Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Sieć o drobnych oczkach - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
22 kwietnia 2026
3199 pkt
punktów Virtualo

Sieć o drobnych oczkach - ebook

Tytuł nominowany do nagrody  Szwedzkiej Akademii Kryminału dla najlepszego kryminału roku 2025.

Komisarz Asunander, niegdyś doświadczony policjant, dziś cierpiący na reumatyzm starszy pan, mieszka w komfortowym domu opieki dla seniorów w pięknym Visby na Gotlandii, gdzie prowadzi zapiski dotyczące niewyjaśnionego morderstwa czy też zaginięcia, do którego doszło trzydzieści lat temu. Zaskakujące okoliczności – dwa obcięte małe palce u rąk i pewne znalezisko dokonane na gotlandzkiej prowincji – sprawiają, że Asunander powraca do arcydziwnej historii o Harrym Kronie i Marlene Horwath. Co się właściwie wtedy wydarzyło?

Gunnar Barbarotti i Eva Backman, udający się na emeryturę, którą zamierzają spędzać spokojnie na Gotlandii, zostają wbrew sobie wciągnięci do pomocy dawnemu szefowi w próbie wyjaśnieniasprawy sprzed lat. I jak się okazuje, ryzykują bardziej niż kiedykolwiek przedtem.

Sieć o drobnych oczkach to ostatni tom z serii o parze Barbarotti – Backman.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8252-844-2
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OSOBY

_Dwaj chłopcy_ – na skraju pola, lata sześć­dzie­siąte i sie­dem­dzie­siąte ubie­głego wieku.

_Asu­nan­der_ – były komi­sarz z Kym­linge, w 2025 roku zamiesz­ku­jący dom opieki Höstsol w Visby.

_Panna Wat­son_ – (Rose­anna Hagström) jego zaufana.

_Gun­nar Bar­ba­rotti & Eva Back­man_ – nie­gdy­siejsi pod­władni Asu­nan­dera w Kym­linge, prze­cho­dzący wkrótce na eme­ry­turę.

_Komi­sarz Kal­lin_ – poli­cjant docho­dze­niówki w Kym­linge w latach dzie­więć­dzie­sią­tych ubie­głego wieku.

_Paola Bor­gada_ – jak wyżej, lata dwu­dzie­ste tego wieku.

_Harry Krona & Mar­lene Hor­wath_ – sto­larz i fry­zjerka, mał­żon­ko­wie w latach 1995–1996.

_Pedro Mal­mqvist & Bengt-Erik Lund­man_ – byli mężo­wie Mar­lene Hor­wath.

_Ric­kard Hor­wath_ – uro­dzony w Wied­niu w 1935 roku. Ojciec Mar­lene. Zmarł w Kym­linge w 1996 roku.

Kolejne żony i dzieci Ric­karda Hor­wa­tha:

_Bir­gitta Törner – Erich & Ellen_

_Lil­le­mor Holm_ – _Mar­lene, Klaus & Paul_

_Anneli Kin­nu­nen_ – _Lasse_

_Ker­stin Holm_ – sio­stra Lil­le­mor.

_Gun­der Krona i Eli­sa­beth Wal­lin_ – rodzice Harry’ego Krony.

_Lisa Wal­lin_ – jego sio­stra.

_Gun­nar Gun­narsson_ – rol­nik z Lokrume–Hej­num.

_Joel_ – jego wnuk.

_Jenny_ – part­nerka Joela, wnuczka Asu­nan­dera.

Oraz: ktoś o imie­niu i nazwi­sku Geo­rgi Adam­snouk, ktoś imie­niem Kri­stof­fer, zna­lazca Wieży Eif­fla i ktoś, kto nazywa sie­bie pro­fe­so­rem.

Oprócz tego: różni miesz­kańcy Kym­linge, Gotlan­dii i pozo­sta­łych czę­ści świata. Dziś i w prze­szło­ści.1

Zachodni Götaland, lata sześćdziesiąte

Słońce stoi na nie­bie sko­śnie do pól. Jest śro­dek sierp­nia, doj­rzała psze­nica o słom­ko­wej bar­wie nie została jesz­cze zebrana. Przy­pusz­czal­nie nastąpi to w naj­bliż­szych dniach, ale rol­ni­kowi wla­zło coś w krzyż; nie pierw­szy raz, bo jest stary.

Oparci o kamienny murek na gra­nicy pola sie­dzą dwaj chłopcy, jeden ma pięt­na­ście lat, drugi wła­śnie skoń­czył dwa­na­ście. Obaj to wła­ści­wie mia­stowe dzie­ciaki, które póź­nym popo­łu­dniem wybrały się rowe­rami na wieś. Jest ku temu kon­kretny powód, potrzeba cichej powagi, o którą trudno pośród miej­skiej zabu­dowy. Ten powód jest znany jedy­nie star­szemu chłopcu, młod­szy zdaje sobie tylko sprawę z pod­nio­sło­ści chwili. Na razie.

Pod­czas ich spo­tkań czę­sto tak jest, ma być coś tajem­ni­czego, jakieś migo­ta­nie w brzu­chu, bo wtedy jest cie­ka­wiej. Nie­raz o tym roz­ma­wiali. To ten star­szy zna słowa jak _migo­ta­nie_ i on uczy mło­dego wszyst­kiego, co warto wie­dzieć.

Jest wład­czy i pra­wie doro­sły mimo mło­dego wieku.

– Zobacz – mówi wła­śnie i poka­zuje coś, co wygląda jak mała sie­kiera. I rze­czy­wi­ście jest sie­kierką nie­wiele dłuż­szą od szkol­nej linijki. – Ona jest z Włoch.

– Tak? – odpo­wiada młod­szy i rozu­mie, że wła­śnie teraz docho­dzą do sedna sprawy. Do powodu, dla któ­rego przy­je­chali na tę wio­chę i teraz są spo­ceni od peda­ło­wa­nia na rowe­rze i świe­cą­cego im w twarz uko­śnego słońca.

– Albo może z Japo­nii.

– Z Japo­nii?

– Posłu­chaj. We Wło­szech to się nazywa mafia. A w Japo­nii – yakuza.

– Mafia i jakussa?

Powta­rza cicho te słowa. Rozu­mie, że są ważne.

Pięt­na­sto­la­tek przy­ta­kuje z powagą i waży sie­kierkę w ręce.

– Oni mają swoje spo­soby zna­ko­wa­nia człon­ków.

Dwu­na­sto­la­tek prze­łyka ślinę. Robi mu się nie­przy­jem­nie.

– Mam na myśli _my_. Powie­dzia­łem _oni_, ale myśla­łem o _nas._ Ty i ja będziemy mieli wła­sne ozna­ko­wa­nie.

– Tak?

– Na całe życie i na zawsze.

– Całe życie…?

– I na zawsze.

– Na zawsze.

– Wła­śnie. To jest jak przy zmie­sza­niu krwi. No wiesz, w bra­ter­stwie krwi. Cho­ciaż jesz­cze moc­niej­sze. Jeste­śmy przy­rod­nimi braćmi. No to od teraz będziemy jak rodzeni bra­cia. Na całe życie i na zawsze.

Młod­szy z chłop­ców patrzy na pole. Wolałby zakraść się i scho­wać w zbożu. Albo być kło­sem psze­nicy. Stać w tym coraz niż­szym słońcu i koły­sać się w oto­cze­niu kole­gów-kło­sów. Dziwna myśl, chło­piec nie potrafi powstrzy­mać się i chi­cho­cze.

– Chi­cho­czesz?

– Nie.

– Zachi­cho­ta­łeś.

– Nie, wpa­dło mi tylko coś do nosa.

Prze­cież wie, co będzie. Kilka lat temu jego brat przy­rodni przy­ciął sobie w drzwiach mały palec u dłoni. Coś się potem stało, może zaka­że­nie, bo musiał poje­chać do szpi­tala, gdzie mu kawa­łek odcięli. Jakieś pięć cen­ty­me­trów. I wła­śnie o to cho­dzi tego popo­łu­dnia. Młody sam nie wie, jak udało mu się to zro­zu­mieć, ale nie­ważne. Cza­sem rozu­mie się nawet wtedy, gdy nie wie się, skąd wzięło się to zrozu­mienie.

Bo posia­da­nie obcię­tego palca jest czymś szcze­gól­nym. I to bar­dzo. Czło­wiek staje się inny od wszyst­kich. Lep­szy. A teraz w dodatku dowie­dział się, dla­czego tak jest. Mafia i jakussa, tak to się nazywa?

Nie chce pytać, żeby nie naru­szyć ani tajem­nicy, ani powagi chwili.

– Dwaj bra­cia przy­rodni staną się braćmi rodzo­nymi. Czy tak?

Chło­piec kiwa głową. Jasne, to zro­zu­miałe dla każ­dego.

– Nic nas nie roz­dzieli. Krew jest ze wszyst­kiego naj­sil­niej­sza. My, bra­cia krwi, jeste­śmy naj­sil­niej­szymi wojow­ni­kami na świe­cie. Nic nas nie pokona. To jest przy­mie­rze. Wcho­dzisz w to?

Chło­piec znów kiwa głową. No pew­nie, że wcho­dzi.

Pew­nie, że w to wcho­dzi. Przy­mie­rze naj­sil­niej­szych na świe­cie. Gdy teraz układa dłoń na pła­skim kamie­niu murku w taki spo­sób, żeby odsta­wał mały palec, jest to dla niego wielki honor. Zostaje przy­jęty. Brat przy­rodni unosi sie­kierkę i każe mu zamknąć oczy.

Chło­piec mdleje z bólu, a po oprzy­tom­nie­niu dostaje opa­tru­nek z flaka do kieł­basy i taśmy izo­la­cyj­nej. Były przy­go­to­wane wcze­śniej.

A odcięty krwawy kawa­łek palca leży w pudełku od zapa­łek. Zako­pują je pod mur­kiem, po zewnętrz­nej stro­nie. To ważna chwila. Kiedy chło­piec unosi swój zaopa­trzony palec pro­sto pod niebo, to pra­wie wcale go nie boli.2

Notatki Asunandera. Visby, maj 2025

Od cze­goś trzeba zacząć.

Naj­bar­dziej chciał­bym zacząć od stwier­dze­nia, że jestem star­szym panem, który stał się nie­wy­pła­calny, ale tylko dla­tego, że podoba mi się to sfor­mu­ło­wa­nie. Jest na to fran­cu­skie wyra­że­nie, które brzmi jesz­cze lepiej, cho­ciaż w tym momen­cie nie mogę go sobie przy­po­mnieć, tym bar­dziej zaś, jak się to pisze.

W rze­czy samej jestem sta­rym zreu­ma­ty­zo­wa­nym gli­nia­rzem, od dawna eme­ry­to­wa­nym, a od dość nie­dawna potrze­bu­ją­cym wózka inwa­lidz­kiego. I nie jestem nie­wy­pła­calny: miesz­kam w zadba­nym domu seniora w oto­czo­nym murami mie­ście Visby na naj­pięk­niej­szej z wysp. Mogę przez okno patrzeć na morze na zacho­dzie, skąd przy­pły­wają promy, a potem wra­cają na stały ląd. Latem zda­rza się też jeden czy drugi wyciecz­ko­wiec prze­mie­rza­jący cały świat i naj­róż­niej­sze inne jed­nostki pły­wa­jące, ale ni­gdy nie udaję się na dep­tak w por­cie, żeby im się bli­żej przyj­rzeć. Albo wcią­gnąć w stare noz­drza nieco mor­skiego powie­trza. Za to cza­sem sia­dam przy otwar­tym oknie, żeby posłu­chać docho­dzą­cych stam­tąd odgło­sów ludz­kich – miłych i nie­mi­łych. Albo na któ­rymś z tara­sów. I to mi wystar­cza.

Kiedy mówię, że potrze­buję wózka inwa­lidz­kiego, nie zna­czy to, że jestem do niego przy­kuty, nie do końca. Na­dal mogę się prze­miesz­czać, robiąc do dwu­dzie­stu czy trzy­dzie­stu kro­ków – nawet wię­cej, kiedy ćwi­czę wie­czo­rami – co jest prak­tyczne, bo mogę wstać z łóżka i dostać się do toa­lety o wła­snych siłach. I jesz­cze prze­mie­ścić się na wózek inwa­lidzki albo fotel bez koniecz­no­ści wzy­wa­nia kogoś z per­so­nelu. Mogło być gorzej.

I pew­nie będzie. Wsze­dłem w sie­dem­dzie­siąty ósmy rok życia, co ozna­cza, że na moim oddziale jestem pra­wie naj­młod­szy. Jest nas razem ośmioro, czte­rech męż­czyzn i cztery kobiety. Cho­ciaż pew­nie lepiej będzie powie­dzieć: czte­rech dzia­dów i cztery baby, to à pro­pos róż­nych wyra­żeń.

Młod­szej ode mnie kobie­cie na imię Rose­anna, imię zarówno piękne, jak i odpo­wied­nie, na przy­kład koja­rzy się z jed­nym z naj­bar­dziej poczyt­nych kry­mi­na­łów w tym kraju. Rose­anna zja­wiła się tutaj pół roku temu, po tym jak stara Signe, wdowa po mistrzu komi­niar­skim, rzu­ciła ręcz­nik tuż przed ukoń­cze­niem setki.

Nadobna Rose­anna prze­kro­czyła sie­dem­dzie­siątkę o zale­d­wie trzy lata i mamy ze sobą nieco wspól­nego; na przy­kład to, że zapi­suje moje słowa. Mój reu­ma­tyzm spra­wił, że nie radzę sobie z kla­wia­turą, ale jak zła­pię w garść pióro, to tkwi w niej tak długo, aż ktoś je wycią­gnie, naj­le­piej ja sam (zębami – implan­tami, bo praw­dziwe zostały mi wybite pod­czas służby mnó­stwo lat temu). Mój cha­rak­ter pisma jest wręcz poża­ło­wa­nia godny, ale Rose­anna jest dawną nauczy­cielką i umie prze­tłu­ma­czyć nawet naj­gor­sze hie­ro­glify na zro­zu­miałą szwed­czy­znę. Jestem wdzięczny za jej ist­nie­nie. Mocno mnie natchnęła chę­cią do życia i bez niej ten pro­jekt nie ujrzałby świa­tła dzien­nego. Może i tak nie spełni moich ocze­ki­wań, ale przy­naj­mniej go zapo­cząt­ko­wa­li­śmy.

Cho­dzi o tę prze­klętą dawną histo­rię mor­der­stwa – czy cokol­wiek to było – ale rów­nież o to, co się poja­wiło tej wio­sny, wiele lat póź­niej. Pozwolę sobie twier­dzić, że oko­licz­no­ści są dziwne, upływ czasu zagę­ścił się w spo­sób dość nie­przy­jemny i podej­muję tę rzecz nie bez pew­nego nie­po­koju.

Jak było w pio­sence – coś jed­nak trzeba robić, cze­ka­jąc na śmierć.

A więc nazy­wam się Albin Asu­nan­der, a moje doro­słe życie można ująć jed­nym sło­wem: _poli­cjant_. W 1970 roku zaczą­łem od patro­lo­wa­nia ulic w Göteborgu, a w 2012 skoń­czy­łem jako szef wydziału kry­mi­nal­nego w Kym­linge. Czter­dzie­ści dwa lata dzia­ła­nia na zaple­czu spo­łe­czeń­stwa, ale nie żałuję wyboru zawodu. Ni­gdy nie byłem wesoł­kiem, tylko raczej samot­ni­kiem, już w latach liceum w Halm­stad nazy­wano mnie Wil­kiem Ste­po­wym, a ktoś taki czuje się naj­le­piej tam, gdzie jest tro­chę ponuro.

Na szefa pew­nie też nadaje się lepiej ten, kto nie jest zbyt pogodny i ocho­czy do współ­pracy. Przy­naj­mniej tak było przy wyko­ny­wa­niu przeze mnie róż­nych zadań. Przez prze­szło trzy­dzie­ści z ponad czter­dzie­stu lat służby spra­wo­wa­łem różne sta­no­wi­ska kie­row­ni­cze, a ostat­nie naj­dłu­żej – bo wię­cej niż dwie dekady – w mie­ście w zachod­niej Szwe­cji, które już wymie­ni­łem.

Ni­gdy nie byłem żonaty, ale mam córkę, Julię, która przy­szła na świat dzięki dość szcze­gól­nym oko­licz­no­ściom w związku z wymianą spor­tową z klu­bem w ówcze­snej NRD pod koniec lat sześć­dzie­sią­tych. O ist­nie­niu Julii dowie­dzia­łem się znacz­nie póź­niej, gdy była już doro­sła i sama miała córkę, ale dało mi to wiele rado­ści. Zosta­nie ojcem, kiedy wła­śnie ma się przejść na eme­ry­turę, może być bar­dzo sil­nym, wręcz osza­ła­mia­ją­cym prze­ży­ciem.

Wydaje się, że dwu­dzie­sto­let­nia córka Julii, Jenny, moja jedyna wnuczka, odgrywa pewną rolę w histo­rii, którą zamie­rzam opo­wie­dzieć. Przy­naj­mniej w sen­sie czy­sto geo­gra­ficz­nym; to dziwna rzecz, któ­rej wagi nie potra­fię oce­nić w chwili, gdy to piszę, ale o tym w swoim cza­sie.

– To się nazywa _pau­vres hon­teux_ – mówi Rose­anna, gdy w wigi­lię Wnie­bo­wstą­pie­nia Pań­skiego wypi­jamy u mnie po kie­liszku porto. – To fran­cu­skie wyra­że­nie, któ­rego sobie nie mogłeś przy­po­mnieć.

Kiedy jed­nak zapi­suję jej uwagę, nie chce jej uwzględ­nić przy prze­pi­sy­wa­niu tek­stu na czy­sto. Tro­chę się o to kłó­cimy, ona pod­kre­śla, że chce być jedy­nie gho­stw­ri­terką, bez uczest­nic­twa w mojej opo­wie­ści i po wymia­nie argu­men­tów za i prze­ciw przyj­muję jej punkt widze­nia. W każ­dym razie _respek­tuję_. W zasa­dzie. Bo oczy­wi­ście może powstać taka sytu­acja, w któ­rej zaj­dzie potrzeba roz­sze­rze­nia jej roli. Uzgad­niamy, że będę pomi­jał jej praw­dziwe imię i nazwi­sko, nato­miast nazwę ją panną Wat­son, gdy jej udział w tej histo­rii wyda się nie­zbędny.

Dość tych piru­etów. A teraz do rze­czy.

Jesień 1996, mój szó­sty rok pracy w poli­cji w Kym­linge. Chcę tu opi­sać i spró­bo­wać roz­wi­kłać dziwne wyda­rze­nia z owego czasu. Być może będzie to próba daremna, ale to jak melo­dia życia. _Fail and fail again_, do czego wzywa nas Irland­czyk. W marcu tam­tego roku wybito mi zęby kijem base­bal­lo­wym; wcze­śniej mia­łem zwy­czaj, żeby mimo zaj­mo­wa­nej pozy­cji szefa od czasu do czasu wziąć udział w pracy ope­ra­cyj­nej w tere­nie, ale po tym nie­szczę­śli­wym incy­den­cie w zasa­dzie wyco­fa­łem się z poli­cyj­nego frontu. Wszystko ma swój czas, zresztą mia­łem wkrótce skoń­czyć pięć­dzie­siąt lat.

_Sprawa Mar­lene_, tak ją wkrótce nazwano w mediach i nie tylko, któ­raś z gazet nazwała ją nawet _Sprawą Błę­kit­nego Anioła_; zorien­to­wali się, że głów­nej postaci nadano to imię, bo jej ojciec czy też dzia­dek był zago­rza­łym wiel­bi­cie­lem Mar­lene Die­trich. Ojciec nazwi­skiem Hor­wath był Austria­kiem, który osiadł w naszym kraju na początku lat pięć­dzie­sią­tych. Cho­lera wie, dla­czego zapa­mię­ta­łem te nie­istotne szcze­góły, ale w moim wieku pamięć i nie­pa­mięć funk­cjo­nują jak kłó­tliwe rodzeń­stwo, w któ­rym ni­gdy nie ma zgody. Pocho­dze­nie Mar­lene mogło mieć więk­sze zna­cze­nie dla tego, co się wyda­rzyło, niż wtedy myśle­li­śmy; wła­śnie tak to zazwy­czaj wygląda w skom­pli­ko­wa­nych spra­wach, bo klucz do dzi­siej­szych i przy­szłych zaga­dek zagrze­bany jest w tym, co się wyda­rzyło wcze­śniej.

Ale mi się udało sfor­mu­ło­wa­nie. Napi­szę jesz­cze o tym hor­wa­th­skim pocho­dze­niu.

Jako zamężna po raz trzeci nasza anie­lica wciąż nosiła nazwi­sko Hor­wath, ni­gdy go nie zmie­niała. W pew­nym sen­sie, ale pomniej­szo­nym, wyka­zy­wała pewne podo­bień­stwo do sław­nej poprzed­niczki, przy­naj­mniej nie­któ­rzy chcieli ją tak wspo­mi­nać. Na pewno nie była żadną femme fatale, jak tamta wielka gwiazda fil­mowa, jed­nak była kobietą, która podo­bała się męż­czy­znom. Gdy stało się, co się stało – ewen­tu­al­nie nie stało się – miesz­kała ze swoim ówcze­snym mężem, nie­ja­kim Har­rym Kroną, w willi na Prästgärdet na wschod­nim skraju Kym­linge. Mał­żeń­stwo było tak samo bez­dzietne jak jej dwa poprzed­nie. Skoń­czyła trzy­dzie­ści sie­dem, a może trzy­dzie­ści osiem lat i pra­co­wała jako fry­zjerka – zarówno dam­ska, jak i męska – w salo­nie Zardze­wiałe Nożyczki przy Małym Rynku w Kym­linge.

Przy­po­mniało mi się, że tam­tej jesieni nasza obsada kadrowa przed­sta­wiała się dość kiep­sko.

Bar­ba­rotti był na jakimś kur­sie w Wies­ba­den, a Back­man rodziła. Komi­sarz Kal­lin roz­po­czął ostatni rok służby i wyda­wał się bar­dziej znu­żony niż kie­dy­kol­wiek, wpraw­dzie sprawny i kom­pe­tentny, ale zma­ga­jący się z nad­wagą i uza­leż­nie­niem alko­ho­lo­wym. Mie­li­śmy dwa cza­sowe zastęp­stwa z Göteborga, nie­ja­kiego inspek­tora Ståhle, który nie­stety oka­zał się powol­niej­szy w myśle­niu od misia koala, i dziw­nego jego­mo­ścia, któ­rego wła­ści­wie nie zdą­ży­łem poznać, nazwi­skiem Adam­snouk. Wydaje mi się, że Kal­lin wyko­pał go z roboty po dwóch tygo­dniach, na pewno nie bez powodu. Poza tym nasz wydział kry­mi­nalny skła­dał się z inspek­to­rów Borg­sena i Toivo­nena, obaj sta­ranni i bar­dzo pra­co­wici, ale do Nobla by raczej nie mogli kan­dy­do­wać. Ow­szem, mia­łem rów­nież garść asy­sten­tów, przy­po­mina mi się zwłasz­cza obie­cu­jąca młoda kobieta Lena Var­gas, która z cza­sem zro­biła nie­złą karierę w sze­re­gach poli­cji.

I to tyle, zresztą nie chcę w żad­nym razie zwa­lać naszego nie­po­wo­dze­nia na braki kadrowe. Zro­bi­li­śmy tyle, ile można było się po nas spo­dzie­wać, a gdy po jakimś mie­siącu otrzy­ma­li­śmy jesz­cze posiłki z głów­nej komendy poli­cji, to żaden z przy­sła­nych nam spe­ców nie posu­nął sprawy do przodu nawet o cen­ty­metr. Mimo że tkwili tu przez zarówno Boże Naro­dze­nie, jak i Nowy Rok. Po pół roku cała ta histo­ria była tak samo nie­zro­zu­miała jak pierw­szego dnia. A jesz­cze bar­dziej nie­zro­zu­miała pra­wie trzy­dzie­ści lat póź­niej.

Sie­dzę czy też pół­leżę w łóżku i piszę, pod­party trzema podusz­kami, i zaczy­nam odczu­wać ból tu i tam. Przede wszyst­kim w naj­pa­skud­niej­szym miej­scu w oko­licy mego nie­wy­mie­nio­nego jesz­cze stawu bio­dro­wego. Być może ni­gdy nie będzie odpo­wied­niego momentu na spra­wie­nie sobie nowego stawu; przez te lata, które mi zostały, lepiej będzie brać środki prze­ciw­bó­lowe, niż raz jesz­cze kłaść się pod nóż. Jest godzina piąta, za pół­to­rej godziny kola­cja. Już zde­cy­do­wa­łem, że zjadę na dół i zjem w jadalni; jest wtedy oka­zja spo­tkać się z całą zamiesz­kałą tu zgrają, nie tylko moimi sied­mioma naj­bliż­szymi kom­pa­nami z oddziału numer dwa. Ogó­łem jest tu prze­szło trzy­dzie­ścioro sta­rusz­ków, jedno bar­dziej zgrzy­białe od dru­giego, jed­nak są też osoby w dobrym sta­nie umy­sło­wym, z któ­rymi da się wymie­niać myślami. Na przy­kład były wydawca Gal­l­berg, który nie tylko jest wykształ­cony, ale jesz­cze namięt­nie gra w sza­chy. Roze­gra­li­śmy kilka par­tii i nie udało mi się uzy­skać lep­szego wyniku niż remis. Inną osobą, z którą cza­sem zamie­niam kilka słów, jest jedna z pierw­szych pasto­rek w Szwe­cji, Mar­got Ekbladh, nie­stety ostat­nio bar­dzo jej się pogor­szyło i zapewne tęskni już do kró­le­stwa nie­bie­skiego, któ­rego ideę pró­bo­wała sprze­da­wać przez całe swoje życie.

Jed­nak dziś wie­czo­rem skie­ruję wzrok nie na wydawcę ani pastorkę, tylko na pewną osobę, która może być czę­ścią tutej­szego per­so­nelu, chyba że jed­nak nie. Nie bar­dzo wiem, jak uzy­skać potwier­dze­nie moich podej­rzeń, a jeśli jest tak, jak mi się wydaje, to jestem nie­mal skłonny dołą­czyć do świa­to­po­glądu pani Ekbladh.

Ktoś tu kie­ruje i ktoś chce uzy­skać spo­kój w gro­bie, jak być może wyra­ziłby się H-K Rönblom¹. Ale dosyć na dziś, potrze­buję drzemki. Niech anio­ło­wie uko­ły­szą mnie do snu.3

Harry Krona. Borås, grudzień 1979

Pew­nego razu, gdy jesz­cze myślał, że ni­gdy nie zazna miło­ści fizycz­nej, a nawet nie zoba­czy nagiej żywej kobiety, Harry’emu Kro­nie przy­da­rzyła się rzecz, o któ­rej potem latami miał śnić w nie­spo­kojne noce nasy­cone pożą­da­niem.

Było to parę tygo­dni przed Bożym Naro­dze­niem 1979. Harry miał wtedy dwa­dzie­ścia trzy lata i pra­co­wał jako sto­larz w nie­du­żej fir­mie budow­la­nej w Borås, gdzie się nie uro­dził, ale czę­ściowo wycho­wał. _Jeśli komuś nie wycho­dzi w mie­ście z naj­więk­szą nad­wyżką kobiet w całym kraju, to jest albo peda­łem, albo idiotą._ Po raz pierw­szy usły­szał to powie­dze­nie jesz­cze w liceum i nie mógł wyrzu­cić go z głowy. Miał pew­ność, że nie jest peda­łem, trud­niej było mu roz­strzy­gnąć, czy jest idiotą.

W każ­dym razie był czło­wie­kiem osob­nym i z tym się pogo­dził. Miał nie­wielu przy­ja­ciół i wciąż miesz­kał z mamą i młod­szą sio­strą Lizą aż do ostat­niego lata, gdy mama znie­cier­pli­wiła się, że Harry nie może wydo­ro­śleć, i zała­twiła mu kawa­lerkę w Brämhult. Adres sam w sobie prak­tyczny, od pracy dzie­liło go pięć minut jazdy rowe­rem, w dodatku miał nie­wielki bal­kon od zachodu, gdzie wie­czo­rami mógł posie­dzieć, popa­la­jąc papie­rosy i popi­ja­jąc piwo. Przy­naj­mniej aż do nadej­ścia jesien­nych desz­czy, kiedy musiał poprze­stać na szyb­kim papie­ro­sie, pra­wie odmra­ża­jąc sobie tyłek. Matka mu zapo­wie­działa, żeby pod żad­nym pozo­rem nie palił w miesz­ka­niu, bo stra­ci­łoby na war­to­ści, i musiał się jej słu­chać, ponie­waż to ona była wła­ści­cielką.

Gdy­bym miał skłon­ność do depre­sji, to na pewno bym w nią popadł, myślał wtedy. Zapo­biegł temu tajem­ni­czy trik, wpraw­dzie od dawna go nie sto­so­wał na serio, wie­dział jed­nak, że wcze­śniej czy póź­niej znaj­dzie on zasto­so­wa­nie, i to _decy­du­jące_.

Drzwi ku cze­muś innemu, ale rów­nież spo­sób, któ­rego nie wolno nad­uży­wać, bo wtedy utraci swą moc.

Wię­cej o tym w swoim cza­sie. A zatem był gru­dzień, kon­kret­nie zaś pią­tek wie­czo­rem. Z braku praw­dzi­wych przy­ja­ciół Harry zaczął się cza­sem zada­wać z młod­szym kuzy­nem ze strony ojca, imie­niem Dick. Chło­pak miał nie wię­cej niż sie­dem­na­ście lat i podob­nie jak Harry’emu było mu trudno odna­leźć się w życiu. Dzięki prze­wa­dze wieku star­szy kuzyn był wzo­rem dla młod­szego. Harry miał pracę, samo­chód i miesz­ka­nie, mógł robić zakupy w mono­po­lo­wym i czę­sto­wał zarówno piwem, jak i papie­ro­sami, kiedy Dick go odwie­dzał. Na razie utrzy­my­wali tę przy­jaźń w pew­nym sekre­cie, zwłasz­cza przed rodzi­cami Dicka, któ­rym nie podo­bało się, że syn wraca do domu późno, zala­tu­jąc alko­ho­lem i dymem. Nie byliby zado­wo­leni, gdyby się wydało, że prze­sia­dy­wał u krew­niaka, przyj­mu­jąc nie­zdrowe używki. Dick zwy­kle tłu­ma­czył im, że był w gru­pie kole­gów, róż­nych, i na razie to białe kłam­stwo musiało jakoś wystar­czyć.

Harry’emu podo­bało się, że kuzyn go podzi­wia. Nikt inny nie podzi­wiał, wręcz prze­ciw­nie. Zawsze był pomia­tany, w domu przez matkę i sio­strę, rów­nież w szkole; kole­dzy w pracy może nie odno­sili się do niego źle, jed­nak nikt nie zwra­cał na niego uwagi. Nie pytali, jak się ma, jakie ma plany na week­end, nie wcią­gali do roz­mowy o piłce noż­nej, dziew­czy­nach i róż­nych takich.

Przy­zwy­czaił się, bo co mu innego pozo­stało? Na skali od jed­nego do dzie­się­ciu jestem dwójką, myślał sobie. Bojaź­liwi faceci nie całują się z ład­nymi dziew­czy­nami. Jest, jak jest, ale może będę miał asa w ręka­wie.

Po trzech, czte­rech piwach z Dic­kiem i jakichś dwóch papie­ro­sach do każ­dego piwa robiło się cał­kiem sym­pa­tyczne. Zwłasz­cza jeśli był piąt­kowy wie­czór i nie musieli myśleć o jutrze. _Pijmy za ten ściek zwany życiem_, mawiał, gdy już mu zaczy­nały błysz­czeć oczy, a Dick się wtedy uśmie­chał albo nawet się śmiał; za pierw­szym razem Harry pomy­ślał nawet, że ni­gdy mu się to dotąd nie przy­da­rzyło. Jesz­cze ni­gdy nikogo nie roz­śmie­szył, co jest po pro­stu okropne, więc zro­biło mu się przy­jem­nie i miło na sercu, gdy Dick zaczął recho­tać.

Do tego jesz­cze posta­na­wiali wtedy, że mają w nosie zakaz pale­nia w miesz­ka­niu. Prze­cież to się da wywie­trzyć, zresztą matka i tak ni­gdy nie przy­cho­dziła tu, żeby spraw­dzić. Jed­nakże nie umiał sobie odpo­wie­dzieć, dla­czego w inne wie­czory kon­se­kwent­nie palił tylko na bal­ko­nie, mar­z­nąc w tyłek. Pew­nie miało to jakiś zwią­zek z sumie­niem i tchó­rzo­stwem, zresztą w dni powsze­dnie nie wypi­jał piw w licz­bie nie­zbęd­nej do nabra­nia odwagi. Wszystko jedno. W pamiętny wie­czór, o któ­rym teraz mowa, obaj zdą­żyli już wypić po trzy puszki piwa i napo­częli czwartą, gdy Dick nagle wyjął papie­rosa z ust, wykrzy­ku­jąc:

– Co to było?

– Co? – zdzi­wił się Harry. – Co takiego?

– Nie sły­sza­łeś?

Harry zga­sił tele­wi­zor z poli­cyj­nym seria­lem, w któ­rym i tak już dawno zgu­bili wątek.

– Nie, o co ci, kurde, cho­dzi?

Zanim Dick zdą­żył odpo­wie­dzieć, znów dał się sły­szeć jęk.

Jakby sko­wyt zwie­rzątka, które gdzieś utknęło, albo jęk zuży­tych zawia­sów w drzwiach. Jed­nak żaden z nich nie kupo­wał tego wyja­śnie­nia i gdy zaraz po następ­nym jęku usły­szeli huk i gruby męski głos, który naj­wy­raź­niej prze­kli­nał w jakimś obcym języku, to już nie mieli wąt­pli­wo­ści.

Wszystko to dobie­gało z sąsied­niego miesz­ka­nia.

– To Ponu­ras – powie­dział Harry. – Bije żonę.

Dick kiw­nął głową i zga­sił papie­rosa. Nie znali praw­dzi­wego imie­nia i nazwi­ska sąsiada, ale że był gruby i ponury, gdy Harry się na niego naty­kał, to pozo­stali przy tym okre­śle­niu.

– Ojej, nie­do­brze – powie­dział Dick. – Trzeba coś zro­bić.

Nie jest jasne, czy Harry nie chciał zawieść wiel­kiego zaufa­nia, jakie w nim pokła­dał kuzyn, czy była to siła oddzia­ły­wa­nia alko­holu. Praw­do­po­dob­nie jedno i dru­gie; w każ­dym razie nagle Harry stał się czło­wie­kiem czynu. Wypił porządny łyk, zgniótł puszkę, choć nie została opróż­niona do końca, i wygrze­bał się z fotela obi­tego sztuczną skórą. Chwilę stał, chwie­jąc się lekko na zdrę­twia­łych nogach, by wresz­cie wypluć z sie­bie roz­kaz:

– Wcho­dzimy tam! Ależ z niego kotlet wie­przowy!

– Weź coś ze sobą, żeby mu przy­ło­żyć – odparł Dick, chi­cho­cząc ner­wowo.

– No jasne – prych­nął Harry. – Idziesz ze mną!

I tak się stało.

Harry szedł pierw­szy, Dick dwa kroki za nim. Po wyj­ściu na klatkę scho­dową – przy­wódca uzbro­jony w żeliwną łyżkę do butów, a uczeń nieuzbro­jony – usły­szeli kolejne huki, jęki i prze­kleń­stwa zza uchy­lo­nych drzwi do sąsiada. Zanim go w swe szpony zdą­żyło chwy­cić waha­nie, Harry grzmot­nął w drzwi, otwie­ra­jąc je na oścież, i ryk­nął:

– Poli­cja! _Fre­eze!_

Musiał zaczerp­nąć to z serialu, który wła­śnie prze­stali oglą­dać, choć sam sobie tego nie uświa­da­miał. Tak czy ina­czej, poskut­ko­wało. Ponu­ras, ubrany jedy­nie w impo­nu­jące zwały tłusz­czu i szare wor­ko­wate kale­sony, znie­ru­cho­miał na środku salonu z otwartą gębą i wytrzesz­czo­nymi oczami. Za nim, szlo­cha­jąc, leżała czę­ściowo pod szkla­nym sto­li­kiem jego mał­żonka, imię nie­ważne. Ubrana jedy­nie w biu­sto­nosz i koron­kowe majtki, oby­dwie te sztuki odzieży znacz­nie ele­gant­sze od gatek jej męża. Na sto­liku stały dwie napeł­nione do połowy szklanki z jakąś brą­zową zawar­to­ścią i leżał duży kot w kolo­rze makreli. Oprócz tego torebka czip­sów i dwie bla­szane miski, z któ­rych jedna zawie­rała chyba kocią karmę, a druga była pełna po brzegi nie­do­pał­ków. W pokoju uno­siła się niczym mgła ostra woń będąca mie­sza­niną róż­nych mocno podej­rza­nych skład­ni­ków.

Harry zare­je­stro­wał to wszystko w cza­sie krót­szym od sekundy, wiele lat póź­niej wciąż potra­fił przy­wo­łać cały obraz, jakby to była foto­gra­fia, tak samo jak fakt, że sutek jed­nej, pra­wej piersi żony Ponu­rasa wyj­rzał znad brzegu jej biu­sto­no­sza.

Zanim kto­kol­wiek zdą­żył powie­dzieć słowo, Harry pod­szedł i ciężką żeliwną łyżką do butów przy­ło­żył w łeb tłu­stemu sąsia­dowi. Ten padł jak powa­lony wół, a kot opu­ścił pokój.

Mał­żonka zerwała się na nogi i popra­wiła sobie biu­sto­nosz. Na jed­nym oku miała wielką śliwę, ze ska­le­czo­nej dol­nej wargi leciała jej krew. Mimo tych nie­do­sko­na­ło­ści dokuś­ty­kała do Harry’ego i rzu­ciła mu się na szyję. Przy­ci­snęła potężne piersi do jego chu­dziut­kiego torsu i zabeł­ko­tała mu do ucha:

– Uwiel­biam face­tów z ikrą.4

Bałtyk, Visby, maj 2025

Gun­nar Bar­ba­rotti sie­dział na pro­mie pły­ną­cym na Gotlan­dię. Słońce świe­ciło nad spo­koj­nym morzem, był koniec maja, a Bar­ba­rotti cie­szył się, że ma przed sobą tydzień wol­nego. Wła­ści­wie to nawet dzie­więć dni. Za nie­spełna mie­siąc przyj­dzie po raz ostatni do pracy w poli­cji w Kym­linge i roz­pocz­nie życie eme­ryta. Myśl co naj­mniej osza­ła­mia­jąca.

W dodatku miał wraz z Evą Back­man prze­pro­wa­dzić się na wyspę na stałe. I to było jesz­cze bar­dziej osza­ła­mia­jące.

Pra­wie czter­dzie­ści lat jako gli­niarz. Przy­naj­mniej nie zosta­łem zastrze­lony na służ­bie, pomy­ślał. Zawsze coś. Eva też nie.

Wol­nego!, pomy­ślał zaraz. Jesz­cze nie jeste­śmy na mecie. Czło­wiek strzela, Pan Bóg kule nosi.

Po czym zasnął, a trzy minuty póź­niej został obu­dzony wła­śnie przez Evę Back­man, part­nerkę w pracy i w życiu, która przy­nio­sła z kafe­te­rii tacę z arty­ku­łami pierw­szej potrzeby.

– Dzień dobry, komi­sa­rzu – powi­tała go.

– Miło, że pytasz – odparł nie­przy­tom­nie.

– O nic nie pyta­łam.

– Wyco­fuję to. Dawaj tę kawę – powie­dział.

Uśmiech­nęła się.

– Jesteś prze­uro­czy. Dla­czego nie pro­wa­dzisz wła­snego talk-show w tele­wi­zji?

– Prawda, że to nie­zro­zu­miałe. To jak się nazywa ta dzien­ni­karka?

– Axel­ryd. Jenny Axel­ryd.

– I mamy się z nią spo­tkać w Brödboden, tak?

– Ty masz się spo­tkać, nie ja. Ale ow­szem, Brödboden przy Södertorg. Powo­dze­nia. To miło, że się inte­re­sują naszym przy­jaz­dem, prawda?

– Pierw­szy krok w stronę mojego talk-show – odparł Bar­ba­rotti. – Tyle że tu jest chyba słabo z new­sami, dopóki nie ma tury­stów.

– A my nie jeste­śmy tury­stami?

– Jeśli już, to tylko przez ten tydzień. Kiedy przy­je­dziemy następ­nym razem, będziemy już praw­dzi­wymi Gotland­czy­kami.

– Możesz to sobie wma­wiać – sko­men­to­wała Eva Back­man, otwie­ra­jąc swoją książkę. – Ja sły­sza­łam, że trzeba sze­ściu poko­leń.

Jenny Axel­ryd była już na miej­scu i wypa­trzyła sto­lik na zaple­czu Brödboden. Na traw­niku tuż przy murze, co Bar­ba­rotti od razu uznał za dosko­nały wybór, może nie tyle na prze­pro­wa­dze­nie wywiadu, ale na pewno żeby przy­siąść tu z fili­żanką kawy i książką, mając za ple­cami ten mur, opie­ra­jący się zębowi czasu od tysiąca lat, czy jakoś tak.

– Ile lat liczy ten mur? – spy­tał.

Jenny Axel­ryd zaśmiała się. Wyglą­dała na trzy­dziestkę i Bar­ba­rotti zga­dy­wał, że uro­dziła się raczej w sztok­holm­skiej dziel­nicy Söder niż tu na wyspie.

– Nie mam poję­cia – przy­znała. – Wygo­oglu­jemy?

– Nie, nie­ważne. Zamiast tego pro­szę mi powie­dzieć, skąd pomysł, żeby robić ze mną wywiad. Szcze­rze mówiąc, nie jestem przy­zwy­cza­jony do takich rze­czy.

– Zamie­rza pan tu osiąść, to chyba wystar­cza­jący powód?

– Pew­nie już się zda­rzało, że ktoś się tu prze­pro­wa­dza na Gotlan­dię. Zresztą skąd pani o tym wie?

– A nie jest pan poli­cjan­tem?

Znów się zaśmiała, a Bar­ba­rotti pomy­ślał, że łatwo polu­bić młode kobiety, które się śmieją.

– Jesz­cze tylko mie­siąc. A więc kto jest pani infor­ma­to­rem?

– Powi­nien pan wie­dzieć, że repor­tera nie wolno pytać o jego źró­dła.

– Skoro pani tak mówi – odparł. – Tak czy ina­czej, poczu­łem się dzięki pani bar­dzo ważny. Jed­nak zapew­niam, że nie przy­by­wam jako wysłan­nik Säpo², po pro­stu prze­cho­dzę na eme­ry­turę. Moja kariera w poli­cji kry­mi­nal­nej dobiega końca.

– Jed­nak zamie­rza pan kon­ty­nu­ować walkę z prze­stęp­czo­ścią? Tu na wyspie?

– Co? Skąd się pani to wzięło?

Kobieta upiła łyk swo­jej latte i spoj­rzała figlar­nie. Naprawdę… słowo _figlar­nie_ było tu zde­cy­do­wa­nie na miej­scu.

– Znów pan węszy za moim źró­dłem, co?

Bar­ba­rotti podra­pał się w głowę.

– Prze­pra­szam. Ale jeśli powiem, że nie mam zamiaru kon­ty­nu­ować ści­ga­nia łobu­zów, to co pani na to?

Repor­terka Axel­ryd odchy­liła się na krze­śle i przez chwilę pogry­zała żółty ołó­wek. Bar­ba­rot­tiemu wydało się, że roz­po­znaje model z jego cza­sów szkol­nych, czyli sprzed stu lat.

– Biuro detek­ty­wi­styczne Fårösund – powie­działa.

O Boże, pomy­ślał eme­ry­to­wany nie­ba­wem komi­sarz kry­mi­nalny. Tam­ten nagły, idio­tyczny pomysł. Komu… komu ja o tym wspo­mnia­łem?

Dobre pyta­nie. Evie, rzecz jasna, ale ona by prze­cież nie…?

Lin­dha­gen? No tak, z inspek­to­rem Lin­dha­genem mógł o tym gadać przy piwie, ale żeby kolega miał pójść do prasy z takim idio­ty­zmem… czy to moż­liwe?

Z dru­giej strony Lin­dha­gen był stąd, więc dla dzien­ni­karki zwró­ce­nie się do takiego źró­dła było pew­nie rze­czą natu­ralną.

– Widzę, że to się chyba zga­dza – zaśmiała się znów Jenny Axel­ryd. – Ale może nie chce pan roz­ma­wiać na ten temat, dopóki nie sta­nie się fak­tem?

– Hm – mruk­nął Bar­ba­rotti i wymi­ja­jąco odgryzł spory kawa­łek cyna­mo­no­wej droż­dżówki.

Repor­terka ugry­zła znacz­nie mniej­szy kęs mig­da­ło­wego ciastka.

– Gotlandzka poli­cja na pewno by to doce­niła – cią­gnęła, podą­ża­jąc wciąż tą samą ścieżką. – Był pan już w kon­tak­cie z nimi?

– Skądże znowu – odparł Bar­ba­rotti, który już prze­żuł i posta­no­wił przy­jąć przy­chyl­niej­szą postawę. – Pry­watny detek­tyw woli pra­co­wać poza zasię­giem radaru, na tym polega zasad­ni­cza róż­nica, dzięki któ­rej cza­sem udaje mu się roz­wią­zy­wać pro­blemy tam, gdzie zwy­czajna poli­cja zawio­dła.

– Wygląda na to, że już pan tego spró­bo­wał?

– Na to pyta­nie muszę odpo­wie­dzieć: pas – rzekł Bar­ba­rotti, przy­wo­łu­jąc poro­zu­mie­waw­czy uśmiech.

– Rozu­miem. To może już pan pra­cuje nad jakąś tutej­szą sprawą? Na przy­kład na pół­nocy wyspy?

Bar­ba­rotti pokrę­cił głową.

– Zamie­rzam zacząć od porząd­nego urlopu. A potem zoba­czymy. Zresztą nie prze­pro­wa­dzimy się tutaj przed świę­tem mid­som­mar.

– Tak, wiem. I towa­rzy­szy panu żona? Która rów­nież jest funk­cjo­na­riuszką poli­cji kry­mi­nal­nej. Czy ona będzie…?

– Obie­ca­łem jej, że nie będę o niej roz­ma­wiać w tym wywia­dzie – prze­rwał Bar­ba­rotti. – No wła­śnie, od jak dawna mieszka pani na wyspie?

– Piąty rok – odpo­wie­działa Jenny Axel­ryd. – Mam męża Gotland­czyka i zamie­rzam zostać tu pocho­wana.

– W pani przy­padku pew­nie nastąpi to dopiero za dzie­więć­dzie­siąt lat. Ale podzie­lam pani sta­no­wi­sko… cho­ciaż będę miał mniej czasu przed sobą. Ponoć jest tu sporo przy­jem­nych cmen­ta­rzy… Na przy­kład Hel­lvi, zna go pani?

– Miesz­kam w Hel­lvi.

– Aha? To chyba rozu­miem.

– Co pan rozu­mie?

– Kim jest pani źró­dło. Hel­lvi i Rute to prze­cież para­fie sąsiedz­kie. Mówi pani coś nazwi­sko Lin­dha­gen?

W tym momen­cie repor­terka Axel­ryd wybu­chła gło­śnym śmie­chem.

– Wydaje mi się, że odnie­sie pan suk­ces jako pry­watny detek­tyw. Prze­cież to ja mia­łam dowie­dzieć się róż­nych rze­czy o panu, a nie odwrot­nie.

– Tra­fiło się śle­pej kurze… – zauwa­żył skrom­nie Bar­ba­rotti.5

Harry Krona. Kymlinge, lipiec 1995

_Uwiel­biam face­tów z ikrą._

Oto słowa do delek­to­wa­nia się w ponure dni. W pew­nym sen­sie go prze­śla­do­wały i ukie­run­ko­wały, cho­ciaż musiało minąć tro­chę czasu, zanim to zro­zu­miał – że jedno pro­wa­dzi do dru­giego i wszystko, co się dzieje, ma jakiś sens.

Nie, nie wszystko, ale nie­które rze­czy tak. To, że wyda­rze­nie w miesz­ka­niu sąsia­dów nie miało żad­nego dal­szego ciągu (pań­stwo Ponu­ra­so­stwo wypro­wa­dzili się następ­nej wio­sny), postrze­gał jed­nak jako dowód, że w całym tym dziw­nym epi­zo­dzie cho­dziło o coś… tak, o coś wyż­szego. Coś, co doty­czyło jego życia, co było nauką, którą nale­żało wycią­gnąć i jej nie zaprze­pa­ścić; gdyby był choćby w naj­mniej­szym stop­niu reli­gijny, to w tym gru­dnio­wym wie­czo­rze z Dic­kiem, sąsia­dami, łyżką do butów i sut­kiem ujrzałby jakiś znak. A nawet wię­cej. Sub­telne wska­zówki ze strony wyż­szych sił, w któ­rych rękach naj­wi­docz­niej spo­czy­wał, prze­le­wa­jąc się, jego dość oszczęd­nie zary­so­wany los, wszakże wypo­sa­żony w krę­go­słup o istot­nym zna­cze­niu. Choć zna­cze­nie wcale nie musi być czymś pozy­tyw­nym.

Wyra­ża­jąc to okre­śle­niami, które gubił zaraz po tym, jak je pomy­ślał. Z dru­giej strony nie­źle mu szło, gdy cho­dziło o słowa, w każ­dym razie o te, które tylko pomy­ślał; nauczy­ciel szwedz­kiego w ostat­nich kla­sach pod­sta­wówki powie­dział mu nawet, że ma żyłkę do poezji.

O kurde, pomy­ślał wów­czas, jed­nakże ten nauczy­ciel był dzi­wa­kiem zna­nym z tego, że potra­fił smę­cić jak nie przy­mie­rza­jąc ksiądz.

Tak czy ina­czej. To, co potem nazwał w myślach _Minutą bla­dej śmierci_ – wyra­że­nie, które zapewne padło z ust tegoż nauczy­ciela-dzi­waka – wyda­rzyło się wię­cej niż dekadę po incy­den­cie z Ponu­ra­sami, i nie dało się zepchnąć w nie­pa­mięć. Nie­sta­ran­nie, zatem źle scho­wane. Póź­niej, ale zanim było po wszyst­kim pomy­ślał, że lepiej byłoby to nazwać _Pół­ro­czem bla­dej śmierci_. Tak, zde­cy­do­wa­nie.

W każ­dym razie: pew­nego lip­co­wego wie­czoru nastą­pił dal­szy ciąg roz­trop­nych słów pani Ponu­ra­so­wej na temat męskich atu­tów. Chyba że cho­dziło o tylko _jeden_ atut? Harry zdą­żył skoń­czyć trzy­dzie­ści dzie­więć lat i choć wiele oko­licz­no­ści się zmie­niło – nowe miesz­ka­nie, inne mia­sto, wyż­sze czoło, nowy uży­wany samo­chód, usu­nięte dwa zęby mądro­ści i występy w ama­tor­skim teatrze (w dwóch sztu­kach, tylko tyle) – to wiele zostało po sta­remu. Na­dal był sin­glem, na­dal pra­co­wał jako sto­larz, w week­endy popi­jał piwo i inne trunki, miał nie­wielu kole­gów i palił papie­rosy Prince. Przez kilka mie­sięcy, a było to zwią­zane z prze­pro­wadzką z Borås do Kym­linge, pró­bo­wał przejść na Lucky Strike, ale potem wró­cił do poprzed­niej zaufa­nej marki.

W minio­nych latach udało mu się odbyć sto­sunki z dwiema kobie­tami, z każdą po razie. Pierw­szą była bez­i­mienna żół­to­włosa dziwka w Amster­da­mie, druga miała na imię Monica, była dzie­sięć lat od niego star­sza i pro­wa­dziła księ­go­wość firmy budow­la­nej, w któ­rej pra­co­wał w pierw­szych latach po prze­pro­wadzce do Kym­linge. Oboje uczest­nicy tej dru­giej sytu­acji byli pijani jak bele.

Po tych ero­tycz­nych eska­pa­dach czuł lek­kie obrzy­dze­nie i wstyd, który jed­nak z wolna osłabł i zamie­nił się w mroczną, bar­dzo mroczną tęsk­notę. Ona­ni­zo­wał się regu­lar­nie, mniej wię­cej raz w tygo­dniu, i był, ogól­nie rzecz bio­rąc, nie tak bar­dzo nie­za­do­wo­lony z życia. Oglą­dał sport w tele­wi­zji, grał w toto­lotka i obsta­wiał goni­twy kłu­sa­ków. Od czasu do czasu spo­ty­kał się z Sunem, byłym kolegą z pracy, młod­szym o kilka lat dość kiep­skim sto­la­rzem. Samot­nym jak księ­życ na nie­bie, nie­śmia­łym jak panienka i nie­pew­nym. Dość podob­nym do kuzyna Dicka z daw­nych cza­sów, z któ­rym Harry już nie miał żad­nego kon­taktu. I dobrze, bo w latach osiem­dzie­sią­tych Dick kom­plet­nie się wyko­leił i wylą­do­wał w wię­zie­niu. Nawet nie raz.

A więc do rze­czy. Był wie­czór, cie­pły i obie­cu­jący. Ostatni pią­tek trzy­ty­go­dnio­wego urlopu, gdy Harry, jak ni­gdy, usiadł sobie w ogródku restau­ra­cyj­nym Tun­n­bin­dar­gil­let. Wła­ści­wie miał mu towa­rzy­szyć Sune, ale kolega zadzwo­nił po połu­dniu i powie­dział, że ma zapa­le­nie ucha.

Zapa­le­nie ucha?, zdzi­wił się Harry. To chyba coś takiego, co w przed­szkolu łapią zasmar­kane dzieci? W dodatku zimą. Jed­nakże Sune był wątłego zdro­wia, nie licząc innych nie­do­stat­ków, i po zakoń­cze­niu roz­mowy i chwili waha­nia Harry posta­no­wił, że tak czy tak kop­nie się do Gil­let, jak nazy­wano restau­ra­cję, żeby coś zjeść i wypić parę piw. Żyje się tylko raz, a żołą­dek trzeba napeł­nić.

W ów wie­czór, jak się oka­zało, nie tylko poda­wano dania i napoje, ale rów­nież grała kapela. Około wpół do dzie­wią­tej, gdy Harry już dostał na swój sto­lik zamó­wioną kawę i lampkę koniaku, na estradkę pod wiel­kim kasz­ta­nem wkro­czył czte­ro­oso­bowy zespół: basi­sta, pia­ni­sta, gita­rzy­sta i per­ku­si­sta. Chłopcy nazwali się _Påläggskalvarna från Örkelljunga_ – Obie­cu­jące Talenty z Örkelljunga – a grali jazz i swing, w dodatku rewe­la­cyj­nie. Przy­go­to­wany na wie­czór par­kiet do tańca został szybko zapeł­niony przez kiwa­ją­cych się, twi­stu­ją­cych i pod­ska­ku­ją­cych ludzi, roz­we­se­lo­nych i lekko pod­pi­tych, ocza­ro­wa­nych let­nim wie­czo­rem.

Harry sie­dział wciąż przy swoim sto­liku. Tupiąc do rytmu, zamó­wił kolejne piwo. Wkrótce wpadł w dosko­nały humor i posta­no­wił, że też spró­buje szczę­ścia na par­kie­cie. Nawet nie trzeba było zapra­szać do tańca, wystar­czyło wbić się w tłum, a potem podry­gi­wać i obra­cać się wedle swo­ich umie­jęt­no­ści.

Szczę­ście sprzyja odważ­nym, nie minęło wiele czasu, jak poczuł się spa­ro­wany z ciem­no­włosą, ładną kobietą w jego wieku. Przy­trzy­my­wała go spoj­rze­niem, wijąc się lekko i podry­gu­jąc w tym samym ryt­mie co on. O kurde, pomy­ślał Harry, to dopiero jest życie.

Po kilku szyb­kich pio­sen­kach przy­szła pora na poście­lówę a wtedy nie waha­jąc się, chwy­cił tę swoją kobietę i przy­gar­nął, a ona była nie od tego, więc przy­lgnęli do sie­bie cia­łami. W środku ciżby tań­czyli lekko i pew­nie, jakby robili to tysiące razy, a gdy pio­senka wła­śnie się koń­czyła, przy­ci­snęła się do niego jesz­cze moc­niej, szep­cząc mu do ucha:

– Uwiel­biam face­tów z ikrą.

Gdyby był trzeźwy, to pew­nie by zemdlał. Albo zwiał. Na szczę­ście było oczy­wi­ste, że to inna kobieta niż poprzed­nim razem, a on był ide­al­nie pijany.

A więc ustał na nogach i spy­tał ją o imię.

– Mar­lene – odpo­wie­działa. – Mam na imię Mar­lene.

– Jestem Felix – odparł Harry.

Kilka godzin póź­niej odbył swój trzeci sto­su­nek w życiu. Po zna­nym mu wcze­śniej poczu­ciu wstydu i obrzy­dze­nia nie było śladu.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij