Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Sarum. Tom 2 - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
6 maja 2026
5099 pkt
punktów Virtualo

Sarum. Tom 2 - ebook

Kontynuacja monumentalnej sagi o Anglii ukazująca jej burzliwe dzieje na przestrzeni dziesięciu tysięcy lat.

Drugi tom obejmuje część Nowe Sarum i koncentruje się na losach Salisbury od chwili przeniesienia miasta ze wzgórza do nowej lokalizacji, gdzie wyrasta potężna katedra i rodzi się nowa miejska tożsamość.

Śledząc dzieje rodów Porteusów, Wilsonów, Shockleyów, Masonów, Godfreyów, Moodych i Barnikelów obserwujemy kluczowe momenty w historii kraju. Reformacja, wojny domowe, rozwój parlamentaryzmu, ekspansja kolonialna oraz rewolucja przemysłowa stanowią tło dla osobistych dramatów, namiętności i walki o wpływy. Z biegiem stuleci zmienia się nie tylko krajobraz miasta, lecz także mentalność jego mieszkańców.

To opowieść o ambicji, wierze i społecznych przemianach, które kształtują nowoczesne państwo, a zarazem panoramiczna, pełna pasji i historycznej precyzji narracja potwierdzająca mistrzostwo autora w tworzeniu wielowątkowych epickich historii.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Esej
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8382-900-5
Rozmiar pliku: 4,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Dzie­sięć dni póź­niej Peter Shoc­kley sta­nął przed sądem bisku­pim. Oskar­żony i natych­miast uznany win­nym zakłó­ce­nia porządku na targu oraz wybi­cia okna w kościele został ska­zany na spę­dze­nie całego poranka w dybach.

– Przy­kro mi z powodu twego syna – powie­dział póź­niej rządca do Edwarda Shoc­kleya – ale nie mogę czy­nić żad­nych wyjąt­ków.

Zemsta kupca z Wil­ton była satys­fak­cjo­nu­jąca, ale jesz­cze daleka od zakoń­cze­nia.

Kara zaku­cia w dyby była dość nie­prze­wi­dy­walna. Jeden spę­dzał w nich cały dzień i wycho­dził bez szwanku, inny – jeśli nie cie­szył się dobrą repu­ta­cją – bywał obrzu­cany czym popa­dło. Z rękami i głową uwię­zio­nymi w cięż­kim drew­nia­nym jarz­mie nie mógł się bro­nić, więc koń­czył pora­niony i posi­nia­czony. Naj­gor­sze jed­nak było upo­ko­rze­nie i kiedy Edward Shoc­kley usły­szał ten wyrok, ogar­nęła go wście­kłość.

– Zhań­bi­łeś rodzinę! – grzmiał. – Będziesz pra­co­wał w folu­szu, ale przy­się­gam na Boga, nie dam ci nim zarzą­dzać.

Następ­nego ranka, gdy dwóch ludzi rządcy wypro­wa­dziło Petera Shoc­kleya i zakuło go w dyby, zda­wało mu się, że całe jego życie, które jesz­cze przed dwoma mie­sią­cami jawiło się jako pełne obiet­nic, teraz legło w gru­zach. „Stra­ci­łem młyn – pomy­ślał ponuro – i stra­ci­łem Ali­cię”. Spo­glą­da­jąc przed sie­bie ponad pla­cem tar­go­wym, wyobra­ził ją sobie w ramio­nach ryce­rza z Win­che­steru i oczy zaszły mu łzami. Jakiś uliczny łobuz, nie tyle zło­śli­wie, ile dla zabawy, rzu­cił w niego jabł­kiem, które tra­fiło go w usta, kale­cząc wargę. Jesz­cze ni­gdy nie czuł się tak samotny.

A jed­nak ten nie­chlubny dzień przy­niósł mu jed­nego nie­ocze­ki­wa­nego przy­ja­ciela.

Póź­nym ran­kiem poczuł obok sie­bie czy­jąś obec­ność. Drew­niane jarzmo na szyi nie pozwa­lało mu odwró­cić głowy, ale zdo­łał dostrzec stopy w pro­stych san­da­łach i skra­wek sza­rego przy­bru­dzo­nego habitu. To go prze­ko­nało, że jego towa­rzy­szem jest fran­cisz­ka­nin.

Za jego życia miesz­kańcy Sarum przy­wy­kli do widoku braci nale­żą­cych do dwóch zako­nów: domi­ni­ka­nów – odzia­nych w czarne habity kazno­dzie­jów i inte­lek­tu­ali­stów, któ­rzy osie­dli opo­dal Wil­ton, oraz sza­rych braci, naśla­dow­ców jed­nego z naj­now­szych świę­tych – Fran­ciszka z Asyżu. W prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści księży i mni­chów sza­rzy bra­cia żyli w pro­sto­cie, pra­cu­jąc wśród bied­nych i odda­jąc się zwy­kłym, codzien­nym obo­wiąz­kom, czym już zyskali sobie sza­cu­nek miesz­kań­ców Salis­bury. Kiedy przed pięt­na­stoma laty do Sarum przy­była pierw­sza grupa z Włoch, biskup ofia­ro­wał im skromny dom przy St. Ann Street, tuż poza tere­nami przy­ka­te­dral­nymi. Król także był uspo­so­biony do nich przy­chyl­nie.

Choć Peter sły­szał o fran­cisz­ka­nach, ni­gdy wcze­śniej z żad­nym nie roz­ma­wiał, więc teraz przy­pa­try­wał się z cie­ka­wo­ścią, jak szara postać okrąża dyby, by sta­nąć naprze­ciw niego.

Był to młody męż­czy­zna – nie­wiele star­szy od niego samego – o ciem­nych wło­sach i gładko ogo­lo­nej, zie­mi­stej twa­rzy.

– Co cię spro­wa­dziło w te dyby? – zapy­tał z sil­nym wło­skim akcen­tem.

– Moje grze­chy – odparł Peter ponuro. – I dziew­czyna – dodał. – A cie­bie?

Młody mnich się uśmiech­nął, odsła­nia­jąc równe białe zęby.

– Te same dwa powody – roze­śmiał się. – Jestem brat Gio­vanni. – I nie cze­ka­jąc na zapro­sze­nie, usiadł na ziemi przed dybami. – Co ci się przy­da­rzyło? – zacie­ka­wił się.

Pyta­nie było życz­liwe, a Peter i tak nie miał lep­szego zaję­cia, więc opo­wie­dział mni­chowi całą swoją histo­rię: o folu­szu, o tym, jak stra­cił Ali­cię, i o nocy, gdy wybił okno.

– Naj­za­baw­niej­sze jest to – wyznał – że cho­ciaż byłem pijany, to nie pamię­tam, abym rzu­cał czym­kol­wiek w okno kościoła.

Mnich nic na to wszystko nie powie­dział, ale już samo jego pogodne uspo­so­bie­nie koiło Petera i wkrótce obaj zaczęli ze sobą swo­bod­nie roz­ma­wiać. Gio­vanni opowie­dział mu o swoim życiu we Wło­szech, spę­dzo­nym w rodzi­nie kupiec­kiej, która przy­po­mi­nała Pete­rowi jego wła­sną. Młody Shoc­kley nawet nie zauwa­żył, kiedy minęła ponad godzina i nie spo­tkał go żaden nie­przy­jemny incy­dent.

– Naj­gor­sze w tym wszyst­kim – stwier­dził Peter – że mój ojciec mi tego nie wyba­czy. Mówi, że zhań­bi­łem rodzinę.

– Wyba­czy – zapew­nił go mnich. – Daj mu tro­chę czasu.

– Jak mogę go udo­bru­chać? – zapy­tał Peter.

– Haruj jak wszy­scy dia­bli – odparł Gio­vanni, szcze­rząc zęby w uśmie­chu.

W końcu jeden z braci zakon­nych zawo­łał swego przy­ja­ciela i Peter znów został sam.

Słońce na­dal powoli pięło się po nie­bie. Na czole Petera poja­wiły się kro­pelki potu, ale tar­go­wi­sko żyło swo­imi spra­wami i choć przy dybach krę­cili się ludzie, nikt nie zwra­cał na niego naj­mniej­szej uwagi.

Zbli­żało się połu­dnie, gdy ujrzał wkra­cza­ją­cego na plac Wil­liama atte Brigge.

Kupiec ruszył powoli w stronę dybów, roz­glą­da­jąc się ukrad­kiem. Peter zauwa­żył, że w jed­nej ręce trzyma kosz zgni­łych warzyw, a w dru­giej rzepę. I że uśmie­cha się pod nosem. Dwóch małych chłop­ców, odga­du­jąc jego zamiary, dołą­czyło do niego.

Odkąd dostał jabł­kiem w usta, niczym wię­cej w niego nie rzu­cano. Obec­ność mni­cha odstra­szała łobu­zów i znie­chę­cała do ich zwy­kłej zabawy w obrzu­ca­nie czym bądź ofiary zaku­tej w dyby.

Jed­nak Wil­liam, kipiący nie­na­wi­ścią do Shoc­kleyów, naj­wy­raź­niej zamie­rzał dopil­no­wać, by przed otwar­ciem dybów w połu­dnie gawiedź zaba­wiła się tro­chę kosz­tem nie­szczę­śnika.

Gdy zna­lazł się wystar­cza­jąco bli­sko, posta­wił swój koszyk na ziemi i gestem zachę­cił dwóch urwi­sów, aby wybrali sobie coś z jego zawar­to­ści. Chwilę póź­niej Peter dostał w twarz wielką kapu­stą, a obaj chłopcy ryk­nęli trium­fal­nym śmie­chem.

Zgniłe warzywa nie mogły zro­bić mu więk­szej krzywdy, ale Peter nie spusz­czał oka z rzepy, którą trzy­mał Wil­liam. Było w niej coś dziw­nego i nagle zro­zu­miał co: w jej środku tkwił wielki kawał krze­mie­nia o kra­wę­dziach ostrych jak brzy­twa.

Peter wytrzesz­czył oczy ze zgrozy. Otwo­rzył usta, by wzy­wać pomocy, ale nim z jego gar­dła wydo­był się krzyk, ujrzał, jak kupiec z Wil­ton napina się niczym sprę­żyna i z całej siły rzuca w niego ten strasz­liwy pocisk.

Shoc­kley ude­rzył tyłem głowy o górną część dybów, gdy instynk­tow­nie pró­bo­wał się odchy­lić. Skrzy­wił się i mocno zaci­snął oczy. Usły­szał głu­chy łomot i krzyk. Ale nie poczuł bólu. Czyżby Wil­liam chy­bił?

Kiedy otwo­rzył oczy, ujrzał ze zdu­mie­niem, że jakiś metr przed nim młody mnich usi­łuje dźwi­gnąć się z ziemi. Z wiel­kiej rany na czole wypły­wał stru­mień krwi. W tle widział, jak Wil­liam chwyta swój kosz i rzuca się do ucieczki.

Jakim cudem zakon­nik zauwa­żył, co się dzieje, i zdo­łał zna­leźć się na dro­dze lecą­cego kamie­nia – Peter ni­gdy się nie dowie­dział.

– Czemu to zro­bi­łeś? – zapy­tał ze zdu­mie­niem.

Młody Gio­vanni spoj­rzał na niego ze smut­kiem.

– Nikt ci nie mówił, że fran­cisz­ka­nie są tro­chę pro­sto­duszni? – wyszep­tał i osu­nął się bez czu­cia na zie­mię.

Kilku męż­czyzn, któ­rzy byli świad­kami tego zda­rze­nia, spoj­rzało z odrazą za umy­ka­ją­cym kup­cem. Dwóch z nich porzu­ciło swoje stra­gany i pod­bie­gło, by pomóc mni­chowi się pod­nieść, a trzeci poszedł wezwać bisku­piego rządcę.

Kilka minut póź­niej Peter był wolny.

Następ­nego dnia wraz z ojcem udali się do domu braci fran­cisz­ka­nów. Gio­vanni już zdą­żył sta­nąć na nogi, mimo głę­bo­kiej, poszar­pa­nej rany na czole, po któ­rej bli­zna miała mu zostać do końca życia. Mimo to zacho­wał pogodę ducha.

– Pogo­dzi­łeś się już z ojcem? – zapy­tał.

Peter Shoc­kley ni­gdy nie był zbyt reli­gijny, ale przez resztę życia regu­lar­nie wspie­rał dat­kami fran­cisz­ka­nów z Nowego Salis­bury.

Cho­ciaż odzy­skał względy ojca, następ­nej wio­sny pra­wie stra­cił swój folusz.

Nowe nie­szczę­ście, które nie­mal zni­we­czyło plany Shoc­kleyów, ledwo roz­po­częto budowę młyna, było jedy­nym wypad­kiem, któ­rego ani Gode­froi, ani Edward Shoc­kley w ogóle nie brali pod uwagę.

Winę pono­sił król Hen­ryk III, a wyda­rze­nia, które do owego nie­szczę­ścia dopro­wa­dziły, w naj­mniej­szym stop­niu nie doty­czyły Sarum.

Korze­nie pro­blemu tkwiły we Fran­cji. Nie­mal wszyst­kie nie­szczę­ścia, które pod­czas dłu­gich pięć­dzie­się­cio­sze­ścio­let­nich rzą­dów Hen­ryka nie­jed­no­krot­nie przy­no­siły mu wstyd, były wyni­kiem jego upodo­ba­nia do knu­cia poli­tycz­nych intryg po dru­giej stro­nie Kanału – była to skłon­ność, któ­rej nie podzie­lał nie­mal żaden z jego pod­da­nych. Można to jed­nak zro­zu­mieć. Król nie potra­fił zapo­mnieć o wiel­kim impe­rium w zachod­niej Fran­cji, któ­rym wła­dał jego dziad, Hen­ryk II, a które jego ojciec, Jan, utra­cił. Nie chciał pogo­dzić się z myślą, że Nor­man­dia prze­pa­dła. A gdy kilka lat wcze­śniej nowy król Fran­cji, Ludwik, zajął pro­win­cję Poitou nad Atlan­ty­kiem, któ­rej Hen­ryk na­dal był – przy­naj­mniej nomi­nal­nym – władcą, sytu­acja jesz­cze bar­dziej się zaogniła. Hen­ryk posta­no­wił odzy­skać swoje potężne dzie­dzic­two.

Aby w pełni pojąć praw­dziwy stan rze­czy, należy pamię­tać, że wielka poli­tyka śre­dnio­wiecz­nej Europy wciąż cał­ko­wi­cie opie­rała się na struk­tu­rach feu­dal­nych. Choć w cza­sach pokoju angiel­scy han­dla­rze wełny oraz fla­mandzcy i wło­scy tka­cze pod­no­sili zamoż­ność swo­ich kra­jów na nowe wyżyny, kró­le­stwa i pro­win­cje euro­pej­skie, na któ­rych tere­nie dzia­łali, były sple­cione sie­cią wię­zów rodzin­nych. Sieć ta zda­wała się nie mieć końca. Roz­po­ście­rała się na cały kon­ty­nent niczym ogromna, misterna paję­czyna, a zmienne ambi­cje i soju­sze kró­lew­skich rodów nie­jed­no­krot­nie przy­ćmie­wały wszel­kie inne kwe­stie, takie jak pokój, dobro­byt, a nawet zdrowy roz­są­dek.

Nikt nie sta­no­wił lep­szego przy­kładu tej zagma­twa­nej sytu­acji niż angiel­ski król Hen­ryk III. Jego druga żona była córką hra­biego Pro­wan­sji, tej sło­necz­nej kra­iny na połu­dniu Fran­cji, będą­cej kolebką tru­ba­du­rów i min­streli. Jego matka Iza­bela, po śmierci męża, króla Jana, wró­ciła do Fran­cji, zerwała zarę­czyny wła­snej córki z Hugo­nem X de Lusi­gnan, głową potęż­nego rodu z Poitou – w któ­rego ojcu była nie­gdyś zako­chana – po czym sama poślu­biła nie­do­szłego zię­cia. Hen­ryk był ponadto kuzy­nem króla Ara­go­nii, który rościł sobie prawa do połu­dnio­wej Fran­cji, oraz szwa­grem cesa­rza nie­miec­kiego, który pra­gnął osła­bić Fran­cję i pod­po­rząd­ko­wać sobie pół­nocne Wło­chy.

Dla nich wszyst­kich – i wielu innych – Hen­ryk był tylko pion­kiem w ich roz­gryw­kach.

W 1242 roku wyru­szył na wyprawę, która – nawet jak na jego wyjąt­kowe stan­dardy nie­kom­pe­ten­cji – oka­zała się jed­nym z naj­bar­dziej nie­udol­nych i bez­ce­lo­wych posu­nięć w trak­cie jego dłu­giego pano­wa­nia. Wszystko zaczęło się, jak zwy­kle, od zawi­łej intrygi – tak zawi­łej, że chyba żadna z wplą­ta­nych w nią stron nie była w sta­nie jej pojąć. Plan zakła­dał, że władcy regio­nów połu­dnio­wych Fran­cji, przy wspar­ciu króla Ara­go­nii, Lusi­gna­nów, a nawet cesa­rza nie­miec­kiego, wypę­dzą króla Fran­cji z regio­nów połu­dniowo-zachod­nich, z któ­rych część miała następ­nie zostać zwró­cona Hen­ry­kowi. Całe to przed­się­wzię­cie było absur­dalne do tego stop­nia, że część jego uczest­ni­ków zawarła trak­taty z kró­lem Ludwi­kiem, zanim przy­stą­piono do reali­za­cji samego planu.

Magnaci angiel­scy, dobrze już zna­jąc dyplo­ma­tyczne „talenty” Hen­ryka, odmó­wili uczest­nic­twa w jego wypra­wie, w zamian uisz­cza­jąc należny w tej sytu­acji poda­tek _scu­tage_, zwal­nia­jący ich od służby woj­sko­wej. Hen­ryk ścią­gnął jesz­cze dodat­kowe podatki _tal­la­ges_ od Żydów i wyru­szył na połu­dnie. Jego tam­tejsi sojusz­nicy, mając rów­nie trafne wyobra­że­nie o kró­lew­skich talen­tach woj­sko­wych, nie kwa­pili się zbyt­nio do pomocy, ale skwa­pli­wie przy­jęli kró­lew­skie pie­nią­dze, któ­rych Hen­ryk już ni­gdy wię­cej nie zoba­czył. Kam­pa­nia wojenna speł­zła na niczym nie­mal natych­miast po jej roz­po­czę­ciu. Król wró­cił do Anglii. W ciągu zale­d­wie kilku mie­sięcy stra­cił bajoń­ską na tamte czasy sumę czter­dzie­stu tysięcy fun­tów, niczego nie zysku­jąc w zamian. I jak zwy­kle jego skar­biec znów świe­cił pust­kami.

W 1244 roku w Lon­dy­nie nastą­piło dru­gie – z pozoru zupeł­nie nie­zwią­zane z pla­nami Gode­froia i Shoc­kleyów – zda­rze­nie.

Na cmen­ta­rzu przy Kościele św. Beneta zna­le­ziono zwłoki dziecka, a wkrótce zaczęto powta­rzać nie­do­rzeczne pogło­ski, że na jego ciele wycięto hebraj­ski napis. Choć był to czy­sty absurd, kano­nicy Kate­dry św. Pawła przy­jęli te twier­dze­nia za prawdę, a dziecko pocho­wano przy głów­nym ołta­rzu.

Dla króla był to praw­dziwy dar losu. Oczy­wi­ście, że winni musieli być Żydzi. Nało­żył więc na nich grzywnę – trzy­krot­nie wyż­szą niż naj­wyż­szy z dotych­cza­so­wych podat­ków i dwa­na­ście razy wyż­szą od zwy­kłej rocz­nej stawki – sześć­dzie­siąt tysięcy marek. Zbie­giem oko­licz­no­ści, jako że marka miała war­tość dwóch trze­cich funta, sta­no­wiło to aku­rat czter­dzie­ści tysięcy fun­tów.

Pod koniec tego roku Aaron przy­szedł do Gode­froia i Edwarda Shoc­kleya i powie­dział:

– Nie wiem, czy mogę zagwa­ran­to­wać wam dal­szą pożyczkę. Sam jestem nie­mal zruj­no­wany.

Przez tydzień pano­wała cisza w tej spra­wie. Wia­domo było jed­nak, że spo­łecz­no­ści żydow­skie na całej wyspie roz­pacz­li­wie szu­kały spo­so­bów na zapła­ce­nie tej nie­do­rzecz­nej kwoty.

Po tygo­dniu Gode­froi i Shoc­kley­owie posta­no­wili zwo­łać zebra­nie, które na zawsze wyryło się w pamięci Petera. To wła­śnie wtedy usły­szał słowa ryce­rza, które wpra­wiły go w zdu­mie­nie i stały się począt­kiem jego edu­ka­cji poli­tycz­nej.

Jedna sprawa nie ule­gała wąt­pli­wo­ści: żadna z rodzin nie była w sta­nie sfi­nan­so­wać folu­szu bez zacią­gnię­cia pożyczki.

– Musiał­bym sprze­dać Shoc­kley – wyja­śnił ojciec Petera.

– A ja chęt­nie wyło­żył­bym gotówkę – zade­kla­ro­wał Gode­froi – ale w obec­nej sytu­acji… – Wyko­nał wymowny gest pustych rąk.

Nie było tajem­nicą, że podob­nie jak wielu przed­sta­wi­cieli jego klasy, rycerz z Avons­ford żył na miarę swo­ich pokaź­nych docho­dów, a cza­sem nawet ponad stan. Nie zna­czyło to jed­nak, że lek­ko­myśl­nie zarzą­dzał swo­imi dobrami. W cza­sach roz­kwitu gospo­dar­czego w pełni wyko­rzy­sty­wał swoją sytu­ację. Wzrost popu­la­cji Anglii przy­niósł bene­fity nie tylko hodow­com owiec, ale też wszyst­kim rol­ni­kom. Otwarte pola w Avons­ford obsie­wano teraz trzy, a nie dwa razy do roku, zaś sprze­daż psze­nicy ozi­mej oraz jarego owsa i jęcz­mie­nia na targu w Nowym Salis­bury przy­no­siła ryce­rzowi spore zyski. Nie tylko powięk­szył liczeb­ność stad owiec, ale także, wzo­rem innych wła­ści­cieli ziem­skich w regio­nie, zaczął eks­pe­ry­men­to­wać z nowymi rasami, takimi jak dłu­go­weł­ni­ste owce lin­coln, dzięki czemu część jego stad pro­du­ko­wała obec­nie szla­chetną wełnę lind­sey, która osią­gała rekor­dowe ceny na rynku. W ten spo­sób Joce­lin zadbał o to, by jego dzie­się­cio­letni syn Hugh mógł kie­dyś prze­jąć oka­załe dzie­dzic­two.

Jed­nak gotówka to była inna sprawa. Dżen­tel­men musiał żyć w spo­sób przy­sta­jący do swo­jej klasy. Wie­dział o tym każdy, kto znał pie­śni fran­cu­skich tru­ba­du­rów albo czy­ty­wał coraz barw­niej­sze legendy o królu Artu­rze i jego rycer­zach. Uro­czy­sto­ści, zami­ło­wa­nie do tur­nie­jów rycer­skich, piękne nowe skrzy­dło z oknami zwień­czo­nymi ostrymi łukami, dobu­do­wane do sta­rego, solid­nego nor­mań­skiego dworu – wszystko to nad­wą­tliło jego zasoby.

„Mamy wiele bogactw – powie­dział synowi – ale nie mamy pie­nię­dzy”. I pod tym wzglę­dem był typo­wym przed­sta­wi­cie­lem szlachty.

Obaj męż­czyźni roz­wa­żyli każdą moż­liwą opcję, nawet zwró­ce­nie się do kup­ców z Cahors. „Ale oni zedrą z nas skórę”, lamen­to­wał Shoc­kley. Dopiero po dłuż­szym cza­sie tych deli­be­ra­cji Gode­froi nie­spo­dzie­wa­nie wybuch­nął gnie­wem, który tak bar­dzo zasko­czył Petera.

„Wszyst­kiemu winien jest król! – zagrzmiał. – On, te jego prze­klęte zagra­niczne wojaże i prze­klęta zagra­niczna rodzina. Wszyst­kich nas w końcu zruj­nuje!”

W swo­jej nie­win­no­ści Peter zawsze był prze­ko­nany, że rycerz jest wier­nym sługą króla. Jed­nak kolejne słowa Gode­froia, choć padły w gnie­wie, wpra­wiły go w osłu­pie­nie.

„Powiem ci, Shoc­kley, ten czło­wiek to dzie­ciak. Jedyne dobre rządy mie­li­śmy, kiedy był małym chłop­cem, a wła­dzę spra­wo­wali w jego imie­niu regenci. Jeste­śmy Angli­kami. Nie­po­trzebni nam jego cudzo­ziemcy. Nie­po­trzebne nam jego wybryki i zbytki. Cza­sami myślę, że to zwy­kły figu­rant i on też nie jest nam do niczego potrzebny”.

Choć Peter zdu­miał się takim bluź­nier­stwem prze­ciw poboż­nemu monar­sze, poglądy Gode­froia podzie­lała zarówno szlachta, jak i magnaci. Być może król wciąż nie mógł zapo­mnieć o utra­co­nych zie­miach, ale więk­szość jego feu­dal­nych pod­da­nych już dawno się z ich stratą pogo­dziła. Magnaci gar­dzili zagra­nicz­nymi pro­te­go­wa­nymi, któ­rym powie­rzano klu­czowe sta­no­wi­ska na dwo­rze, ryce­rze zaś nie cier­pieli podat­ków _scu­tage_, które monar­cha nakła­dał na magna­tów, a ci obcią­żali nimi ryce­rzy. Paro­krot­nie, gdy baro­no­wie uzna­wali finan­sowe żąda­nia króla za wygó­ro­wane i nie­roz­sądne, przy­po­mi­nali mu o pod­pi­sa­nej przez jego ojca Wiel­kiej Kar­cie Swo­bód, która ogra­ni­czała kró­lew­ską wła­dzę. Co prawda Gode­froi nie wspo­mniał o tym Shoc­kley­owi, ale sły­szał pogło­skę, że kilku moż­no­wład­ców zamie­rza narzu­cić kró­lowi radę czte­rech, która sku­tecz­nie zarzą­dza­łaby kró­le­stwem w jego imie­niu.

Synowi pro­win­cjo­nal­nego kupca takie idee wyda­wały się nie­zwy­kle śmiałe; nie miał poję­cia, co o nich myśleć. Jed­nego był pewien: król roz­trwo­nił zbyt wiele pie­nię­dzy i zaszko­dził inte­re­som jego rodziny. Wie­dział, że prę­dzej czy póź­niej coś trzeba będzie na to pora­dzić. Była to naj­waż­niej­sza lek­cja poli­tyki, jaką kie­dy­kol­wiek ode­brał.

Dwa mie­siące dłu­żyły się nie­mi­ło­sier­nie. Dąb, już ścięty na potrzeby budowy folu­szu, wciąż leżał na ziemi. Na pustym placu pię­trzyły się nie­tknięte sterty kamieni, któ­rych zwie­ziono tam dwie fur­manki. Aż w końcu Aaron z Wil­ton zwo­łał zebra­nie we dwo­rze.

– Pano­wie – oznaj­mił. – Zebra­łem pie­nią­dze. – Umilkł, a Edward Shoc­kley dostrzegł nowe bruzdy, które ból i tro­ska wyryły wokół jego oczu. – Ale powiem wam jedno – pod­jął po chwili – jeżeli król znowu nałoży na nas takie _tal­la­ges,_ będzie to ostat­nia pożyczka, jakiej zdo­łam udzie­lić.

– A na jaki pro­cent? – Gode­froi dosko­nale wie­dział, że Żydzi będą zmu­szeni pod­nieść swoje stawki, by prze­trwać.

– Uzgod­ni­li­śmy warunki – odparł Aaron powścią­gli­wie. – Nie ule­gły zmia­nie.

Wów­czas Joce­lin de Gode­froi udał się do gar­de­roby, gdzie prze­cho­wy­wał swe naj­cen­niej­sze skarby, by po kilku chwi­lach wró­cić z ksią­żeczką w skó­rza­nej opra­wie, którą zło­żył w dło­niach Aarona. Było to dzieło Geof­freya z Mon­mo­uth, we fran­cu­skim prze­kła­dzie, nie­gdyś nale­żące do pra­dziada Joce­lina.

– To na pamiątkę tego dnia – rzekł uro­czy­ście, kon­sta­tu­jąc z zado­wo­le­niem, że Żyd aż się rumieni z rado­ści.

Dwa dni póź­niej do dworu przy­był posła­niec, któ­rego zapro­wa­dzono przed obli­cze ryce­rza. Z niskim ukło­nem oznaj­mił, że przy­cho­dzi w imie­niu Aarona z Wil­ton, i wrę­czył Gode­fo­riowi mały paku­nek.

W środku znaj­do­wała się inna ksią­żeczka. Był to zbio­rek opo­wia­dań zaty­tu­ło­wany _Przy­po­wie­ści lisa_, napi­sany przez Żyda z Oks­fordu zwa­nego z fran­cu­ska Bene­dict le Poin­tur, a Żydom znany jako Bere­chiah ha-Nakdan. Gode­froi sły­szał o tej książce, gdyż bajki te uwa­żano za kla­sykę rene­sansu żydow­skiego pisar­stwa, który nastą­pił w Anglii w minio­nym stu­le­ciu, zanim zaczęły się spo­ra­dyczne prze­śla­do­wa­nia. Rów­nież to dzieło było prze­tłu­ma­czone na fran­cu­ski, a ponadto zdo­bione uro­kli­wymi ilu­stra­cjami. Rycerz uśmiech­nął się i mruk­nął: „Ten czło­wiek jest zbyt dumny, by przy­jąć dar, nie dając niczego w zamian”. Ale książka spra­wiła mu wielką przy­jem­ność i umie­ścił ją wśród innych skar­bów w swej gar­de­ro­bie.

– A teraz – rzekł wesoło do Edwarda Shoc­kleya następ­nego dnia – nie­chaj roz­poczną się prace nad naszym folu­szem.

1248

Kiedy dokład­nie jego men­tor Bar­tho­lo­mew zwró­cił się prze­ciw niemu? Kamie­niarz Osmund nie potra­fił stwier­dzić tego z całą pew­no­ścią, ale jego zda­niem stało się to praw­do­po­dob­nie tego dnia – mniej wię­cej rok po tym, jak zaczął ter­mi­no­wać – kiedy przy­niósł do kwa­ter mula­rzy figurkę łabę­dzia, którą rzeź­bił dla Joce­lina de Gode­froia.

Rzeźba była nie­wielka, wyko­nana z dębu, i miała zostać umiesz­czona w niszy na wiel­kich, nabi­ja­nych ćwie­kami drzwiach dworu w Avons­ford. Osmund pra­co­wał nad nią przez kilka dni i był bar­dzo dumny z efek­tów. Przy migo­tli­wym bla­sku świec, słu­cha­jąc toczo­nych w tle roz­mów, nada­wał jej osta­teczne szlify.

Mula­rze lubili Osmunda. Był spo­kojny i skromny, ni­gdy nie wycho­dził przed sze­reg i nie odzy­wał się nie­pro­szony. Kiedy jeden z męż­czyzn zauwa­żył, czym zaj­muje się chło­pak, przyj­rzał się jego dziełu, a potem zawo­łał kole­gów, aby i oni mogli zoba­czyć, co zro­bił ich młody kam­rat. Wszy­scy byli zachwy­ceni odkry­ciem, że Osmund ma taki talent.

– Umie rzeź­bić – orze­kli zgod­nie. – Młody ma talent w rękach. Nauczymy cię – obie­cali – rzeź­bie­nia w kamie­niu.

Wła­śnie wtedy przy­jęli go do swego grona. Od tam­tego wie­czoru jego życie ule­gło zmia­nie. Starsi mula­rze zaczęli swo­bod­nie z nim roz­ma­wiać. Sam Robert, prawa ręka wiel­kiego Nicho­lasa z Ely, pod­cho­dził do niego, żeby popa­trzeć, jak chło­pak pra­cuje, i zamie­nić z nim kilka słów, a czę­sto któ­ryś z mistrzów przy­wo­ły­wał go tam, gdzie wyko­ny­wano bar­dziej skom­pli­ko­wane ele­menty, aby zapo­znać go z róż­nymi tech­ni­kami i taj­ni­kami sztuki mular­skiej.

Powoli wni­kał w sze­roką sieć przy­jaźni i bra­ter­stwa, która opla­tała cały kraj, łącząc śre­dnio­wiecz­nych mula­rzy w jeden cech.

Nic dziw­nego, że Bar­tho­lo­mew zro­bił się chłodny. Był wykwa­li­fi­ko­wa­nym i pra­co­wi­tym, lecz nie­zbyt uta­len­to­wa­nym rze­mieśl­ni­kiem, miał jed­nak dość wyobraźni, by dostrzec, że nowi­cjusz go prze­wyż­sza.

Wyty­kał mu więc błędy, gdzie tylko mógł, ale nie było to łatwe. Raz czy dwa, kiedy żalił się star­szym mula­rzom na rze­komą nie­udol­ność małego chłopca o wiel­kiej gło­wie, w ich oczach ujrzał coś, co mówiło mu, że pod­ko­puje auto­ry­tet wła­sny, nie Osmunda. Dla­tego prze­stał się skar­żyć. Odtąd sta­rał się jak naj­mniej poma­gać swemu pro­te­go­wa­nemu, więc tym dotkliw­sza była świa­do­mość, że ten cichy mło­dzik coraz mniej potrze­bo­wał jego rad i wska­zó­wek.

W ciągu kolej­nych trzech mie­sięcy nie­mal zupeł­nie prze­stał odzy­wać się do Osmunda, a jesz­cze przed Świę­tym Micha­łem zaczął pota­jem­nie rzu­cać mu kłody pod nogi – cza­sem zosta­wiał kupki pyłu zmie­sza­nego z wap­nem obok jego sta­no­wi­ska pracy, żeby uno­szony wia­trem draż­nił mu oczy, a cza­sem cho­wał kawałki kamie­nia, które Osmund zamie­rzał obra­biać.

Począt­kowo Osmund led­wie zauwa­żał te drobne ataki. Jed­nak stop­niowo zaczął dostrze­gać w nich pewien sche­mat, a ponadto zawsze, gdy przy­tra­fiała mu się taka nie­do­god­ność, Bar­tho­lo­mew natych­miast poja­wiał się w pobliżu, niby przy­pad­kiem, żeby spraw­dzić, jak sobie radzi. Osmund widział też kilka razy, jak tam­ten patrzy na niego z jawną wro­go­ścią, mimo że nie miał po temu żad­nego powodu.

Cza­sami Bar­tho­lo­mew tak bar­dzo iry­to­wał się postę­pami swego pod­opiecz­nego, że nie­świa­do­mie dra­pał wrzód na szyi aż do krwi, a potem snuł się wokół z wyra­zem udręki na podłuż­nej, bla­dej twa­rzy i poczer­wie­niałą od dra­pa­nia szyją.

Osmund nie zwra­cał na to więk­szej uwagi. Im dłu­żej ter­mi­no­wał, tym bar­dziej popa­dał w oso­bliwy stan bez­cza­so­wo­ści. Natu­ral­nie dostrze­gał prze­mi­ja­nie pór roku. Był świa­domy, że dora­sta, nabiera siły i tęży­zny. Ale już nie mie­rzył czasu w taki sam spo­sób jak daw­niej. Teraz jego miarą stały się postępy w rze­mio­śle. „Tego roku naprawdę opa­no­wa­łem sztukę obróbki kamie­nia”, wspo­mi­nał. Albo: „W tym roku nauczy­łem się for­mo­wać kamie­nie na tokarce”.

Uwiel­biał dłu­gie, spo­kojne dni, szcze­gól­nie latem, kiedy mula­rze wsta­wali o świ­cie i pra­co­wali aż do zmierz­chu, z prze­rwami jedy­nie na śnia­da­nie i obiad, a póź­niej na skromny wie­czorny napi­tek, kiedy pierw­szy dzwon wzy­wał księży na nie­szpory.

Na­dal odwie­dzał Avons­ford, ale żył dla swo­jej pracy w kate­drze i led­wie dostrze­gał to, co się działo w zewnętrz­nym świe­cie.

We wrze­śniu jego czwar­tego roku jeden z mistrzów mular­skich przy­szedł do Osmunda ze zdu­mie­wa­jącą wia­do­mo­ścią:

– Posta­no­wi­li­śmy, że w dro­dze wyjątku przyj­miemy cię do cechu mular­skiego jesz­cze w tym roku. – Był to nie­zwy­kły zaszczyt, o jakim Osmund ni­gdy nawet nie marzył. Jego sied­mio­let­nie, jak się spo­dzie­wał, ter­mi­no­wa­nie, miało się skoń­czyć dopiero za trzy lata. Nawet Bar­tho­lo­mew mógł zostać przy­jęty nie wcze­śniej niż w przy­szłym roku. – Ale naj­pierw – dodał mularz – musisz przy­go­to­wać dzieło, które zapre­zen­tu­jesz cechowi, aby dowieść, żeś tego godny.

Osmund od razu wie­dział, co przy­go­tuje.

Podzi­wiał wiele deko­ra­cyj­nych detali tej maje­sta­tycz­nej gotyc­kiej kate­dry: dosko­nale ukształ­to­wane pod­stawy fila­rów, ele­ganc­kie kapi­tele zdo­bione moty­wami fauny i flory, masko­wate twa­rze wyzie­ra­jące z zaka­mar­ków i naroż­ni­ków, wspa­niałe pła­sko­rzeźby daw­nych bisku­pów na gro­bow­cach prze­nie­sio­nych ze sta­rej kate­dry na wzgó­rzu zam­ko­wym. Jed­nak naj­bar­dziej mister­nymi ze wszyst­kich, praw­dzi­wym apo­geum rzeź­biar­skiego kunsztu, były wiel­kie okrą­głe zwor­niki osa­dzone w skle­pie­niu niczym olbrzy­mie ozdobne ćwieki.

Przed­sta­wiały wszel­kiego rodzaju formy, lecz naj­wspa­nial­sze i naj­bar­dziej wyszu­kane bazo­wały na moty­wach roślin­nych. Dłu­gie liście, łodygi i kwiaty krzy­żo­wały się ze sobą raz po raz, two­rząc zawiłe sploty w buj­nej i olśnie­wa­ją­cej mani­fe­sta­cji rzeź­biar­skiego kunsztu. Stwo­rze­nie takiego arcy­dzieła wyma­gało nie tylko pre­cy­zyj­nego ukształ­to­wa­nia deli­kat­nych list­ków za pomocą dłuta, lecz także żmud­nego rzeź­bie­nia pod nimi, aby war­stwa po war­stwie for­mo­wać kamienny orna­ment niczym ogromny, otwarty węzeł.

– Przy­go­tuję zwor­nik skle­pie­nia – oświad­czył w nagłym przy­pły­wie ambi­cji i wiary w sie­bie.

Wybrany prze­zeń wzór zapie­rał dech w pier­siach. Pośrodku zwor­nika wid­niała podwójna róża podobna do tych, które widział nie­gdyś przy drzwiach dworu Gode­froia. Obra­mo­wa­nie two­rzył pier­ścień z liści buko­wych, wypeł­niony burzą roślin­nej obfi­to­ści ota­cza­ją­cej cen­tralny kwiat: liście dębowe, żołę­dzie, sito­wie, bluszcz – misterny gąszcz dosko­nale odda­jący bogac­two roślin­no­ści buj­nej doliny Avonu, którą tak dobrze znał. Zwor­nik miał led­wie trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów śred­nicy, ale zawie­rał w sobie wszystko. Osmund pra­co­wał nad nim każ­dego dnia o świ­cie, a potem także wie­czo­rem, przy świecy. A kiedy nade­szła pora pre­zen­ta­cji, wie­dział, że już przy pierw­szej pró­bie stwo­rzył dzieło sta­no­wiące triumf kamie­niar­skiego kunsztu.

Zbli­żały się święta Bożego Naro­dze­nia i nie­długo miało się odbyć zebra­nie cechu, pod­czas któ­rego miał zapre­zen­to­wać swoje dzieło. Ukoń­czył je dwa dni przed ter­mi­nem i ukrył w skrzyni pod swoim małym łóż­kiem w kwa­te­rze mular­skiej, gdzie prze­cho­wy­wał narzę­dzia.

Następ­nego dnia, gdy wró­cił po pracy i otwo­rzył skrzy­nię, żeby odło­żyć narzę­dzia, oka­zało się, że zwor­nika tam nie ma.

To wła­śnie wtedy Osmund Mularz uległ trze­ciemu z sied­miu grze­chów głów­nych. Grzech gniewu, który nim teraz owład­nął, był nie­po­dobny do jakie­go­kol­wiek zna­nego mu uczu­cia. Jego drobne ciało zatrzę­sło się z wście­kło­ści; czer­wona mgła przed oczami zasnuła na moment wszystko, a krót­kie palce tak mocno zaci­snęły się na młotku i dłu­cie, że zbie­lały mu knyk­cie. Chciał ude­rzyć w sto­jącą przed nim pustą skrzy­nię, ale gniew cał­ko­wi­cie go spa­ra­li­żo­wał. Wie­dział z abso­lutną pew­no­ścią, kto zawi­nił.

– To musiał być Bar­tho­lo­mew – wymam­ro­tał.

Cóż jed­nak mógł zro­bić? Za trzy­dzie­ści sześć godzin miał sta­nąć przed cechem. A został z niczym. Obo­wią­zu­jące zasady nie pozo­sta­wiały miej­sca na wyjątki – musiał zapre­zen­to­wać cechowi swoje dzieło albo cze­kać na przy­ję­cie do następ­nego roku.

Bar­tho­lo­mew poja­wił się o zmroku i usiadł na swoim łóżku, jakby nic się nie stało. Osmund nie powie­dział ani słowa. Robie­nie awan­tury nie miało sensu, ponie­waż wszyst­kiemu by zaprze­czył, a dowo­dów nie było.

Patrzył, jak młody czło­wiek wyciąga się na łóżku. Dziś rana zda­wała się mniej dokucz­liwa niż zwy­kle, a jego twarz w bla­sku świecy ema­no­wała spo­koj­nym zado­wo­le­niem.

Osmund spę­dził bez­senną noc. Wie­dział, że musi jakoś roz­wią­zać pro­blem przed zbli­ża­ją­cym się spo­tka­niem, ale myślał jedy­nie o Bar­tho­lo­me­wie. Gniew prze­nik­nął go do głębi i stward­niał.

Nim nastał świt, Osmund posta­no­wił, że zabije Bar­tho­lo­mewa.

Się­gnął po dłuto. Wie­dział, co zrobi: zada nim jeden cios – ude­rzy weń młot­kiem, tak jakby ata­ko­wał kamień – pro­sto w tcha­wicę tam­tego. A co potem? Zasta­no­wił się. Może mógłby uciec. Ale dokąd? Pokrę­cił głową, tar­gany gnie­wem i bez­sil­no­ścią.

I wtedy wpadł na pewien pomysł. Szansę na powo­dze­nie miał nikłą, ale mógł jesz­cze zdą­żyć. Gdy poja­wiły się pierw­sze pro­mie­nie słońca, wstał z łóżka i oszczę­dziw­szy Bar­tho­lo­mewa, wymknął się z chaty. Zimne, przej­rzy­ste powie­trze dzia­łało orzeź­wia­jąco, a kate­drę spo­wi­jała cisza. Zna­lazł nie­wielki kawa­łek kamie­nia z Chil­mark, opu­ścił przy­ka­te­dralne _close_ i ruszył w kie­runku Avons­ford. Poczuł, że wielki gniew przy­niósł mu inspi­ra­cję.

* * *

Następ­nego dnia wie­czo­rem, w prze­stron­nej izbie na pię­trze gospody, mistrz mular­ski wpa­try­wał się w zamy­śle­niu w mło­dego Osmunda. Chło­pak był blady. Trudno było się dzi­wić, skoro już od dwóch dni nie zaznał snu. Mistrz wie­dział ponadto, że poprzed­niego dnia Osmund nie poja­wił się w pracy, a Bar­tho­lo­mew roz­po­wia­dał, że chło­pak nie ma odwagi sta­nąć przed cechem. A jed­nak się sta­wił, więc zgod­nie z daną mu obiet­nicą nale­żało roz­wa­żyć jego kan­dy­da­turę. Pozo­stali mula­rze, zasia­da­jący przy dłu­gich sto­łach usta­wio­nych wzdłuż trzech ścian pomiesz­cze­nia, spo­glą­dali na mło­dego Osmunda wycze­ku­jąco.

– Przy­nio­słeś swoją pracę? – zapy­tał mistrz mular­ski.

Osmund ski­nął głową. Miał to w nie­wiel­kiej tor­bie.

– Piękny zwor­nik, jak sądzę?

– Nie, panie.

Mistrz zmarsz­czył brwi.

– To wszak nam obie­ca­łeś.

– Znik­nął, panie. Ale mam coś innego.

To nie wró­żyło niczego dobrego. Może jed­nak nazbyt pochop­nie uznali, że ten mło­dzie­niec gotów jest na tak szybką nobi­li­ta­cję.

– Pokaż więc, co stwo­rzy­łeś – roz­ka­zał.

Osmund się­gnął do torby i wyjął nie­wielki przed­miot. Był to posą­żek, wysoki na jakieś trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów, podobny do rzeźb zdo­bią­cych nie­które kapi­tele w kate­drze. Posta­wił go na stole i cof­nął się bez słowa.

Kiedy mistrz mular­ski uważ­nie przyj­rzał się temu dziełu, sze­roko otwo­rzył oczy ze zdu­mie­nia.

Była to wyrzeź­biona podo­bi­zna Bar­tho­lo­mewa. Przed­sta­wiała go z nie­zwy­kłą pre­cy­zją – od pod­łego, choć głup­ko­wa­tego wyrazu jego dłu­giej twa­rzy aż po wiecz­nie jątrzący się wrzód na szyi. Uchwy­cony był w chwili ucieczki, z głową wysu­niętą trium­fal­nie do przodu, jakby zwy­cię­żał w wyścigu. Wargi roz­chy­lał w zło­śli­wym uśmie­chu, a w obu wycią­gnię­tych rękach trzy­mał wielki okrą­gły zwor­nik, w któ­rego cen­trum wid­niała maleńka róża.

W mil­cze­niu prze­ka­zy­wano sobie ten posą­żek z rąk do rąk. Nikt nie sko­men­to­wał tematu rzeźby – prze­kaz był aż nadto czy­telny.

– Ile czasu zajęło ci wyko­na­nie tego dzieła? – zapy­tał mistrz mular­ski.

– Dzień, panie. I noc – dodał zgod­nie z prawdą.

Mistrz powiódł wzro­kiem po zasia­da­ją­cych przy sto­łach mula­rzach. Kilku z nich uśmie­chało się sze­roko, a każdy, na kim mistrz zatrzy­my­wał wzrok, kiwał głową z apro­batą.

– Witaj w naszej braci, Osmun­dzie Mula­rzu – oznaj­mił uro­czy­ście mistrz cechu.

Na dźwięk tych słów grzech gniewu opu­ścił Osmunda Mula­rza tak szybko, jak wcze­śniej nim zawład­nął, i ni­gdy wię­cej nie ude­rzył w niego z tak potężną mocą.

Tej nocy Osmund pod­niósł wzrok na monu­men­talną, wciąż nie­do­koń­czoną kate­drę i wyszep­tał:

– Myślę, że będę pra­co­wał przy tej kate­drze do końca życia.

1264

Gdyby powie­dzieć Pete­rowi Shoc­kley­owi, że w tym roku naro­dzi się demo­kra­cja par­la­men­tarna, nie zro­zu­miałby zna­cze­nia tego poję­cia, a gdyby mu je wyja­śnić, pew­nie wybuch­nąłby śmie­chem. Sam pomysł był wręcz nie­do­rzeczny.

Nie­wielu miesz­kań­ców Sarum cie­szyło się więk­szym sza­cun­kiem za swój roz­są­dek niż Peter. Zało­żony przez niego i jego ojca folusz oka­zał się wiel­kim suk­ce­sem, a ryt­miczne ude­rze­nia potęż­nych dębo­wych mło­tów przy­no­siły im nie­małe bogac­two. Nie był to jedyny tego rodzaju młyn w oko­licy. Inne znaj­do­wały się w ruchli­wym mie­ście Marl­bo­ro­ugh, czter­dzie­ści kilo­me­trów na pół­noc, i w Down­ton, nie­spełna dzie­sięć kilo­me­trów na połu­dnie. Jed­nak w samym Sarum dzia­łały wów­czas tylko dwa: folusz biskupi pod mia­stem i ten nowy, Shoc­kleyów, więc inte­res kwitł.

Peter nale­żał do cechu kupiec­kiego; zyskał zna­czącą pozy­cję w mie­ście, a w pasie przy­było mu parę cen­ty­me­trów. Jego nie­bie­skim oczom nie umy­kał żaden szcze­gół doty­czący młyna czy tkac­kich inte­re­sów i było jasne, że losy rodziny są w dobrych rękach. Był tylko jeden pro­blem: nie oże­nił się.

„To nie tak, że kobiety są mu obo­jętne”, żalił się stary Edward. Nie­raz mu przy­cho­dziło dys­kret­nie zaże­gny­wać kon­flikty z ojcami dziew­cząt z mia­sta, z któ­rymi zada­wał się jego syn, a w jed­nym przy­padku musiał zapła­cić pokaźną kwotę roz­wście­czo­nemu mężowi.

Ile­kroć ojciec poru­szał ten temat z synem, Peter tylko się śmiał i mówił: „Oże­nię się, ojcze, gdy będę gotów. Nie jestem wszak jesz­cze taki stary”.

Wyglą­dało więc na to, że Peter już zawsze wiódł będzie samotne życie w pręż­nie roz­wi­ja­ją­cym się nowym mie­ście.

A jed­nak w 1264 roku wszystko się zmie­niło.

Pod­wa­liny pod nie­zwy­kłe wyda­rze­nia tam­tego roku powstały już wcze­śniej, a do kło­po­tów znowu dopro­wa­dziły zagra­niczne uwi­kła­nia króla Hen­ryka. Tym razem to papież wcią­gnął go w kosz­towne tara­paty.

Nagrodą miało być bogate połu­dniowe kró­le­stwo Sycy­lii, które papież, w ramach jed­nego z licz­nych zmien­nych soju­szy tam­tych cza­sów, obie­cał Hen­ry­kowi dla jego syna Edmunda, jeżeli Hen­ryk popro­wa­dzi tam świętą wojnę. Sycy­lia leżała daleko, a dyna­stia Hohen­stau­fów, którą papież pró­bo­wał w ten spo­sób odsu­nąć od wła­dzy, miała mocną pozy­cję. Nawet brat Hen­ryka, Ryszard z Korn­wa­lii, daleko bar­dziej roz­tropny mąż stanu niż król, ostrze­gał, że to nie­do­rzeczny pomysł. Ale Hen­ryk, jak zwy­kle, dał się porwać wizji, a gdy wkrótce potem Ryszar­dowi z Korn­wa­lii zaofe­ro­wano tron Nie­miec, Hen­ryk zaczął marzyć o wspa­nia­łym nowym soju­szu mię­dzy sobą, rów­nie jak on poboż­nym kró­lem Ludwi­kiem z Fran­cji oraz nowym nie­miec­kim monar­chą, czyli swoim bra­tem Ryszar­dem. Snuł wizję chrze­ści­jań­skiej kon­fe­de­ra­cji, jakiej Europa nie widziała od wielu stu­leci. Z wiel­kim zapa­łem, jakby pla­no­wał wspa­niałą nową cere­mo­nię dwor­ską, rzu­cił się w wir zdu­mie­wa­ją­cych zabie­gów dyplo­ma­tycz­nych. Zawarł pokój z Ludwi­kiem, wyrze­ka­jąc się wresz­cie wszel­kich rosz­czeń, które od lat zgła­szał wobec Fran­cji, a na doda­tek poślu­bił córkę króla Kasty­lii, orę­dow­nika wypraw krzy­żo­wych, a także zło­żył papie­żowi obiet­nice hoj­nej pomocy w spra­wie sycy­lij­skiej – obiet­nice finan­so­wego wspar­cia, któ­rych nie mógł speł­nić.

Tego rodzaju plan był dla niego typowy, a jego pod­stawę sta­no­wiło to, czego każdy roz­sądny angiel­ski moż­no­władca lub szlach­cic naj­bar­dziej się oba­wiał – zagra­niczna intryga z nie­mal nie­ogra­ni­czo­nym budże­tem i cał­ko­wi­tym bra­kiem szans na powo­dze­nie.

„Kolejna sza­leń­cza wyprawa! – grzmiał Gode­froi przed swoją rodziną. – Walij­czycy się burzą, kró­le­stwo jest źle zarzą­dzane, król już teraz tonie w dłu­gach – Bóg jeden wie, że wystar­cza­jąco dużo jest do zro­bie­nia tutaj”.

Wkrótce sytu­acja jesz­cze się pogor­szyła. Hen­ryk zło­żył tak ogromne obiet­nice doty­czące pro­wa­dze­nia tej świę­tej wojny, że papież zagro­ził mu eks­ko­mu­niką i ponow­nym nało­że­niem inter­dyktu na cały kraj, jeśli danego słowa nie dotrzyma.

Już od dawna możni dosko­nale wie­dzieli, że biedny Hen­ryk nie nadaje się do rzą­dze­nia. Nawet mniej zna­czący ludzie, jak Gode­froi, nie mieli co do tego wąt­pli­wo­ści. Jed­nakże jego ostatni wybryk był kro­plą, która prze­lała czarę gory­czy. Fatalna pozy­cja króla dała im rów­nież oka­zję do dzia­ła­nia. I tak w 1258 roku opra­co­wali pro­wi­zje oks­fordz­kie, które sta­no­wiły zna­czące roz­sze­rze­nie Wiel­kiej Karty Swo­bód. Oznaj­mili Hen­rykowi, że jeśli chce zyskać ich wspar­cie w sycy­lij­skiej spra­wie, w którą był uwi­kłany, to musi przy­stać na ich warunki. A były one upo­ka­rza­jące. Miała bowiem powstać stała rada, w skład któ­rej weszliby angiel­scy magnaci oraz bli­scy współ­pra­cow­nicy króla, w więk­szo­ści podej­rze­wani o nie­czy­ste inten­cje cudzo­ziemcy z rodu Lusi­gna­nów powią­za­nego z jego matką. Rada ta miała wyzna­czać głów­nych urzęd­ni­ków pań­stwo­wych, a w rezul­ta­cie rzą­dzić kró­le­stwem w jego imie­niu. Hen­ryk, który znaj­do­wał się w roz­pacz­li­wej sytu­acji finan­so­wej, musiał ustą­pić.

Na czele tego ruchu stał jeden z naj­bar­dziej oso­bli­wych i kon­tro­wer­syj­nych boha­te­rów w dzie­jach Anglii: Szy­mon z Mont­fort.

Ten zało­ży­ciel „matki par­la­men­tów” wcale nie był Angli­kiem: pocho­dził z Fran­cji, z jed­nego z naj­zna­mie­nit­szych rodów Île-de-France. W naj­mniej­szym stop­niu nie inte­re­so­wały go demo­kra­tyczne rządy. Był magna­tem. Przed dwu­dzie­stoma laty wywo­łał skan­dal, poślu­bia­jąc nie­dawno owdo­wiałą sio­strę Hen­ryka, która miała wstą­pić do klasz­toru – zda­niem króla Szy­mon ją uwiódł. Obec­nie bar­dziej zaj­mo­wał go nie­koń­czący się pro­ces o posag żony – któ­rego Hen­ryk wciąż nie wypła­cił – niż kwe­stia angiel­skiego par­la­mentu.

On nawet nie lubił Angli­ków: jaw­nie ich nie sza­no­wał i podzie­lał zda­nie suro­wego Gros­se­te­ste’a, że naro­dowe morale należy uzdro­wić, choćby siłą. Był zwo­len­ni­kiem rygo­ry­stycz­nej dys­cy­pliny woj­sko­wej i gar­dził nie­udol­nymi kam­pa­niami Hen­ryka, czego nie omiesz­kał oznaj­mić kró­lowi w sło­wach tak dosad­nych, że król aż się skrzy­wił. Był inte­lek­tu­ali­stą i pozba­wio­nym taktu despotą: euro­pej­ski wielki pan, który widział, że Hen­ryk nie ma poję­cia, jak rzą­dzić swoim kró­le­stwem, i nie mógł się oprzeć poku­sie prze­ję­cia tej roli.

Mont­fort miał nie­spo­żytą ener­gię, wyjąt­kowe umie­jęt­no­ści i nie­prze­ciętną cha­ry­zmę, a w prze­ci­wień­stwie do bied­nego Hen­ryka wie­dział, czego chce. Prze­mknął przez dzieje Anglii niczym prze­ci­na­jący niebo meteor.

W ciągu zale­d­wie kilku mie­sięcy w 1258 roku prze­for­mu­ło­wał cały sys­tem rzą­dze­nia. W imie­niu króla posta­no­wiono, że par­la­menty zło­żone z baro­nów i ryce­rzy należy zwo­ły­wać trzy razy do roku, a kró­lew­scy sze­ry­fo­wie będą wybie­rani spo­śród miej­sco­wych, przy czym ich wła­dza zosta­nie ogra­ni­czona jed­no­roczną kaden­cją. Roz­po­częto sze­roko zakro­jony pro­gram lokal­nych reform. A wszystko to nie z powodu swego odda­nia jakiej­kol­wiek idei, lecz dla­tego, że dostrzegł, iż dla nie­za­leż­nych miesz­kań­ców pół­noc­nej wyspy ten sys­tem spraw­dzi się naj­le­piej.

W paź­dzier­niku 1258 roku we wszyst­kich sądach hrab­stwa odczy­tano pro­kla­ma­cję w języ­kach łaciń­skim, fran­cu­skim i angiel­skim, następ­nie zaś, w imie­niu króla i wspól­noty kró­le­stwa, nie tylko każdy baron i rycerz, ale też każdy wolny czło­wiek musiał zło­żyć przy­sięgę wier­no­ści nowemu rzą­dowi.

Tego dnia Peter Shoc­kley towa­rzy­szył Gode­fro­iowi i jego synowi, a wspo­mnianą przy­sięgę zło­żył zaraz po nich.

„Teraz wresz­cie docze­kamy się spraw­nych rzą­dów za nasze pie­nią­dze”, zwró­cił się do niego syn Gode­froia, uśmie­cha­jąc się pokrze­pia­jąco.

„A Mont­fort? Jakim jest czło­wie­kiem?” – zapy­tał kupiec, a wtedy uśmiech­nął się star­szy Gode­froi.

„To aro­gancki drań – mruk­nął kon­spi­ra­cyj­nie. – Ale sku­teczny”.

Iro­nia tej sytu­acji wyszła na jaw nie­długo póź­niej, gdy papież zmie­nił zda­nie i posta­no­wił prze­ka­zać Sycy­lię komuś innemu. Chyba nikogo w Anglii, oprócz samego króla, taki obrót spraw nie zasko­czył. Hen­ryk oddał swoje kró­le­stwo Szy­mo­nowi z Mont­fort i jego radzie zupeł­nie na próżno.

Jed­nak przy­sięga została już zło­żona.

„Teraz król musi sto­so­wać się do pro­wi­zji – stwier­dził Gode­froi. – Nie ma odwrotu. Sprawa prze­są­dzona”.

Mylił się. Potężne siły, prądy dzie­jo­wych prze­mian, które osta­tecz­nie roze­rwały misterną tkankę śre­dnio­wiecz­nego spo­łe­czeń­stwa, przez cały czas dzia­łały w tle.

Wyda­rze­nia, które nastą­piły w ciągu następ­nych czte­rech lat, przy­po­mi­nały skom­pli­ko­wany rytu­alny taniec, w któ­rym wszyst­kie kroki były wyko­ny­wane zgod­nie z naj­lep­szymi tra­dy­cjami feu­dal­nego porządku.

Począt­kowo zda­wało się, że syn Hen­ryka, przy wspar­ciu Szy­mona z Mont­fort, wywoła bunt i przej­mie tron. Jed­nak potem ojciec i syn się pogo­dzili, a Hen­ryk zwró­cił się do papieża, aby ten unie­waż­nił znie­na­wi­dzone pro­wi­zje, które wią­zały mu ręce. Papież przy­chy­lił się do jego prośby, a wtedy Mont­fort, znie­sma­czony, udał się na wygna­nie. Hen­ryk natych­miast wró­cił do swo­ich daw­nych zwy­cza­jów, wypeł­nia­jąc dwór obco­kra­jow­cami i lek­ce­wa­żąc magna­tów. Jak można się było spo­dzie­wać, baro­no­wie znowu wezwali Mont­forta i wsz­częli bunt. Sytu­acja zmie­niała się nie­mal z mie­siąca na mie­siąc: raz górę brała frak­cja kró­lew­ska, innym razem domi­no­wali rebe­lianci. Kraj był na skraju wojny domo­wej, ale nie docho­dziło jesz­cze do roz­lewu krwi.

Cho­ciaż te wiel­kie wyda­rze­nia były istotne w skali całego kraju, nie zakłó­ciły zanadto spo­koju Sarum. Lokalni magnaci, tacy jak Bas­set i Longspée’owie, mieli poglądy umiar­ko­wane lub opo­wia­dali się za kró­lem. A kiedy w 1261 roku sze­ryf zaczął skła­niać się w stronę frak­cji Mont­forta, został czym prę­dzej zastą­piony przez jed­nego z ludzi króla, Ral­pha Rus­sella, który miał także obsa­dzić zamek gar­ni­zo­nem. Po raz pierw­szy od wielu lat miesz­kańcy Sarum ponow­nie odczuli zło­wrogi maje­stat góru­ją­cego nad nimi sta­rego zamku. Nowe mia­sto ogar­nął nie­po­kój, lecz pozo­stało bierne.

Gode­froi wyra­ził odczu­cia więk­szo­ści ludzi, stwier­dza­jąc sta­now­czo: „Nikt nie chce wojo­wać z kró­lem. Musimy jed­nak zna­leźć roz­wią­za­nie”. Pyta­nie brzmiało, jak tego doko­nać.

W 1263 roku zna­le­ziono spo­sób. Obie strony zgo­dziły się na arbi­traż.

Na sędzię roz­jem­czego wybrano króla Fran­cji Ludwika IX Świę­tego.

Lep­szego kan­dy­data, jak się zda­wało, być nie mogło: pobożny król-krzy­żo­wiec, uoso­bie­nie wzoru feu­dal­nego władcy i orę­dow­nik pokoju obec­nie zwią­zany z Anglią trak­ta­tami przy­jaźni. Ponadto Hen­ryk zło­żył mu, for­mal­nie rzecz bio­rąc, hołd lenny za ostat­nią fran­cu­ską pro­win­cję, jaka pozo­stała w jego rękach – bogaty w win­nice region Gasko­nii na połu­dnio­wym zacho­dzie – więc w pew­nym sen­sie Ludwik był len­nym panem króla Anglii.

I tak, w święta Bożego Naro­dze­nia 1263 roku, fran­cu­ski król Ludwik szy­ko­wał się do roz­po­zna­nia sprawy mię­dzy kró­lem Anglii a dużą grupą jego pod­da­nych.

* * *

Dla Petera Shoc­kleya kry­zys 1264 roku, który cał­ko­wi­cie odmie­nił jego losy i nie­mal znisz­czył rodzinę jego przy­ja­ciół Gode­fro­ich, roz­po­czął się w folu­szu ostat­niego dnia stycz­nia.

Tego roku wio­sna przy­szła do Sarum bar­dzo wcze­śnie, a wez­brana rzeka rwą­cym nur­tem mijała mły­nówkę.

Póź­nym popo­łu­dniem do młyna zawi­tał młody Hugh de Gode­froi, aby omó­wić z Pete­rem sprze­daż przy­szło­rocz­nej wełny, i obaj męż­czyźni stali na dwo­rze w chłod­nym, wil­got­nym powie­trzu, pogrą­żeni w roz­mo­wie, kiedy nad­je­chał Joce­lin.

Rycerz z Avons­ford, choć już się sta­rzał, na­dal był impo­nu­jącą i onie­śmie­la­jącą posta­cią. Sie­dział na koniu wypro­sto­wany tak dum­nie, jakby zaraz miał sta­nąć w szranki. Jego jastrzę­bia twarz o głę­boko wyry­tych drwią­cych rysach, teraz oto­czona sta­lo­wo­sza­rymi wło­sami, zła­god­niała w uśmie­chu na widok syna i Petera Shoc­kleya. Joce­lin był dumny ze swego potomka.

Hugh zbli­żał się do trzy­dziestki i był wyso­kim, przy­stoj­nym męż­czy­zną o kru­czo­czar­nych wło­sach i odzie­dzi­czo­nych po ojcu wyra­zi­stych rysach twa­rzy. Poślu­bił córkę ryce­rza z Devon­shire, która dała mu dziecko, zanim zmarła, poko­nana gorączką. Powszech­nie sądzono, że wkrótce znów się ożeni. Od osiem­na­stego roku życia, ku zachwy­towi Joce­lina, wyróż­niał się w licz­nych tur­nie­jach, zysku­jąc uzna­nie samego księ­cia Edwarda, pasjo­nata rycer­skich poje­dyn­ków i następcy angiel­skiego tronu. Herb Gode­fro­ich – biały łabędź na czer­wo­nym tle – wzbu­dzał obec­nie pomruk ocze­ki­wa­nia wśród tłu­mów na try­bu­nach i nie­po­kój u rywali. Minio­nego lata Joce­lin, już owdo­wiały, prze­ka­zał pro­wa­dze­nie mająt­ków synowi, a sam odda­wał się lek­tu­rze ksiąg i codzien­nym prze­jażdż­kom po swo­ich roz­le­głych wło­ściach. Tego ranka wra­cał wła­śnie ze sta­rego labi­ryntu na wzgó­rzu, który odna­wiał, i był w dosko­na­łym humo­rze.

Trzej męż­czyźni two­rzyli przy­jemny kon­trast: z jed­nej strony Gode­fro­io­wie, któ­rych dostojne maniery jed­no­znacz­nie zdra­dzały przy­na­leż­ność do rycer­skiego stanu – nawet powi­ta­nia wymie­niali w wytwor­nej fran­cusz­czyź­nie – a z dru­giej Shoc­kley, ich przy­ja­ciel i wspól­nik w inte­re­sach, czło­wiek o sze­ro­kiej twa­rzy i krzep­kiej postu­rze, kupiec w każ­dym calu.

– A kie­dyż to wresz­cie się poże­ni­cie? – Było to pyta­nie, które Joce­lin zwykł zada­wać każ­demu z nich, ile­kroć ich widział. Brzmiało jak żart, ale obaj dobrze wie­dzieli, że pyta poważ­nie. Pra­gnął, by jego syn znowu się ustat­ko­wał, ale chciał też zoba­czyć wnuka swego sta­rego przy­ja­ciela Edwarda Shoc­kleya, który już dawno prze­stał wypy­ty­wać syna o takie plany.

Nim jed­nak któ­ry­kol­wiek z nich zdą­żył zna­leźć jakąś wymówkę, ich spo­tka­nie prze­rwał nie­spo­dzie­wany widok: pędzący ku nim wóz. Powo­ził nim stary Edward Shoc­kley – kru­chy i zgar­biony, ale z wyra­zem nie­ugię­tej deter­mi­na­cji na twa­rzy. Raz po raz gorącz­kowo sma­gał konia batem, a stary wóz, nie­na­da­jący się do tak szyb­kiej jazdy, zbli­żał się do nich w sza­leń­czym tem­pie, pod­ska­ku­jąc na wybo­jach. Kap­tur zsu­nął mu się na plecy, a kosmyki śnież­no­bia­łych wło­sów ster­czały wokół jego łysiny niczym aure­ola. Gdy wóz zatrzy­mał się gwał­tow­nie, Edward wykrzyk­nął:

– Król Fran­cji opo­wie­dział się za Hen­ry­kiem! Mont­fort jest skoń­czony, a pro­wi­zje prze­pa­dły.

Fak­tem jest, że Ludwik nie wahał się ani chwili. Sprawa, którą roz­pa­try­wał w Amiens, gdzie król Anglii sta­wił się oso­bi­ście, była dla niego zupeł­nie oczy­wi­sta. Nawet nie brał pod uwagę kom­pro­misu, który mógłby zaże­gnać kon­flikt. Oświad­czył, że papież słusz­nie odrzu­cił zbun­to­wa­nych baro­nów i że nikt nie powi­nien lek­ce­wa­żyć takiej ducho­wej wła­dzy. Przy­znał, że Hen­ryk ma pełne prawo postę­po­wać w swoim kró­le­stwie wedle wła­snej woli i wybie­rać sobie takich przy­ja­ciół oraz mini­strów, jakich zechce, czy to się baro­nom spodoba, czy nie. Pod­kre­ślił, że są to zwy­cza­jowe prawa wszyst­kich kró­lów. Wyrok był kom­plek­sowy, kon­ser­wa­tywny i zgodny z feu­dal­nym porząd­kiem, a przy tym gor­szy, niż oba­wiali się angiel­scy bun­tow­nicy.

Czte­rej męż­czyźni wymie­nili spoj­rze­nia. Żaden z nich nie miał wąt­pli­wo­ści co do powagi kry­zysu. Arbi­traż był osta­teczny – sta­no­wił jedyną moż­li­wość poko­jo­wego roz­wią­za­nia.

Mil­cze­nie prze­rwał w końcu Joce­lin.

– Muszą się pod­po­rząd­ko­wać.

Obaj Shoc­kley­owie spoj­rzeli na niego ze zdu­mie­niem, ale to Hugh, mówiąc po angiel­sku, gło­śno zapro­te­sto­wał:

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij