Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Solenoid - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
24 lutego 2026
8415 pkt
punktów Virtualo

Solenoid - ebook

Opus magnum Mircei Cărtărescu, jednego z najwybitniejszych współczesnych prozaików europejskich.

W dziwnym domu w kształcie parowca niedoszły pisarz spędza życie na tworzeniu w swojej głowie alternatywnych rzeczywistości, zapisywaniu snów i koszmarów w szalonym dzienniku, wędrując umysłem po halucynacyjnym, pulsującym, ektoplazmatycznym Bukareszcie czasów komunizmu. Ogromny dom został zbudowany na solenoidzie – generatorze pola magnetycznego, który przyciąga wszystkie literackie tematy i obsesje pisarza Cărtărescu, przekształcając rutynę nauczyciela szkoły podstawowej w zawiłą sieć refleksji na temat postrzegania rzeczywistości, literatury i filozofii. W samej szkole bohaterowi towarzyszy galeria osobliwych postaci: matematyk, który wprowadza go w najbardziej skrywane sekrety jego przedmiotu, wyznawcy mistycznej sekty, organizującej demonstracje przeciwko śmierci na miejskich cmentarzach, i wreszcie Irina, kobieta, w której się zakochuje.

Powieść odsłania przed czytelnikami „spisek normalności”, klatkę, którą zbudował dla nas nasz mózg. Dla Cărtărescu rzeczywistość jest więzieniem, a my, podobnie jak bohater tej książki, mamy obowiązek uciec od niej, szukać – nawet jeśli ryzykujemy szaleństwem – innej prawdy. Solenoid otwiera przed nami szczelinę i oświetla nam drogę ewakuacyjną. W olśniewającym delirium absurdalnych obrazów pisarz rozpaczliwie próbuje wyrwać się spod tyranii naszych pięciu zmysłów i uzyskać dostęp do innego wymiaru istnienia.

Ta monumentalna powieść obejmuje i pochłania wszystkie poprzednie dzieła Cărtărescu, ukazując nam pełnię jego myśli i wyjątkowość jego pisarstwa. Można tu odnaleźć echa twórczości gigantów literatury: Kafki, Borgesa, Swifta, Bolaño i Pynchona.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna obca
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788368191950
Rozmiar pliku: 1,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Poeta myślą twórczą nawet błoto
W najcudowniejsze zjawisko przemieni,
Pełne zapachów, snów, blasków i cieni,
I dla nas żywą uczyni istotą.

Lecz próżne serce ku tobie się skłania,
O ukochana książko, cóżeś warta?
Choć pięknem błyszczy każda twoja karta,
Nie odpowiadasz na żadne pytania.

Tudor Arghezi, _Ex Libris_, przeł. Jerzy Jędrzejewicz

Z tylnej części głowy wycięto mu kawałek w kształcie segmentu. Wraz ze słońcem zagląda mu do środka cały świat. Denerwuje go to, odwodzi od pracy, złości się też i dlatego, że właśnie on ma być wykluczony z przedstawienia.

Franz Kafka, _Dziennik_, przeł. Łukasz Musiał1

Znowu złapałem wszy, już mnie to wcale nie dziwi, już mnie nie przeraża, nie wywołuje obrzydzenia. Tylko mnie swędzi. Gnidy mam cały czas, wyczesuję je stale w łazience: jajeczka koloru masy perłowej połyskują czarniawo na porcelanie umywalki. Dość dużo zostaje ich między zębami grzebienia, który czyszczę później starą szczoteczką do zębów ze zbutwiałym trzonkiem. To niemożliwe, bym się przed tym uchronił, jestem nauczycielem w podmiejskiej szkole. Połowa dzieci ma wszy, dowiadują się o tym na początku roku szkolnego podczas wizyty lekarskiej, gdy pielęgniarka przeczesuje im włosy eksperckimi ruchami szympansicy, tyle że ona nie rozgryza w zębach chitynowych pancerzy schwytanych insektów. Zamiast tego poleca rodzicom szarobiały roztwór o chemicznym zapachu, ten sam, który ostatecznie stosują też nauczyciele. Po kilku dniach w całej szkole unosi się woń roztworu na wszy.

Nie jest jednak aż tak źle, przynajmniej nie mamy pluskiew, dawno ich nie widziano. Pamiętam i te, widywałem je, gdy miałem około trzech lat, w maleńkiej willi przy ulicy Floreasca, gdzie mieszkaliśmy w latach 1959–60. Pokazywał mi je tata, odchylając gwałtownie materac łóżka. Małe szkarłatne kuleczki, twarde i błyszczące jak leśne jagody albo jak te czarne owoce bluszczu, o których wiedziałem, że nie należy ich wkładać do buzi. Tylko że kuleczki z materaca i ramy łóżka rozpierzchały się szybko do zacienionych kątów w takim popłochu, że wybuchałem śmiechem. Nie mogłem się doczekać chwili, gdy tata ponownie uniesie ciężki róg materaca (gdy zmieniano pościel), by znów zobaczyć grubiutkie żyjątka. Śmiałem się wtedy tak radośnie, że mama, która nie ścinała mojej burzy loków, brała mnie za każdym razem na ręce i spluwała, by ochronić mnie przed urokiem. Tata przynosił spryskiwacz z DDT i zraszał tą cuchnącą substancją pluskwy chroniące się w szczelinach desek, że aż leciały wióry. Lubiłem dobywający się z łóżka zapach drewna, sosny przesiąkniętej jeszcze żywicą, podobała mi się nawet woń azotoksu. Potem tata odkładał materac na podłogę i przychodziła mama z prześcieradłami w ramionach. Kiedy rozściełała na łóżku jedno z nich, nadymało się jak wielki pączek, a ja wsuwałem się pod nie z niezwykłą rozkoszą. Następnie czekałem, aż prześcieradło powoli na mnie opadnie, oblepiając moje ciało, ale nie każdą jego cząstkę, tylko zarys skomplikowanych fałd i fałdek. Pokoje były wtedy wielkie jak hangary, a w nich kręciło się tych dwoje olbrzymich ludzi, którzy nie wiedzieć czemu opiekowali się mną: mama i tata.

Nie przypominam sobie ukąszeń pluskiew. Mama mówiła, że są jak czerwone kółeczka na skórze z białym punkcikiem w środku i że bardziej pieką, niż swędzą. Nie wiem, prawda jest taka, że łapię stale wszy od dzieci, gdy pochylam się nad ich zeszytami; to jak choroba zawodowa. Noszę długie włosy od czasu, kiedy mogłem zostać pisarzem. Tyle mi zostało z tej kariery, czupryna. I golfy, nosił je pierwszy pisarz, jakiego kiedykolwiek spotkałem i który pozostał w mej pamięci jako sławny i niedościgniony obraz autora: tego ze _Śniadania u Tiffany’ego_. Moje włosy stykają się stale z włosami dziewczynek, puszystymi i pełnymi kokardek. Po tych porowatych, półprzezroczystych wstążkach wspinają się insekty. Ich pazury mają krzywiznę włosa, co zapewnia im doskonałą przyczepność. Chodzą potem po skórze głowy, zostawiają odchody i jajeczka. Kąsają nietkniętą słońcem, nieskazitelnie białą, jak pergamin, skórę i to jest ich pożywienie. Gdy swędzenie staje się nie do zniesienia, napełniam wannę gorącą wodą i przygotowuję się do ich eksterminacji.

Lubię odgłos nalewanej do wanny wody, ten wzburzony bulgot, wirujący pęd miliardów kropel i skręconych w spiralę strug, szum pionowego strumienia w zielonkawej galarecie wody, która narasta bez końca, szturmując ściany wanny tłumionymi wezbraniami i gwałtownymi napływami, jakby niezliczone przezroczyste mrówki roiły się w amazońskiej dżungli. Zakręcam kran i nastaje cisza, mrówki topią się jedna po drugiej, a miękki jak galareta szafir pozostaje spokojny, patrzy na mnie niczym jasne oko i czeka. Nagi, wchodzę z rozkoszą do kąpieli. Natychmiast zanurzam głowę, czuję, jak ściany wody zachodzą symetrycznie na moje policzki i czoło. Woda zacieśnia się wokół mnie, staje się ciężka, sprawia, że lewituję. Jestem pestką owocu z zielonkawoniebieskim miąższem. Moje włosy rozkładają się po brzegi wanny, jakby jakiś czarny ptak rozpościerał skrzydła. Kosmyki rozdzielają się, każdy włos jest niezależny, każdy pływa, zamoczony, pośród pozostałych, nie dotykając ich; są niczym macki lilii morskich. Poruszam gwałtownie głową w jedną i w drugą stronę, by poczuć, jak kosmyki włosów naprężają się, rozściełają na gęstej wodzie, nabierają masy, nieoczekiwanego ciężaru. Trudno jest wyrwać je z ich wodnych pęcherzyków. Wszy trzymają się mocno grubych pni, stapiają się z nimi w jedno. Ich nieludzkie pyszczki ukazują coś w rodzaju niedowierzania. Ich pancerze są z tej samej substancji co włosy. One też miękną w gorącej wodzie, ale się nie rozpuszczają. Kanaliki oddechowe osadzone symetrycznie na brzegach ich karbowanych odwłoków są dobrze zamknięte, jak sklejone nozdrza fok. Pływam biernie w wannie, rozluźniony jak preparat anatomiczny, skóra palców puchnie i marszczy się. Też jestem miękki, jakby pokrywała mnie zielonkawa chityna. Ręce, luźno puszczone, unoszą się na powierzchni. Członek też unosi się jak korek. To takie dziwne, że mam ciało, że jestem w jakimś ciele.

Siadam w wannie i zaczynam się namydlać razem z głową. Leżąc z uszami pod wodą, słyszałem wyraźnie, ale jakby przez sen, rozmowy i odgłosy z sąsiednich mieszkań. Teraz mam galaretowate korki w uszach. Przesuwam po ciele ręce pełne mydła. Dla mnie to ciało nie ma w sobie nic erotycznego. Mam wrażenie, że prowadzę dłonie nie po moim ciele, lecz umyśle. Mój umysł przyodziany w ciało, moje ciało przyodziane w kosmos.

Tak jak nie dziwi mnie obecność wszy, tak nie jestem zbytnio zaskoczony, gdy docieram namydlonymi palcami do pępka. Przytrafia mi się to od kilku dobrych lat. Na początku przestraszyłem się, oczywiście, bo słyszałem, że może się zdarzyć, że pępek pęknie. Ale nigdy nie robiłem z tego problemu, bo mój pępek był jedynie, jak mawiała mama, dziurą w brzuchu „przyklejoną do kręgosłupa”. Na dnie tego zagłębienia było coś niemiłego w dotyku, co nigdy mnie nie zajmowało. Pępek był tylko wyżłobieniem w jabłku, skąd wychodzi ogonek. My też wyrośliśmy jak jakieś owoce z poprzecinanej żyłkami i tętnicami łodygi. Ale kilka miesięcy temu, gdy prowadziłem pospiesznie palce po ciele, poczułem coś zaskakującego, coś, czego nie powinno było tam być: coś w rodzaju guzka, który zawadził o czubek palca, coś nieorganicznego, co nie było częścią mojego ciała. Było zasklepione w węźle bladej skóry, który wybałuszał się tam niczym oko między dwoma powiekami. Po raz pierwszy przyjrzałem mu się uważniej, pod wodą, rozchylając palcami brzegi szczeliny. Jako że nie widziałem dobrze, podniosłem się w wannie, a soczewka wody powolutku wyciekła z pępka. Boże drogi, powiedziałem do siebie z uśmiechem, doszło do tego, że kontempluję własny pępek… Tak, to było coś w rodzaju bladego supła, który w ostatnich latach stał się bardziej wypukły niż zwykle, jako że mięśnie brzucha po trzydziestce nieco zwiotczały. Inkrustacja wielkości dziecięcego paznokcia w jednej z wolut supła okazała się zwykłym brudem. Ale z drugiej strony, sztywny i bolesny, wychodził czarnozielonkawy kikut, który wyczułem opuszką palca. Nie miałem pojęcia, co by to mogło być. Próbowałem schwycić go paznokciami, ale pociągnąwszy, poczułem lekki ból, który mnie przeraził. Może to coś w rodzaju brodawki, której nie należy rozdrapywać. Starałem się o tym zapomnieć i zostawić w spokoju tam, gdzie wyrosło. W ciągu życia wychodzi nam wiele pieprzyków, brodawek, martwych kości i innych paskudztw, które dźwigamy na sobie cierpliwie, nie mówiąc już o paznokciach i włosach, wypadających zębach: cząstki nas, które już do nas nie należą, a które żyją po prostu własnym życiem. Przechowuję do dziś, dzięki troskliwości mamy, w pudełku po Tic-Tacach, wszystkie moje mleczaki, i też dzięki jej trosce mam zachowane kosmyki włosów od trzeciego roku życia. Zdjęcia z popękanym lakierem i brzegami ząbkowanymi jak w znaczkach pocztowych są świadectwami podobnego rodzaju: nasze ciało ustawiło się kiedyś pomiędzy słońcem a soczewką aparatu fotograficznego, zostawiając na kliszy cień podobny do tego, który rzuca na tarczę słońca księżyc podczas zaćmienia.

Ale tydzień później, też w wannie, znowu poczułem w pępku coś niecodziennego i drażniącego: niezidentyfikowany kawałeczek wydłużył się troszkę i dawał się wyczuć inaczej, co było bardziej niepokojące niż bolesne. Kiedy boli ząb, jątrzymy go językiem, ryzykując nawet, że to ostatecznie spotęguje ból. Wszystko, co staje się niecodzienne na wrażliwej mapie naszego ciała, drażni i denerwuje: musimy za wszelką cenę pozbyć się wrażenia dyskomfortu, które nie daje nam spokoju. Czasami wieczorem, nim położę się spać, zdejmując skarpetki, czuję, że mięsista żółtozielonkawa skóra po wewnętrznej stronie dużego palca pogrubiła się znacznie. Chwytam palcami to wybrzuszenie, szarpię przez jakieś pół godziny, aż udaje mi się oderwać brzeg, za który ciągnę dalej, aż zaczną mnie boleć opuszki palców, coraz bardziej nerwowo i z przejęciem, dopóki nie oderwę grubej szklistej skórki z rowkami jak linie papilarne – centymetr martwej skóry, która teraz zwisa z palca bez wdzięku. Nie mogę ciągnąć jej dalej, gdyż dotarłem do unerwionej skórki pod spodem, do mnie samego, który odczuwa ból, ale muszę się jakoś rozprawić ze swędzeniem, z tym niepokojem. Biorę nożyczki i ucinam ją, potem kontempluję długo: biała skórka, którą wytworzyłem, sam nie wiem jak, tak jak nie przypominam sobie, w jaki sposób wyprodukowałem kości. Zginam ją w palcach, wącham, pachnie mgliście amoniakiem: ten organiczny, lecz martwy kawałeczek – był martwy, gdy jeszcze stanowił część mnie, dodając mi kilka gramów ciężaru – drażni mnie w dalszym ciągu. Nie potrafię jej wyrzucić, gaszę światło i kładę się spać, dalej trzymając ją w palcach, aby następnego dnia o wszystkim zupełnie zapomnieć. Jednak przez jakiś czas utykam lekko: boli mnie miejsce, z którego ją wyrwałem.

A więc zacząłem delikatnie szarpać za twardy guzek, który wystawał z pępka, aż nieoczekiwanie znalazł się w mojej dłoni. To był mały, półtoracentymetrowy wałek grubości zapałki. Wyglądał na od dawna poczerniały, zbutwiały, kleisty i osmalony upływem czasu. To było coś pradawnego, zmumifikowanego, zmydlonego, diabli wiedzą co. Włożyłem go pod strumień wody w umywalce i gdy warstwa brudu spłynęła, dało się dostrzec, że kiedyś ta drobna rzecz była prawdopodobnie żółtozielonkawa. Włożyłem ją do pustego pudełka po zapałkach. Wyglądała jak spalona główka jakiegoś patyka.

Po kilku tygodniach wyciągnąłem z namoczonego w gorącej wodzie pępka kolejny kawałek, tym razem dwukrotnie dłuższy, z tego samego twardego i rozciągliwego materiału. Teraz zdałem sobie sprawę, że był to elastyczny koniec sznurka, mogłem nawet dostrzec wiele skręconych włókien, które go tworzyły. To był sznurek, zwykły sznurek pakowy. Ten, którym dwadzieścia siedem lat temu zawiązano mi pępowinę na nędznym oddziale położniczym szpitala robotniczego, w którym się urodziłem. Teraz mój pępek ronił go powoli, kawałek co dwa tygodnie, kawałeczek co miesiąc, a potem kolejny po trzech miesiącach. Ten dzisiejszy jest już piąty; wyjmuję go starannie i z przyjemnością. Rozprostowuję, czyszczę paznokciem, obmywam w ciepłej wodzie. Jest najdłuższy jak dotąd i mam nadzieję, że ostatni. Układam go w pudełku po zapałkach obok pozostałych: leżą ładnie żółto-zielonkawo-czarne, krzywe, z postrzępionymi końcami. Konopie, te same, z których robi się siatki gospodyń domowych i które przecinają im palce, gdy są pełne ziemniaków, te same, którymi obwiązuje się paczki. Na Dzień Świętej Marii otrzymywaliśmy od krewnych mojego ojca z Banatu paczkę: ciasto z makiem i miodem. Rozwinięty zielonkawobrązowy sznurek sprawiał mi wiele radości: wiązałem nim klamki, aby moja mama nie urodziła kolejnego dziecka. Na każdej klamce robiłem dziesiątki, setki węzłów.

Przestaję martwić się sznurkiem od pępowiny i wychodzę z wanny, ociekając wodą. Wyciągam zza klozetu butelkę z roztworem na wszawicę i wylewam sobie na głowę naparstek cuchnącej zawartości. Zastanawiam się, w której klasie złapałem je tym razem, jakby to miało jakieś znaczenie. Kto wie, może i ma. Niewykluczone, że na różnych ulicach dzielnicy i w różnych klasach szkoły są wszy różnych gatunków i różnej wielkości.

Zmywam z siebie obrzydliwy roztwór i zaczynam się czesać nad lśniąco czystą porcelaną umywalki. Wtedy zaczynają wypadać pasożyty, dwa, pięć, osiem, piętnaście… Są maciupeńkie, każdy oklejony własnym ziarenkiem wody. Ledwo widzę ich ciała ze spłaszczonymi brzuchami i z trzema wciąż poruszającymi się nóżkami po obu stronach. Ich ciała i moje ciało, kiedy tak stoję nagi i mokry, pochylony nad umywalką, zbudowane są z tych samych organicznych tkanek. Wszy mają podobne narządy i funkcje. Mają oczy, które widzą tę samą rzeczywistość, mają nogi, które prowadzą je przez ten sam nieskończony i niezrozumiały świat. Chcą żyć, tak jak i ja. Spłukuję je ze ścian umywalki strumieniem wody. Spływają do rur, docierają do podziemnych kanałów.

Kładę się spać z mokrymi włosami obok moich marnych skarbów: pudełka po Tic-Tacach z mlecznymi zębami, zdjęć z czasów, gdy byłem mały, a moi rodzice w kwiecie wieku, pudełka po zapałkach ze sznurkiem wyciągniętym z pępka, dziennika. Obracam, jak to często robię wieczorami, moje mleczaki w dłoni: gładkie, wciąż śnieżnobiałe kamyczki, które kiedyś były w moich ustach, którymi kiedyś jadłem, wypowiadałem słowa, gryzłem jak szczeniak. Tyle razy zastanawiałem się, jakby to było mieć gdzieś papierową torbę z moimi kręgami kręgosłupa dwulatka lub stawami moich palców siedmiolatka…

Odkładam zęby na miejsce. Chciałbym zobaczyć też jakieś zdjęcia, ale nie mogę się powstrzymać. Wysuwam szufladę szafki nocnej i wkładam do niej wszystko, pożółkłe pudełko ze „skóry węża”, które mieściło niegdyś maszynkę do golenia, pędzel i komplet żyletek Astor. Teraz trzymam w nim moje marne skarby. Naciągam kołdrę na głowę i próbuję zasnąć jak najszybciej albo wreszcie. Skóra głowy już mnie nie swędzi. Poza tym, ponieważ zdarzyło się to całkiem niedawno, mam nadzieję, że nie powtórzy się tej nocy.2

Miałem na myśli sny, gości, całe to szaleństwo, ale o tym innym razem. Na razie wrócę do szkoły, gdzie pracuję, masz ci los, już od dobrych trzech lat. „Nie będę przez całe życie nauczycielem” – powtarzałem sobie, pamiętam to jak dziś, kiedy wracałem tramwajem, w głębi letniego wieczoru z różanymi obłokami, stamtąd, z odległego krańca Colentiny, dokąd pojechałem zobaczyć moją szkołę po raz pierwszy. Ale żaden cud się nie wydarzył i wiele wskazuje na to, że nic się nie zmieni. Ostatecznie jak dotąd nie było aż tak źle. Tamtego popołudnia, kiedy otrzymawszy rządowy przydział do pracy, zaraz wybrałem się obejrzeć szkołę, miałem dwadzieścia cztery lata i jakieś dwa razy więcej kilogramów. Byłem niesamowicie, niemożliwie wychudzony. Wąsy i długie włosy, wtedy z rudawym odcieniem, sprawiały, że wyglądałem jeszcze bardziej infantylnie, do tego stopnia, że gdy niespodziewanie dostrzegałem swoje odbicie w jakiejś witrynie sklepowej czy w oknie tramwaju, zdawało mi się, że widzę jakiegoś licealistę.

Było letnie popołudnie, miasto wypełniło się po sam szczyt światłem niczym napełniona po brzegi szklanka wody. Wsiadłem do tramwaju na ulicy Tunari, na wprost Głównej Komendy Milicji. Minąłem blok moich rodziców przy Alei Ştefan cel Mare, gdzie mieszkałem, spojrzałem jak zwykle na jego niekończącą się fasadę, by zobaczyć okno mojego pokoju zasłonięte niebieskim papierem, by słońce nie wpadało do środka, potem minąłem ogrodzenie, z drucianej siatki, Szpitala Colentina. Pawilony dla chorych ustawiono w rzędach na rozległym terenie niczym ceglane krążowniki. Każdy miał inny kształt, jakby różne choroby ich mieszkańców dyktowały dziwaczną architekturę budynków. A może architekt każdego pawilonu został wybrany spośród osób cierpiących na daną chorobę i zaprojektował go tak, aby obiekt symbolicznie przedstawiał to cierpienie. Znałem je wszystkie, a przynajmniej w dwóch gościłem osobiście. Skądinąd na końcu kompleksu po prawej stronie rozpoznałem, poruszony, różowy budynek, z cienkimi jak papier ścianami, oddziału neurologii. Leżałem tu przez miesiąc osiem lat temu, z niedowładem mięśni twarzy, który czasem mi jeszcze dokucza. Przez wiele nocy błądzę we śnie pomiędzy pawilonami Szpitala Colentina, wchodzę do nieznanych i wrogich budynków, których ściany pokryte są planszami anatomicznymi…

Tramwaj mijał dawne warsztaty Przedsiębiorstwa Transportowego w Bukareszcie, gdzie przez pewien czas pracował jako ślusarz także mój tata. Przed warsztatami wybudowano osiedle i teraz z drogi ledwo było widać przedsiębiorstwo. Na parterze jednego z bloków, dokładnie naprzeciwko przystanku przy ulicy Doctora Grozovici, znajdowała się przychodnia. Przez jakiś czas chodziłem tam na zastrzyki witaminy B1 i B6, także wskutek parezy, na którą cierpiałem w wieku szesnastu lat. Rodzice wkładali mi do ręki ampułki i mówili, bym nie ważył się wracać bez wykonania zastrzyku. Nie bez powodu. Na początku wyrzucałem je do szybu windy i mówiłem, że dostałem zastrzyk, ale nie trwało to długo. W końcu musiałem je robić. Wyruszałem do przychodni wieczorem, po zmroku, z duszą na ramieniu. Szedłem pieszo, najwolniej, jak tylko się dało, dwa przystanki. Podobnie jak wtedy, gdy musiałem iść do dentysty, do ostatniej chwili łudziłem się, że zdarzy się cud, że zastanę zamknięty gabinet, zburzony budynek, martwego lekarza albo chociaż awarię prądu, przez co nie będzie działać wiertło i oświetlenie nad fotelem dentystycznym. Ale cud nigdy się nie wydarzył. Ból czekał tam na mnie, w całej okazałości, w swojej krwawej aurze. Pierwszą pielęgniarką z Grozovici, która zrobiła mi zastrzyk, późno w nocy, była piękna, bardzo zadbana blondynka, ale szybko zacząłem się jej bać. Była typem człowieka, który patrzy na twój nagi tyłek z totalną pogardą. Nie tyle myśl o nadchodzącym bólu, co odraza tej kobiety do smarkacza, z którym miała wejść w relację intymną (choćby to było tylko wbicie mu igły w pośladek), szybko gasiła tlące się podniecenie, a mój członek rezygnował z wysiłku uniesienia główki dla zyskania lepszego widoku. Czekałem na nieuchronne zwilżenie skóry, zapowiadające maltretowanie jej trzema lub czterema uderzeniami wewnętrzną stroną dłoni, następnie szok igły wbijanej w ciało z dbałością, by za każdym razem jej szpic dosięgnął jakiegoś nerwu lub jakiejś żyły, sprawiając ból, długotrwały, niezapomniany, spotęgowany przez truciznę, która spływała przez rowek igły, by rozlać ci kwas siarkowy w całym pośladku. To było okropne. Po zastrzykach od blond pielęgniarki utykałem przez cały tydzień.

Na szczęście ta pielęgniarka, prawdopodobnie w łóżku sadomasochistka dla swoich kochanków, pracowała na zmianę z drugą, równie zapadającą w pamięć, ale z innych powodów. Ta kobieta przy pierwszym spotkaniu przerażała śmiertelnie, bo nie miała nosa. Nie nosiła żadnego bandaża ani żadnej protezy, miała po prostu szeroki otwór na środku twarzy, rozdzielający się niejasno na dwie przegrody. Była drobną jak kurczątko brunetką o oczach, których łagodność mogłaby się zdawać atrakcyjna, gdyby wygląd jej twarzy nie był tak odpychający. Kiedy trafiałem na blondynkę, przyjmowała mnie od razu. W poczekalni hulał wiatr. Dla odmiany beznosa krasnalka musiała być bardzo popularna: poczekalnia była zawsze pełna ludzi, jak kościół w noc Zmartwychwstania. Wracałem do domu z przychodni o drugiej po północy. Wielu pacjentów przynosiło jej kwiaty. Gdy pielęgniarka pojawiała się w drzwiach, ludzie uśmiechali się radośnie. Sądzę, że nikt nigdy nie miał lżejszej ręki niż ona. Kiedy przychodziła moja kolej i kazała mi położyć się na łóżku w gabinecie, z opuszczonymi spodniami, odurzał mnie zapach kwiatów, które, jeszcze w celofanie, wypełniały siedem lub osiem ustawionych obok siebie wazonów. Ta niespotykana brunetka mówiła do mnie spokojnie i monotonnie, potem dotykała na chwilę dłonią mojego pośladka i… było po wszystkim. Nie czułem ukłucia igły, a dyfuzję serum do mięśnia odczuwałem jedynie jak lekkie ciepło. Po kilku minutach wszystko mijało i wracałem do domu ożywiony i szczęśliwy. Rodzice przyglądali mi się podejrzliwie, czy aby znowu nie wyrzuciłem gdzieś ampułki.

Następne było Kino Melodia, akurat przed Lizeanu, a potem mój przystanek na Obor, gdzie przesiadałem się do tramwaju, który jechał z ulicy Moșilor prostopadle do Alei Ştefan cel Mare i niknął gdzieś w głębi Colentiny.

Znałem dobrze te miejsca, to była w pewnym sensie moja okolica. Na Obor mama robiła zakupy spożywcze. Kiedy byłem mały, zabierała mnie ze sobą w to morze ludzi starego targowiska. Hala rybna, gdzie cuchnęło nie do wytrzymania, potem duża hala z płaskorzeźbami i mozaikami przedstawiającymi niezrozumiałe sceny i wreszcie fabryka lodu, przed którą robotnicy wciąż przenosili lodowe bloki, białe w środku i cudownie przezroczyste na brzegach (jakby stale rozpuszczały się w otaczającym je powietrzu), były w moich dziecięcych oczach fantastycznymi cytadelami z innego świata. Tam, w pustce poniedziałkowego ranka Placu Obor, idąc z mamą za rękę, zobaczyłem na słupie plakat, którego widok prześladował mnie potem tak długo: ogromna ośmiornica wyłaniająca się z latającego talerza wyciągała ramiona do astronauty, który stąpał po czerwonej kamienistej ziemi. Nad obrazkiem widniał napis _Planeta Burz_. „To film – powiedziała mama. – Poczekamy, aż będą go grali gdzieś bliżej, w Voldze albo we Floreasca”. Mama bała się centrum miasta, prawie nie opuszczała swojej dzielnicy, chyba że nie miała innego wyjścia, na przykład musiała mi kupić na Lipscani mundurek szkolny z koszulą w pepitkę i ze spodniami, które miały wypchane kolana, jakby ktoś już je nosił w fabryce.

Również Colentina wyglądała znajomo, z zapadającymi się domami po lewej stronie i fabryką mydła Stela po prawej, w której produkowano środki do prania marek Cheia i Cămila. Zapach zjełczałego tłuszczu rozchodził się stąd po całej okolicy. Dalej ceglany budynek przędzalni „Donca Simo”, gdzie mama pracowała kiedyś przy krosnach, następnie kilka magazynów z drewnem budowlanym. Nędzna i przygnębiająca ulica ciągnęła się dalej, aż po horyzont, w letnim upale pod rozległym, wyblakłym niebem, jakie można zobaczyć tylko nad Bukaresztem. Właściwie tam się urodziłem, w dzielnicy Colentina, na przedmieściach, w obskurnym szpitalu położniczym, który urządzono naprędce w starym budynku, czymś w rodzaju półszulerni, półburdelu sprzed 1944 roku, a pierwsze lata życia spędziłem gdzieś przy Doamna Ghica, w plątaninie uliczek godnej żydowskiego getta. Wróciłem tam dużo później, na ulicę Silistra, z aparatem fotograficznym i zrobiłem kilka zdjęć domu mojego dzieciństwa, które nie wyszły. Ten kwartał już nie istnieje, wszystko łącznie z moim domem zostało zrównane z ziemią. Co jest teraz na jego miejscu? Oczywiście bloki, jak wszędzie.

Minąwszy tramwajem numer 21 ulicę Doamna Ghica, wjechałem do obcego kraju. Domów wzdłuż dróg ubywało, pojawiały się brudne jeziora, nad brzegami których kobiety w marszczonych spódnicach prały dywany. Punkty napełniania syfonów oraz piekarnie, sklepy z winem i sklepy rybne. Ciągnąca się w nieskończoność pusta, przygnębiająca ulica, siedemnaście przystanków tramwajowych, w większości bez wiat i bez sensu, przypominających przystanek osobowy w szczerym polu. Matki w sukienkach z drukowanej tkaniny trzymające małe dziewczynki za rękę, zmierzające donikąd. Jakiś wóz pełen pustych butelek. Punkty wymiany butli gazowych, gdzie stało się w kolejce od wieczora aż do następnego dnia. Prostopadłe do siebie zakurzone ulice niczym wiejskie drogi, z drzewami morwowymi na poboczach. Latawce zaplątane w przewody elektryczne pomiędzy drewnianymi słupami nasączonymi naftą.

Dotarłem do końca po półtorej godzinie kołysania się w tramwaju. Sądzę, że przez ostatnie trzy, cztery przystanki byłem już zupełnie sam w całym wagonie. Wysiadłem na dużym rondzie, gdzie tramwaje zawracały, by ponownie, niczym Syzyf, przejechać przez Colentinę. Dzień chylił się ku wieczorowi, ale nadal pozostawał bursztynowy i – głównie z powodu ciszy – upiorny. Tutaj, na końcu linii 21, nie było żywej duszy. Długie, popielate hale przemysłowe z wąskimi oknami, wieża ciśnień w dali, drzewa owocowe dosłownie czarne od mazutu i spalin pośrodku szerokiego kręgu szyn tramwajowych. Dwa puste tramwaje zastygłe obok siebie, bez motorniczych. Zamknięty kiosk z biletami. Silne kontrasty między różanym światłem a cieniem. Czego tam szukałem? Jak miałem żyć w tak odległym miejscu? Ruszyłem pieszo do wieży ciśnień, dotarłem do jej podstawy, gdzie znajdowały się drzwi z kłódką, zadarłem głowę i oglądałem kulę, która lśniła na niebie u szczytu biało otynkowanego cylindra. Poszedłem dalej w stronę… niczego, w stronę pustkowia… Tam był koniec, jak mi się zdawało, nie miasta, lecz rzeczywistości. Biegnąca z lewej ulica nosiła na tabliczce nazwę, której szukałem: Dimitrie Herescu. Gdzieś tutaj musiała być szkoła, moja szkoła, moja pierwsza praca, w której miałem stawić się pierwszego września, za ponad dwa miesiące. Pomalowany na zielono i różowo budynek warsztatu samochodowego Automecanica nie mógł zepsuć wiejskiej atmosfery tego miejsca: domy z glinianymi dachówkami, podwórza ze zmurszałymi płotami, psy na łańcuchach, podmiejskie kwiaty. Szkoła była po prawej stronie, kilka domów dalej od Automecaniki, oczywiście pusta.

To była mała szkoła, hybryda w kształcie litery L: stare spękane skrzydło z wybitymi oknami i nowsze skrzydło w głębi małego podwórza, w jeszcze bardziej opłakanym stanie. Na dziedzińcu pokrzywiony kosz do gry w koszykówkę, bez siatki pod obręczą. Otworzyłem bramę i wszedłem na dziedziniec. Zrobiłem kilka kroków po asfaltowej drodze. Słońce właśnie zaczęło zachodzić, tak że aureola jego promieni osiadła na dachu starego budynku. Rozchodziły się stamtąd smutno i w pewien sposób mrocznie, ponieważ niczego nie oświetlały, a tylko potęgowały nieludzką samotność tego miejsca. Serce mi się ścisnęło: miałem wejść do tej szkoły, zimnej jak kostnica, miałem iść z dziennikiem pod pachą jej korytarzami pomalowanymi na ciemnozielono, miałem się wspiąć na piętro i wejść do jakiejś nieznanej klasy, w której czekało na mnie trzydzieścioro obcych dzieci, bardziej obcych, niż gdyby to były stworzenia innego gatunku. Może właśnie w tamtej chwili czekały na mnie, milczące, w ławkach z drewnianymi piórnikami i zeszytami w niebieskich okładkach. Na tę myśl włos mi się zjeżył na ramionach i niemal wybiegłem na ulicę. „Nie zamierzam być nauczycielem przez całe życie” – powtarzałem sobie, podczas gdy tramwaj wiózł mnie z powrotem do białego świata, zostawiając w tyle przystanki, domy się zagęszczały, a ludzie ponownie zasiedlali ziemię. „Najwyżej rok, dopóki nie przyjmą mnie do jakiejś redakcji, do jakiegoś pisma literackiego”. I przez pierwsze trzy lata nauczania w szkole nr 86 rzeczywiście nie robiłem nic innego, jak tylko karmiłem tę iluzję, niczym matka, która karmi dziecko swym mlekiem jeszcze długo po tym, jak powinna była odstawić je od piersi. Moja iluzja stała się tak wielka jak ja i dalej nie mogłem się powstrzymać – w pewnym sensie nadal nie mogę – by nie obnażyć torsu, chociaż od czasu do czasu, i nie pozwolić jej pożreć mnie z kanibalistyczną rozkoszą. Minęły lata stażu. Upłynie jeszcze jakieś czterdzieści lat i wtedy odejdę stąd na emeryturę. Ostatecznie na razie nie było tak źle. Miałem długie okresy bez wszy. Nie, jeśli się dobrze zastanowić, w tej szkole nie było źle, a to, co było, może wyszło na dobre.3

Niekiedy tracę kontrolę nad rękami od łokci w dół. Nie obawiam się, czasami powiedziałbym nawet, że mi się to podoba. Zdarza się to niespodziewanie, na szczęście tylko wtedy, gdy jestem sam. Piszę coś, poprawiam prace albo piję kawę lub obcinam paznokcie chińskim obcinaczem i nagle czuję, że moje dłonie stają się bardzo lekkie, jakby zostały napełnione lotnym gazem. Unoszą się, radośnie podciągają do góry ramiona, lewitują wesołe w gęstej, ciemnopołyskliwej atmosferze pomieszczenia. Też się wtedy rozweselam i patrzę na nie tak, jakbym widział je po raz pierwszy: długie, delikatne, drobnokościste, z kilkoma czarnymi włoskami na paliczkach palców. Zaczynają na moich oczarowanych oczach samodzielnie gestykulować, elegancko i dziwacznie, opowiadając historie, które zrozumieliby może głusi. Moje palce poruszają się wtedy precyzyjnie i bezbłędnie w seriach niezrozumiałych znaków, te z prawej ręki zadają pytania, lewa ręka odpowiada, palec serdeczny i kciuk zamykają się, tworząc kółko, małe palce coś przeglądają, stawy obracają się energicznie ze zwinnością dyrygenta. Powinienem wariować ze strachu, ponieważ ktoś inny w moim umyśle wydaje rozkazy dotyczące tych wyraźnie określonych ruchów, pragnących desperacko rozszyfrowania, a mimo to rzadko czuję się szczęśliwszy. Patrzę na swoje ręce jak dziecko przyprowadzone do teatru lalek, które nie rozumie, co się dzieje na maleńkiej scenie, ale fascynuje go wzburzenie drewnianych istot z włosami z nici i sukienkami z kreponu. Autonomiczne ożywienie moich rąk (dzięki Bogu, że nie podczas lekcji ani na ulicy) po kilku minutach się uspokaja, gesty powolnieją, zaczynają przypominać mudry indyjskich tancerzy, potem ustają i jeszcze przez jakieś dwie, trzy minuty mogę cieszyć się fascynującym uczuciem, że moje ręce są lżejsze od powietrza, jakby tata zamiast balonów napełnił przez rurkę gazem dwie gumowe rękawiczki, które teraz zastępują mi dłonie. I jak tu nie żałować, gdy moje prawdziwe ręce, brutalne, ciężkie, organiczne, poobcierane, z bruzdami mięśni, ze szklistą bielą ścięgien i z nabrzmiałymi krwią żyłami, ponownie wsuwają się w rękawiczki ze skóry z paznokciami na końcach i nagle, ku mojemu zdumieniu, znów mogę poruszać palcami tak, jak chcę, jakbym mógł tylko dzięki koncentracji złamać gałązkę ustawionego na parapecie fikusa lub przyciągnąć do siebie, bez dotykania, kubek kawy.

Dopiero później pojawia się strach, dopiero gdy ta feeria (która zdarza się średnio raz na dwa, trzy miesiące) staje się pewnego rodzaju wspomnieniem, zaczynam zapytywać samego siebie, czy można, wśród tylu innych anomalii mojego życia – bo o tym tutaj mowa – w tej feerycznej niezależności moich rąk upatrywać kolejnego dowodu na to, że… wszystko dzieje się we śnie, że całe moje życie jest oniryczne albo jest czymś smutniejszym, cięższym, bardziej szalonym, a jednak prawdziwszym niż dowolna opowieść, jaką można by kiedykolwiek wymyślić. Rozweselająco-przerażający balet moich rąk, zawsze tylko tutaj, w moim domu w kształcie parowca przy ulicy Maica Domnului, jest jednym z najmniejszych, najbardziej nieistotnych (bo ostatecznie łagodnych) powodów, dla których piszę te strony, tylko dla siebie, w niewiarygodnej samotności mojego życia. Gdybym chciał tworzyć literaturę, zrobiłbym to dziesięć lat temu. Mam na myśli, gdybym naprawdę tego chciał, bez świadomego wysiłku, jak wtedy, gdy chcesz, by twoja prawa noga zrobiła krok i ona to robi. Nie musisz mówić: „Rozkazuję ci zrobić krok”, nie musisz się nawet zastanawiać, wskutek jakiego skomplikowanego procesu twoje pragnienie przemienia się w działanie. Musisz tylko wierzyć, mieć wiarę jak ziarnko gorczycy. Jeśli jesteś pisarzem, pisz. Książki przychodzą same, choć nie wiesz, co musisz dla nich zrobić, jak działa twój dar, tak jak w przypadku matki, stworzonej do rodzenia, która rzeczywiście rodzi dziecko ukształtowane w jej łonie, choć jej umysł nie brał udziału w tym skomplikowanym origami z jej ciała. Gdybym był pisarzem, pisałbym fikcję, miałbym już na koncie dziesięć lub piętnaście powieści bez większego wysiłku niż ten, który czynię, by wyprodukować insulinę lub by codziennie transportować pokarm pomiędzy dwoma otworami mojego układu trawiennego. Ja jednak, wtedy, dawno temu, kiedy moje życie mogło jeszcze wybierać pomiędzy nieskończenie wieloma kierunkami, kazałem swojemu umysłowi stworzyć fikcję i nic się nie wydarzyło, tak jak na próżno patrzę na mój palec i krzyczę: „Rusz się!”.

W wieku dorastania chciałem tworzyć literaturę. Do dziś nie wiem, czy zaprzepaściłem tę drogę dlatego, że nie byłem tak naprawdę pisarzem, czy z powodu zwykłego pecha. W liceum pisałem wiersze, mam jeszcze gdzieś kilka zeszytów, a pewne sny przekułem na prozę – duży kajet studencki w twardej oprawie, pełen opowieści. To nie czas, bym się tu teraz o tym rozpisywał. Potem jeździłem na olimpiady z języka rumuńskiego, które odbywały się w deszczowe niedziele w nieznanych liceach. Byłem wtedy delirycznym chłopakiem, niemal schizofrenikiem, który spędzał przerwy na szkolnym podwórku, siedząc na brzegu bieżni do skoku w dal i czytając na głos wiersze z postrzępionych książek. Dla ludzi byłem przezroczysty, nie słuchali mnie, kiedy mówiłem, stanowiłem element dekoracyjny, mało udany, w ogromnym i chaotycznym świecie. Jako że chciałem zostać pisarzem, postanowiłem zdawać na filologię. Dostałem się bez problemu latem 1975 roku. W tamtym czasie moja samotność była totalna. Mieszkałem z rodzicami przy Alei Ştefan cel Mare. Czytałem po osiem godzin dziennie, przewracając się z boku na bok w łóżku pod wilgotną od potu pościelą. Strony książki przybierały stale zmieniające się kolory bukareszteńskiego nieba, od złotawej barwy letnich popołudni po przytłaczający, ciemny róż śnieżnych wieczorów w samym środku zimy. Nie zauważałem, kiedy robiło się zupełnie ciemno. Mama zastawała mnie nad lekturą w tonącym w mroku pokoju, gdy strona i litera miały praktycznie ten sam kolor i już nawet nie czytałem, lecz śniłem, że dalej śledzę daną historię, zniekształcając ją zgodnie z prawidłami snu. Wtedy przytomniałem, przeciągałem się, wstawałem z łóżka – w ciągu dnia robiłem to tylko wówczas, gdy szedłem do toalety – i niezmiennie podchodziłem do dużego okna mojego pokoju, skąd widać było rozciągający się pod fantastycznymi chmurami cały Bukareszt. Tysiące świateł świeciło w odległych domach, w pobliskich willach widziałem ludzi poruszających się jak leniwe ryby w akwariach, dużo dalej zapalały się i gasły kolorowe neony reklamowe. Ale tym, co mnie fascynowało, było ogromne niebo ponad miastem, kopuła wyższa i bardziej urzekająca niż kopuła jakiejkolwiek katedry. Nawet chmury nie mogły dosięgnąć jej wierzchołka. Przyklejałem czoło do zimnej, elastycznej szyby i stałem tak, nastolatek w podartej pod pachami piżamie, dopóki mama nie zawołała mnie na kolację. Potem wracałem do nory mojej samotności, głęboko pod ziemią, aby kontynuować czytanie, przy zapalonym świetle i z drugim, identycznym pokojem, w lustrze okna, dopóki nie ogarnęło mnie zmęczenie.

W ciągu dnia wychodziłem na spacery w upalne lato, które nie miało końca. Najpierw szukałem moich dwóch, trzech przyjaciół, których nigdy nie zastawałem w domu. Potem włóczyłem się po zupełnie nieznanych mi ulicach, trafiałem do dzielnic, o których istnieniu nawet nie wiedziałem, gubiłem się między dziwnymi domami niczym bunkry z innej planety. Stare różowe domy kupieckie z fasadami kipiącymi od stiukowych aniołków, teraz nieszczęśnie wyszczerbionych. Na ulicach osłoniętych koronami wiekowych platanów nie było żywej duszy. Wchodziłem do starych domów, przemierzałem pokoje pełne kiczowatych mebli, wspinałem się na piętro po dziwacznych zewnętrznych schodach, odkrywałem przestronne puste sale, w których moje kroki rozbrzmiewały nieprzyzwoicie głośno. Schodziłem do oświetlonych elektrycznym światłem piwnic, otwierałem drzwi ze spróchniałego drewna i docierałem do pachnących ziemią korytarzy, z cienkimi rurami gazowymi wzdłuż ścian. Na rurach oblepionych śluzową pianą poczwarki chrząszczy pulsowały wolniutko, co było znakiem, że pod ich skorupą formują się skrzydła. Wychodziłem przez piwnice innych domów, piąłem się po innych schodach, wchodziłem do innych pustych pomieszczeń. Trafiałem niekiedy do bardzo znajomych domów, bo mieszkałem kiedyś w ich pokojach, spałem w ich łóżkach. Jako dziecko skradzione przez nomadów i odnalezione po latach wyobcowania szedłem prosto do serwantek i znajdowałem w nich srebrne pięćdziesiąt lei, monetę, którą włożono mi do wanny podczas pierwszej kąpieli – teraz tak poczerniałą, że trudno było dostrzec rysy króla na awersie – woreczek z kosmykiem włosów ściętych, gdy ukończyłem roczek i z metalowej tacy wybrałem, tak mówiono, ołówek, albo moje biedne mleczaki, pełny komplet, o którym już tutaj pisałem. Włócząc się każdego dnia tamtego lata 1975 roku po ulicach i domach upalnego miasta, zdołałem poznać je dobrze, odkryć jego tajemnice i nikczemności, chlubne i niewinne strony. Bukareszt, jak zrozumiałem wtedy, w wieku dziewiętnastu lat, kiedy już przeczytałem wszystko, nie był jak inne miasta, które rozwijały się z biegiem czasu, zamieniając stare chaty i magazyny na wielkie kondominia, zastępując tramwaje konne elektrycznymi. Pojawił się nagle, już zrujnowany, pokruszony, z odpadającym tynkiem i wyszczerbionymi nosami gorgon ze stiuku, z melancholijnymi zwojami przewodów elektrycznych nad ulicami, z bajecznie zróżnicowaną architekturą przemysłową. Od samego początku chciano zaprojektować miasto bardziej ludzkie, bardziej emocjonalne niż betonowo-szklana Brasília. Genialny architekt zaprojektował krzywe uliczki, odsłonięte kanały, chylące się na bok i zarośnięte zielskiem wille, domy o zawalonych przednich ścianach, niepraktyczne szkoły, siedmiopiętrowe sklepy, koślawe i upiorne. Ale przede wszystkim Bukareszt został pomyślany jako ogromne muzeum pod gołym niebem, muzeum melancholii i ruin wszelkich rzeczy.

To było miasto, które widziałem z mojego okna przy Alei Ştefan cel Mare i które, gdybym zdołał zostać pisarzem, opisywałbym w nieskończoność, przenosiłbym je ze strony na stronę i z książki do książki, wyludnione, ale wypełnione mną, jak sieć korytarzy w skórze jakiegoś boga zamieszkana przez jednego tylko mikroskopijnego, przezroczystego świerzbowca, z włoskami na końcach paskudnych kikutów.

Jesienią wzięli mnie do wojska i w ciągu dziewięciu miesięcy wybili mi z głowy wiersze i literackie fumy. Potrafię rozłożyć i złożyć zmodernizowany automat Kałasznikowa. Wiem, jak okopcić muszkę dymem z płonącej końcówki szczoteczki do zębów, by nie lśniła w słońcu na strzelnicy. Zimą, przy dwudziestostopniowym mrozie, wsadzałem jeden po drugim dwadzieścia naboi do magazynku, zanim rozpocząłem wartę, by w zamieci i na pustkowiu chronić odległy róg jednostki wojskowej od trzeciej do szóstej rano. Czołgałem się kilometr w błocie z maską gazową na twarzy i trzydziestokilogramowym plecakiem na grzbiecie. Wdychałem i wydychałem komary, których było pięć lub sześć na każdy centymetr sześcienny powietrza sypialni. Myłem kible i szorowałem podłogę szczoteczką do zębów. Połamałem sobie zęby na wojskowych biszkoptach i jadłem z menażki całe ziemniaki ze skórką. Bieliłem wapnem drzewa w jednostce. Pobiłem się z kolegą o puszkę konserwy rybnej. Inny kolega był gotów dźgnąć mnie bagnetem. Nie przeczytałem żadnej książki, właściwie żadnej litery, przez dziewięć miesięcy. Nie napisałem i nie dostałem żadnego listu. Tylko mama odwiedzała mnie raz na dwa tygodnie i za każdym razem przynosiła paczkę z jedzeniem. Wojsko nie uczyniło ze mnie mężczyzny, ale zdziesięciokrotniło moją introwersję i samotność. Do dziś nie mogę się nadziwić, że to przeżyłem.

Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem po „wyjściu na wolność” następnego lata, było napełnienie wanny gorącą wodą, białą jak kryształ. Pozwoliłem, by wzniosła się ponad rozetę bezpieczeństwa, aby wypełniła porcelanową wannę po brzegi, wyginając się lekko ponad nią. Wszedłem nagi do wody; trochę wylało się na podłogę łazienki. Nic mnie to nie obchodziło, musiałem zmyć z siebie brud tych dziewięciu miesięcy służby wojskowej, jedynego martwego czasu, niczym martwa kość, mojego życia. Całkowicie zanurzyłem się w błogiej substancji, zatykając palcami nozdrza i pozwalając głowie opaść głęboko, aż dotknąłem czubkiem emaliowanego dna. Leżałem tak, wyciągnięty na dnie wanny, szczupły nastolatek z żebrami przebijającymi patetycznie przez skórę i z szeroko otwartymi oczami, oglądając kilometry w górze grę świateł na powierzchni wody. Leżałem tak godzinami, nie czując potrzeby oddychania, aż oddzieliła się ode mnie i zaczęła tworzyć miękkie fałdy ciemna skóra. Mam ją do dziś, na wieszaku, w szafie. Wygląda jak cienka guma, a w jej fakturze są wyraźnie widoczne rysy mojej twarzy, sutki na klatce piersiowej, moje pomarszczone od wody organy, nawet ślady opuszków palców. To skóra z brudu, z zaschniętego i stwardniałego brudu, szara jak plastelina po zmieszaniu wszystkich kolorów: brud dziewięciu miesięcy służby wojskowej, które omal mnie nie zabiły.KONTAKT:

[email protected]

Z prozy współczesnej w ArtRage do tej pory ukazały się:

- Verena Kessler _Duchy z miasteczka Demmin_ w tłumaczeniu Małgorzaty Gralińskiej
- Victoria Kielland _Moi mężczyźni_ w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej
- Nona Fernández _Strefa mroku_ w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej
- Aleksandra Pakieła _Oto ciało moje_
- Margaryta Jakowenko _Przemieszczenie_ w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej
- Charles Yu _Ucieczka z Chinatown_ w tłumaczeniu Agi Zano
- Andrea Abreu _Ośli brzuch_ w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej
- Linn Strømsborg _Nigdy, nigdy, nigdy_ w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej
- Mohamed Mbougar Sarr _Bractwo_ w tłumaczeniu Jacka Giszczaka
- Claudia Salazar Jiménez _Krew o świcie_ w tłumaczeniu Tomasza Pindla
- Jessica Au _Mógłby spaść śnieg_ w tłumaczeniu Agi Zano
- Kjersti Anfinnsen _Chwile wieczności_ w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej
- Jonas Eika _Po słońcu_ w tłumaczeniu Macieja Bobuli
- Aleksandra Tarnowska _Wniebogłos_
- Nick Cave _Gdy oślica ujrzała anioła_ w tłumaczeniu Jerzego Łozińskiego
- Sebastian Barry _Tysiąc księżyców_ w tłumaczeniu Krzysztofa Cieślika
- Adda Djørup _Kot Bułhakowa_ w tłumaczeniu Zuzanny Zywert
- Michał Michalski _Gruby_
- Linn Strømsborg _Kurwa, kurwa, kurwa_ w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej
- Santiago Roncagliolo _Noc szpilek_ w tłumaczeniu Tomasza Pindla
- Cristina Morales _Lektura uproszczona_ w tłumaczeniu Katarzyny Okrasko i Agaty Ostrowskiej
- Sebastian Barry _Po stronie Kanaanu_ w tłumaczeniu Katarzyny Makaruk
- Merethe Lindstrøm _Dni w historii ciszy_ w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej
- Marta Hermanowicz _Koniec_
- Aki Ollikainen _Sielanka_ w tłumaczeniu Justyny Polanowskiej
- Chiang-Sheng Kuo _Stroiciel fortepianów_ w tłumaczeniu Katarzyny Sarek
- Jarek Skurzyński _Zły syn_
- Sebastian Barry _Czas starego Boga_ w tłumaczeniu Agi Zano
- Arturo Pérez-Reverte _Szachownica flamandzka_ w tłumaczeniu Filipa Łobodzińskiego
- Michał Trusewicz _Plemię_
- Oliver Lovrenski _Jak byliśmy młodsi_ w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej
- Juan Cárdenas _Diabeł z prowincji_ w tłumaczeniu Katarzyny Okrasko
- Maren Uthaug _11%_ w tłumaczeniu Joanny Cymbrykiewicz
- Brenda Navarro _Prochy w ustach_ w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej
- Karina Sawaryna _Wynik negatywny_ w tłumaczeniu Katarzyny Fiszer
- Arturo Pérez-Reverte _Ostatnia zagadka_ w tłumaczeniu Katarzyny Okrasko
- Sebastian Barry _Tak daleko od domu_ w tłumaczeniu Tomasza S. Gałązki
- Louise Erdrich _Rzeka Czerwona_ w tłumaczeniu Agnieszki Walulik
- John Darnielle _Wilk w białej furgonetce_ w tłumaczeniu Agi Zano
- Sebastian Barry _Tymczasowy dżentelmen_ w tłumaczeniu Agnieszki Walulik
- Mia Couto _Lunatyczna kraina_ w tłumaczeniu Michała Lipszyca
- Brenda Navarro _Puste domy_ w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij