-
nowość
-
promocja
Sarum. Tom 2 - ebook
Sarum. Tom 2 - ebook
Kontynuacja monumentalnej sagi o Anglii ukazująca jej burzliwe dzieje na przestrzeni dziesięciu tysięcy lat.
Drugi tom obejmuje część Nowe Sarum i koncentruje się na losach Salisbury od chwili przeniesienia miasta ze wzgórza do nowej lokalizacji, gdzie wyrasta potężna katedra i rodzi się nowa miejska tożsamość.
Śledząc dzieje rodów Porteusów, Wilsonów, Shockleyów, Masonów, Godfreyów, Moodych i Barnikelów obserwujemy kluczowe momenty w historii kraju. Reformacja, wojny domowe, rozwój parlamentaryzmu, ekspansja kolonialna oraz rewolucja przemysłowa stanowią tło dla osobistych dramatów, namiętności i walki o wpływy. Z biegiem stuleci zmienia się nie tylko krajobraz miasta, lecz także mentalność jego mieszkańców.
To opowieść o ambicji, wierze i społecznych przemianach, które kształtują nowoczesne państwo, a zarazem panoramiczna, pełna pasji i historycznej precyzji narracja potwierdzająca mistrzostwo autora w tworzeniu wielowątkowych epickich historii.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Esej |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8382-900-5 |
| Rozmiar pliku: | 4,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
– Przykro mi z powodu twego syna – powiedział później rządca do Edwarda Shockleya – ale nie mogę czynić żadnych wyjątków.
Zemsta kupca z Wilton była satysfakcjonująca, ale jeszcze daleka od zakończenia.
Kara zakucia w dyby była dość nieprzewidywalna. Jeden spędzał w nich cały dzień i wychodził bez szwanku, inny – jeśli nie cieszył się dobrą reputacją – bywał obrzucany czym popadło. Z rękami i głową uwięzionymi w ciężkim drewnianym jarzmie nie mógł się bronić, więc kończył poraniony i posiniaczony. Najgorsze jednak było upokorzenie i kiedy Edward Shockley usłyszał ten wyrok, ogarnęła go wściekłość.
– Zhańbiłeś rodzinę! – grzmiał. – Będziesz pracował w foluszu, ale przysięgam na Boga, nie dam ci nim zarządzać.
Następnego ranka, gdy dwóch ludzi rządcy wyprowadziło Petera Shockleya i zakuło go w dyby, zdawało mu się, że całe jego życie, które jeszcze przed dwoma miesiącami jawiło się jako pełne obietnic, teraz legło w gruzach. „Straciłem młyn – pomyślał ponuro – i straciłem Alicię”. Spoglądając przed siebie ponad placem targowym, wyobraził ją sobie w ramionach rycerza z Winchesteru i oczy zaszły mu łzami. Jakiś uliczny łobuz, nie tyle złośliwie, ile dla zabawy, rzucił w niego jabłkiem, które trafiło go w usta, kalecząc wargę. Jeszcze nigdy nie czuł się tak samotny.
A jednak ten niechlubny dzień przyniósł mu jednego nieoczekiwanego przyjaciela.
Późnym rankiem poczuł obok siebie czyjąś obecność. Drewniane jarzmo na szyi nie pozwalało mu odwrócić głowy, ale zdołał dostrzec stopy w prostych sandałach i skrawek szarego przybrudzonego habitu. To go przekonało, że jego towarzyszem jest franciszkanin.
Za jego życia mieszkańcy Sarum przywykli do widoku braci należących do dwóch zakonów: dominikanów – odzianych w czarne habity kaznodziejów i intelektualistów, którzy osiedli opodal Wilton, oraz szarych braci, naśladowców jednego z najnowszych świętych – Franciszka z Asyżu. W przeciwieństwie do większości księży i mnichów szarzy bracia żyli w prostocie, pracując wśród biednych i oddając się zwykłym, codziennym obowiązkom, czym już zyskali sobie szacunek mieszkańców Salisbury. Kiedy przed piętnastoma laty do Sarum przybyła pierwsza grupa z Włoch, biskup ofiarował im skromny dom przy St. Ann Street, tuż poza terenami przykatedralnymi. Król także był usposobiony do nich przychylnie.
Choć Peter słyszał o franciszkanach, nigdy wcześniej z żadnym nie rozmawiał, więc teraz przypatrywał się z ciekawością, jak szara postać okrąża dyby, by stanąć naprzeciw niego.
Był to młody mężczyzna – niewiele starszy od niego samego – o ciemnych włosach i gładko ogolonej, ziemistej twarzy.
– Co cię sprowadziło w te dyby? – zapytał z silnym włoskim akcentem.
– Moje grzechy – odparł Peter ponuro. – I dziewczyna – dodał. – A ciebie?
Młody mnich się uśmiechnął, odsłaniając równe białe zęby.
– Te same dwa powody – roześmiał się. – Jestem brat Giovanni. – I nie czekając na zaproszenie, usiadł na ziemi przed dybami. – Co ci się przydarzyło? – zaciekawił się.
Pytanie było życzliwe, a Peter i tak nie miał lepszego zajęcia, więc opowiedział mnichowi całą swoją historię: o foluszu, o tym, jak stracił Alicię, i o nocy, gdy wybił okno.
– Najzabawniejsze jest to – wyznał – że chociaż byłem pijany, to nie pamiętam, abym rzucał czymkolwiek w okno kościoła.
Mnich nic na to wszystko nie powiedział, ale już samo jego pogodne usposobienie koiło Petera i wkrótce obaj zaczęli ze sobą swobodnie rozmawiać. Giovanni opowiedział mu o swoim życiu we Włoszech, spędzonym w rodzinie kupieckiej, która przypominała Peterowi jego własną. Młody Shockley nawet nie zauważył, kiedy minęła ponad godzina i nie spotkał go żaden nieprzyjemny incydent.
– Najgorsze w tym wszystkim – stwierdził Peter – że mój ojciec mi tego nie wybaczy. Mówi, że zhańbiłem rodzinę.
– Wybaczy – zapewnił go mnich. – Daj mu trochę czasu.
– Jak mogę go udobruchać? – zapytał Peter.
– Haruj jak wszyscy diabli – odparł Giovanni, szczerząc zęby w uśmiechu.
W końcu jeden z braci zakonnych zawołał swego przyjaciela i Peter znów został sam.
Słońce nadal powoli pięło się po niebie. Na czole Petera pojawiły się kropelki potu, ale targowisko żyło swoimi sprawami i choć przy dybach kręcili się ludzie, nikt nie zwracał na niego najmniejszej uwagi.
Zbliżało się południe, gdy ujrzał wkraczającego na plac Williama atte Brigge.
Kupiec ruszył powoli w stronę dybów, rozglądając się ukradkiem. Peter zauważył, że w jednej ręce trzyma kosz zgniłych warzyw, a w drugiej rzepę. I że uśmiecha się pod nosem. Dwóch małych chłopców, odgadując jego zamiary, dołączyło do niego.
Odkąd dostał jabłkiem w usta, niczym więcej w niego nie rzucano. Obecność mnicha odstraszała łobuzów i zniechęcała do ich zwykłej zabawy w obrzucanie czym bądź ofiary zakutej w dyby.
Jednak William, kipiący nienawiścią do Shockleyów, najwyraźniej zamierzał dopilnować, by przed otwarciem dybów w południe gawiedź zabawiła się trochę kosztem nieszczęśnika.
Gdy znalazł się wystarczająco blisko, postawił swój koszyk na ziemi i gestem zachęcił dwóch urwisów, aby wybrali sobie coś z jego zawartości. Chwilę później Peter dostał w twarz wielką kapustą, a obaj chłopcy ryknęli triumfalnym śmiechem.
Zgniłe warzywa nie mogły zrobić mu większej krzywdy, ale Peter nie spuszczał oka z rzepy, którą trzymał William. Było w niej coś dziwnego i nagle zrozumiał co: w jej środku tkwił wielki kawał krzemienia o krawędziach ostrych jak brzytwa.
Peter wytrzeszczył oczy ze zgrozy. Otworzył usta, by wzywać pomocy, ale nim z jego gardła wydobył się krzyk, ujrzał, jak kupiec z Wilton napina się niczym sprężyna i z całej siły rzuca w niego ten straszliwy pocisk.
Shockley uderzył tyłem głowy o górną część dybów, gdy instynktownie próbował się odchylić. Skrzywił się i mocno zacisnął oczy. Usłyszał głuchy łomot i krzyk. Ale nie poczuł bólu. Czyżby William chybił?
Kiedy otworzył oczy, ujrzał ze zdumieniem, że jakiś metr przed nim młody mnich usiłuje dźwignąć się z ziemi. Z wielkiej rany na czole wypływał strumień krwi. W tle widział, jak William chwyta swój kosz i rzuca się do ucieczki.
Jakim cudem zakonnik zauważył, co się dzieje, i zdołał znaleźć się na drodze lecącego kamienia – Peter nigdy się nie dowiedział.
– Czemu to zrobiłeś? – zapytał ze zdumieniem.
Młody Giovanni spojrzał na niego ze smutkiem.
– Nikt ci nie mówił, że franciszkanie są trochę prostoduszni? – wyszeptał i osunął się bez czucia na ziemię.
Kilku mężczyzn, którzy byli świadkami tego zdarzenia, spojrzało z odrazą za umykającym kupcem. Dwóch z nich porzuciło swoje stragany i podbiegło, by pomóc mnichowi się podnieść, a trzeci poszedł wezwać biskupiego rządcę.
Kilka minut później Peter był wolny.
Następnego dnia wraz z ojcem udali się do domu braci franciszkanów. Giovanni już zdążył stanąć na nogi, mimo głębokiej, poszarpanej rany na czole, po której blizna miała mu zostać do końca życia. Mimo to zachował pogodę ducha.
– Pogodziłeś się już z ojcem? – zapytał.
Peter Shockley nigdy nie był zbyt religijny, ale przez resztę życia regularnie wspierał datkami franciszkanów z Nowego Salisbury.
Chociaż odzyskał względy ojca, następnej wiosny prawie stracił swój folusz.
Nowe nieszczęście, które niemal zniweczyło plany Shockleyów, ledwo rozpoczęto budowę młyna, było jedynym wypadkiem, którego ani Godefroi, ani Edward Shockley w ogóle nie brali pod uwagę.
Winę ponosił król Henryk III, a wydarzenia, które do owego nieszczęścia doprowadziły, w najmniejszym stopniu nie dotyczyły Sarum.
Korzenie problemu tkwiły we Francji. Niemal wszystkie nieszczęścia, które podczas długich pięćdziesięciosześcioletnich rządów Henryka niejednokrotnie przynosiły mu wstyd, były wynikiem jego upodobania do knucia politycznych intryg po drugiej stronie Kanału – była to skłonność, której nie podzielał niemal żaden z jego poddanych. Można to jednak zrozumieć. Król nie potrafił zapomnieć o wielkim imperium w zachodniej Francji, którym władał jego dziad, Henryk II, a które jego ojciec, Jan, utracił. Nie chciał pogodzić się z myślą, że Normandia przepadła. A gdy kilka lat wcześniej nowy król Francji, Ludwik, zajął prowincję Poitou nad Atlantykiem, której Henryk nadal był – przynajmniej nominalnym – władcą, sytuacja jeszcze bardziej się zaogniła. Henryk postanowił odzyskać swoje potężne dziedzictwo.
Aby w pełni pojąć prawdziwy stan rzeczy, należy pamiętać, że wielka polityka średniowiecznej Europy wciąż całkowicie opierała się na strukturach feudalnych. Choć w czasach pokoju angielscy handlarze wełny oraz flamandzcy i włoscy tkacze podnosili zamożność swoich krajów na nowe wyżyny, królestwa i prowincje europejskie, na których terenie działali, były splecione siecią więzów rodzinnych. Sieć ta zdawała się nie mieć końca. Rozpościerała się na cały kontynent niczym ogromna, misterna pajęczyna, a zmienne ambicje i sojusze królewskich rodów niejednokrotnie przyćmiewały wszelkie inne kwestie, takie jak pokój, dobrobyt, a nawet zdrowy rozsądek.
Nikt nie stanowił lepszego przykładu tej zagmatwanej sytuacji niż angielski król Henryk III. Jego druga żona była córką hrabiego Prowansji, tej słonecznej krainy na południu Francji, będącej kolebką trubadurów i minstreli. Jego matka Izabela, po śmierci męża, króla Jana, wróciła do Francji, zerwała zaręczyny własnej córki z Hugonem X de Lusignan, głową potężnego rodu z Poitou – w którego ojcu była niegdyś zakochana – po czym sama poślubiła niedoszłego zięcia. Henryk był ponadto kuzynem króla Aragonii, który rościł sobie prawa do południowej Francji, oraz szwagrem cesarza niemieckiego, który pragnął osłabić Francję i podporządkować sobie północne Włochy.
Dla nich wszystkich – i wielu innych – Henryk był tylko pionkiem w ich rozgrywkach.
W 1242 roku wyruszył na wyprawę, która – nawet jak na jego wyjątkowe standardy niekompetencji – okazała się jednym z najbardziej nieudolnych i bezcelowych posunięć w trakcie jego długiego panowania. Wszystko zaczęło się, jak zwykle, od zawiłej intrygi – tak zawiłej, że chyba żadna z wplątanych w nią stron nie była w stanie jej pojąć. Plan zakładał, że władcy regionów południowych Francji, przy wsparciu króla Aragonii, Lusignanów, a nawet cesarza niemieckiego, wypędzą króla Francji z regionów południowo-zachodnich, z których część miała następnie zostać zwrócona Henrykowi. Całe to przedsięwzięcie było absurdalne do tego stopnia, że część jego uczestników zawarła traktaty z królem Ludwikiem, zanim przystąpiono do realizacji samego planu.
Magnaci angielscy, dobrze już znając dyplomatyczne „talenty” Henryka, odmówili uczestnictwa w jego wyprawie, w zamian uiszczając należny w tej sytuacji podatek _scutage_, zwalniający ich od służby wojskowej. Henryk ściągnął jeszcze dodatkowe podatki _tallages_ od Żydów i wyruszył na południe. Jego tamtejsi sojusznicy, mając równie trafne wyobrażenie o królewskich talentach wojskowych, nie kwapili się zbytnio do pomocy, ale skwapliwie przyjęli królewskie pieniądze, których Henryk już nigdy więcej nie zobaczył. Kampania wojenna spełzła na niczym niemal natychmiast po jej rozpoczęciu. Król wrócił do Anglii. W ciągu zaledwie kilku miesięcy stracił bajońską na tamte czasy sumę czterdziestu tysięcy funtów, niczego nie zyskując w zamian. I jak zwykle jego skarbiec znów świecił pustkami.
W 1244 roku w Londynie nastąpiło drugie – z pozoru zupełnie niezwiązane z planami Godefroia i Shockleyów – zdarzenie.
Na cmentarzu przy Kościele św. Beneta znaleziono zwłoki dziecka, a wkrótce zaczęto powtarzać niedorzeczne pogłoski, że na jego ciele wycięto hebrajski napis. Choć był to czysty absurd, kanonicy Katedry św. Pawła przyjęli te twierdzenia za prawdę, a dziecko pochowano przy głównym ołtarzu.
Dla króla był to prawdziwy dar losu. Oczywiście, że winni musieli być Żydzi. Nałożył więc na nich grzywnę – trzykrotnie wyższą niż najwyższy z dotychczasowych podatków i dwanaście razy wyższą od zwykłej rocznej stawki – sześćdziesiąt tysięcy marek. Zbiegiem okoliczności, jako że marka miała wartość dwóch trzecich funta, stanowiło to akurat czterdzieści tysięcy funtów.
Pod koniec tego roku Aaron przyszedł do Godefroia i Edwarda Shockleya i powiedział:
– Nie wiem, czy mogę zagwarantować wam dalszą pożyczkę. Sam jestem niemal zrujnowany.
Przez tydzień panowała cisza w tej sprawie. Wiadomo było jednak, że społeczności żydowskie na całej wyspie rozpaczliwie szukały sposobów na zapłacenie tej niedorzecznej kwoty.
Po tygodniu Godefroi i Shockleyowie postanowili zwołać zebranie, które na zawsze wyryło się w pamięci Petera. To właśnie wtedy usłyszał słowa rycerza, które wprawiły go w zdumienie i stały się początkiem jego edukacji politycznej.
Jedna sprawa nie ulegała wątpliwości: żadna z rodzin nie była w stanie sfinansować foluszu bez zaciągnięcia pożyczki.
– Musiałbym sprzedać Shockley – wyjaśnił ojciec Petera.
– A ja chętnie wyłożyłbym gotówkę – zadeklarował Godefroi – ale w obecnej sytuacji… – Wykonał wymowny gest pustych rąk.
Nie było tajemnicą, że podobnie jak wielu przedstawicieli jego klasy, rycerz z Avonsford żył na miarę swoich pokaźnych dochodów, a czasem nawet ponad stan. Nie znaczyło to jednak, że lekkomyślnie zarządzał swoimi dobrami. W czasach rozkwitu gospodarczego w pełni wykorzystywał swoją sytuację. Wzrost populacji Anglii przyniósł benefity nie tylko hodowcom owiec, ale też wszystkim rolnikom. Otwarte pola w Avonsford obsiewano teraz trzy, a nie dwa razy do roku, zaś sprzedaż pszenicy ozimej oraz jarego owsa i jęczmienia na targu w Nowym Salisbury przynosiła rycerzowi spore zyski. Nie tylko powiększył liczebność stad owiec, ale także, wzorem innych właścicieli ziemskich w regionie, zaczął eksperymentować z nowymi rasami, takimi jak długowełniste owce lincoln, dzięki czemu część jego stad produkowała obecnie szlachetną wełnę lindsey, która osiągała rekordowe ceny na rynku. W ten sposób Jocelin zadbał o to, by jego dziesięcioletni syn Hugh mógł kiedyś przejąć okazałe dziedzictwo.
Jednak gotówka to była inna sprawa. Dżentelmen musiał żyć w sposób przystający do swojej klasy. Wiedział o tym każdy, kto znał pieśni francuskich trubadurów albo czytywał coraz barwniejsze legendy o królu Arturze i jego rycerzach. Uroczystości, zamiłowanie do turniejów rycerskich, piękne nowe skrzydło z oknami zwieńczonymi ostrymi łukami, dobudowane do starego, solidnego normańskiego dworu – wszystko to nadwątliło jego zasoby.
„Mamy wiele bogactw – powiedział synowi – ale nie mamy pieniędzy”. I pod tym względem był typowym przedstawicielem szlachty.
Obaj mężczyźni rozważyli każdą możliwą opcję, nawet zwrócenie się do kupców z Cahors. „Ale oni zedrą z nas skórę”, lamentował Shockley. Dopiero po dłuższym czasie tych deliberacji Godefroi niespodziewanie wybuchnął gniewem, który tak bardzo zaskoczył Petera.
„Wszystkiemu winien jest król! – zagrzmiał. – On, te jego przeklęte zagraniczne wojaże i przeklęta zagraniczna rodzina. Wszystkich nas w końcu zrujnuje!”
W swojej niewinności Peter zawsze był przekonany, że rycerz jest wiernym sługą króla. Jednak kolejne słowa Godefroia, choć padły w gniewie, wprawiły go w osłupienie.
„Powiem ci, Shockley, ten człowiek to dzieciak. Jedyne dobre rządy mieliśmy, kiedy był małym chłopcem, a władzę sprawowali w jego imieniu regenci. Jesteśmy Anglikami. Niepotrzebni nam jego cudzoziemcy. Niepotrzebne nam jego wybryki i zbytki. Czasami myślę, że to zwykły figurant i on też nie jest nam do niczego potrzebny”.
Choć Peter zdumiał się takim bluźnierstwem przeciw pobożnemu monarsze, poglądy Godefroia podzielała zarówno szlachta, jak i magnaci. Być może król wciąż nie mógł zapomnieć o utraconych ziemiach, ale większość jego feudalnych poddanych już dawno się z ich stratą pogodziła. Magnaci gardzili zagranicznymi protegowanymi, którym powierzano kluczowe stanowiska na dworze, rycerze zaś nie cierpieli podatków _scutage_, które monarcha nakładał na magnatów, a ci obciążali nimi rycerzy. Parokrotnie, gdy baronowie uznawali finansowe żądania króla za wygórowane i nierozsądne, przypominali mu o podpisanej przez jego ojca Wielkiej Karcie Swobód, która ograniczała królewską władzę. Co prawda Godefroi nie wspomniał o tym Shockleyowi, ale słyszał pogłoskę, że kilku możnowładców zamierza narzucić królowi radę czterech, która skutecznie zarządzałaby królestwem w jego imieniu.
Synowi prowincjonalnego kupca takie idee wydawały się niezwykle śmiałe; nie miał pojęcia, co o nich myśleć. Jednego był pewien: król roztrwonił zbyt wiele pieniędzy i zaszkodził interesom jego rodziny. Wiedział, że prędzej czy później coś trzeba będzie na to poradzić. Była to najważniejsza lekcja polityki, jaką kiedykolwiek odebrał.
Dwa miesiące dłużyły się niemiłosiernie. Dąb, już ścięty na potrzeby budowy foluszu, wciąż leżał na ziemi. Na pustym placu piętrzyły się nietknięte sterty kamieni, których zwieziono tam dwie furmanki. Aż w końcu Aaron z Wilton zwołał zebranie we dworze.
– Panowie – oznajmił. – Zebrałem pieniądze. – Umilkł, a Edward Shockley dostrzegł nowe bruzdy, które ból i troska wyryły wokół jego oczu. – Ale powiem wam jedno – podjął po chwili – jeżeli król znowu nałoży na nas takie _tallages,_ będzie to ostatnia pożyczka, jakiej zdołam udzielić.
– A na jaki procent? – Godefroi doskonale wiedział, że Żydzi będą zmuszeni podnieść swoje stawki, by przetrwać.
– Uzgodniliśmy warunki – odparł Aaron powściągliwie. – Nie uległy zmianie.
Wówczas Jocelin de Godefroi udał się do garderoby, gdzie przechowywał swe najcenniejsze skarby, by po kilku chwilach wrócić z książeczką w skórzanej oprawie, którą złożył w dłoniach Aarona. Było to dzieło Geoffreya z Monmouth, we francuskim przekładzie, niegdyś należące do pradziada Jocelina.
– To na pamiątkę tego dnia – rzekł uroczyście, konstatując z zadowoleniem, że Żyd aż się rumieni z radości.
Dwa dni później do dworu przybył posłaniec, którego zaprowadzono przed oblicze rycerza. Z niskim ukłonem oznajmił, że przychodzi w imieniu Aarona z Wilton, i wręczył Godeforiowi mały pakunek.
W środku znajdowała się inna książeczka. Był to zbiorek opowiadań zatytułowany _Przypowieści lisa_, napisany przez Żyda z Oksfordu zwanego z francuska Benedict le Pointur, a Żydom znany jako Berechiah ha-Nakdan. Godefroi słyszał o tej książce, gdyż bajki te uważano za klasykę renesansu żydowskiego pisarstwa, który nastąpił w Anglii w minionym stuleciu, zanim zaczęły się sporadyczne prześladowania. Również to dzieło było przetłumaczone na francuski, a ponadto zdobione urokliwymi ilustracjami. Rycerz uśmiechnął się i mruknął: „Ten człowiek jest zbyt dumny, by przyjąć dar, nie dając niczego w zamian”. Ale książka sprawiła mu wielką przyjemność i umieścił ją wśród innych skarbów w swej garderobie.
– A teraz – rzekł wesoło do Edwarda Shockleya następnego dnia – niechaj rozpoczną się prace nad naszym foluszem.
1248
Kiedy dokładnie jego mentor Bartholomew zwrócił się przeciw niemu? Kamieniarz Osmund nie potrafił stwierdzić tego z całą pewnością, ale jego zdaniem stało się to prawdopodobnie tego dnia – mniej więcej rok po tym, jak zaczął terminować – kiedy przyniósł do kwater mularzy figurkę łabędzia, którą rzeźbił dla Jocelina de Godefroia.
Rzeźba była niewielka, wykonana z dębu, i miała zostać umieszczona w niszy na wielkich, nabijanych ćwiekami drzwiach dworu w Avonsford. Osmund pracował nad nią przez kilka dni i był bardzo dumny z efektów. Przy migotliwym blasku świec, słuchając toczonych w tle rozmów, nadawał jej ostateczne szlify.
Mularze lubili Osmunda. Był spokojny i skromny, nigdy nie wychodził przed szereg i nie odzywał się nieproszony. Kiedy jeden z mężczyzn zauważył, czym zajmuje się chłopak, przyjrzał się jego dziełu, a potem zawołał kolegów, aby i oni mogli zobaczyć, co zrobił ich młody kamrat. Wszyscy byli zachwyceni odkryciem, że Osmund ma taki talent.
– Umie rzeźbić – orzekli zgodnie. – Młody ma talent w rękach. Nauczymy cię – obiecali – rzeźbienia w kamieniu.
Właśnie wtedy przyjęli go do swego grona. Od tamtego wieczoru jego życie uległo zmianie. Starsi mularze zaczęli swobodnie z nim rozmawiać. Sam Robert, prawa ręka wielkiego Nicholasa z Ely, podchodził do niego, żeby popatrzeć, jak chłopak pracuje, i zamienić z nim kilka słów, a często któryś z mistrzów przywoływał go tam, gdzie wykonywano bardziej skomplikowane elementy, aby zapoznać go z różnymi technikami i tajnikami sztuki mularskiej.
Powoli wnikał w szeroką sieć przyjaźni i braterstwa, która oplatała cały kraj, łącząc średniowiecznych mularzy w jeden cech.
Nic dziwnego, że Bartholomew zrobił się chłodny. Był wykwalifikowanym i pracowitym, lecz niezbyt utalentowanym rzemieślnikiem, miał jednak dość wyobraźni, by dostrzec, że nowicjusz go przewyższa.
Wytykał mu więc błędy, gdzie tylko mógł, ale nie było to łatwe. Raz czy dwa, kiedy żalił się starszym mularzom na rzekomą nieudolność małego chłopca o wielkiej głowie, w ich oczach ujrzał coś, co mówiło mu, że podkopuje autorytet własny, nie Osmunda. Dlatego przestał się skarżyć. Odtąd starał się jak najmniej pomagać swemu protegowanemu, więc tym dotkliwsza była świadomość, że ten cichy młodzik coraz mniej potrzebował jego rad i wskazówek.
W ciągu kolejnych trzech miesięcy niemal zupełnie przestał odzywać się do Osmunda, a jeszcze przed Świętym Michałem zaczął potajemnie rzucać mu kłody pod nogi – czasem zostawiał kupki pyłu zmieszanego z wapnem obok jego stanowiska pracy, żeby unoszony wiatrem drażnił mu oczy, a czasem chował kawałki kamienia, które Osmund zamierzał obrabiać.
Początkowo Osmund ledwie zauważał te drobne ataki. Jednak stopniowo zaczął dostrzegać w nich pewien schemat, a ponadto zawsze, gdy przytrafiała mu się taka niedogodność, Bartholomew natychmiast pojawiał się w pobliżu, niby przypadkiem, żeby sprawdzić, jak sobie radzi. Osmund widział też kilka razy, jak tamten patrzy na niego z jawną wrogością, mimo że nie miał po temu żadnego powodu.
Czasami Bartholomew tak bardzo irytował się postępami swego podopiecznego, że nieświadomie drapał wrzód na szyi aż do krwi, a potem snuł się wokół z wyrazem udręki na podłużnej, bladej twarzy i poczerwieniałą od drapania szyją.
Osmund nie zwracał na to większej uwagi. Im dłużej terminował, tym bardziej popadał w osobliwy stan bezczasowości. Naturalnie dostrzegał przemijanie pór roku. Był świadomy, że dorasta, nabiera siły i tężyzny. Ale już nie mierzył czasu w taki sam sposób jak dawniej. Teraz jego miarą stały się postępy w rzemiośle. „Tego roku naprawdę opanowałem sztukę obróbki kamienia”, wspominał. Albo: „W tym roku nauczyłem się formować kamienie na tokarce”.
Uwielbiał długie, spokojne dni, szczególnie latem, kiedy mularze wstawali o świcie i pracowali aż do zmierzchu, z przerwami jedynie na śniadanie i obiad, a później na skromny wieczorny napitek, kiedy pierwszy dzwon wzywał księży na nieszpory.
Nadal odwiedzał Avonsford, ale żył dla swojej pracy w katedrze i ledwie dostrzegał to, co się działo w zewnętrznym świecie.
We wrześniu jego czwartego roku jeden z mistrzów mularskich przyszedł do Osmunda ze zdumiewającą wiadomością:
– Postanowiliśmy, że w drodze wyjątku przyjmiemy cię do cechu mularskiego jeszcze w tym roku. – Był to niezwykły zaszczyt, o jakim Osmund nigdy nawet nie marzył. Jego siedmioletnie, jak się spodziewał, terminowanie, miało się skończyć dopiero za trzy lata. Nawet Bartholomew mógł zostać przyjęty nie wcześniej niż w przyszłym roku. – Ale najpierw – dodał mularz – musisz przygotować dzieło, które zaprezentujesz cechowi, aby dowieść, żeś tego godny.
Osmund od razu wiedział, co przygotuje.
Podziwiał wiele dekoracyjnych detali tej majestatycznej gotyckiej katedry: doskonale ukształtowane podstawy filarów, eleganckie kapitele zdobione motywami fauny i flory, maskowate twarze wyzierające z zakamarków i narożników, wspaniałe płaskorzeźby dawnych biskupów na grobowcach przeniesionych ze starej katedry na wzgórzu zamkowym. Jednak najbardziej misternymi ze wszystkich, prawdziwym apogeum rzeźbiarskiego kunsztu, były wielkie okrągłe zworniki osadzone w sklepieniu niczym olbrzymie ozdobne ćwieki.
Przedstawiały wszelkiego rodzaju formy, lecz najwspanialsze i najbardziej wyszukane bazowały na motywach roślinnych. Długie liście, łodygi i kwiaty krzyżowały się ze sobą raz po raz, tworząc zawiłe sploty w bujnej i olśniewającej manifestacji rzeźbiarskiego kunsztu. Stworzenie takiego arcydzieła wymagało nie tylko precyzyjnego ukształtowania delikatnych listków za pomocą dłuta, lecz także żmudnego rzeźbienia pod nimi, aby warstwa po warstwie formować kamienny ornament niczym ogromny, otwarty węzeł.
– Przygotuję zwornik sklepienia – oświadczył w nagłym przypływie ambicji i wiary w siebie.
Wybrany przezeń wzór zapierał dech w piersiach. Pośrodku zwornika widniała podwójna róża podobna do tych, które widział niegdyś przy drzwiach dworu Godefroia. Obramowanie tworzył pierścień z liści bukowych, wypełniony burzą roślinnej obfitości otaczającej centralny kwiat: liście dębowe, żołędzie, sitowie, bluszcz – misterny gąszcz doskonale oddający bogactwo roślinności bujnej doliny Avonu, którą tak dobrze znał. Zwornik miał ledwie trzydzieści centymetrów średnicy, ale zawierał w sobie wszystko. Osmund pracował nad nim każdego dnia o świcie, a potem także wieczorem, przy świecy. A kiedy nadeszła pora prezentacji, wiedział, że już przy pierwszej próbie stworzył dzieło stanowiące triumf kamieniarskiego kunsztu.
Zbliżały się święta Bożego Narodzenia i niedługo miało się odbyć zebranie cechu, podczas którego miał zaprezentować swoje dzieło. Ukończył je dwa dni przed terminem i ukrył w skrzyni pod swoim małym łóżkiem w kwaterze mularskiej, gdzie przechowywał narzędzia.
Następnego dnia, gdy wrócił po pracy i otworzył skrzynię, żeby odłożyć narzędzia, okazało się, że zwornika tam nie ma.
To właśnie wtedy Osmund Mularz uległ trzeciemu z siedmiu grzechów głównych. Grzech gniewu, który nim teraz owładnął, był niepodobny do jakiegokolwiek znanego mu uczucia. Jego drobne ciało zatrzęsło się z wściekłości; czerwona mgła przed oczami zasnuła na moment wszystko, a krótkie palce tak mocno zacisnęły się na młotku i dłucie, że zbielały mu knykcie. Chciał uderzyć w stojącą przed nim pustą skrzynię, ale gniew całkowicie go sparaliżował. Wiedział z absolutną pewnością, kto zawinił.
– To musiał być Bartholomew – wymamrotał.
Cóż jednak mógł zrobić? Za trzydzieści sześć godzin miał stanąć przed cechem. A został z niczym. Obowiązujące zasady nie pozostawiały miejsca na wyjątki – musiał zaprezentować cechowi swoje dzieło albo czekać na przyjęcie do następnego roku.
Bartholomew pojawił się o zmroku i usiadł na swoim łóżku, jakby nic się nie stało. Osmund nie powiedział ani słowa. Robienie awantury nie miało sensu, ponieważ wszystkiemu by zaprzeczył, a dowodów nie było.
Patrzył, jak młody człowiek wyciąga się na łóżku. Dziś rana zdawała się mniej dokuczliwa niż zwykle, a jego twarz w blasku świecy emanowała spokojnym zadowoleniem.
Osmund spędził bezsenną noc. Wiedział, że musi jakoś rozwiązać problem przed zbliżającym się spotkaniem, ale myślał jedynie o Bartholomewie. Gniew przeniknął go do głębi i stwardniał.
Nim nastał świt, Osmund postanowił, że zabije Bartholomewa.
Sięgnął po dłuto. Wiedział, co zrobi: zada nim jeden cios – uderzy weń młotkiem, tak jakby atakował kamień – prosto w tchawicę tamtego. A co potem? Zastanowił się. Może mógłby uciec. Ale dokąd? Pokręcił głową, targany gniewem i bezsilnością.
I wtedy wpadł na pewien pomysł. Szansę na powodzenie miał nikłą, ale mógł jeszcze zdążyć. Gdy pojawiły się pierwsze promienie słońca, wstał z łóżka i oszczędziwszy Bartholomewa, wymknął się z chaty. Zimne, przejrzyste powietrze działało orzeźwiająco, a katedrę spowijała cisza. Znalazł niewielki kawałek kamienia z Chilmark, opuścił przykatedralne _close_ i ruszył w kierunku Avonsford. Poczuł, że wielki gniew przyniósł mu inspirację.
* * *
Następnego dnia wieczorem, w przestronnej izbie na piętrze gospody, mistrz mularski wpatrywał się w zamyśleniu w młodego Osmunda. Chłopak był blady. Trudno było się dziwić, skoro już od dwóch dni nie zaznał snu. Mistrz wiedział ponadto, że poprzedniego dnia Osmund nie pojawił się w pracy, a Bartholomew rozpowiadał, że chłopak nie ma odwagi stanąć przed cechem. A jednak się stawił, więc zgodnie z daną mu obietnicą należało rozważyć jego kandydaturę. Pozostali mularze, zasiadający przy długich stołach ustawionych wzdłuż trzech ścian pomieszczenia, spoglądali na młodego Osmunda wyczekująco.
– Przyniosłeś swoją pracę? – zapytał mistrz mularski.
Osmund skinął głową. Miał to w niewielkiej torbie.
– Piękny zwornik, jak sądzę?
– Nie, panie.
Mistrz zmarszczył brwi.
– To wszak nam obiecałeś.
– Zniknął, panie. Ale mam coś innego.
To nie wróżyło niczego dobrego. Może jednak nazbyt pochopnie uznali, że ten młodzieniec gotów jest na tak szybką nobilitację.
– Pokaż więc, co stworzyłeś – rozkazał.
Osmund sięgnął do torby i wyjął niewielki przedmiot. Był to posążek, wysoki na jakieś trzydzieści centymetrów, podobny do rzeźb zdobiących niektóre kapitele w katedrze. Postawił go na stole i cofnął się bez słowa.
Kiedy mistrz mularski uważnie przyjrzał się temu dziełu, szeroko otworzył oczy ze zdumienia.
Była to wyrzeźbiona podobizna Bartholomewa. Przedstawiała go z niezwykłą precyzją – od podłego, choć głupkowatego wyrazu jego długiej twarzy aż po wiecznie jątrzący się wrzód na szyi. Uchwycony był w chwili ucieczki, z głową wysuniętą triumfalnie do przodu, jakby zwyciężał w wyścigu. Wargi rozchylał w złośliwym uśmiechu, a w obu wyciągniętych rękach trzymał wielki okrągły zwornik, w którego centrum widniała maleńka róża.
W milczeniu przekazywano sobie ten posążek z rąk do rąk. Nikt nie skomentował tematu rzeźby – przekaz był aż nadto czytelny.
– Ile czasu zajęło ci wykonanie tego dzieła? – zapytał mistrz mularski.
– Dzień, panie. I noc – dodał zgodnie z prawdą.
Mistrz powiódł wzrokiem po zasiadających przy stołach mularzach. Kilku z nich uśmiechało się szeroko, a każdy, na kim mistrz zatrzymywał wzrok, kiwał głową z aprobatą.
– Witaj w naszej braci, Osmundzie Mularzu – oznajmił uroczyście mistrz cechu.
Na dźwięk tych słów grzech gniewu opuścił Osmunda Mularza tak szybko, jak wcześniej nim zawładnął, i nigdy więcej nie uderzył w niego z tak potężną mocą.
Tej nocy Osmund podniósł wzrok na monumentalną, wciąż niedokończoną katedrę i wyszeptał:
– Myślę, że będę pracował przy tej katedrze do końca życia.
1264
Gdyby powiedzieć Peterowi Shockleyowi, że w tym roku narodzi się demokracja parlamentarna, nie zrozumiałby znaczenia tego pojęcia, a gdyby mu je wyjaśnić, pewnie wybuchnąłby śmiechem. Sam pomysł był wręcz niedorzeczny.
Niewielu mieszkańców Sarum cieszyło się większym szacunkiem za swój rozsądek niż Peter. Założony przez niego i jego ojca folusz okazał się wielkim sukcesem, a rytmiczne uderzenia potężnych dębowych młotów przynosiły im niemałe bogactwo. Nie był to jedyny tego rodzaju młyn w okolicy. Inne znajdowały się w ruchliwym mieście Marlborough, czterdzieści kilometrów na północ, i w Downton, niespełna dziesięć kilometrów na południe. Jednak w samym Sarum działały wówczas tylko dwa: folusz biskupi pod miastem i ten nowy, Shockleyów, więc interes kwitł.
Peter należał do cechu kupieckiego; zyskał znaczącą pozycję w mieście, a w pasie przybyło mu parę centymetrów. Jego niebieskim oczom nie umykał żaden szczegół dotyczący młyna czy tkackich interesów i było jasne, że losy rodziny są w dobrych rękach. Był tylko jeden problem: nie ożenił się.
„To nie tak, że kobiety są mu obojętne”, żalił się stary Edward. Nieraz mu przychodziło dyskretnie zażegnywać konflikty z ojcami dziewcząt z miasta, z którymi zadawał się jego syn, a w jednym przypadku musiał zapłacić pokaźną kwotę rozwścieczonemu mężowi.
Ilekroć ojciec poruszał ten temat z synem, Peter tylko się śmiał i mówił: „Ożenię się, ojcze, gdy będę gotów. Nie jestem wszak jeszcze taki stary”.
Wyglądało więc na to, że Peter już zawsze wiódł będzie samotne życie w prężnie rozwijającym się nowym mieście.
A jednak w 1264 roku wszystko się zmieniło.
Podwaliny pod niezwykłe wydarzenia tamtego roku powstały już wcześniej, a do kłopotów znowu doprowadziły zagraniczne uwikłania króla Henryka. Tym razem to papież wciągnął go w kosztowne tarapaty.
Nagrodą miało być bogate południowe królestwo Sycylii, które papież, w ramach jednego z licznych zmiennych sojuszy tamtych czasów, obiecał Henrykowi dla jego syna Edmunda, jeżeli Henryk poprowadzi tam świętą wojnę. Sycylia leżała daleko, a dynastia Hohenstaufów, którą papież próbował w ten sposób odsunąć od władzy, miała mocną pozycję. Nawet brat Henryka, Ryszard z Kornwalii, daleko bardziej roztropny mąż stanu niż król, ostrzegał, że to niedorzeczny pomysł. Ale Henryk, jak zwykle, dał się porwać wizji, a gdy wkrótce potem Ryszardowi z Kornwalii zaoferowano tron Niemiec, Henryk zaczął marzyć o wspaniałym nowym sojuszu między sobą, równie jak on pobożnym królem Ludwikiem z Francji oraz nowym niemieckim monarchą, czyli swoim bratem Ryszardem. Snuł wizję chrześcijańskiej konfederacji, jakiej Europa nie widziała od wielu stuleci. Z wielkim zapałem, jakby planował wspaniałą nową ceremonię dworską, rzucił się w wir zdumiewających zabiegów dyplomatycznych. Zawarł pokój z Ludwikiem, wyrzekając się wreszcie wszelkich roszczeń, które od lat zgłaszał wobec Francji, a na dodatek poślubił córkę króla Kastylii, orędownika wypraw krzyżowych, a także złożył papieżowi obietnice hojnej pomocy w sprawie sycylijskiej – obietnice finansowego wsparcia, których nie mógł spełnić.
Tego rodzaju plan był dla niego typowy, a jego podstawę stanowiło to, czego każdy rozsądny angielski możnowładca lub szlachcic najbardziej się obawiał – zagraniczna intryga z niemal nieograniczonym budżetem i całkowitym brakiem szans na powodzenie.
„Kolejna szaleńcza wyprawa! – grzmiał Godefroi przed swoją rodziną. – Walijczycy się burzą, królestwo jest źle zarządzane, król już teraz tonie w długach – Bóg jeden wie, że wystarczająco dużo jest do zrobienia tutaj”.
Wkrótce sytuacja jeszcze się pogorszyła. Henryk złożył tak ogromne obietnice dotyczące prowadzenia tej świętej wojny, że papież zagroził mu ekskomuniką i ponownym nałożeniem interdyktu na cały kraj, jeśli danego słowa nie dotrzyma.
Już od dawna możni doskonale wiedzieli, że biedny Henryk nie nadaje się do rządzenia. Nawet mniej znaczący ludzie, jak Godefroi, nie mieli co do tego wątpliwości. Jednakże jego ostatni wybryk był kroplą, która przelała czarę goryczy. Fatalna pozycja króla dała im również okazję do działania. I tak w 1258 roku opracowali prowizje oksfordzkie, które stanowiły znaczące rozszerzenie Wielkiej Karty Swobód. Oznajmili Henrykowi, że jeśli chce zyskać ich wsparcie w sycylijskiej sprawie, w którą był uwikłany, to musi przystać na ich warunki. A były one upokarzające. Miała bowiem powstać stała rada, w skład której weszliby angielscy magnaci oraz bliscy współpracownicy króla, w większości podejrzewani o nieczyste intencje cudzoziemcy z rodu Lusignanów powiązanego z jego matką. Rada ta miała wyznaczać głównych urzędników państwowych, a w rezultacie rządzić królestwem w jego imieniu. Henryk, który znajdował się w rozpaczliwej sytuacji finansowej, musiał ustąpić.
Na czele tego ruchu stał jeden z najbardziej osobliwych i kontrowersyjnych bohaterów w dziejach Anglii: Szymon z Montfort.
Ten założyciel „matki parlamentów” wcale nie był Anglikiem: pochodził z Francji, z jednego z najznamienitszych rodów Île-de-France. W najmniejszym stopniu nie interesowały go demokratyczne rządy. Był magnatem. Przed dwudziestoma laty wywołał skandal, poślubiając niedawno owdowiałą siostrę Henryka, która miała wstąpić do klasztoru – zdaniem króla Szymon ją uwiódł. Obecnie bardziej zajmował go niekończący się proces o posag żony – którego Henryk wciąż nie wypłacił – niż kwestia angielskiego parlamentu.
On nawet nie lubił Anglików: jawnie ich nie szanował i podzielał zdanie surowego Grosseteste’a, że narodowe morale należy uzdrowić, choćby siłą. Był zwolennikiem rygorystycznej dyscypliny wojskowej i gardził nieudolnymi kampaniami Henryka, czego nie omieszkał oznajmić królowi w słowach tak dosadnych, że król aż się skrzywił. Był intelektualistą i pozbawionym taktu despotą: europejski wielki pan, który widział, że Henryk nie ma pojęcia, jak rządzić swoim królestwem, i nie mógł się oprzeć pokusie przejęcia tej roli.
Montfort miał niespożytą energię, wyjątkowe umiejętności i nieprzeciętną charyzmę, a w przeciwieństwie do biednego Henryka wiedział, czego chce. Przemknął przez dzieje Anglii niczym przecinający niebo meteor.
W ciągu zaledwie kilku miesięcy w 1258 roku przeformułował cały system rządzenia. W imieniu króla postanowiono, że parlamenty złożone z baronów i rycerzy należy zwoływać trzy razy do roku, a królewscy szeryfowie będą wybierani spośród miejscowych, przy czym ich władza zostanie ograniczona jednoroczną kadencją. Rozpoczęto szeroko zakrojony program lokalnych reform. A wszystko to nie z powodu swego oddania jakiejkolwiek idei, lecz dlatego, że dostrzegł, iż dla niezależnych mieszkańców północnej wyspy ten system sprawdzi się najlepiej.
W październiku 1258 roku we wszystkich sądach hrabstwa odczytano proklamację w językach łacińskim, francuskim i angielskim, następnie zaś, w imieniu króla i wspólnoty królestwa, nie tylko każdy baron i rycerz, ale też każdy wolny człowiek musiał złożyć przysięgę wierności nowemu rządowi.
Tego dnia Peter Shockley towarzyszył Godefroiowi i jego synowi, a wspomnianą przysięgę złożył zaraz po nich.
„Teraz wreszcie doczekamy się sprawnych rządów za nasze pieniądze”, zwrócił się do niego syn Godefroia, uśmiechając się pokrzepiająco.
„A Montfort? Jakim jest człowiekiem?” – zapytał kupiec, a wtedy uśmiechnął się starszy Godefroi.
„To arogancki drań – mruknął konspiracyjnie. – Ale skuteczny”.
Ironia tej sytuacji wyszła na jaw niedługo później, gdy papież zmienił zdanie i postanowił przekazać Sycylię komuś innemu. Chyba nikogo w Anglii, oprócz samego króla, taki obrót spraw nie zaskoczył. Henryk oddał swoje królestwo Szymonowi z Montfort i jego radzie zupełnie na próżno.
Jednak przysięga została już złożona.
„Teraz król musi stosować się do prowizji – stwierdził Godefroi. – Nie ma odwrotu. Sprawa przesądzona”.
Mylił się. Potężne siły, prądy dziejowych przemian, które ostatecznie rozerwały misterną tkankę średniowiecznego społeczeństwa, przez cały czas działały w tle.
Wydarzenia, które nastąpiły w ciągu następnych czterech lat, przypominały skomplikowany rytualny taniec, w którym wszystkie kroki były wykonywane zgodnie z najlepszymi tradycjami feudalnego porządku.
Początkowo zdawało się, że syn Henryka, przy wsparciu Szymona z Montfort, wywoła bunt i przejmie tron. Jednak potem ojciec i syn się pogodzili, a Henryk zwrócił się do papieża, aby ten unieważnił znienawidzone prowizje, które wiązały mu ręce. Papież przychylił się do jego prośby, a wtedy Montfort, zniesmaczony, udał się na wygnanie. Henryk natychmiast wrócił do swoich dawnych zwyczajów, wypełniając dwór obcokrajowcami i lekceważąc magnatów. Jak można się było spodziewać, baronowie znowu wezwali Montforta i wszczęli bunt. Sytuacja zmieniała się niemal z miesiąca na miesiąc: raz górę brała frakcja królewska, innym razem dominowali rebelianci. Kraj był na skraju wojny domowej, ale nie dochodziło jeszcze do rozlewu krwi.
Chociaż te wielkie wydarzenia były istotne w skali całego kraju, nie zakłóciły zanadto spokoju Sarum. Lokalni magnaci, tacy jak Basset i Longspée’owie, mieli poglądy umiarkowane lub opowiadali się za królem. A kiedy w 1261 roku szeryf zaczął skłaniać się w stronę frakcji Montforta, został czym prędzej zastąpiony przez jednego z ludzi króla, Ralpha Russella, który miał także obsadzić zamek garnizonem. Po raz pierwszy od wielu lat mieszkańcy Sarum ponownie odczuli złowrogi majestat górującego nad nimi starego zamku. Nowe miasto ogarnął niepokój, lecz pozostało bierne.
Godefroi wyraził odczucia większości ludzi, stwierdzając stanowczo: „Nikt nie chce wojować z królem. Musimy jednak znaleźć rozwiązanie”. Pytanie brzmiało, jak tego dokonać.
W 1263 roku znaleziono sposób. Obie strony zgodziły się na arbitraż.
Na sędzię rozjemczego wybrano króla Francji Ludwika IX Świętego.
Lepszego kandydata, jak się zdawało, być nie mogło: pobożny król-krzyżowiec, uosobienie wzoru feudalnego władcy i orędownik pokoju obecnie związany z Anglią traktatami przyjaźni. Ponadto Henryk złożył mu, formalnie rzecz biorąc, hołd lenny za ostatnią francuską prowincję, jaka pozostała w jego rękach – bogaty w winnice region Gaskonii na południowym zachodzie – więc w pewnym sensie Ludwik był lennym panem króla Anglii.
I tak, w święta Bożego Narodzenia 1263 roku, francuski król Ludwik szykował się do rozpoznania sprawy między królem Anglii a dużą grupą jego poddanych.
* * *
Dla Petera Shockleya kryzys 1264 roku, który całkowicie odmienił jego losy i niemal zniszczył rodzinę jego przyjaciół Godefroich, rozpoczął się w foluszu ostatniego dnia stycznia.
Tego roku wiosna przyszła do Sarum bardzo wcześnie, a wezbrana rzeka rwącym nurtem mijała młynówkę.
Późnym popołudniem do młyna zawitał młody Hugh de Godefroi, aby omówić z Peterem sprzedaż przyszłorocznej wełny, i obaj mężczyźni stali na dworze w chłodnym, wilgotnym powietrzu, pogrążeni w rozmowie, kiedy nadjechał Jocelin.
Rycerz z Avonsford, choć już się starzał, nadal był imponującą i onieśmielającą postacią. Siedział na koniu wyprostowany tak dumnie, jakby zaraz miał stanąć w szranki. Jego jastrzębia twarz o głęboko wyrytych drwiących rysach, teraz otoczona stalowoszarymi włosami, złagodniała w uśmiechu na widok syna i Petera Shockleya. Jocelin był dumny ze swego potomka.
Hugh zbliżał się do trzydziestki i był wysokim, przystojnym mężczyzną o kruczoczarnych włosach i odziedziczonych po ojcu wyrazistych rysach twarzy. Poślubił córkę rycerza z Devonshire, która dała mu dziecko, zanim zmarła, pokonana gorączką. Powszechnie sądzono, że wkrótce znów się ożeni. Od osiemnastego roku życia, ku zachwytowi Jocelina, wyróżniał się w licznych turniejach, zyskując uznanie samego księcia Edwarda, pasjonata rycerskich pojedynków i następcy angielskiego tronu. Herb Godefroich – biały łabędź na czerwonym tle – wzbudzał obecnie pomruk oczekiwania wśród tłumów na trybunach i niepokój u rywali. Minionego lata Jocelin, już owdowiały, przekazał prowadzenie majątków synowi, a sam oddawał się lekturze ksiąg i codziennym przejażdżkom po swoich rozległych włościach. Tego ranka wracał właśnie ze starego labiryntu na wzgórzu, który odnawiał, i był w doskonałym humorze.
Trzej mężczyźni tworzyli przyjemny kontrast: z jednej strony Godefroiowie, których dostojne maniery jednoznacznie zdradzały przynależność do rycerskiego stanu – nawet powitania wymieniali w wytwornej francuszczyźnie – a z drugiej Shockley, ich przyjaciel i wspólnik w interesach, człowiek o szerokiej twarzy i krzepkiej posturze, kupiec w każdym calu.
– A kiedyż to wreszcie się pożenicie? – Było to pytanie, które Jocelin zwykł zadawać każdemu z nich, ilekroć ich widział. Brzmiało jak żart, ale obaj dobrze wiedzieli, że pyta poważnie. Pragnął, by jego syn znowu się ustatkował, ale chciał też zobaczyć wnuka swego starego przyjaciela Edwarda Shockleya, który już dawno przestał wypytywać syna o takie plany.
Nim jednak którykolwiek z nich zdążył znaleźć jakąś wymówkę, ich spotkanie przerwał niespodziewany widok: pędzący ku nim wóz. Powoził nim stary Edward Shockley – kruchy i zgarbiony, ale z wyrazem nieugiętej determinacji na twarzy. Raz po raz gorączkowo smagał konia batem, a stary wóz, nienadający się do tak szybkiej jazdy, zbliżał się do nich w szaleńczym tempie, podskakując na wybojach. Kaptur zsunął mu się na plecy, a kosmyki śnieżnobiałych włosów sterczały wokół jego łysiny niczym aureola. Gdy wóz zatrzymał się gwałtownie, Edward wykrzyknął:
– Król Francji opowiedział się za Henrykiem! Montfort jest skończony, a prowizje przepadły.
Faktem jest, że Ludwik nie wahał się ani chwili. Sprawa, którą rozpatrywał w Amiens, gdzie król Anglii stawił się osobiście, była dla niego zupełnie oczywista. Nawet nie brał pod uwagę kompromisu, który mógłby zażegnać konflikt. Oświadczył, że papież słusznie odrzucił zbuntowanych baronów i że nikt nie powinien lekceważyć takiej duchowej władzy. Przyznał, że Henryk ma pełne prawo postępować w swoim królestwie wedle własnej woli i wybierać sobie takich przyjaciół oraz ministrów, jakich zechce, czy to się baronom spodoba, czy nie. Podkreślił, że są to zwyczajowe prawa wszystkich królów. Wyrok był kompleksowy, konserwatywny i zgodny z feudalnym porządkiem, a przy tym gorszy, niż obawiali się angielscy buntownicy.
Czterej mężczyźni wymienili spojrzenia. Żaden z nich nie miał wątpliwości co do powagi kryzysu. Arbitraż był ostateczny – stanowił jedyną możliwość pokojowego rozwiązania.
Milczenie przerwał w końcu Jocelin.
– Muszą się podporządkować.
Obaj Shockleyowie spojrzeli na niego ze zdumieniem, ale to Hugh, mówiąc po angielsku, głośno zaprotestował:
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki