-
nowość
-
promocja
Słyszę nowy świat - ebook
Słyszę nowy świat - ebook
Jest rok 1958. Dennis Knuckleyard postanowił raz na zawsze odciąć się od swoich przygód w Wielkim Kiedy i na dobre zostawić je w przeszłości, gdzie ich miejsce. Po tym, jak przez dziewięć lat starał się nawet nie myśleć o zaczarowanej wersji Londynu, nagle znajduje niechcianą pamiątkę ze swojej ostatniej przygody: klucz, który przyjął na przechowanie i potajemnie przemycił do swojego świata.
O ile Dennisowi może się wydawać, że skończył z Wielkim Kiedy, o tyle ono bynajmniej nie skończyło z nim. Kiedy oddaje klucz znajomemu, budzą się czarodziejskie moce małego przedmiotu, w Londynie zjawiają się istoty z innego świata, a w Notting Hill wybuchają zamieszki. Co gorsza Grace Shilling, dawna miłość Dennisa, zostaje zmuszona do udania się do Wielkiego Kiedy, żeby przeprowadzić śledztwo w sprawie niezwykłych wypadków, do których dochodzi w obu miastach.
Przerażony myślą o tym, że Grace miałaby się stać krzywda, Dennis wyprawia się w ślad za nią do Długiego Londynu – który, kiedy już schwyta kogoś w swoje szpony, łatwo go nie wypuści. Grace z Dennisem muszą stanąć do walki o uratowanie Wielkiego Kiedy, a wraz z nim także własnego świata. Jeśli tego nie zrobią, stracą życie – i siebie nawzajem.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8252-145-0 |
| Rozmiar pliku: | 2,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Klasyczna: przestawiając z mozołem kopyta, znękany Atlas wspina się Gillespie Road wśród mżawki, która odpędza wrześniowe gzy i niesie w swoich drobnych kropelkach cały rok tysiąc dziewięćset trzynasty: _Principia Mathematica_, Strawiński, liczniki Geigera i narastający w trzewiach Europy strach perlą się na sztywnej brązowej sierści i nasączają ją duchem stulecia. Światło koloru _pale ale_ i żyłkowane błoto są przesycone kubizmem i Apollinaire’em.
Przed nim w tumanach wilgotnej mgły czarne płaszcze przeciwdeszczowe i kaszkiety oblazły jak żuki pryzmę ziemi, która przeobrazi się w stadion piłkarski. Krzątający się przy pracy robotnicy mokną na deszczu razem z okolicznymi mieszkańcami, którzy znoszą w to miejsce domowe odpadki jako swój wkład w fundamenty obiektu. Potężny szajer, zmęczony wcześniejszym pokonaniem stromego zbocza Highbury Hill, ciągnie furę wyładowaną trzykołowymi wózkami dziecięcymi i połamanymi wyżymaczkami. Turkot drewnianych kół na bruku miesza się z wykrzykiwanymi przekleństwami i chrobotem szufli i dołącza do ponurej partytury poranka.
Ziejąca w ziemi czeluść, z wolna zapełniająca się śmieciami, stanie się północną trybuną stadionu Arsenalu, gdy drużyna przeniesie się tutaj ze swojego obecnego domu w składzie amunicji w Woolwich, na drugim brzegu rzeki, o czym jednak wielkie zwierzę nie ma zielonego pojęcia. W okrojonym przez klapki na oczy prostokątnym wycinku świata powoli przybliża się skraj wykopu. W świeżo przewróconej ziemi mienią się srebrzyste strużki: robotnicy, wsparci ciężko na kilofach, spluwają z przygnębieniem w deszczowy opar. Zgarbiony na koźle i przemoczony do suchej nitki właściciel Atlasa potrząsa lejcami i obrzuca kopytnego olbrzyma wyburczanymi epitetami, by pchnąć go dalej, na samą krawędź otworu, która ginie we mgle; przy tej pogodzie obaj są tak samo na wpół ślepi. Nie ma jeszcze dziesiątej, a posępna sobota już zbliża się do swojego crescendo.
Wszystkie ścięgna płoną bólem, gdy imponujący zwierz zatrzymuje się na brzegu przepaści. Prycha, wzdryga się i potrząsa długim łbem, z niechęcią przyjmując ponowne pojawienie się much. Wydając niezrozumiałe, chrapliwe dźwięki swojej wroniej mowy, węglarz zsuwa się z kozła, staje wśród robotników i włącza się do prowadzonej przez nich półgłosem dyskusji. Wzniósłszy strudzone ślepia nieświadomie ku swojemu ostatecznemu niebu, potężna machina zbudowana z mięcha i kudłów sika przeciągle w już i tak kleiste grzęzawisko na skraju dołu. Z tyłu dobiega najpierw głośny klekot, gdy tylna ściana skrzyni wozu zostaje opuszczona na płask na naprężonych w skos łańcuchach, a następnie postękiwania ludzi i głuchy łoskot: rozpoczęto wyładunek pierwszego z ciężarów. Zdjęcie go z fury lekko zakłóca równowagę pojazdu, który szturcha wyczerpane zwierzę uwięzione pomiędzy parą dyszli. Atlas kwiczy, strzyże uchem i robi krok do przodu. W nicość.
Chwila się rozdyma, rozszczepia na nieskończoną liczbę etapów pośrednich. Noga konia się prostuje, koryguje ruch, szuka oparcia, ale tylko żłobi wilgotną bruzdę w zapadającym się błocku. Tylne kopyta – długie włosy na pęcinach zesztywniały, posklejane błotną breją w ostre kolce – machinalnie próbują się cofnąć, ale nie znajdują oparcia. Kiedy rozpoczyna się nieuchronny ześlizg, zza wozu, który nagle ożył ze skrzypieniem, dobiegają okrzyki zaskoczenia i niepokoju. Puszczona w ruch nieszczęsna maszyneria chwili działa posłuszna slapstickowej logice: uginający się pod spiętrzonym ładunkiem wehikuł wyrwany z bezruchu przez próbującego ustać na nogach Atlasa zaczyna się toczyć, popycha przed sobą bezradne zwierzę i powiększa zgubny pęd. Pierwsze głowy gapiów zwracają się w tę stronę, podejrzliwe spojrzenia ustępują grymasom niedowierzania i szeroko rozwartym ustom, sapnięcia wstrzymywanych oddechów i daremne okrzyki ostrzegawcze wznoszą się ponad narastający szum deszczu. W ograniczonym klapkami na oczy polu widzenia całe Highbury wali się na bok. Zdarte podkowy drapią nasączone wilgocią powietrze i kolos, który dźwiga glob na swoich barkach, osuwa się w błotnistą głębinę, koziołkuje i spada, ściągając na siebie całe zardzewiałe żelastwo tego świata. Wraz z obłokiem pary z aksamitnych chrap bucha głośny kwik rozczarowania.
Starsi bracia podbiegają, żeby pogapić się z bliska i powytykać palcami. Znajdujące się w tłumie młodsze dzieci zostają zabrane do domów przez roztropne matki, świadome tego, co wydarzy się za chwilę: ani jedna cząstka ogiera nie ostała się w całości, pozostało mu tylko cierpienie, które należałoby pilnie skrócić, ale szanse na to, że przy Gillespie Road znajdzie się jakaś strzelba, są bliskie zeru. W kilka minut jest po wszystkim. Właściciel truchła niechętnie zgadza się porzucić swojego sługę tam, gdzie padł, jako nieplanowany dodatek do fundamentów stadionu, prędko pogrzebany pod ramami łóżek, doniczkami i porozbijanymi muszlami klozetowymi.
Z upływem lat okrutne wydarzenie zostaje przykryte gruzem czasu. Sunący gładko samochód arcyksięcia nieoczekiwanie zatrzymuje się przed kawiarnią w Sarajewie. Chłopcy w mundurach – szarych albo khaki – zwisają z drutów kolczastych na ziemi niczyjej. Wojna światowa i hiszpanka przynoszą zagładę milionom. Maklerzy giełdowi przesuwają się cal po calu coraz bliżej krawędzi parapetów. Al Jolson obwieszcza wszem wobec, że to i tak jeszcze nic wielkiego. Na Highbury, pod podziurawionym korkami boiskiem z naniesionymi wapnem liniami, rzeczy gniją w nieskończonej podziemnej nocy, a potem, rozłożone na czynniki pierwsze, zostają wchłonięte przez króciutko przyciętą murawę. Fura dawno rozpadła się na atomy, jej ładunek przekorodował do postaci żelaznych meteorytów, bezkształtnych i niemożliwych do rozpoznania. Zawieszona w przetykanym larwami bezdennym mroku pomiędzy próchniejącymi kołami wozu nieżyjąca legenda nabrała tajemnego piękna, objedzona przez robactwo, wystylizowana, perłowa. Spoczywa na boku, wyodrębnione kości tworzą pędzącą mozaikę, nogi wyciągają się w przód, jakby sięgały ku odległej linii mety majaczącej gdzieś wśród tej gęstej, smoliście czarnej ciszy.
Nie ma oczu, które mogłyby zobaczyć niezwykłe zjawisko, ono zaś z początku lśni słabiutko jak okruch rudy i zdaje się bardzo bliskie w tym nieprzezroczystym, litym środowisku, gdzie nie istnieje pojęcie odległości. Skrzący się punkcik rośnie i staje się coraz wyraźniejszy, przez co powstaje wrażenie, jakby jego źródło znajdowało się daleko, a zarazem systematycznie zbliżało się poprzez twardą, zbitą glebę, aż wreszcie nabrzmiewa do postaci podziemnego fajerwerku. Niewidziany przez nikogo niespieszny cud przeobraża się w ruchomą świetlistą postać, malutką kobietę nakreśloną liniami kolorowego blasku. Cały czas rośnie, cały czas przybliża się i przenika niematerialne wieczorne cienie, które w rzeczywistości są kamieniem, gliną albo poszczerbionym metalem. Szczupła i krzepka jak chłopak, ma na sobie tunikę, której płomieniste linie nieustająco przepływają jedna w drugą, na przemian wymazywane i odtwarzane tak samo jak wyrysowana kredką sylwetka jej właścicielki. Z góry przez warstwy ziemi niesie się stłumiony grzmot: to zelektryzowani kibice gospodarzy ryknęli wyczekująco.
Tymczasem ona już tu jest, z mieniących się ruchliwych konturów wyłania się najpierw mocny zarys szczęki, potem ostrożnie nakreślony kosmyk włosów. Delikatna, utkana z marszczonych niteczek fosforu wędruje przez wielotonowe czarne zwały, aż wreszcie przystaje przy szczątkach czempiona, niby w zadumie. Mija parę chwil, po czym jej świetlista konfiguracja składa się i gnie, jakby się schylała, przyklękała na ledwie, ledwie zaznaczonej sugestii kolana tuż obok odsłoniętych łopatek i kredowobiałych dywizów kręgosłupa szyjnego martwej szkapy. Na wpół obecna w tym miejscu pochyla pospieszny szkic głowy i przesuwa minimalistycznymi palcami po wydłużonej nagiej czaszce. Gryzmoła jej ust zmienia kształt: dziewczyna ewidentnie coś mówi, szepcze wprost w pozostałe po uchu kruche kostne zagłębienie.
Tytan reaguje na słowa zachęty i zaczyna się składać w całość. Żebra, rozproszone jak porozrzucane nawiasy, przesuwają się na swoje dawne miejsca, stawy odtwarzają się i kleją lepiszczem nowych chrząstek, aż w końcu leżący szkielet – choć dokumentnie pogrzebany i z początku trochę niezdarny – staje na nogi. Zupełnie przypadkowo w tej samej chwili kibice Arsenalu, których dzieli od tego miejsca kilkanaście stóp zbitej ziemi, wydają chóralny okrzyk triumfu i uznania. Ruchliwe zawijasy układające się w widmową kobiecą głowę na moment przemieszczają się w skinieniu, jakby w geście wdzięczności za te sejsmiczne drgania aplauzu, a potem świetlista postać bez pośpiechu rusza w kierunku zachodnim, zagłębia się w twardą ciemność, z której się wyłoniła. Przerażający i wspaniały byt, który nie jest już Atlasem, człapie krok w krok za swoją roziskrzoną panią. Zostawia za sobą zgubioną podkowę, jako dobrą wróżbę na przyszłość, oraz nieprzemijające poczucie, że oto w tym miejscu puszczono w ruch coś więcej niż tylko martwego konia. Rumak został wybrany, jego forma oceniona, gonitwa zapowiedziana, stawki zakładów wyliczone. Bukmacher otworzył księgę.
Obstawiajcie.
* * *
Calypso: przerażone, piszczące, pomalowane fluorescencyjną pomarańczową farbą gryzonie wpadają przez szparę na listy. Stoi z Litzem przed drzwiami przy Powis Square, zaśmiewają się do rozpuku i wsypują do środka zawartość wijącego im się w rękach worka. Wkrótce zostają nagrodzeni dobiegającymi z drugiej strony gniewnym rykiem, okrzykami przerażenia i wrzaskiem dzieci. Pete Rachman siedzi wygodnie rozparty w Rollsie po drugiej stronie ulicy, pali cygaro i roztacza aurę obojętności rodem z obozów śmierci. Ech, te wieczory w Notting Hill… Michael widzi je, jakby to było wczoraj. Ba, jakby to było dzisiaj.
Litz – dumny ze swojego wielgachnego kinola, z oczami, w których nikczemne iskierki błyskają jak brokat – chichra się tak bardzo, że ledwie jest w stanie mówić:
– Albo zapłacicie czynsz, gnojoświnie, albo od tej pory będziecie mieli regularne dostawy świecących szczurów!
A potem pędzą na wyścigi do samochodu, zadowoleni z tego, jak im poszło („Te »gnojoświnie« to całkiem udany neologizm, nie uważasz?”), ładują się na tylną kanapę, Rachman kręci łysą głową, rozczulony parska śmiechem, nazywa ich parą nielichych komediantów i już suną Colville Terrace w stronę Ladbroke Grove. Za nimi jakiś wielki kolo wybiega na środek ulicy i wydziera się przeraźliwie; brzmi jak Jamajczyk, więc Michael nie odczuwa z nim żadnego powinowactwa, bo przecież pochodzi z Trynidadu, z którym, nawiasem mówiąc, również nie czuje się szczególnie związany. Jego zawsze nieobecny tata kupiec, pan de Freitas, był bladoskórym Portugalczykiem i na wyspie nazywali Michaela czerwonoskórym łajdakiem tylko dlatego, że był nie dość czarny. Miał wtedy pięć lat. Nie mówcie mu o dyskryminacji.
Spędza dzieciństwo na nędznych przedmieściach Port of Spain. Matka w każdą sobotę zabiera go na stołeczny bazar, gdzie siedzi wciśnięty pomiędzy bele farbowanych tkanin i popija mleko z zielonych czaszek kokosów, otoczony przez targujących się Chińczyków, Hindusów albo Syryjczyków. Ma zaledwie dziewięć lat, więc nie od razu się orientuje, że mama płaci za to wszystko _obeah_: udziela porad przy świecach starszym paniom z problemami skórnymi.
– Daj mi pięćdziesiąt dolarów i weź jednopensówkę. Przez następnych dziewięć dni codziennie przecieraj twarz tą jednopensówką zamoczoną w śmietance. Przez resztę czasu trzymaj ją na framudze nad drzwiami, a potem dziewiątego dnia zanieś na rozstaje dróg i tam wyrzuć. Zostaniesz wyleczona, a choroba przejdzie na tego, kto znajdzie monetę.
Żadna z kobiet nie wróciła ze skargą, a Michael oduczył się podnosić z ziemi zatłuszczone miedziaki.
Dorastanie przebiega gwałtownie: huragan rozmazanych obrazów. Jest w nim pulchna ręka sprzedawcy kokosów, odcięta kordelasem i leżąca dłonią do góry w bazarowym pyle; Michael widzi, jak palce jeszcze się poruszają. Jest Złotozęby, który ma się za kowboja; napada w szale na kluby i masakruje ich właścicieli żelaznym prętem. Jest dziewczyna, którą jego matka, najczarniejsza kobieta, jaką widział w życiu, wyrzuca za drzwi, bo ma za ciemną skórę, przez co nie jest dość dobra dla jej bladolicego syna. Jest gnieżdżąca się po sąsiedzku przesympatyczna hinduska rodzina, która przygarnia go po tym, jak ojczym eksmituje go z domu. Od tej pory matka nie chce mieć z nim nic wspólnego, bo w jej hierarchii wartości kulisi znajdują się jeszcze niżej od czarnych. Kiedy Michael ma serdecznie dość tego wszystkiego, zaciąga się na statek, który z powodu awarii silnika wyprawia się do Matki Anglii, żeby tam stanąć w suchym doku.
Anglia okazuje się krainą przerażających sposobności. Sytuacja jest taka, że ta ich nowa seksowna królowa, która obejmuje tron w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym drugim roku, nagle przypomina sobie o Commonwealth, Brytyjskiej Wspólnocie Narodów, i na każdym kroku podkreśla jej znaczenie – głównie dlatego, że imperium po wojnie rozpada się na kawałki i Brytania na gwałt potrzebuje czegoś, co znów pozwoli jej poczuć się światowym mocarstwem. Kłopot w tym, że jeśli twierdzisz, że rzesze mieszkańców odległych krain to obywatele brytyjscy, to nie bardzo możesz mieć do nich pretensje, kiedy wezmą te słowa za dobrą monetę i postanowią się tu sprowadzić. Tak w każdym razie uważa Michael. Bo Anglicy, jak się okazuje, mają na ten temat inne zdanie.
Ma stosowne żeglarskie kwalifikacje, ale na brytyjskich statkach miejsce kolorowych marynarzy jest w maszynowni, nie na pokładzie. Przez jakiś czas pływa więc po całym świecie pod banderą norweskiej marynarki handlowej, ale kiedy ma wolne i schodzi w Londynie na ląd, poznaje Desirée i zaczyna poważnie myśleć o ustatkowaniu się. Wkrótce zresztą staje się to koniecznością, gdy po rejsie do Izraela, gdzie przyjmują na pokład ładunek pomarańczy, angażuje się w przeszmuglowanie do Anglii ślicznej jugosłowiańskiej uchodźczyni. Brytyjscy celnicy znajdują dziewczynę ukrywającą się za skrzynkami pełnymi cytrusów, „Daily Mirror” daje na pierwszą stronę artykuł z nagłówkiem _Brzoskwinka wśród pomarańczy_, a Norwegowie kończą współpracę z Michaelem.
Bezrobotny i bezdomny, znajduje w końcu dach nad głową dla siebie, Desirée i ich malutkiej córeczki w nędznych slumsach Notting Hill. Kiedy jednak zaczyna się rozglądać za pracą, odkrywa, że nie ma żadnej roboty dla „czarnuchów”, „smoluchów”, „asfaltów”, „bambusów” oraz przedstawicieli licznych innych kategorii, do których – jak się okazuje – również się zalicza. Tak oto, zgoła mimowolnie, rozpoczyna powolny zjazd w świat hazardu, stręczycielstwa i drobnej przestępczości, drogę w dół po jedynej trajektorii dostępnej dla przybysza z Indii Zachodnich. Kiedy jednak popija w towarzystwie rodaków z Trynidadu i razem śnią sny na jawie, ktoś wpada na pomysł oskubania miejscowego potentata rynku nieruchomości. W takich właśnie okolicznościach Michael po raz pierwszy słyszy nazwisko Petera Rachmana.
Rachman to starszy facet, pod czterdziestkę, łysawy, w okularkach, polski Żyd, który przeżywa najpierw hitlerowski, a potem sowiecki obóz pracy, następnie walczy na froncie, a po demobilizacji osiada na stałe w Brytanii. Kiedy w pięćdziesiątym siódmym Macmillan zastępuje Edena na stanowisku premiera i zmienia przepisy regulujące czynsze, Rachman zaciąga w banku potężny kredyt i wykupuje osiemdziesiąt walących się w gruzy nieruchomości w Notting Hill, Kensington i okolicy. Jego pierwszym nabytkiem jest rudera przy St Stephen’s Gardens, w której urządzili się Michael z Desirée. Rachman wydziela w kamienicach odrębne małe mieszkania, które następnie wynajmuje imigrantom z Indii Zachodnich przybywającym do Londynu systematycznie od końca lat czterdziestych. Owszem, bywa brutalny dla swoich lokatorów i pakuje ich do swoich klitek dziesiątkami, ale jest i druga strona medalu: tylko on jeden w ogóle pozwala kolorowym gdziekolwiek mieszkać. Co tydzień przez jego biuro w piwnicy domu w Westbourne Grove (to niedaleko, dosłownie za rogiem) przepływają tysiące funtów z wynajmu. Trudno się nie zgodzić, że pomysł rozboju w biały dzień wydaje się atrakcyjny.
Michael zgłasza się na ochotnika do przeprowadzenia rekonesansu. Pod zmyślonym pretekstem wybiera się na spotkanie z landlordem, ale po powrocie oznajmia swoim niedoszłym wspólnikom, że rabunek nie wchodzi w grę z powodu dwóch złych psów, które Rachman stale trzyma u siebie w biurze. To wprawdzie jest szczerą prawdą, Michael postanawia jednak przemilczeć fakt, że całkiem realną alternatywą byłby dyskretny nocny włam w pojedynkę – realną do momentu, gdy faktycznie podejmuje taką próbę, bo wtedy odkrywa, że włamywaczem jest równie beznadziejnym jak hazardzistą i rajfurem. Wciąż jeszcze szuka sejfu, gdy Rachman i jego piekielne ogary wtykają głowy za próg biura i go zauważają.
Cała sprawa i tak kończy się o wiele lepiej niż wielką krwawą łaźnią, której każdy rozumny człowiek miałby pełne prawo się spodziewać. Rachman – z dwoma szarpiącymi się na smyczach owczarkami niemieckimi – jest miły, spokojny, chyba nawet lekko rozbawiony. Złotousty magnat z getta, który umie dostrzec korzyści w każdej potencjalnie groźnej sytuacji, chwali włamywacza za inicjatywę i choć wytyka mu pewien niedostatek umiejętności praktycznych, składa mu ofertę zatrudnienia.
– Wydaje mi się – mówi – że niektórzy z moich lokatorów byliby skłonni okazać mi więcej szacunku, gdyby postraszył ich jeszcze jeden zbir.
Proponuje również, żeby Michael i Desirée przenieśli się z St Stephen’s Gardens do innego, bardziej zdatnego do zamieszkania lokalu przy Powis Square. Podają sobie ręce i umowa zostaje zawarta. Dwa śliniące się psowate patrzą z wyraźnym rozczarowaniem, jak perspektywa nocnej przekąski bezpowrotnie się oddala.
W końcu psy zostają gdzieś zamknięte i na stole pojawia się whiskey wraz z dwiema szklankami z grubego szkła. Michael opowiada o matce pogrążającej się w odmętach _obeah_, o piciu i ubóstwie na Trynidadzie. Peter w oszczędnych słowach wspomina o obozach, a następnie zaczyna się rozwodzić na temat swoich aktualnych kochanek, Christine Jakiejśtam i Mandy Dwojga Nazwisk; sądząc po jego słowach, obie muszą być raczej puszczalskie. Wreszcie rozmowa zatacza krąg i wraca do spraw bieżących.
– Przydzielę ci kogoś, kto już ma rozeznanie w tym fachu, może Davida. To dobry chłopak, łebski, pomysłowy. Spodoba ci się. Będziecie się jarać jak dwa płonące domy.
Michael się zgadza, chociaż niezbyt mu się podoba to pożarowe porównanie. Tak czy inaczej, w takich właśnie okolicznościach poznaje Litza.
Litz jest skomplikowany i fascynujący jak mechanizm miny dywersyjnej: jeśli chcesz go rozgryźć, musisz się do niego zbliżyć, a wtedy znajdziesz się w zasięgu rażenia. Żyd z East Endu, który rzuca kamieniami w faszystów od Mosleya, odkąd skończył osiem lat, przywodzi na myśl rozlaną błyskawicę, która wyciekła z akumulatora czystego zła. Kiedy trzy, może cztery lata temu policja zatrzymała go za przekroczenie prędkości kradzionym samochodem, zamiast swojego prawdziwego nazwiska podał nazwisko Jeffreya Bernarda – niesławnego, wiecznie naprutego dziennikarza, który niedługo potem został zgarnięty przez gliny. Cały Litz. Dziwaczny jak banknot dziewięciofuntowy. Wszędzie go pełno, od Ladbroke Grove po Chelsea, wszystkich zna – gangsterów, jazzmanów i sławnych malarzy, ma gadane i stale balansuje na spornej granicy pomiędzy jajcarstwem i makabrą. Kolorowe szczury to jego pomysł.
Michael ma dwadzieścia cztery lata. Jest wściekły na cały świat, a nowe zajęcie nie tylko idealnie wpasowuje się w jego nastrój, ale jest też nadzwyczaj lukratywne. Czuje jednak w kościach, że ta idylla nie potrwa długo. Atmosfera Notting Hill staje się coraz bardziej naładowana, nieokiełznane energie różnych kultur łączą się i reagują w oparach curry. W skład wybuchowej mieszanki oprócz Tobagijczyków, Trynidadczyków, Barbadosyjczyków i Jamajczyków wchodzą biali tubylcy mieszkający tu od pokoleń oraz agitatorzy z Ligi Obrony Białych Colina Jordana i Brytyjskiej Unii sir Oswalda Mosleya (ta ostatnia przycięła swoją nazwę, żeby nie było widać, czego jest unią). I do tego stanu niepewnej równowagi, tej beczki prochu, którą sam w przeważającej mierze stworzył, Rachman dorzuca następnie takie krewkie postaci jak Michael, Litz i ich rozbrykani wspólnicy. Michael nie potrzebuje czarnej magii matki, żeby wiedzieć, że to się źle skończy.
Jest rok pięćdziesiąty ósmy, ostatnie gorące dni sierpnia, kiedy do Londynu dochodzą słuchy o rozróbach na północy kraju, w Nottingham. O zamieszkach na tle rasowym. Zanim pełgający po loncie, skwierczący płomyk kłopotów dotrze do Notting Hill, wydaje się, że zgasł. Ktoś wprawdzie wrzucił płonącą butelkę z benzyną do klubu, w którym bawią się przybysze z Indii Zachodnich, ale podupadłe Grove słynie z tego, że podobna rzecz może się wydarzyć w każdy gorętszy weekend. Dopiero następnego ranka, kiedy gazety zrobią z tego wypadku zamieszki, ruchawka rozkręca się na dobre. Michael zostaje aresztowany, postawiony przed sądem i ukarany grzywną za to, że stał na rogu ulicy i rozmawiał z paroma białymi kumplami, a po wyjściu z sądu wzywa całą czarną społeczność, żeby wystąpiła w swojej obronie z brzytwami, stalowymi prętami, koktajlami Mołotowa i w ogóle wszystkim, co pod ręką. W tym momencie niepokoje rasowe nie są już tylko widmem straszącym z nagłówków gazet, przeciekły z druku na bruk, gdzie walka jest prawdziwa i brutalna.
Michael i jego kompani z innych karaibskich wysepek wrzucają koktajle Mołotowa przez tylne okna siedziby Ligi Obrony Białych, po czym dopadają i tłuką członków organizacji, gdy ci wybiegają frontowymi drzwiami. Dzikie lato w Rotting Hill płynnie przechodzi w jesień, gliniarze nie są w stanie nad nim zapanować, ale wtedy wydarza się zabawna rzecz. W piątą noc września ekipa Michaela zajęta jest ratowaniem kumpla imieniem Clydie z policyjnej suki, którą dopiero co podpalili, gdy wtem zaczyna lać jak z cebra, nastaje istny potop, jakby Bóg wygarnął z koryta całą Tamizę i zrzucił ją na Londyn. Krople walą jak ołowiany śrut i dosłownie w parę minut cała strefa wojny się wyludnia. Bojownicy wszelkiej maści pędzą opustoszałymi ulicami w poszukiwaniu schronienia przed deszczem, a początkowo odległe dudnienie burzowego werbla narasta do łoskotu kotłów i talerzy, który rozdziera niebo od krańca po kraniec. Później Michael podsłucha, jak gliniarze opowiadają o „posterunkowym Deszczu”, który powstrzymał zamieszki, ale on sam zapamiętał to zupełnie inaczej.
Biegnie pustą Kensington Park Road w stronę Powis Square, pod wiatr, z twarzą zlaną deszczem i głową pełną marihuany, tabletek, rumu i podpalonych radiowozów. Widzi to przy niezamieszkanej Arundel Gardens, wydaje mu się, że to widzi, niemożliwe, żeby to widział. To gorsze niż _obeah_, gorsze niż oślizłe miedziaki matki. Jedyną osobą, której kiedykolwiek o tym wspomni, jest Litz, a ten taksuje go wzrokiem i mówi:
– To bardzo ciekawe, Michaelu. Naprawdę bardzo ciekawe.
Pośrodku ogrodzonego placyku porośniętego trawą i ociekającego zielenią wysoki na osiem stóp obiekt wiruje jak bąk, dumnie paraduje, dostojnie kroczy przed publiką złożoną z zasłoniętych okien i zamkniętych drzwi, rozpływając się i przekształcając wśród monsunowej ulewy i nawałnicy gromów.
Jego strój, pozostająca w nieustannym ruchu mieszanka wszelkich możliwych stylów, przywodzi na myśl targane wiatrem bandaże mumii. Płeć oscyluje pomiędzy wezbranymi krągłościami i żylastą kanciastością. Widoczne skrawki ciała przepływają całe spektrum odcieni czekolady, od mlecznej po deserową, od czarnego po perłowy. Włosy to kurczą się jak krótkie kłaczki wełny, to znów eksplodują pękiem grubych sznurów albo kulą tęczowej piany. Od czasu do czasu ponad szum i plusk oberwania chmury wznosi się towarzysząca roztańczonemu zjawisku nieziemska ścieżka dźwiękowa, rozstrojone radio, które piszczy i ślizga się po falach tuzina nieznanych epok. Cudaczny twór defiluje, kręci piruety, wyciąga wszystkie sześć ramion w górę ku dudniącemu nieboskłonowi. W każdej dłoni trzyma któryś artefakt z nieustannie zmieniającej się palety: majcher, okładkę płyty gramofonowej, ulotkę i jakiś przedmiot dostatecznie długi, żeby mógł uchodzić za ludzką kość udową, być może używaną do rzucania klątw – i tym właśnie obiektem dźga brzemienny firmament, celuje w samo huczące serce nawałnicy, która z czasem zostanie nazwana najgorszą burzą w historii Londynu. Jakby w odpowiedzi na ten gest ulewa jeszcze się wzmaga, grzmoty stają się ogłuszające, rozwidlone pioruny biją częściej, aż w końcu niezwykły byt znika za kurtyną wody. Na pustej ulicy nie słychać już jego muzyki.
Biegnący do domu Michael od razu próbuje o nim zapomnieć, zatrzeć to wspomnienie, wyrzucić je z pamięci. Na próżno. Nigdy nie pozna imienia ani natury stworzenia, które na jego oczach sprowadziło do Notting Hill gniew niebios, ale zawsze będzie się upierał, że z pewnością nie był to żaden biały. Żaden posterunkowy Deszcz.
* * *
Rock and roll: Jazda. „One, two, three o’clock, four o’clock rock”, piętnasty maja tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego szóstego roku, szpital South Western w Stockwell. Mało znanemu artyście malarzowi Austinowi Osmanowi Spare’owi zostało dosłownie parę minut życia. Umiera z powodu komplikacji po pęknięciu wyrostka robaczkowego, prześladowany przez piosenkę, która non stop rozbrzmiewa mu w głowie, chociaż wcale mu się nie podoba. Wszystko go boli, a on zostawił tyle niepokończonych spraw. „Five, six, seven o’clock, eight o’clock rock”, w porządku, bardzo to piękne, ale wszystkie wielkie rzeczy składające się na ten świat, takie jak czas, przestrzeń i całe jestestwo Austina rozpadają się na kawałki, materia jego życia okazuje się lichą scenografią, o którą się potknął, wpadł na nią i przebił ją na wylot. Chwilami jest cudownym dzieckiem w Kennington, w roku tysiąc dziewięćset czwartym; kiedy indziej – młodym mężem z tysiąc dziewięćset trzynastego, który w kuchni przy Golders Green robi minetę swojej żonie Eily (zawsze to samo wspomnienie); albo mamy rok czterdziesty siódmy, a on, niedożywiony starzec, przywołuje obłok mgły, który ma oczy i zalega w kącie jego piwnicznego mieszkanka przy Wynne Road; bezradnie przeskakuje stąd tam, z teraz do wtedy, gubi się w tasowanych dziesięcioleciach, a czas płynie i już jest „Nine, ten, eleven o’clock, twelve o’clock rock, we’re gonna rock. Around. The clock tonight”.
Rurki w przedramieniu, rurki w nosie, a w odrętwiałych opuszkach palców mrowienie miliona niedokończonych rysunków. Nie jest w stanie utrzymać ołówka w ręce, nie umie wymyślić żadnego magicznego symbolu, który by go stąd wyratował, i choć czarny pociąg przybliżył się już na tyle, że wyraźnie słyszy jego gwizd, nie potrafi podnieść ręki i przyjąć pozy śmierci, bo boi się, że przy okazji wyrwałby sobie całą tę plastikową hydraulikę. Przy łóżku stale ktoś siedzi, ale za każdym razem, gdy Austin zamknie oczy i znów je otworzy, ta osoba przewilkołacza się w kogoś innego. Millie Pain, która obecnie jest bardziej jego lokatorką niż właścicielką jego mieszkania, przynosi mu winogrona, których on wcale nie chce. Zanim zdąży mu wyjaśnić, skąd je wzięła, zmienia się w zrozpaczonego Franka Letchforda. Alf Larking czystą chusteczką delikatnie ociera materię sączącą się Austinowi z ust, po czym przepoczwarza się w pedantycznego Kennetha Granta, który nie ma najmniejszej ochoty dotykać wyciągniętej ręki malarza i jest wyraźnie wstrząśnięty, mimo że przecież w jego opinii Austin od dawna wiedzie egzystencję jak żywcem wyjętą z tanich horrorów. Kiedy kochany stary Hannen Swaffer w połowie opowiadanej anegdotki przemienia się w Dennisa Bardensa, Austin warczy gniewnie i odwraca twarz; nie może mu wybaczyć tamtej audycji w radiu, w której został przedstawiony jako niebezpieczny dla otoczenia szaman o morderczych skłonnościach. Ale najgorsze są te chwile, kiedy wie, że ktoś przy nim siedzi, tylko pozostaje niewidzialny.
Odrzuca koc i łypie spode łba na sterczące z nogawek piżamy białe patyki pokryte strupami – aż w pewnym momencie dociera do niego, że to jego własne nogi, zapomniane kości na rosół, pozbawione życia i wystające z prążkowanej torby na zakupy. Tę poplamioną piżamę nosi już drugi dzień. „Put your glad rags on and join me, hon, we’ll have some fun when the clock strikes one”, tyle że zegar wybił pierwszą trzy kwadranse temu, kiedy przyszli mu zmienić kroplówkę, a on, półprzytomny, nie widział ani skrawka „broad daylight”, do którego mógłby dotańczyć, „rock, rock, rock”, nie, to wcale nie jest zabawne.
Przeklęta piosenka wypłynęła przed rokiem i od tego czasu nie sposób się od niej opędzić. Prosto na szczyt listy przebojów Radia Luksemburg, nastolatki dostrajają kryształkowe odbiorniki, a potem na ekrany kin wchodzi _Szkolna dżungla_ i ta melodia jest dosłownie wszędzie. Ken Grant mówi mu, że producentem płyty jest ten sam facet, który wcześniej robił te wszystkie skoczne kawałki Louisa Jordana. Zdaniem Granta jest to zwiastun działania klipotycznych energii atakujących kulturę z innej, obcej rzeczywistości. Sądząc po tym, jak Austin się czuje, jego kumpel tym razem może mieć rację. W londyńskim powietrzu unosi się jakaś nieznajoma nuta. Odległa drobina świadomości maga z Brixton rejestruje, że ciało właśnie opróżnia pęcherz przez cewnik, a on sam dochodzi do wniosku, że jest chory, ponieważ miasto jest chore.
Chorobę maskują bandaże Festiwalu Wielkiej Brytanii i wata koronacji. Miasto w malignie śni o bombach wodorowych albo wybrzuszonej tapecie w domu Christiego przy Rillington Place 10. Dusi się smogiem, który inwersja termiczna wtłacza w wąskie ulice. Jego artyści serwują ludzkość jak mięso, jak udręczone salmagundi. Londyn poci się imigrantami i antenami telewizyjnymi, miota przez sen, a w jego wyobraźni Teddy Boys z fryzurami jak lody lukrecjowe tną nożami kinowe fotele i wywlekają ich zrobione z końskiego włosa wnętrzności w roztańczone przejścia pomiędzy rzędami. „When the clock strikes two, three and four, if the band slows down we’ll yell for more”, tyle że Austin nie ma już nawet siły szeptać, a co dopiero wołać.
Przy każdym oddechu gra mu w oskrzelach, zapalenie otrzewnej zadaje mu katusze, a on ze wszystkich sił trzyma się tej jednej myśli: dzieje się z nim źle, ponieważ źle się dzieje z Londynem, a z Londynem dzieje się źle, ponieważ… odkasłuje kwaśną pianę, która wypełnia mu usta, i połyka ją z powrotem… ponieważ coś złego wydarzyło się w tamtym drugim miejscu? Czy to możliwe? Ląduje tam… kiedy to było… sześć lat temu? Siedem? Już wtedy odstępstw jest stanowczo za dużo, przeciekanie książki Enocha Soamesa i _Londyńskiej przechadzki_ do tego świata ma paskudne konsekwencje, a czerepy za szkłem udają obojętność, podczas gdy w rzeczywistości nie mają zielonego pojęcia, co się dzieje. W trakcie ostatniej wizyty, pod koniec pięćdziesiątego trzeciego, kiedy z Aldermaston wyjeżdżają pierwsze bomby atomowe, głowy w słojach jakby z mniejszym optymizmem patrzą w przyszłość, wyraźnie zaniepokojone perspektywą nowego odstępstwa, o którym się zwiedziały, a do którego ma dojść w ciągu najbliższych kilku lat. Austin odnosi zresztą wrażenie, że martwi je coś jeszcze, być może świadomość, że oto zgubiły gdzieś kolejny z paskudnych wykwitów Wielkiego Kiedy, tak jak pod koniec lat osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku, gdy Papież Ostrzy wyrwał się na wolność. Nie widzi wyraźnie, kreślone węglem zarysy wydarzenia są rozmazane, a on nie jest już w stanie skupić na nich wzroku, zwłaszcza teraz, gdy w podbrzuszu zagnieździł mu się gniewny żbik i ból nasilił się jak nigdy dotąd. „When the chimes ring five, six and seven, we’ll be right in seventh heaven”, ale Austin nie bardzo wie, jak w swoim obecnym stanie miałby się do tego siódmego nieba dostać.
Za jedenaście druga Austin Spare zrzuca z siebie bolesne brzemię świata. Czeka, aż wszystkie jego osobiste dwoistości wyeliminują się, anihilują nawzajem w formule „ani-ani” i zostawią po sobie idealną próżnię unicestwionej jaźni, która to jaźń nie jest do niczego niezbędna i wcale nie musi istnieć. Tej samej techniki używa podczas rysowania, żeby bez reszty zanurzyć się w swoim dziele: kiedy jego jednostkowy instynkt obumiera, on staje się wszystkimi i wszystkim naraz, nieosadzony w historii rośnie i rozlewa się szeroko wśród godzin i chwil swojego miasta. „When it’s eight, nine, ten, eleven too, I’ll be goin’ strong and so will you”, ale Austin wcale nie czuje się już mocny, można chyba bezpiecznie przyjąć, że to jego ostatnie chwile. Intensywnie kolorowa kropla jego istnienia rozpływa się w roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym szóstym wraz z otaczającymi go przeszłościami i przyszłościami.
Dwa tygodnie wcześniej, drugiego maja, Jack Spot i jego żona Rita wracają do domu z pubu przy Praed Street, który od pewnego czasu mają na oku, kiedy nabrzmiewające przez niemal całą ostatnią dekadę kłopoty wypadają na nich z ciemności wszystkie naraz. Jest wśród nich Billy Hill z pałką, jest Albert Dimes, wciąż wkurzony po zeszłorocznej szarpaninie w Soho, ale to mały, wredny Frankie Fraser trzymaną w garści brzytwą tnie lewy policzek Spota, tuż obok sławnego znamienia, i zostawia na nim podwójny ślad jak krzywe szyny tramwajowe. To koniec kariery Jacka w półświatku, co zresztą przepowiada mu Harry Lud, Święty od Przestępców, kiedy spotykają się na Arnold Circus u schyłku smętnych lat czterdziestych. Okrutna opowieść dobiega z góry przesądzonego kresu, kończy się blizną, a skraj rozdymającej się duszy Austina Osmana Spare’a muska dni jutrzejsze, których nie dane mu będzie poznać.
W listopadzie, sześć miesięcy po śmierci Austina, premierostwo Anthony’ego Edena wali się w gruzy w pożodze kryzysu sueskiego, pociągając za sobą na dno światową reputację Wielkiej Brytanii. „When the clock strikes twelve we’ll cool off, then start a-rocking ‘round the clock again”_._ Wcześniej, latem, z szafy grającej w salonie bilardowym Regal przy Eric Street płynie lament jazzbandu Chrisa Barbera. Mężczyzna o nieżyczliwej twarzy niedorozwiniętego bazyliszka popisuje się przed zastraszoną publicznością. W tej chwili siedzi i trzyma na kolanach coś, czego gasnący wzrok Spare’a nie sięga, to może być coś ważnego, przerażeni widzowie śmieją się nerwowo, ich niespokojny pomruk tonie w jazgocie klarnetu Monty’ego Sunshine’a. Wszystko się kurczy, traci proporcje i znaczenie, gdy rozdęta jak wielki balon świadomość artysty ostatecznie się rozspójnia.
Jest Austinem Spare’em, istotą ludzką, której zakończone życie, triumfalnie bezkompromisowe i obfitujące w upiorne ozdobniki, należy tylko i wyłącznie do niego, od początku do końca. Roztapia się w wieczności – mętny futurystyczny kolaż z rozpoznawalnie skupionym okiem, podobny do swojego _Wędrowca przez eony_, rozpływa się w nieregularnych kwadratach światła. Za dziesięć druga z mozołem wydaje ostatnie tchnienie, a potem…
* * *
Skiffle: Joe nigdy przedtem nie uczestniczył w seansie spirytystycznym. Podobnie jak produkowanie płyt, przyjmowanie tabletek odchudzających albo seks z mężczyznami, seanse są jedną z tych rzeczy, po które trzeba się specjalnie fatygować do Londynu. Chociaż tak szczerze mówiąc, to nie jest seans spirytystyczny z prawdziwego zdarzenia, bo nie ma w nim kryształowej kuli, nikt nie jest ubrany jak _swami_, nic z tych rzeczy. Są tu tylko on, Lional i młody Jimmy Miller z Barbecues, wygłupiają się, straszą nawzajem duchami i tyle – ale nawet coś takiego ściągnęłoby na nich gniew mieszkańców Newentu, skąd Joe pochodzi.
Przebył długą drogę. Dorastanie w Newencie – tyciej szesnastowiecznej mieścinie na skraju wielkiego Forest of Dean, w pół drogi pomiędzy Ross-on-Wye i Gloucester – jest diabelnie uciążliwe. Mieszkają w domu przy rynku, w nieustannym poczuciu, że pierwsza wojna światowa trwa w najlepsze. Ojciec Joego stracił w niej trzech braci, a koń, na którym jechał, wyleciał w powietrze na minie, więc teraz za każdym razem, kiedy ktoś puka do drzwi, wydaje mu się, że jest w Passchendaele pod ostrzałem artylerii.
W takich miejscach jak Newent horror rozkwita na każdym kroku, wystarczy wspomnieć pogłoski o wiedźmach z lasu albo tego trupa bez głowy, co go wyłowili z rzeki przy moście na Severn. Joe ma szczęście, babka pozwala mu przesiadywać u siebie w szopie, gdzie chłopak tworzy własny świat, eksperymentuje z elektryką itepe, a w wieku dziewięciu lat buduje pierwsze radio kryształkowe. W sobotnie popołudnia wystawia swoje widowiska, sam pisze sobie teksty, czasem może się z tej okazji ubrać w sukienkę. Oczywiście tata, bracia i te wszystkie świnie ze szkoły, takie jak Johnny Bisco, gadają, że jest zniewieściały, ale jego mama, Biddy, ubierała go jak dziewczynkę przez cztery lata po urodzeniu, więc nic dziwnego, że od tego, kurna, zniewieściał.
Potem nie ma dla niego w Newencie przyszłości poza robotą w Curry’s przy naprawianiu odbiorników radiowych, a z czasem także telewizorów, ale coś takiego to on by mógł robić, nawet stojąc na głowie. Zmajstrował pierwszy w całym Gloucester odbiornik telewizyjny, całkiem od zera, ze skrzynki po pomarańczach, zanim BBC w ogóle zaczęło nadawać w tym regionie. Potrzebuje większych wyzwań, chce udowodnić tym świniom, które go prześladują, z jakiej gliny jest ulepiony, i pokazać tym wścibskim gnojkom, gdzie ich miejsce. Przydałoby mu się także jakieś życie erotyczne, najlepiej prowadzone w takim miejscu, żeby mama się nie dowiedziała – czyli praktycznie gdziekolwiek, byle nie w tej zakichanej dziurze. W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym trzecim, przed czterema laty, Joe uznaje, że ma dość. Pakuje się, wsiada do pociągu jadącego na dworzec Paddington i skacze na główkę w londyńskie odmęty.
Wielkomiejskie życie, pełne świateł i nieznajomych, napawa go lękiem, ale Joe nigdy nie ma go dosyć. Przez pierwszy miesiąc albo dwa ima się byle jakich zajęć, aż w końcu zatrudnia go TVC, producent reklam telewizyjnych dla Independent Broadcasting, IBC, właściciela najlepszych studiów nagraniowych w Wielkiej Brytanii. Niedługo potem IBC zleca mu obsługę cyklicznych audycji pod szyldem Radia Luksemburg nadawanych z różnych miejsc w kraju; niech lata po całej Wielkiej Brytanii wzdłuż i wszerz jak mucha plujka i przy okazji wyrabia sobie nazwisko. W zamierzeniu ma tylko pilnować taśm, przygotowywać je do nagrań, sklejać, zakładać, kopiować i czyścić sprzęt, ale nie chce o tym słyszeć i regularnie molestuje swojego szefa, Allena Stagga, znanego zrzędę i gbura, żeby ten pozwolił mu spróbować sił przy produkcji. Stagg nie lubi nowinek w inżynierii dźwięku, nie lubi homoseksualistów, a już nade wszystko nie lubi Joego. Wiedząc, że chłopak nigdy w życiu sam nie prowadził sesji, podstępna szuja aranżuje nagranie w Conway Hall z udziałem całej regularnej orkiestry; Joe na pewno spartoli robotę i raz na zawsze wybije mu się z głowy wszelkie pomysły z samodzielnym nagrywaniem. Tyle że Joe robi coś dokładnie przeciwnego: nagranie wypada absolutnie genialnie, a podczas odsłuchu muzycy nagradzają go głośnymi oklaskami. Warto zobaczyć minę starego Stagga w tym momencie.
Od tej pory… Cóż, od tej pory kariera Joego nabiera rozpędu. Tak świetnie realizuje _Bad Penny Blues_ Humphreya Lytteltona, że ten nie chce więcej pracować z nikim innym, podobnie jak Denis Preston, topowy producent jazzowy i największy klient IBC. Joe zgarnia coraz więcej zleceń, ma coraz więcej do powiedzenia przy nagraniach, łapie odrobinę więcej władzy… i jak to on, dostaje na tym punkcie pierdolca. Bo i dlaczego nie? To on wie, jak działa cały ten sprzęt, nie takie tępe ćwoki jak Allen Stagg, więc kiedy trzeba coś zrobić porządnie, ma pełne prawo stawiać warunki. Zdarzają mu się czasem… nie, nie nazwałby ich „napadami złości”, raczej wypowiedzi, w których wyraża swoją opinię w prostej, chłopskiej angielszczyźnie. Sam najlepiej wie, czego chce, i twardo stawia na swoim.
Więcej zarabia, ładnie się ubiera i goli się trzy razy dziennie, żeby podbródek mieć gładki jak pupcia niemowlaka. Na odchudzanie bierze Preludin, pięć szylingów za dwadzieścia tabletek, kupowany w klubie przy Cable Street. Przeprowadza się na lepszy kawałek Bayswater, przy Leinster Gardens, i zamieszkuje tam z Lionalem, swoim nowym chłopakiem. Lional jest kapitalny, lepszego Joego nie mógłby sobie wymarzyć: świetnie gotuje, ciało ma jak żywcem wyjęte z magazynów kulturystycznych, a na dodatek jest chyba najzabawniejszym gościem na świecie. Nawet kiedy Joe się wścieka i rozwala meble, Lional zawsze potrafi wyskoczyć z czymś takim, że Joe składa się wpół ze śmiechu i cały wnerw mija jak ręką odjął.
Przed kolegami z pracy nie ukrywa, że mieszka z chłopakiem, ale wie, że musi być ostrożny. Na przykład John Gielgud, ten aktor: całkiem niedawno przymknęli go za nagabywanie facetów w publicznym szalecie. Albo ten spec od komputerów, jak mu tam, Turing, właśnie, rok po tym, jak Joe sprowadził się do Londynu, Turing połknął truciznę. Z homoseksualizmem nie należy się obnosić. I właśnie dlatego, z powodu uprzedzeń, rzuca robotę w IBC. To znaczy także dlatego, że uparł się, by wspólne studia były zamykane na klucz, kiedy z nich nie korzysta, ale głównie to jednak chodzi o te uprzedzenia. Przeprowadzili się tymczasem z Lionalem na Arundel Gardens, tuż przy Portobello Road, więc kiedy Allen Stagg kolejny raz próbuje go zaczepiać, Joe mówi mu bez ogródek, gdzie może sobie wsadzić tę swoją zasraną robotę. Przez kilka dni przyszłość jest niepewna, niewyraźna, ale potem Denis Preston ogłasza, że zamierza zainwestować w nowe studio nagraniowe i pozwoli Joemu je zaprojektować, a później nim kierować, więc spełni się jego wielkie marzenie. Wszystko układa się jak trzeba. Joe ma dwadzieścia osiem lat, jest z siebie nadzwyczaj zadowolony i czuje się niezwyciężony.
Jest rok pięćdziesiąty siódmy i dosłownie na każdym kroku człowiek natyka się na skiffle, więc naturalną koleją rzeczy Joe też chce spróbować swoich sił. Skiffle wywodzi się z muzyki granej przez nowoorleańskich bidoków, których nie stać na opłacenie czynszu, na tarkach do prania, grzebieniach, bibułkach i w ogóle wszystkim, co im wpadnie w ręce. Joe działa podobnie: klei druty na gumę do żucia, wyjętą z furtki ogrodowej sprężynę wstawia do kabiny pogłosowej… Wkrótce zostaje menedżerem grupy chłopaków, której nadaje nazwę Barbecues i każe im nagrać piosenkę _Sizzling Hot_; jest teraz producentem pełną gębą i pyszni się jak paw. Jimmy, wokalista Barbecues, uważa, że fotka z planszą _ouija_ przyciągnie dziewczyny, co z kolei podsuwa Joemu pomysł zabawy w seans spirytystyczny. Zamierzają wypróbować zasłyszaną gdzieś przez Jimmy’ego historię: wkłada się do Biblii klucz, zamyka ją i obwiązuje sznurkiem. Brzmi niepozornie, wystarczy parę drobiazgów z kredensu, nie trzeba żadnych kóz ani pentagramów jak u Dennisa Wheatleya, ale Joemu taka improwizacja nie przeszkadza. Przypomina skiffle.
Kręci go ta okultystyczna heca. Biorą Biblię, zbierają inne rekwizyty i kładą na stole, żeby wszystko było gotowe, kiedy już przejdą do rzeczy, ale najpierw postanawiają się napić dla kurażu. Lional jest w swoim żywiole: serwuje przekąski i co rusz rzuca żarcikami, którymi rozśmiesza Joego do łez. Biblię Joe przywiózł jeszcze z Newentu, sznurek jest całkiem zwyczajny, ale to, skąd wytrzasnął ten ogromny, skomplikowany klucz, to już jest osobna historia.
Jest miesiąc wcześniej, wrzesień, urządzają przy Arundel Gardens imprezę promującą _Sizzling Hot_. Lional odpowiada za catering, a Joe nawija o Barbecues każdemu z zaproszonych fotografów i dziennikarzy, kto tylko zechce go słuchać. Właśnie zagaduje sympatycznego młodego kolesia z „New Musical Express” – całkiem nieźle się chłopak prezentuje z tymi włosami w czub, choć jak na gust Joego jest trochę zanadto tykowaty – gdy wtem krew mu się puszcza z nosa! Nie wiadomo skąd, jak i kiedy! I wszystko leci na czystą białą koszulę. Trzeba przyznać, że trochę go to wkurza, chociaż nie wpada w żadną histerię, jak to za każdym razem utrzymuje ten cholerny Lional. Pyta, czy ktoś ma przy sobie klucz, który mógłby sobie przyłożyć do pleców; zdaniem jego babki to jedyne skuteczne remedium na krwotok z nosa. Chłopak z „New Musical Express” patrzy na niego jak na wariata, ale sięga do kieszeni i wyjmuje z niej stary żelazny klucz. Mówi, że ma go od lat, ale ostatnio zaczął się zastanawiać nad tym, jak by się go pozbyć. Z perspektywy czasu te słowa wydają się Joemu dość dziwne, ale wtedy po prostu zabiera młodemu dziennikarzowi klucz i wrzuca go sobie z tyłu za kołnierz koszuli, która wygląda teraz jak fartuch rzeźnika. Wzdryga się, bo po plecach przechodzi mu dreszcz wywołany czymś więcej niż tylko dotykiem lodowatego metalu, ale krwotok z nosa zostaje natychmiast powstrzymany, jakby ktoś zakręcił kurek. Joe wychodzi się umyć, wkłada czystą koszulę i wraca na imprezę jakby nigdy nic. Klucz jednak zatrzymuje.
A teraz wszystko wskazuje na to, że za chwilę go użyje. Lional go ponagla, żeby już zaczynał, więc Joe otwiera Biblię na Apokalipsie Świętego Jana i wkłada klucz do środka, tak że jego koniuszek dotyka osiemnastego wersu w pierwszym rozdziale, bo tak każe Jimmy. Zamykają i mocno związują księgę, kładą ją na stole, a sami rozstawiają się wokół niego w taki sposób, żeby każdy z nich czubkiem palca dotykał wystającej z Biblii główki klucza. Lional bardzo stara się nie parsknąć śmiechem, Jimmy wydaje się zakłopotany, za to Joe jest cały spięty. Recytują biblijny wers na głos, z pamięci:
– Byłem umarły, a oto jestem żyjący na wieki wieków i mam klucze śmierci i Otchłani¹.
I oczywiście nic się nie dzieje.
A potem się dzieje.
Gdy tylko klucz zaczyna się poruszać, gwałtownie cofają ręce, on jednak obraca się dalej sam z siebie i zatacza całe ćwierć obrotu; sznurek napręża się na okładce, ze środka Biblii słychać odgłos dartego, jakby przeżuwanego papieru. Jimmy Miller krzyczy, wyciąga tak wysoką nutę, jakiej nigdy nie udaje mu się uzyskać na próbach, miglanc jeden… Twarz Lionala, który patrzy na Joego, wyraża nieme pytanie: „Coś ty tym razem przyniósł do domu?”. Joe zaś nie potrafi oderwać wzroku od klucza, który znieruchomiał już pomiędzy zmasakrowanymi stronicami.
Wie, że coś zostało przed nim otwarte – i, jak to on, jest przekonany, że będzie to coś dobrego.