Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Słyszę nowy świat - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
23 września 2026
3499 pkt
punktów Virtualo

Słyszę nowy świat - ebook

Jest rok 1958. Dennis Knuckleyard postanowił raz na zawsze odciąć się od swoich przygód w Wielkim Kiedy i na dobre zostawić je w przeszłości, gdzie ich miejsce. Po tym, jak przez dziewięć lat starał się nawet nie myśleć o zaczarowanej wersji Londynu, nagle znajduje niechcianą pamiątkę ze swojej ostatniej przygody: klucz, który przyjął na przechowanie i potajemnie przemycił do swojego świata.

O ile Dennisowi może się wydawać, że skończył z Wielkim Kiedy, o tyle ono bynajmniej nie skończyło z nim. Kiedy oddaje klucz znajomemu, budzą się czarodziejskie moce małego przedmiotu, w Londynie zjawiają się istoty z innego świata, a w Notting Hill wybuchają zamieszki. Co gorsza Grace Shilling, dawna miłość Dennisa, zostaje zmuszona do udania się do Wielkiego Kiedy, żeby przeprowadzić śledztwo w sprawie niezwykłych wypadków, do których dochodzi w obu miastach.

Przerażony myślą o tym, że Grace miałaby się stać krzywda, Dennis wyprawia się w ślad za nią do Długiego Londynu – który, kiedy już schwyta kogoś w swoje szpony, łatwo go nie wypuści. Grace z Dennisem muszą stanąć do walki o uratowanie Wielkiego Kiedy, a wraz z nim także własnego świata. Jeśli tego nie zrobią, stracą życie – i siebie nawzajem.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8252-145-0
Rozmiar pliku: 2,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

MUZYKA NA POCZĄTKU

Kla­syczna: prze­sta­wia­jąc z mozo­łem kopyta, znę­kany Atlas wspina się Gil­le­spie Road wśród mżawki, która odpę­dza wrze­śniowe gzy i nie­sie w swo­ich drob­nych kro­pel­kach cały rok tysiąc dzie­więć­set trzy­na­sty: _Prin­ci­pia Mathe­ma­tica_, Stra­wiń­ski, licz­niki Geigera i nara­sta­jący w trze­wiach Europy strach perlą się na sztyw­nej brą­zo­wej sier­ści i nasą­czają ją duchem stu­le­cia. Świa­tło koloru _pale ale_ i żył­ko­wane błoto są prze­sy­cone kubi­zmem i Apol­li­na­ire’em.

Przed nim w tuma­nach wil­got­nej mgły czarne płasz­cze prze­ciw­desz­czowe i kasz­kiety obla­zły jak żuki pry­zmę ziemi, która prze­obrazi się w sta­dion pił­kar­ski. Krzą­ta­jący się przy pracy robot­nicy mokną na desz­czu razem z oko­licz­nymi miesz­kań­cami, któ­rzy zno­szą w to miej­sce domowe odpadki jako swój wkład w fun­da­menty obiektu. Potężny sza­jer, zmę­czony wcze­śniej­szym poko­na­niem stro­mego zbo­cza High­bury Hill, cią­gnie furę wyła­do­waną trzy­ko­ło­wymi wóz­kami dzie­cię­cymi i poła­ma­nymi wyży­macz­kami. Tur­kot drew­nia­nych kół na bruku mie­sza się z wykrzy­ki­wa­nymi prze­kleń­stwami i chro­bo­tem szu­fli i dołą­cza do ponu­rej par­ty­tury poranka.

Zie­jąca w ziemi cze­luść, z wolna zapeł­nia­jąca się śmie­ciami, sta­nie się pół­nocną try­buną sta­dionu Arse­nalu, gdy dru­żyna prze­nie­sie się tutaj ze swo­jego obec­nego domu w skła­dzie amu­ni­cji w Wool­wich, na dru­gim brzegu rzeki, o czym jed­nak wiel­kie zwie­rzę nie ma zie­lo­nego poję­cia. W okro­jo­nym przez klapki na oczy pro­sto­kąt­nym wycinku świata powoli przy­bliża się skraj wykopu. W świeżo prze­wró­co­nej ziemi mie­nią się sre­brzy­ste strużki: robot­nicy, wsparci ciężko na kilo­fach, splu­wają z przy­gnę­bie­niem w desz­czowy opar. Zgar­biony na koźle i prze­mo­czony do suchej nitki wła­ści­ciel Atlasa potrząsa lej­cami i obrzuca kopyt­nego olbrzyma wybur­cza­nymi epi­te­tami, by pchnąć go dalej, na samą kra­wędź otworu, która ginie we mgle; przy tej pogo­dzie obaj są tak samo na wpół ślepi. Nie ma jesz­cze dzie­sią­tej, a posępna sobota już zbliża się do swo­jego cre­scendo.

Wszyst­kie ścię­gna płoną bólem, gdy impo­nu­jący zwierz zatrzy­muje się na brzegu prze­pa­ści. Pry­cha, wzdryga się i potrząsa dłu­gim łbem, z nie­chę­cią przyj­mu­jąc ponowne poja­wie­nie się much. Wyda­jąc nie­zro­zu­miałe, chra­pliwe dźwięki swo­jej wro­niej mowy, węglarz zsuwa się z kozła, staje wśród robot­ni­ków i włą­cza się do pro­wa­dzo­nej przez nich pół­gło­sem dys­ku­sji. Wznió­sł­szy stru­dzone śle­pia nie­świa­do­mie ku swo­jemu osta­tecz­nemu niebu, potężna machina zbu­do­wana z mię­cha i kudłów sika prze­cią­gle w już i tak kle­iste grzę­za­wi­sko na skraju dołu. Z tyłu dobiega naj­pierw gło­śny kle­kot, gdy tylna ściana skrzyni wozu zostaje opusz­czona na płask na naprę­żo­nych w skos łań­cu­chach, a następ­nie postę­ki­wa­nia ludzi i głu­chy łoskot: roz­po­częto wyła­du­nek pierw­szego z cię­ża­rów. Zdję­cie go z fury lekko zakłóca rów­no­wagę pojazdu, który sztur­cha wyczer­pane zwie­rzę uwię­zione pomię­dzy parą dyszli. Atlas kwi­czy, strzyże uchem i robi krok do przodu. W nicość.

Chwila się roz­dyma, roz­sz­cze­pia na nie­skoń­czoną liczbę eta­pów pośred­nich. Noga konia się pro­stuje, kory­guje ruch, szuka opar­cia, ale tylko żłobi wil­gotną bruzdę w zapa­da­ją­cym się błocku. Tylne kopyta – dłu­gie włosy na pęci­nach zesztyw­niały, poskle­jane błotną breją w ostre kolce – machi­nal­nie pró­bują się cof­nąć, ale nie znaj­dują opar­cia. Kiedy roz­po­czyna się nie­uchronny ześlizg, zza wozu, który nagle ożył ze skrzy­pie­niem, dobie­gają okrzyki zasko­cze­nia i nie­po­koju. Pusz­czona w ruch nie­szczę­sna maszy­ne­ria chwili działa posłuszna slap­stic­ko­wej logice: ugi­na­jący się pod spię­trzo­nym ładun­kiem wehi­kuł wyrwany z bez­ru­chu przez pró­bującego ustać na nogach Atlasa zaczyna się toczyć, popy­cha przed sobą bez­radne zwie­rzę i powięk­sza zgubny pęd. Pierw­sze głowy gapiów zwra­cają się w tę stronę, podejrz­liwe spoj­rze­nia ustę­pują gry­ma­som nie­do­wie­rza­nia i sze­roko roz­war­tym ustom, sap­nię­cia wstrzy­my­wa­nych odde­chów i daremne okrzyki ostrze­gaw­cze wzno­szą się ponad nara­sta­jący szum desz­czu. W ogra­ni­czo­nym klap­kami na oczy polu widze­nia całe High­bury wali się na bok. Zdarte pod­kowy dra­pią nasą­czone wil­go­cią powie­trze i kolos, który dźwiga glob na swo­ich bar­kach, osuwa się w błot­ni­stą głę­binę, kozioł­kuje i spada, ścią­ga­jąc na sie­bie całe zardze­wiałe żela­stwo tego świata. Wraz z obło­kiem pary z aksa­mit­nych chrap bucha gło­śny kwik roz­cza­ro­wa­nia.

Starsi bra­cia pod­bie­gają, żeby poga­pić się z bli­ska i powy­ty­kać pal­cami. Znaj­du­jące się w tłu­mie młod­sze dzieci zostają zabrane do domów przez roz­tropne matki, świa­dome tego, co wyda­rzy się za chwilę: ani jedna cząstka ogiera nie ostała się w cało­ści, pozo­stało mu tylko cier­pie­nie, które nale­ża­łoby pil­nie skró­cić, ale szanse na to, że przy Gil­le­spie Road znaj­dzie się jakaś strzelba, są bli­skie zeru. W kilka minut jest po wszyst­kim. Wła­ści­ciel tru­chła nie­chęt­nie zga­dza się porzu­cić swo­jego sługę tam, gdzie padł, jako nie­pla­no­wany doda­tek do fun­da­men­tów sta­dionu, prędko pogrze­bany pod ramami łóżek, donicz­kami i poroz­bi­ja­nymi musz­lami klo­ze­to­wymi.

Z upły­wem lat okrutne wyda­rze­nie zostaje przy­kryte gru­zem czasu. Sunący gładko samo­chód arcy­księ­cia nie­ocze­ki­wa­nie zatrzy­muje się przed kawiar­nią w Sara­je­wie. Chłopcy w mun­du­rach – sza­rych albo khaki – zwi­sają z dru­tów kol­cza­stych na ziemi niczy­jej. Wojna świa­towa i hisz­panka przy­no­szą zagładę milio­nom. Makle­rzy gieł­dowi prze­su­wają się cal po calu coraz bli­żej kra­wę­dzi para­pe­tów. Al Jol­son obwiesz­cza wszem wobec, że to i tak jesz­cze nic wiel­kiego. Na High­bury, pod podziu­ra­wio­nym kor­kami boiskiem z nanie­sio­nymi wap­nem liniami, rze­czy gniją w nie­skoń­czo­nej pod­ziem­nej nocy, a potem, roz­ło­żone na czyn­niki pierw­sze, zostają wchło­nięte przez kró­ciutko przy­ciętą murawę. Fura dawno roz­pa­dła się na atomy, jej ładu­nek prze­ko­ro­do­wał do postaci żela­znych mete­ory­tów, bez­kształt­nych i nie­moż­li­wych do roz­po­zna­nia. Zawie­szona w prze­ty­ka­nym lar­wami bez­den­nym mroku pomię­dzy próch­nie­ją­cymi kołami wozu nie­ży­jąca legenda nabrała tajem­nego piękna, obje­dzona przez robac­two, wysty­li­zo­wana, per­łowa. Spo­czywa na boku, wyod­ręb­nione kości two­rzą pędzącą mozaikę, nogi wycią­gają się w przód, jakby się­gały ku odle­głej linii mety maja­czą­cej gdzieś wśród tej gęstej, smo­li­ście czar­nej ciszy.

Nie ma oczu, które mogłyby zoba­czyć nie­zwy­kłe zja­wi­sko, ono zaś z początku lśni sła­biutko jak okruch rudy i zdaje się bar­dzo bli­skie w tym nie­prze­zro­czy­stym, litym śro­do­wi­sku, gdzie nie ist­nieje poję­cie odle­gło­ści. Skrzący się punk­cik rośnie i staje się coraz wyraź­niej­szy, przez co powstaje wra­że­nie, jakby jego źró­dło znaj­do­wało się daleko, a zara­zem sys­te­ma­tycz­nie zbli­żało się poprzez twardą, zbitą glebę, aż wresz­cie nabrzmiewa do postaci pod­ziem­nego fajer­werku. Nie­wi­dziany przez nikogo nie­spieszny cud prze­obraża się w ruchomą świe­tli­stą postać, malutką kobietę nakre­śloną liniami kolo­ro­wego bla­sku. Cały czas rośnie, cały czas przy­bliża się i prze­nika nie­ma­te­rialne wie­czorne cie­nie, które w rze­czy­wi­sto­ści są kamie­niem, gliną albo poszczer­bio­nym meta­lem. Szczu­pła i krzepka jak chło­pak, ma na sobie tunikę, któ­rej pło­mie­ni­ste linie nie­usta­jąco prze­pły­wają jedna w drugą, na prze­mian wyma­zy­wane i odtwa­rzane tak samo jak wyry­so­wana kredką syl­wetka jej wła­ści­cielki. Z góry przez war­stwy ziemi nie­sie się stłu­miony grzmot: to zelek­try­zo­wani kibice gospo­da­rzy ryk­nęli wycze­ku­jąco.

Tym­cza­sem ona już tu jest, z mie­nią­cych się ruchli­wych kon­tu­rów wyła­nia się naj­pierw mocny zarys szczęki, potem ostroż­nie nakre­ślony kosmyk wło­sów. Deli­katna, utkana z marsz­czo­nych nite­czek fos­foru wędruje przez wie­lo­to­nowe czarne zwały, aż wresz­cie przy­staje przy szcząt­kach czem­piona, niby w zadu­mie. Mija parę chwil, po czym jej świe­tli­sta kon­fi­gu­ra­cja składa się i gnie, jakby się schy­lała, przy­klę­kała na led­wie, led­wie zazna­czo­nej suge­stii kolana tuż obok odsło­nię­tych łopa­tek i kre­do­wo­bia­łych dywi­zów krę­go­słupa szyj­nego mar­twej szkapy. Na wpół obecna w tym miej­scu pochyla pospieszny szkic głowy i prze­suwa mini­ma­li­stycz­nymi pal­cami po wydłu­żo­nej nagiej czaszce. Gry­zmoła jej ust zmie­nia kształt: dziew­czyna ewi­dent­nie coś mówi, szep­cze wprost w pozo­stałe po uchu kru­che kostne zagłę­bie­nie.

Tytan reaguje na słowa zachęty i zaczyna się skła­dać w całość. Żebra, roz­pro­szone jak poroz­rzu­cane nawiasy, prze­su­wają się na swoje dawne miej­sca, stawy odtwa­rzają się i kleją lepisz­czem nowych chrzą­stek, aż w końcu leżący szkie­let – choć doku­ment­nie pogrze­bany i z początku tro­chę nie­zdarny – staje na nogi. Zupeł­nie przy­pad­kowo w tej samej chwili kibice Arse­nalu, któ­rych dzieli od tego miej­sca kil­ka­na­ście stóp zbi­tej ziemi, wydają chó­ralny okrzyk triumfu i uzna­nia. Ruchliwe zawi­jasy ukła­da­jące się w wid­mową kobiecą głowę na moment prze­miesz­czają się w ski­nie­niu, jakby w geście wdzięcz­no­ści za te sej­smiczne drga­nia aplauzu, a potem świe­tli­sta postać bez pośpie­chu rusza w kie­runku zachod­nim, zagłę­bia się w twardą ciem­ność, z któ­rej się wyło­niła. Prze­ra­ża­jący i wspa­niały byt, który nie jest już Atla­sem, czła­pie krok w krok za swoją roz­iskrzoną panią. Zosta­wia za sobą zgu­bioną pod­kowę, jako dobrą wróżbę na przy­szłość, oraz nie­prze­mi­ja­jące poczu­cie, że oto w tym miej­scu pusz­czono w ruch coś wię­cej niż tylko mar­twego konia. Rumak został wybrany, jego forma oce­niona, goni­twa zapo­wie­dziana, stawki zakła­dów wyli­czone. Buk­ma­cher otwo­rzył księgę.

Obsta­wiaj­cie.

* * *

Calypso: prze­ra­żone, pisz­czące, poma­lo­wane flu­ore­scen­cyjną poma­rań­czową farbą gry­zo­nie wpa­dają przez szparę na listy. Stoi z Lit­zem przed drzwiami przy Powis Squ­are, zaśmie­wają się do roz­puku i wsy­pują do środka zawar­tość wiją­cego im się w rękach worka. Wkrótce zostają nagro­dzeni dobie­ga­ją­cymi z dru­giej strony gniew­nym rykiem, okrzy­kami prze­ra­że­nia i wrza­skiem dzieci. Pete Rach­man sie­dzi wygod­nie roz­party w Rol­l­sie po dru­giej stro­nie ulicy, pali cygaro i roz­ta­cza aurę obo­jęt­no­ści rodem z obo­zów śmierci. Ech, te wie­czory w Not­ting Hill… Michael widzi je, jakby to było wczo­raj. Ba, jakby to było dzi­siaj.

Litz – dumny ze swo­jego wiel­gach­nego kinola, z oczami, w któ­rych nik­czemne iskierki bły­skają jak bro­kat – chi­chra się tak bar­dzo, że led­wie jest w sta­nie mówić:

– Albo zapła­ci­cie czynsz, gno­jo­świ­nie, albo od tej pory będzie­cie mieli regu­larne dostawy świe­cą­cych szczu­rów!

A potem pędzą na wyścigi do samo­chodu, zado­wo­leni z tego, jak im poszło („Te »gno­jo­świ­nie« to cał­kiem udany neo­lo­gizm, nie uwa­żasz?”), ładują się na tylną kanapę, Rach­man kręci łysą głową, roz­czu­lony par­ska śmie­chem, nazywa ich parą nie­li­chych kome­dian­tów i już suną Colville Ter­race w stronę Lad­broke Grove. Za nimi jakiś wielki kolo wybiega na śro­dek ulicy i wydziera się prze­raź­li­wie; brzmi jak Jamaj­czyk, więc Michael nie odczuwa z nim żad­nego powi­no­wac­twa, bo prze­cież pocho­dzi z Try­ni­dadu, z któ­rym, nawia­sem mówiąc, rów­nież nie czuje się szcze­gól­nie zwią­zany. Jego zawsze nie­obecny tata kupiec, pan de Fre­itas, był bla­do­skó­rym Por­tu­gal­czy­kiem i na wyspie nazy­wali Micha­ela czer­wo­no­skó­rym łaj­da­kiem tylko dla­tego, że był nie dość czarny. Miał wtedy pięć lat. Nie mów­cie mu o dys­kry­mi­na­cji.

Spę­dza dzie­ciń­stwo na nędz­nych przed­mie­ściach Port of Spain. Matka w każdą sobotę zabiera go na sto­łeczny bazar, gdzie sie­dzi wci­śnięty pomię­dzy bele far­bo­wa­nych tka­nin i popija mleko z zie­lo­nych cza­szek koko­sów, oto­czony przez tar­gu­ją­cych się Chiń­czy­ków, Hin­du­sów albo Syryj­czy­ków. Ma zale­d­wie dzie­więć lat, więc nie od razu się orien­tuje, że mama płaci za to wszystko _obeah_: udziela porad przy świe­cach star­szym paniom z pro­ble­mami skór­nymi.

– Daj mi pięć­dzie­siąt dola­rów i weź jed­no­pen­sówkę. Przez następ­nych dzie­więć dni codzien­nie prze­cie­raj twarz tą jed­no­pen­sówką zamo­czoną w śmie­tance. Przez resztę czasu trzy­maj ją na fra­mu­dze nad drzwiami, a potem dzie­wią­tego dnia zanieś na roz­staje dróg i tam wyrzuć. Zosta­niesz wyle­czona, a cho­roba przej­dzie na tego, kto znaj­dzie monetę.

Żadna z kobiet nie wró­ciła ze skargą, a Michael oduczył się pod­no­sić z ziemi zatłusz­czone mie­dziaki.

Dora­sta­nie prze­biega gwał­tow­nie: hura­gan roz­ma­za­nych obra­zów. Jest w nim pulchna ręka sprze­dawcy koko­sów, odcięta kor­de­la­sem i leżąca dło­nią do góry w baza­ro­wym pyle; Michael widzi, jak palce jesz­cze się poru­szają. Jest Zło­to­zęby, który ma się za kow­boja; napada w szale na kluby i masa­kruje ich wła­ści­cieli żela­znym prę­tem. Jest dziew­czyna, którą jego matka, naj­czar­niej­sza kobieta, jaką widział w życiu, wyrzuca za drzwi, bo ma za ciemną skórę, przez co nie jest dość dobra dla jej bla­do­li­cego syna. Jest gnież­dżąca się po sąsiedzku prze­sym­pa­tyczna hin­du­ska rodzina, która przy­gar­nia go po tym, jak ojczym eks­mi­tuje go z domu. Od tej pory matka nie chce mieć z nim nic wspól­nego, bo w jej hie­rar­chii war­to­ści kulisi znaj­dują się jesz­cze niżej od czar­nych. Kiedy Michael ma ser­decz­nie dość tego wszyst­kiego, zaciąga się na sta­tek, który z powodu awa­rii sil­nika wypra­wia się do Matki Anglii, żeby tam sta­nąć w suchym doku.

Anglia oka­zuje się kra­iną prze­ra­ża­ją­cych spo­sob­no­ści. Sytu­acja jest taka, że ta ich nowa sek­sowna kró­lowa, która obej­muje tron w tysiąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tym dru­gim roku, nagle przy­po­mina sobie o Com­mon­we­alth, Bry­tyj­skiej Wspól­no­cie Naro­dów, i na każ­dym kroku pod­kre­śla jej zna­cze­nie – głów­nie dla­tego, że impe­rium po woj­nie roz­pada się na kawałki i Bry­ta­nia na gwałt potrze­buje cze­goś, co znów pozwoli jej poczuć się świa­to­wym mocar­stwem. Kło­pot w tym, że jeśli twier­dzisz, że rze­sze miesz­kań­ców odle­głych krain to oby­wa­tele bry­tyj­scy, to nie bar­dzo możesz mieć do nich pre­ten­sje, kiedy wezmą te słowa za dobrą monetę i posta­no­wią się tu spro­wa­dzić. Tak w każ­dym razie uważa Michael. Bo Anglicy, jak się oka­zuje, mają na ten temat inne zda­nie.

Ma sto­sowne żeglar­skie kwa­li­fi­ka­cje, ale na bry­tyj­skich stat­kach miej­sce kolo­ro­wych mary­na­rzy jest w maszy­nowni, nie na pokła­dzie. Przez jakiś czas pływa więc po całym świe­cie pod ban­derą nor­we­skiej mary­narki han­dlo­wej, ale kiedy ma wolne i scho­dzi w Lon­dy­nie na ląd, poznaje Desirée i zaczyna poważ­nie myśleć o ustat­ko­wa­niu się. Wkrótce zresztą staje się to koniecz­no­ścią, gdy po rej­sie do Izra­ela, gdzie przyj­mują na pokład ładu­nek poma­rań­czy, anga­żuje się w prze­szmu­glo­wa­nie do Anglii ślicz­nej jugo­sło­wiań­skiej uchodź­czyni. Bry­tyj­scy cel­nicy znaj­dują dziew­czynę ukry­wa­jącą się za skrzyn­kami peł­nymi cytru­sów, „Daily Mir­ror” daje na pierw­szą stronę arty­kuł z nagłów­kiem _Brzo­skwinka wśród poma­rań­czy_, a Nor­we­go­wie koń­czą współ­pracę z Micha­elem.

Bez­ro­botny i bez­domny, znaj­duje w końcu dach nad głową dla sie­bie, Desirée i ich malut­kiej córeczki w nędz­nych slum­sach Not­ting Hill. Kiedy jed­nak zaczyna się roz­glą­dać za pracą, odkrywa, że nie ma żad­nej roboty dla „czar­nu­chów”, „smo­lu­chów”, „asfal­tów”, „bam­bu­sów” oraz przed­sta­wi­cieli licz­nych innych kate­go­rii, do któ­rych – jak się oka­zuje – rów­nież się zali­cza. Tak oto, zgoła mimo­wol­nie, roz­po­czyna powolny zjazd w świat hazardu, strę­czy­ciel­stwa i drob­nej prze­stęp­czo­ści, drogę w dół po jedy­nej tra­jek­to­rii dostęp­nej dla przy­by­sza z Indii Zachod­nich. Kiedy jed­nak popija w towa­rzy­stwie roda­ków z Try­ni­dadu i razem śnią sny na jawie, ktoś wpada na pomysł osku­ba­nia miej­sco­wego poten­tata rynku nie­ru­cho­mo­ści. W takich wła­śnie oko­licz­no­ściach Michael po raz pierw­szy sły­szy nazwi­sko Petera Rach­mana.

Rach­man to star­szy facet, pod czter­dziestkę, łysawy, w oku­lar­kach, pol­ski Żyd, który prze­żywa naj­pierw hitle­row­ski, a potem sowiecki obóz pracy, następ­nie wal­czy na fron­cie, a po demo­bi­li­za­cji osiada na stałe w Bry­ta­nii. Kiedy w pięć­dzie­sią­tym siód­mym Mac­mil­lan zastę­puje Edena na sta­no­wi­sku pre­miera i zmie­nia prze­pisy regu­lu­jące czyn­sze, Rach­man zaciąga w banku potężny kre­dyt i wyku­puje osiem­dzie­siąt walą­cych się w gruzy nie­ru­cho­mo­ści w Not­ting Hill, Ken­sing­ton i oko­licy. Jego pierw­szym nabyt­kiem jest rudera przy St Ste­phen’s Gar­dens, w któ­rej urzą­dzili się Michael z Desirée. Rach­man wydziela w kamie­ni­cach odrębne małe miesz­ka­nia, które następ­nie wynaj­muje imi­gran­tom z Indii Zachod­nich przy­by­wa­ją­cym do Lon­dynu sys­te­ma­tycz­nie od końca lat czter­dzie­stych. Ow­szem, bywa bru­talny dla swo­ich loka­to­rów i pakuje ich do swo­ich kli­tek dzie­siąt­kami, ale jest i druga strona medalu: tylko on jeden w ogóle pozwala kolo­ro­wym gdzie­kol­wiek miesz­kać. Co tydzień przez jego biuro w piw­nicy domu w West­bo­urne Grove (to nie­da­leko, dosłow­nie za rogiem) prze­pły­wają tysiące fun­tów z wynajmu. Trudno się nie zgo­dzić, że pomysł roz­boju w biały dzień wydaje się atrak­cyjny.

Michael zgła­sza się na ochot­nika do prze­pro­wa­dze­nia reko­ne­sansu. Pod zmy­ślo­nym pre­tek­stem wybiera się na spo­tka­nie z lan­dlor­dem, ale po powro­cie oznaj­mia swoim nie­do­szłym wspól­ni­kom, że rabu­nek nie wcho­dzi w grę z powodu dwóch złych psów, które Rach­man stale trzyma u sie­bie w biu­rze. To wpraw­dzie jest szczerą prawdą, Michael posta­na­wia jed­nak prze­mil­czeć fakt, że cał­kiem realną alter­na­tywą byłby dys­kretny nocny włam w poje­dynkę – realną do momentu, gdy fak­tycz­nie podej­muje taką próbę, bo wtedy odkrywa, że wła­my­wa­czem jest rów­nie bez­na­dziej­nym jak hazar­dzi­stą i raj­fu­rem. Wciąż jesz­cze szuka sejfu, gdy Rach­man i jego pie­kielne ogary wty­kają głowy za próg biura i go zauwa­żają.

Cała sprawa i tak koń­czy się o wiele lepiej niż wielką krwawą łaź­nią, któ­rej każdy rozumny czło­wiek miałby pełne prawo się spo­dzie­wać. Rach­man – z dwoma szar­pią­cymi się na smy­czach owczar­kami nie­miec­kimi – jest miły, spo­kojny, chyba nawet lekko roz­ba­wiony. Zło­to­usty magnat z getta, który umie dostrzec korzy­ści w każ­dej poten­cjal­nie groź­nej sytu­acji, chwali wła­my­wa­cza za ini­cja­tywę i choć wytyka mu pewien nie­do­sta­tek umie­jęt­no­ści prak­tycz­nych, składa mu ofertę zatrud­nie­nia.

– Wydaje mi się – mówi – że nie­któ­rzy z moich loka­to­rów byliby skłonni oka­zać mi wię­cej sza­cunku, gdyby postra­szył ich jesz­cze jeden zbir.

Pro­po­nuje rów­nież, żeby Michael i Desirée prze­nie­śli się z St Ste­phen’s Gar­dens do innego, bar­dziej zdat­nego do zamiesz­ka­nia lokalu przy Powis Squ­are. Podają sobie ręce i umowa zostaje zawarta. Dwa śli­niące się pso­wate patrzą z wyraź­nym roz­cza­ro­wa­niem, jak per­spek­tywa noc­nej prze­ką­ski bez­pow­rot­nie się oddala.

W końcu psy zostają gdzieś zamknięte i na stole poja­wia się whi­skey wraz z dwiema szklan­kami z gru­bego szkła. Michael opo­wiada o matce pogrą­ża­ją­cej się w odmę­tach _obeah_, o piciu i ubó­stwie na Try­ni­da­dzie. Peter w oszczęd­nych sło­wach wspo­mina o obo­zach, a następ­nie zaczyna się roz­wo­dzić na temat swo­ich aktu­al­nych kocha­nek, Chri­stine Jakiejś­tam i Mandy Dwojga Nazwisk; sądząc po jego sło­wach, obie muszą być raczej pusz­czal­skie. Wresz­cie roz­mowa zata­cza krąg i wraca do spraw bie­żą­cych.

– Przy­dzielę ci kogoś, kto już ma roze­zna­nie w tym fachu, może Davida. To dobry chło­pak, łeb­ski, pomy­słowy. Spodoba ci się. Będzie­cie się jarać jak dwa pło­nące domy.

Michael się zga­dza, cho­ciaż nie­zbyt mu się podoba to poża­rowe porów­na­nie. Tak czy ina­czej, w takich wła­śnie oko­licz­no­ściach poznaje Litza.

Litz jest skom­pli­ko­wany i fascy­nu­jący jak mecha­nizm miny dywer­syj­nej: jeśli chcesz go roz­gryźć, musisz się do niego zbli­żyć, a wtedy znaj­dziesz się w zasięgu raże­nia. Żyd z East Endu, który rzuca kamie­niami w faszy­stów od Mosleya, odkąd skoń­czył osiem lat, przy­wo­dzi na myśl roz­laną bły­ska­wicę, która wycie­kła z aku­mu­la­tora czy­stego zła. Kiedy trzy, może cztery lata temu poli­cja zatrzy­mała go za prze­kro­cze­nie pręd­ko­ści kra­dzio­nym samo­cho­dem, zamiast swo­jego praw­dzi­wego nazwi­ska podał nazwi­sko Jef­freya Ber­narda – nie­sław­nego, wiecz­nie napru­tego dzien­ni­ka­rza, który nie­długo potem został zgar­nięty przez gliny. Cały Litz. Dzi­waczny jak bank­not dzie­wię­cio­fun­towy. Wszę­dzie go pełno, od Lad­broke Grove po Chel­sea, wszyst­kich zna – gang­ste­rów, jazz­ma­nów i sław­nych mala­rzy, ma gadane i stale balan­suje na spor­nej gra­nicy pomię­dzy jaj­car­stwem i maka­brą. Kolo­rowe szczury to jego pomysł.

Michael ma dwa­dzie­ścia cztery lata. Jest wście­kły na cały świat, a nowe zaję­cie nie tylko ide­al­nie wpa­so­wuje się w jego nastrój, ale jest też nad­zwy­czaj lukra­tywne. Czuje jed­nak w kościach, że ta idylla nie potrwa długo. Atmos­fera Not­ting Hill staje się coraz bar­dziej nała­do­wana, nie­okieł­znane ener­gie róż­nych kul­tur łączą się i reagują w opa­rach curry. W skład wybu­cho­wej mie­szanki oprócz Toba­gij­czy­ków, Try­ni­dad­czy­ków, Bar­ba­do­syj­czy­ków i Jamaj­czy­ków wcho­dzą biali tubylcy miesz­ka­jący tu od poko­leń oraz agi­ta­to­rzy z Ligi Obrony Bia­łych Colina Jor­dana i Bry­tyj­skiej Unii sir Oswalda Mosleya (ta ostat­nia przy­cięła swoją nazwę, żeby nie było widać, czego jest unią). I do tego stanu nie­pew­nej rów­no­wagi, tej beczki pro­chu, którą sam w prze­wa­ża­ją­cej mie­rze stwo­rzył, Rach­man dorzuca następ­nie takie krew­kie postaci jak Michael, Litz i ich roz­bry­kani wspól­nicy. Michael nie potrze­buje czar­nej magii matki, żeby wie­dzieć, że to się źle skoń­czy.

Jest rok pięć­dzie­siąty ósmy, ostat­nie gorące dni sierp­nia, kiedy do Lon­dynu docho­dzą słu­chy o roz­ró­bach na pół­nocy kraju, w Not­tin­gham. O zamiesz­kach na tle raso­wym. Zanim peł­ga­jący po lon­cie, skwier­czący pło­myk kło­po­tów dotrze do Not­ting Hill, wydaje się, że zgasł. Ktoś wpraw­dzie wrzu­cił pło­nącą butelkę z ben­zyną do klubu, w któ­rym bawią się przy­by­sze z Indii Zachod­nich, ale pod­upa­dłe Grove sły­nie z tego, że podobna rzecz może się wyda­rzyć w każdy goręt­szy week­end. Dopiero następ­nego ranka, kiedy gazety zro­bią z tego wypadku zamieszki, ruchawka roz­kręca się na dobre. Michael zostaje aresz­to­wany, posta­wiony przed sądem i uka­rany grzywną za to, że stał na rogu ulicy i roz­ma­wiał z paroma bia­łymi kum­plami, a po wyj­ściu z sądu wzywa całą czarną spo­łecz­ność, żeby wystą­piła w swo­jej obro­nie z brzy­twami, sta­lo­wymi prę­tami, kok­taj­lami Moło­towa i w ogóle wszyst­kim, co pod ręką. W tym momen­cie nie­po­koje rasowe nie są już tylko wid­mem stra­szą­cym z nagłów­ków gazet, prze­cie­kły z druku na bruk, gdzie walka jest praw­dziwa i bru­talna.

Michael i jego kom­pani z innych kara­ib­skich wyse­pek wrzu­cają kok­tajle Moło­towa przez tylne okna sie­dziby Ligi Obrony Bia­łych, po czym dopa­dają i tłuką człon­ków orga­ni­za­cji, gdy ci wybie­gają fron­to­wymi drzwiami. Dzi­kie lato w Rot­ting Hill płyn­nie prze­cho­dzi w jesień, gli­nia­rze nie są w sta­nie nad nim zapa­no­wać, ale wtedy wyda­rza się zabawna rzecz. W piątą noc wrze­śnia ekipa Micha­ela zajęta jest rato­wa­niem kum­pla imie­niem Cly­die z poli­cyj­nej suki, którą dopiero co pod­pa­lili, gdy wtem zaczyna lać jak z cebra, nastaje istny potop, jakby Bóg wygar­nął z koryta całą Tamizę i zrzu­cił ją na Lon­dyn. Kro­ple walą jak oło­wiany śrut i dosłow­nie w parę minut cała strefa wojny się wylud­nia. Bojow­nicy wszel­kiej maści pędzą opu­sto­sza­łymi uli­cami w poszu­ki­wa­niu schro­nie­nia przed desz­czem, a począt­kowo odle­głe dud­nie­nie burzo­wego wer­bla nara­sta do łoskotu kotłów i tale­rzy, który roz­dziera niebo od krańca po kra­niec. Póź­niej Michael pod­słu­cha, jak gli­nia­rze opo­wia­dają o „poste­run­ko­wym Desz­czu”, który powstrzy­mał zamieszki, ale on sam zapa­mię­tał to zupeł­nie ina­czej.

Bie­gnie pustą Ken­sing­ton Park Road w stronę Powis Squ­are, pod wiatr, z twa­rzą zlaną desz­czem i głową pełną mari­hu­any, table­tek, rumu i pod­pa­lo­nych radio­wo­zów. Widzi to przy nie­za­miesz­ka­nej Arun­del Gar­dens, wydaje mu się, że to widzi, nie­moż­liwe, żeby to widział. To gor­sze niż _obeah_, gor­sze niż ośli­złe mie­dziaki matki. Jedyną osobą, któ­rej kie­dy­kol­wiek o tym wspo­mni, jest Litz, a ten tak­suje go wzro­kiem i mówi:

– To bar­dzo cie­kawe, Micha­elu. Naprawdę bar­dzo cie­kawe.

Pośrodku ogro­dzo­nego pla­cyku poro­śnię­tego trawą i ocie­ka­ją­cego zie­le­nią wysoki na osiem stóp obiekt wiruje jak bąk, dum­nie para­duje, dostoj­nie kro­czy przed publiką zło­żoną z zasło­nię­tych okien i zamknię­tych drzwi, roz­pły­wa­jąc się i prze­kształ­ca­jąc wśród mon­su­no­wej ulewy i nawał­nicy gro­mów.

Jego strój, pozo­sta­jąca w nie­ustan­nym ruchu mie­szanka wszel­kich moż­li­wych sty­lów, przy­wo­dzi na myśl tar­gane wia­trem ban­daże mumii. Płeć oscy­luje pomię­dzy wez­bra­nymi krą­gło­ściami i żyla­stą kan­cia­sto­ścią. Widoczne skrawki ciała prze­pły­wają całe spek­trum odcieni cze­ko­lady, od mlecz­nej po dese­rową, od czar­nego po per­łowy. Włosy to kur­czą się jak krót­kie kłaczki wełny, to znów eks­plo­dują pękiem gru­bych sznu­rów albo kulą tęczo­wej piany. Od czasu do czasu ponad szum i plusk obe­rwa­nia chmury wznosi się towa­rzy­sząca roz­tań­czo­nemu zja­wi­sku nie­ziem­ska ścieżka dźwię­kowa, roz­stro­jone radio, które pisz­czy i śli­zga się po falach tuzina nie­zna­nych epok. Cudaczny twór defi­luje, kręci piru­ety, wyciąga wszyst­kie sześć ramion w górę ku dud­nią­cemu nie­bo­skło­nowi. W każ­dej dłoni trzyma któ­ryś arte­fakt z nie­ustan­nie zmie­nia­ją­cej się palety: maj­cher, okładkę płyty gra­mo­fo­no­wej, ulotkę i jakiś przed­miot dosta­tecz­nie długi, żeby mógł ucho­dzić za ludzką kość udową, być może uży­waną do rzu­ca­nia klątw – i tym wła­śnie obiek­tem dźga brze­mienny fir­ma­ment, celuje w samo huczące serce nawał­nicy, która z cza­sem zosta­nie nazwana naj­gor­szą burzą w histo­rii Lon­dynu. Jakby w odpo­wie­dzi na ten gest ulewa jesz­cze się wzmaga, grzmoty stają się ogłu­sza­jące, roz­wi­dlone pio­runy biją czę­ściej, aż w końcu nie­zwy­kły byt znika za kur­tyną wody. Na pustej ulicy nie sły­chać już jego muzyki.

Bie­gnący do domu Michael od razu pró­buje o nim zapo­mnieć, zatrzeć to wspo­mnie­nie, wyrzu­cić je z pamięci. Na próżno. Ni­gdy nie pozna imie­nia ani natury stwo­rze­nia, które na jego oczach spro­wa­dziło do Not­ting Hill gniew nie­bios, ale zawsze będzie się upie­rał, że z pew­no­ścią nie był to żaden biały. Żaden poste­run­kowy Deszcz.

* * *

Rock and roll: Jazda. „One, two, three o’clock, four o’clock rock”, pięt­na­sty maja tysiąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tego szó­stego roku, szpi­tal South Western w Stoc­kwell. Mało zna­nemu arty­ście mala­rzowi Austi­nowi Osma­nowi Spare’owi zostało dosłow­nie parę minut życia. Umiera z powodu kom­pli­ka­cji po pęk­nię­ciu wyrostka robacz­ko­wego, prze­śla­do­wany przez pio­senkę, która non stop roz­brzmiewa mu w gło­wie, cho­ciaż wcale mu się nie podoba. Wszystko go boli, a on zosta­wił tyle nie­po­koń­czo­nych spraw. „Five, six, seven o’clock, eight o’clock rock”, w porządku, bar­dzo to piękne, ale wszyst­kie wiel­kie rze­czy skła­da­jące się na ten świat, takie jak czas, prze­strzeń i całe jeste­stwo Austina roz­pa­dają się na kawałki, mate­ria jego życia oka­zuje się lichą sce­no­gra­fią, o którą się potknął, wpadł na nią i prze­bił ją na wylot. Chwi­lami jest cudow­nym dziec­kiem w Ken­ning­ton, w roku tysiąc dzie­więć­set czwar­tym; kiedy indziej – mło­dym mężem z tysiąc dzie­więć­set trzy­na­stego, który w kuchni przy Gol­ders Green robi minetę swo­jej żonie Eily (zawsze to samo wspo­mnie­nie); albo mamy rok czter­dzie­sty siódmy, a on, nie­do­ży­wiony sta­rzec, przy­wo­łuje obłok mgły, który ma oczy i zalega w kącie jego piw­nicz­nego miesz­kanka przy Wynne Road; bez­rad­nie prze­ska­kuje stąd tam, z teraz do wtedy, gubi się w taso­wa­nych dzie­się­cio­le­ciach, a czas pły­nie i już jest „Nine, ten, ele­ven o’clock, twe­lve o’clock rock, we’re gonna rock. Aro­und. The clock toni­ght”.

Rurki w przed­ra­mie­niu, rurki w nosie, a w odrę­twia­łych opusz­kach pal­ców mro­wie­nie miliona nie­do­koń­czo­nych rysun­ków. Nie jest w sta­nie utrzy­mać ołówka w ręce, nie umie wymy­ślić żad­nego magicz­nego sym­bolu, który by go stąd wyra­to­wał, i choć czarny pociąg przy­bli­żył się już na tyle, że wyraź­nie sły­szy jego gwizd, nie potrafi pod­nieść ręki i przy­jąć pozy śmierci, bo boi się, że przy oka­zji wyrwałby sobie całą tę pla­sti­kową hydrau­likę. Przy łóżku stale ktoś sie­dzi, ale za każ­dym razem, gdy Austin zamknie oczy i znów je otwo­rzy, ta osoba prze­wil­ko­ła­cza się w kogoś innego. Mil­lie Pain, która obec­nie jest bar­dziej jego loka­torką niż wła­ści­cielką jego miesz­ka­nia, przy­nosi mu wino­grona, któ­rych on wcale nie chce. Zanim zdąży mu wyja­śnić, skąd je wzięła, zmie­nia się w zroz­pa­czo­nego Franka Letch­forda. Alf Lar­king czy­stą chu­s­teczką deli­kat­nie ociera mate­rię sączącą się Austi­nowi z ust, po czym prze­po­czwa­rza się w pedan­tycz­nego Ken­ne­tha Granta, który nie ma naj­mniej­szej ochoty doty­kać wycią­gnię­tej ręki mala­rza i jest wyraź­nie wstrzą­śnięty, mimo że prze­cież w jego opi­nii Austin od dawna wie­dzie egzy­sten­cję jak żyw­cem wyjętą z tanich hor­ro­rów. Kiedy kochany stary Han­nen Swaf­fer w poło­wie opo­wia­da­nej aneg­dotki prze­mie­nia się w Den­nisa Bar­densa, Austin war­czy gniew­nie i odwraca twarz; nie może mu wyba­czyć tam­tej audy­cji w radiu, w któ­rej został przed­sta­wiony jako nie­bez­pieczny dla oto­cze­nia sza­man o mor­der­czych skłon­no­ściach. Ale naj­gor­sze są te chwile, kiedy wie, że ktoś przy nim sie­dzi, tylko pozo­staje nie­wi­dzialny.

Odrzuca koc i łypie spode łba na ster­czące z noga­wek piżamy białe patyki pokryte stru­pami – aż w pew­nym momen­cie dociera do niego, że to jego wła­sne nogi, zapo­mniane kości na rosół, pozba­wione życia i wysta­jące z prąż­ko­wa­nej torby na zakupy. Tę popla­mioną piżamę nosi już drugi dzień. „Put your glad rags on and join me, hon, we’ll have some fun when the clock stri­kes one”, tyle że zegar wybił pierw­szą trzy kwa­dranse temu, kiedy przy­szli mu zmie­nić kro­plówkę, a on, pół­przy­tomny, nie widział ani skrawka „broad day­li­ght”, do któ­rego mógłby dotań­czyć, „rock, rock, rock”, nie, to wcale nie jest zabawne.

Prze­klęta pio­senka wypły­nęła przed rokiem i od tego czasu nie spo­sób się od niej opę­dzić. Pro­sto na szczyt listy prze­bo­jów Radia Luk­sem­burg, nasto­latki dostra­jają krysz­tał­kowe odbior­niki, a potem na ekrany kin wcho­dzi _Szkolna dżun­gla_ i ta melo­dia jest dosłow­nie wszę­dzie. Ken Grant mówi mu, że pro­du­cen­tem płyty jest ten sam facet, który wcze­śniej robił te wszyst­kie skoczne kawałki Louisa Jor­dana. Zda­niem Granta jest to zwia­stun dzia­ła­nia kli­po­tycz­nych ener­gii ata­ku­ją­cych kul­turę z innej, obcej rze­czy­wi­sto­ści. Sądząc po tym, jak Austin się czuje, jego kum­pel tym razem może mieć rację. W lon­dyń­skim powie­trzu unosi się jakaś nie­zna­joma nuta. Odle­gła dro­bina świa­do­mo­ści maga z Bri­xton reje­struje, że ciało wła­śnie opróż­nia pęcherz przez cew­nik, a on sam docho­dzi do wnio­sku, że jest chory, ponie­waż mia­sto jest chore.

Cho­robę maskują ban­daże Festi­walu Wiel­kiej Bry­ta­nii i wata koro­na­cji. Mia­sto w mali­gnie śni o bom­bach wodo­ro­wych albo wybrzu­szo­nej tape­cie w domu Chri­stiego przy Ril­ling­ton Place 10. Dusi się smo­giem, który inwer­sja ter­miczna wtła­cza w wąskie ulice. Jego arty­ści ser­wują ludz­kość jak mięso, jak udrę­czone sal­ma­gundi. Lon­dyn poci się imi­gran­tami i ante­nami tele­wi­zyj­nymi, miota przez sen, a w jego wyobraźni Teddy Boys z fry­zu­rami jak lody lukre­cjowe tną nożami kinowe fotele i wywle­kają ich zro­bione z koń­skiego włosa wnętrz­no­ści w roz­tań­czone przej­ścia pomię­dzy rzę­dami. „When the clock stri­kes two, three and four, if the band slows down we’ll yell for more”, tyle że Austin nie ma już nawet siły szep­tać, a co dopiero wołać.

Przy każ­dym odde­chu gra mu w oskrze­lach, zapa­le­nie otrzew­nej zadaje mu katu­sze, a on ze wszyst­kich sił trzyma się tej jed­nej myśli: dzieje się z nim źle, ponie­waż źle się dzieje z Lon­dy­nem, a z Lon­dy­nem dzieje się źle, ponie­waż… odka­słuje kwa­śną pianę, która wypeł­nia mu usta, i połyka ją z powro­tem… ponie­waż coś złego wyda­rzyło się w tam­tym dru­gim miej­scu? Czy to moż­liwe? Ląduje tam… kiedy to było… sześć lat temu? Sie­dem? Już wtedy odstępstw jest sta­now­czo za dużo, prze­cie­ka­nie książki Eno­cha Soamesa i _Lon­dyń­skiej prze­chadzki_ do tego świata ma paskudne kon­se­kwen­cje, a cze­repy za szkłem udają obo­jęt­ność, pod­czas gdy w rze­czy­wi­sto­ści nie mają zie­lo­nego poję­cia, co się dzieje. W trak­cie ostat­niej wizyty, pod koniec pięć­dzie­sią­tego trze­ciego, kiedy z Alder­ma­ston wyjeż­dżają pierw­sze bomby ato­mowe, głowy w sło­jach jakby z mniej­szym opty­mi­zmem patrzą w przy­szłość, wyraź­nie zanie­po­ko­jone per­spek­tywą nowego odstęp­stwa, o któ­rym się zwie­działy, a do któ­rego ma dojść w ciągu naj­bliż­szych kilku lat. Austin odnosi zresztą wra­że­nie, że mar­twi je coś jesz­cze, być może świa­do­mość, że oto zgu­biły gdzieś kolejny z paskud­nych wykwi­tów Wiel­kiego Kiedy, tak jak pod koniec lat osiem­dzie­sią­tych dzie­więt­na­stego wieku, gdy Papież Ostrzy wyrwał się na wol­ność. Nie widzi wyraź­nie, kre­ślone węglem zarysy wyda­rze­nia są roz­ma­zane, a on nie jest już w sta­nie sku­pić na nich wzroku, zwłasz­cza teraz, gdy w pod­brzu­szu zagnieź­dził mu się gniewny żbik i ból nasi­lił się jak ni­gdy dotąd. „When the chi­mes ring five, six and seven, we’ll be right in seventh heaven”, ale Austin nie bar­dzo wie, jak w swoim obec­nym sta­nie miałby się do tego siód­mego nieba dostać.

Za jede­na­ście druga Austin Spare zrzuca z sie­bie bole­sne brze­mię świata. Czeka, aż wszyst­kie jego oso­bi­ste dwo­isto­ści wyeli­mi­nują się, ani­hi­lują nawza­jem w for­mule „ani-ani” i zosta­wią po sobie ide­alną próż­nię uni­ce­stwio­nej jaźni, która to jaźń nie jest do niczego nie­zbędna i wcale nie musi ist­nieć. Tej samej tech­niki używa pod­czas ryso­wa­nia, żeby bez reszty zanu­rzyć się w swoim dziele: kiedy jego jed­nost­kowy instynkt obumiera, on staje się wszyst­kimi i wszyst­kim naraz, nie­osa­dzony w histo­rii rośnie i roz­lewa się sze­roko wśród godzin i chwil swo­jego mia­sta. „When it’s eight, nine, ten, ele­ven too, I’ll be goin’ strong and so will you”, ale Austin wcale nie czuje się już mocny, można chyba bez­piecz­nie przy­jąć, że to jego ostat­nie chwile. Inten­syw­nie kolo­rowa kro­pla jego ist­nie­nia roz­pływa się w roku tysiąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tym szó­stym wraz z ota­cza­ją­cymi go prze­szło­ściami i przy­szło­ściami.

Dwa tygo­dnie wcze­śniej, dru­giego maja, Jack Spot i jego żona Rita wra­cają do domu z pubu przy Praed Street, który od pew­nego czasu mają na oku, kiedy nabrzmie­wa­jące przez nie­mal całą ostat­nią dekadę kło­poty wypa­dają na nich z ciem­no­ści wszyst­kie naraz. Jest wśród nich Billy Hill z pałką, jest Albert Dimes, wciąż wku­rzony po zeszło­rocz­nej szar­pa­ni­nie w Soho, ale to mały, wredny Fran­kie Fra­ser trzy­maną w gar­ści brzy­twą tnie lewy poli­czek Spota, tuż obok sław­nego zna­mie­nia, i zosta­wia na nim podwójny ślad jak krzywe szyny tram­wa­jowe. To koniec kariery Jacka w pół­światku, co zresztą prze­po­wiada mu Harry Lud, Święty od Prze­stęp­ców, kiedy spo­ty­kają się na Arnold Cir­cus u schyłku smęt­nych lat czter­dzie­stych. Okrutna opo­wieść dobiega z góry prze­są­dzo­nego kresu, koń­czy się bli­zną, a skraj roz­dy­ma­ją­cej się duszy Austina Osmana Spare’a muska dni jutrzej­sze, któ­rych nie dane mu będzie poznać.

W listo­pa­dzie, sześć mie­sięcy po śmierci Austina, pre­mie­ro­stwo Anthony’ego Edena wali się w gruzy w pożo­dze kry­zysu sueskiego, pocią­ga­jąc za sobą na dno świa­tową repu­ta­cję Wiel­kiej Bry­ta­nii. „When the clock stri­kes twe­lve we’ll cool off, then start a-roc­king ‘round the clock again”_._ Wcze­śniej, latem, z szafy gra­ją­cej w salo­nie bilar­do­wym Regal przy Eric Street pły­nie lament jazz­bandu Chrisa Bar­bera. Męż­czy­zna o nie­życz­li­wej twa­rzy nie­do­ro­zwi­nię­tego bazy­liszka popi­suje się przed zastra­szoną publicz­no­ścią. W tej chwili sie­dzi i trzyma na kola­nach coś, czego gasnący wzrok Spare’a nie sięga, to może być coś waż­nego, prze­ra­żeni widzo­wie śmieją się ner­wowo, ich nie­spo­kojny pomruk tonie w jazgo­cie klar­netu Monty’ego Sun­shine’a. Wszystko się kur­czy, traci pro­por­cje i zna­cze­nie, gdy roz­dęta jak wielki balon świa­do­mość arty­sty osta­tecz­nie się roz­spój­nia.

Jest Austi­nem Spare’em, istotą ludzką, któ­rej zakoń­czone życie, trium­fal­nie bez­kom­pro­mi­sowe i obfi­tu­jące w upiorne ozdob­niki, należy tylko i wyłącz­nie do niego, od początku do końca. Roz­ta­pia się w wiecz­no­ści – mętny futu­ry­styczny kolaż z roz­po­zna­wal­nie sku­pio­nym okiem, podobny do swo­jego _Wędrowca przez eony_, roz­pływa się w nie­re­gu­lar­nych kwa­dra­tach świa­tła. Za dzie­sięć druga z mozo­łem wydaje ostat­nie tchnie­nie, a potem…

* * *

Skif­fle: Joe ni­gdy przed­tem nie uczest­ni­czył w sean­sie spi­ry­ty­stycz­nym. Podob­nie jak pro­du­ko­wa­nie płyt, przyj­mo­wa­nie table­tek odchu­dza­ją­cych albo seks z męż­czy­znami, seanse są jedną z tych rze­czy, po które trzeba się spe­cjal­nie faty­go­wać do Lon­dynu. Cho­ciaż tak szcze­rze mówiąc, to nie jest seans spi­ry­ty­styczny z praw­dzi­wego zda­rze­nia, bo nie ma w nim krysz­ta­ło­wej kuli, nikt nie jest ubrany jak _swami_, nic z tych rze­czy. Są tu tylko on, Lio­nal i młody Jimmy Mil­ler z Bar­be­cues, wygłu­piają się, stra­szą nawza­jem duchami i tyle – ale nawet coś takiego ścią­gnę­łoby na nich gniew miesz­kań­ców Newentu, skąd Joe pocho­dzi.

Prze­był długą drogę. Dora­sta­nie w Newen­cie – tyciej szes­na­sto­wiecz­nej mie­ści­nie na skraju wiel­kiego Forest of Dean, w pół drogi pomię­dzy Ross-on-Wye i Glo­uce­ster – jest dia­bel­nie uciąż­liwe. Miesz­kają w domu przy rynku, w nie­ustan­nym poczu­ciu, że pierw­sza wojna świa­towa trwa w naj­lep­sze. Ojciec Joego stra­cił w niej trzech braci, a koń, na któ­rym jechał, wyle­ciał w powie­trze na minie, więc teraz za każ­dym razem, kiedy ktoś puka do drzwi, wydaje mu się, że jest w Pas­schen­da­ele pod ostrza­łem arty­le­rii.

W takich miej­scach jak Newent hor­ror roz­kwita na każ­dym kroku, wystar­czy wspo­mnieć pogło­ski o wiedź­mach z lasu albo tego trupa bez głowy, co go wyło­wili z rzeki przy moście na Severn. Joe ma szczę­ście, babka pozwala mu prze­sia­dy­wać u sie­bie w szo­pie, gdzie chło­pak two­rzy wła­sny świat, eks­pe­ry­men­tuje z elek­tryką itepe, a w wieku dzie­wię­ciu lat buduje pierw­sze radio krysz­tał­kowe. W sobot­nie popo­łu­dnia wysta­wia swoje wido­wi­ska, sam pisze sobie tek­sty, cza­sem może się z tej oka­zji ubrać w sukienkę. Oczy­wi­ście tata, bra­cia i te wszyst­kie świ­nie ze szkoły, takie jak Johnny Bisco, gadają, że jest znie­wie­ściały, ale jego mama, Biddy, ubie­rała go jak dziew­czynkę przez cztery lata po uro­dze­niu, więc nic dziw­nego, że od tego, kurna, znie­wie­ściał.

Potem nie ma dla niego w Newen­cie przy­szło­ści poza robotą w Curry’s przy napra­wia­niu odbior­ni­ków radio­wych, a z cza­sem także tele­wi­zo­rów, ale coś takiego to on by mógł robić, nawet sto­jąc na gło­wie. Zmaj­stro­wał pierw­szy w całym Glo­uce­ster odbior­nik tele­wi­zyjny, cał­kiem od zera, ze skrzynki po poma­rań­czach, zanim BBC w ogóle zaczęło nada­wać w tym regio­nie. Potrze­buje więk­szych wyzwań, chce udo­wod­nić tym świ­niom, które go prze­śla­dują, z jakiej gliny jest ule­piony, i poka­zać tym wścib­skim gnoj­kom, gdzie ich miej­sce. Przy­da­łoby mu się także jakieś życie ero­tyczne, naj­le­piej pro­wa­dzone w takim miej­scu, żeby mama się nie dowie­działa – czyli prak­tycz­nie gdzie­kol­wiek, byle nie w tej zaki­cha­nej dziu­rze. W tysiąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tym trze­cim, przed czte­rema laty, Joe uznaje, że ma dość. Pakuje się, wsiada do pociągu jadą­cego na dwo­rzec Pad­ding­ton i ska­cze na główkę w lon­dyń­skie odmęty.

Wiel­ko­miej­skie życie, pełne świa­teł i nie­zna­jo­mych, napawa go lękiem, ale Joe ni­gdy nie ma go dosyć. Przez pierw­szy mie­siąc albo dwa ima się byle jakich zajęć, aż w końcu zatrud­nia go TVC, pro­du­cent reklam tele­wi­zyj­nych dla Inde­pen­dent Bro­ad­ca­sting, IBC, wła­ści­ciela naj­lep­szych stu­diów nagra­nio­wych w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Nie­długo potem IBC zleca mu obsługę cyklicz­nych audy­cji pod szyl­dem Radia Luk­sem­burg nada­wa­nych z róż­nych miejsc w kraju; niech lata po całej Wiel­kiej Bry­ta­nii wzdłuż i wszerz jak mucha plujka i przy oka­zji wyra­bia sobie nazwi­sko. W zamie­rze­niu ma tylko pil­no­wać taśm, przy­go­to­wy­wać je do nagrań, skle­jać, zakła­dać, kopio­wać i czy­ścić sprzęt, ale nie chce o tym sły­szeć i regu­lar­nie mole­stuje swo­jego szefa, Allena Stagga, zna­nego zrzędę i gbura, żeby ten pozwo­lił mu spró­bo­wać sił przy pro­duk­cji. Stagg nie lubi nowi­nek w inży­nie­rii dźwięku, nie lubi homo­sek­su­ali­stów, a już nade wszystko nie lubi Joego. Wie­dząc, że chło­pak ni­gdy w życiu sam nie pro­wa­dził sesji, pod­stępna szuja aran­żuje nagra­nie w Con­way Hall z udzia­łem całej regu­lar­nej orkie­stry; Joe na pewno spar­toli robotę i raz na zawsze wybije mu się z głowy wszel­kie pomy­sły z samo­dziel­nym nagry­wa­niem. Tyle że Joe robi coś dokład­nie prze­ciw­nego: nagra­nie wypada abso­lut­nie genial­nie, a pod­czas odsłu­chu muzycy nagra­dzają go gło­śnymi okla­skami. Warto zoba­czyć minę sta­rego Stagga w tym momen­cie.

Od tej pory… Cóż, od tej pory kariera Joego nabiera roz­pędu. Tak świet­nie reali­zuje _Bad Penny Blues_ Hum­ph­reya Lyt­tel­tona, że ten nie chce wię­cej pra­co­wać z nikim innym, podob­nie jak Denis Pre­ston, topowy pro­du­cent jaz­zowy i naj­więk­szy klient IBC. Joe zgar­nia coraz wię­cej zle­ceń, ma coraz wię­cej do powie­dze­nia przy nagra­niach, łapie odro­binę wię­cej wła­dzy… i jak to on, dostaje na tym punk­cie pier­dolca. Bo i dla­czego nie? To on wie, jak działa cały ten sprzęt, nie takie tępe ćwoki jak Allen Stagg, więc kiedy trzeba coś zro­bić porząd­nie, ma pełne prawo sta­wiać warunki. Zda­rzają mu się cza­sem… nie, nie nazwałby ich „napa­dami zło­ści”, raczej wypo­wie­dzi, w któ­rych wyraża swoją opi­nię w pro­stej, chłop­skiej angielsz­czyź­nie. Sam naj­le­piej wie, czego chce, i twardo sta­wia na swoim.

Wię­cej zara­bia, ład­nie się ubiera i goli się trzy razy dzien­nie, żeby pod­bró­dek mieć gładki jak pup­cia nie­mow­laka. Na odchu­dza­nie bie­rze Pre­lu­din, pięć szy­lin­gów za dwa­dzie­ścia table­tek, kupo­wany w klu­bie przy Cable Street. Prze­pro­wa­dza się na lep­szy kawa­łek Bay­swa­ter, przy Lein­ster Gar­dens, i zamiesz­kuje tam z Lio­na­lem, swoim nowym chło­pa­kiem. Lio­nal jest kapi­talny, lep­szego Joego nie mógłby sobie wyma­rzyć: świet­nie gotuje, ciało ma jak żyw­cem wyjęte z maga­zy­nów kul­tu­ry­stycz­nych, a na doda­tek jest chyba naj­za­baw­niej­szym gościem na świe­cie. Nawet kiedy Joe się wścieka i roz­wala meble, Lio­nal zawsze potrafi wysko­czyć z czymś takim, że Joe składa się wpół ze śmie­chu i cały wnerw mija jak ręką odjął.

Przed kole­gami z pracy nie ukrywa, że mieszka z chło­pa­kiem, ale wie, że musi być ostrożny. Na przy­kład John Giel­gud, ten aktor: cał­kiem nie­dawno przy­mknęli go za naga­by­wa­nie face­tów w publicz­nym sza­le­cie. Albo ten spec od kom­pu­te­rów, jak mu tam, Turing, wła­śnie, rok po tym, jak Joe spro­wa­dził się do Lon­dynu, Turing połknął tru­ci­znę. Z homo­sek­su­ali­zmem nie należy się obno­sić. I wła­śnie dla­tego, z powodu uprze­dzeń, rzuca robotę w IBC. To zna­czy także dla­tego, że uparł się, by wspólne stu­dia były zamy­kane na klucz, kiedy z nich nie korzy­sta, ale głów­nie to jed­nak cho­dzi o te uprze­dze­nia. Prze­pro­wa­dzili się tym­cza­sem z Lio­na­lem na Arun­del Gar­dens, tuż przy Por­to­bello Road, więc kiedy Allen Stagg kolejny raz pró­buje go zacze­piać, Joe mówi mu bez ogró­dek, gdzie może sobie wsa­dzić tę swoją zasraną robotę. Przez kilka dni przy­szłość jest nie­pewna, nie­wy­raźna, ale potem Denis Pre­ston ogła­sza, że zamie­rza zain­we­sto­wać w nowe stu­dio nagra­niowe i pozwoli Joemu je zapro­jek­to­wać, a póź­niej nim kie­ro­wać, więc spełni się jego wiel­kie marze­nie. Wszystko układa się jak trzeba. Joe ma dwa­dzie­ścia osiem lat, jest z sie­bie nad­zwy­czaj zado­wo­lony i czuje się nie­zwy­cię­żony.

Jest rok pięć­dzie­siąty siódmy i dosłow­nie na każ­dym kroku czło­wiek natyka się na skif­fle, więc natu­ralną koleją rze­czy Joe też chce spró­bo­wać swo­ich sił. Skif­fle wywo­dzi się z muzyki gra­nej przez nowo­or­le­ań­skich bido­ków, któ­rych nie stać na opła­ce­nie czyn­szu, na tar­kach do pra­nia, grze­bie­niach, bibuł­kach i w ogóle wszyst­kim, co im wpad­nie w ręce. Joe działa podob­nie: klei druty na gumę do żucia, wyjętą z furtki ogro­do­wej sprę­żynę wsta­wia do kabiny pogło­so­wej… Wkrótce zostaje mene­dże­rem grupy chło­pa­ków, któ­rej nadaje nazwę Bar­be­cues i każe im nagrać pio­senkę _Siz­zling Hot_; jest teraz pro­du­cen­tem pełną gębą i pyszni się jak paw. Jimmy, woka­li­sta Bar­be­cues, uważa, że fotka z plan­szą _ouija_ przy­cią­gnie dziew­czyny, co z kolei pod­suwa Joemu pomysł zabawy w seans spi­ry­ty­styczny. Zamie­rzają wypró­bo­wać zasły­szaną gdzieś przez Jimmy’ego histo­rię: wkłada się do Biblii klucz, zamyka ją i obwią­zuje sznur­kiem. Brzmi nie­po­zor­nie, wystar­czy parę dro­bia­zgów z kre­densu, nie trzeba żad­nych kóz ani pen­ta­gra­mów jak u Den­nisa Whe­atleya, ale Joemu taka impro­wi­za­cja nie prze­szka­dza. Przy­po­mina skif­fle.

Kręci go ta okul­ty­styczna heca. Biorą Biblię, zbie­rają inne rekwi­zyty i kładą na stole, żeby wszystko było gotowe, kiedy już przejdą do rze­czy, ale naj­pierw posta­na­wiają się napić dla kurażu. Lio­nal jest w swoim żywiole: ser­wuje prze­ką­ski i co rusz rzuca żar­ci­kami, któ­rymi roz­śmie­sza Joego do łez. Biblię Joe przy­wiózł jesz­cze z Newentu, sznu­rek jest cał­kiem zwy­czajny, ale to, skąd wytrza­snął ten ogromny, skom­pli­ko­wany klucz, to już jest osobna histo­ria.

Jest mie­siąc wcze­śniej, wrze­sień, urzą­dzają przy Arun­del Gar­dens imprezę pro­mu­jącą _Siz­zling Hot_. Lio­nal odpo­wiada za cate­ring, a Joe nawija o Bar­be­cues każ­demu z zapro­szo­nych foto­gra­fów i dzien­ni­ka­rzy, kto tylko zechce go słu­chać. Wła­śnie zaga­duje sym­pa­tycz­nego mło­dego kole­sia z „New Musi­cal Express” – cał­kiem nie­źle się chło­pak pre­zen­tuje z tymi wło­sami w czub, choć jak na gust Joego jest tro­chę zanadto tyko­waty – gdy wtem krew mu się pusz­cza z nosa! Nie wia­domo skąd, jak i kiedy! I wszystko leci na czy­stą białą koszulę. Trzeba przy­znać, że tro­chę go to wku­rza, cho­ciaż nie wpada w żadną histe­rię, jak to za każ­dym razem utrzy­muje ten cho­lerny Lio­nal. Pyta, czy ktoś ma przy sobie klucz, który mógłby sobie przy­ło­żyć do ple­ców; zda­niem jego babki to jedyne sku­teczne reme­dium na krwo­tok z nosa. Chło­pak z „New Musi­cal Express” patrzy na niego jak na wariata, ale sięga do kie­szeni i wyj­muje z niej stary żela­zny klucz. Mówi, że ma go od lat, ale ostat­nio zaczął się zasta­na­wiać nad tym, jak by się go pozbyć. Z per­spek­tywy czasu te słowa wydają się Joemu dość dziwne, ale wtedy po pro­stu zabiera mło­demu dzien­ni­ka­rzowi klucz i wrzuca go sobie z tyłu za koł­nierz koszuli, która wygląda teraz jak far­tuch rzeź­nika. Wzdryga się, bo po ple­cach prze­cho­dzi mu dreszcz wywo­łany czymś wię­cej niż tylko doty­kiem lodo­wa­tego metalu, ale krwo­tok z nosa zostaje natych­miast powstrzy­many, jakby ktoś zakrę­cił kurek. Joe wycho­dzi się umyć, wkłada czy­stą koszulę i wraca na imprezę jakby ni­gdy nic. Klucz jed­nak zatrzy­muje.

A teraz wszystko wska­zuje na to, że za chwilę go użyje. Lio­nal go pona­gla, żeby już zaczy­nał, więc Joe otwiera Biblię na Apo­ka­lip­sie Świę­tego Jana i wkłada klucz do środka, tak że jego koniu­szek dotyka osiem­na­stego wersu w pierw­szym roz­dziale, bo tak każe Jimmy. Zamy­kają i mocno zwią­zują księgę, kładą ją na stole, a sami roz­sta­wiają się wokół niego w taki spo­sób, żeby każdy z nich czub­kiem palca doty­kał wysta­ją­cej z Biblii główki klu­cza. Lio­nal bar­dzo stara się nie par­sk­nąć śmie­chem, Jimmy wydaje się zakło­po­tany, za to Joe jest cały spięty. Recy­tują biblijny wers na głos, z pamięci:

– Byłem umarły, a oto jestem żyjący na wieki wie­ków i mam klu­cze śmierci i Otchłani¹.

I oczy­wi­ście nic się nie dzieje.

A potem się dzieje.

Gdy tylko klucz zaczyna się poru­szać, gwał­tow­nie cofają ręce, on jed­nak obraca się dalej sam z sie­bie i zata­cza całe ćwierć obrotu; sznu­rek napręża się na okładce, ze środka Biblii sły­chać odgłos dar­tego, jakby prze­żu­wa­nego papieru. Jimmy Mil­ler krzy­czy, wyciąga tak wysoką nutę, jakiej ni­gdy nie udaje mu się uzy­skać na pró­bach, miglanc jeden… Twarz Lio­nala, który patrzy na Joego, wyraża nieme pyta­nie: „Coś ty tym razem przy­niósł do domu?”. Joe zaś nie potrafi ode­rwać wzroku od klu­cza, który znie­ru­cho­miał już pomię­dzy zma­sa­kro­wa­nymi stro­ni­cami.

Wie, że coś zostało przed nim otwarte – i, jak to on, jest prze­ko­nany, że będzie to coś dobrego.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij