-
nowość
Śnieżne bractwo. Brutalne świadectwo przetrwania - ebook
Śnieżne bractwo. Brutalne świadectwo przetrwania - ebook
Po raz pierwszy szesnastu ocalonych przedstawia pełną historię tego, co wydarzyło się w Andach.
Pablo Vierci
Oto poruszająca i brutalnie szczera opowieść o granicach ludzkiej wytrzymałości. Trzynastego października 1972 roku w wyniku tragicznej pomyłki w Andach rozbił się samolot, na którego pokładzie znajdowała się drużyna młodych rugbistów wraz z rodzinami i przyjaciółmi. Kadłub maszyny się przełamał, a fotele zostały wyrwane ze zniszczonej podłogi. Ci z pasażerów, którym udało się przeżyć – tytułowe śnieżne bractwo – w trakcie wielotygodniowego oczekiwania na ratunek stoczyli dramatyczną walkę o przetrwanie.
Część spośród nich umarła. Pozostali, uwięzieni na lodowcu, każdego dnia musieli się mierzyć z ekstremalnym zimnem, śmiertelnymi lawinami, brakiem jedzenia i wody oraz bólem po stracie przyjaciół. Aby przeżyć, podjęli się niewyobrażalnie trudnego zadania…
Dziennikarz Pablo Vierci przedstawia historie szesnastu ocalałych, nie stroniąc od intymnych szczegółów, którymi się podzielili podczas ekskluzywnych wywiadów. Jego książka nie tylko pokazuje, jak katastrofa na zawsze zmieniła życie tych, którzy przeżyli, ale jest też wzruszającym świadectwem siły wiary, przyjaźni i niezłomności ludzkiego ducha.
Na podstawie tej historii powstał nominowany do Oscara i Złotych Globów film Netflixa.
Przeżyliśmy siedemdziesiąt dwa dni bez mycia się, bez zmienienia odzieży. Żywiliśmy się w tym czasie ludzkim mięsem, z początku pojedynczymi plastrami, jednak z czasem nasze racje dziennie stawały się większe. Nieco później, gdy na śniegu leżały już ogryzione kości, zdarzało się, że ten czy ów podnosił jedną, chował do kieszeni kurtki, a potem wyciągał ją i ssał na oczach kolegów. Zresztą nawet nasze rozmowy brzmiały, jakbyśmy prowadzili je na dnie głębokich jaskiń – mówiliśmy bardzo cicho, powoli; głosy niewiele różniły się od szeptu. Być może w ten sposób nasze ciała próbowały oszczędzać drogocenne siły, a może osunęliśmy się w stan tak prymitywny, że przestawaliśmy być homo sapiens, a stawaliśmy się rozumnymi małpami.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura faktu |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68516-62-3 |
| Rozmiar pliku: | 1,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
1.
Marzec 2006 roku:
powrót na górę
Podjęta przeze mnie w marcu 2006 roku wyprawa na lodowiec w Dolinie Łez była przedsięwzięciem tyleż ryzykownym, co zuchwałym. Udawałem się na niższe stoki łańcucha górskiego San Hilario, między wulkanami Tinguiririca oraz Sosneado, gdzie pod śniegiem spoczywał kadłub pechowej maszyny wykonującej lot F571. Dotarcie tam wymagało mozolnej dwudniowej podróży konno ścieżkami wydeptanymi przez kozy i konie, nieprzekraczającymi sześćdziesięciu centymetrów szerokości. Poruszaliśmy się przez cały czas wzdłuż urwiska, pośród nieustannie zmieniającego się pejzażu górskiego. Ciągłe zmiany wysokości sprawiały, że stale towarzyszyło nam ryzyko doznania zawrotów głowy i utraty równowagi. Brnęliśmy powoli, krok za krokiem, mijając bystre górskie strumienie, których lodowata woda porywała wszystko, co znalazło się na jej drodze. Momentami zdawało się, że nasze konie i muły ulegną w starciu z bystrym nurtem. Jednak, mimo że zwierzęta chwiały się niepewnie, zawsze ostatecznie udawało im się bezpiecznie przeprawić na drugi brzeg. Wyruszając, postanowiliśmy zaopatrzyć się w kaski – i jak szybko się okazało, była to dobra decyzja, a to za sprawą drobnych kamyków toczących się w dół stoków z każdym krokiem stawianym przez nasze wierzchowce. Zdarza się, że pokonujący te szlaki jeźdźcy przewiązują sobie oczy, by nie wpaść w panikę, i zdają się całkowicie na instynkty swoich zwierząt.
Co jakiś czas przed nami rozpościerał się widok lub nieoczekiwana okoliczność, która przyprawiała nas o drżenie. Gdzieś u góry, nad naszymi głowami, niespodziewanie zrywały się śnieżne zawieruchy. W pewnym momencie jeden z mułów zboczył ze szlaku i zaczął ześlizgiwać się w dół zbocza. Wzbijane przez zwierzę kłęby pyłu całkowicie uniemożliwiły dostrzeżenie tego, co się wokół nas dzieje. W końcu muł zdołał zatrzymać się na skalnej półce. Człowiek jadący na jego grzbiecie, wychylony niebezpiecznie do przodu, kurczowo uczepił się grzywy zwierzęcia. Kiedy indziej potknął się koń, który kolanem jednej nogi wsparł się o ścieżkę i na moment zawisł nad urwiskiem, z tylnymi nogami w powietrzu. Innym razem juczny muł spłoszony wyciem wiatru nagle rzucił się do ucieczki w dół stoku. Gnał na złamanie karku pośród głazów, po drodze gubiąc torby przytroczone do siodła, a w pogoń za nim ruszył konno przewodnik. Zasady uległy zmianie, teraz zawroty głowy stały się już nieodłączną częścią wyprawy. Grupa docierała do prehistorii.
Dojście do Doliny Łez zajmuje nam jeszcze niemal dwa dni. Wspięliśmy się na wysokość blisko czterech tysięcy metrów nad poziomem morza, miejsce to leży w samym sercu Kordyliery Patagońskiej, na granicy Chile i Argentyny. Panorama, jaka nam się ukazała, była z jednej strony zachwycająca, z drugiej znów budziła grozę. Przypominała gigantyczny amfiteatr: pośrodku, na skalistym cyplu, wznosił się żelazny krzyż, wyznaczający miejsce, w którym pogrzebano szczątki ofiar katastrofy. Na południe, aż po horyzont, ciągnął się nieskończony bezmiar gór i szczytów, sięgający aż po przylądek Horn na samym krańcu kontynentu. Północ oferowała podobne widoki: tu Andy rozciągały się aż ku Panamie na długości ponad siedmiu tysięcy dwustu kilometrów, czyniącej z nich łańcuch górski dłuższy od Himalajów. Spojrzenie skierowane ku zachodowi napotykało potężną przeszkodę w postaci ściany skał i lodu – wysokie na pięć tysięcy sto metrów nad poziomem morza góry San Hilario, tak monumentalne, że patrzący na nie człowiek nie umie sobie nawet wyobrazić, jak może wyglądać skryty za nimi horyzont. Z kolei za nami, na wschód, leżała Argentyna – to z tamtej strony przyjechaliśmy konno. Tu uwagę przyciągał najwyższy szczyt, wznoszący się pośród bezmiaru śnieżnych gór: wulkan Sosneado o wysokości około pięciu tysięcy ośmiuset metrów nad poziomem morza. W tej bezludnej krainie na końcu świata królowała cisza. Od czasu do czasu ziemia pod naszymi stopami drżała od uderzeń wichru i kruszenia się lodowca.
Na tym etapie rozstaliśmy się z końmi, które musiały zejść dziewięćset metrów niżej, żeby zdążyć przed zachodem słońca i nie zamarznąć w nocy. Nas czekał jeszcze krótki marsz na dystansie około ośmiuset metrów w kierunku zachodnim, do żelaznego krzyża, postawionego w miejscu, w którym w lodowcu pogrzebany został kadłub rozbitego samolotu Fairchild. Ponieważ na tej wysokości powietrze jest bardzo rozrzedzone, płucom brakuje tlenu, a każdy krok jest bardziej męczący od poprzedniego. Ci spośród nas, którzy nie nawykli do wysokich gór, narzekali na chorobę wysokościową, objawiającą się mdłościami, dezorientacją i bólami głowy.
W naszej grupie znajdowało się czterech ocalonych z katastrofy w 1972 roku: Roberto Canessa, Gustavo Zerbino, Adolfo Strauch i Ramón „Moncho” Sabella. Wędrował z nami również Juan Pedro Nicola, którego rodzice zginęli w katastrofie. Podobnie jak wszyscy pozostali, wybrał się razem ze swoim dzieckiem, żeby pokazać mu, gdzie spoczywają szczątki dziadków i innych osób, które nigdy nie powróciły do swoich rodzin. Syn przyglądał się pogrążonemu w zadumie ojcu, którego wzrok ślizgał się po poszarpanej grani, wyznaczającej miejsce, gdzie spadł samolot.
Kiedy zaczęliśmy się zbliżać do lodowca i śnieżnych ścian San Hilario, nadszedł moment, gdy musieliśmy przywiązać się jeden do drugiego liną, a do podeszew butów zamocować raki. Lodowiec, w którego brzuchu utopiony był kadłub, poprzecinany był gęstą siecią szczelin głębokich na dwadzieścia–trzydzieści metrów, skrytych pod cienką warstwą lodu. Na przedzie posuwało się trzech profesjonalnych andynistów, którzy za pomocą kilofów i kijków sprawdzali, czy podłoże nie skrywa żadnych niespodzianek. Parę metrów za nimi szli czterej ocalali.
Widok, jaki ukazał się oczom Gustava Zerbiny trzynastego października o godzinie piętnastej trzydzieści pięć – tuż po katastrofie, gdy zniszczony kadłub zjechał ze śnieżnego stoku z dużą prędkością, jakimś cudem ominął wystające skały i zatrzymał się w końcu pośrodku lodowca – przez ostatnie trzydzieści cztery lata prawie się nie zmienił. Tym, co w pierwszej chwili przykuło jego uwagę, były strome zbocza na południu w całości pokryte śniegiem. Dzisiaj przybrały one postać skalnych iglic, które chwilę wcześniej obserwował Juan Pedro Nicola. Najwyższe wznosiły się na końcu – to właśnie o jedną z nich zahaczył lewym skrzydłem rozpędzony samolot, gdy piloci rozpaczliwie starali się uniknąć zderzenia z górami. Przy tej wysokości i biorąc pod uwagę fakt, że samolot całkowicie zboczył z kursu, okazało się jednak, że było ono nieuniknione. Oglądana z miejsca, w którym zagrzebany był kadłub, piętrząca się na zachodzie pokryta śniegiem kamienna ściana sprawiała wrażenie absolutnie niedostępnej – tworzące ją skały ustawione były całkowicie pionowo. Niedostępnej, dodajmy, dla człowieka, który nie zdobyłby się na krok przeczący zdrowemu rozsądkowi, a w każdym razie dla takiego, któremu nie przyszło żyć w nieznanym społeczeństwie.
Trzynastego października 1972 roku, o godzinie piętnastej trzydzieści siedem, Gustavo Zerbino, który jako dziewiętnastolatek należał do najmłodszych chłopców w grupie ocalałych, zmagał się z bardzo podobnymi problemami jak my teraz. Brakowało mu tchu, nie miał siły, dokuczał mu silny ból głowy i czuł się zdezorientowany. Jak się okazało, nie ucierpiał podczas wypadku i szybko zajął się pomaganiem swojemu koledze i rówieśnikowi Robertowi Canessie, którego unieruchomiły ostro zakończone żelazne druty sterczące z dwóch wyrwanych z podłogi foteli. Obaj młodzieńcy zajęli się następnie usuwaniem dalszych foteli, które zagradzały dostęp do pozostałych ocalałych, zarówno tych rannych, jak i w pełni sił. Aby wynieść zmasakrowane zwłoki, które wplątane były w powykręcane kawałki metalu i inne szczątki samolotu, musieli obwiązać im stopy pasami bezpieczeństwa na wysokości kostek i, z pomocą paru innych osób, wywlec ciała na zewnątrz. Leżały tam w śniegu, jakieś trzy metry od kadłuba, twarzami w dół.
Gustavo chciał pomagać na wszelkie możliwe sposoby. Nie było czasu na zastanawianie się, trzeba było jedynie działać razem z Robertem, który opatrywał rany, mierzył puls jednemu z konających pasażerów i rozglądał się za materiałem na prowizoryczną opaskę uciskową, która mogłaby uchronić Fernanda Vázqueza przed wykrwawieniem się na śmierć. W momencie upadku śmigło z silnika pod prawym skrzydłem oderwało się i z wielkim impetem przecięło kadłub, po drodze odcinając Vázquezowi nogę. Następnie Roberto pomógł Álvarowi Manginowi, nastawiając mu kość w złamanej nodze – tylko tyle mógł dla niego zrobić. Gustavo tymczasem zajął się kolegą, który leżał zwinięty w kłębek, dygocząc, z paskudną raną brzucha. Na widok Gustava chłopak szybko wstał, demonstrując metalową rurę, która przebiła mu wnętrzności.
– Nie boli mnie. Tylko mi zimno – wyjaśnił Enrique Platero.
Wszystko to zastaliśmy w stanie nienaruszonym, zupełnie jakby czas się zatrzymał. Na szczątkach samolotu, rozsianych wszędzie wkoło, próżno było szukać śladów rdzy. Lewe skrzydło, rozcięte pośrodku, dokładnie w miejscu, gdzie powinno znajdować się śmigło, lśniło nowością, na metalu widniały wyraźne oznaczenia: miejsce i data produkcji, różne techniczne terminy. Wtem niebo zasnuło się chmurami – czas było wracać osiemset metrów na skalny cypel z żelaznym krzyżem, gdzie zostały dwa rozstawione przez nas namioty.
Napływało coraz więcej ciemnych złowróżbnych chmur, grożących wichrem i burzą śnieżną, które potrafiły szarpać namiotami z taką mocą, jak gdyby chciały oderwać je od podłoża i porwać. Adolfo Strauch, który w 1972 roku miał dwadzieścia cztery lata i należał do najstarszych ocalonych, ostrzegł nas przed nadchodzącą lawiną. Wypatrywał zagrożenia i już po chwili wskazał swojej córce Alejandrze zachodnią ścianę, z której właśnie zaczynała zsuwać się gigantyczna masa śniegu. Towarzyszył temu donośny grzmot, a tor zejścia lawiny znaczył unoszący się w powietrzu śnieżny obłok. Ale tutaj, osiemset metrów od miejsca, w którym od 1972 roku spoczywają szczątki samolotu, byliśmy bezpieczni.
Gustavo Zerbino, stojący nieopodal żelaznego krzyża i ramieniem obejmujący Roberta Canessę, zadrżał na ten widok. W tym momencie miał wrażenie, jak gdyby cofnął się w czasie i na nowo przeżywał tamtą grozę. Poprzedniej nocy długo nie mógł zasnąć. Spędziliśmy ją w bazie El Barroso, w połowie drogi do Doliny Łez. Gustava przebywającego w namiocie dzielonym z jednym ze swoich dzieci dręczyły mdłości i koszmary. O świcie dosiadł konia i w milczeniu, pogrążony we wspomnieniach, powędrował dalej z resztą grupy. A kiedy zbliżaliśmy się do Doliny Łez, miał wrażenie, jak gdyby przeniósł się z powrotem na pokład samolotu wykonującego lot F571. Widoki, które teraz oglądaliśmy, pozbawiały go tchu, wywoływały wspomnienia tak żywe, że wydawało mu się, jak gdyby doświadczał tego wszystkiego ponownie. Jego ciało zareagowało identycznie jak w 1972 roku i mężczyzna odruchowo cofnął się o krok na widok upiornych szczątków rozbitego samolotu.
O godzinie piętnastej trzydzieści, w momencie gdy samolot, dostawszy się w dziurę powietrzną, uderzył w skalną grań, Gustavo zupełnie nieświadomie odpiął pas bezpieczeństwa, stanął w alejce między fotelami i kurczowo uczepił się metalowej półki bagażowej, tak by utrzymać się na nogach. Czuł impet, z jakim maszyna zderzyła się ze skałą, i momentalnie jego głowę, plecy i nogi zaczął chłostać wiatr ze śniegiem. W myślach odliczał niekończące się sekundy, w trakcie których kadłub zsuwał się po oblodzonym stoku, by w końcu gwałtownie znieruchomieć, miażdżąc fotele i siedzących w nich pasażerów, którzy siłą rozpędu powpadali jeden za drugim na ścianę przedziału bagażowego, oddzielającego kabinę pasażerską od kokpitu.
Roberto Canessa poczuł wstrząs, gdy samolot lewym skrzydłem zahaczył o skały, i z całej siły uczepił się oparcia fotela przed sobą. Miał gonitwę myśli, jakieś oderwane, pozbawione sensu obrazy wirowały mu przed oczami. Wszystkie one składały się w jeden nieubłagany sens: samolot, którym leciał, właśnie rozbijał się w Andach Patagońskich. Lada chwila mieli zginąć, a on dowie się, co czeka go po śmierci.2. PORZUCONY: ROBERTO CANESSA
2.
Porzucony:
Roberto Canessa
Czy pomysł taki nie mógł narodzić się w głowie jakiegoś szalonego naukowca? „Po co używać królików doświadczalnych, skoro możemy w lodowej krainie umieścić ludzi? Będą młodzi, a tym samym bardziej wytrzymali, tak by zbyt łatwo nie pokonały ich choroby i kontuzje. Z powietrza usuniemy tlen, przez co będą się poruszać z trudem, dręczeni przez halucynacje. W większości będą to studenci, przekonamy się, czy przetrwają, czy potrafią się zorganizować, pracować zespołowo, planować i znajdować twórcze rozwiązania problemów. Dodatkowo niechaj będą sportowcami, okaże się wtedy, czy takie nadprzeciętnie sprawne jednostki są w stanie przetrwać siedemdziesiąt dwa dni na lodowym pustkowiu. Najpierw trzech, a potem dwóch spośród nich podejmie samobójczą dziesięciodniową wędrówkę, będzie wspinać się na sięgające nieba szczyty, żeby dostać się do dolin po drugiej stronie Kordyliery i uciec z piekła. Będzie to eksperyment, który pozwoli nam odpowiedzieć na pytanie, czy w tych nieludzkich warunkach narodzi się śnieżne bractwo. Przekonajmy się, jak będą znosić kolejne wyzwania, ilu z nich wytrzyma do samego końca. A skoro dociągnęli już tak daleko, drżąc z zimna i ze zgrozy, zastosujmy kolejny trik: jeszcze okrutniejszy i bardziej upadlający, tak by zapadali się coraz głębiej w otchłań rozpaczy, która nie będzie mieć końca, i zawsze będzie czekać ich jeszcze coś gorszego”.
Najbardziej perwersyjnym aspektem tamtych doświadczeń było to, że naprawdę miałem wrażenie, jakbyśmy ja i pozostałych piętnastu ocalałych byli królikami doświadczalnymi.
Nasza sytuacja była tym trudniejsza do zniesienia, że mogliśmy postrzegać ją jako laboratoryjny eksperyment, w którym zmuszeni jesteśmy działać metodą prób i błędów. Miał on zademonstrować, jak ponosimy porażkę, jak podejmujemy błędne decyzje, jak pełni nadziei łudzimy się, że znaleźliśmy drogę ucieczki albo że słyszymy nadlatujące samoloty ratownicze. Ale to tylko złudzenia. Ten z nas, który wyruszył na południe, niemal umarł z wycieńczenia. Inny prawie oślepł. Ten, który poszedł na wschód, tylko cudem nie zamarzł. Wniosek, jaki wyciągasz z takich błędów, o ile rzecz jasna nadal nie porzuciłeś nadziei, jest następujący: nie wolno ci opaść z sił, musisz wytrwale podążać dalej, nawet jeśli poszedłeś nie tą ścieżką, co trzeba.
Upadlaliśmy się coraz bardziej, stopniowo zaciskając pętle na własnych szyjach do momentu, gdy niewyobrażalne stawało się rzeczywistością. Na początku odważyliśmy się zjadać tylko mięśnie wycięte ze zwłok, ale potem byliśmy zmuszeni sięgnąć również po organy wewnętrzne. W końcu musieliśmy posunąć się do rozłupywania kilofem czaszek, by wyjadać z nich mózgi.
Widzieliśmy, ilu z nas stopniowo umierało. Ich ciała znaczyły naszą prowizoryczną drogę ucieczki na zachód.
W śnieżnym bractwie obowiązywały zupełnie inne zasady niż w społeczeństwie żywych. Nie ceniono tego, co materialne, wręcz przeciwnie – wielkiej wartości nabrały rzeczy niematerialne, takie jak równość, bezinteresowność, braterstwo, serdeczność i podtrzymywanie nadziei. Właśnie dlatego tym, na czym najbardziej zależy mi w życiu, jest odtworzenie tamtego bractwa, które zawiązało się na zboczu góry, owego wyjątkowego doświadczenia ludzkiego, które opierało się, moim zdaniem, na pięciu najprostszych wartościach: pracy zespołowej, wytrwałości, miłości, inteligencji i przede wszystkim – nadziei. Jednak aby odtworzyć ów model, muszę wcześniej poznać odpowiedzi, jakich nam udzielił, odkryć jego tajemnice. Nie umiem sobie wyobrazić większego niedostatku i straszniejszego upodlenia niż te, jakich zaznaliśmy w Andach. A mimo to wróciliśmy z krainy zmarłych i oto jesteśmy. Czasami proszą nas o to, żebyśmy wytłumaczyli, jak to możliwe. Wokół nas nie brak przecież ludzi, którzy też zmuszeni są wędrować przez góry, jakie stawia przed nimi życie. Sądzę, że możemy użyczyć im butów, dzięki którym wydostaliśmy się przed laty z opałów.
Powróciliśmy do zwykłego społeczeństwa, jednak nasze spojrzenie na życie uległo zmianie. Wiemy teraz, że szklanka wody może oznaczać kilka godzin czekania, aż promienie słońca przedzierającego się przez chmury stopią śnieg. Wiemy, że byle kawalątek czerstwego chleba jest o niebo lepszy od tego, czym musieliśmy się żywić w górach. Że najtwardszy i najbrudniejszy materac jest miększy niż najeżony ostrymi krawędziami metal zamarzniętego kadłuba. I że skoro mam teraz do dyspozycji wszystkie te rzeczy, jestem bogaczem, ponieważ dysponuję wszystkim, co jest niezbędne do przeżycia, a cała reszta zależy tylko ode mnie. Ponieważ w każdej chwili twój samolot może runąć na ziemię, a wówczas uświadamiasz sobie i zaczynasz doceniać wszystko to, co miałeś, a co teraz utraciłeś.
Świat uznał, że zginęliśmy, i trudno mu się dziwić. My jednak staraliśmy się przetrwać z nadzieją, że jeśli nam się powiedzie, poprosimy społeczeństwo, by przyjęło nas z powrotem. Kiedy w końcu wyłoniliśmy się z mgły, ludzi dopadły wyrzuty sumienia, zmuszeni byli uznać swoją niewiedzę, ponieważ dowiedliśmy, że ich założenia były mylne. Z tego powodu przyjęli nas z powrotem i niechętnie zaakceptowali to, co mieliśmy do powiedzenia.
Społeczeństwo spisało nas na straty i tylko nasze rodziny, wiedzione jakimś irracjonalnym przymusem, kontynuowały poszukiwania. Jeśli o mnie chodzi, starałem się wysyłać telepatyczne wiadomości do mojej ówczesnej dziewczyny Lauri, w których przekonywałem ją, żeby cieszyła się życiem i nie zadręczała z mojego powodu. Błagałem ją w myślach, żeby nie wierzyła, że kiedyś wrócę, i starałem się ją przekonać, że powinna zapomnieć o swojej miłości do mnie, ponieważ uzależni to jej szczęście od mojego powrotu, który wydawał się niemożliwy.
Mój ojciec szukał mnie, ponieważ wiedział, że gdyby to samo przydarzyło się jemu, poruszyłbym niebo i ziemię, żeby go odnaleźć, nie spocząłbym aż do śmierci. W poszukiwaniach pomagał mu ojciec Lauri, Luis Surraco, aby pocieszyć swoją córkę i móc powiedzieć jej to samo, do czego w myślach próbowałem ją nakłonić: „Nie płacz już więcej, Lauri. Skup się na swoim życiu. Twój chłopak istnieje już tylko na zdjęciach i we wspomnieniach”. Przed wylotem Lauri zaopatrzyła ojca w grube wełniane skarpety, skórzaną kurtkę i lekarstwa na ból żołądka. Powiedziała mu wówczas: „Roberto jest bardzo zmarznięty. Przed chłodem chronią go metalowe części rozbitego samolotu, z których zbudował dla siebie prowizoryczne schronienie”. Słowa te podyktowane były wiarą, którą dzieliła z moją matką, że przeżyłem i trzęsę się z zimna. Była to prawda. Przez siedemdziesiąt dwa dni spędzone na zboczu góry miałem na sobie gruby wełniany sweter, który moja matka zrobiła dla mnie na drutach rok wcześniej. Do teraz ma w zwyczaju sprawdzać, gdzie jestem, bo obawia się, że mogłaby mnie znowu stracić. Kto miał rację? Mój ojciec i Luis Surraco, opierający się na racjonalnych przesłankach, czy raczej moja matka i sympatia, żywiące irracjonalną nadzieję? Panował wówczas absolutny chaos, cały świat, jaki znałem, został wywrócony do góry nogami. W rezultacie to, co racjonalne, szło ramię w ramię z niemożliwym, a utopia zastępowała rzeczywistość.
Jako że nasza historia nie miała precedensu, istniało powszechne przekonanie, że niemożliwym jest, byśmy po rozbiciu się samolotu w górach pozostali przy życiu. Niemożliwe, byśmy przetrwali chłód, sforsowali ścianę śniegu, skał i lodu, a co ważniejsze – żebyśmy po wspięciu się na szczyt masywu, ujrzawszy bezmiar skąpanych w bieli gór zamiast utęsknionych zielonych dolin, nie porzucili nadziei. To prawda, wszystko to było niemożliwe. Jednak czymże innym była nasza przygoda w Andach, jeśli nie ciągiem nieprawdopodobnych wydarzeń, niewyobrażalnych i niedających się zaakceptować sytuacji?
Pomysł, by żywić się ciałami zmarłych, nie był dla mnie nowy. Jako student medycyny czytałem książkę poświęconą metabolizmowi, dzięki czemu znałem teoretyczny wymiar tego, co mieliśmy zamiar zrobić. Wiedziałem, na czym polega tzw. cykl Krebsa. Wiedziałem, że białko może przekształcać się w cukry, a tłuszcz w białko. Miałem też świadomość, że gdy będziemy żywić się wyłącznie mięsem, unikniemy śmierci z głodu. Białko niezbędne do przeżycia znajdowało się w ciałach naszych przyjaciół, ale nie miałem pozwolenia, by je tknąć. Naszą rozpaczliwą sytuację dodatkowo pogarszał fakt, że nie mogliśmy spytać ich o zdanie, bo już nie żyli.
I wtedy zaproponowałem, byśmy zawiązali pakt – każdy z nas mógł zadeklarować, że w przypadku jego śmierci pozostali będą mogli wykorzystać jego ciało. Oddaję siebie, tak by moje ramiona pomogły innym, moje nogi ułatwiły im chodzenie, moje mięśnie umożliwiły im poruszanie się, niezbędne do przeżycia.
Kiedy zdałem sobie sprawę, że mogę stać się rezerwuarem kluczowych dla przeżycia składników odżywczych dla kolegów, sytuacja zrobiła się prosta: wystarczyło odciąć kawałek i połknąć. Teraz już nic nie stało na przeszkodzie, byśmy wreszcie zrobili to, z czym zwlekaliśmy od dawna i na co wszyscy czekaliśmy. Miałem poczucie, że to ja muszę wypełnić ten obowiązek, wspólnie z Adolfem Strauchem i Gustavem Zerbiną. To był istny wyścig z czasem, a w tym konkretnym momencie czułem, że mogę biec na samym przedzie. Kierowała mną myśl, że dzisiaj albo jutro to ja stanę się tym, który nie będzie miał siły iść dalej, a wówczas będę istniał już jedynie w ciałach innych – zresztą niewiele brakowało, by w następstwie lawiny tak się to skończyło.
Wykonanie tego pierwszego kroku wymagało kolosalnego wysiłku, mimo że sprowadzało się to zaledwie do pokonania kilku metrów, żeby dotrzeć na tyły samolotu, gdzie na śniegu leżały zwłoki. Zdawałem sobie sprawę, że konsekwencje będą nieodwracalne i potem już nigdy nie będziemy takimi samymi ludźmi. Krok, na który się decydowaliśmy, miał wymiar trudny do objęcia rozumem. Najpierw należało ściągnąć ubrania z ciała człowieka, którego się znało. Potem trzeba było dokonać niewyobrażalnego – odciąć kawałek jego zamarzniętego ciała. Przypominało to skok w otchłań. To, czego doświadczaliśmy teraz, było jeszcze straszniejszą tragedią od katastrofy, ponieważ o tym, że samolot spadł, zadecydowały czynniki niezależne od nas, natomiast odcinanie mięsa z ciał zabitych było już naszym wyborem.
Czułem się w tamtej chwili jak najpodlejsza i najbardziej pożałowania godna istota na całym świecie. Przyłapywałem się na myśli, jakąż to okropną zbrodnię musiałem popełnić, skoro teraz za karę jestem skazany na tak krańcowe upodlenie. Ci, którzy przyglądali nam się z wnętrza kadłuba, też odczuwali dojmujący smutek. W tamtym strasznym momencie, gdy wkładaliśmy do ust mięso naszych przyjaciół, wszyscy cierpieliśmy. I z tego powodu wszyscy po trochu umarliśmy tamtego dnia.
Rozmyślałem o mojej matce, która nieco wcześniej dowiedziała się o innym wypadku, w którym życie straciło trzech moich kolegów ze szkoły. Utopili się podczas pływania kajakiem po rzece La Plata, niedaleko plaży Carrasco. Matka powiedziała mi wtedy z przekonaniem, że nie przeżyłaby straty syna. Jej zdaniem nigdy nie zdołałaby udźwignąć tragedii, jaka spadła na te trzy matki, które odtąd nocami i dniami miały w snach błąkać się po plażach i palić lampy w oczekiwaniu na powrót synów. Dlatego nie mogłem jej zawieść. Każdy z moich przyjaciół miał powód równie istotny albo nawet ważniejszy niż mój, który dawał mu siłę niezbędną do przełknięcia tego pierwszego kęsa. W jednej chwili przestaliśmy być młodymi, beztroskimi chłopakami i obróciliśmy się w chwiejących się nad grobem starców. Postarzali, sędziwi chłopcy tak naznaczeni piętnem spożywania ludzkiego mięsa, mieliśmy poczucie, że upadamy coraz głębiej i głębiej, tylko po to, by odkryć, że pustka nie ma dna, ponieważ koniec pojawia się dopiero wtedy, gdy umierasz.
Poznaliśmy dobrze tę górę. Nauczyła nas, że kiedy wznoszący się na wschodzie wulkan o nazwie Sosneado skrywa się za chmurami, oznacza to, iż nocą przyjdzie burza i że spędzimy ją, drżąc z zimna i ze strachu, podczas gdy rozeźlona czymś góra będzie ryczeć nad naszymi głowami. Dowiedzieliśmy się też, że lawiny, jakie widywaliśmy w oddali, nie mogą nas dosięgnąć. Byliśmy jednak w błędzie, ponieważ jedna z nich w końcu na nas runęła i musieliśmy wszystko zaczynać od nowa.
W pierwszych godzinach po lawinie nadal, krok za krokiem, schodziliśmy w otchłań, ponieważ zmuszeni byliśmy zjadać ciała tych, którzy leżeli tuż obok nas. Zdawałem sobie sprawę, że jeśli sam nie wykonam tego kroku, jeśli nie pokażę pozostałym, że to nasza jedyna szansa, nie wydostaniemy się stąd. Czułem, że to ja muszę dać przykład pozostałym, mimo że w normalnym życiu nigdy bym nie pomyślał, iż będę zdolny do takich rzeczy. Wiedziałem zarazem, że to, co zrobimy, spotęguje tylko ból rodzin ofiar. Być może moje studia medyczne pozwoliły mi spojrzeć na to okiem chirurga, który wie, że aby móc rozkroić brzuch i wyjąć z niego narząd, uprzednio należy oddzielić sferę fizyczną od duchowej.
Człowiek pogrzebany żywcem uczy się, czym jest oczekiwanie. Z minuty na minutę nasza egzystencja stawała się niewysłowienie bardziej żałosna. Miałem wręcz poczucie, jakbyśmy cofnęli się do stadium nasienia: byliśmy znowu jedynie życiem potencjalnym, co do którego nie ma pewności, że zakiełkuje. Kolejny raz zasady gry uległy zmianie i znowu stało się to bez naszej wiedzy. Kadłub samolotu, który mieliśmy za nasze schronienie, czy wręcz prowizoryczny dom, okazał się pułapką, która w każdej chwili mogła sprowadzić na nas śmierć.
Był taki moment, gdy pomyślałem, że chyba zmieniamy się w dzikie zwierzęta, że nasza pierwotna natura bierze nad nami górę i wkrótce wchłonie to, co ludzkie. Myliłem się. Okoliczności zmusiły nas co prawda, byśmy postępowali jak zwierzęta, na przykład zjadali zwłoki przedstawicieli własnego gatunku, ale godziliśmy się na to, kierowani szlachetnym wspólnym postanowieniem, które nawet po tylu latach nie przestało mnie wzruszać: mogę jutro stać się twoim jedzeniem. Na zboczu tamtej góry widziałem zachowania tak naznaczone dobrocią i bezinteresownością, jakich nie spotkałem na swojej drodze ani nigdy wcześniej, ani nigdy później. I to właśnie one, zwłaszcza gdy wychodziły od ciężko rannych, mających świadomość, że ich czas dobiega końca, zobowiązywały, byś również i ty oddał siebie całego, do ostatniej kropli krwi.
Kiedy po wyprawie w poszukiwaniu oderwanego ogona samolotu powróciłem do kadłuba, z całą wyrazistością ujrzałem opłakany stan moich przyjaciół: oszpeceni, z długimi włosami i brodami, przeraźliwie brudni, o twarzach wychudzonych i wynędzniałych. Wszyscy mieli strasznie podkrążone oczy, ich kości łuku brwiowego wyraźnie się odznaczały, a policzki były zapadnięte. Ten widok sprawił, że wróciło do mnie wspomnienie ilustracji z książki Charlesa Dickensa _Opowieść o dwóch miastach_, na których dzieci miały surowe, wyniszczone twarze dorosłych ludzi. Staliśmy się żywymi trupami, szkieletami obleczonymi w skórę, balansującymi na granicy życia i śmierci, z wysuszonymi, popękanymi wargami, stale otoczeni smrodem cmentarzyska.
Znałem obie grupy, ponieważ od początku byłem częścią społeczności pasażerów. Starałem się pomagać, w czym tylko mogłem – razem z Gustavem Zerbiną i Diegiem Stormem opiekowałem się rannymi. Nieco później, gdy zajmowałem się Gustavem po tym, jak półżywy wrócił z wyprawy na południe, przekonałem się, jak wygląda życie w tym drugim świecie, poza kadłubem. Po drodze stracił wzrok, mówił, że czuje, jakby w oczach miał piasek. Kiedy go karmiłem, musiałem wcześniej przeżuwać mięso i wkładać mu maleńkie kawałki do ust, ponieważ ruszały mu się wszystkie zęby. Masowałem i nacierałem mu stopy, które odmroził w czasie marszu i stracił w nich czucie.
Jeden z moich kolegów, Arturo Nogueira, który miał połamane obie nogi, powiedział mi: „Jesteś wielkim szczęściarzem, Roberto, że możesz chodzić i w ten sposób pomagać innym”. I wtedy dotarło do mnie, że na tym właśnie polega moja rola w grupie. A kiedy człowiek pogodzi się z taką myślą, zaczyna się zmieniać w snach i marzeniach pozostałych. Chodzi się wówczas nie tylko dla samego siebie, ale robi się to także dla innych, tych, którzy ci zaufali. I wszystko odbywa się bez słów, ponieważ są to tego rodzaju informacje i rzeczywistość, której inni nie mogą poznać ani pojąć.
I w takiej atmosferze podejmowaliśmy przygotowania do ostatniej ekspedycji: wyczynu, który na papierze nie mógł się powieść. Naszła mnie wtedy myśl: będę robił, co w mojej mocy, i poproszę Boga o to, by nam pomógł, jeśli tylko jest w stanie to zrobić. Gdy na drodze stanie nam lodowa ściana, niechaj przynajmniej będzie miała szczeliny, tak bym miał gdzie wczepić się w nie palcami dłoni i stóp. A jeżeli natkniemy się na inną przeszkodę, niechaj da się ją ominąć.
Zaraz potem nadeszła chwila prawdy: znaleźliśmy się w sytuacji, gdy nie było więcej ochotników gotowych przeprawić się przez góry. Nando zobowiązał się, że weźmie udział w wyprawie. Chciał za wszelką cenę wrócić do ojca, który opłakiwał śmierć swojej matki i siostry, i powiedzieć mu, że nie wszystko stracone. Tintín brał już udział we wcześniejszych ekspedycjach, w których świetnie sobie radził – wyruszał z bazy i do niej wracał. Z natury wiele od siebie wymagał, a w przypadku tej ostatniej ekspedycji (na trasie długości siedemdziesięciu kilometrów) był przekonany, że sprosta wyzwaniu. Był gotów dać z siebie wszystko, mimo że wskutek ran odniesionych w katastrofie stracił dwa litry krwi, co doprowadziło do powstania dużego skrzepu w żyle, czego skutki wciąż mu dokuczały.
Życie śnieżnego bractwa pełne było wspaniałych i wzniosłych momentów, jednak nawet one przez cały czas podszyte były grozą. Najlepszą, a zarazem jedną z najstraszniejszych nocy była ta, która nadeszła pierwszego dnia ostatniej ekspedycji. Mijał sześćdziesiąty pierwszy dzień naszej gehenny. Wspinaliśmy się, to znaczy Nando, Tintín i ja, na zbocze monumentalnej góry. Brnęliśmy przez cały dzień po ścianie nachylonej pod tak dużym kątem, że kręciło nam się od tego w głowach. Wspinaczki jednak nie przerwaliśmy, nawet gdy szybko zaczęło się zmierzchać i zerwał się lodowaty wiatr. Nasze przemoczone spodnie zaczynały zamarzać. Jak okiem sięgnąć nie było żadnego miejsca, w którym moglibyśmy bezpiecznie przycupnąć, odpocząć, przespać się. Zapadała noc, a w ciemności nie widzieliśmy, gdzie stawiamy kroki. Byliśmy ślepi, podczas gdy wkoło nas roztaczał się labirynt klifów i lodowych szczelin. Wpadaliśmy już w rozpacz, a ja szlochałem z bezsilności – wiedziałem, że nie zdołam dotrzymać danego słowa, że przeżyję i uratuję naszych przyjaciół. I właśnie wtedy natrafiliśmy na załom schowany w skale. Za nim, ku naszemu zdumieniu, ujrzeliśmy kawałek płaskiej skały pokrytej śniegiem i lodem, o powierzchni dwóch metrów kwadratowych. Ułożyliśmy na niej poduszki wyrwane z samolotowych foteli, które miały chronić nas od spodu przed chłodem, a na nie rzuciliśmy nasz prowizoryczny śpiwór. Nie dowierzaliśmy swojemu szczęściu. Równie zdumiewające było to, że kiedy tylko odnaleźliśmy to miejsce, niemal natychmiast wiatr przestał wiać. Na niebie ukazał się księżyc, a w jego blasku ujrzeliśmy niesamowicie białą dolinę, na której dnie został samolot. Gwiazdy wydawały się tak bliskie. Pomyślałem wtedy: nie wierzę, że zachwycam się pięknem tego widoku, a tuż nad naszymi głowami wiszą trzy gwiazdy z Pasa Oriona i księżyc. Ale to działo się naprawdę: tamtej nocy poczułem, jak wielkim przywilejem jest być w tym miejscu. I że ja i moi dwaj przyjaciele jesteśmy jedynymi ludźmi, którzy oglądają wszechświat z takiej perspektywy. Miałem przedziwne poczucie, że księżyc jest lustrem, które lada moment pokaże mi mój dom, i że na pewno zdołam zobaczyć go na własne oczy, gdy wrócę do Montevideo. A wszystkie te myśli kłębiły się w mojej głowie, mimo że parę chwil wcześniej byłem przekonany, iż jestem już trupem. Tamta noc czegoś mnie nauczyła – a lekcja ta pozostała ze mną na zawsze – nawet gdy wydaje nam się, że jesteśmy zagubieni w bezkresie, jest to tylko towarzyszące nam uczucie.
Mężczyznę kształtują okoliczności, z jakimi się mierzy, a cała nasza trójka, to znaczy Nando, Tintín i ja, tworzyliśmy zgrany zespół. O ile oni liczyli się z moim zdaniem, o tyle ja, przed podjęciem takiej czy innej decyzji, zdawałem się na niezłomną wolę Nanda, by niestrudzenie brnąć dalej, i niezachwianą pewność Tintína. Te trzy czynniki współdziałały ze sobą w harmonii, tworząc idealną symbiozę. Później, gdy Tintín wrócił do samolotu, między mną i Nandem zawiązało się szczególne partnerstwo, w którym wzajemnie się uzupełnialiśmy. Na końcu do tej wspólnoty dołączył jeszcze nasz wybawca, poganiacz mułów Sergio Catalán. Latem wypasa swoje stada na „letnim pastwisku”, jak nazywają je pasterze, gdzie spod lodu gdzieniegdzie wyrasta zielona trawa i gdzie cielą się zwierzęta. Pasterz znakomicie zna swoją trzodę, dogląda matek i ich młodych i musi przez cały czas mieć je na oku, ponieważ na muły polują pumy. Jak mógłby porzucić mulicę albo cielę, które zna od urodzenia? Z tymi zwierzętami łączy go osobliwa więź, której nie sposób zrozumieć, jeśli nie zobaczy się na własne oczy, co dzieje się między nimi i człowiekiem. Osobiście uważam, że kiedy nas ujrzał, zadziałał podobny mechanizm. Jak mógłby odmówić pomocy dwóm obdartym chłopakom, którzy chwiejnym krokiem zbliżali się do niego po sforsowaniu łańcucha górskiego, skoro sam był człowiekiem gór, tym, który musi sobie radzić w każdej sytuacji? To właśnie dzięki temu wykazał się tak wielką szlachetnością serca i współczuciem, które kazały mu odbyć długą wędrówkę, żeby nas uratować. Zawsze uważałem, że to, czego doświadczyliśmy, nie było dziełem przypadku. Gdyby ta sama sytuacja rozegrała się niedaleko od cywilizacji, a nie w dzikich Andach, w miejscu, gdzie diabeł mówi dobranoc, i gdybyśmy próbowali zatrzymać jakąś napotkaną osobę i poprosić ją o pomoc, być może nie mielibyśmy tyle szczęścia. Na naszej drodze stanął skromny człowiek o dobrym sercu, Sergio Catalán, który potrafił porzucić swoją pracę, wydać swoje muły na pastwę dzikich kotów i udać się w ośmiogodzinną podróż konno, a potem jeszcze jechać drugie tyle samochodem Ministerstwa Robót Publicznych do oddalonej o pięćdziesiąt kilometrów miejscowości Puente Negro, gdzie znajdował się posterunek karabinierów – a wszystko to jedynie z potrzeby niesienia pomocy nieznajomym.
Czasami wracam do nagrań filmowych, na których uwieczniono moment, gdy Nando i ja przybyliśmy do miejscowości Los Maitenes i zostaliśmy podjęci przez karabinierów. Zawsze w takich chwilach zwracam uwagę na swoje oczy. Z początku przypatruję się przytomnie dziennikarzowi, ale już po chwili moje spojrzenie przesuwa się gdzie indziej i traci ostrość. Udzielam odpowiedzi na pytania i nagle spoglądam w bok, jak gdybym przestał słuchać, co mówi dziennikarz. Kiedy Nando stwierdza: „Tak, czujemy się dobrze”, warto obserwować jego twarz, która zdradza coś zgoła innego. A kiedy pada pytanie, ile osób liczy jego rodzina, operator ponownie kieruje kamerę na mnie, a moje spojrzenie znowu ginie w jakimś nieokreślonym punkcie w przestrzeni.
Do Los Maitenes zawitaliśmy na podobieństwo duchów. Pomimo zdumienia, jakie musieliśmy budzić wśród ludzi, którzy przecież wcale na nas nie czekali, przyjęto nas z otwartymi ramionami, ponieważ widziano w nas tych, którzy wrócili z zaświatów. To, a także ciekawość, były głównym powodem tak serdecznego przyjęcia.
Gehenna, jakiej doświadczyliśmy w górach, nauczyła nas, że wszystko musimy zrobić sami. I w tym duchu wyobrażaliśmy sobie, że po zejściu z góry pójdziemy do Santiago i tam odnajdziemy stację kolejową. Mieliśmy odłożone pieniądze na bilet kolejowy na pociąg, który przetnie góry i zatrzyma się w Buenos Aires. Potem planowaliśmy przebyć rzekę La Plata na pokładzie jakiegoś statku i dalej wędrować na piechotę, aż dotrzemy do naszych domów. Zadzwonimy do drzwi, otworzymy je i zawołamy do naszych najbliższych, że żyjemy. Ale w naszych rachubach ani przez moment nie braliśmy pod uwagę, że natkniemy się na pasterza mułów ani że światu będzie tak bardzo zależało na naprawieniu popełnionego błędu.
Byliśmy niczym metafora dla członków tego społeczeństwa: skoro ci niedoświadczeni, naiwni chłopcy przeżyli katastrofę samolotu i pokonali Andy, życie nie może być aż takie trudne. I być może ta myśl pomaga wszystkim tym ludziom, którym brakuje odwagi i wiary we własne siły, a którzy mimo to przychodzą do Doliny Łez w poszukiwaniu czegoś, choć sami nie wiedzą czego. Na wysokości czterech tysięcy metrów wieją potężne wiatry, powietrze jest zbyt rozrzedzone i trudno się oddycha, a ciało nigdy nie może się wystarczająco rozgrzać. Chcą zrozumieć, jak zdołaliśmy przeżyć. A odpowiedź, która tu na nich czeka, zaskakuje swoją prostotą: nigdy nie straciliśmy woli ucieczki i całym sercem wierzyliśmy, że człowiek zdolny jest do nadzwyczajnych czynów. Zamiast kurczowo trzymać się wspomnień, staraliśmy się posuwać naprzód.
Obecnie moje życie nie upływa już na tej górze, ale z drugiej strony nie całkiem się uwolniłem od jej cienia. Któregoś razu w programie telewizyjnym spytano mojego syna, czy podziwia ojca za to, co się wydarzyło w Andach. Odpowiedział: „Nie wiem, ponieważ wtedy nie było mnie jeszcze na świecie. Podziwiam go za to, że codziennie chodzi do pracy, żebyśmy mieli wszystko, co niezbędne do życia”.
Mamy szansę żyć dla tych, którzy nie mieli tyle szczęścia – tych wszystkich pochowanych pod tym żelaznym krzyżem. Ażeby uszanować ich pamięć, muszę dobrze żyć, tak by w momencie śmierci, popełniwszy wiele błędów, móc powiedzieć: „Wiem, że nie zrobiłem wystarczająco wiele, ale starałem się, jak mogłem”.
Kim byliśmy? Grupą pechowych chłopaków. A teraz? Grupą dorosłych mężczyzn starających się zrozumieć, dlaczego spotkała ich ta wielka tragedia. Nigdy nie przypuszczałem, że opowiadając tę historię, uzyskam tak cenny dar. Kiedy na Harvardzie prowadzę wykłady z medycyny, reakcje studentów są stonowane: przyjmują do wiadomości przekazywaną przeze mnie wiedzę i to w zupełności wystarczy. Ale kiedy opowiadam o Andach, są poruszeni, płaczą, zadają pytania, przytulają mnie. To historia, która przemawia głęboko do serca słuchacza. Poznawszy ją, człowiek odchodzi wzbogacony. Jestem zaledwie narratorem tej opowieści, ale byłem także świadkiem tego, co się wtedy działo. Stanowię niepodważalny dowód, że tamte wydarzenia naprawdę miały miejsce.
W górach istniał pewien sposób na przetrwanie, który musieliśmy wypracować i wdrożyć. Doskonale pamiętam skrzypienie śniegu pod naszymi stopami. To, jak zapadaliśmy się w nim po kolana w trakcie ostatecznie porzucanych ekspedycji. Pamiętam też, jak podczas ostatniej wyprawy byłem do tego stopnia wycieńczony, że moje mięśnie przestawały słuchać poleceń wydawanych przez mózg. Do dzisiaj jest ze mną chłód tamtych wieczorów, lodowaty wicher zrywający się po zachodzie słońca, ryk schodzących lawin, bezsilność.
W Andach umówiliśmy się, że wyrzekamy się pychy i próżności wpajanych nam przez współczesne społeczeństwo, które nas ukształtowało. Stanowiliśmy niewinną społeczność przyjaciół, którzy nie wstydzili się przytulać nawzajem, przepraszać, gdy przypadkiem podnieśli głos albo w inny sposób sprawili przykrość jeden drugiemu, ponieważ o ile stres, w którym żyliśmy, był nie do wytrzymania, o tyle najtrudniej znieść było niepokój. Równocześnie zachowaliśmy etos ludzi gór, pielęgnowany przez karabinierów: zawsze nieś pomoc, nawet z narażeniem swojego życia.
Wracając na tę górę, poczułem się, jakbym znowu miał dziewiętnaście lat. Z tej wielkiej wysokości znowu dostrzegam to wszystko, co dało mi siłę, by żyć. I boleję, że nie możemy powrócić tu wszyscy; że innym nie dane było wypełnić do końca ich przeznaczeń i że ich przygoda skończyła się tak wcześnie. Wydaje mi się, że właśnie z myślą o nich powinniśmy spróbować dokonać w naszym życiu tego wszystkiego, czego im samym nie było dane. Stoczyli trudną walkę o przetrwanie. Wielkim nakładem sił starali się wyrwać z tego miejsca. My ze swojej strony robiliśmy, co w naszej mocy, by zachować czujność i ich uratować. Ostatecznie jednak nie starczyło nam siły, by ich stąd wydostać. I za to, przyjaciele, proszę was o wybaczenie. Ufam, że dany jest wam pokój i że pogodziliście się już z faktem, że żyjemy dla was.
Roberto Canessa urodził się w 1953 roku. Ukończył, śladem swojego ojca, studia medyczne podjęte w 1971 roku, specjalizując się w kardiologii dziecięcej. Dwukrotnie został uhonorowany Państwową Nagrodą Medyczną. Ożenił się ze swoją sympatią, z którą związany był już w momencie katastrofy – Lauri. Doczekał się z nią trojga dzieci: najstarsze z nich, syn Hilario, imię zawdzięcza wysokiej na pięć tysięcy metrów górze, na którą wspinali się jego ojciec i Nando. Drugie dziecko, Roberto, podobnie jak on studiuje medycynę. Córka Laura Inés dotrzymuje tacie towarzystwa w jego powrotach na górę, wykazując się taką samą jak on siłą i zuchwałością.
Dom, który zbudował Roberto Canessa, rozgałęzia się na wszystkie strony i przypomina labirynt. Frontowe drzwi nigdy nie są zamknięte na klucz, ponieważ w jego wnętrzu nieustannie przewijają się ludzie. W swoim życiu Roberto udostępniał to niezwykłe domostwo wielu osobom w potrzebie. Wszystkie je łączy z nim coś wspólnego: mówią o miłości, serdeczności, drżą, dzieląc się wzruszającymi historiami, a słuchając muzyki, która porusza ich serca, nie potrafią powstrzymać łez.