Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Rzeka cierpliwości - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
28 stycznia 2026
3501 pkt
punktów Virtualo

Rzeka cierpliwości - ebook

Wally Lamb – autor bestsellerowych powieści „Niepamiętnik Dolores Price” oraz „To wiem na pewno” – powraca z opowieścią o winie, przebaczeniu i powrotach do miejsc, które kształtują nasze życie.

W spokojnym miasteczku nad rzeką Corbin Ledbetter dorastał w przekonaniu, że życie płynie jak woda – czasem leniwie, czasem wartko, ale zawsze w tym samym kierunku. Wszystko zmienia się pewnego lata, kiedy nadużywający alkoholu i leków Corbin staje się przyczyną tragicznego wypadku. Mężczyzna trafia do więzienia, a jego rodzina, przyjaciele i całe miasteczko muszą nauczyć się żyć z ciężarem tej winy.

Za murami więzienia Corbin odnajduje ludzi tak samo złamanych jak on – i po raz pierwszy próbuje zrozumieć, co naprawdę zrobił. Uczy się słuchać, rysować, milczeć. Wie jednak, że nic nie cofnie przeszłości, a rzeka, nad którą dorastał, wciąż przypomina mu o wszystkim, co utracił.

Wally Lamb tworzy głęboko ludzką opowieść o winie, odkupieniu i trudnej sztuce przebaczania. Rzeka cierpliwości to historia o tym, że nawet jeśli nie da się cofnąć przeszłości, można nauczyć się płynąć dalej – nie uciekając, lecz akceptując swój los.

Kategoria: Literatura piękna obca
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68611-66-3
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1

27 kwiet­nia 2017

Jest szó­sta, wstaję pierw­szy. Na Spo­tify leci ta pio­senka Cha­in­smo­kers, którą tak lubię. _If we go down, then we go down toge­ther_¹_…_ Łykam ati­van i popi­jam go poranną kawą z dwoma chlu­stami stu­pro­cen­to­wego rumu Cap­tain Mor­gan. Cho­wam butelkę do dwu­dzie­sto­li­tro­wego garnka do goto­wa­nia homa­rów, któ­rego ni­gdy nie uży­wamy, nakła­dam pokrywkę i odsta­wiam go do szafki nad lodówką, do któ­rej Emily nie się­gnie, chyba że ze stołka. Napeł­niam kubki nie­kapki dla bliź­niąt i smażę tosty fran­cu­skie na śnia­da­nie. _If we go down, then we go down toge­ther…_ Wyłą­czam muzykę, żeby nasłu­chi­wać dzie­cię­cych odgło­sów, choć ta pio­senka pew­nie pozo­sta­nie mi w gło­wie przez cały ranek.

Emily już wstała, jest w łazience i szy­kuje się do pracy. Kiedy zakręca prysz­nic, dobiega mnie gawo­rze­nie bliź­niąt z pokoju dzie­cię­cego, prze­ro­bio­nego pra­wie dwa lata temu z mojej pra­cowni. Moja szta­luga, blejt­ramy i farby zna­la­zły schro­nie­nie w kącie za scho­dami do piw­nicy. Nie było to aż tak wiel­kie poświę­ce­nie. Zara­bia­łem jako twórca sztuki użyt­ko­wej, a z tą „poważną” zma­ga­łem się po godzi­nach i w week­endy, jed­nak po naro­dzi­nach dzieci ostat­nią rze­czą, o jakiej marzy­łem, było wpa­try­wa­nie się w puste płótno, wycze­ki­wa­nie, by jakaś abs­trak­cyjna wizja spły­nęła z głowy po ręce do pędzla, i spraw­dza­nie, co z tego wyni­kło. Maisie była bliź­niaczką alfa, zaś Niko, który nauczył się racz­ko­wać, cho­dzić i mówić póź­niej niż sio­stra, był betą. W wyścigu roz­wo­jo­wym zawsze pla­so­wał się na dru­giej pozy­cji. Gdy zaczęły się kształ­to­wać ich oso­bo­wo­ści, jego sio­stra oka­zała się dziec­kiem poważ­nym i zmo­ty­wo­wa­nym, a on wiecz­nie roze­śmia­nym i psot­nym. Z każ­dym dniem kocha­łem ich coraz bar­dziej za to, jacy się stają. Czy jakieś arty­styczne kaprysy mogły rywa­li­zo­wać z owo­cem naszej miło­ści? W żad­nym wypadku.

Bawiąc się z nimi w cho­wa­nego, sta­nąw­szy w drzwiach ich pokoju, wołam:

– A kuku!

– Tatuś! – odpo­wia­dają jed­no­cze­śnie.

Ich zachwyt na mój widok nie­zmien­nie napeł­nia mnie natych­mia­stową rado­ścią, dodat­kowo napę­dzaną ben­zo­dia­ze­piną i alko­ho­lem. Pod­no­szę je jedno po dru­gim ze wspól­nego łóżeczka. Czę­sto tulą się do sie­bie we śnie, a nie­raz ssą sobie nawza­jem kciuki. Kładę je na ple­cach na wykła­dzi­nie i zdej­muję im pie­lu­chy. Oby­dwie są pełne, a u Maisie znaj­duję dodat­kowo dwa bobki. Prze­wi­ja­jąc je, pytam:

– A gdzie nosek panny Maisie?

Bawi­li­śmy się w to już wczo­raj.

– Pięk­nie! A pan Niko gdzie ma uszko?

Niko pakuje palec do nosa.

– No, nie! – stę­kam z uda­wa­nym prze­ra­że­niem. – Prze­cież nie słu­chasz nosem.

Oboje chi­cho­czą, a ja zaczy­nam śpie­wać _Whe­els on the Bus_², pio­senkę, którą Emily nuci im cza­sami pod­czas kąpieli. Maisie uważ­nie się wsłu­chuje i wyko­nuje ze mną kilka gestów, a jej brat wierzga nóż­kami i wypusz­cza bąble śliny. Pod­no­szę je jed­no­cze­śnie i ruszamy do kuchni, gdy nagle roz­lega się wycie alarmu prze­ciw­po­ża­ro­wego.

Pomiesz­cze­nie jest zady­mione, wokół unosi się woń przy­pa­lo­nych tostów. Prze­ra­żone dzieci ude­rzają w płacz. Emily woła z głębi kory­ta­rza:

– Corby!?

– Wszystko pod kon­trolą! – uspo­ka­jam.

Sadzam bliź­niaki na fote­li­kach i sta­wiam przed nimi tacki. Wska­zu­jąc na alarm, mówię, że tatuś zaraz go uci­szy.

– Patrz­cie! – Wcho­dzę na sto­łek-dra­binkę i wyłą­czam cho­ler­stwo. – Tatuś na ratu­nek! – Zeska­kuję ze stołka i wyko­nuję taniec, który prze­mie­nia ich lęk w śmiech.

– Tatuś śmieszny! – komen­tuje Maisie.

– Dzię­kuję, dzię­kuję bar­dzo – pomru­kuję tubal­nie, się­ga­jąc po swoją naj­lep­szą wer­sję Elvisa.

Z naszej dwójki to ja jestem rodzi­cem śmiesz­kiem, a bliź­niaki to moja naj­lep­sza publicz­ność. Kiedy daję im kubki nie­kapki, wdmu­chuję im w szyje gorące „malinki”. Uno­szą rączki i pisz­czą z rado­ści.

Zanim w kuchni zjawi się Emily, sta­wiam na stole jej kubek z kawą i pira­midkę tostów. Te star­sze leżą na spo­dzie, a na górze świeże, któ­rymi zastą­pi­łem tamte przy­pa­lone.

– Mama! – woła Niko.

Emily całuje go w główkę.

– Jak się miewa mój ulu­biony synek? – rzuca, obraca się do jego sio­stry, ją też całuje i dodaje: – A jak moja ulu­biona córeczka? – Rzecz jasna kocha oby­dwoje, ale fawo­ry­zuje Nika, któ­rego kieł­ku­jąca oso­bo­wość przy­po­mina moją. Maisie wyraź­nie wdała się w matkę, mniej skłonną do wygłu­pów i bar­dziej samo­dzielną.

Kiedy Emily siada przy stole, odczu­wam nagły przy­pływ wyrzu­tów sumie­nia na wspo­mnie­nie pew­nego poranka sprzed kilku tygo­dni. Emily oznaj­miła, że wybiera się po lek­cjach z kole­żan­kami nauczy­ciel­kami na wcze­sną kola­cję do „Fie­sta’s”.

– Wrócę o siód­mej, naj­póź­niej wpół do ósmej – dodała.

Przy­po­mnia­łem jej, że piątki spę­dzamy w gro­nie rodziny.

– Spę­dzę z bliź­nia­kami cały dzień, że nie wspo­mnę o całym tygo­dniu. Kiedy to pla­no­wa­łaś, nie przy­szło ci do głowy, że chciał­bym tro­chę odpo­cząć?

Prze­pra­sza­ją­cym gestem uści­snęła moje ramię.

– Wiem, Corby, ale Amber naprawdę ma teraz nie­lekko. Goście weselni byli już potwier­dzeni. Miała też przy­miarkę sukni i zabu­ko­waną podróż poślubną.

Amber to też nauczy­cielka, która miała wziąć ślub w przy­szłym mie­siącu, ale jej narze­czony oświad­czył, że jest gejem.

– Kom­plet­nie ją tym roz­je­chał. Dziew­czyna naprawdę potrze­buje wspar­cia.

– A ja to nie?

Spoj­rzała na mnie i pokrę­ciła głową.

– Jeśli chcesz robić aferę z powodu tych dwóch godzin, w porządku. Powiem, że nie mogę.

– Nie, śmiało, skar­bie. „Fie­sta’s” to ta mek­sy­kań­ska? Miłej zabawy. Wypij za mnie mar­ge­ritę. A co tam? Wypij trzy albo cztery. Urżnij się.

Już pra­wie w drzwiach gwał­tow­nie się obró­ciła i spio­ru­no­wała mnie wzro­kiem.

– To twoja spe­cjal­ność, nie moja.

Tra­fiony zato­piony.

Poże­gnała się z dziećmi, ze mną nie. Patrzy­łem przez okno, jak wsiada do auta, trza­ska drzwiami i odjeż­dża. Wyrzuty sumie­nia dały o sobie znać po kilku minu­tach, pew­nie jesz­cze zanim zaje­chała na par­king przed szkołą. Wysła­łem jej SMS: „Prze­pra­szam, zacho­wa­łem się jak palant. Idź, śmiało, wes­przyj przy­ja­ciółkę. Nie ma sprawy”.

Jej zdaw­kowa odpo­wiedź: „Tysięczne dzięki”, prze­ko­nała mnie, że wciąż jest wku­rzona, co z kolei wku­rzyło mnie i dało wymówkę do łyk­nię­cia jesz­cze jed­nego ati­vanu na uspo­ko­je­nie. Czyż nie po to prze­pi­sał mi go lekarz?

Emily wró­ciła dopiero po dzie­wią­tej wie­czo­rem. Nim ją zoba­czy­łem, usły­sza­łem ją w kuchni.

– Cześć, Corby! – zawo­łała. – Jeśli nie jadłeś kola­cji, przy­wio­złam ci _enchi­la­das_ z kur­cza­kiem.

Skła­ma­łem, że jadłem.

– To włożę do lodówki, będziesz miał na jutro.

Weszła do salonu w aurze pro­mien­nego rau­szu, jaka towa­rzy­szy jej przy tych rzad­kich oka­zjach, gdy wypija drugi kie­li­szek wina, ale od razu przy­ga­sła, kiedy zoba­czyła, że Niko śpi na moich kola­nach, a nie w łóżeczku.

– Jest chory – oznaj­mi­łem. – Boli go ucho.

Przy­sia­dła obok na kana­pie, pogła­dziła go po wło­sach i spy­tała, czy zmie­rzy­łem mu tem­pe­ra­turę.

– Ponad trzy­dzie­ści osiem – odpo­wie­dzia­łem.

Ter­mo­metr wska­zał dokład­nie trzy­dzie­ści osiem kre­sek, „ponad” doda­łem od sie­bie. Tak, potra­fię być mało­duszny.

– Dałeś mu tyle­nol?

Ski­ną­łem głową.

– Jakąś godzinę temu. Jak udała się tera­pia gru­powa z _nachos_?

Zamiast odpo­wie­dzieć, wstała i uprząt­nęła puste puszki z kawiaka. Mówiła już wcze­śniej, że nie lubi, kiedy piję piwo wie­czo­rami, doglą­da­jąc dzieci, ale wtedy mi tego nie wypo­mniała. Jej wła­sne poczu­cie winy było na zado­wa­la­ją­cym pozio­mie.

Z pew­no­ścią nie uszło jej uwa­dze, że piję wie­czo­rami piwo, lecz jestem też wię­cej niż pewien, że nie ma poję­cia, iż zaczą­łem pić w ciągu dnia moc­niej­sze rze­czy. Śmie­ciarka przy­jeż­dża na naszą ulicę po odpady do recy­klingu we wtorki, więc zaczą­łem ukry­wać do tego momentu puste butelki po alko­holu. Odcze­kuję, aż Emily wyru­szy do szkoły, po czym wycią­gam je z kry­jówki i wyno­szę w nie­bie­skim pojem­niku na kra­węż­nik, zawsty­dzony tymi dowo­dami swo­jego rosną­cego pociągu do trun­ków, ale jed­no­cze­śnie dumny ze sku­tecz­nego zacie­ra­nia śla­dów picia za dnia. Emily rzecz jasna wie, że zaży­wam leki na uko­je­nie ner­wów. Wręcz sama zachę­ciła mnie do wizyty u leka­rza, bo sta­łem się nad­mier­nie draż­liwy i źle sypia­łem. Nie wie jed­nak, że łykam ich wię­cej niż tylko „jedną tabletkę przed snem i/lub w razie potrzeby”.

Uzna­łem, że owo „i/lub w razie potrzeby” to furtka, z któ­rej mogę korzy­stać na wypa­dek, gdyby lekarz kwe­stio­no­wał moją prośbę o wcze­śniej­sze wypi­sa­nie recepty. I nie mar­twi mnie zbyt­nio rosnące pole­ga­nie na „che­mii zapew­nia­ją­cej lep­szy kom­fort życia”. To jedy­nie tym­cza­sowe roz­wią­za­nie, póki sytu­acja nie ule­gnie popra­wie. Bo prze­cież nie jestem uza­leż­niony od ben­zo­dia­ze­piny czy alko­holu. Zda­rzyła mi się co prawda „jazda pod wpły­wem”, ale były tam oko­licz­no­ści łago­dzące, mia­no­wi­cie stra­ci­łem tam­tego dnia pracę. Wszystko się napro­stuje, kiedy znowu zacznę pra­co­wać. No dobrze, może nie szu­kam nowej posady tak usil­nie, jak na początku, ale wkrótce znów ruszę na łowy.

Naza­jutrz ból ucha znik­nął i Niko odzy­skał werwę, a Maisie chwi­lowo nie zacho­ro­wała. Zako­mu­ni­ko­wa­łem Emily pół­słów­kami, że sam jesz­cze docho­dzę do sie­bie, więc zabrała dzieci na lunch i na plac zabaw w parku. Oglą­da­łem w tym cza­sie, choć bez szcze­gól­nego zain­te­re­so­wa­nia, mar­cowy tur­niej koszy­kówki dru­żyn uni­wer­sy­tec­kich – Gon­zaga kon­tra Xavier, Ore­gon kon­tra Kan­sas. Kiedy jesz­cze pra­co­wa­łem w Cre­ative Stra­te­gies, Dec­lan z księ­go­wo­ści zawsze śle­dził dra­binkę roz­gry­wek i on albo Char­lie, jeden z akwi­zy­to­rów, zapra­szali nas do sie­bie na mecz. Odsze­dłem nie tak dawno temu, ale żaden nawet nie spy­tał, czy chciał­bym wpaść. Pew­nie co z oczu, to z serca.

Wycią­gną­łem się na kana­pie w towa­rzy­stwie sze­ścio­paku piwa Sam Adams. Jak się nazy­wał ten pro­gram z „tele­fo­nem do przy­ja­ciela”? Do kogo mógł­bym zadzwo­nić? Moje przy­jaź­nie w Cre­ative nie prze­trwały dłu­żej niż okres zatrud­nie­nia. Z kum­plami z liceum i kole­dżu nie mia­łem już kon­taktu, a z kole­gami z dru­żyny soft­bal­lo­wej ni­gdy nie byłem zbyt bli­sko. Spró­buj pod­trzy­mać męskie przy­jaź­nie, jak masz dwu­let­nie bliź­nięta i wła­śnie stra­ci­łeś pracę. Wszy­scy żyją na ful, w tygo­dniu zasu­wają, a w week­endy spo­ty­kają z braćmi i szwa­grami, a ja na okrą­gło ojcuję dwójce malu­chów.

Po połu­dniu byłem już dobrze ulu­lany. Emily i bliź­niaki jesz­cze nie wró­ciły – pew­nie są u teścio­wej. Kiedy wsta­łem, żeby się odlać, w dro­dze do łazienki tro­chę mną kiwało. W trak­cie sika­nia dostrze­głem kopertę od Emily, opartą o tę głu­pią lalkę w dzier­ga­nej spód­niczce na uchwy­cie na papier toa­le­towy. Oboje ryli­śmy ze śmie­chu, gdy Emily dostała ją pod cho­inkę od babci cio­tecz­nej, Char­lotte, lecz z jakie­goś powodu prze­trwała kilka fal domo­wych porząd­ków.

W koper­cie był list na kartce w linie.

Kocha­nie, prze­pra­szam za wczo­raj. Mia­łeś rację. Powin­nam była spy­tać, czy nie prze­szka­dza Ci, że wyjdę wie­czo­rem, zamiast oznaj­miać, że wycho­dzę. Mam nadzieję, że wiesz, jak bar­dzo doce­niam to, że opie­ku­jesz się naszymi dziećmi, jed­no­cze­śnie szu­ka­jąc pracy. Wiem, że to trudne. Wiem też, że wkrótce znaj­dziesz nową posadę, Corby. Chyba masz świa­do­mość, że jesteś bar­dzo uta­len­to­wa­nym arty­stą i świet­nym tatą. Zjedzmy dziś pizzę. Liczę na bli­skość, kiedy dzieci już zasną. Ści­skam i całuję, ja.

Spodo­bało mi się to, co napi­sała, zwłasz­cza pro­po­zy­cja „bli­sko­ści” – zaszy­fro­wana obiet­nica seksu. I fak­tycz­nie, kocha­li­śmy się tam­tego wie­czoru, ale było do bani. Jak zwy­kle zaczę­li­śmy od niej, ale trwało to tak długo, że w końcu się pod­da­łem, poło­ży­łem się na niej i wsze­dłem. Od razu zebra­łem się od zera do setki i nie odpusz­cza­łem, aż chwy­ciła mnie za rękę i szep­nęła: „Hej, spo­koj­nie”. Zasty­głem, sfla­cza­łem i zre­zy­gno­wa­łem. Narzu­ci­łem szla­frok i wysze­dłem z myślą: „Rany, niczego nie umiem zro­bić porząd­nie. Zna­leźć pracy, prze­trwać dnia bez picia i pro­chów i nawet zado­wo­lić żony”.

– Dokąd idziesz? – spy­tała. – Daj spo­kój, odcze­kajmy parę minut i spró­bujmy jesz­cze raz.

Byłem wdzięczny za tę pro­po­zy­cję. Wciąż ją kocham i wciąż jej pożą­dam. Kil­ka­na­ście lat po tam­tym lecie, kiedy się pozna­li­śmy, i dwójce dzieci na­dal nie mogę uwie­rzyć, że się zgo­dziła, kiedy pierw­szy raz zapro­si­łem ją na randkę. I że się ze mną zwią­zała, kiedy prze­je­cha­łem cały kraj aż do Kali­for­nii, poja­wia­jąc się znie­nacka w jej stu­denc­kim miesz­ka­niu. I że na­dal ze mną jest. Z nas dwojga zde­cy­do­wa­nie to mnie tra­fiło się lepiej. Teraz leżała w łóżku, ofe­ru­jąc mi cie­pło i wyro­zu­mia­łość. Rzecz jasna doko­na­łem auto­sa­bo­tażu.

– Jakoś nie mam ochoty – odpar­łem. – Innym razem.

Zsze­dłem na dół. Pokrę­ci­łem się po kuchni, otwo­rzy­łem lodówkę. Pod­grza­łem _enchi­la­das_, które mi przy­wio­zła, ale trzy­ma­łem je w mikro­fali tak długo, że zro­biły się suche i twarde. Po kilku kęsach wyrzu­ci­łem je do śmieci. Się­gną­łem po gar­nek do goto­wa­nia homa­rów i zro­bi­łem sobie moc­nego drinka. Kiedy wró­ci­łem do łóżka, już spała. Przez te wszyst­kie lata razem chyba ni­gdy nie byli­śmy aż tak nie­zsyn­chro­ni­zo­wani.

Tym­cza­sem naza­jutrz było już lepiej. Sie­dzie­li­śmy na pod­ło­dze i bawi­li­śmy się z dziećmi. Tań­czy­li­śmy z nimi do głu­piut­kiej pio­senki _Baby Shark_. Pod­czas ich popo­łu­dnio­wej drzemki poszli­śmy do łóżka i spró­bo­wa­li­śmy ponow­nie – tym razem uda­nie dla obojga. Razem przy­go­to­wa­li­śmy kola­cję. Bliź­nięta patrzyły, plą­cząc się nam pod nogami. Potem zro­biło się naprawdę nie­źle. Mie­li­śmy drobne wzloty i upadki, ale tylko tyle. W mał­żeń­stwie jak na huś­tawce. U nas wszystko w porządku.

*

Emily kroi dwa tosty fran­cu­skie w kwa­dra­ciki na jeden kęs, skra­pia­jąc każdy syro­pem.

– Pysia, pysia – zachęca bliź­niaki, gdy pal­cem roz­dziela jedze­nie. Uwiel­biam na nich patrzeć, zwłasz­cza kiedy jestem odprę­żony, tak jak teraz. Maisie jest podobna do matki: ciemne włosy, ciemne oczy, śród­ziem­no­mor­ska kar­na­cja teścia. Pod­czas bada­nia dwu­latka jej wynik na siatce cen­ty­lo­wej wzro­stu i wagi to trzy­dzie­ści, więc pew­nie będzie drobna, jak Emily. Niko ma po mnie rudawe włosy i jaśniej­szą cerę. Pedia­tra orzekł, że waga i wzrost tro­chę ponad prze­ciętną, ale w porów­na­niu z sio­strą wygląda jak osi­łek. Emily pyta, dla­czego włą­czył się alarm. Wycią­gam ręce z dwoma przy­pa­lo­nymi tostami, które wcze­śniej rzu­ci­łem na blat, macha­jąc nimi jak mario­net­kami.

– Gotowe – oznaj­miam, zsu­wa­jąc świeżo upie­czone z patelni na talerz. – Zaraz wrócę.

Ruszam do łazienki i myję zęby, żeby Emily nie wyczuła alko­holu. Odcze­kuję jakieś pół minuty, spusz­czam wodę i wra­cam do kuchni. Pyta, co mi tak wesoło.

– Co?

– Uśmie­chasz się. O czym myślisz?

– Nie wiem. O niczym.

Uśmie­cham się, bo dzięki rumowi i ati­va­nowi czuję się przy­jem­nie nabu­zo­wany.

Maisie, bar­dziej gry­ma­śna przy jedze­niu, koń­czy śnia­da­nie, nie robiąc baj­zlu, za to śli­niak jej brata jest prze­siąk­nięty mle­kiem. W dodatku Niko w jakiś spo­sób zdo­łał wysma­ro­wać lewą brew syro­pem, a połowa jego śnia­da­nia wylą­do­wała na pod­ło­dze. Emily zerka na zegar i bie­rze się do sprzą­ta­nia.

– Wiesz co, malu­chu? Chyba mamu­sia i tatuś muszą kupić Roombę i tak ją zapro­gra­mo­wać, żeby jeź­dziła za tobą cały dzień. Chciał­byś?

Nie mając poję­cia, o czym mówi Emily, Niko z entu­zja­zmem przy­ta­kuje. Mówię, żeby dała spo­kój, że posprzą­tam.

– Super, bo już jestem spóź­niona.

Idzie do łazienki, żeby umyć zęby i dosu­szyć włosy.

Tuż przed wyj­ściem do pracy zwraca się do bliź­niąt:

– Bądź­cie grzeczni dla taty i babci. Żad­nych psi­ku­sów.

Wymu­sza wła­ściwą odpo­wiedź, kiwa­jąc głową. Naśla­dują ją i też kiwają głów­kami.

– Szkoda, że nie możemy mieć tego na piśmie – dow­cip­kuję. Dzień wcze­śniej Niko pod­pu­ścił sio­strę do zabawy pole­ga­ją­cej na maza­niu kred­kami po kuchen­nym lino­leum. Usu­wa­nie tego bez zary­so­wa­nia powierzchni było mor­dęgą, a i tak ją zary­so­wa­łem.

– Dobra, idę, cho­ciaż chęt­nie bym z wami została. Kocham was.

– My też cię kochamy.

Byłem czujny i wzią­łem się do zmy­wa­nia, kiedy zoba­czy­łem, że wycho­dzi. Lep­sze mach­nię­cie namy­dloną ręką niż pijany poca­łu­nek na do widze­nia.

– Miłej wycieczki.

Wła­śnie prze­ro­biła z trze­cio­kla­si­stami dino­zaury i zabiera ich do Peabody Museum, żeby obej­rzeli pre­hi­sto­ryczne kości i odci­ski stóp.

– Owoc­nych poszu­ki­wań, kocha­nie – odpo­wiada. – Może to dziś jest ten dzień?

Wzru­szam ramio­nami.

– Może.

Teo­re­tycz­nie mam dziś szu­kać pracy, ale – prawdę mówiąc – w zasa­dzie pogo­dzi­łem się ze sta­tus quo. Na dźwięk cofa­ją­cego na pod­jeź­dzie i odjeż­dża­ją­cego auta Emily rzu­cam wła­ści­wie do nikogo:

– No i poje­chała nasza żywi­cielka.

Póź­niej się­gam po gar­nek do goto­wa­nia homa­rów, ścią­gam go i przy­go­to­wuję powtórkę kok­tajlu kawowo-rumo­wego. Ubie­ram dzie­ciaki i pakuję pie­lu­chy do torby.

– Wie­cie co? Dziś do babci.

Maisie klasz­cze, za to Niko kręci głową i powta­rza:

– Baba nie! Baba nie!

– Stary, rozu­miem twój ból – komen­tuję, chi­cho­cząc. Teść nazwał kie­dyś byłą żonę „żela­znym moty­lem”.

Pod­rzucę je około wpół do dzie­wią­tej; nakła­ma­łem Betsy, że niby mam poje­chać w dwa miej­sca w spra­wie pracy, w tym jedno w Mas­sa­chu­setts na pół­noc od Bostonu. Jeśli nie będzie kor­ków, odbiorę je mię­dzy pięt­na­stą a szes­na­stą. To „jeśli nie będzie kor­ków” dorzu­ci­łem na wszelki wypa­dek, gdy­bym potrze­bo­wał dodat­ko­wej godzinki na wytrzeź­wie­nie.

Emily też okła­ma­łem. Powie­dzia­łem, że po odwie­zie­niu dzieci do jej matki roze­ślę kolejne CV, wyko­nam kilka tele­fo­nów i pod­jadę do Man­che­steru, bo Hobby Lobby szuka kogoś do działu ram i opraw. W rze­czy­wi­sto­ści po kilku mie­sią­cach poni­ża­ją­cych poszu­ki­wań i prze­ra­żony wizją zdo­by­cia posady w sie­ciówce, gdzie musiał­bym opra­wiać gów­niane, masowo pro­du­ko­wane pla­katy, nie pojadę do Man­che­steru ani nie zre­ali­zuję żad­nego innego punktu ze swo­jego zmy­ślo­nego planu.

Kiedy zwal­niali mnie z dwu­oso­bo­wego działu kre­atyw­nego agen­cji rekla­mo­wej, w któ­rej spę­dzi­łem pięć lat, moja sze­fowa, Rhonda, prze­ka­zu­jąc mi tę wia­do­mość pod­czas lun­chu, zasu­ge­ro­wała, żebym wziął wolne popo­łu­dnie. Oczy­wi­ście nie miała poję­cia, że ska­zuje mnie na pierw­szą imprezę uro­dzi­nową Maisie i Nika z udzia­łem oby­dwu babć, kilku sąsia­dów i kole­ża­nek z pracy Emily. (Rok wcze­śniej to wła­śnie Rhonda zor­ga­ni­zo­wała lun­chową cele­bra­cję naro­dzin bliź­nia­ków; był tort, kartki oko­licz­no­ściowe, paczki pie­luch i żarty o zarwa­nych noc­kach).

– Chcę, żebyś wie­dział, że nie cho­dzi o jakość two­jej pracy, Corby – zapew­niła, uno­sząc topór, któ­rym ścięła mi głowę. – To kwe­stia stra­te­gii firmy. Decy­zja była trudna, ale oboje nie mogli­ście zostać.

Oczy­wi­ście nie zwol­niła Brianne, zło­tego dziecka zatrud­nio­nego trzy lata po mnie, za to przy­dzie­la­nego do waż­niej­szych klien­tów. Podob­nie jak ja Brianne była sty­pen­dystką Rhode Island School of Design, lecz – w prze­ci­wień­stwie do mnie – uzy­skała dyplom z wyróż­nie­niem, a jej prace zdo­by­wały nagrody, pod­czas gdy ja rzu­ci­łem stu­dia w poło­wie ostat­niego roku i ruszy­łem po miłość Emily do Kali­for­nii.

Przez jakiś czas kar­mi­łem się sce­na­riu­szem, w któ­rym więk­sza i bogat­sza agen­cja rekla­mowa wywa­bia Brianne z Cre­ative, a ja odzy­skuję dawną posadę i bry­luję, wyka­zu­jąc, jacy byli głupi, że mnie zwol­nili. Jak to się nazywa? Pobożne życze­nia? Tym­cza­sem skoń­czyły się zasiłki, zasta­wi­li­śmy dom i odby­li­śmy trzy sesje tera­pii mał­żeń­skiej. W zeszłym mie­siącu uho­no­ro­wa­li­śmy dru­gie uro­dziny bliź­niąt pre­zen­tami i tor­tem ze świecz­kami, ale daro­wa­li­śmy sobie wydatki na imprezę. Jak mus, to mus, jak mawiają. Przy wspar­ciu rumu i ati­vanu udaje mi się ostat­nio trzy­mać panikę na wodzy, zgod­nie z filo­zo­fią Alfreda E. Neu­mana, chłopca z dzie­więt­na­sto­wiecz­nych reklam zachwa­la­ją­cych bez­bo­le­sne zabiegi sto­ma­to­lo­giczne: „Że co? Że się boję? Ja?”. Jak już odsta­wię dzieci do babci, skie­ruję kroki do mono­po­lo­wego po kolejną małpkę rumu Cap­tain Mor­gan, wrócę do domu i skon­su­muję ją przed tele­wi­zo­rem, oglą­da­jąc CNN, _The People’s Court_, _Dobrą cenę_ i – jeśli uda mi się zna­leźć – tę sta­cję, która nadaje powtórki _Byle do dzwonka_. A kiedy moje mini­wa­ka­cje z rumem i ben­zo­dia­ze­piną naprawdę się roz­hu­lają, może wrzucę por­nosa i zwalę konia albo utnę sobie drzemkę. Maisie i Nika odbiorę od Betsy gdzieś koło czwar­tej. W cza­sie kiedy Emily wraca do domu, zacznę szy­ko­wać kola­cję albo – co bar­dziej praw­do­po­dobne – sko­czę do Chiń­czyka czy do Mek­sy­ka­nów po coś na wynos i McNug­getsy dla dzie­cia­ków. Powoli zbiera nam się na para­pe­cie w bawialni zawsty­dza­jąca kolek­cja zaba­wek z Happy Meal.

Taki mam plan, lecz nic z niego nie wypali.

Sta­wiam torbę z rze­czami bliź­niąt na dol­nym stop­niu scho­dów ganku i wra­cam do środka. Myję zęby i dwu­krot­nie płu­czę gar­dło, żeby Betsy niczego nie wyczuła. Pora­nek jest rześki, więc zakła­dam dzie­ciom czapki i wio­senne kurtki. Zamy­kam drzwi na klucz i pro­wa­dzę bliź­nięta na pod­jazd. W aucie zawsze naj­pierw zapi­nam pas Nikowi, bo jest bar­dziej oporny. Tym razem jed­nak zmie­niam kolej­ność, bo Niko wła­śnie poło­żył się na brzu­chu i obser­wuje kolo­nię mró­wek wędru­ją­cych po ciastku, które wylą­do­wało wczo­raj na pod­jeź­dzie. Zapi­nam pas Maisie i przy­po­mi­nam sobie o tor­bie na scho­dach ganku. Pośpiesz­nie po nią wra­cam i sta­wiam na fotelu pasa­żera z przodu. Macham do sąsia­dów z naprze­ciwka, Lindy i Shawna McNal­lych, któ­rzy wła­śnie zaje­chali przed dom. Linda wysiada, wyma­chu­jąc papie­rową torebką.

– Pan Roz­rzutny zabrał mnie na śnia­da­nie – woła. – Z Egg McMuf­fin, na wynos! Wow!

Śmieję się i obie­cuję Shaw­nowi, że oddam mu sie­kierę, którą od niego poży­czy­łem. W zeszły week­end wresz­cie porą­ba­łem i uło­ży­łem dostar­czone kilka mie­sięcy wcze­śniej drewno. „Dobrze”, odpo­wiada Shawn, zamiast rzu­cić: „Bez pośpie­chu” albo „Nie ma sprawy”. Nie­któ­rzy faceci mają fioła na punk­cie swo­ich narzę­dzi. Linda jest bez­po­śred­nia, za to on zawsze pełen rezerwy, nie­mal podejrz­liwy. Przy­naj­mniej wobec mnie. Wła­śnie odszedł na eme­ry­turę z poli­cji sta­no­wej i to pew­nie wszystko wyja­śnia. Czuję, że tabliczka MAKE AME­RICA GREAT AGAIN na ich traw­niku w zeszłym roku to był jego pomysł, nie jej.

– Jak tam moje dwa słod­kie racuszki? – pyta Linda.

– Raczej dwa potwory. Wczo­raj dorwały kredki i wysma­ro­wały całą pod­łogę w kuchni. Kiedy je nakry­łem i spy­ta­łem: „To wasza robota?”, Maisie spoj­rzała na brata, ten pokrę­cił głową, a ona za nim. Małe łobuzy wciąż trzy­mały w rącz­kach kredki.

– Będą arty­stami, jak tatuś – rzuca ze śmie­chem Linda.

– Albo poli­ty­kami. Kręcą od małego.

Linda kiwa głową.

– Kiedy nasz Rus­sell miał trzy lata, wziął fla­ma­ster i poma­zał nowiutką koł­drę. Potem zarze­kał się, że to nie on, że na sto pro­cent jego sio­stra, Jill, która wtedy nawet jesz­cze nie racz­ko­wała. Mało bra­ko­wało, a nie dożyłby czwar­tych uro­dzin.

Prze­wra­cam oczami i wybu­cham śmie­chem. Pytam, jak tam Rus­se­lowi w Colo­rado.

– Dobrze. Stu­diuje, dora­bia jako bar­man i dostał pierw­szą „praw­dziwą” pracę w sta­cji tele­wi­zyj­nej w Fort Col­lins.

Pro­szę, żeby go od nas pozdro­wiła.

– Muszę biec. Miłego dnia.

Wsia­dam do mojej hondy CRV, odpa­lam sil­nik i wrzu­cam wsteczny. Gdy wyczu­wam lekki opór na pra­wym tyl­nym kole, przy­pusz­czam, że widocz­nie któ­raś ze szczap spa­dła na pod­jazd. Ale skąd te krzyki? Pod­jeż­dżam kawa­łek do przodu i znów cofam, naci­ska­jąc pedał gazu na tyle, by poko­nać prze­szkodę. Widzę w lusterku, że McNally bie­gną w naszą stronę i machają rękami. Co jest, kurwa? Dla­czego Linda tak się wydziera?

I nagle już wiem.Rozdział 2

Lato 2005

Pozna­li­śmy się z Emily rok przed moją despe­racką podróżą od wybrzeża do wybrzeża, którą pod­ją­łem, żeby rato­wać nasz zwią­zek. Oboje zna­leź­li­śmy let­nią pracę w Olde Mistick Vil­lage, z zało­że­nia oso­bli­wie sta­ro­mod­nej pułapce na tury­stów z cza­sów kolo­nial­nych w Nowej Anglii z miej­skim skwe­rem, sta­wem z kacz­kami i skle­pi­kami ofe­ru­ją­cymi dro­gie, nikomu nie­po­trzebne akce­so­ria i pamiątki. Ja pra­co­wa­łem w dwu­oso­bo­wej eki­pie ogrod­ni­czej, a Emily za ladą pie­karni, gdzie sprze­da­wali moje ulu­bione, duże, opa­ko­wane w celo­fan ciastka z melasą Joe Frog­gers, wysta­wione w koszyku na kon­tu­arze. I wła­śnie takie ciastko kupi­łem za pierw­szym razem, kiedy tam wsze­dłem: kawę i joe frog­gera.

– Nie. – Emily skrzy­wiła się na widok tego, które wybra­łem. Odło­żyła je do koszyka i dała mi inne. – To jest więk­sze. Myślisz, że jest też Mrs Cof­fee?

– Że… co?

Była prze­wrot­nie słodka i troszkę dziwna. Postu­kała poma­lo­wa­nym paznok­ciem w trzy­maną w ręku karafkę, gdzie wid­niał napis „Mr Cof­fee”.

– Wszę­dzie znaj­dziesz Mrs Santa Claus i Mrs Doubt­fire, a Mrs Cof­fee ni­gdzie. Myślisz, że Mr Cof­fee ma żonę?

Wzru­szy­łem ramio­nami i zdaw­kowo się uśmiech­ną­łem.

– Tak przy oka­zji, Emily.

– Corby. Przy­pusz­czam, że Mr Cof­fee jest kawa­le­rem, ale czuje miętę do Mrs But­ter­worth.

– Do tej szlai? Mam nadzieję, że się zabez­pie­cza, bo ździra kręci z Mr Peanu­tem. Trzy sie­dem­dzie­siąt pięć.

Poda­łem jej pią­taka i rzu­ci­łem, że reszty nie trzeba.

– Wiesz, kogo mi przy­po­mi­nasz? Tyle że on nie jest rudy. Heatha Led­gera.

– Syna Billy’ego Boba Thorn­tona w tym dra­ma­cie wię­zien­nym, który strzela sobie w łeb, kiedy ojciec go upo­ko­rzył? Jaki to był tytuł?

Teraz ona wzru­sza ramio­nami i odpo­wiada, że miała na myśli Heatha Led­gera z _Zako­cha­nej zło­śnicy_.

– Ale nie żebyś był aż takim cia­chem, więc się nie nady­maj.

– Dobra – obie­cuję, a potem już do końca dnia o niej roz­my­ślam, nabi­ja­jąc śmieci na kij i pole­wa­jąc szlau­chem alejki wokół stawu z kacz­kami. Głu­pie pta­szy­ska. Nie mogą srać do wody? Uzna­łem, że musi mieć chło­paka.

Póź­niej w porze lun­chu codzien­nie kupo­wa­łem joe frog­gera, choć głów­nie zacho­dzi­łem tam, żeby z nią flir­to­wać. Miała ciemne falu­jące włosy, duże piwne oczy i oliw­kową cerę. I jesz­cze słodki tyłe­czek w kształ­cie serca, wysta­jący spod kokardy far­tuszka. I niski, zmy­słowy głos, nie­spo­dzie­wany u kogoś, kto mie­rzy nie­wiele ponad metr pięć­dzie­siąt wzro­stu. Jeśli była kolejka, patrząc na Emily, oce­nia­łem, jakich pig­men­tów bym użył, żeby uchwy­cić odcień jej skóry. Brązy, beże, może ździebko śród­ziem­no­mor­skiej zie­leni i toskań­skiej żółci. Nie żebym liczył, że kie­dy­kol­wiek mi zapo­zuje. Bo jak mogłem jej to zapro­po­no­wać, nie wycho­dząc na zboka?

– Jak będziesz je tak wci­nał, zmie­nisz się w ropu­cha – ostrze­gła mnie któ­re­goś razu wzglę­dem cia­stek. – W zasa­dzie to już dostrze­gam tro­chę zie­leni wokół skrzeli.

Miała zabój­cze poczu­cie humoru.

– Mamy skrzela tylko jako kijanki – odpar­łem. – Doro­słe osob­niki oddy­chają przez skórę.

Przy­pad­kowo zapa­mię­ta­łem ten szcze­gół, gdy ojciec wyja­wił mi go nad stru­mie­niem koło naszego domu tuż po tym, jak zła­pa­łem żabę.

Innym razem sta­łem w kolejce w pie­karni za jakąś matką z dziec­kiem.

– Widzisz tego pana za tobą? – spy­tała chłopca Emily. – To pół czło­wiek, pół ropuch.

Dzie­ciak się obró­cił i spoj­rzał na mnie ze scep­tycz­nym uśmie­chem, ale kiedy przy­tak­ną­łem i zare­cho­ta­łem, uśmiech znik­nął z jego twa­rzy.

To chyba tam­tego dnia zdo­by­łem się wresz­cie na odwagę, żeby się z nią umó­wić. Była już połowa waka­cji, a nawet się nie zająk­nęła o chło­paku.

– Koń­czysz o szó­stej? Może prze­gry­ziemy coś w pią­tek i sko­czymy do „Andrei”? Zapo­wie­dzieli występy cover bandu R.E.M. w week­end. Widzia­łem ich w ostat­nim seme­strze w Pro­vi­dence. Cał­kiem nie­źle grają.

Czu­łem, jak pło­nie mi twarz, gdy zwle­kała z odpo­wie­dzią.

– Nie­stety, mam inne plany – rzu­ciła wresz­cie.

– Dobra, nie ma sprawy.

– W piątki wcze­śnie wska­ku­jemy z mamą w piżamy i gramy w scrab­ble.

Scrab­ble z matką? Serio? Skoro nie była zain­te­re­so­wana, mogła cho­ciaż zosta­wić mi tro­chę god­no­ści.

– Jasne, żaden pro­blem. Dobra, do roboty.

Marzy­łem, żeby jak naj­szyb­ciej stam­tąd wyjść.

– Hej, ruda­sku? – zawo­łała. – A za ciastko kto zapłaci?

Spoj­rza­łem w dół. No tak, trzy­ma­łem w ręku joe frog­gera.

– Prze­pra­szam – wyją­ka­łem. Zmie­szany wycią­gną­łem z port­fela pią­taka.

– Nie czu­jesz, że robię sobie jaja? Będę ci dozgon­nie wdzięczna, jeśli wyba­wisz mnie od kolej­nego piąt­ko­wego wie­czoru w piża­mie z grami plan­szo­wymi za roz­rywkę. Wspo­mnia­łeś o jedze­niu? Wiesz, o czym marzę przez całe lato? O sma­żo­nych mał­żach.

– Myśla­łem raczej o pizzy, ale w porządku. Z nóżką czy bez?

– Jasne, że z nóżką. Jedze­nie małży bez nóżki to jak poca­łu­nek bez języczka.

Wow! Zamu­ro­wała mnie tą śmiałą uwagą. Zauwa­żyła to, roze­śmiała się i powie­działa, że wyglą­dam, jak­bym prze­żył szok.

– Szok? Ja? – odpa­ro­wa­łem.

Resztę popo­łu­dnia spę­dzi­łem na pie­le­niu i obry­wa­niu zwię­dłych kwia­tów, zasta­na­wia­jąc się, jakiż to sygnał mi wysłała tym żar­tem na temat poca­łun­ków. Sku­pi­łem się też na rachunku. Dwie por­cje małży z nóżką będą kosz­to­wać trzy razy wię­cej niż pizza, pomy­śla­łem, ale co tam.

Dla więk­szo­ści moich rówie­śni­ków seks spro­wa­dzał się do zali­cza­nia – im wię­cej, tym lepiej. Ale nie dla mnie. Do tam­tego lata, gdy pozna­łem Emily, kocha­łem się w sumie z trzema dziew­czy­nami.

Na pierw­szej randce jedli­śmy w samo­cho­dzie przy budce z mał­żami, którą wybrała. Nie śmia­łem jej wyja­wić, że wolę małże bez nóżki.

– Już się naja­dłeś? – spy­tała.

Przy­tak­ną­łem. Z jakie­goś powodu nie byłem głodny. Nóżki małży puchły mi w ustach. Zja­dła swoją por­cję i doja­dła moją. Maczała małże w sosie tatar­skim, nie w keczu­pie, i obli­zy­wała palce.

W dro­dze do klubu roz­ma­wia­li­śmy o uczelni. Powie­dzia­łem, że wła­śnie skoń­czy­łem pierw­szy rok na Rhode Island School of Design z byle jakimi oce­nami, oprócz wykła­dów i ćwi­czeń z rysunku archi­tek­to­nicz­nego na pozio­mie zaawan­so­wa­nym. Ona z kolei miała przed sobą drugi rok na UCLA na wydziale nauczy­ciel­skim, bo od dziecka marzy, żeby uczyć w szkole.

– Z krótką prze­rwą, kiedy mia­łam osiem lat i chcia­łam zostać zakon­nicą.

Pod­sta­wówkę skoń­czyła w Con­nec­ti­cut, a liceum w połu­dnio­wej Kali­for­nii, dokąd prze­nie­śli się jej rodzice, by rato­wać swoje mał­żeń­stwo. Kiedy nic z tego nie wyszło, jej matka wró­ciła do krew­nych w Sto­ning­ton w Con­nec­ti­cut. Emily została z ojcem, żeby mieć dostęp do dar­mo­wej nauki ofe­ro­wa­nej rezy­den­tom Kali­for­nii. Tęsk­niła jed­nak za mamą i cie­szyła się, że spę­dza z nią waka­cje.

– Jesteś z nią bar­dziej zżyta niż z ojcem?

– Teraz chyba tak, ale kiedy dora­sta­łam, byłam „córeczką tatu­sia”. Mama to typowa alfa, a tata jest bar­dziej wylu­zo­wany. Dojeż­dża­łam na zaję­cia, miesz­ka­jąc u niego, ale teraz wpro­wa­dziła się tam jego part­nerka z córką. Ana jest miła, nie żeby­śmy się nie doga­dy­wały, ale razem z tatą uznają mnie za kogoś w rodzaju „niani na stałe”, dla­tego po waka­cjach wynajmę miesz­ka­nie na spółkę z innymi stu­den­tami. A tobie do któ­rego rodzica bli­żej?

– Oczy­wi­sta sprawa. Mój ojciec to fiut.

Nie chcia­łem wda­wać się w szcze­góły, więc zmie­ni­łem temat. Tydzień wcze­śniej napo­mknęła w pie­karni, że robi wie­czo­rowy kurs na Uni­wer­sy­te­cie Con­nec­ti­cut.

– Reli­gie świata, tak?

Ski­nęła głową.

– Zapi­sa­łam się, żeby zali­czyć ostatni z wyma­ga­nych przed­mio­tów ogól­nych, ale to naprawdę cie­kawe. W zeszłym tygo­dniu było o hin­du­izmie: kar­mie, dhar­mie, rein­kar­na­cji.

Gdy wyja­śniała, że wszy­scy byli­śmy tu wcze­śniej, tylko pod inną posta­cią, uda­wa­łem zain­te­re­so­wa­nie, ale tak naprawdę myśla­łem o tym, jak ład­nie pach­nie, jak bar­dzo chciał­bym cało­wać te pełne roz­ga­dane usta i jak by to było ją prze­le­cieć.

– Nie sądzisz? – spy­tała.

Ale wtopa! Nie mia­łem poję­cia, jak odpo­wie­dzieć.

– Moż­liwe… – bąk­ną­łem.

W klu­bie parę razy zatań­czy­li­śmy (ona dużo lepiej ode mnie) i wypi­li­śmy kilka heine­ke­nów, ale grali za gło­śno, żeby­śmy mogli poroz­ma­wiać. Kiedy z ogłu­sza­jącą werwą zain­to­no­wali _What’s the fre­qu­ency, Ken­neth?_³, wska­za­łem ręką plażę na tyłach budynku. Emily ski­nęła głową. Księ­życ tuż po pełni roz­świe­tlał brzeg oce­anu. Zrzu­ci­li­śmy buty, ona doło­żyła torebkę, ja nakry­łem to wszystko bluzą z kap­tu­rem i ruszy­li­śmy przed sie­bie.

– Czyli bli­żej ci do mamy niż do ojca. Jaka jest?

– Mama? Ma… rude włosy jak ja, tylko że siwieje. Poczu­cie humoru, lubi pra­co­wać w ogródku.

Pomi­ną­łem bar­dziej egzo­tyczne detale – że hoduje zioło, sta­wia tarota, pod­czas waka­cji mię­dzy moją maturą a pierw­szym rokiem stu­diów mach­nęła sobie tatuaż, jest wic­canką, a kie­dyś wyznała mi, że pew­nie jest bisek­su­alna.

– Taki wolny duch – dorzu­ci­łem.

– Pra­cuje?

– Jako kel­nerka w New­port Cre­amery. Od lat. Ma grupę sta­łych bywal­ców, z któ­rymi lubi pożar­to­wać. A twoja jaka jest?

– Dużo czyta i pisuje wier­sze, któ­rych nikomu nie poka­zuje. Odku­rza dwa razy w tygo­dniu i ma mi za złe, że taka ze mnie fleja. Należy do kościel­nego kółka kobiet; szyją pat­chwor­kowe narzuty.

– Jak w serialu _Girls Gone Wild_⁴. Skoro chcia­łaś zostać zakon­nicą, to pew­nie jeste­ście kato­li­kami?

– Nie. Byłam u kole­żanki, Erin Houli­han. Aku­rat odwie­dzała ich ciotka, sio­stra Julia, młoda, ładna i tuż po ślu­bach. Po powro­cie do domu oznaj­mi­łam mamie, że jak osią­gniemy odpo­wiedni wiek, razem z Erin wstą­pimy do zakonu. Upo­mniała mnie, że jeste­śmy meto­dy­stami, i spy­tała, czy wiem, że zakon­nice golą sobie głowy i że klę­czą na twar­dych posadz­kach, kiedy się modlą, cza­sami po kilka godzin bez prze­rwy. Wtedy uzna­łam, że Erin będzie musiała pójść tam sama.

Roze­śmiała się na to wspo­mnie­nie.

– Mój dzia­dek był gene­ra­łem bry­gady, a obaj bra­cia mamy ofi­ce­rami. Wuj Frank aż do eme­ry­tury pra­co­wał w Pen­ta­go­nie. Cała rodzina gło­suje na Repu­bli­ka­nów, mama też.

– Jaka matka, taka córka?

– Poli­tycz­nie? Boże broń. Nie jestem w sta­nie roz­ma­wiać z nią o poli­tyce. A ty – gło­so­wa­łeś na Busha czy na Gore’a?

Kiedy wyzna­łem, że nie chciało mi się gło­so­wać, bo wszy­scy poli­tycy są tacy sami, wal­nęła mnie w ramię. Mocno!

– Część pro­ble­mów wynika wła­śnie z takiego podej­ścia, głu­polu. Widzę, że będę się musiała napra­co­wać, zanim cię wypro­stuję.

Czyli że mamy przed sobą przy­szłość? Że z tego wie­czoru coś wynik­nie?

– Może jed­nak szkoda, że nie zosta­łaś zakon­nicą – odpar­łem. – Ochrza­niać i przy­ło­żyć już umiesz, a z taką urodą łysa też byś wymia­tała.

Powie­działa, że na pewno wsta­wiam takie bajery wszyst­kim dziew­czy­nom.

– Jakim dziew­czy­nom?

– Nie zale­waj. Sze­ro­kie bary, szczu­pla­czek, dłu­gie rzęsy, dla któ­rych każda laska gotowa zabić.

Jej kom­ple­menty zawsty­dziły mnie, ale i spra­wiły mi przy­jem­ność.

– „Szczu­pla­czek”? Prę­dzej nazwał­bym sie­bie kan­cia­stym.

– A i dup­cia śliczna – zadrwiła. – Nie żebym się przy­glą­dała.

Wycią­gnęła rękę i wplo­tła swoją małą dłoń w moją, a ja owi­ną­łem wokół niej palce. Czy doszło do tego tak wcze­śnie? Czy to ta chwila – ten gest – spra­wiła, że się w niej zako­cha­łem?

Gdy dotar­li­śmy do miej­sca, gdzie zosta­wi­li­śmy rze­czy, przy­pływ zdą­żył cał­ko­wi­cie je zmo­czyć.

– Nic wiel­kiego – oce­niła. – Więk­szość dro­bia­zgów mam w dru­giej torebce, a bank­noty można wysu­szyć.

Kiedy wró­ci­li­śmy do klubu, zespół naj­wy­raź­niej zro­bił sobie prze­rwę. Z szafy gra­ją­cej wybrzmie­wała stara, dobrze znana mi pio­senka. „Jesteś tu, taka cie­pła, lecz gdy odwrócę wzrok, znik­niesz…”. Posta­no­wi­li­śmy, że już tam nie wró­cimy. Trzy­ma­jąc w rękach mokre buty, ruszy­li­śmy boso na par­king. Pie­ści­li­śmy się w samo­cho­dzie, aż zapa­ro­wały szyby i mało bra­ko­wało, żebym nie pole­ciał. Szep­nęła, że już wystar­czy.

– Na pewno? – odszep­ta­łem.

– Nie. Ale tak – odparła.

Kiedy odwio­złem ją do mamy, spy­ta­łem, jak dobrze jej było w skali od jed­nego do pię­ciu.

– Pięć – odpo­wie­działa. – A tobie?

– Dzie­sięć.

Naza­jutrz jesz­cze spa­łem, kiedy zadzwo­nił tele­fon. Mru­żąc oczy, zer­k­ną­łem na zega­rek. Siódma pięt­na­ście. Kto żeż, kurwa?

– Tak?

– Dzień dobry – rzu­ciła. – Jesz­cze raz dzięki za wczo­raj­szy wie­czór. Masz ochotę na śnia­da­nie? W „Aero Diner” przy dro­dze numer dwa za pół godziny?

– Dobra – odpar­łem, zsu­ną­łem nogi z łóżka i ruszy­łem pod prysz­nic.

Wytarł­szy się ręcz­ni­kiem, przyj­rza­łem się w lustrze swo­jej nago­ści. Dłu­gie rzęsy? Tak. Sze­ro­kie bary? Nie. Prze­ciętne, nic szcze­gól­nego. Ale z uwagi na pracę fizyczną, którą wyko­ny­wa­łem tam­tego lata, fak­tycz­nie zro­bił mi się kalo­ry­fer i powięk­szyły bicepsy. Biel pod­ko­szulka odci­na­jąca się od opa­le­ni­zny. Nie­fajna. Nagryz pio­nowy, o czym nie­zmien­nie przy­po­mi­nała mi asy­stentka sto­ma­to­loga, czysz­cząc zęby. No i według mnie byłem raczej kości­sty. Widocz­nie to się podoba, pomy­śla­łem i wło­ży­łem czy­ste bok­serki. Grunt, że podoba się Emily. Ponow­nie spraw­dzi­łem godzinę. Mia­łem kwa­drans, żeby dotrzeć do tego baru przy dwójce, a w dro­dze na plażę pew­nie będzie korek. Nie było czasu na gole­nie; mia­łem nadzieję, że lubi taki szorstki wygląd.

Oka­zało się, że lubi. Spo­ty­ka­li­śmy się nie­mal co wie­czór już do końca szybko prze­mi­ja­ją­cych waka­cji. Kilka razy byli­śmy na plaży. Kocha­li­śmy się przy każ­dej spo­sob­no­ści, zwa­żyw­szy że każde z nas miesz­kało z matką.

Jej od początku była wobec mnie podejrz­liwa, a gdy zna­la­zła zro­bione przeze mnie nagie szkice Emily, jesz­cze bar­dziej ją to zanie­po­ko­iło.

– Może je wrzu­cić do inter­netu – ostrze­gła córkę. – Jaka szkoła cię zatrudni, jeśli wyjdą na jaw?

Emily zało­żyła, że przy bliż­szym pozna­niu Betsy mnie zaak­cep­tuje, więc któ­rejś desz­czo­wej nie­dzieli w poło­wie sierp­nia posze­dłem do nich na kola­cję. Przy­go­to­wała laza­nię, a Betsy skromną sałatę z rukolą, oliwą i sokiem z cytryny. Mam nadzieję, że nie padła, kiedy ją szy­ko­wała, pomy­śla­łem. Żeby zro­bić wra­że­nie, szarp­ną­łem się na butelkę czer­wo­nego wina za trzy­dzie­ści dolców, celowo nie zry­wa­jąc nalepki z ceną, ale nie­po­trzeb­nie wyda­łem pie­nią­dze, bo Betsy led­wie umo­czyła w nim usta. Kiedy zja­dłem dokładkę laza­nii, Emily oznaj­miła, że upie­kła cia­sto jago­dowe na deser. Wstała i zaczęła uprzą­tać tale­rze. Ja też się pode­rwa­łem, ale Betsy nale­gała, żebym usiadł, bo prze­cież jestem ich gościem.

Em wyszła do kuchni, więc zosta­li­śmy sami. Po kilku sekun­dach krę­pu­ją­cej ciszy rzu­ci­łem:

– Wiem od Emily, że pisuje pani wier­sze.

– Cza­sami – odparła nie­dbale. – Wolę czy­tać, niż pisać.

– A jaka jest pani ulu­biona książka?

– Dobry Boże, tyle ich jest…! Wła­śnie wró­ci­łam do _Jane Eyre_. To jedna z moich ulu­bio­nych lek­tur. Na kanale publicz­nym poka­zują dosko­nały serial na jej pod­sta­wie w paśmie „Teatr mistrzów”. Pew­nie nie oglą­dasz.

– Ja nie, ale ogląda moja mama – odpar­łem, co było kłam­stwem, bo dla niej tele­wi­zyjny mus w nie­dzielne wie­czory to _Gotowe na wszystko_.

– Powiedz mi… Liczysz, że wyży­jesz ze sztuki?

– Kto wie? Ale wła­ści­wie to jesz­cze nie pla­nuję przy­szło­ści. Jestem bar­dziej z tych, któ­rzy żyją chwilą.

– Aha, czyli konik polny, nie mrówka?

Wzru­szy­łem ramio­nami.

– Bajki Ezopa – wyja­śniła. – Jesteś jesz­cze bar­dzo młody, prawda?

Czyli nie­doj­rzały i głupi, domy­śli­łem się. Nala­łem sobie wina. Caber­net za trzy­dzie­ści dolców? Ktoś musi go wypić. Kusiło mnie, żeby jej powie­dzieć, że rodzice mojej lice­al­nej sym­pa­tii sza­leli za mną. Jej ojciec nawet zabrał mnie na ryby. Jasny gwint, gdzie ta Emily?

Się­ga­jąc po kie­li­szek, trą­ci­łem go i roz­la­łem wino na bia­lutki obrus. Betsy zigno­ro­wała moje prze­pro­siny, zerwała się i pobie­gła do kuchni. Wró­ciła uzbro­jona w papie­rowe ręcz­niki, ścierkę i butelkę wody sodo­wej. Osu­szała, pole­wała i szo­ro­wała, jed­no­cze­śnie infor­mu­jąc, że obrus, pre­zent od jej uko­cha­nej ciotki, będzie do wyrzu­ce­nia, jeśli pozwoli, żeby plama się wgry­zła.

– Naprawdę bar­dzo prze­pra­szam – wybą­ka­łem ponow­nie, jed­nak zamiast przy­jąć moje prze­pro­siny, szo­ro­wała z jesz­cze więk­szą zawzię­to­ścią.

Emily wró­ciła z cia­stem, jej zda­niem zbyt nasą­czo­nym, bo zapo­mniała dodać mąki kuku­ry­dzia­nej. Świa­dom, że jagody zosta­wiają plamy, zja­dłem swój kawa­łek wyjąt­kowo ostroż­nie. Po ostat­nim kęsie wsta­łem i oznaj­mi­łem, że muszę wyjść.

– Już? – zdzi­wiła się Emily.

Wykrę­ci­łem się kre­tyń­ską wymówką, że muszę nakar­mić psa sąsia­dów.

Przy drzwiach szep­ną­łem Emily do ucha, że z pew­no­ścią obla­łem ten test.

– Czyli dobrze, że to nie z nią cho­dzisz. – Zaśmiała się. – Nie przej­muj się głu­pim obru­sem. Wielka mi rzecz.

Odwza­jem­niła mój poca­łu­nek.

Lało wtedy jak z cebra i zie­mia była nasiąk­nięta. Cofa­jąc wóz, przy­pad­kowo zje­cha­łem z pod­jazdu na traw­nik. Zro­biła się mała kole­ina, któ­rej ran­kiem pew­nie nawet nikt nie zauważy. Kurwa, a nawet jeśli, Betsy będzie się musiała z tym pogo­dzić. „Jesteś jesz­cze bar­dzo młody, prawda?”. Picz.

Pod koniec sierp­nia obie­ca­li­śmy sobie, że będziemy dzwo­nić i pisać tak czę­sto, jak pozwolą nam na to obo­wiązki. Mia­łem przy­le­cieć na czte­ro­dniowe ferie na Święto Dzięk­czy­nie­nia, a ona w cza­sie mie­sięcz­nej prze­rwy zimo­wej przy­je­dzie do matki. I tak, wraz z koń­cem lata w Olde Mistick Vil­lage, roz­je­cha­li­śmy się, każde na swoją uczel­nię.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij