy stoliku u Pruniera – w jednej z najlepszych paryskich restauracji, w której później dzieliła się z Ernestem Hemingwayem półmiskiem ostryg uzupełnianych kolejnymi kieliszkami sancerre. Podobnie zresztą było podczas ich pierwszego spotkania w kawiarni Le Pantheon w pobliżu placu Saint-Michel, które też sobie przypomniała. Po kilku sekundach wyobraźnia Liny przeniosła ją znów do luksusowej restauracji Pruniera, bez wątpienia jej ulubionego lokalu we francuskiej stolicy. Była tam pierwszego dnia, kiedy mogła już wychodzić z domu po urodzeniu pierworodnego, Światosława. Przyszła na kolację w towarzystwie przyjaciół – Maurice’a Ravela, Francisa Poulenca i Raymonda Roussela. Babcia Karolina miała rację: zamykając oczy, Lina była w stanie usłyszeć Preludium do Popołudnia fauna Debussy’ego, które rozbrzmiewało tak często w jej domu przy paryskiej rue Valentin Haüy pod numerem 5. Widziała samą siebie, jak mknie wraz z Siergiejem saniami po zamarzniętej rzece Moskwie i ogląda widowisko z udziałem promieni słonecznych odbijających się od Kremla. Kolejne obrazy biegły coraz bardziej w głąb, odtwarzając podróż jej życia. Znów pozwalała się uwieść magnetyzmowi Marleny Dietrich, podnoszącej kieliszek, aby stuknąć się z nią w restauracji Victor Hugo w Beverly Hills, wymieniała zwierzenia z Coco Chanel, która twierdziła, że „aby być niezastąpionym, trzeba się ciągle zmieniać”, i słuchała intymnych zwierzeń Walta Disneya, który – jak wszyscy – był nią zafascynowany. Patrzyła znów w wielkie oczy Pabla Picassa, który mówił jej, że jest zachwycającą kobietą, a „ten Rosjanin nie zrobił nic, żeby na nią zasłużyć”. W studiu panny Stein, pod numerem 27 przy rue de Fleurus, słuchała jej słów o tym, że „człowiek może sobie kupować obrazy albo stroje”, ale że „nie wierzy, by był w stanie kupować jedno i drugie, niezależnie od tego, jak byłby bogaty”. Przypominała sobie szczerość Kiki z Montparnasse’u, szepczącej jej do ucha, że „w Paryżu wszyscy mówią o miłości, ale nikt nie umie jej uprawiać”. Śmiała się, wspominając komentarz jej bliskiego przyjaciela, twórcy Ballets Russes, Siergieja Diagilewa, siedzącego na brzegu łóżka, w którym Lina dochodziła do siebie po drugiej ciąży: „Kobieta z synem jest jak generał; z dwoma staje się marszałkiem”. Pamiętała pełne zrozumienia spojrzenie generała de Gaulle’a całującego jej dłoń: „Niecierpliwie czekamy na panią w Paryżu, pani Prokofiew”, uparte pytania Federica Garcíi Lorki: „Jest pani pewna, że nie urodziła się w Kordobie?”, pełne śmiechu biesiady z Charlesem Chaplinem, Imperiem Argentiną i Igorem Strawińskim w jego letnim ustroniu La Fléchère nad jeziorem Bourget, noce w paryskim Empire spędzane na słuchaniu Carlosa Gardela i lakoniczne zdanie Pierre’a Reverdy’ego zapisane na kartce: „Co stałoby się z marzeniami, gdyby ludzie byli szczęśliwi?”. Coco Chanel miała rację: pamięć jest rodzaju żeńskiego.

Utrzymujący się od dłuższej chwili głuchy stukot przerwał serię obrazów, które wyświetlała pamięć Liny. Nie miała problemów ze zidentyfikowaniem źródła tych hałasów. Nie musiała nawet specjalnie podnosić wzroku, żeby w szparach między deskami baraku dostrzec, jak głowy więźniów, których martwe ciała ciągnięto po schodach, uderzają o ich stopnie. Była oswojona z tym widokiem aż nadto. Jakby chodziło o dobrze dostrojoną orkiestrę, w odgłosy nocy włączały się coraz to nowe dźwięki: Lina rozpoznawała stłumiony szloch dobiegający z pryczy poniżej, zmieszany z serią niezrozumiałych słów modlitwy, świst wiatru przedostającego się przez szczeliny w ścianach, szepty którejś z więźniarek dręczonej koszmarnym snem; do tego dochodziły jeszcze dźwięki dobiegające z innego wymiaru czasowego: pobrzękiwanie kluczy noszonych przez strażników więzienia Lefortowo, gęsta cisza korytarzy Łubianki, wiadomości wystukiwane łyżkami o ściany cel i nadawane alfabetem Morse’a – w jedynym dostępnym więźniom języku – zaczynające się zawsze od pytania: „Kto ty jesteś?”. A przede wszystkim głos sędziego śledczego Riumina: „Czasami życie przenosi nas w miejsca, które nam nie odpowiadają, i nie możemy na to nic poradzić; pozostaje pogodzić się z losem”.

Lina zwinęła się w kłębek, prycza zaskrzypiała, jakby i ona jęczała pod ciężarem rzeczywistości. Pour vivre heureux, vivons cachés. Pour vivre heureux, vivons cachés. Jej umysł poszukiwał jakiejś deski ratunku, która pozwoliłaby jej nie utonąć; żeby ją znaleźć, musiała wrócić do początku, do miejsca, gdzie wszystko się zaczęło, gdzie po raz pierwszy przybrała kształt jej wielka namiętność, która doprowadziła ją do najokrutniejszego z piekieł…· 1 ·

– Ta przeklęta grypa narobi więcej złego niż wojna.

Olga Niemyska przytrzymywała słuchawkę telefonu jedną ręką, w drugiej trzymając kubek mleka przeznaczony dla cierpiącej na anemię córki. Był wieczór i dzwonek telefonu zakłócił rodzinny spokój w mieszkaniu przy Washington Heights pod numerem 145. Niedawno się tam wprowadzili. Telefon zaniepokoił Olgę. Reagowała tak zawsze, gdy dzwonek rozlegał się po dziewiątej wieczorem, a jej mąż, Juan Codina, był akurat w podróży poza krajem. Jednakże szybko rozpoznała dobrze znany głos przyjaciółki, Wiery, która zapraszała ją na koncert w nowojorskiej Carnegie Hall. Miał się odbyć nazajutrz, we wtorek 10 grudnia 1918 roku.

– Zabroniłam Linie podróżować metrem i piętrowymi pociągami. Są źródłem infekcji. Tak, tak… Oczywiście, że sobie przypominam, przecież to ja ją urodziłam… Wiem, że ma dwadzieścia lat i nie jest dzieckiem. Ale ma dość problemów z anemią. Tylko tego jej potrzeba, żeby złapała tę sakramencką grypę. Hipochondryczka? Wiera, proszę cię, przecież jesteś specjalistką…

Wiera Danczakowa była uznaną badaczką w dziedzinie nowotworów i pionierką prac nad komórkami macierzystymi. Trzy lata wcześniej porzuciła swój rodzinny Sankt Petersburg i wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych, zniechęcona niestabilnością, jaka zapanowała w jej ojczystym kraju w związku z udziałem Rosji w wielkiej wojnie, dewastującej świat od 28 lipca 1914 roku.

– Jesteś biologiem i powinnaś wiedzieć lepiej niż ktokolwiek inny, że grypa zabije więcej ludzi niż ta przeklęta wojna, chociaż nikt nie chce tego głośno powiedzieć – kontynuowała Olga. – Za każdym razem, kiedy słyszę, jak Lina kaszle, serce zamiera mi w piersi. A ty mówisz, żebym nie przesadzała.

Ta piękna kobieta o długich, jasnych włosach i zjawiskowych niebieskich oczach mówiła szybko, nie robiąc pauz, lecz wystukując wypowiadanymi słowami przyjmeny dla ucha rytm. W jej głosie słychać było melodyjność charakterystyczną dla wielkiej sopranistki, która całkiem niedawno przemierzała Europę, występując na jej scenach. Olga pochodziła z bardzo starej rodziny, co często lubił podkreślać w żartach jej mąż Juan Codina, hiszpański tenor urodzony w Barcelonie, którego poznała, gdy oboje przebywali we Włoszech, w szkole przy Teatro alla Scala w Mediolanie. Choć Olga nie lubiła o tym opowiadać, jej rodzina ze strony ojca, Niemyscy, należała do pradawnego rodu wywodzącego się od polskich królów. Ojciec, Władysław, zajmował ważne stanowiska w rosyjskiej strukturze politycznej, w której zawsze wyróżniał się liberalnymi poglądami, choć lubił także obnosić się ze swoją surowością i formalizmem. Olga, powodowana najwyraźniej chęcią podkreślenia, że nie przywiązuje do tych spraw wagi – czy to ze skromności, czy ze wstydu – marszczyła brwi za każdym razem, kiedy w gronie przyjaciół przypadło jej wspomnieć (zawsze na prośbę męża), że jej ojciec był radcą stanu. Być może dlatego, a także ze względu na katolicyzm Juana Codiny – Niemyscy byli kalwinistami – ojca Olgi nie napawała entuzjazmem idea zawarcia przez córkę małżeństwa z kimś, kogo nazywał zwykłym amatorem.

– Nie jest nawet wystarczająco dobry, żeby błyszczeć własnym blaskiem. To zwykły amator. Kto to widział, żeby artystę męczyła trema? Równie dobrze mogłabyś wyjść za dozorcę – powiedział w końcu córce, kiedy ta upierała się, żeby porozmawiać o małżeństwie.

Wszystkie ojcowskie obiekcje zniknęły, gdy 20 października 1897 roku pod numerem 4 przy ulicy Bárbara de Braganza w Madrycie na świat przyszła Carolina Codina Niemyska. Od tego dnia, kiedy tylko rodzice dziecka wyjeżdżali na tournée, Lina zostawała pod opieką dziadków na Kaukazie – jeśli było lato, albo w Odessie – jeśli działo się to podczas rosyjskiej zimy. Mała czuła się u nich szczęśliwa, bo miała wszystko, czego potrzebowała w swoim życiu sześciolatki: miód – smakołyk szczególnie bliski jej dziecięcemu podniebieniu, który zresztą sama umiała wybierać z uli dzięki rozumnym lekcjom, jakich udzielał jej zaprzyjaźniony z dziadkami pszczelarz, a przede wszystkim teatr. Mała Lina śpiewała, recytowała i tańczyła w salonie dla jednego jedynego widza: dziadka Władysława. Surowość, którą zwykle demonstrował starzec, rozpuszczała się jak kostka cukru w kubku ciepłego mleka, kiedy wnuczka siadała mu na kolanach i patrzyła na niego na wpół przymkniętymi oczami. To spojrzenie odziedziczyła po Juanie Codinie; to ono wiele lat później wzmacniało magnetyczną siłę jej oczu. Dziadek pozwalał nawet, żeby małe paluszki dziewczynki bawiły się jego długą i gęstą brodą. Tym przywilejem nie cieszyła się nawet jego żona, która nieustannie ostrzegała męża:

– Zanadto rozpieszczamy tę małą, a ty jesteś za to w największym stopniu odpowiedzialny.

Już w wieku czterech lat Lina była prowadzana przez dziadka za rączkę do najlepszych restauracji w mieście i dostawała ogromne bukiety kwiatów, które on sam starannie przygotowywał. Dziadek pozwalał jej wybierać jajka od kur i uczył ją naśladować dźwięki wydawane przez gęsi, za którymi dziewczynka biegała z małym kijkiem, nieraz przypłacając tę śmiałość przykrym upadkiem.

Ale kiedy w listopadzie 1907 roku dziadek Władysław zmarł na zapalenie płuc, którego jego organizm nie zdołał zwalczyć – było to zaledwie dwa lata po pogrzebie jego żony – Olga i Juan uznali, że nadeszła pora, by rzucić się w wir nowej przygody, z dala od Europy, szczególnie od Rosji, do której nigdy więcej już nie wrócili. W pierwszy dzień nowego, 1908 roku wylądowali na Ellis Island z walizką pełną marzeń. Do portu, stanowiącego dla milionów imigrantów bramę wejściową do Stanów Zjednoczonych, dotarli na pokładzie statku Statendam, który kilka dni wcześniej, 21 grudnia 1907 roku, wypłynął z Boulogne-sur-Mer. Od tej chwili Nowy Jork stał się ich domem. Od pierwszych dni mieli świadomość, że ani on – czterdziestolatek, ani ona – trzydziestopięciolatka nie są w najlepszym wieku do rozpoczynania oszałamiającej kariery muzycznej w nowym kraju. Ale Juan i Olga aspirowali wyłącznie do tego, żeby mieć trochę lepsze życie. Za sprawą charakterystycznego dla tej rodziny zapału Lina opanowała pięć języków: rosyjski, którego nauczyła się od matki i wcześniej od dziadka Władysława, angielski, który przyswajała sobie od opiekunek, francuski – język, którym mówiła babcia Karolina, hiszpański, którego nauczyła się dzięki ojcu, a także, ku niezadowoleniu Olgi, kataloński. Matka Liny wciąż strofowała męża:

– Nie rozumiem, dlaczego musisz mówić do swojej córki po katalońsku. Przecież ten dialekt nigdy jej nie będzie potrzebny!

Jeszcze wiele lat później Lina pamiętała, że te słowa budziły w ojcu wielki gniew. W takich chwilach wydawało jej się, że jego wydatny, czarny wąs zaczyna żyć własnym życiem.

– Dialekt? Kataloński to zupełnie odrębny język. Lina, powiedz matce, że Katalonia była wielkim mocarstwem, obejmującym część Hiszpanii, Prowansji i Langwedocji. No proszę, powiedz jej to, bo chyba zapomniała.

Olga kręciła głową z wyraźną dezaprobatą, mrucząc przy tym:

– Wielkie imperium… Idź i opowiedz tę bajkę carowi Mikołajowi II… Jemu opowiadaj o wielkim imperium… i carowej.

W takich momentach rodzice Liny zaczynali porozumiewać się ze sobą za pomocą pisemnych notatek, żeby córka nie mogła usłyszeć dalszego ciągu rozmowy. Zawsze też tak postępowali, kiedy musieli porozmawiać o problemach finansowych.

– Nie róbcie tego. Przestańcie pisać, bo nie wiem, o czym mówicie – protestowała zwykle mała, ale na próżno.

Rodzice Liny dość szybko nawiązali kontakty z licznym nowojorskim środowiskiem rosyjskich uchodźców. Cała rodzina chętnie spotykała się z nimi, by jeść, pić i godzinami debatować o abdykacji cara Mikołaja II, dojściu do władzy bolszewików i pojawieniu się na scenie niejakiego Włodzimierza Iljicza Uljanowa, którego niedługo później świat poznał pod nazwiskiem Lenin. Podczas tych spotkań z rodakami można było usłyszeć różnego rodzaju opinie – od najpoważniejszych do najbardziej szalonych.

– Mówią, że żona cara rzeczywiście była niemieckim szpiegiem. Dlatego dokonano zamachu na Rasputina, który miał za duży wpływ i na nią, i nawet na decyzje podejmowane przez samego cara. Słyszałem, że Rasputin wykorzystywał hipnozę.

– Przypomnijcie sobie, jak trudno go było uśmiercić: nie wystarczyła ani trucizna, ani kule. W końcu wrzucili go do Newy i tam się utopił.

– Nie mogę uwierzyć, żeby zrobili to rosyjscy arystokraci. Słyszałam, że w zamachu brały udział brytyjskie tajne służby…

– Nie zdziwiłbym się, bo mieszkałem jakiś czas w Anglii. Ale że cara Mikołaja zawiodła nawet jego własna rodzina! Ani syn, chory na hemofilię, nie nadawał się na jego następcę, ani córki. A kiedy poprosił o azyl polityczny króla Anglii Jerzego V, swojego kuzyna, z którym zresztą byli podobni jak dwie krople wody, tamten mu odmówił, bojąc się rewolucyjnej zarazy. Nie chciał ryzykować i nawet zmienił nazwę dynastii królewskiej. Jednym pociągnięciem pióra wykreślił dynastię saksońsko-koburską, bo brzmiało to zbyt niemiecko. To wcale nie żart. I nazwał się pierwszym monarchą z domu Windsorów!

– Cała Europa boi się, że rewolucyjny duch bolszewizmu się rozniesie. Boją się tej pandemii bardziej niż grypy. Za każdym rogiem wietrzą spiski, szpiegów i próby zamachu stanu. W tej chwili Ameryka to chyba najlepsze miejsce do życia.

Podczas jednego z takich spotkań Olga poznała Wierę Danczakową, która była nie tylko wybitnym naukowcem, ale także obiecującą pianistką. Wiera uwielbiała dobrą muzykę (żartowały często, że „tak jak wszyscy szanujący się Rosjanie”) i podziwiała piękny głos Olgi. Od pierwszej chwili między kobietami wywiązała się głęboka przyjaźń, zrodzona z wzajemnego podziwu i wzmacniana nostalgią za ojczyzną. Często można je było zobaczyć razem na koncertach pianistycznych, w operze i w teatrach muzycznych, których tak wiele ogłaszało się na nowojorskich afiszach.

I oto teraz Wiera proponowała Oldze pójście na występ młodego rosyjskiego pianisty i kompozytora, który dopiero co przyjechał do miasta, poprzedzany famą obrazoburcy i rewolucjonisty.

– Chcesz, żebym ryzykowała zarażenie się grypą po to, żeby obejrzeć muzycznego bolszewickiego dekadenta, bębniącego w klawisze steinwaya jak tatarski dzikus?

Odpowiedź Wiery, udzielona na drugim końcu linii telefonicznej, zbiegła się z protestującym gestem przysłuchującej się rozmowie obu kobiet Liny. Dziewczyna, popijając małymi łyczkami dzienną porcję wapna, mającego pomóc na niski poziom żelaza we krwi, żywo zainteresowała się koncertem i zapragnęła na niego pójść.

– Ja też chcę iść – powiedziała wysokim głosem do matki, która w gruncie rzeczy również miała ochotę posłuchać młodego rodaka.

– Siergiej Prokofiew – ciągnęła Olga, nie zwracając najmniejszej uwagi na Linę. – Tak, kobieto, jasne, że już o nim słyszałam. Czytam gazety i słucham radia. Futurysta, wizjoner niedawno przybyły z tajemniczej Rosji – mówiła, powtarzając słowo w słowo to, co o muzyku pisała nowojorska prasa. – Ale nie sądzę, żeby najbardziej mu przypadło do gustu określenie, które przykleiły do niego gazety: „najbardziej obiecujący młody muzyk rosyjski od czasu Igora Strawińskiego”. Tym, którzy zaczynają, nie podoba się zwykle, kiedy porównuje się ich z namaszczonymi.

Lina przesłała matce szeroki uśmiech, dzięki któremu jeszcze bardziej zalśniły jej egzotyczne oczy. Wiedziała, że Olga przyjęła zaproszenie Wiery w dużej mierze ze względu na nią. Lina odziedziczyła po swoich przodkach talenty artystyczne. Marzeniem jej życia stała się kariera śpiewaczki operowej. Była gotowa zrobić wszystko, żeby to marzenie spełnić. Wiedziała, że przed nią długa droga, ale pragnęła ją za wszelką cenę przemierzyć. Na prośbę rodziców, którzy nieustannie napominali ją, że powinna się nauczyć liczyć na siebie samą – „bo w życiu nigdy nie wiadomo, co się może zdarzyć i jak cię zaskoczy los” – Lina chodziła do szkoły biznesu, gdzie zdobywała kwalifikacje sekretarki, a jednocześnie pobierała lekcje śpiewu. Dzięki kontaktom rodziców i własnej znajomości języków dość szybko znalazła pracę i nawiązała znajomości wśród elity kolonii rosyjskiej w Nowym Jorku.

– Mamo, nie powinnaś go nazywać bolszewikiem. – Pod wpływem słów córki na twarzy Olgi wykwitła mina niemalże komiczna. Rzadko udawało się zaskoczyć Olgę nieoczekiwanym komentarzem. – Breszkowska wyjaśniała mi wczoraj różnicę między komunistami a bolszewikami i powiedziała, że ci drudzy są gorsi niż carat. Jej zdaniem, żeby mówić o Rosji, trzeba było w niej żyć, cierpieć i przede wszystkim ją rozumieć. A nie wszyscy mieli taką możliwość.

Lina od kilku tygodni pracowała jako tłumaczka, asystentka i stenotypistka Jekatieriny Breszkowskiej, nazywanej przez wielu Ciotką Rewolucji. Była to działaczka anarchistyczna, którą zesłano na Syberię za związki z organizacjami socjalistycznymi.

– Poza tym ona mówi, że rewolucja rosyjska to zamach stanu, który kompromituje ideę socjalizmu, a Lenin jest fanatykiem kontrolowanym przez niemieckich agentów – dodała Lina takim tonem, jakby czytała pod dyktando, co odbierało jej słowom wszelkie ślady wiarygodności.

Olga przyglądała jej się z wyrazem twarzy świadczącym zarówno o dumie, jak i o matczynym lęku. Sprawiało jej niekłamaną satysfakcję, że córka jest z charakteru tak do niej podobna – silna, pewna siebie i zdecydowana – że ma w sobie tę nieokiełznaną swobodę, która dla połowy świata jest ledwie mirażem. Jednocześnie budziło to jej zaniepokojenie. Świat przekształcił się w zaminowane pole i konieczna była pewna ostrożność; trzeba wiedzieć, gdzie można postawić stopę i wbić sztandar wolności.

Olga nie reagowała na słowa córki przez kilka sekund, choć wydawało się jej, że mijają godziny.

– Mam nadzieję, że kiedy wejdziesz jutro do Carnegie Hall, będziesz umiała znaleźć inny temat do rozmowy, moja panno. Wiesz przecież, co oboje z twoim ojcem myślimy na temat polityki. – Widząc, że córka nie przyjmuje jej rady do wiadomości z należytą powagą, powtórzyła ostrzeżenie bardziej zdecydowanym głosem. – Lina, posłuchaj mnie uważnie: unikaj polityki tak samo jak grypy. To śmiertelnie niebezpieczny wirus i kiedy się nim zarazisz, trudno go zwalczyć. Zrozumiałaś mnie?

Młoda kobieta z przekonaniem pokiwała głową, aż zafalowały jej długie, bujne włosy koloru smoły, które odziedziczyła po ojcu. Nie bardzo wiedziała, co oznaczały słowa, które przed chwilą wymówiła, powtarzając jak papuga fragment jednej z licznych tyrad wygłaszanych przez Breszkowską. Ograniczyła się do zebrania nut na najbliższą lekcję śpiewu i do uporządkowania zbioru wycinków prasowych poświęconych Oldze, który trzymała w rękach. Lina z przyjemnością spoglądała na nazwisko matki pojawiające się w programach, przechowywanych w tekturowym pudełku wraz z egzemplarzami czasopism i gazet, w których pisano o Oldze. Marzyła, że któregoś dnia zdoła pójść drogą matki, że zostanie wielką śpiewaczką operową i będzie oglądać swoje nazwisko wypisane wielkimi, świecącymi literami na budynkach mieszczących najważniejsze sceny.

Tej nocy nieznane jej dotąd niecierpliwe wyczekiwanie na wydarzenia dnia następnego nie pozwalało zasnąć z typową dla niej łatwością. W jej głowie rozpętała się wojna melodii, zwrotek i pieśni. Lina miała wielką ochotę posłuchać tajemniczego człowieka, o którym wszyscy mówili i z którym mało kto rozmawiał. Zmusiła się do zamknięcia oczu, mając nadzieję, że tym popędzi mijające godziny.Źródła cytatów

Jeśli nie zaznaczono inaczej, przekłady cytowanych fragmentów dzieł literackich pochodzą od tłumacza.

1. Jorge Luis Borges, Cambridge, w: Twórca; Pochwała cienia, przeł. Andrzej Sobol-Jurczykowski, Warszawa 1994, s. 100.

2. Byron, Don Juan XI 711–712, w: Wybór dzieł, t. 3, przeł. Edward Porębowicz, Warszawa 1986.

3. Jean-Pierre Claris de Florian, Świerszcz, przeł. Klaudia Fabian.

4. Włodzimierz Majakowski, List z Paryża do towarzysza Kostrowa o istocie miłości, w: Kocham, przeł. Adam Włodek, Kraków 1987.

5. Fiodor Dostojewski, Białe noce, przeł. Władysław Broniewski i Gabriel Karski, Warszawa 1986.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij