-
nowość
Rzeka cierpliwości - ebook
Rzeka cierpliwości - ebook
Wally Lamb – autor bestsellerowych powieści „Niepamiętnik Dolores Price” oraz „To wiem na pewno” – powraca z opowieścią o winie, przebaczeniu i powrotach do miejsc, które kształtują nasze życie.
W spokojnym miasteczku nad rzeką Corbin Ledbetter dorastał w przekonaniu, że życie płynie jak woda – czasem leniwie, czasem wartko, ale zawsze w tym samym kierunku. Wszystko zmienia się pewnego lata, kiedy nadużywający alkoholu i leków Corbin staje się przyczyną tragicznego wypadku. Mężczyzna trafia do więzienia, a jego rodzina, przyjaciele i całe miasteczko muszą nauczyć się żyć z ciężarem tej winy.
Za murami więzienia Corbin odnajduje ludzi tak samo złamanych jak on – i po raz pierwszy próbuje zrozumieć, co naprawdę zrobił. Uczy się słuchać, rysować, milczeć. Wie jednak, że nic nie cofnie przeszłości, a rzeka, nad którą dorastał, wciąż przypomina mu o wszystkim, co utracił.
Wally Lamb tworzy głęboko ludzką opowieść o winie, odkupieniu i trudnej sztuce przebaczania. Rzeka cierpliwości to historia o tym, że nawet jeśli nie da się cofnąć przeszłości, można nauczyć się płynąć dalej – nie uciekając, lecz akceptując swój los.
| Kategoria: | Literatura piękna obca |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68611-66-3 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
27 kwietnia 2017
Jest szósta, wstaję pierwszy. Na Spotify leci ta piosenka Chainsmokers, którą tak lubię. _If we go down, then we go down together_¹_…_ Łykam ativan i popijam go poranną kawą z dwoma chlustami stuprocentowego rumu Captain Morgan. Chowam butelkę do dwudziestolitrowego garnka do gotowania homarów, którego nigdy nie używamy, nakładam pokrywkę i odstawiam go do szafki nad lodówką, do której Emily nie sięgnie, chyba że ze stołka. Napełniam kubki niekapki dla bliźniąt i smażę tosty francuskie na śniadanie. _If we go down, then we go down together…_ Wyłączam muzykę, żeby nasłuchiwać dziecięcych odgłosów, choć ta piosenka pewnie pozostanie mi w głowie przez cały ranek.
Emily już wstała, jest w łazience i szykuje się do pracy. Kiedy zakręca prysznic, dobiega mnie gaworzenie bliźniąt z pokoju dziecięcego, przerobionego prawie dwa lata temu z mojej pracowni. Moja sztaluga, blejtramy i farby znalazły schronienie w kącie za schodami do piwnicy. Nie było to aż tak wielkie poświęcenie. Zarabiałem jako twórca sztuki użytkowej, a z tą „poważną” zmagałem się po godzinach i w weekendy, jednak po narodzinach dzieci ostatnią rzeczą, o jakiej marzyłem, było wpatrywanie się w puste płótno, wyczekiwanie, by jakaś abstrakcyjna wizja spłynęła z głowy po ręce do pędzla, i sprawdzanie, co z tego wynikło. Maisie była bliźniaczką alfa, zaś Niko, który nauczył się raczkować, chodzić i mówić później niż siostra, był betą. W wyścigu rozwojowym zawsze plasował się na drugiej pozycji. Gdy zaczęły się kształtować ich osobowości, jego siostra okazała się dzieckiem poważnym i zmotywowanym, a on wiecznie roześmianym i psotnym. Z każdym dniem kochałem ich coraz bardziej za to, jacy się stają. Czy jakieś artystyczne kaprysy mogły rywalizować z owocem naszej miłości? W żadnym wypadku.
Bawiąc się z nimi w chowanego, stanąwszy w drzwiach ich pokoju, wołam:
– A kuku!
– Tatuś! – odpowiadają jednocześnie.
Ich zachwyt na mój widok niezmiennie napełnia mnie natychmiastową radością, dodatkowo napędzaną benzodiazepiną i alkoholem. Podnoszę je jedno po drugim ze wspólnego łóżeczka. Często tulą się do siebie we śnie, a nieraz ssą sobie nawzajem kciuki. Kładę je na plecach na wykładzinie i zdejmuję im pieluchy. Obydwie są pełne, a u Maisie znajduję dodatkowo dwa bobki. Przewijając je, pytam:
– A gdzie nosek panny Maisie?
Bawiliśmy się w to już wczoraj.
– Pięknie! A pan Niko gdzie ma uszko?
Niko pakuje palec do nosa.
– No, nie! – stękam z udawanym przerażeniem. – Przecież nie słuchasz nosem.
Oboje chichoczą, a ja zaczynam śpiewać _Wheels on the Bus_², piosenkę, którą Emily nuci im czasami podczas kąpieli. Maisie uważnie się wsłuchuje i wykonuje ze mną kilka gestów, a jej brat wierzga nóżkami i wypuszcza bąble śliny. Podnoszę je jednocześnie i ruszamy do kuchni, gdy nagle rozlega się wycie alarmu przeciwpożarowego.
Pomieszczenie jest zadymione, wokół unosi się woń przypalonych tostów. Przerażone dzieci uderzają w płacz. Emily woła z głębi korytarza:
– Corby!?
– Wszystko pod kontrolą! – uspokajam.
Sadzam bliźniaki na fotelikach i stawiam przed nimi tacki. Wskazując na alarm, mówię, że tatuś zaraz go uciszy.
– Patrzcie! – Wchodzę na stołek-drabinkę i wyłączam cholerstwo. – Tatuś na ratunek! – Zeskakuję ze stołka i wykonuję taniec, który przemienia ich lęk w śmiech.
– Tatuś śmieszny! – komentuje Maisie.
– Dziękuję, dziękuję bardzo – pomrukuję tubalnie, sięgając po swoją najlepszą wersję Elvisa.
Z naszej dwójki to ja jestem rodzicem śmieszkiem, a bliźniaki to moja najlepsza publiczność. Kiedy daję im kubki niekapki, wdmuchuję im w szyje gorące „malinki”. Unoszą rączki i piszczą z radości.
Zanim w kuchni zjawi się Emily, stawiam na stole jej kubek z kawą i piramidkę tostów. Te starsze leżą na spodzie, a na górze świeże, którymi zastąpiłem tamte przypalone.
– Mama! – woła Niko.
Emily całuje go w główkę.
– Jak się miewa mój ulubiony synek? – rzuca, obraca się do jego siostry, ją też całuje i dodaje: – A jak moja ulubiona córeczka? – Rzecz jasna kocha obydwoje, ale faworyzuje Nika, którego kiełkująca osobowość przypomina moją. Maisie wyraźnie wdała się w matkę, mniej skłonną do wygłupów i bardziej samodzielną.
Kiedy Emily siada przy stole, odczuwam nagły przypływ wyrzutów sumienia na wspomnienie pewnego poranka sprzed kilku tygodni. Emily oznajmiła, że wybiera się po lekcjach z koleżankami nauczycielkami na wczesną kolację do „Fiesta’s”.
– Wrócę o siódmej, najpóźniej wpół do ósmej – dodała.
Przypomniałem jej, że piątki spędzamy w gronie rodziny.
– Spędzę z bliźniakami cały dzień, że nie wspomnę o całym tygodniu. Kiedy to planowałaś, nie przyszło ci do głowy, że chciałbym trochę odpocząć?
Przepraszającym gestem uścisnęła moje ramię.
– Wiem, Corby, ale Amber naprawdę ma teraz nielekko. Goście weselni byli już potwierdzeni. Miała też przymiarkę sukni i zabukowaną podróż poślubną.
Amber to też nauczycielka, która miała wziąć ślub w przyszłym miesiącu, ale jej narzeczony oświadczył, że jest gejem.
– Kompletnie ją tym rozjechał. Dziewczyna naprawdę potrzebuje wsparcia.
– A ja to nie?
Spojrzała na mnie i pokręciła głową.
– Jeśli chcesz robić aferę z powodu tych dwóch godzin, w porządku. Powiem, że nie mogę.
– Nie, śmiało, skarbie. „Fiesta’s” to ta meksykańska? Miłej zabawy. Wypij za mnie margeritę. A co tam? Wypij trzy albo cztery. Urżnij się.
Już prawie w drzwiach gwałtownie się obróciła i spiorunowała mnie wzrokiem.
– To twoja specjalność, nie moja.
Trafiony zatopiony.
Pożegnała się z dziećmi, ze mną nie. Patrzyłem przez okno, jak wsiada do auta, trzaska drzwiami i odjeżdża. Wyrzuty sumienia dały o sobie znać po kilku minutach, pewnie jeszcze zanim zajechała na parking przed szkołą. Wysłałem jej SMS: „Przepraszam, zachowałem się jak palant. Idź, śmiało, wesprzyj przyjaciółkę. Nie ma sprawy”.
Jej zdawkowa odpowiedź: „Tysięczne dzięki”, przekonała mnie, że wciąż jest wkurzona, co z kolei wkurzyło mnie i dało wymówkę do łyknięcia jeszcze jednego ativanu na uspokojenie. Czyż nie po to przepisał mi go lekarz?
Emily wróciła dopiero po dziewiątej wieczorem. Nim ją zobaczyłem, usłyszałem ją w kuchni.
– Cześć, Corby! – zawołała. – Jeśli nie jadłeś kolacji, przywiozłam ci _enchiladas_ z kurczakiem.
Skłamałem, że jadłem.
– To włożę do lodówki, będziesz miał na jutro.
Weszła do salonu w aurze promiennego rauszu, jaka towarzyszy jej przy tych rzadkich okazjach, gdy wypija drugi kieliszek wina, ale od razu przygasła, kiedy zobaczyła, że Niko śpi na moich kolanach, a nie w łóżeczku.
– Jest chory – oznajmiłem. – Boli go ucho.
Przysiadła obok na kanapie, pogładziła go po włosach i spytała, czy zmierzyłem mu temperaturę.
– Ponad trzydzieści osiem – odpowiedziałem.
Termometr wskazał dokładnie trzydzieści osiem kresek, „ponad” dodałem od siebie. Tak, potrafię być małoduszny.
– Dałeś mu tylenol?
Skinąłem głową.
– Jakąś godzinę temu. Jak udała się terapia grupowa z _nachos_?
Zamiast odpowiedzieć, wstała i uprzątnęła puste puszki z kawiaka. Mówiła już wcześniej, że nie lubi, kiedy piję piwo wieczorami, doglądając dzieci, ale wtedy mi tego nie wypomniała. Jej własne poczucie winy było na zadowalającym poziomie.
Z pewnością nie uszło jej uwadze, że piję wieczorami piwo, lecz jestem też więcej niż pewien, że nie ma pojęcia, iż zacząłem pić w ciągu dnia mocniejsze rzeczy. Śmieciarka przyjeżdża na naszą ulicę po odpady do recyklingu we wtorki, więc zacząłem ukrywać do tego momentu puste butelki po alkoholu. Odczekuję, aż Emily wyruszy do szkoły, po czym wyciągam je z kryjówki i wynoszę w niebieskim pojemniku na krawężnik, zawstydzony tymi dowodami swojego rosnącego pociągu do trunków, ale jednocześnie dumny ze skutecznego zacierania śladów picia za dnia. Emily rzecz jasna wie, że zażywam leki na ukojenie nerwów. Wręcz sama zachęciła mnie do wizyty u lekarza, bo stałem się nadmiernie drażliwy i źle sypiałem. Nie wie jednak, że łykam ich więcej niż tylko „jedną tabletkę przed snem i/lub w razie potrzeby”.
Uznałem, że owo „i/lub w razie potrzeby” to furtka, z której mogę korzystać na wypadek, gdyby lekarz kwestionował moją prośbę o wcześniejsze wypisanie recepty. I nie martwi mnie zbytnio rosnące poleganie na „chemii zapewniającej lepszy komfort życia”. To jedynie tymczasowe rozwiązanie, póki sytuacja nie ulegnie poprawie. Bo przecież nie jestem uzależniony od benzodiazepiny czy alkoholu. Zdarzyła mi się co prawda „jazda pod wpływem”, ale były tam okoliczności łagodzące, mianowicie straciłem tamtego dnia pracę. Wszystko się naprostuje, kiedy znowu zacznę pracować. No dobrze, może nie szukam nowej posady tak usilnie, jak na początku, ale wkrótce znów ruszę na łowy.
Nazajutrz ból ucha zniknął i Niko odzyskał werwę, a Maisie chwilowo nie zachorowała. Zakomunikowałem Emily półsłówkami, że sam jeszcze dochodzę do siebie, więc zabrała dzieci na lunch i na plac zabaw w parku. Oglądałem w tym czasie, choć bez szczególnego zainteresowania, marcowy turniej koszykówki drużyn uniwersyteckich – Gonzaga kontra Xavier, Oregon kontra Kansas. Kiedy jeszcze pracowałem w Creative Strategies, Declan z księgowości zawsze śledził drabinkę rozgrywek i on albo Charlie, jeden z akwizytorów, zapraszali nas do siebie na mecz. Odszedłem nie tak dawno temu, ale żaden nawet nie spytał, czy chciałbym wpaść. Pewnie co z oczu, to z serca.
Wyciągnąłem się na kanapie w towarzystwie sześciopaku piwa Sam Adams. Jak się nazywał ten program z „telefonem do przyjaciela”? Do kogo mógłbym zadzwonić? Moje przyjaźnie w Creative nie przetrwały dłużej niż okres zatrudnienia. Z kumplami z liceum i koledżu nie miałem już kontaktu, a z kolegami z drużyny softballowej nigdy nie byłem zbyt blisko. Spróbuj podtrzymać męskie przyjaźnie, jak masz dwuletnie bliźnięta i właśnie straciłeś pracę. Wszyscy żyją na ful, w tygodniu zasuwają, a w weekendy spotykają z braćmi i szwagrami, a ja na okrągło ojcuję dwójce maluchów.
Po południu byłem już dobrze ululany. Emily i bliźniaki jeszcze nie wróciły – pewnie są u teściowej. Kiedy wstałem, żeby się odlać, w drodze do łazienki trochę mną kiwało. W trakcie sikania dostrzegłem kopertę od Emily, opartą o tę głupią lalkę w dzierganej spódniczce na uchwycie na papier toaletowy. Oboje ryliśmy ze śmiechu, gdy Emily dostała ją pod choinkę od babci ciotecznej, Charlotte, lecz z jakiegoś powodu przetrwała kilka fal domowych porządków.
W kopercie był list na kartce w linie.
Kochanie, przepraszam za wczoraj. Miałeś rację. Powinnam była spytać, czy nie przeszkadza Ci, że wyjdę wieczorem, zamiast oznajmiać, że wychodzę. Mam nadzieję, że wiesz, jak bardzo doceniam to, że opiekujesz się naszymi dziećmi, jednocześnie szukając pracy. Wiem, że to trudne. Wiem też, że wkrótce znajdziesz nową posadę, Corby. Chyba masz świadomość, że jesteś bardzo utalentowanym artystą i świetnym tatą. Zjedzmy dziś pizzę. Liczę na bliskość, kiedy dzieci już zasną. Ściskam i całuję, ja.
Spodobało mi się to, co napisała, zwłaszcza propozycja „bliskości” – zaszyfrowana obietnica seksu. I faktycznie, kochaliśmy się tamtego wieczoru, ale było do bani. Jak zwykle zaczęliśmy od niej, ale trwało to tak długo, że w końcu się poddałem, położyłem się na niej i wszedłem. Od razu zebrałem się od zera do setki i nie odpuszczałem, aż chwyciła mnie za rękę i szepnęła: „Hej, spokojnie”. Zastygłem, sflaczałem i zrezygnowałem. Narzuciłem szlafrok i wyszedłem z myślą: „Rany, niczego nie umiem zrobić porządnie. Znaleźć pracy, przetrwać dnia bez picia i prochów i nawet zadowolić żony”.
– Dokąd idziesz? – spytała. – Daj spokój, odczekajmy parę minut i spróbujmy jeszcze raz.
Byłem wdzięczny za tę propozycję. Wciąż ją kocham i wciąż jej pożądam. Kilkanaście lat po tamtym lecie, kiedy się poznaliśmy, i dwójce dzieci nadal nie mogę uwierzyć, że się zgodziła, kiedy pierwszy raz zaprosiłem ją na randkę. I że się ze mną związała, kiedy przejechałem cały kraj aż do Kalifornii, pojawiając się znienacka w jej studenckim mieszkaniu. I że nadal ze mną jest. Z nas dwojga zdecydowanie to mnie trafiło się lepiej. Teraz leżała w łóżku, oferując mi ciepło i wyrozumiałość. Rzecz jasna dokonałem autosabotażu.
– Jakoś nie mam ochoty – odparłem. – Innym razem.
Zszedłem na dół. Pokręciłem się po kuchni, otworzyłem lodówkę. Podgrzałem _enchiladas_, które mi przywiozła, ale trzymałem je w mikrofali tak długo, że zrobiły się suche i twarde. Po kilku kęsach wyrzuciłem je do śmieci. Sięgnąłem po garnek do gotowania homarów i zrobiłem sobie mocnego drinka. Kiedy wróciłem do łóżka, już spała. Przez te wszystkie lata razem chyba nigdy nie byliśmy aż tak niezsynchronizowani.
Tymczasem nazajutrz było już lepiej. Siedzieliśmy na podłodze i bawiliśmy się z dziećmi. Tańczyliśmy z nimi do głupiutkiej piosenki _Baby Shark_. Podczas ich popołudniowej drzemki poszliśmy do łóżka i spróbowaliśmy ponownie – tym razem udanie dla obojga. Razem przygotowaliśmy kolację. Bliźnięta patrzyły, plącząc się nam pod nogami. Potem zrobiło się naprawdę nieźle. Mieliśmy drobne wzloty i upadki, ale tylko tyle. W małżeństwie jak na huśtawce. U nas wszystko w porządku.
*
Emily kroi dwa tosty francuskie w kwadraciki na jeden kęs, skrapiając każdy syropem.
– Pysia, pysia – zachęca bliźniaki, gdy palcem rozdziela jedzenie. Uwielbiam na nich patrzeć, zwłaszcza kiedy jestem odprężony, tak jak teraz. Maisie jest podobna do matki: ciemne włosy, ciemne oczy, śródziemnomorska karnacja teścia. Podczas badania dwulatka jej wynik na siatce centylowej wzrostu i wagi to trzydzieści, więc pewnie będzie drobna, jak Emily. Niko ma po mnie rudawe włosy i jaśniejszą cerę. Pediatra orzekł, że waga i wzrost trochę ponad przeciętną, ale w porównaniu z siostrą wygląda jak osiłek. Emily pyta, dlaczego włączył się alarm. Wyciągam ręce z dwoma przypalonymi tostami, które wcześniej rzuciłem na blat, machając nimi jak marionetkami.
– Gotowe – oznajmiam, zsuwając świeżo upieczone z patelni na talerz. – Zaraz wrócę.
Ruszam do łazienki i myję zęby, żeby Emily nie wyczuła alkoholu. Odczekuję jakieś pół minuty, spuszczam wodę i wracam do kuchni. Pyta, co mi tak wesoło.
– Co?
– Uśmiechasz się. O czym myślisz?
– Nie wiem. O niczym.
Uśmiecham się, bo dzięki rumowi i ativanowi czuję się przyjemnie nabuzowany.
Maisie, bardziej grymaśna przy jedzeniu, kończy śniadanie, nie robiąc bajzlu, za to śliniak jej brata jest przesiąknięty mlekiem. W dodatku Niko w jakiś sposób zdołał wysmarować lewą brew syropem, a połowa jego śniadania wylądowała na podłodze. Emily zerka na zegar i bierze się do sprzątania.
– Wiesz co, maluchu? Chyba mamusia i tatuś muszą kupić Roombę i tak ją zaprogramować, żeby jeździła za tobą cały dzień. Chciałbyś?
Nie mając pojęcia, o czym mówi Emily, Niko z entuzjazmem przytakuje. Mówię, żeby dała spokój, że posprzątam.
– Super, bo już jestem spóźniona.
Idzie do łazienki, żeby umyć zęby i dosuszyć włosy.
Tuż przed wyjściem do pracy zwraca się do bliźniąt:
– Bądźcie grzeczni dla taty i babci. Żadnych psikusów.
Wymusza właściwą odpowiedź, kiwając głową. Naśladują ją i też kiwają główkami.
– Szkoda, że nie możemy mieć tego na piśmie – dowcipkuję. Dzień wcześniej Niko podpuścił siostrę do zabawy polegającej na mazaniu kredkami po kuchennym linoleum. Usuwanie tego bez zarysowania powierzchni było mordęgą, a i tak ją zarysowałem.
– Dobra, idę, chociaż chętnie bym z wami została. Kocham was.
– My też cię kochamy.
Byłem czujny i wziąłem się do zmywania, kiedy zobaczyłem, że wychodzi. Lepsze machnięcie namydloną ręką niż pijany pocałunek na do widzenia.
– Miłej wycieczki.
Właśnie przerobiła z trzecioklasistami dinozaury i zabiera ich do Peabody Museum, żeby obejrzeli prehistoryczne kości i odciski stóp.
– Owocnych poszukiwań, kochanie – odpowiada. – Może to dziś jest ten dzień?
Wzruszam ramionami.
– Może.
Teoretycznie mam dziś szukać pracy, ale – prawdę mówiąc – w zasadzie pogodziłem się ze status quo. Na dźwięk cofającego na podjeździe i odjeżdżającego auta Emily rzucam właściwie do nikogo:
– No i pojechała nasza żywicielka.
Później sięgam po garnek do gotowania homarów, ściągam go i przygotowuję powtórkę koktajlu kawowo-rumowego. Ubieram dzieciaki i pakuję pieluchy do torby.
– Wiecie co? Dziś do babci.
Maisie klaszcze, za to Niko kręci głową i powtarza:
– Baba nie! Baba nie!
– Stary, rozumiem twój ból – komentuję, chichocząc. Teść nazwał kiedyś byłą żonę „żelaznym motylem”.
Podrzucę je około wpół do dziewiątej; nakłamałem Betsy, że niby mam pojechać w dwa miejsca w sprawie pracy, w tym jedno w Massachusetts na północ od Bostonu. Jeśli nie będzie korków, odbiorę je między piętnastą a szesnastą. To „jeśli nie będzie korków” dorzuciłem na wszelki wypadek, gdybym potrzebował dodatkowej godzinki na wytrzeźwienie.
Emily też okłamałem. Powiedziałem, że po odwiezieniu dzieci do jej matki roześlę kolejne CV, wykonam kilka telefonów i podjadę do Manchesteru, bo Hobby Lobby szuka kogoś do działu ram i opraw. W rzeczywistości po kilku miesiącach poniżających poszukiwań i przerażony wizją zdobycia posady w sieciówce, gdzie musiałbym oprawiać gówniane, masowo produkowane plakaty, nie pojadę do Manchesteru ani nie zrealizuję żadnego innego punktu ze swojego zmyślonego planu.
Kiedy zwalniali mnie z dwuosobowego działu kreatywnego agencji reklamowej, w której spędziłem pięć lat, moja szefowa, Rhonda, przekazując mi tę wiadomość podczas lunchu, zasugerowała, żebym wziął wolne popołudnie. Oczywiście nie miała pojęcia, że skazuje mnie na pierwszą imprezę urodzinową Maisie i Nika z udziałem obydwu babć, kilku sąsiadów i koleżanek z pracy Emily. (Rok wcześniej to właśnie Rhonda zorganizowała lunchową celebrację narodzin bliźniaków; był tort, kartki okolicznościowe, paczki pieluch i żarty o zarwanych nockach).
– Chcę, żebyś wiedział, że nie chodzi o jakość twojej pracy, Corby – zapewniła, unosząc topór, którym ścięła mi głowę. – To kwestia strategii firmy. Decyzja była trudna, ale oboje nie mogliście zostać.
Oczywiście nie zwolniła Brianne, złotego dziecka zatrudnionego trzy lata po mnie, za to przydzielanego do ważniejszych klientów. Podobnie jak ja Brianne była stypendystką Rhode Island School of Design, lecz – w przeciwieństwie do mnie – uzyskała dyplom z wyróżnieniem, a jej prace zdobywały nagrody, podczas gdy ja rzuciłem studia w połowie ostatniego roku i ruszyłem po miłość Emily do Kalifornii.
Przez jakiś czas karmiłem się scenariuszem, w którym większa i bogatsza agencja reklamowa wywabia Brianne z Creative, a ja odzyskuję dawną posadę i bryluję, wykazując, jacy byli głupi, że mnie zwolnili. Jak to się nazywa? Pobożne życzenia? Tymczasem skończyły się zasiłki, zastawiliśmy dom i odbyliśmy trzy sesje terapii małżeńskiej. W zeszłym miesiącu uhonorowaliśmy drugie urodziny bliźniąt prezentami i tortem ze świeczkami, ale darowaliśmy sobie wydatki na imprezę. Jak mus, to mus, jak mawiają. Przy wsparciu rumu i ativanu udaje mi się ostatnio trzymać panikę na wodzy, zgodnie z filozofią Alfreda E. Neumana, chłopca z dziewiętnastowiecznych reklam zachwalających bezbolesne zabiegi stomatologiczne: „Że co? Że się boję? Ja?”. Jak już odstawię dzieci do babci, skieruję kroki do monopolowego po kolejną małpkę rumu Captain Morgan, wrócę do domu i skonsumuję ją przed telewizorem, oglądając CNN, _The People’s Court_, _Dobrą cenę_ i – jeśli uda mi się znaleźć – tę stację, która nadaje powtórki _Byle do dzwonka_. A kiedy moje miniwakacje z rumem i benzodiazepiną naprawdę się rozhulają, może wrzucę pornosa i zwalę konia albo utnę sobie drzemkę. Maisie i Nika odbiorę od Betsy gdzieś koło czwartej. W czasie kiedy Emily wraca do domu, zacznę szykować kolację albo – co bardziej prawdopodobne – skoczę do Chińczyka czy do Meksykanów po coś na wynos i McNuggetsy dla dzieciaków. Powoli zbiera nam się na parapecie w bawialni zawstydzająca kolekcja zabawek z Happy Meal.
Taki mam plan, lecz nic z niego nie wypali.
Stawiam torbę z rzeczami bliźniąt na dolnym stopniu schodów ganku i wracam do środka. Myję zęby i dwukrotnie płuczę gardło, żeby Betsy niczego nie wyczuła. Poranek jest rześki, więc zakładam dzieciom czapki i wiosenne kurtki. Zamykam drzwi na klucz i prowadzę bliźnięta na podjazd. W aucie zawsze najpierw zapinam pas Nikowi, bo jest bardziej oporny. Tym razem jednak zmieniam kolejność, bo Niko właśnie położył się na brzuchu i obserwuje kolonię mrówek wędrujących po ciastku, które wylądowało wczoraj na podjeździe. Zapinam pas Maisie i przypominam sobie o torbie na schodach ganku. Pośpiesznie po nią wracam i stawiam na fotelu pasażera z przodu. Macham do sąsiadów z naprzeciwka, Lindy i Shawna McNallych, którzy właśnie zajechali przed dom. Linda wysiada, wymachując papierową torebką.
– Pan Rozrzutny zabrał mnie na śniadanie – woła. – Z Egg McMuffin, na wynos! Wow!
Śmieję się i obiecuję Shawnowi, że oddam mu siekierę, którą od niego pożyczyłem. W zeszły weekend wreszcie porąbałem i ułożyłem dostarczone kilka miesięcy wcześniej drewno. „Dobrze”, odpowiada Shawn, zamiast rzucić: „Bez pośpiechu” albo „Nie ma sprawy”. Niektórzy faceci mają fioła na punkcie swoich narzędzi. Linda jest bezpośrednia, za to on zawsze pełen rezerwy, niemal podejrzliwy. Przynajmniej wobec mnie. Właśnie odszedł na emeryturę z policji stanowej i to pewnie wszystko wyjaśnia. Czuję, że tabliczka MAKE AMERICA GREAT AGAIN na ich trawniku w zeszłym roku to był jego pomysł, nie jej.
– Jak tam moje dwa słodkie racuszki? – pyta Linda.
– Raczej dwa potwory. Wczoraj dorwały kredki i wysmarowały całą podłogę w kuchni. Kiedy je nakryłem i spytałem: „To wasza robota?”, Maisie spojrzała na brata, ten pokręcił głową, a ona za nim. Małe łobuzy wciąż trzymały w rączkach kredki.
– Będą artystami, jak tatuś – rzuca ze śmiechem Linda.
– Albo politykami. Kręcą od małego.
Linda kiwa głową.
– Kiedy nasz Russell miał trzy lata, wziął flamaster i pomazał nowiutką kołdrę. Potem zarzekał się, że to nie on, że na sto procent jego siostra, Jill, która wtedy nawet jeszcze nie raczkowała. Mało brakowało, a nie dożyłby czwartych urodzin.
Przewracam oczami i wybucham śmiechem. Pytam, jak tam Russelowi w Colorado.
– Dobrze. Studiuje, dorabia jako barman i dostał pierwszą „prawdziwą” pracę w stacji telewizyjnej w Fort Collins.
Proszę, żeby go od nas pozdrowiła.
– Muszę biec. Miłego dnia.
Wsiadam do mojej hondy CRV, odpalam silnik i wrzucam wsteczny. Gdy wyczuwam lekki opór na prawym tylnym kole, przypuszczam, że widocznie któraś ze szczap spadła na podjazd. Ale skąd te krzyki? Podjeżdżam kawałek do przodu i znów cofam, naciskając pedał gazu na tyle, by pokonać przeszkodę. Widzę w lusterku, że McNally biegną w naszą stronę i machają rękami. Co jest, kurwa? Dlaczego Linda tak się wydziera?
I nagle już wiem.Rozdział 2
Lato 2005
Poznaliśmy się z Emily rok przed moją desperacką podróżą od wybrzeża do wybrzeża, którą podjąłem, żeby ratować nasz związek. Oboje znaleźliśmy letnią pracę w Olde Mistick Village, z założenia osobliwie staromodnej pułapce na turystów z czasów kolonialnych w Nowej Anglii z miejskim skwerem, stawem z kaczkami i sklepikami oferującymi drogie, nikomu niepotrzebne akcesoria i pamiątki. Ja pracowałem w dwuosobowej ekipie ogrodniczej, a Emily za ladą piekarni, gdzie sprzedawali moje ulubione, duże, opakowane w celofan ciastka z melasą Joe Froggers, wystawione w koszyku na kontuarze. I właśnie takie ciastko kupiłem za pierwszym razem, kiedy tam wszedłem: kawę i joe froggera.
– Nie. – Emily skrzywiła się na widok tego, które wybrałem. Odłożyła je do koszyka i dała mi inne. – To jest większe. Myślisz, że jest też Mrs Coffee?
– Że… co?
Była przewrotnie słodka i troszkę dziwna. Postukała pomalowanym paznokciem w trzymaną w ręku karafkę, gdzie widniał napis „Mr Coffee”.
– Wszędzie znajdziesz Mrs Santa Claus i Mrs Doubtfire, a Mrs Coffee nigdzie. Myślisz, że Mr Coffee ma żonę?
Wzruszyłem ramionami i zdawkowo się uśmiechnąłem.
– Tak przy okazji, Emily.
– Corby. Przypuszczam, że Mr Coffee jest kawalerem, ale czuje miętę do Mrs Butterworth.
– Do tej szlai? Mam nadzieję, że się zabezpiecza, bo ździra kręci z Mr Peanutem. Trzy siedemdziesiąt pięć.
Podałem jej piątaka i rzuciłem, że reszty nie trzeba.
– Wiesz, kogo mi przypominasz? Tyle że on nie jest rudy. Heatha Ledgera.
– Syna Billy’ego Boba Thorntona w tym dramacie więziennym, który strzela sobie w łeb, kiedy ojciec go upokorzył? Jaki to był tytuł?
Teraz ona wzrusza ramionami i odpowiada, że miała na myśli Heatha Ledgera z _Zakochanej złośnicy_.
– Ale nie żebyś był aż takim ciachem, więc się nie nadymaj.
– Dobra – obiecuję, a potem już do końca dnia o niej rozmyślam, nabijając śmieci na kij i polewając szlauchem alejki wokół stawu z kaczkami. Głupie ptaszyska. Nie mogą srać do wody? Uznałem, że musi mieć chłopaka.
Później w porze lunchu codziennie kupowałem joe froggera, choć głównie zachodziłem tam, żeby z nią flirtować. Miała ciemne falujące włosy, duże piwne oczy i oliwkową cerę. I jeszcze słodki tyłeczek w kształcie serca, wystający spod kokardy fartuszka. I niski, zmysłowy głos, niespodziewany u kogoś, kto mierzy niewiele ponad metr pięćdziesiąt wzrostu. Jeśli była kolejka, patrząc na Emily, oceniałem, jakich pigmentów bym użył, żeby uchwycić odcień jej skóry. Brązy, beże, może ździebko śródziemnomorskiej zieleni i toskańskiej żółci. Nie żebym liczył, że kiedykolwiek mi zapozuje. Bo jak mogłem jej to zaproponować, nie wychodząc na zboka?
– Jak będziesz je tak wcinał, zmienisz się w ropucha – ostrzegła mnie któregoś razu względem ciastek. – W zasadzie to już dostrzegam trochę zieleni wokół skrzeli.
Miała zabójcze poczucie humoru.
– Mamy skrzela tylko jako kijanki – odparłem. – Dorosłe osobniki oddychają przez skórę.
Przypadkowo zapamiętałem ten szczegół, gdy ojciec wyjawił mi go nad strumieniem koło naszego domu tuż po tym, jak złapałem żabę.
Innym razem stałem w kolejce w piekarni za jakąś matką z dzieckiem.
– Widzisz tego pana za tobą? – spytała chłopca Emily. – To pół człowiek, pół ropuch.
Dzieciak się obrócił i spojrzał na mnie ze sceptycznym uśmiechem, ale kiedy przytaknąłem i zarechotałem, uśmiech zniknął z jego twarzy.
To chyba tamtego dnia zdobyłem się wreszcie na odwagę, żeby się z nią umówić. Była już połowa wakacji, a nawet się nie zająknęła o chłopaku.
– Kończysz o szóstej? Może przegryziemy coś w piątek i skoczymy do „Andrei”? Zapowiedzieli występy cover bandu R.E.M. w weekend. Widziałem ich w ostatnim semestrze w Providence. Całkiem nieźle grają.
Czułem, jak płonie mi twarz, gdy zwlekała z odpowiedzią.
– Niestety, mam inne plany – rzuciła wreszcie.
– Dobra, nie ma sprawy.
– W piątki wcześnie wskakujemy z mamą w piżamy i gramy w scrabble.
Scrabble z matką? Serio? Skoro nie była zainteresowana, mogła chociaż zostawić mi trochę godności.
– Jasne, żaden problem. Dobra, do roboty.
Marzyłem, żeby jak najszybciej stamtąd wyjść.
– Hej, rudasku? – zawołała. – A za ciastko kto zapłaci?
Spojrzałem w dół. No tak, trzymałem w ręku joe froggera.
– Przepraszam – wyjąkałem. Zmieszany wyciągnąłem z portfela piątaka.
– Nie czujesz, że robię sobie jaja? Będę ci dozgonnie wdzięczna, jeśli wybawisz mnie od kolejnego piątkowego wieczoru w piżamie z grami planszowymi za rozrywkę. Wspomniałeś o jedzeniu? Wiesz, o czym marzę przez całe lato? O smażonych małżach.
– Myślałem raczej o pizzy, ale w porządku. Z nóżką czy bez?
– Jasne, że z nóżką. Jedzenie małży bez nóżki to jak pocałunek bez języczka.
Wow! Zamurowała mnie tą śmiałą uwagą. Zauważyła to, roześmiała się i powiedziała, że wyglądam, jakbym przeżył szok.
– Szok? Ja? – odparowałem.
Resztę popołudnia spędziłem na pieleniu i obrywaniu zwiędłych kwiatów, zastanawiając się, jakiż to sygnał mi wysłała tym żartem na temat pocałunków. Skupiłem się też na rachunku. Dwie porcje małży z nóżką będą kosztować trzy razy więcej niż pizza, pomyślałem, ale co tam.
Dla większości moich rówieśników seks sprowadzał się do zaliczania – im więcej, tym lepiej. Ale nie dla mnie. Do tamtego lata, gdy poznałem Emily, kochałem się w sumie z trzema dziewczynami.
Na pierwszej randce jedliśmy w samochodzie przy budce z małżami, którą wybrała. Nie śmiałem jej wyjawić, że wolę małże bez nóżki.
– Już się najadłeś? – spytała.
Przytaknąłem. Z jakiegoś powodu nie byłem głodny. Nóżki małży puchły mi w ustach. Zjadła swoją porcję i dojadła moją. Maczała małże w sosie tatarskim, nie w keczupie, i oblizywała palce.
W drodze do klubu rozmawialiśmy o uczelni. Powiedziałem, że właśnie skończyłem pierwszy rok na Rhode Island School of Design z byle jakimi ocenami, oprócz wykładów i ćwiczeń z rysunku architektonicznego na poziomie zaawansowanym. Ona z kolei miała przed sobą drugi rok na UCLA na wydziale nauczycielskim, bo od dziecka marzy, żeby uczyć w szkole.
– Z krótką przerwą, kiedy miałam osiem lat i chciałam zostać zakonnicą.
Podstawówkę skończyła w Connecticut, a liceum w południowej Kalifornii, dokąd przenieśli się jej rodzice, by ratować swoje małżeństwo. Kiedy nic z tego nie wyszło, jej matka wróciła do krewnych w Stonington w Connecticut. Emily została z ojcem, żeby mieć dostęp do darmowej nauki oferowanej rezydentom Kalifornii. Tęskniła jednak za mamą i cieszyła się, że spędza z nią wakacje.
– Jesteś z nią bardziej zżyta niż z ojcem?
– Teraz chyba tak, ale kiedy dorastałam, byłam „córeczką tatusia”. Mama to typowa alfa, a tata jest bardziej wyluzowany. Dojeżdżałam na zajęcia, mieszkając u niego, ale teraz wprowadziła się tam jego partnerka z córką. Ana jest miła, nie żebyśmy się nie dogadywały, ale razem z tatą uznają mnie za kogoś w rodzaju „niani na stałe”, dlatego po wakacjach wynajmę mieszkanie na spółkę z innymi studentami. A tobie do którego rodzica bliżej?
– Oczywista sprawa. Mój ojciec to fiut.
Nie chciałem wdawać się w szczegóły, więc zmieniłem temat. Tydzień wcześniej napomknęła w piekarni, że robi wieczorowy kurs na Uniwersytecie Connecticut.
– Religie świata, tak?
Skinęła głową.
– Zapisałam się, żeby zaliczyć ostatni z wymaganych przedmiotów ogólnych, ale to naprawdę ciekawe. W zeszłym tygodniu było o hinduizmie: karmie, dharmie, reinkarnacji.
Gdy wyjaśniała, że wszyscy byliśmy tu wcześniej, tylko pod inną postacią, udawałem zainteresowanie, ale tak naprawdę myślałem o tym, jak ładnie pachnie, jak bardzo chciałbym całować te pełne rozgadane usta i jak by to było ją przelecieć.
– Nie sądzisz? – spytała.
Ale wtopa! Nie miałem pojęcia, jak odpowiedzieć.
– Możliwe… – bąknąłem.
W klubie parę razy zatańczyliśmy (ona dużo lepiej ode mnie) i wypiliśmy kilka heinekenów, ale grali za głośno, żebyśmy mogli porozmawiać. Kiedy z ogłuszającą werwą zaintonowali _What’s the frequency, Kenneth?_³, wskazałem ręką plażę na tyłach budynku. Emily skinęła głową. Księżyc tuż po pełni rozświetlał brzeg oceanu. Zrzuciliśmy buty, ona dołożyła torebkę, ja nakryłem to wszystko bluzą z kapturem i ruszyliśmy przed siebie.
– Czyli bliżej ci do mamy niż do ojca. Jaka jest?
– Mama? Ma… rude włosy jak ja, tylko że siwieje. Poczucie humoru, lubi pracować w ogródku.
Pominąłem bardziej egzotyczne detale – że hoduje zioło, stawia tarota, podczas wakacji między moją maturą a pierwszym rokiem studiów machnęła sobie tatuaż, jest wiccanką, a kiedyś wyznała mi, że pewnie jest biseksualna.
– Taki wolny duch – dorzuciłem.
– Pracuje?
– Jako kelnerka w Newport Creamery. Od lat. Ma grupę stałych bywalców, z którymi lubi pożartować. A twoja jaka jest?
– Dużo czyta i pisuje wiersze, których nikomu nie pokazuje. Odkurza dwa razy w tygodniu i ma mi za złe, że taka ze mnie fleja. Należy do kościelnego kółka kobiet; szyją patchworkowe narzuty.
– Jak w serialu _Girls Gone Wild_⁴. Skoro chciałaś zostać zakonnicą, to pewnie jesteście katolikami?
– Nie. Byłam u koleżanki, Erin Houlihan. Akurat odwiedzała ich ciotka, siostra Julia, młoda, ładna i tuż po ślubach. Po powrocie do domu oznajmiłam mamie, że jak osiągniemy odpowiedni wiek, razem z Erin wstąpimy do zakonu. Upomniała mnie, że jesteśmy metodystami, i spytała, czy wiem, że zakonnice golą sobie głowy i że klęczą na twardych posadzkach, kiedy się modlą, czasami po kilka godzin bez przerwy. Wtedy uznałam, że Erin będzie musiała pójść tam sama.
Roześmiała się na to wspomnienie.
– Mój dziadek był generałem brygady, a obaj bracia mamy oficerami. Wuj Frank aż do emerytury pracował w Pentagonie. Cała rodzina głosuje na Republikanów, mama też.
– Jaka matka, taka córka?
– Politycznie? Boże broń. Nie jestem w stanie rozmawiać z nią o polityce. A ty – głosowałeś na Busha czy na Gore’a?
Kiedy wyznałem, że nie chciało mi się głosować, bo wszyscy politycy są tacy sami, walnęła mnie w ramię. Mocno!
– Część problemów wynika właśnie z takiego podejścia, głupolu. Widzę, że będę się musiała napracować, zanim cię wyprostuję.
Czyli że mamy przed sobą przyszłość? Że z tego wieczoru coś wyniknie?
– Może jednak szkoda, że nie zostałaś zakonnicą – odparłem. – Ochrzaniać i przyłożyć już umiesz, a z taką urodą łysa też byś wymiatała.
Powiedziała, że na pewno wstawiam takie bajery wszystkim dziewczynom.
– Jakim dziewczynom?
– Nie zalewaj. Szerokie bary, szczuplaczek, długie rzęsy, dla których każda laska gotowa zabić.
Jej komplementy zawstydziły mnie, ale i sprawiły mi przyjemność.
– „Szczuplaczek”? Prędzej nazwałbym siebie kanciastym.
– A i dupcia śliczna – zadrwiła. – Nie żebym się przyglądała.
Wyciągnęła rękę i wplotła swoją małą dłoń w moją, a ja owinąłem wokół niej palce. Czy doszło do tego tak wcześnie? Czy to ta chwila – ten gest – sprawiła, że się w niej zakochałem?
Gdy dotarliśmy do miejsca, gdzie zostawiliśmy rzeczy, przypływ zdążył całkowicie je zmoczyć.
– Nic wielkiego – oceniła. – Większość drobiazgów mam w drugiej torebce, a banknoty można wysuszyć.
Kiedy wróciliśmy do klubu, zespół najwyraźniej zrobił sobie przerwę. Z szafy grającej wybrzmiewała stara, dobrze znana mi piosenka. „Jesteś tu, taka ciepła, lecz gdy odwrócę wzrok, znikniesz…”. Postanowiliśmy, że już tam nie wrócimy. Trzymając w rękach mokre buty, ruszyliśmy boso na parking. Pieściliśmy się w samochodzie, aż zaparowały szyby i mało brakowało, żebym nie poleciał. Szepnęła, że już wystarczy.
– Na pewno? – odszeptałem.
– Nie. Ale tak – odparła.
Kiedy odwiozłem ją do mamy, spytałem, jak dobrze jej było w skali od jednego do pięciu.
– Pięć – odpowiedziała. – A tobie?
– Dziesięć.
Nazajutrz jeszcze spałem, kiedy zadzwonił telefon. Mrużąc oczy, zerknąłem na zegarek. Siódma piętnaście. Kto żeż, kurwa?
– Tak?
– Dzień dobry – rzuciła. – Jeszcze raz dzięki za wczorajszy wieczór. Masz ochotę na śniadanie? W „Aero Diner” przy drodze numer dwa za pół godziny?
– Dobra – odparłem, zsunąłem nogi z łóżka i ruszyłem pod prysznic.
Wytarłszy się ręcznikiem, przyjrzałem się w lustrze swojej nagości. Długie rzęsy? Tak. Szerokie bary? Nie. Przeciętne, nic szczególnego. Ale z uwagi na pracę fizyczną, którą wykonywałem tamtego lata, faktycznie zrobił mi się kaloryfer i powiększyły bicepsy. Biel podkoszulka odcinająca się od opalenizny. Niefajna. Nagryz pionowy, o czym niezmiennie przypominała mi asystentka stomatologa, czyszcząc zęby. No i według mnie byłem raczej kościsty. Widocznie to się podoba, pomyślałem i włożyłem czyste bokserki. Grunt, że podoba się Emily. Ponownie sprawdziłem godzinę. Miałem kwadrans, żeby dotrzeć do tego baru przy dwójce, a w drodze na plażę pewnie będzie korek. Nie było czasu na golenie; miałem nadzieję, że lubi taki szorstki wygląd.
Okazało się, że lubi. Spotykaliśmy się niemal co wieczór już do końca szybko przemijających wakacji. Kilka razy byliśmy na plaży. Kochaliśmy się przy każdej sposobności, zważywszy że każde z nas mieszkało z matką.
Jej od początku była wobec mnie podejrzliwa, a gdy znalazła zrobione przeze mnie nagie szkice Emily, jeszcze bardziej ją to zaniepokoiło.
– Może je wrzucić do internetu – ostrzegła córkę. – Jaka szkoła cię zatrudni, jeśli wyjdą na jaw?
Emily założyła, że przy bliższym poznaniu Betsy mnie zaakceptuje, więc którejś deszczowej niedzieli w połowie sierpnia poszedłem do nich na kolację. Przygotowała lazanię, a Betsy skromną sałatę z rukolą, oliwą i sokiem z cytryny. Mam nadzieję, że nie padła, kiedy ją szykowała, pomyślałem. Żeby zrobić wrażenie, szarpnąłem się na butelkę czerwonego wina za trzydzieści dolców, celowo nie zrywając nalepki z ceną, ale niepotrzebnie wydałem pieniądze, bo Betsy ledwie umoczyła w nim usta. Kiedy zjadłem dokładkę lazanii, Emily oznajmiła, że upiekła ciasto jagodowe na deser. Wstała i zaczęła uprzątać talerze. Ja też się poderwałem, ale Betsy nalegała, żebym usiadł, bo przecież jestem ich gościem.
Em wyszła do kuchni, więc zostaliśmy sami. Po kilku sekundach krępującej ciszy rzuciłem:
– Wiem od Emily, że pisuje pani wiersze.
– Czasami – odparła niedbale. – Wolę czytać, niż pisać.
– A jaka jest pani ulubiona książka?
– Dobry Boże, tyle ich jest…! Właśnie wróciłam do _Jane Eyre_. To jedna z moich ulubionych lektur. Na kanale publicznym pokazują doskonały serial na jej podstawie w paśmie „Teatr mistrzów”. Pewnie nie oglądasz.
– Ja nie, ale ogląda moja mama – odparłem, co było kłamstwem, bo dla niej telewizyjny mus w niedzielne wieczory to _Gotowe na wszystko_.
– Powiedz mi… Liczysz, że wyżyjesz ze sztuki?
– Kto wie? Ale właściwie to jeszcze nie planuję przyszłości. Jestem bardziej z tych, którzy żyją chwilą.
– Aha, czyli konik polny, nie mrówka?
Wzruszyłem ramionami.
– Bajki Ezopa – wyjaśniła. – Jesteś jeszcze bardzo młody, prawda?
Czyli niedojrzały i głupi, domyśliłem się. Nalałem sobie wina. Cabernet za trzydzieści dolców? Ktoś musi go wypić. Kusiło mnie, żeby jej powiedzieć, że rodzice mojej licealnej sympatii szaleli za mną. Jej ojciec nawet zabrał mnie na ryby. Jasny gwint, gdzie ta Emily?
Sięgając po kieliszek, trąciłem go i rozlałem wino na bialutki obrus. Betsy zignorowała moje przeprosiny, zerwała się i pobiegła do kuchni. Wróciła uzbrojona w papierowe ręczniki, ścierkę i butelkę wody sodowej. Osuszała, polewała i szorowała, jednocześnie informując, że obrus, prezent od jej ukochanej ciotki, będzie do wyrzucenia, jeśli pozwoli, żeby plama się wgryzła.
– Naprawdę bardzo przepraszam – wybąkałem ponownie, jednak zamiast przyjąć moje przeprosiny, szorowała z jeszcze większą zawziętością.
Emily wróciła z ciastem, jej zdaniem zbyt nasączonym, bo zapomniała dodać mąki kukurydzianej. Świadom, że jagody zostawiają plamy, zjadłem swój kawałek wyjątkowo ostrożnie. Po ostatnim kęsie wstałem i oznajmiłem, że muszę wyjść.
– Już? – zdziwiła się Emily.
Wykręciłem się kretyńską wymówką, że muszę nakarmić psa sąsiadów.
Przy drzwiach szepnąłem Emily do ucha, że z pewnością oblałem ten test.
– Czyli dobrze, że to nie z nią chodzisz. – Zaśmiała się. – Nie przejmuj się głupim obrusem. Wielka mi rzecz.
Odwzajemniła mój pocałunek.
Lało wtedy jak z cebra i ziemia była nasiąknięta. Cofając wóz, przypadkowo zjechałem z podjazdu na trawnik. Zrobiła się mała koleina, której rankiem pewnie nawet nikt nie zauważy. Kurwa, a nawet jeśli, Betsy będzie się musiała z tym pogodzić. „Jesteś jeszcze bardzo młody, prawda?”. Picz.
Pod koniec sierpnia obiecaliśmy sobie, że będziemy dzwonić i pisać tak często, jak pozwolą nam na to obowiązki. Miałem przylecieć na czterodniowe ferie na Święto Dziękczynienia, a ona w czasie miesięcznej przerwy zimowej przyjedzie do matki. I tak, wraz z końcem lata w Olde Mistick Village, rozjechaliśmy się, każde na swoją uczelnię.