Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Słoneczne miejsce dla mrocznych ludzi - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
39,99
3999 pkt
punktów Virtualo

Słoneczne miejsce dla mrocznych ludzi - ebook

Czasem zło czai się tuż obok, a potwory wyłaniają się z codzienności.

W wielkich miastach i na prowincji, w opuszczonych domach i na zatłoczonych ulicach, rzeczywistość niepostrzeżenie pęka, odsłaniając to, co ukryte. Bohaterowie opowiadań Enriquez zebranych w tomie Słoneczne miejsce dla mrocznych ludzi spotykają duchy, których nie da się odpędzić, trafiają do miejsc, gdzie czas się zatrzymał, i zbliżają się niebezpiecznie do tego, czego nie powinno się spotykać. Zło nie przychodzi tu z zewnątrz – jest obecne, ciche, wpisane w codzienność.

W jednym z opowiadań bohaterka spotyka duchy nawiedzające peryferyjną dzielnicę Buenos Aires, między innymi ducha własnej matki zmarłej po długich cierpieniach, nastolatek zabitych na ulicy i złodzieja przyłapanego na gorącym uczynku. W innym para wynajmuje dom, by spędzić krótkie wakacje w miejscowości, z której wielu mieszkańców wyprowadziło się po tym, jak przestał tam dojeżdżać pociąg. W galerii na opuszczonej stacji kolejowej zwiedzają wystawę niepokojących płócien lokalnego artysty, ale naprawdę przerażającym doświadczeniem okazuje się dopiero poznanie ich autora. Bohaterka kolejnego opowiadania – dziennikarka pisząca o historii dziewczyny widzianej po raz ostatni na nagraniu z kamer monitoringu w podrzędnym hotelu w Los Angeles – staje oko w oko z legendą tego miasta…

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8382-988-3
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

MOI SMUTNI UMARLI

Teraz jest czas, żeby­ście wró­cili. Nie było was już wystar­cza­jąco długo.

Lydia Davis
_Can’t and Won’t_

Myślę, że naj­pierw powin­nam opi­sać dziel­nicę. Bo tam jest mój dom, a w nim jest moja matka. Jed­nej rze­czy nie da się zro­zu­mieć bez dru­giej. Nie da się zro­zu­mieć, dla­czego nie wyjadę. Bo mogę wyje­chać. Mogę wyje­chać choćby jutro.

To już nie jest ta sama dziel­nica co w cza­sach mojego dzie­ciń­stwa. Wcze­śniej stały tu domy dla robot­ni­ków wybu­do­wane w latach trzy­dzie­stych w wąskich ulicz­kach; muro­wane, z pięk­nymi ogród­kami i wyso­kimi oknami z meta­lo­wymi żalu­zjami. Można powie­dzieć, że sami miesz­kańcy zepsuli ją swo­imi inno­wa­cjami: kli­ma­ty­za­cją, dachami wyło­żo­nymi dachówką, jakimś dodat­ko­wym pię­trem dobu­do­wa­nym z innych mate­ria­łów, okła­dzi­nami i far­bami do ele­wa­cji w idio­tycz­nych kolo­rach albo zamianą sta­rych drew­nia­nych drzwi na now­sze i tań­sze. Ale nie cho­dzi tylko o zły gust, ale też i o to, że dziel­nica zmie­niła się w wyspę. Z jed­nej strony ogra­ni­cza nas aleja: jest jak brzydka rzeka, prze­kra­czasz ją, ale na brze­gach nie ma zbyt wiele. Na połu­dniu z kolei mamy bloki, które robiły się coraz bar­dziej nie­bez­pieczne, z chłop­cami sprze­da­ją­cymi na scho­dach pastę koka­inową, a cza­sem strze­la­ją­cymi do sie­bie po jakiejś awan­tu­rze albo po pro­stu dla­tego, że są w złym humo­rze, bo prze­grali w piłkę. Na pół­nocy znaj­do­wał się kie­dyś park, miał tam powstać jakiś obiekt spor­towy, ale ni­gdy do tego nie doszło i teraz działkę zaj­mują skraj­nie biedne chatki; naj­lep­sze z pusta­ków, naj­nędz­niej­sze z bla­chy i kar­tonu. Bloki i te slumsy są połą­czone. Rozu­miem, co się dzieje: kiedy nędza osa­cza, tak jak osa­cza w moim kraju i w moim mie­ście, i jedy­nym wyj­ściem jest jakaś nie­le­galna dzia­łal­ność, to czło­wiek to robi. Zara­bia się wię­cej niż na legal­nej pracy. Poza tym nie ma tyle legal­nej pracy, nie wystar­czy dla wszyst­kich. A skoro lep­sze życie wymaga ryzyka, wielu je podej­muje.

Więk­szość moich sąsia­dów, tych z wyspy dom­ków wybu­do­wa­nych, gdy świat był inny, nie zgo­dzi­łaby się ze mną. Żeby było jasne: ja też się boję. Też nie chcę, by jakaś zbłą­kana kula dosię­gła mnie albo moją córkę, kiedy przy­jeż­dża z wizytą (rzadko), ani by sys­te­ma­tycz­nie mnie okra­dano na przy­stanku auto­bu­so­wym albo za każ­dym razem, kiedy muszę zatrzy­mać samo­chód na czer­wo­nym świe­tle w oko­licy blo­ków. Też wra­cam do domu zapła­kana, ile­kroć jakiś nasto­la­tek grozi mi nożem, żeby zabrać tele­fon. Ale nie chcę poza­bi­jać ich wszyst­kich. Nie uwa­żam, że to pato­lo­gia, czarni, migranci, mar­gi­nes, że nie ma dla nich ratunku. Mój były mąż, który mieszka w Pata­go­nii i pra­cuje w fir­mie pali­wo­wej, mówi mi, że sąsie­dzi się boją. Ja odpo­wia­dam, że faszyzm zwy­kle zaczyna się od stra­chu, a koń­czy nie­na­wi­ścią. On mówi, żebym sprze­dała dom i prze­pro­wa­dziła się na połu­dnie, zamiesz­kała bli­sko niego. Roz­sta­li­śmy się, ale na­dal jeste­śmy przy­ja­ciółmi. Zawsze byli­śmy przy­ja­ciółmi. Jego nowa żona jest uro­cza. Ja zwy­kle tłu­ma­czę się Caro­liną, naszą córką, ale to tylko wymówka. Caro­lina mieszka daleko ode mnie i od tego domu i pra­cuje jako pro­du­centka modowa w cza­so­pi­śmie o saty­no­wych kart­kach. Nie potrze­buje mnie.

Zosta­łam tu, bo żyje tu moja matka. Czy umarła może gdzieś żyć? Może raczej jest obecna. Odkąd ją odkry­łam, lepiej rozu­miem to słowo. Naj­pierw ją wyczu­łam, dopiero potem zoba­czy­łam.

Moja matka była szczę­śliwą kobietą, póki nie zacho­ro­wała na raka i nie wpro­wa­dziła się do mnie, żeby umrzeć. Ago­nia była długa, bole­sna i odarta z god­no­ści. Nie zawsze tak jest. Mądry chory, który z łóżka, już bez wło­sów i z pożół­kłą skórą, udziela lek­cji życia, to idio­tyczna roman­ty­za­cja, ale prawdą jest, że zda­rzają się osoby, które cier­pią mniej. To kwe­stia fizjo­lo­gii, ale rów­nież tem­pe­ra­mentu. Moja mama miała aler­gię na mor­finę. Nie mogła jej brać. Musia­ły­śmy sto­so­wać bez­u­ży­teczne środki prze­ciw­bó­lowe. Umarła, krzy­cząc. Opie­ko­wa­ły­śmy się nią ja i pie­lę­gniarka, naj­le­piej jak tylko się dało. Ale nie dało się zro­bić zbyt wiele. Jestem lekarką, lecz od dawna nie przyj­muję pacjen­tów, wolę pra­co­wać w admi­ni­stra­cji w pry­wat­nej fir­mie medycz­nej. W wieku sześć­dzie­się­ciu lat bra­kuje mi już ener­gii, cier­pli­wo­ści i pasji. Prawdą jest rów­nież, że przez długi czas zaprze­cza­łam (zaprze­cze­nie to potężny nar­ko­tyk) temu, co musia­łam przy­jąć do wia­do­mo­ści po śmierci matki. Ist­nieją duchy i one mnie nawie­dzają. Szu­kają mnie. Nie widzę ich jedy­nie ja, w szpi­talu pie­lę­gniarki ucie­kały z krzy­kiem. Ja je uspo­ka­ja­łam, mówi­łam: „dziew­czyny, zbyt łatwo ule­ga­cie suge­stii”.

Usły­sza­łam jej krzyk pew­nego ranka, krzyk mojej matki. Nie nad ranem, nie w nocy, tylko w tej peł­nej świa­tła godzi­nie, nie­ty­po­wej dla ducha. Domy w dziel­nicy, cho­ciaż ładne, stoją bar­dzo bli­sko sie­bie, jak bry­tyj­skie domy w zabu­do­wie bliź­nia­czej, _semi-deta­ched_: wybu­do­wali je angiel­scy przed­się­biorcy kole­jowi dla swo­ich pra­cow­ni­ków. Moja sąsiadka Mari, która ni­gdy nie wycho­dzi z domu, bo panicz­nie boi się, że ją okradną, zabiją i kto wie, co jesz­cze, wychy­liła się prze­ra­żona przez okno wycho­dzące na mój ogró­dek przed domem dokład­nie wtedy, kiedy ja wyszłam, żeby spraw­dzić, czy nie ma nikogo na ulicy, głupi odruch bez­wa­run­kowy wywo­łany moim wła­snym prze­ra­że­niem: nie mogłam uwie­rzyć, że sły­szę krzyki zmar­łej matki. Pomy­śla­łam, że może to ktoś na ulicy. Jakiś wypa­dek, bójka. Mari też pamię­tała praw­dziwe krzyki mojej matki i była zdu­miona, spa­ra­li­żo­wana stra­chem.

– To tele­wi­zor, Mari, wra­caj do środka.

– Ale zauwa­ży­łaś podo­bień­stwo, prawda?

– Tak. To nie­wia­ry­godne.

I weszłam z powro­tem do domu.

Zdez­o­rien­to­wana zaczę­łam szu­kać po domu źró­dła krzy­ków i bła­gać matkę – takim gło­sem, jak­bym się modliła – by ści­szyła nadaj­nik. Nie pro­si­łam, żeby prze­stała wyć, tylko żeby była bar­dziej dys­kretna, jedy­nie tego chcia­łam. Już wcze­śniej zda­rzało mi się to z innymi duchami, naj­pierw w szpi­talu, potem w kli­nice. Mama zawsze miała poczu­cie humoru, więc prośba o ści­sze­nie nadaj­nika ją roz­śmie­szyła. Nie zna­la­złam jej tego dnia, cho­ciaż wzię­łam wolne w pracy; udało mi się to w nocy, sie­działa na pod­ło­dze w pokoju, w któ­rym umarła, zmie­nio­nym teraz w skła­dzik mebli, bo zawsze bra­kuje mi czasu, by je wyrzu­cić albo roz­dać. Była chuda, ale tak jak na początku swo­jej cho­roby nowo­two­ro­wej; nie była to ta wysu­szona, żyla­sta kobieta z ostat­nich mie­sięcy. Nie chcia­łam się do niej zbli­żać; opar­łam się o drzwi i, z trzę­są­cymi się kola­nami, zaśpie­wa­łam. A kiedy jej śpie­wa­łam, opa­dłam na pod­łogę i zna­la­zły­śmy się naprze­ciwko, ja usia­dłam ze skrzy­żo­wa­nymi nogami, ona klę­czała. Śpie­wa­łam pio­senkę, która ją uspo­ka­jała, gdy ból był nie do znie­sie­nia, przy­naj­mniej chcia­łam w to wie­rzyć. Tam­tej nocy nie krzy­czała.

Ale duchy, zdą­ży­łam się już tego nauczyć, potra­fią się wku­rzyć. Nie wiem, co myślą, o ile w ogóle myślą, bo one raczej powta­rzają, a ich powtó­rze­nia wydają się bez­myśl­nymi odru­chami, ale na pewno mówią i na pewno mają swoje zda­nie oraz napady złego humoru. Mama cho­dzi po domu, nie­kiedy czuje moją obec­ność, a nie­kiedy nie. I od czasu do czasu mam wra­że­nie, że wraca do niej wście­kłość. Wście­kłość na swoje zde­gra­do­wane ciało, sztuczny odbyt, poni­że­nie; przed­tem taka ele­gancka, pamię­tam, jak pła­kała: „smród, ten smród”. Bywał gor­szy niż fizyczne cier­pie­nie. Wtedy krzy­czy. Czę­sto to krzyki czy­stej wście­kło­ści. Mam wiele spo­so­bów, żeby ją uspo­koić, nie ma jed­nak sensu ich tu wyli­czać.

Inte­re­su­jące jest nato­miast to, co zaczęło dziać się w dziel­nicy. Wtedy uświa­do­mi­łam sobie, że ani ja nie osza­la­łam – tak pomy­śla­łam, każdy na widok swo­jej zmar­łej matki wcho­dzą­cej po scho­dach pomy­ślałby tak samo – ani ona nie była jedyną zjawą.

Moi sąsie­dzi robią zebra­nia doty­czące bez­pie­czeń­stwa. Nie osią­gnęli zbyt wiele. W dziel­nicy zda­rzały się wła­ma­nia, kra­dzieże z uży­ciem prze­mocy, raz pobito sta­ruszkę. To okropne, co się dzieje. Ale oni są jesz­cze okrop­niejsi. Na zebra­niach krzy­czą, że płacą podatki (co tylko po czę­ści jest prawdą: więk­szość, kiedy tylko może, stara się ich uni­kać jak każdy Argen­tyń­czyk z klasy śred­niej); naku­po­wali broni i cho­dzą na kursy, żeby nauczyć się jej uży­wać, i opo­wia­dają, jak powinna zacho­wać się poli­cja: zawsze pro­po­nują zabi­cie prze­stępcy, znie­wa­ża­nie go, śre­dnio­wieczne metody, oko za oko i tym podobne rze­czy. Jeden star­szy męż­czy­zna – tro­chę star­szy ode mnie – któ­rego nie znam, mówi, że trzeba powbi­jać głowy tych „czar­nych” na piki, jak w epoce kolo­nial­nej. Nikt go nie cen­zu­ruje, nikt nawet nie prze­wraca oczyma. Wszyst­kie zebra­nia koń­czą się wspo­mi­na­niem dobrych dziad­ków moich sąsia­dów, imi­gran­tów z Europy, któ­rzy przy­byli tu z pustymi rękami, żeby uczci­wie pra­co­wać; byli wpraw­dzie biedni, ale mieli swoją god­ność. Kolejny mit. Wśród imi­gran­tów z tam­tej epoki zda­rzali się bie­dacy i drobne zło­dzie­jaszki, ale też anar­chi­ści poszu­ki­wani przez poli­cję, a lwia ich część została nie­uczci­wymi kup­cami, któ­rzy woleli zara­biać pie­nią­dze, niż zawra­cać sobie głowę dyle­ma­tami etycz­nymi. Ale już się o to nie kłócę, o ile w ogóle kie­dyś się kłó­ci­łam. Pogo­dzi­łam się z tym zdro­wym roz­sąd­kiem, który współ­dzielą. Zdrowy roz­są­dek to kłam­stwo, ale kwe­stio­no­wa­nie wia­ry­god­nego kłam­stwa to wyzwa­nie dla tyta­nów.

Cho­dzę na te zebra­nia, bo chcę znać ich plany. Jeśli któ­re­goś dnia chcie­liby zamknąć ulicę, wola­ła­bym dowie­dzieć się o tym z wyprze­dze­niem. Już mi się to zda­rzyło z alar­mem, który włą­czy­łam nie­chcący, opie­ra­jąc się o czy­jeś drzwi, żeby spraw­dzić wia­do­mo­ści w tele­fo­nie. Bez mojej zgody umie­ścili też kamerę na moim domu, ale muszę przy­znać, że urzą­dze­nie mi się przy­daje. Gdy ktoś spró­buje się wła­mać, mogę to zoba­czyć. W rze­czy­wi­sto­ści pró­bo­wali już ze dwa razy. Teraz kamera się popsuła, a ja wciąż nie znaj­duję czasu, by ją napra­wić. Cią­gle sły­szę w gło­wie słowa mojej córki: „Mamo, przez twój upór kie­dyś cię zabiją i to ja znajdę twoje ciało, i mam nadzieję, że odło­ży­łaś pie­nią­dze na moją tera­pię, bo ja się nie wypłacę”.

Na zebra­niu zwo­ła­nym w poło­wie lipca roz­pę­tało się pie­kło.

To, co się wyda­rzyło, było potworne i w całej dziel­nicy zaro­iło się od kamer z tele­wi­zyj­nych wia­do­mo­ści, dar­mo­wych kana­łów, kablówki i innych mediów. Trzy dziew­czyny, nasto­latki, wra­cały nad ranem z imprezy. Musiały przejść przez naszą dziel­nicę, żeby dojść do blo­ków. Ktoś strze­lał do nich z samo­chodu. Nie miały czasu, żeby uciec. Zmarły na ulicy. Były bar­dzo młode – wszyst­kie trzy miały po pięt­na­ście lat – więc szły za ręce i bli­sko sie­bie, żeby czy­tać wia­do­mo­ści na ekra­nie tele­fonu. Tak uka­zane są na zdję­ciu: bli­sko sie­bie, ale na ziemi, jedna na dru­giej, w krót­kich koszul­kach uka­zu­ją­cych ich pła­skie brzu­chy, w zakrwa­wio­nych leg­gin­sach i nowych adi­da­sach. Jedna miała twarz zma­sa­kro­waną od kul i patrzyła na koronę drzewa tym, co zostało jej z oczu. Dwie pod nią wykrwa­wiły się na miej­scu. Kiedy zwo­łano zebra­nie miesz­kań­ców, wciąż nie usta­lono, kim są mor­dercy, ale to, co się stało, wyda­wało się oczy­wi­ste: dziew­czynki musiały być cór­kami albo krew­nymi, w każ­dym razie kimś waż­nym dla śred­nio potęż­nego kry­mi­na­li­sty: pirata dro­go­wego, mini­narco, alfonsa. Ta osoba albo nie oddała komuś pie­nię­dzy, albo kogoś obra­ziła, i to była zemsta. Czas przy­znał rację miesz­kań­com. Na rogu, na któ­rym zabito dziew­czynki, roz­pięto żółtą taśmę poli­cyjną, ale wokół zaczęły się poja­wiać bukiety kwia­tów, ser­duszka z kar­tonu i plu­szowe misie, uliczny ołta­rzyk z ofia­rami odpo­wied­niej­szymi raczej dla małych dzieci niż nasto­la­tek.

Zoba­czy­łam je któ­re­goś wie­czora, gdy wra­ca­łam z pracy. Wysia­dam z tak­sówki na ulicy zabój­stwa peł­nej taśm poli­cyj­nych i podar­ków mają­cych przy­po­mi­nać dziew­czyny. „Lu, zosta­niesz w naszych ser­cach na zaaaaaaaw­sze”. „Spra­wie­dli­wość dla Nata­lii”. „Aniołku, ode­szłaś zbyt szybko”. Szły, robiąc sobie zdję­cia: trzy głowy obok sie­bie, żeby się zmie­ścić w kadrze, języki z pier­cin­giem wysu­nięte (czemu dziew­czyny tak bar­dzo lubią wysta­wiać język?), kolejna seria zdjęć z ustami w dzió­bek, ta przed­wcze­sna sen­su­al­ność, która wygląda sztucz­nie, a na praw­dzi­wych zdję­ciach dziew­czyn wyko­rzy­sta­nych w gaze­tach robiła szcze­gól­nie szo­ku­jące wra­że­nie; zdję­cia ukra­dziono z Insta­grama albo Tik­Toka, jak wyja­śniła mi córka: nie rozu­mia­łam tych obraz­ków z mordką pie­ska albo uszami kró­liczka i wtedy dowie­dzia­łam się, że to „fil­try”.

Wid­mowe dziew­czynki szły i się śmiały. O tej godzi­nie, była już pra­wie noc, moja dziel­nica się wylud­nia. Noc jest ciemna i pełna potwor­no­ści, mawia kapłanka w epic­kim serialu, który moja córka ogląda jak sza­lona fana­tyczka, a który mnie nie wciąga, bo za dużo w nim postaci (bru­tal­ność serialu, nie do przy­ję­cia dla wielu osób, mnie nie prze­szka­dza). Wid­mowe dziew­czyny nie mogły włą­czyć fle­sza i to roz­śmie­szało je jesz­cze bar­dziej. Były nie­sa­mo­wi­cie kom­pak­towe, nie potra­fię opi­sać tego ina­czej. Spra­wiały wra­że­nie żywych dziew­czyn robią­cych rze­czy typowe dla pięt­na­sto­la­tek: nie­świa­dome, co dzieje się dookoła, ubrane w ciu­chy roz­miar albo dwa za małe, z wło­sami pofar­bo­wa­nymi na różne kolory, wir kosmy­ków, nie­bie­skich, zie­lo­nych, kru­czo­czar­nych. Okna dziel­nicy zaczęły nie­śmiało się otwie­rać i cisza zadud­niła jak wystrzał. Ktoś z domu, obok któ­rego dziew­czyny aku­rat prze­cho­dziły, krzyk­nął. Mnie dzie­liło od nich pięć­dzie­siąt metrów, ale widzia­łam je dobrze i zro­zu­mia­łam: jed­nej z szyi leciała krew. Sączyła się powoli, stru­mycz­kiem, a ona ście­rała ją machi­nal­nie, jakby pochla­pała się wodą albo jakiś chło­pak oblał ją na impre­zie piwem. Inna, ta ze zma­sa­kro­waną twa­rzą, bez­tro­sko robiła zdję­cia; a ta naj­drob­niej­sza, wręcz cho­ro­bli­wie szczu­pła, miała czer­wone plamy na brzu­chu. Nie chcia­łam dłu­żej patrzeć, przy­po­mi­nała mi moją matkę, jej raka, jej przed­śmiertne wycho­dze­nie.

Wtedy dziew­czyny zaczęły oglą­dać zro­bione przed chwilą zdję­cia. I po tym, co zoba­czyły, wybuch­nęły pła­czem. „Nie, nie, nie”, jęczały i krę­ciły gło­wami, patrzyły na sie­bie nawza­jem, patrzyły na zdję­cia i widziały bru­natną zie­leń zgni­li­zny, krew, rany postrza­łowe odsła­nia­jące kości, ślepe oczy. Zdję­cia spra­wiały, że ulot­niło się ich pięt­na­sto­let­nie prze­ko­na­nie o tym, że przy­jaźń jest piękna, a życie trwa wiecz­nie. Po szlo­chu przy­szedł czas na sza­lony bieg w kółko. Wid­mowe dziew­czyny bie­gały zroz­pa­czone, ich wycie było naprawdę prze­ra­ża­jące. Wycie roz­pa­czy wyni­ka­ją­cej z dez­orien­ta­cji. Czy dowie­działy się, że nie żyją, dopiero w tej chwili? Jakie to nie­spra­wie­dliwe: umarli mają szczę­ście, że nie widzą, jak się roz­kła­dają. Nawet duchy. Moja matka, na przy­kład: jej obraz się nie roz­kłada. Są różne typy duchów. Zasta­na­wiam się, czy ich obraz ema­nuje z nich, czy z nas, któ­rzy je widzimy. Czy są, czy nie są wytwo­rem zbio­ro­wym.

Sąsie­dzi rów­nież zaczęli krzy­czeć. To było sza­leń­stwo. Dwie­ście metrów sza­leń­stwa. Usły­sza­łam, że ktoś zemdlał, a ktoś inny bła­gał o karetkę, ale kto miałby po nią zadzwo­nić z tymi dziew­czy­nami wokół, roz­kła­da­ją­cymi się w pięk­nym, zło­tym świe­tle zmierz­chu? Jedna z nich, ta z zakrwa­wioną szyją – kula roze­rwała jej tęt­nicę – przy­po­mi­nała mi Caro­linę. Nie wiem dla­czego. Nie ze względu na ubra­nie: dziew­czyna miała na sobie koszulkę i tanie leg­ginsy, które można kupić w dziel­nicy, nawet w super­mar­ke­cie. Ale coś w spo­so­bie nosze­nia tych zwy­czaj­nych ciu­chów przy­po­mi­nało mi nie­zwy­kłą ele­gan­cję mojej córki (mówię „nie­zwy­kłą”, bo ja nie mam daru pozwa­la­ją­cego zro­zu­mieć, który kolor pasuje do któ­rego albo jakie spodnie spra­wią, że moje nogi wyda­dzą się dłuż­sze). Tak, jej leg­ginsy były tanie, z czar­nej lycry, ale wło­żyła do nich białą bluzkę, bar­dzo ładną, zasła­nia­jącą pośladki i wiel­kie adi­dasy, chyba męskie, całość miała swój styl – _urban chic,_ powie­dzia­łaby moja córka, bar­dzo spe­cy­ficzny. Adi­dasy były w jaskra­wym kolo­rze indygo, a na zakrwa­wio­nej szyi miała łań­cu­szek z zawieszką w wik­to­riań­skim stylu, ten iro­niczny akcent prze­ła­my­wał spor­towy _look_. Opi­su­jąc ją, naśla­duję, tak mi się zdaje, styl mojej córki, która do swo­ich modo­wych sty­li­za­cji zawsze dołą­cza notkę ob. Wyja­śnia­jącą. Może wła­śnie dla­tego do nich pode­szłam, że przy­po­mi­nała mi Caro­linę. Oczy­wi­ście, że się bałam, serce waliło mi jak osza­lałe, czu­łam je jakby w żołądku, jakby prze­su­nęło się ze swo­jego miej­sca. Jestem już za stara, żeby mnie tak stra­szyć, ryzy­kuję tym, że aryt­mia wymknie się spod kon­troli albo dostanę zawału serca. Poza tym sąsie­dzi patrzyli. Ale nie mogłam ich tak zosta­wić. Czy wie­dzia­łam, że potra­fię je uspo­koić? Tak, wie­dzia­łam o tym. Takie rze­czy się wie. W szpi­talu, kiedy uspo­ko­iłam moje pierw­sze duchy już ponad dzie­sięć lat temu, też o tym wie­dzia­łam. Ale w szpi­talu nie­szcze­gól­nie się uspo­ka­jały. Było ich zbyt wiele i nakrę­cały się wza­jem­nie. Histe­ria jest zaraź­liwa także pośród duchów, to bar­dzo cie­kawe. Oczy­wi­ście nikt ni­gdy tego nie zbada, bo nikt w to nie uwie­rzy. Mnie samej jest wstyd. Myślę o tym i przy­po­mina mi się pro­gram z kablówki, żało­sny przez swoją fał­szy­wość i swoją struk­turę, o spi­ry­ty­stach z Hol­ly­wood i poszu­ki­wa­czach duchów, na przy­kład. Pro­gramy tele­wi­zyjne kry­zysu idei i kry­zysu gospo­dar­czego, zre­ali­zo­wane z udzia­łem złych akto­rów według jesz­cze gor­szych sce­na­riu­szy, wszyst­kie iden­tyczne, wszyst­kie igno­ranc­kie, nawet nie zabawne. Nie jestem taka, powta­rzam sobie, ale jed­no­cze­śnie w jakiś spo­sób wła­śnie taka jestem.

Zawo­ła­łam dziew­czyny po imie­niu i to wystar­czyło, by na mnie spoj­rzały. Ale nie, żeby prze­stały krzy­czeć. Do tego musia­łam z nimi poroz­ma­wiać. Popro­sić, żeby ska­so­wały zdję­cia. Z początku nie chciały słu­chać, zawsze tak jest. A potem skło­nić je, by poszły dalej. Tro­chę roz­śmie­szyć. Poga­dać o ciu­chach. Zapy­tać, z jakiej imprezy wra­cają. Nie wspo­mi­nać sło­wem o zabój­stwie. Krzyk­nęły jesz­cze raz, kiedy zoba­czyły miej­sce zbrodni i taśmę poli­cyjną, ale szybko krzyki umil­kły, prze­szły w szloch i uści­ski, łzy uża­la­nia się nad sobą, aż w końcu dziew­czyny znik­nęły, a raczej roz­pły­nęły się, ich syl­wetki wypa­ro­wały, jakby nama­lo­wano je akwa­re­lami albo jak paruje alko­hol.

Musia­łam usiąść na chwilę na kra­węż­niku. Wkrótce zja­wił się sąsiad Julio, bar­dzo miły; kie­dyś miał uro­czy bar w dziel­nicy, ale nie mógł dłu­żej wynaj­mo­wać lokalu, był za drogi, za dro­gie były napoje i jedze­nie, miał za mało klien­tów, jed­nym sło­wem: stara histo­ria o ban­kru­tu­ją­cych barach i restau­ra­cjach, która przy­pra­wia mnie o bez­gra­niczny smu­tek, i chyba mam dla Julia wię­cej sym­pa­tii, niż na to zasłu­guje.

– Co pani zro­biła, pani dok­tor?

– Mów mi Emma, Julio, pro­szę, mów mi Emma.

– Co zro­bi­łaś, Emmo?

Pyta­nie powta­rzało się przez kolejne tygo­dnie. Odbyły się pół­se­kretne zebra­nia tych, któ­rzy widzieli, co zaszło. Potem zebra­nia sta­wały się coraz licz­niej­sze, przy­cho­dzili także ci, któ­rzy nie byli świad­kami zda­rze­nia. Oczy­wi­ście wzbu­dziło ono ogromną nie­uf­ność i nie­do­wie­rza­nie. Byłam wykoń­czona. Opo­wie­dzia­łam im o swo­jej matce. Moja sąsiadka Mari potwier­dziła auten­tycz­ność histo­rii, ale miała do mnie pre­ten­sję, że wtedy ją okła­ma­łam, mówiąc, że krzyki docho­dziły z tele­wi­zora.

– A co mia­łam powie­dzieć, Mari? Sama się bałam. Myśla­łam, że zwa­rio­wa­łam.

To nie była prawda, przy­naj­mniej nie cał­kiem. Czło­wiek wie, kiedy wariuje, i nie dzieje się to z dnia na dzień, nawet w kon­se­kwen­cji traumy. Wszystko, wszystko w naszym ciele jest pro­ce­sem. Rów­nież śmierć.

Sąsie­dzi zaczęli szu­kać mojej pomocy. W sekre­cie. Zawsty­dzeni. Epi­de­mia duchów – bo z tym mie­li­śmy do czy­nie­nia – zbie­gła się z naj­gor­szym momen­tem naszej dziel­nicy. Ten, kto zle­cił zbrod­nię na trzech nasto­lat­kach, zawia­do­wał teraz inte­re­sami w blo­kach i jako że ludzie byli prze­ra­żeni, kra­dzieże ustą­piły miej­sca porwa­niom. Spe­cy­ficz­nym porwa­niom nazy­wa­nym „eks­pre­so­wymi”. Ofiarę zmu­szano, żeby wsia­dła do samo­chodu, a potem zabie­rano na rajd po ban­ko­ma­tach, aż wypła­ciła kwotę, która zado­wa­lała pory­wa­czy. Cza­sem eks­pre­sowe porwa­nia koń­czyły się prze­mocą, pobi­ciami, gwał­tami, cza­sem strze­la­niną, wszystko z powodu nie­wia­ry­god­nego nie­po­ro­zu­mie­nia: zło­dzieje, w więk­szo­ści przy­pad­ków bar­dzo mło­dzi, nie byli obe­znani z funk­cjo­no­wa­niem ban­ków. Dla­tego nie rozu­mieli zasad wypła­ca­nia pie­nię­dzy z ban­ko­ma­tów w Argen­ty­nie. Ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa dozwo­lona kwota wypłaty jest bar­dzo nie­wielka. Jakieś 25 tysięcy peso dzien­nie, dwa razy wię­cej, jeśli wła­ści­ciel karty ma konto w banku, do któ­rego należy ban­ko­mat. Jeśli ktoś ma wię­cej niż jedno konto, może zwięk­szyć kwotę, wypła­ca­jąc z róż­nych ban­ków. Ale jeśli nie, no cóż, kwota nie jest impo­nu­jąca. A zło­dzieje, pod­nie­cone i wystra­szone chło­paki, chcą wię­cej. Jako że nie wie­dzą, jak się wypłaca pie­nią­dze, bo ni­gdy tego nie robili, sądzą, że ofiara ich okła­muje. Że nimi gar­dzi i chce ich oszu­kać. „Myślisz, że jestem debi­lem? No to zobacz”. I wtedy nastę­puje cios, ude­rze­nie lufą, panika. Mnie jesz­cze coś podob­nego nie spo­tkało, ale to przy­tra­fia się cią­gle, także miesz­kań­com blo­ków, pod­kre­ślam, bo nie chcę być nie­spra­wie­dliwa, w żad­nym wypadku wszy­scy miesz­kańcy blo­ków nie są prze­stęp­cami, wiele osób ma miesz­ka­nie tam tak samo, jak ja mam dom tutaj, i nie chce albo nie może się prze­pro­wa­dzić, i tyle.

Pierw­szy sąsiad przy­szedł aku­rat w momen­cie, kiedy gawę­dzi­łam z mamą. Cza­sem z nią roz­ma­wiam. W końcu ona tam jest, i cho­ciaż się nie odzywa, to patrzy na mnie i cza­sem przy­ta­kuje. Jeśli nie jest wście­kła, śmieje się. Szkoda, że nie mówi, bo bawi­ły­by­śmy się lepiej. Nie zapra­szam przy­ja­ció­łek do domu w oba­wie, że pokaże się mama. Moja córka przy­cho­dzi coraz rza­dziej, ale to nie jej wina, ma dużo pracy. W tym kraju lepiej, żeby korzy­stała z tego, że w ogóle ma pracę, u nas ni­gdy nie wia­domo, kiedy ją stra­cisz, czy już jesteś na wylo­cie (pole­ce­nie zwol­nie­nia per­so­nelu może nadejść znie­nacka), a zdo­by­cie kolej­nego etatu może potrwać parę lat. Lepiej więc mieć oszczęd­no­ści na czarną godzinę. Roz­ma­wiamy przez tele­fon i na cza­cie. Ona nie wie o babci. Powie­dzia­ła­bym jej, ale po co. Teraz to nie ma sensu.

Pierw­szym sąsia­dem oka­zał się Paulo. Ma dwie małe córeczki, cho­dzą do pod­sta­wówki. Żona „ma zszar­gane nerwy”, to zna­czy cierpi na ataki paniki. Paulo ma brata w Sta­nach i na zebra­niach cią­gle opo­wiada, jak dobrze się tam żyje, jak bez­piecz­nie. Nie wypro­wa­dzam go z błędu. Jak mówi­łam, nie lubię się kłó­cić. Paulo długo nie miał odwagi opo­wie­dzieć mi o swoim pro­ble­mie. Zapy­tał mnie nawet, czy może zapa­lić, i zdzi­wił się, kiedy mu pozwo­li­łam. Dla roz­luź­nie­nia atmos­fery powie­dzia­łam: „Sam pan wie, że więk­szość leka­rzy pali. Zbyt dużo stresu”.

Pro­blem Paula był nastę­pu­jący: mniej wię­cej trzy mie­siące wcze­śniej zło­dziej pró­bo­wał wła­mać się mu do domu. Przez dach. Paulo wie­dział, że to zło­dziej, bo przy­szedł z małym pisto­le­tem. Dwu­dziestką dwójką. Zoba­czyli go: Paulo zamknął żonę i dziew­czynki, zła­pał mło­tek – nie nale­żał do tych, któ­rzy kupili broń – i miał dzwo­nić po poli­cję. Ale nagle zoba­czył, z okna par­teru, na któ­rym się znaj­do­wał, jak zło­dziej śli­zga się i spada z dachu na patio. Wtedy przy­po­mnia­łam sobie to zda­rze­nie, roz­ma­wia­li­śmy o nim na jed­nym z sąsiedz­kich zebrań: popro­si­li­śmy nasz rejo­nowy poste­ru­nek numer 9 o wię­cej patroli. Zło­dziej umarł od obra­żeń. Nie pyta­łam Paula, czy pozwo­lił mu umrzeć, ale sądzę, że tak było. Jestem pewna, że męż­czy­zna spadł z dachu i może by prze­żył, gdyby karetka przy­je­chała na czas. Mogę wyobra­zić sobie Paula przy­glą­da­ją­cego się z okna, jak wła­my­wacz umiera, sto­ją­cego z młot­kiem w ręku, niczym lokalny bóg mogący decy­do­wać o czy­jejś śmierci. Czy zro­bi­ła­bym to samo, żeby oca­lić rodzinę? Moż­liwe. Łatwo jest mówić o etyce, gdy temu, co kochamy, nie zagraża nie­bez­pie­czeń­stwo. Lubię jed­nak myśleć, że postą­pi­ła­bym ina­czej. Jestem osobą myślącą pozy­tyw­nie. Wolę naiw­ność i pater­na­lizm niż nie­na­wiść.

Tak czy owak, wła­my­wacz wra­cał. Sły­szeli, jak cho­dzi po dachu. Żona usły­szała go pierw­sza, ale Paulo jej nie uwie­rzył. W końcu miała zszar­gane nerwy, bie­daczka. Aż sam usły­szał kroki. I wtedy zoba­czył go jesz­cze raz, jak spada na patio. Bez­sze­lest­nie. To wła­śnie robi duch tam­tego zło­dzieja, cho­dzi i spada, cho­dzi i spada. Już na ziemi, opo­wie­dział mi Paulo, „tarza się ze śmie­chu”.

Zgo­dzi­łam się tam pójść któ­rejś nocy. Żona o zszar­ga­nych ner­wach sko­rzy­stała z oka­zji, by poka­zać mi prze­pi­sane leki. Tak z grub­sza dawki wydały mi się za duże, ale wiem, że teraz leka­rze wolą prze­pi­sać za dużo leków, niż zle­cić grun­towną tera­pię. Zapro­sili mnie na kola­cję, kieł­ba­ski z purée („to ze względu na dziew­czynki”, wyja­śniła matka, „nie chcą jeść nic innego”), ale ja już jadłam w domu. Cze­ka­łam. Odgłos kro­ków roz­legł się, kiedy dziew­czynki były już w łóż­kach, na szczę­ście. Uzna­łam, że moje zada­nie zacznie się po upadku z dachu, kiedy duch zakoń­czy już nocną rundę.

Kilka minut spę­dzo­nych z nim wystar­czyło, nie­ważne, co mu powie­dzia­łam, co zro­bi­łam: przy­cho­dzi moment, kiedy wszystko staje się zupeł­nie mecha­niczne. To było moje trze­cie spo­tka­nie ze zbun­to­wa­nymi duchami, cho­ciaż tak naprawdę uspo­ka­ja­łam tamte, to zna­czy moją matkę i nasto­latki, wiele razy. Ja nie wysy­łam duchów w żadne miej­sce, dobre ani złe. Nie ma spo­koju, osta­tecz­nego zamknię­cia. Nie ma wyba­cze­nia. Nie ma przej­ścia. To wszystko fik­cje. Uspo­ka­jam je tylko i prze­ko­nuję, by nie uka­zy­wały się z czę­sto­ścią nie­zno­śną dla żywych, co działa przez jakiś czas. Ale potem wra­cają, jakby o wszyst­kim zapo­mi­nały, i trzeba zaczy­nać od nowa. Dla­czego? Pamię­tam, że tuż po ślu­bie z moim mężem wzię­li­śmy śliczną kotkę, z czar­nym noskiem, całą białą, która zda­wała się cią­gle zapo­mi­nać, że w każdy week­end roz­piesz­cza­li­śmy ją spe­cjal­nym tuń­czy­kiem, z tych droż­szych, za któ­rym prze­pa­dała. Kiedy zasta­na­wia­łam się, czy nie ma jakichś pro­ble­mów z pamię­cią, mąż mówił: „Nie, po pro­stu ma maleńki móż­dżek. Nie widzisz, jaką ma małą główkę?”. A prze­cież jej pysz­czek był taki inte­li­gentny. I duchy też tro­chę takie są. Wydają się ludz­kie, wydają się inte­li­gentne, ale są tylko fila­men­tem zmu­szo­nym do powta­rza­nia. Nie mają mózgu, choć mają coś, co mogli­by­śmy nazwać „myślą­cym”. Sęk w tym, że jest to rów­nie małe co u mojej kotki, która nazy­wała się Flo­ren­cia i każ­dej nocy przed snem mru­czała, leżąc mię­dzy moim mężem i mną. Tęsk­nię za moim mężem, ale nie jako za part­ne­rem życio­wym. Tęsk­nię za jego przy­jaź­nią, poga­węd­kami z nim, za jego jedze­niem (dosko­nale gotuje). Ale on chce być zako­chany i opie­ko­wać się kimś, a ja chcę być sama.

Po duchu zło­dzieja poja­wiły się następne. Skąd ta inwa­zja, zapy­ta­łam matkę, a ona spra­wiała wra­że­nie, jakby słu­chała z uwagą. Nie odpo­wie­działa mi, bo nie może, ale ja zna­łam odpo­wiedź: to nie dziel­nica spro­wo­ko­wała inwa­zję. To byłam ja. Ja je przy­cią­ga­łam. Dla­tego nie miało sensu, bym się wypro­wa­dzała, chyba że odkry­ła­bym, jak pozbyć się magnesu. Ale magnes mi nie prze­szka­dzał. Strach szybko zmie­nił się w adre­na­linę. Kiedy upły­wało zbyt wiele dni, a żaden sąsiad nie pukał do mnie, zaczy­na­łam się nie­cier­pli­wić.

Ale ta histo­ria ma zna­cze­nie tylko ze względu na jed­nego ducha, z któ­rym postą­pi­łam ina­czej. Któ­remu nie mogłam albo nie chcia­łam pomóc. A może to sąsia­dom poma­ga­łam? Wszystko mi się mie­sza.

Moja córka ma uro­dziny 23 grud­nia. W tym roku, może dla­tego, że widy­wa­ły­śmy się rzadko, zapro­siła mnie na swoją bar­dziej „pry­watną” imprezę (urzą­dziła inną, dla przy­ja­ciół, we wcze­śniej­szy week­end: nie jest prze­sądna, nie prze­szka­dza jej świę­to­wa­nie przed wła­ściwą datą) i zapro­po­no­wała, żebym została na święta aż do Nowego Roku, oczy­wi­ście jeśli mam ochotę, w jej miesz­ka­niu w dziel­nicy Palermo. Wie­dzia­łam, że na pewno ktoś zapro­sił ją na syl­we­stra, więc odmó­wi­łam spę­dza­nia go z nią, ale zgo­dzi­łam się na wspólne Boże Naro­dze­nie i na kilka dni po nim. Opu­ści­łam dom z torbą podróżną i wzię­łam tak­sówkę: jakiś czas temu sprze­da­łam auto. Nie byłam jesz­cze stara, ale już nie tak młoda, żeby pro­wa­dzić z uwagą nie­zbędną w takim mie­ście jak Buenos Aires. Spę­dzi­łam z córką miłe dni. Kłó­ci­ły­śmy się mało, śmia­ły­śmy się dużo. Obej­rza­ły­śmy wspa­niały serial i pra­wie zako­cha­łam się w Nedzie Starku, oka­zie męż­czy­zny z gatunku, z któ­rym ni­gdy się nie wią­za­łam, z kwa­dra­tową szczęką i ple­cami bestii. Poza tym aktor nie jest o wiele młod­szy ode mnie. Jakieś dzie­sięć lat, poli­czy­łam. Któ­re­goś wie­czoru chcia­łam opo­wie­dzieć jej o swo­ich zdol­no­ściach spi­ry­ty­stycz­nych, które obja­wiły się na sta­rość. Otwo­rzy­ły­śmy wła­śnie dobrze schło­dzo­nego szam­pana i wypi­ły­śmy go z sor­be­tem cytry­no­wym, ide­al­nym na przy­tła­cza­jący, wil­gotny miej­ski upał. Ale prze­stra­szy­łam się, że zruj­nuję ten pra­wie per­fek­cyjny czas. Ona mia­łaby prawo uznać, że mam demen­cję. Wró­ci­łam więc do sie­bie dwu­dzie­stego dzie­wią­tego po połu­dniu, metrem, bo próba prze­je­cha­nia przez mia­sto byłaby sza­leń­stwem: do typo­wych pro­te­stów na koniec roku doszło kilka dodat­ko­wych: urzęd­ni­ków pań­stwo­wych żąda­ją­cych pod­wyżki, pikie­tu­ją­cych blo­ku­ją­cych ruch uliczny (postu­lat: zasiłki), zwol­nio­nych przed Mini­ster­stwem Pracy (postu­lat: przy­wró­ce­nie do pracy) oraz marsz doma­ga­jący się więk­szego bez­pie­czeń­stwa przed Kon­gre­sem. Zamor­do­wano szes­na­sto­latka, Matíasa o jakimś wło­skim nazwi­sku. Podobno został porwany. Porwa­nie eks­pre­sowe, tyle że chło­pak był nie­peł­no­letni i nie miał karty do ban­ko­matu, więc pory­wa­cze zmie­nili plany i posta­no­wili zażą­dać od rodziny okupu. Rodzina nie miała kasy. Tej samej nocy, kiedy wciąż sie­dzieli w samo­cho­dzie – pew­nie nie wie­dzieli, dokąd go zawieźć – chło­pak im zwiał. Nie zdo­łał uciec zbyt daleko, zastrze­lili go w slum­sach bli­sko mojego domu, ota­cza­ją­cych nas od pół­nocy, tam gdzie miał powstać kom­pleks spor­towy, ale teren stał odło­giem, aż zmie­nił się w dziel­nicę nędzy; cią­gle mówi się o wysie­dle­niu jej miesz­kań­ców, ale nikt tego nie robi. Dokąd mają wysłać tych ludzi? Nie­które domki zbu­do­wano nawet z przy­zwo­itych cegieł i mają górne pię­tro. Nie­dawno idąc po zakupy, zoba­czy­łam, że otwarto tam nowy kiosk i lodziar­nię. W slum­sach zatrzy­mano parę osób, ale podobno pory­wa­cze nie byli stam­tąd. W tele­wi­zji doma­gano się kary śmierci, jak zawsze w podob­nych przy­pad­kach.

Nie­spo­dzie­wa­nie, mimo że do mor­der­stwa doszło tak bli­sko, miesz­kańcy mojej dziel­nicy nie zwo­łali pil­nego zebra­nia. Cze­ka­łam kilka dni (na ese­mesa albo wia­do­mość na kartce przy­kle­jo­nej skot­chem do drzwi), ale była tylko cisza, opusz­czany wzrok w warzyw­niaku, pośpiech przy kup­nie papie­ro­sów w kio­sku. Przy­pi­sy­wa­łam to zde­ner­wo­wa­niu, choć moi sąsie­dzi nie reagują zwy­kle podob­nym napię­ciem, lecz wyol­brzy­mio­nym i krzy­kli­wym lękiem.

Obu­dziło mnie stu­ka­nie do drzwi. Było późno, zro­zu­mia­łam to, zanim spoj­rza­łam na zega­rek: od wcze­snej mło­do­ści kładę się spać nad ranem, to zwy­czaj z noc­nych dyżu­rów w szpi­talu, któ­rego ni­gdy nie potra­fi­łam się pozbyć. Ude­rze­nia były ciche. Posta­no­wi­łam je zigno­ro­wać. Ale powta­rzały się, ryt­miczne, nie­ustę­pliwe, coraz bar­dziej sta­now­cze, aż zda­łam sobie sprawę, że teraz ktoś dobija się obiema pię­ściami, jakby chciał wywa­lić drzwi. Prze­stra­szy­łam się. Pomy­śla­łam, żeby zamknąć drzwi do sypialni, ale oczy­wi­ście nie miały klu­cza. Czym mogłam zagro­dzić drogę temu komuś, kto chciał dostać się do środka? Powin­nam zadzwo­nić do swo­jej sąsiadki Mari? Na poli­cję? Usia­dłam na łóżku, a kiedy usły­sza­łam szepty, pot zamarzł mi na dło­niach, ale jed­no­cze­śnie się uspo­ko­iłam: do drzwi nie dobi­jała się praw­dziwa osoba. Jej cichy głos, jej bła­ga­nie nie mogłyby dotrzeć do mnie spod drzwi wej­ścio­wych. „Pro­szę mi otwo­rzyć, bła­gam panią”, mówił. Zwra­cał się do mnie per pani. Z sza­cun­kiem. „Pro­szę, wła­śnie ucie­kłem. Nie chcę pani okraść, nie jestem zło­dzie­jem, zosta­łem porwany. Pro­szę mi otwo­rzyć, bo mnie zabiją, zabiją mnie”.

Zbie­głam po scho­dach i wyj­rza­łam przez okno. Chło­pak stał na ścieżce. Wysoki nasto­la­tek, dobrze widoczny w świe­tle latarni. Był blady, jak wszy­scy umarli, ale nie mogłam dostrzec ran, choć miał na sobie let­nie ubra­nia, białą koszulkę, spodenki pił­kar­skie, buty spor­towe. Jak go zabili? Nie mogłam sobie przy­po­mnieć. Dni z córką spę­dzi­łam na szczę­ście z dala od wia­do­mo­ści i tele­wi­zji. Więc zja­wił się przed moim domem Matías o wło­skim nazwi­sku, zabity kilka prze­cznic stąd, a ja nie wie­dzia­łam, dla­czego puka do drzwi, jesz­cze wtedy nie mia­łam też poję­cia, że zamor­do­wano go tak bli­sko.

Cho­ciaż można było się tego domy­ślić. Czy mil­cze­nie moich sąsia­dów miało zwią­zek z tą zjawą? Oczy­wi­ście, że tak, pomy­śla­łam. I to nie tylko w jeden spo­sób.

Nasto­letni Matías prze­stał pukać do drzwi. Pod­szedł do okna, a w jego oczach, żywych, cał­kiem żywych, mają­cych w sobie coś owa­dziego, ten bzy­czący blask chrząsz­czy, doj­rza­łam żądzę zemsty i furię. Nie bałam się go, bo wie­dzia­łam, że nie może skon­kre­ty­zo­wać tej zemsty w świe­cie mate­rial­nym, ale fru­stra­cja zwią­zana z bez­sil­no­ścią doda­wała kolej­nych warstw jego wście­kło­ści, nie­skoń­czo­nych warstw. Zamie­rzał spę­dzić cały swój czas (a podej­rze­wam, że Matías o wło­skim nazwi­sku dys­po­no­wał cza­sem nie­skoń­czo­nym), prze­mie­rza­jąc tę ulicę. Jeśli będzie to konieczne, do końca ist­nie­nia tej ulicy. Nie da spać tym, któ­rzy dopo­mo­gli w jego zamor­do­wa­niu. Ni­gdy. Prze­nigdy.

– Nie otwo­rzysz mi? – zapy­tał. Miał prze­zro­czy­sty głos, bar­dzo różny od głosu żywego czło­wieka. Już nie zwra­cał się do mnie z sza­cun­kiem.

Zbli­ży­łam się do drzwi, prze­krę­ci­łam klucz, otwo­rzy­łam. Matías został w progu. Wtedy zoba­czy­łam ranę na jego skroni. Sub­telną, podobną do pie­przyka. Nie krwa­wiła. Przy­po­mi­nał mi samo­bój­ców przy­wo­żo­nych do szpi­tala. W więk­szo­ści byli to męż­czyźni, w więk­szo­ści w jego wieku, może o kilka lat starsi, nie wszy­scy strze­lali tak pre­cy­zyj­nie, zwy­kle masa­kro­wali sobie twarz albo wsu­wali lufę do ust.

– Teraz już za późno – stwier­dził Matías.

Wie­dzia­łam, że nie potra­fię go uspo­koić. Nie jego. Powie­dzia­łam mu dość gło­śno:

– Tam­tej nocy nie było mnie w domu! Wiesz o tym. Otwo­rzy­ła­bym ci.

– Tak? Nie wie­rzę ci.

Roz­mowa, nie tylko odpo­wiedź na pyta­nie. Matías o wło­skim nazwi­sku mógł roz­ma­wiać. Czym róż­nił się od innych? Sta­łam na progu, świa­tło było zapa­lone, drzwi otwarte, i przy­glą­da­łam mu się. Krą­żył dalej. Bie­gał od domu do domu i walił we wszyst­kie drzwi. Naj­pierw po cichu, potem pię­ściami, na końcu kop­nia­kami. Naj­pierw pro­sił, by go wpu­ścili, uprzej­mie i z sza­cun­kiem, a na koniec wyzy­wał, prze­ra­żony, ale też zdu­miony swoją zło­ścią, despe­ra­cją. Moi sąsie­dzi zapa­lali świa­tła, ale nikt nie otwie­rał. Sły­sza­łam, jak nie­któ­rzy jęczą.

Matías o wło­skim nazwi­sku dobi­jał się do drzwi aż do wschodu słońca. Dopiero wtedy zamknę­łam swoje drzwi. Nie pomi­nął żad­nego domu. Wszy­scy dostali to, na co zasłu­żyli.

Zna­la­złam jego wło­skie nazwi­sko w inter­ne­cie. Cre­mo­nesi. Matías Cre­mo­nesi. Szes­na­ście lat, cho­dził do szkoły śred­niej, grał w kosza – jasne, z takim wzro­stem – i zastrze­lono go na małym boisku do piłki noż­nej w slum­sach. Jed­nego z zabój­ców zła­pano. Oczy­wi­ście zeznał, że broń nale­żała do tego dru­giego, tego, który strze­lał, i zro­bili to tylko dla­tego, bo chło­pak, ucie­ka­jąc, zoba­czył ich twa­rze. I znali się. Ten, któ­rego zła­pano, miesz­kał w blo­kach, podob­nie jak Matías. Po co pory­wać sąsiada? Pory­wacz, zale­d­wie dzie­więt­na­sto­letni, powie­dział, że nie mieli takiego zamiaru, chcieli tylko, żeby wyjął kasę z ban­ko­matu, „ale powie­dział, że nie ma karty, okła­mał nas, i wtedy się wście­kli­śmy, byli­śmy za bar­dzo wku­rzeni”.

Naprawdę nie miał karty. W jego wieku nikt nie ma konta w banku, a rodzice pew­nie nie mieli pie­nię­dzy ani czasu, by wyro­bić mu kartę do swo­jego rachunku. Pła­cił gotówką, jak wszyst­kie dzie­ciaki, jak jego zabójcy. Tamci, ama­to­rzy, o tym nie wie­dzieli.

Tego popo­łu­dnia odwie­dził mnie sąsiad, Julio, ten od restau­ra­cji, która zban­kru­to­wała. Inni sąsie­dzi przy­słali Julia, bo wie­dzieli, że go lubię. Julio nie owi­jał w bawełnę jak Paulo, który widział śmierć zło­dzieja. Mówił kon­kret­nie. Nie czuł się winny. Tak, wszy­scy sły­szeli puka­nie chło­paka tam­tej nocy. Tak, wszy­scy pomy­śleli, że to kłam­stwo, pod­stęp inte­li­gent­nego zło­dzieja, który uda­wał ofiarę, żeby dostać się do domu. Tak, kiedy wyj­rzeli ukrad­kiem przez okno i zoba­czyli nasto­latka, uznali, że ich przy­pusz­cze­nia są słuszne: czy wszy­scy zło­dzieje nie byli mło­dzi? I nie zaczy­naj mi bre­dzić, że też są ofia­rami, powie­dział. Bo tak myślisz. Wszy­scy są ofia­rami tego spo­łe­czeń­stwa. Prze­stań pier­do­lić, Emma. Ja nie otwo­rzy­łam nawet ust. To dla­tego, że cie­bie ni­gdy nie okra­dli, nie są żad­nymi ofia­rami. Wciąż nie otwie­ra­łam ust. Zro­zu­mia­łam, że pró­buje upo­rać się z wła­snym poczu­ciem winy.

– Jak długo pukał do drzwi? – zapy­ta­łam. – Jak długo pro­sił, by go wpu­ścić?

Nie­na­wiść w spoj­rze­niu widma pod­szyta była stra­chem, aż buzo­wała w nim adre­na­lina ostat­niej nocy, kiedy nie tylko zgi­nął, ale też zro­zu­miał, że jest sam, że nikt mu nie pomoże, nawet się­ga­jąc po tele­fon, że ota­czają go kaci bez kap­tura, ukry­wa­jący się za maskami klasy śred­niej i przy­zwo­itych sąsia­dów.

Julio nie chciał odpo­wie­dzieć. Twier­dził, że nie wie. Dużo czasu. Czy to ma zna­cze­nie?

Ma zna­cze­nie, odpo­wie­dzia­łam. Bo chło­pak jest wście­kły. I co mam mu powie­dzieć, żeby zosta­wił nas w spo­koju? Że się pomy­li­li­śmy? To nie wystar­czy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij