Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Ryfka ze Złotnik - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
2 kwietnia 2026
45,00
4500 pkt
punktów Virtualo

Ryfka ze Złotnik - ebook

To jest opowieść o życiu żydowskiej dziewczyny z miasteczka na Kresach Rzeczypospolitej. W pierwszej części tej opowieści czytelnik zanurza się w codzienność sztetla w międzywojennej Polsce: w rytm świąt, pór roku i rodzinnych historii, które splatają się w wybrane konkretne dni z życia bohaterki, jej rodziny i sąsiadów, niczym migawki z utraconego świata. Druga część przenosi nas w czas drugiej wojny; szczęśliwe dzieciństwo Ryfki zamienia się w piekło nie do pojęcia. Razem z mamą ukrywa się w opuszczonych chatach, na polach zbóż czy ziemniaków i w wykopanych dołach. Ryfka i jej bliscy ścigani jak łowna zwierzyna, pokonują coraz drastyczniejsze granice tego co człowiek może znieść. Kto z nich się uratuje? Niektóre zdarzenia wydają się wprost nieprawdopodobne, a jednak ta historia jest prawdziwa.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna polska
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397873117
Rozmiar pliku: 3,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1935 ROK

ZŁOTNIKI

6 MAJA 1935, PONIEDZIAŁEK
3 IJAR¹ 5695², DZIEŃ DRUGI³
WSCHÓD SŁOŃCA: 3:55, ZACHÓD SŁOŃCA: 19:10

Ryfka biegła w dół ulicy i już z daleka widziała, że kałuże są idealne, po prostu doskonałe, a słońce jakby się z nią zgadzało, bo błyszczało w każdej oddzielnie, na bogato, wiosennie! Dziewczynka nie mogła powstrzymać okrzyku radości, a raczej pisku o wysokim, wibrującym tonie, gdy wskakiwała do pierwszej. Buty trzymała już w ręku. Obejrzała się za siebie i krzyknęła do nadbiegającej Niusi, której sześcioletnie nogi nie nadążały za siedmioletnimi nogami Ryfki.

– Chodź, chodź szybko! – zawołała. Akt taplania się w kałuży w pojedynkę nie był bowiem wystarczająco atrakcyjny.

– Rodzice nie będą na ciebie źli? – zapytała młodsza dziewczynka. Niusia stanęła tuż przy kałuży i niepewnie zamoczyła czubek palca nogi.

– Pewnie będą – powiedziała Ryfka ze śmiechem w głosie. – Jeśli się dowiedzą – dodała, patrząc na dziewczynkę z lekką ironią, jakby sugerowała, że to Niusia doniesie o taplaniu się w wodzie stojącej w zagłębieniach głównej ulicy ich miasteczka.

Gdy w południe szalała majowa burza, Ryfka patrzyła zza okien szkoły na krople deszczu rozpryskujące się o ziemię i była pewna, że właśnie dziś nadejdzie chwila moczenia nóg w kałuży, a to będzie oznaczać początek prawdziwej wiosny. Marzec – jak to marzec – był wciąż szary i ohydny, choć światłem i zapachem oszukiwał, że to już koniec zimy. W połowie kwietnia zaś spadł śnieg. Polacy z kolonii w Wielką Sobotę szli z koszyczkami do kościoła, brnąc w roztapiającej się śniegowej brei, a w Niedzielę Wielkanocną śniegu jeszcze dosypało. Gdy Zalman, jej brat, jechał na święto Pesach⁴ do domu, furmanka, którą się zabrał, ugrzęzła po drodze w błocie powstałym z szybko topniejącego, jakże już niechcianego śniegu, i trzeba było brać od chłopa dodatkowego konia, żeby ją wyciągnąć.

Ryfka spojrzała na Niusię wciąż stojącą na krawędzi szarawej wody i zapytała ze zdziwieniem:

– Nie wchodzisz?

– Zimna – odparła dziewczynka, ale zaraz wbrew swojemu stwierdzeniu zamoczyła obie nogi. Po chwili obie skakały, rozchlapując wodę na boki i piszcząc, gdy krople dosięgały coraz wyższych partii ich ubrań, a nawet włosów i twarzy. Ich warkocze: jasnozłoty Niusi i kruczoczarny Ryfki podskakiwały razem z nimi. Słońce nie ustawało w swojej pracy oświetleniowca, dzięki czemu scena była iście filmowa. Brakowało tylko muzyki w tle: dźwięków harmonii i skrzypiec, jak w jednej ze skocznych piosenek z filmu _Skrzypek na dachu_: „L’chaim, l’chaim – pijmy za życie” – śpiewał brodaty, uśmiechnięty Tewje. Jeśli tę scenę dziewczynek skaczących wśród kropel wody oglądał Bóg Ryfki i Niusi, to może dołożył sobie jakichś muzykantów, może klaskał i śmiał się, aż łzy leciały mu na długą, siwą brodę. Ryfka była przekonana, że Bóg wygląda i śmieje się tak, jak jej ukochany dziadek Szmil.

– Nawet jeśli rodzice się dowiedzą, nie będą na mnie źli! – krzyknęła nagle Ryfka, nie przestając wcale skakać. – Bo mnie mełamed⁵ pochwalił przy wszystkich wczoraj – powiedziała z tak próżną dumą w głosie, że jej samej nie spodobał się ten ton.

– Pochwalił cię? – zapytała trochę bez sensu Niusia, bo przecież jak Ryfka mówi, że pochwalił, to pochwalił, Ryfka jest najlepsza. Niusia słyszała, jak jej mama mówiła do cioci Salci, że ta mała od Flaschnerów to jakieś cudo jest, bo czyta lepiej od chłopaków, nawet starszych kilka lat od niej.

Niusia spojrzała na Ryfkę jak zazwyczaj, z uwielbieniem i ciekawością, z oczekiwaniem na dalszą opowieść o tym, jak w chederze przyjaciółka bryluje wśród chłopców, ale Ryfka tylko przytaknęła głową, a potem użyła jej do wskazania nowego kierunku: rzeki. Pobiegły w dół ulicy aż do samego brzegu, gdzie wiatr i wilgoć dawały poczucie chłodu. Niusia spojrzała na swoją mokrą sukienkę z plamami błota, dotknęła włosów, do których przylepiła się też jakaś grudka ziemi i stwierdziła nieco płaczliwym tonem, że musi wracać do domu i że pewnie będą się tam na nią gniewać o to błoto na ubraniu i we włosach. Ryfka wzruszyła ramionami i już miała powiedzieć coś obojętnego, ale żal jej się zrobiło przyjaciółki.

Ryfka umiała tak rozmawiać z rodzicami, że niektóre jej łamanie reguł czy zakręty zaraz szły w niepamięć albo były obracane w żart. Poza tym jej tata był taki dobry. Tata Niusi, a właściwie żaden z ojców, których znała Ryfka, nie był taki dobry jak jej tate, który nie miał w sobie złości, gniewu. Tylko mówił: „Oj, Rivke, Rivke” i dorzucał jeszcze to swoje spojrzenie. Mama z kolei była surowa i konsekwentna, ale Ryfka umiała jej dopomóc, kiedy trzeba, zaszumieć odpowiednio swoim wiatrem i Brajndl Flaschner machała ręką. Chociaż o te kałuże mogła być zła. I nie chodziło o brudną sukienkę, tylko że woda zimna i przeziębienie jak znalazł – jak to mówiła. Zdrowie najważniejsze, trzeba dobrze jeść – często chodziła za Ryfką, żeby ta zjadła posiłek do końca.

Dziewczynka – gdy już było ciepło – w czasie śniadania siadała na schodkach do sklepu dziadka mieszczącego się w tym samym domu, w którym mieszkali. Ludzie chodzili po tych schodkach, a Ryfka się przyglądała: najpierw patrzyła na buty i zgadywała kto to, a potem w górę, sprawdzała swoje odpowiedzi. Mama cierpliwie znosiła to jej przeżuwanie i gapienie, donosiła pajdkę chleba albo placek. Czasem na koniec Ryfka dostawała kawałek ciasta, jeśli zostało z szabatu. Jej ulubionym była buba⁶ – ciasto z tartych ziemniaków, mąki, drożdży i przypraw. Ryfka najbardziej lubiła maczać chrupiącą skórkę w śmietanie – mama przynosiła jej na te schody nawet trochę w miseczce, choć to już nie było to, co w szabat, gdy ciasto było świeżutkie. Zawsze była zadowolona, gdy Ryfka jadła, bo miała takie swoje powiedzenie: „to, co człowiek zje i czego się nauczy, to mu żaden żywioł nie odbierze”. Jakże głupie wydały się potem i Ryfce, i Brajndl te słowa w obliczu żywiołów, które zaatakowały je po kilku latach od czasów przeżuwania chleba na schodkach, w obliczu piekła, w którym jednym z głównych narzędzi tortur był głód.

Ryfka spojrzała na Niusię rozmazującą grudki błota na swojej szarej sukience i przypomniało jej się powiedzenie Marii Balcerzakowej, od której brali nabiał. I Ryfka zakrzyknęła po polsku ku zdziwieniu przyjaciółki:

– Co się wysuszy, to się wykruszy! – Popatrzyła na Niusię ze swoim optymizmem. – Posiedźmy chwilę na słońcu, to potem wyskubię z ciebie te grudki błota. Chodź, pójdziemy nad Strypę, może będą kijanki! – Ostatnie słowo już biegło z nimi w dół, w stronę rzeki.

Strypa po zimie miała dużo wody, silny prąd, pędziła żwawo, a zieleń wokół niej rozpoczynała swój najlepszy czas. Trawa na razie sięgała dziewczynkom do łydek, ale już za tydzień jak nic będzie powyżej kolan. Żyzny czarnoziem był jak najlepszy doping dla każdej rośliny – czy dzikiej, czy uprawnej. Liście olch rosnących wokół rzeki dopiero szykowały się na świat, więc słońce panoszyło się, nie walcząc z cieniem, tam, gdzie Ryfka i Niusia usiadły.

Usłyszały jakieś głosy, śmiechy przebijające się przez szum rzeki i wiatru. Spojrzały w ich kierunku. Dalej, za krzakami wierzb ktoś siedział. Ryfka dała Niusi znak, żeby była cicho. Obie pochyliły równocześnie głowy i ukucnęły, by się bardziej ukryć. Ryfka zaczęła się czołgać, a Niusia oczywiście poszła w jej ślady. Zatrzymały się przy samych krzakach. Nasłuchiwały. Ryfka szybko poznała głos swojego brata Zalmana. Gdy poszedł do gimnazjum, rodzice zapisali go tam jako Zygmunta, większość Żydów tak robiła, zmieniała imiona na polskie, gdy pojawiał się kontakt z polską szkołą czy urzędem. Ryfka wiedziała, że gdy się urodziła, rodzice zapisali ją u rabina jako Rivka, ale potem mama przekonała tatę, żeby przerobić imię na polską pisownię: Ryfka. Motje Flaschner, najbardziej z całej rodziny zaczytany w hebrajskich słowach Tory, może nie myślał o udaniu się do ziemi obiecanej, czyli opuszczeniu Złotnik, którym po latach zmian przyszło leżeć w Polsce, ale dla niego jego dziecko to przecież Rivka!

Gdy szła do szkoły, zapisali ją już jako Ryfkę Flaschner, ale tata często mówił do niej: „Rivke, moja Rivke”. Jednak do Zygmunta to nawet mama nie mogła się przekonać i teraz, gdy Ryfka poczuła zapach dymu papierosowego, zabrzmiał jej w głowie okrzyk mamy: „Zalman, Zalman, co z ciebie wyrośnie!”.

Zalman był starszy od Ryfki o sześć lat, więc miał skończone trzynaście. Często mieli na pieńku, on był silniejszy, wciąż jeszcze sprytniejszy: przegrywała z nim i w kuksańcach, i w słowach.

Ryfka pochyliła się ku Niusi i coś do niej wyszeptała, młodsza dziewczynka pokiwała głową. Po chwili Ryfka wychyliła się znad krzaków i krzyknęła:

– Zalman, Zalman, co z ciebie wyrośnie! – Ujrzała jedynie czarne włosy brata i jeszcze dwie czupryny kolegów, po czym wyprostowała się jeszcze bardziej, a równocześnie z nią Niusia i zaczęły biec w stronę zabudowań tą samą drogą, którą przyszły nad rzekę. Obie przy tym chichotały, czym jeszcze bardziej utrudniały sobie bieg i gdy wreszcie się zatrzymały, mocno dyszały.

– Ojej, brat nie będzie na ciebie zły? – zapytała Niusia i obie się zorientowały, że zadała już dziś podobne pytanie.

– Może jak nie poskarżę mamie na te papierosy, to nie. – Zamyśliła się na chwilę nad swoim planem szantażu, na który właśnie wpadła. – Jutro z samego rana odwozimy go z mamą do Trembowli, do szkoły.

– Niusia, do domu! Co tu robisz?! – Dziewczynki usłyszały krzyk i zaraz zobaczyły na wyładowanym workami drabiniastym wozie brata Niusi: Szymona. – Do domu wracaj, matka cię szuka! – dodał ostrym tonem. Skierował wzrok na Ryfkę, można powiedzieć, że raczej zaszczycił ją krótkim spojrzeniem. Ich oczy się spotkały: jej czarne i jego jaśniejsze, wpadające w szarość. Czy ich dusze się zatrzymały, czy zapytały się nawzajem, kiedy znów ich oczy się spotkają? Może pomyślały: pewnie będzie to wiele razy, mieszkają w jednym miasteczku, on jest bratem jej przyjaciółki, przychodzi do jej ojca do pracy, chodzi do synagogi, jeździ na targ do Podhajec, gdzie i ona często jest z rodzicami. Tych spojrzeń będzie dużo: obojętnych, może czasem zaciekawionych, z lekką sympatią, ale nic znaczącego, wielkiego, bez żadnych podtekstów, namiętnych uczuć. Aż do tego ostatniego, w tak innym świecie, który – choć szary od zimowego światła – stał w pożodze. Wtedy ich oczy spotkają się tak, że nie da się ani zapomnieć, ani powtórzyć takiego spotkania.

Szymon cmoknął na konia, który posłusznie ruszył. Dziewczynki spojrzały po sobie krótko.

– To idę, do jutra – rzuciła Niusia i zaczęła biec.

– Jutro mnie nie będzie, pamiętasz? Późno wrócimy z mamą.

Niusia się odwróciła i pokiwała głową, po czym ruszyła w górę ulicy, w kierunku swojego domu, sąsiadującego ze szkołą Ryfki, pod którą codziennie od kilku miesięcy przyjaciółka czekała na nią po skończonych lekcjach. Czasem szły w stronę domu Ryfki, a czasem Niusia odprowadzała Ryfkę do chederu.

Bracia Niusi, dużo starsi: Szymon, Beniamin i Ariel prowadzili z ojcem gospodarstwo, a ona, dopóki nie chodziła do szkoły, musiała tylko pomagać mamie w domu. Od września miała zacząć naukę, choć skończyła dopiero sześć lat. Ryfka nauczyła ją już polskich liter, Niusia umiała przeczytać proste słowa. Powiedziała jej mamie, że Niusia da radę pójść we wrześniu, rok wcześniej niż większość dzieci. Tak jak Ryfka poszła. Tata Niusi: Szlome Lewiński kręcił na to nosem – po co dziewczynie tak prędko do polskiej szkoły iść, lepiej by ją tam Ryfka do chederu wciągnęła, rabin zrobił wyjątek dla Ryfki i przyjął ją do chederu, to czemu nie mógłby i Niusi wziąć, jak dzieciaki trzymają się razem. I przecież jego rodzina nie gorsza od Flaschnerów. Gospodarstwo piękne i mają dużo pola, tyle co Polacy czy Ukraińcy. Gospodarzą, aż się patrzy, chłopaki pomagają, dobrzy synowie. To Niusia – jego jedyna córeczka, jego skarb i rozkosz – niech się uczy hebrajskiego i religii. Powiedział, że jej imię: Noemi znaczy _moja rozkosz_. Niusia zapytała, co to jest _rozkosz_, a mama jak to usłyszała, zaczęła krzyczeć na tatę, żeby przestał bzdury dziecku opowiadać. Potem Niusia zapytała Ryfki, co to jest _rozkosz_, a ta powiedziała, że to jest chyba coś pysznego do jedzenia, bo słyszała, jak ktoś tak mówił, gdy jadł ciasto jej mamy.

Mama Niusi chciała dać jej na imię Estera, po swojej matce, ale Szlome uparł się na tę Noemi. Kto będzie na takie małe dziecko mówił Noemi?! I od urodzenia była Niusią. Po trzech synach córka i to jeszcze taka śliczna jak aniołek, złote włosy, jasne oczy, których kolor się wahał od niebieskiego do zielonego. Na białej skórze robiły jej się od słońca delikatne piegi. „Jak nie nasza”, chciało się czasem powiedzieć Bejli Lewińskiej, mamie Niusi, ale prędzej by padła trupem, niż wypowiedziała te słowa.

Szlome Lewiński już myślał o szukaniu córce dobrego męża, bo przecież ziemia przy chłopakach zostanie, to niech dziewczyna ma dobre zamążpójście. On już o posag się postara. Tyle się już Niusia nasłuchała o tym mężu, nawet z Ryfką o tym rozmawiała, tylko że przyjaciółka się śmiała, że ona to nigdy za mąż nie wyjdzie, jeśli jakaś swatka ma jej męża wybierać. Niusia nie wyobrażała sobie: jak to za mąż nie wychodzić? To po co inaczej być dorosłą!? Przecież to najważniejsze: robić dla rodziny kolację szabasową, garnki szorować na Pesach, pilnować bieli odświętnego obrusu, zagniatać ciasto na chałkę sprawnymi, kościstymi dłońmi, krzyczeć na wszystkich, gdy kto błota naniesie, zdejmować mężowi buty, gdy wraca z pola... Zapalać świece w szabas trzeba przecież dla męża, dla dzieci, dla kogóż by innego?

Dopiero gdy Niusia zniknęła Ryfce z oczu za lekkim zakrętem drogi, ta pobiegła w kierunku swojego domu. Sama nie wiedziała, czemu zawsze odprowadzała przyjaciółkę wzrokiem. Trzymając wciąż buty w ręce, podeszła do drzwi domu, otworzyła je, poczuła zapachy pieczenia, chyba głównie mięsa. Mama w chustce na głowie, z zaczerwienionymi od ciepłego pieca i od pracy policzkami, z lekko kręconymi włosami wymykającymi się spod chustki stanęła przed nią w całej swojej pięknej okazałości. Spojrzała na Ryfkę, od razu zobaczyła jej mokrą u dołu sukienkę z plamami błota i pokręciła tylko głową. Ryfka zapodała jej swój najpiękniejszy uśmiech pokryty delikatną, ale jakże chrupiącą skórką skruchy, i chyba obie uznały, że sprawę kałuż mają załatwioną.

Na stole przykrytym zielono-niebieskim obrusem, który swoimi kolorami informował o powszedniości dnia⁷, stała gliniana miska z upieczonymi babeczkami, a obok talerz z pieczonym kurczakiem. Wszystko to mama szykowała na kolejny dzień, żeby syn zabrał jedzenie na stancję do Trembowli, gdzie było gimnazjum. Część jedzenia była dla Zalmana, a część zanosił nauczycielom. Chyba wszyscy Żydzi z jego klasy tak robili, może oprócz Mojszego Barana, bo tam była taka bieda, że nie mieli czego zawozić. Pieniądze na naukę przysyłał jakiś wuj z Palestyny. Tak Zalman opowiadał, gdy ojciec pytał, czy na pewno wszyscy – tak jak jego żona – starają się poprzez żołądek przekonać nauczycieli, żeby ich dziecko, Żyda, traktowali dobrze, prawie tak dobrze jak Polaków. Ryfka czuła, że tata wcale nie jest zadowolony z tego, że mama to robi – stoi przy piecu cały dzień i gotuje dla obcych ludzi. Ale dawał pieniądze na to i na furmankę. Ryfka słyszała, jak raz o tym rozmawiali i mama powiedziała:

– A chcesz, żeby uciekł stamtąd, przestał się uczyć? Jak mu będą bardziej dokuczać, złe stopnie stawiać, to tak zrobi. Znasz go. A jak było z chederem?

Dla Motjego Flaschnera nauka jego dzieci była najważniejsza. Dlatego nic wtedy nie odpowiedział.

Rodzice myśleli, że Ryfka spała, a ona słyszała wszystko, szeptali przecież blisko niej. Leżeli w jednym łóżku, ona przy ścianie, obok mama, a potem tata, z brzegu. Mieli jeden, niezbyt duży pokój dla całej rodziny, brat spał na rozkładanej kozetce przy drugiej ścianie. Kiedy od zeszłego września nie było go w domu, Ryfka mogła tam spać.

– Siadaj do jedzenia. – Dziewczynka usłyszała głos mamy, a zaraz potem dźwięk otwieranych drzwi i ujrzała twarz brata.

Szybko przyszedł – przeszło Ryfce od razu przez głowę. Nie pozwolił jej na wymówienie wielu słów w domu, na przemyślenie strategii. Mama spojrzała na wchodzącego chłopca, po czym wyłożyła z pieca kolejną potrawę na stół.

– A ty gdzie latasz? – rzuciła do syna, ale jej w głosie było ukryte prawie tyle ciepła, co w tym piecu obok. Przez zamknięte drzwiczki nie widać pomarańczowego, iskrzącego żaru, a czuć na odległość jego temperaturę. – Nie powinieneś się uczyć? – dorzuciła mama do swojego ognia uczuć do syna.

– Oj, mame, daj spokój. Będę miał całe tygodnie na siedzenie nad tymi nudnymi podręcznikami. Aż mi uszami wyjdzie.

– Nie bluźnij. Pamiętaj, to, czego się nauczysz...

– ...i zjesz, żaden żywioł ci nie zabierze! – dokończyli oboje: Zalman i Ryfka i musieli wtedy spojrzeć na siebie. On z pytaniem w oczach, a ona z lekkim zaciekawieniem. Bo sama jeszcze nie wiedziała, co zrobić z tym zapachem dymu papierosowego, który wciąż unosił się jej w pamięci. Co rodzice powiedzieliby, jakby się dowiedzieli, że ich syn pali papierosy? Jak to tak?! Młody chłopak! I jeszcze przecież to grzech dla Żyda, do piekła się idzie za to, jak za smalec albo pracę w szabas! Stara Pesia, której Ryfka zanosiła obiady, tak mówiła o jednym Żydzie, co papierosy palił, w szabas do pracy chodził i chleb ze smalcem niekoszernym jadł.

Chłopak odwrócił wzrok od siostry i sięgnął po babeczkę pachnącą cynamonem. Ryfka zadecydowała: nie powie rodzicom o papierosach. Na razie, bo może przecież kiedyś jednak nie wytrzyma. Już teraz ją kusiło, by pokazać swoją przewagę nad nim. Tyle razy się wymądrzał przed nią, mówił, że mała i głupia, nie wie, co to życie. Gdy szła do rabina z koszem śliwek w nowej sukience, dumna, przejęta swoją misją, Zalman akurat stał na ulicy z kilkoma polskimi dzieciakami z jego klasy ze Złotnik i krzyczał po polsku:

– Ryfka-śliwka! Ryfka-śliwka!

Potem za każdym razem, kiedy natykała się na te dzieciaki, to tak na nią wołały. I jak mu się poskarżyła kiedyś w chwili dobrej komitywy, to tylko się uśmiechnął i powiedział, że przecież śliwka to nic złego, a nasze śliwki z ogrodu dziadka to najlepsze, wszyscy chcieliby je jeść i niech się cieszy, że od parszywych Żydków jej nie wyzywają.

Ryfka wyjrzała przez okno i zobaczyła, jak dwie śliwy obsypane białymi kwiatkami cierpliwie, a może z radością poddają się zmienności pór roku. Dziadek Szmil mówił, że zasadził je jeszcze jego tata. I opowiadał Ryfce o tym, jak raz tak zmarzły w zimie, że na wiosnę tylko kilka listków wypuściły na kilku gałęziach, a potem tego roku nie zaowocowały. Wydawało się, że już po nich i dziadek – już dorosły, to on gospodarzył – chciał je ścinać, ale jego tata powiedział: „zostaw, zostaw, może odbiją, to dobre śliwy, trzeba dać im szansę”. I odbiły, były chyba jeszcze smaczniejsze niż przedtem. „Co cię nie zabije, to cię wzmocni” – dziadek Szmil powiedział jej wtedy słowa swojego ojca. Co roku na koniec zimy, kiedy śniegu już było mniej albo nie było go wcale, dziadek szedł przycinać śliwy i wiśnie, które teraz też kwitły jak szalone. Ryfka zbierała gałęzie i rzucała je na stos, z którego potem dziadek robił ognisko. Dziewczynka biegła do domu po kawałki chleba i piekła je na patyku. Lubiła spalać skórkę na węgiel. Dziadek mówił: „szoruj zęby tym, będą białe”.

Teraz zobaczyła dziadka przez okno, jak szedł do obórki, do swojej krowy. Wysoki, lekko zgrabiony, stąpał po swojemu – nie chodziło o to, że wolno, ale tak spokojnie. Jakże ona go kochała!

– Mamo, pójdę na dwór, do dziadka – stwierdziła Ryfka szybko.

– Nie zjadłaś nic przecież!

– To zjem tam. – Ryfka chwyciła babeczkę do ręki.

Pobiegła przez ogród, obok grządek świeżo skopanej ziemi. Mama dopiero co tu klęczała i siała warzywa. To był kawałek ziemi przydzielony jej od dawna, tam sobie co roku ustalała, ile zasieje rządków marchewki, cebuli, ziemniaków, pietruszki, fasoli. Dalej były kawałki ziemi dwóch sióstr mamy: Suwy i Goldy. Ten pierwszy właściwie należał do dziadka, ale Suwa już tam więcej robiła niż on, choć na wiosnę lubił skopać wszystko sam. Pachniało wilgotną ziemią tak cudnie, że Ryfka bezwiednie mocniej wciągnęła powietrze nosem. Uwielbiała ten zapach. Gdy pomagała mamie przy sianiu, zbliżała twarz do samej ziemi i oddychała głęboko. Jakże inaczej potem było w jej życiu z tą ziemią, która stała się wrogiem: mokra i zimna.

Dziadek usłyszał kroki dziewczynki i obejrzał się. Gdy tylko ją zobaczył, zmrużył oczy, a nad białą, mięciutką brodą zarysował się uśmiech.

– O, jest moja mała uczona wnuczka! – Dziadek często ją tak nazywał od momentu, gdy okazało się, że Ryfka pójdzie o rok wcześniej do szkoły, a do tego jeszcze rabin zgodził się wziąć ją do chederu. Kiedy dziadek spotykał się z rabinem Jacobem, zawsze znalazł chwilę, żeby wspomnieć, jak dobrze idzie jego Ryfce, a rabin mówił, że tak, tak, wie, mełamed mu mówił, sam nawet słyszał, jak czyta, i żeby przyszła do niego, może poczyta Gemarę⁸.

Dziadek otworzył obórkę, która była pusta, bo przecież krowa pasła się na pastwisku – dalej za płotem na kawałku łąki dzierżawionej od Andrzeja Podolskiego, Polaka. Często zamiast opłaty w pieniądzu żona pana Andrzeja dostawała materiały ze sklepu dziadka. Ryfka to wiedziała, dziadek dużo jej opowiadał o ludziach wokół, kto jak się nazywa, od kiedy tu mieszka. Znał tu wszystkich, a i oni znali jego. Zresztą wszyscy się tu znali: Żydzi, Polacy, Ukraińcy. Każdy wiedział, czyj to dzieciak lata akurat boso koło jego płotu, czyja to żona idzie drogą ze świeżo zakupioną kurą, kto jedzie wozem do Podhajec. Ryfka zawsze była ciekawa tych opisów mieszkańców Złotnik i okolic, choć najbardziej lubiła opowiadania o różnych rabinach, cadykach – choćby tę o rabinie, który był zawsze wyższy w szabas. Stawał przy stole, błogosławił wino i wszyscy szeroko otwierali oczy ze zdumienia, bo ten sam człowiek był sporo wyższy niż na co dzień, to było widać gołym okiem. Nazwano go _wysoki rabin Loew_, był z Pragi – Ryfka wiedziała, że to w innym kraju, w Czechach. Dziadek z babcią i mamą oraz jej ciocie i wujkowie byli w Czechach, kiedy uciekali przed Wielką Wojną. A i jeszcze Ryfka lubiła słuchać o rabinie, któremu na policzku róża zakwitała w szabas, wszyscy to widzieli. O, jakże Ryfka chciałaby coś takiego zobaczyć. Bo w szabas – mówił dziadek – człowiek bardziej zbliża się do Najwyższego, to jest dzień święty, tak inny od codziennego, pokazuje Światło takie, jakiego nie ma w dzień powszedni, to Światło wychodzi człowiekowi na twarz, z duszy świętej, która odwiedza go właśnie w szabas. Pamiętaj, Rivke, zawsze o tym pamiętaj – powtarzał dziadek.

Ryfka podeszła do obórki. Obok był mały kurnik, też otwarty, kury chodziły po zagrodzonym kawałku podwórka, żeby nie robiły szkód w ogródku. Było ich tylko kilka, jajek często nie starczało dla całej rodziny, zwłaszcza na ciasta na szabas, i mama i tak kupowała je od chłopów. Albo dziadek dostawał jajka w zamian za materiał, który sprzedawał w swoim sklepie.

– A ty do chederu nie idziesz?

– Mama mówiła, żebym dziś nie szła, bo muszę jeszcze po masło do wsi iść, do pani Balcerzakowej. Dla Zalmana nauczycieli.

– A, tak. Przecież jedziecie jutro z rana. – Dziadek pokiwał głową z widłami w rękach. – Furmanka dogadana?

– Pewnie tak.

– To może dam ci jakiś pieniążek, żebyś sobie jeszcze w sklepiku coś na drogę kupiła. Jak tak bez słodkiego cukierka tyle godzin na wozie jechać... – Dziadek mrugnął do niej. Ryfka z szerokim uśmiechem pokiwała głową. Dziadek odstawił na chwilę widły, sięgnął do kieszeni i wyjął dwie monety. – Tylko nie wydaj na głupoty. Albo zachowaj do wielkiego miasta. Może tam mają lepszy cukier.

– E, nie, mama nie będzie chciała iść tam do sklepu.

– Byle wam jaki deszcz po drodze się nie trafił. To trzy godziny w jedną stronę jak nic. A burze majowe potrafią poszaleć. Jak ta dzisiejsza. Patrz, ile mi tu wody nalała. Ale dobrze, woda potrzebna. Ziarno zasiane, wody i słońca mu teraz trzeba. Będą nam warzywka rosły. Już cebula się kończy, a i ziemniaków niewiele zostało. Ale do lata nam starczy.

– Ryfka! – Nagle obydwoje usłyszeli głos Brajndl z okna. – Chodź już, trzeba iść po masło! – Zniecierpliwiony ton zawisł nad ich głowami.

Dziewczynka spojrzała w kierunku mamy i pokiwała głową.

– To pa, dziadku! Dziękuję za pieniążki!

Ryfka popędziła w stronę domu. Podniosła głowę w kierunku sąsiadującego wysokiego budynku policji. Mieściło się w nim więzienie. Na ścianie, która wsuwała się w głąb sąsiadującej działki, widocznej z ich ogrodu, były trzy okienka z kratami. Ryfka bardzo bała się tam patrzeć, zwłaszcza kiedy była sama w ogrodzie. Teraz towarzyszył jej dziadek, więc odważyła się zadrzeć głowę, zwolniła bieg, w pewnym momencie szła i wypatrywała jakiegoś ruchu, jakiejś twarzy czy postaci w jednym z okienek. Bała się okropnie tego miejsca, wyobrażała sobie strasznych złoczyńców, którzy tam siedzą. Czy byli tam mordercy? Jak to jest zabić? U taty w gazecie było zdjęcie kobiety, która zabiła jakąś dziewczynę. Morderczyni nazywała się Gorgonowa, Ryfka z przerażeniem patrzyła w jej dziwnie obojętne oczy. Było też zdjęcie pokoju – Zalman jej powiedział, że to tam dziewczyna została zamordowana, ale nie wiadomo, czy to na pewno ta Gorgonowa to zrobiła. Ryfka nie umiała wtedy jeszcze czytać, wciąż chciała oglądać te zdjęcia, a jednocześnie cała drżała, gdy się nad nimi pochylała. Tata nigdy nie wyrzucał gazet, używali ich do pakowania rzeczy, do budowy szałasu na Sukkot.

Ryfka podbiegła do tylnych drzwi ogrodowych i weszła do pokoju, który zajmowała jej rodzina w domu dziadka Szmila. Ogarnęło ją ciepło od pieca, zapach jedzenia i wszystkie myśli o więzieniu uleciały. Ryfka chwyciła z rąk mamy koszyk i wyszła frontowymi drzwiami na ulicę, na majowe słońce, które wciąż było jasne, intensywne. Ryfka wymachując wiklinowym koszykiem, szła w kierunku wiejskich domów, gdzie była kolonia Polaków. Skowronki szalały nad świeżo obsianymi polami, nad łąkami. Niebo od miesiąca należało do nich. Zdawało się, że nic nie może zakłócić ich radości, nawet jastrząb, który krążył wysoko, czasem zniżał lot, ale potem znów wracał na swoje wysokości. Wszystko było na swoim miejscu, w swoim czasie.SZKOŁA

_28 PAŹDZIERNIKA 1935, PONIEDZIAŁEK
1 CHESZWAN 5696, DZIEŃ DRUGI
WSCHÓD SŁOŃCA: 6:22, ZACHÓD SŁOŃCA: 16:17_

Ryfka patrzyła na szare niebo za oknami i myślała, że teraz długo będzie trzeba czekać na coś miłego. Święto Sukkot skończyło się dziesięć dni temu, a każdy z nich taki był szary i podobny do poprzedniego, że wydawało jej się, że rozbierała z tatą szałas dawno temu. Zawsze się smuciła, gdy trzeba było układać na stos łodygi kukurydzy, gałęzie, stare gazety. Deski odkładali na bok, przydadzą się na następny rok, jeśli nie zostaną zużyte do czegoś innego.

Niusia chorowała – ani nie chodziła do szkoły, ani nie mogły się spotykać u niej w domu – i to dodatkowo psuło Ryfce humor, popołudnia wydawały jej się wszystkie jednakowe i nudne. Pocieszała się czekaniem na Chanukę, na śnieg, ale przecież przy takim jednostajnym mijaniu czasu to będzie dopiero za tysiąc lat.

Do sali wszedł dyrektor szkoły Maciej Pawłowicz ku zdumieniu dzieci czekających na nauczycielkę panią Ewę Stańską. Wszystkie jednak stanęły posłusznie przy swoich ławkach i powiedziały w miarę równo: „dzień dobry, panie dyrektorze” mieszaniną różnych akcentów i melodii. Dyrektor odpowiedział pośpiesznie: „dzień dobry” i skinął głową, co oznaczało, żeby wszyscy złożyli ręce jak do modlitwy. Wzięli wdech. Maciej Pawłowicz zaintonował pierwszą sylabę i zaraz wszyscy się przyłączyli. W szarym świetle październikowego poranka rozbrzmiała pieśń:

_Kiedy ranne wstają zorze_

_Tobie ziemia, Tobie morze,_

_Tobie śpiewa żywioł wszelki:_

_Bądź pochwalon, Boże wielki._

Ryfka zerknęła ukradkiem na Stasię Pawłowicz i rozplątała swoje palce wskazujące, żeby nie były złożone na krzyż. Zawsze tego pilnowała, bo wiedziała, że Żydom nie wolno używać krzyża, w którego nie wierzą. Ale zawsze się starała, żeby Stasia tego nie zauważyła i jej nie dokuczała z tego powodu. Córka dyrektora i nauczycielki matematyki Marii Pawłowicz wykorzystywała każdą okazję, a i bez okazji uwielbiała wykrzykiwać do niej: „ty Żydówo”. Tych rozplątanych paluszków Ryfki jeszcze nie udało jej się nigdy dostrzec. Za każdym razem Ryfce serce biło mocniej przy ostatniej zwrotce – czy uda jej się do końca ukryć sprawę braku krzyża na jej dłoniach?

_Wielu snem śmierci upadli_

_Co się wczora spać pokładli_

_My się jeszcze obudzili_

_Byśmy Ci_ę, _Boże, chwalili._



mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij