Sorge - ebook
Nowa i niezwykle osobista powieść jednej z najbardziej utalentowanych autorek młodego pokolenia. Sorge to książka o stracie i żałobie, zarówno po zmarłych, jak i żywych.
Akcja dzieje się we wczesnych latach dwutysięcznych w małej miejscowości Sorge na Lubelszczyźnie. Główna bohaterka rozpoczyna pracę w szkole podstawowej. Jej ojciec otrzymuje zlecenie odnowienia starego dworku, który należał do rodziny Czyżewskich – wymordowanej przez Niemców w trakcie drugiej wojny światowej. Pod koniec roku szkolnego dochodzi do tragedii – podczas wyjazdu na wycieczkę do Niemiec w wypadku giną wszyscy uczniowie szóstej klasy szkoły w Sorge. Nauczycielka zostaje naznaczona przez lokalną społeczność jako ta, która przeżyła. Zjawisko utraty całego pokolenia dzieci i brutalną śmierć członków rodu Czyżewskich łączy coraz więcej podobieństw…
| Kategoria: | Literatura piękna |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-280-6847-6 |
| Rozmiar pliku: | 2,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Mówi dziewczyna: nie lubię swojego imienia. Nie lubię ani jego brzmienia, ani jego zapisu. Tak naprawdę używam go bardzo rzadko, głównie w sprawach urzędowych. W sprawach ostatecznych używa go mój ojciec. Nie lubię swojego imienia, bo nie sądzę, żeby do końca było moje. Wiem, że rodzice mieli wybrane dwa i zdecydowali się na jedno, zwycięskie. Drugie wyryli na grobie. Grób jest mały i szary, leży pośród innych małych grobów w alejce pod modrzewiami. Srają na niego ptaki, a z drzew sypie się igliwie. Trudno pozbyć się guana z granitu, ale mam już opracowany sposób, żeby zrobić to najszybciej. Nie lubię cmentarzy na równi ze swoim imieniem.
Poczęłam się jako jedna z dwóch, urodziłam już sama. W mieście nad Wisłą, położonym na siedmiu wzgórzach. Ważyłam ponad cztery kilogramy i podobno rozdarłam moją matkę od środka. Później darłam się głośno w sali dla noworodków i pośród innych wyglądałam jak miesięczne niemowlę. Dziesięć w skali Apgar. Ale nie moje, kradzione. Urodziłam się w roku, w którym w Polsce skończył się komunizm, a ojców nie wpuszczano na sale porodowe. Mój ojciec nie zemdlał, kiedy pierwszy raz mnie zobaczył. Miałam długie, ciemne włosy. Wytarły się, zanim zaczęłam siadać.
Mieszkam w miasteczku o nazwie Boża Wola, które kiedyś było wsią, ale wszyscy wolą korzystać z dawnego niemieckiego przezwiska – Sorge oznacza troskę albo zmartwienie, a ludzie w Bożej Woli zarówno są troskliwi, jak i martwią się na zapas. Wyjechałam na studia do większego miasta, ale wróciła m z pierwszym tylko stopniem, co może być uznane za porażkę, ale co ludzie z większych miast mogą wiedzieć o porażkach. Jestem germanistką, połową germanistki. Znam dwa języki, moje życie jest podwójne, za mnie i za siostrę. Uczyłam w szkole, ale krótko.
Oprócz siostry mam na sumieniu dwanaścioro innych dzieci. Doskonale pamiętam ich imiona i oceny. Pamiętam również silne mdłości i ucisk na pęcherz tej nocy, gdy autobus zatrzymał się w zakazanym miejscu. Miałam rozwiązane sznurowadła. Nikomu o tym nie powiedziałam. Nawet babci Adeli, choć babci Adeli można zdradzić teraz wiele sekretów. I to po kilka razy, za każdym razem na świeżo. Wtedy posiwiały mi włosy, niewiele, kosmyk, wystarczy odpowiednio zaczesać, żeby nikt nie zauważył.
Kocham swojego ojca.
Mówi Tula: Marianka od dziecka miała problem z wymową, dlatego na początku nazywała mnie imieniem, które sama wymyśliła na podstawie tego, co słyszała. Nagromadzenie wyrazów w moim otoczeniu złożyło się w Tulę. Teraz nie chcę, żeby ktokolwiek mi Tulę odbierał, ani urzędy, ani biurokracja, ani ludzie w tym troskliwym, zmartwionym miasteczku Sorge. Tula. I tyle. Wszędzie czuć tu zmarłych pod stopami. Gdy linią kolejową toczy się pociąg, ziemia trzęsie się od ich ruchów.
W pokoju Marianki przy lince do rolet wisi różowy flaming. Marianka kochała flamingi, dlatego również zgodziłam się na pokraczną, ptasią rzeźbę w ogrodowej fontannie, różowe uosobienie kiczu na jednej nodze. Później tę rzeźbę zniszczyłam, jakoś w dzień pogrzebów. W Sorge mamy dużo pogrzebów, a mało urodzeń. Przyszłam na świat w innym miejscu, daleko od linii kolejowej, do Bożej Woli przyjechałam za mężem, zostawiłam duże miasto uniwersyteckie i konkursy piękności na szczeblu wojewódzkim. Mąż otworzył specjalnie dla mnie cukiernię, żebym się nie nudziła. Teraz w cukierni nudzą się pająki i wołki zbożowe.
Nie lubię dużo mówić. Oduczyłam się też krzyczeć na głos. Różnie, albo zaplatam poduszkę wokół głowy i krzyczę w pierze, albo wychodzę do dworku. Staję w niepilnowanej ruinie, w pokoju, który był kiedyś porodówką, i krzyczę na cały głos. Tutaj nikt nie usłyszy, a jak usłyszy, to i tak pomyśli, że to duchy wyłażą z piwnic, z pokojów i schowków na miotły.
Mój mąż chce otworzyć dom weselny. W Sorge mamy dużo pogrzebów, mało urodzeń i żadnych ślubów.
Mówi Adela: Adela, córka Ireny i Tadeusza, wnuczka Józefa, który był karbowym w dworku Czyżewskich. Urodzona w Krakowie na długo po pierwszej wojnie, u samego progu tej drugiej. Mam sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu i wciąż rosnę w dół. Lubię nosić niebieskie fartuchy i chować siwe włosy pod wzorzyste chustki. Mieszkam w Sorge, z dziewczyną i jej ojcem, w domu z ogrodem i sadem. Śliwki rodzą się małe i sparszywiałe. Znam na pamięć wszystkie ścieżki w miasteczku, sama je wydeptywałam. W nocy słyszę, jak turkocze pociąg na torach.
Jako bardzo mała dziewczynka widziałam trupy u Czyżewskich, bo poszłam za dziadkiem Józefem do dworku zaraz po nocy kupały. Dziadek Józef o tym nie wiedział. Gdyby wiedział, stłukłby mnie powrozem na goły tyłek. Przed dworkiem był gazon, wielki okrągły kawałek trawnika; z drogą podjazdową wokół. Doktor Wierzbanowski posadził topolę, na samym środku. A doktorów Wierzbanowskich było dwóch, wybrałam starszego. Były lata siedemdziesiąte, po Czyżewskich został zbrojony grób w parku, jakby wszyscy nie mogli się zmieścić w rodowym mauzoleum na cmentarzu, a w dworku zrobiono przychodnię. Całowałam się z doktorem Wierzbanowskim za topolą tak, żeby mój mąż nie widział. Darły się dzieci z porodówki.
Jestem stara. Wyglądam jak patyczak, poruszam się jak patyczak na wyścigach. Zachodziłam wielokrotnie w ciążę, ale w pokoju na poddaszu urodziłam jedyną córkę, a jedyna córka jedyną wnuczkę, już nie w dworku, a w mieście na siedmiu wzgórzach. Przekazujemy sobie życie tylko po linii żeńskiej, niepowtarzalnie. Moja córka wyjechała i nie wróci, wnuczka wyjechała i wróciła. Pochowałam i męża, i kochanka.
Adela, córka Ireny i Tadeusza, wnuczka Józefa, urodzona w Krakowie, zamieszkała w Sorge, w domu z ogrodem i sadem. Powtarzam sobie najważniejsze informacje, które robią ze mnie Adelę.
Przestanę w dniu, w którym zapomnę imię własnej córki.1. Wszystko, na raz
Mariance chwiał się ząb, dziewczyna trzymała w ręku bilet, Adeli zepsuł się mikser.
Był dzień sąsiadujący z najkrótszą w roku nocą, czerwiec, jeden z tych czerwców bardzo gorących, gdy można już pakować się na wakacje nad morze. Dzień wcześniej skończył się rok szkolny, a po weekendzie bezczasu zaczną się wakacje. Zamknięto już sesje na uczelniach, obrony prac licencjackich i magisterskich trwały w najlepsze. Na wsi rosła pierwsza trawa do skoszenia na siano, ziemniaki miały pokaźne krzaki, na liście wspinała się stonka. W mieście zmieniał się rozkład jazdy tramwajów, otwierano sezonowe budki z lodami, w parkach służba zieleni kosiła trawniki pod piknikowe koce. Rok temu tego czerwcowego dnia zacinał deszcz, rok później będzie tak samo. Taki sobotni upał już nigdy się nie powtórzy.
Mariance chwiał się ząb, otworzyła szeroko buzię i palcem wskazała Tuli na czwórkę. Patrz, mamo, chodzi na lewo i prawo, nie boli, tylko tak nieprzyjemnie czuć językiem to miejsce, język wślizguje się pod. Tula kucnęła przy córce, w ręku trzymała otwarty portfel, bo zbliżała się ich kolej do kasy, ale zgodnie zajrzała do buzi córki i owszem, zobaczyła ząb, biały, mleczny, jeden z ostatnich, jaki zastąpią stałe. Włożyła palce do ust Marianki, objęła czwórkę i delikatnie zakołysała nią w dziąśle. Jeszcze dzień, dwa, wypadnie, poczekajmy, aż wrócimy do domu, pokażemy tacie, może tata rozwinie nitkę i pociągnie, nie chcesz chyba stracić zęba na wycieczce.
Marianka nie chciała stracić zęba na wycieczce. Myślała o tym, że w domu, w biurku ma pudełko po ozdobach cukierniczych, w którym trzymała wszystkie te, jakie zdołała do tej pory zachować. Dwa kły, trzy jedynki, cztery trzonowce, każdy ze swoją historią. Ten, co rozchwiał się w zoo, będzie ostatni. Również Mariance nigdy nie wypadnie już ząb stały, do śmierci zachowa wszystkie na swoich miejscach.
Tula nachyliła się do kobiety w kasie i poprosiła o dwa bilety, ulgowy i normalny. Kasjerka szybko wydrukowała co trzeba i pomyliła się przy wydawaniu reszty. Była zmęczona, bo w sobotę w zoo kolejki rodzin z dziećmi nie kończyły się prawie nigdy, ledwie minęła dwunasta, a już pojawił się problem z rozładowaniem tłumu. Na dodatek był czerwiec, w kanciapie z kasą fiskalną i pieniędzmi nikt specjalnie nie dbał o klimatyzację.
Dziewczyna trzymała w ręku bilet. To jeden z ostatnich momentów, gdy mogła skorzystać ze zniżki studenckiej, i jeden z ostatnich momentów, gdy pozwoliła sobie na beztroską chwilę w mieście. Oprócz biletu do zoo miała w kieszeni bilet do domu, a bilety do domu po obronach są biletami w jedną stronę. Stała koło mapy zoo, jakby chciała zaplanować spacer, ale zamiast na ścieżki patrzyła za siebie. W kolejce kupujących dostrzegła kobietę, którą znała z miasteczka. To rzadkie spotkanie, szczególnie w taki dzień, w tak wielkim mieście. Kobieta była właścicielką różowej cukierni z flamingiem w szyldzie, trzymała za rękę córkę.
Dziewczyna przyglądała się im przez chwilę, ale straciła zainteresowanie. Do zoo wlewały się kolejne grupy ludzi, mniejsze, większe, a wszystkie głośne. Zaraz przy wejściu tłum zawsze kłębił się, wrzał i wiercił. Stała tu w końcu budka z pamiątkami, dziewczyna zastanawiała się, czy nie kupić ojcu magnesu na lodówkę, ale lodówka należała bardziej do Adeli niż ojca. Trzynaście lat temu stali w tym samym miejscu, oboje, dziewczyna trzymała ojca za rękę i pokazywała na pluszowego słonia, ale na pokazywaniu się skończyło. Ojciec powiedział, że lepiej popatrzyć na prawdziwe zwierzę, niż wozić do domu kolejne miśki. Dziewczyna nie zaprotestowała, tylko dała się prowadzić za ojcem. Teraz musiała prowadzić się sama, więc poszła prosto przed siebie, alejką do wybiegu niedźwiedzi.
Myślała, że za parę godzin znajdzie się w zatłoczonym autobusie do Sorge, razem z walizkami i całym dobytkiem, jaki zebrała na studiach. Przywiezie ze sobą dyplom, któremu trzy tygodnie później przyglądał się będzie dyrektor zespołu szkół, z braku lepszej kandydatki zatrudni dziewczynę na stanowisko jedynej germanistki. Wcześniej papierem będą zachwycać się Adela i ojciec.
Adeli zepsuł się mikser. Mikser był stary i niemiecki, kupili go dobrych parę lat temu w miasteczku, gdy w miasteczku utrzymywał się jeszcze sklep z akcesoriami do gospodarstwa domowego, ale wraz z wkroczeniem na rynek sieci handlowych padł nad wyraz szybko. W piątek wieczorem Adela wbiła do miski pięć wielkich jaj i zaczęła ucierać je z cukrem. Zajęła całą kuchnię, rozłożyła utensylia do pieczenia i nie wpuszczała ojca dziewczyny nawet po herbatę, oboje mieli własne przestrzenie, ona kuchnię, on warsztat. Adela ucierała jajka, ojciec dziewczyny przewijał silnik.
Jajka kupiła u Praratów, którzy mieszkali koło nowej przychodni, skąd najbliżej było do dworku Czyżewskich, parku i robaków w trawie. Jako jedyni hodowali jeszcze tyle kur, że starczało zarówno dla rodziny, jak i na sprzedaż. Całe Sorge chadzało do nich z pustymi wytłaczankami, parę lat temu Adela dołączyła do ogonka, gdy jej własne ostatnie kury odmówiły współpracy i skończyły z poderżniętymi gardłami, zakopane w ogrodzie, bo twarde, stare mięso nie nadawało się na żaden wywar.
Mikser ucierał jajka w swoim tempie, trzeszczał jak zwykle, aż stanął, a razem z nim poszły korki, pogasły światła, czknął telewizor w sypialnym i zrobiło się szaro od zmierzchu. Adela niemal widziała, jak ojciec dziewczyny podniósł głowę do żarówki w warsztacie, odłożył narzędzia, wyszedł na podwórko, przeszedł chodnikiem do drzwi domu i w korytarzu zapytał, co się stało. Adela odpowiedziała, że przecież piecze ciasto dla dziewczyny, ale za cholerę nie może sobie przypomnieć jakie.
Tula w zoo nie za bardzo mogła skupić się na chybotliwym zębie Marianki ani na zagrodzie z antylopami, bo myślała o pracy. Zbliżał się sezon weselny i wiedziała, że zamówień na ciasta było sporo, nawet więcej, niż mogła sama przerobić. Studentki, które zatrudniała, nadawały się do pomocy, nie do samodzielnej pracy, a na dokładności jej przecież zawsze zależało. Cukiernia utrzymywała się w małym Sorge tylko dlatego, że Tula zaskarbiła sobie smaki sąsiadów i sąsiednich miasteczek dokładnością właśnie. Ciasta, jakie wychodziły spod jej ręki, zawsze smakowały jak te domowe. Mariankę za to bardziej interesowało jedzenie niż zdobienie i nauka. Wtedy, w zoo, również ciągnęła matkę do małego zoo z kurami i osiołkiem, bo zaraz obok stał punkt gastronomiczny z lodami. Tula myślała również o mężu. Podczas gdy obie szły wolnym spacerem przy ogrodzeniu dla żyraf, Marcinek siedział w banku i dyskutował o potencjalnym kredycie na nową ziemię, bo w ziemię trzeba inwestować. Pojechali do miasta załatwiać potrzebne z pożytecznym.
Żyrafy spacerowały od jednego końca wybiegu do drugiego. Trzy, w tym jedno źrebię, jeszcze wodziło po zwiedzających zainteresowanymi oczami. W ostatniej chwili wyminęło strusie, apatyczne kule pierza z wyłupiastymi oczami na szczycie szyi. Wszystkie musiały tolerować się na jednej przestrzeni. Tula niespecjalnie tolerowała innych na swojej przestrzeni, Marianka była inna, wdała się w ojca z tą łatwością nawiązywania przyjaźni i otwartością. Pierwszy dzień w zerówce przeszła bezproblemowo, sama pocieszała wrzeszczące dzieci, jednym z nich była Tula dwadzieścia lat wcześniej. Może Marianka byłaby dobrą przedszkolanką, pielęgniarką, może opiekunką, pewne pytania zostaną jednak bez odpowiedzi.
Dziewczyna w swoim mniemaniu nie była dobrą opiekunką. Nie umiała zareagować, widząc problematyczne sytuacje stwarzane przez rodziców małego Maciusia. Przeliczała godziny na zarobione złotówki, a zarobione złotówki na czynsz, rachunek za gaz i kartę miejską. Podczas pracy nieraz siadywała na kanapie w gustownie urządzonym salonie i rozkładała własne notatki, a Maciuś intensywnie przechodził bunt trzylatka. Przed powrotem rodziców skrzętnie zbierała porozrzucane zabawki, te zniszczone wyrzucała bez słowa bezpośrednio do kontenera na zewnątrz. Maciusia beształa obojętnym głosem w swoim, dla niego obcym, języku. Pozwalała mu się wyszaleć, nie skorzystała z rady pracodawcy, że jeśli Maciuś dokazuje, to bez problemu można przywiązać go na pasku od spodni do barierki i zamknąć drzwi balkonowe. Tatę Maciusia zamykała tak mama, mamie za to wykręcała uszy jej mama, problemy emocjonalne Maciusia narastały już trzy pokolenia wcześniej. Tata Maciusia skutecznie pracował nad problemami emocjonalnymi dziewczyny.
Dziewczynie zadzwonił telefon w kieszeni. Nie odebrała. Nie chciała rozmawiać z rodzicami pracodawcami, zabrała ostatnią wypłatę, poinformowała o wyprowadzce ze stosownym wyprzedzeniem, zachowała się nad wyraz etycznie, szczególnie biorąc pod uwagę brak umowy, zarobki pod stołem i nieetyczne właśnie zachowanie taty Maciusia. Czuła, że ów mógł zadzwonić z inną propozycją, tylko dla niej, tym razem poza domem i nie na oczach żony. Możliwe, że Maciuś zaczął powtarzać niemieckie słowa, którymi się do niego zwracała. Istotnie, kilka razy tak się zdarzyło, w stosunku do obojga, pas poszedł w ruch, trzaskały drzwi balkonowe, osiedle nowych bloków na najwyższych piętrach milczało.
Dziewczyna skręciła koło małego zoo do słoni. Lubiła patrzeć na słonie.
Adela nie lubiła prosić o pomoc. Żałowała, że zapomniała, gdzie położyła starą makutrę. Stara makutra leżała na strychu w kartonie z kołdrami z piór, a pęknięcie przez środek rosło z każdym rokiem. Za dwa lata, w noc całkowitego zapomnienia Adeli, pęknie na tyle głośno, że i dziewczyna, i ojciec podniosą głowy do sufitu. Teraz ojciec obejrzał mikser z zewnątrz, pociągnął nosem, powąchał spaleniznę i zajął się rozbieraniem sprzętu. Siedział przy kuchennym stole, w rozgardiaszu Adeli, poprzesuwał wiadro z mąką, tortownicę wysmarowaną margaryną, kostki sera, podwinął ceratę. Wygarnął sobie miejsce, położył gazetę, żeby nie poniszczyć drewna, zapalił lampkę i nachylił się głęboko w podbrzusze miksera. Adela grzebała w szafce koło kaflowego pieca i szukała trzepaczki do jajek. Musiała przejrzeć jeszcze kilka szuflad, zanim znalazła co trzeba. Po prostu zapomniała. Najzwyklejsza rzecz na świecie. Już wtedy w jej mózgu odkładały się białe kulki beta-amyloidu.
Tula przyglądała się małym, białym owieczkom. Kręcone kule wełny zbiły się ciasno tak, że nie widać było granic między nimi. Obok matka owca pobekiwała i chętnie wystawiała głowę przez kraty, żeby zgarnąć językiem karmę z rąk dzieci. Karmę wydawała maszyna koło wejścia do minizoo, wystarczyło wrzucić dwa złote, a automat pluł przynętą na dzieci i apatyczne zwierzęta. Marianka przyglądała się owcom, wsunęła nawet dłoń między pręty i pogłaskała biały pysk. Nie bała się, zwierzę też nie, nie cofnęło się jak wcześniej, byle zabrać karmę i hyc, hyc w kąt wybiegu, tylko wystawiało głowę po więcej. Tula zadziwiła się nad wyjątkowością córki, bo inne dzieci, zachęcone tajemniczym porozumieniem Marianki z owcą, też chciały sobie podotykać, a w efekcie wypłoszyły zwierzę razem z małymi prosto do zamkniętej części stajni.
Adela wylała ciasto do tortownicy. Nie podobało się jej, ubite jajka miały konsystencję rzadkiej mazi, a nie pulchnej śmietany, mąka miejscami się zbryliła, a cukier mimo wszystko chrzęścił w zębach, gdy wcześniej próbowała, nabierając kogel-mogel na palec wskazujący. Starała się, wyjdzie jak zwykle. Powinna była zamówić ciasto we Flamingu, ale to już przesada, nigdy nie pozwalała sobie na takie udogodnienia. Pamiętała komunię dziewczyny, przygotowała wszystko sama. Wprawdzie gości sprosili niewielu, posadzili ich w namiocie w ogrodzie, ojciec upił się wtedy ostatni raz do nieprzytomności. Dziewczyna przyniosła od księdza kartkę z przyrzeczeniem, że na stole tylko soki i lemoniady, ale wystarczyło nasączenie spodów tortu spirytusem, żeby obok śledzi wjechała butelka. Potem ojciec zaszył się esperalem, wystarczyło raz, na wysokości lewej łopatki, i nastał spokój.
Patrzyła teraz na ojca, jak przekładał kable w mikserze. Nie był jej synem, a wytrzymali już tyle lat razem, we troje, w murowanym parterowym domu.
Dom wybudowali w latach osiemdziesiątych, zanim jej córka zaszła w ciążę i wkrótce po połogu wyjechała. Na poddaszu wciąż mają niewykończony pokój, zawalony kablami, gniazdkami i chaosem narzędzi. Pod oknem leży młot do wykuwania tuneli w ścianach pod instalacje elektryczne. Wszystko na czarno, ale pieniądze są.
Adela włożyła biszkopt do piekarnika, nastawiła program, usiadła przy stole i patrzyła, jak zakalec rósł wzdłuż i wszerz.
Dziewczyna usiadła na ławce i patrzyła na słonie. W zoo mieszkały trzy sztuki, indyjskie, z wielkimi płachtami uszu. Powinny mieć kilkukrotnie większy wybieg, ale gnieździły się wszystkie na ograniczonej przestrzeni. W warunkach naturalnych słonie przemierzają nawet i osiemdziesiąt kilometrów dziennie, tutaj chodziły od jednego końca ogrodzenia do drugiego albo przystawały i miarowo kręciły trąbami, ten sam rytm, to samo tempo, zachowanie stereotypowe. Taki osobnik dziennie mógł zjeść nawet sto kilogramów pożywienia, dziewczyna zastanawiała się, jak to wyglądało w zoo, czy ktoś liczył masę liści i siana, żeby żaden słoniowy brzuch nie pozostał pusty.
Obok kręciły się dzieci, ustawiały do zdjęć, całe rodziny pozowały przed telefonami przymocowanymi do drążków. Szerokie uśmiechy od ucha do ucha, a słonie tylko przyglądały się temu i zapamiętywały twarze, każdą, jedna po drugiej. Tego, tego, tamtą. Rozpoznawały ludzi, rozpoznawały się w lustrze, rozpoznawały w końcu kości swoich bliskich, porzucone na sawannie. Stado, złożone z trzech osobników, wcale nie było zgrane, niepowiązane krwią, po prostu wrzucone do jednej klatki, wcześniej oderwane od rodziny, bo rodziny słoni rozdziela tylko śmierć albo porwanie. Zaczynały już wspólnie tyć, nabawiać się zapalenia czubków palców, na których stąpały. Za dwa lata jednego z nich trzeba będzie uśpić, bo żadne antybiotyki nie pomogą na martwicę łap. Dwa pozostałe zaczną zbierać trąbami kamienie i rzucać je w płot, aż spali się elektryczny pastuch. Za osiem lat słonie znikną z tego zoo zupełnie, ale dziewczyna już tego nie zobaczy. Teraz zaglądała ciekawie w paszcze wielkich ssaków i obserwowała ich zęby. Wiedziała, że w ciągu życia wyrośnie im sześć całych garniturów.
Rozchwiana czwórka Marianki ciągle dawała o sobie znać. Marianka zmarkotniała, ale przecież mleczaki nie bolały, tylko złośliwie utrudniały życie, kolebiąc się w zębodole z lewa na prawo, udając, że już, zaraz wypadną, a zostawały, trzymały się jeszcze ostatnim wyrostkiem korzenia. Tula widziała, że Mariankę nie cieszyły młode kozy, a czasu do zabicia obie miały jeszcze sporo, więc powoli ruszyły do punktu gastronomicznego.
A w punkcie gastronomicznym było wszystko, o czym dzieci zamarzą. Kolorowe napoje w zakręconych kubkach, powstałe przez zmieszanie cukru, wody i barwników, zakończone palemką lub parasolką i doprawione szczyptą konserwantów. Zapach przepalonego oleju prowadził do budek, w których królowa frytury smażyła mrożoną ziemniaczaną pulpę. Do mikrofali wędrowały przesuszone gofry, szła w ruch bita śmietana w spreju. Ten punkt zborny, wodopój, strefa karmienia przyciągały dzieci, dorosłych i wróble, bezdomne, chętne do zgarnięcia każdego wolnego okruszka, wypchnięte z centrum miasta przez gołębie. Słychać było przepychanki, przeklinania, wymuszenia, szantaże, w końcu negocjacje, a Tula w duchu cieszyła się, że Mariankę ten etap rozwoju jakoś ominął, oszczędził, uczynił dzieckiem idealnym, które przynosiło czerwone paski na świadectwie. Zapomniała już, jak Marianka przechodziła ataki paniki, mając lat cztery, i odmawiała korzystania z toalety, stając za firanką w pokoju gościnnym i załatwiając wszelkie potrzeby prosto w kolorowe majtki.
Stanęły obie w kolejce do budki z lodami, które według reklamy były niesamowicie innowacyjne i dostępne w niewielu miejscach w całym kraju, w sklepie spożywczym w Sorge mieli tylko kolorowe rożki, czterosmakowe izy, apacze na patyku albo śmietankowe kanapki, za to we Flamingu można było sobie kupić gałkę o dowolnym smaku, domowej roboty. Tula niespecjalnie była zachwycona, bo lody wyglądały jak kret do przetykania rur – małe kulki granulatu w różnych smakach, które można mieszać do woli. Wyciągała szyję i zastanawiała się, czy połączyć czekoladę z limonką. Chciała zapytać Marianki, ale Marianka zniknęła.
Cały entuzjazm Adeli zniknął, gdy stała w korytarzu i łyżką wygarniała zakalec z tortownicy. Ciasto siedziało w piekarniku tyle, ile trzeba, po wyjęciu Adela spuściła je na podłogę z wysokości jednego metra, aby pozamykać biszkoptowe pory i uniknąć spłaszczenia, ale na nic. Pod spieczoną skórką kryła się nieścięta masa zwarzonych jajek, grud mąki i przeterminowanego proszku do pieczenia. Nie wyszło, popisowe letnie ciasto lądowało w koszu na śmieci, łyżka po łyżce. Gdyby jeszcze mieli kury, to kury zjadłyby resztki, przetrawiły, przerobiły na kolejne baterie jajek, naturalny recykling, nawet świnie by wystarczyły, ale te czasy już minęły. W nowym domu wprawdzie przewidziano kurnik, ale kurnik powoli zamieniał się w pierdolnik, zniknęły ptaki, ręką Adeli zdekapitowane, pojawiły się resztki płytek, ścinki płyt regipsowych i innych resztek, które przecież jeszcze mogą się przydać. Adela pamiętała obrazki z dzieciństwa, pamiętała, że nic się nie marnowało. Resztki z obiadu zanosiła w pierwszej kolejności psu, potem wlewała do wiadra w parniku, a całość fermentowała w pomyje o gęstej konsystencji. Dziadek Józef ubijał gotowane ziemniaki w drewnianej skrzynce, mieszał z pszeniczną ospą i nosił zwierzętom dwa razy dziennie, zawsze rano, zanim szedł do dworku. Tylko w tamtą noc kupały było inaczej, bo wtedy spił się na umór i przyszedł do pracy spóźniony, co poniekąd uratowało mu życie.
Ojciec dziewczyny naprawił mikser, sprawdzał jeszcze na koniec, czy jego wnętrzności trzeszczą w prawidłowy sposób, przykładał ucho i słuchał, jak obracały się łożyska. Gotowe, naprawione, jak nowe. Odłożył mikser na miejsce, na piecu kaflowym, posprzątał stół, zagarnął gazetę, sprawdził, czy na powierzchni stołu nie zostały żadne nacięcia. Adela widziała w jego ruchach nerwowość. Wiedziała, że bał się powrotu dziewczyny. Równie mocno jak faktu, że mogłaby już nigdy nie wrócić. Potem będzie się zastanawiał, że tak może byłoby lepiej. Sorge bez dziewczyny. Sorge bez matki dziewczyny. Bez Adeli. Bez niego. Bez dworku i topoli na środku gazonu, którą posadził Wierzbanowski.
Dziewczyna mijała topole w części zoo przeznaczonej dla jeleniowatych i ptaków. Wibrował telefon, wibrowały jelita, tata Maciusia nie odpuszczał, ciało nie odpuszczało, dziewczyna nie chciała jeść, dziewczyna szła. Przystanęła na chwilę przy klatce z orłem bielikiem, o czym informowała tablica, bo orła bielika nie było widać nigdzie. Dopiero po chwili dostrzegła go na gałęzi niemal u szczytu woliery. Wpychał głowę pod skrzydło, nie ruszał się, wypchany. Zdechnie w przyszłym sezonie, tym razem wpychając głowę nie pod skrzydło, a w oczy woliery. Wypchają go i dadzą w prezencie właścicielowi oddziału banku, w którym Marcinek negocjował raty kredytu na ziemię. Dziewczyna myślała, że w takich warunkach tylko ryby były szczęśliwe. Otwierała i zamykała buzię, jak pstrągi, które widziała w akwarium. Robiła tak samo w brzuchu matki, synchronicznie z siostrą łykały wody płodowe. Dziewczyna więcej.
Tula kręciła się wkoło zdezorientowana z jedną porcją lodów, za którą nie zapłaciła. Wołała Mariankę, najpierw cicho, głosem normalnym, ale już napiętym, z tą podniesioną nutą, jak suka, której utopiono szczenięta, co jednoznacznie wskazuje, że coś się stało, więc ludzie odwracali głowy, zapanowało poruszenie w kolejce po kreta na słodko, królowa frytury wychyliła się ze swojej budki, inne matki przygarnęły dzieci do nóg, pewne, że nigdy nie pozwoliłyby swojemu zaginąć, a ta nie upilnowała, ta młoda, ładna matka w drogim tiszercie z nadrukiem, która dalej próbuje udawać młodszą, niż jest. Tula łapała przypadkowych ludzi za ramiona i pytała o Mariankę, małą dziewczynkę z rozchwianą czwórką, na pewno ktoś ją widział. W końcu zaczepiła pracownika zoo, pracownik zoo odrzekł, że zajmuje się karmieniem jeleniowatych, a zaginione dzieci to w administracji, bez paniki, nie pierwszyzna, prędzej utknęła w tojtoju, niż pożarło ją dzikie zwierzę. Niech pani idzie, tam zapyta, są procedury na takie okoliczności.
Adela uznała, że dokończy jutro, bez jajek i tak nic z tego nie wyjdzie, mogłaby jeszcze kupić biszkopty gotowe, pokruszyć je i udać, że oto spód do ciasta, ale nie chciała. Zależało jej, żeby było po domowemu, skoro tak mało mają okazji. Dziewczyna przyjeżdżała na święta, zresztą nie zawsze, bo pilnowała innym dzieci, swoich nie mając. Adela liczyła, że dziewczyna zostanie jednak w dużym mieście, nie wróci do Sorge. Liczyła, liczyła, ale się przeliczyła, bo niedługo torami starej linii kolejowej przytoczy się pociąg, a słychać go będzie z daleka i czuć w wibrujących oknach. Pociąg minie Sorge, pojedzie dalej, do stacji, bo Sorge swojej już nie miało. Gdy Adela była dzieckiem, to pociągi stawały niedaleko dworku, przywoziły i odwoziły ludzi, nieraz widziała wielkie dłużyce na wagonach towarowych. Jako dorosła kobieta siadywała na skraju lasu z Wierzbanowskim i gapili się na przejeżdżające pociągi. Lubiła kłaść głowę na rozgrzanej szynie i czuć wibrację metalu. Teraz jej skronie wibrowały bez pomocy maszynisty.
Dziewczyna zapuściła się w rejony zoo bardziej opustoszałe, bo przecież dalekie od punktów gastronomicznych i innych uciech za pieniądze, a wypełnione wszak mało interesującymi gatunkami zwierząt. Bo po lewej stronie miała zagrodę z rudymi krowami, które choć sprowadzone z dalekich kontynentów, wyglądały identycznie jak mućki zza płota. Po prawej ciągnęły się woliery z ptakami, skrytymi w zieleninie, albo woliery były puste, a tablice ze zdjęciami wisiały tylko po to, aby zdenerwować odwiedzających, ewentualnie dzieciom zająć czas. Z daleka słychać było flamingi. Żadnej pandy, żadnego misia koala, ani pół orki, wieloryba czy choćby ośmiornicy.
Tula tłumaczyła kobiecie z administracji, że jej córkę co najmniej porwano, mała Marianka trzymała się ręki i puf, zniknęła, już jej nie ma, zróbcie coś, zaraz, teraz, już. Kobieta z administracji słuchała tego wszystkiego lekko znudzona, bo choć dzisiaj to pierwszy przypadek, zaledwie wczoraj mieli ich trzy, dwa razy winne było stoisko z lodami w granulacie. Uspokajała Tulę, a Tula tylko raz krzykiem zapytała, czy kobieta z administracji byłaby tak opieszała, gdyby chodziło o jej dziecko.
Adela chodziła po kuchni, a że chodziła wolno, to trochę trwało, zanim posprzątała cały rozgardiasz. Wiedziała, że jutro miski zabrudzą się od nowa, ale jakie to miało znaczenie. Wkładała garnki do zlewu, wcale głośno trzaskając, bo po pierwsze sama głuchła, a po drugie ojciec dziewczyny siedział w swoim warsztacie i będzie tak siedział do późna.
Dziewczyna usiadła na ławce koło Marianki. Obie patrzyły na zagrodę flamingów. Marianka sama z siebie zaczęła opowiadać o ptakach, jakby tylko czekała, aż zjawi się ktoś, kto zechce słuchać. Zobacz, jaki blady kolor mają te flamingi, kolor ich piór zależy od pożywienia, staje się różowy od zjadanych krewetek. Jadłaś kiedyś krewetki?
Tula nie odbierała telefonu od Marcinka, tłumaczyła, jaki opis dziecka podać przez megafon.
Adela zgłodniała i zabrała się za wysuszony chleb.
Dziewczyna liczyła flamingi, stojące na jednej nodze.
Rok później wszystkie usłyszą trzask, wszystkie trzy dotkną lekko skroni, przymkną na chwilę oczy, mając wrażenie, że dźwięk rozlega się tylko w ich głowach. Zdziwione wrócą do przerwanych czynności, wkrótce zapomną o całej sprawie.
A teraz dziewczyna usłyszy komunikat, odprowadzi Mariankę pod bramę, potem złapie pociąg, wróci do Sorge, do ojca. Tula nakrzyczy na córkę, zaraz ją przytuli, nikomu nie podziękuje, z ulgą wsiądzie do samochodu z Marcinkiem za kierownicą. Adela dopiero po chwili zorientuje się, że zamiast kawałków chleba odrywała strzępy papieru do pieczenia i pakowała go sobie do ust.
Dwa lata po trzasku para flamingów ucieknie z zoo.