Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Splendor - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
3 czerwca 2026
3299 pkt
punktów Virtualo

Splendor - ebook

"Splendor” to hipnotyzująca opowieść o tęsknocie za utraconym światem i odwadze, która rodzi się z niepewności. Martin Edelweiss, młody rosyjski emigrant, po ucieczce z rewolucyjnej ojczyzny próbuje odnaleźć siebie w obcej Europie — między niespełnioną miłością, wspomnieniami dzieciństwa a pragnieniem wielkiego czynu, który nada jego życiu sens.

W końcu podejmuje ryzykowną, niemal symboliczną wyprawę ku Rosji, gdzie przeszłość splata się z przeznaczeniem. Subtelna powieść inicjacyjna, w której nostalgia miesza się ze strachem i zachwytem nad życiem, olśniewa charakterystyczną precyzją stylu Vladimir Nabokov oraz psychologiczną głębią bohatera.

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna obca
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8449-197-3
Rozmiar pliku: 4,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP

Niniejsza książka zamyka cykl ostatecznych wersji angielskich, w których komplet moich powieści rosyjskich (napisanych w Europie Zachodniej w latach 1925–1937, opublikowanych przez oficyny emigracyjne w latach 1926–1952) stał się dostępny dla amerykańskich i brytyjskich czytelników. Przeglądając poniższy wykaz, proszę łaskawie odnotować drastyczną przerwę między rokiem 1938 a 1959:

_Maszeńka_, 1926 (_Mary_, 1970)

_Korol, dama, walet_, 1928 (_King, Queen, Knave_, 1968)

_Zaszczita Łużyna_, 1930 (_The Defense_, 1964)

_Sogladataj_, 1930 (_The Eye_, 1965)

_Podwig_, 1932 (_Glory_, 1971)

_Kamiera obskura_, 1933 (_Laughter in the Dark_, 1938)

_Otczajanije_, 1936 (_Despair_, 1966)

_Prigłaszenije na kazń_, 1938 (_Invitation to a Beheading_, 1959)

_Dar_, 1952 (_The Gift_, 1963)

Niniejszy przekład jest pedantycznie wierny oryginałowi. Mój syn pracował trzy lata z przerwami nad pierwszym szkicem, nad którym ja następnie spędziłem trzy miesiące, żeby przygotować ostateczną wersję. Położyłem w _Podwigu_ szczególny nacisk na rosyjskie zaabsorbowanie ruchem fizycznym i gestykulacją, chodzeniem i siadaniem, uśmiechami i spojrzeniami spode łba, co dodatkowo zwiększyło trudności naszego przedsięwzięcia.

Zasiadłem do _Podwigu_ w maju 1930 roku, zaraz po napisaniu _Sogladataja_, a skończyłem go pod koniec roku. Moja żona i ja, wówczas jeszcze bezdzietni, wynajmowaliśmy salonik z sypialnią na Luitpoldstrasse, w zachodnim Berlinie, w przepastnym, mrocznym mieszkaniu jednonogiego generała von Bardelebena, starszego pana zajętego wyłącznie sporządzaniem drzewa genealogicznego swojej rodziny; miał on szerokie czoło w poniekąd nabokowowskim kształcie i był, w istocie, spokrewniony ze słynnym mistrzem szachowym Bardelebenem, którego śmierć przypomina śmierć mojego Łużyna. Pewnego dnia na początku lata Ilja Fondamiński, redaktor naczelny „Sowriemiennych zapiskow”, przyjechał tam z Paryża, żeby kupić ową książkę _na korniu_ (jak zwą jeszcze niezżęte łany zboża), czyli na pniu. Był socjalrewolucjonistą, Żydem, żarliwym chrześcijaninem, wytrawnym historykiem i nader czarującym człowiekiem (zamordowanym przez Niemców w jednym z obozów zagłady). Bardzo wyraźnie pamiętam, z jak wybornym animuszem klepnął się w kolana, zanim wstał z naszej ponurej zielonej otomany, gdy sfinalizowaliśmy negocjacje w sprawie umowy!

Tytuł roboczy książki – z pewnością bardzo chwytliwy – (później odrzucony na rzecz celniejszego _Podwigu_, „wyczynu”) brzmiał _Romanticzeskij wiek_, „romantyczne czasy”, a wybrałem go po trosze dlatego, że znudziło mi się wysłuchiwać, jak zachodni dziennikarze obwołują naszą epokę „materialistyczną”, „pragmatyczną”, „utylitarną” itd., a nade wszystko dlatego, że cel mojej powieści, jedynej zresztą, której przyświecał jakikolwiek cel, polegał na podkreśleniu dreszczu emocji i blasku, jakie mój młody banita znajduje w najpowszedniejszych przyjemnościach, a także w pozornie błahych przygodach samotnego życia.

Zanadto ułatwiłbym zadanie recenzentom pewnego pokroju (zwłaszcza owym odosobnionym osobnikom, na których moje utwory oddziałują tak osobliwie, że można by sądzić, iż hipnotyzuję ich zza kulis, zmuszając do wykonywania nieprzyzwoitych gestów), gdybym sam wytknął ułomności własnej powieści. Dość powiedzieć, że chociaż ledwo uniknąłem złudnej egzotyki i banalnej komedii, moja powieść wzbija się na wyżyny czystości i melancholii, jakie udało mi się uzyskać jedynie w sporo późniejszej _Adzie_.

Dociekliwy czytelnik mógłby zapytać, jak główni bohaterowie _Splendoru_ mają się do postaci moich pozostałych czternastu (rosyjskich i amerykańskich) powieści.

Martin jest najbardziej uprzejmy, prawy i ujmujący ze wszystkich moich młodych ludzi, a mała Sonia, o matowych, ciemnych oczach i niesfornych czarnych włosach (w żyłach jej ojca, sądząc z nazwiska, musiała płynąć czeremiska krew), powinna zostać uznana przez znawców pokus i praktyk miłosnych za najosobliwiej pociągającą ze wszystkich moich młodych dam, acz przy tym, niewątpliwie, kapryśną i okrutną bałamutkę.

Jeżeli można poniekąd uznać Martina za mojego dalekiego krewnego (sympatyczniejszego, lecz też dużo naiwniejszego ode mnie), z którym łączy mnie garść wspomnień z dzieciństwa i pewne późniejsze upodobania, to jego bezbarwni rodzice, _per contra_, praktycznie nie przypominają moich. Co zaś do kolegów Martina z Cambridge, Darwin całkowicie pozostaje tworem wyobraźni, podobnie zresztą jak Moon, natomiast „Wadim” i „Teddy” rzeczywiście przewinęli się przez moje życie na tejże uczelni – wspominam ich pod inicjałami N.R. i R.C. w _Pamięci, przemów_, w rozdziale trzynastym, przedostatnim akapicie. Trzej zagorzali patrioci oddani działalności antybolszewickiej, Ziłanow, Jogolewicz i Gruzinow, należą do kręgu usytuowanego politycznie zaraz na prawo od dawnych terrorystów i zaraz na lewo od kadetów, a przy tym równie daleko od monarchistów, jak od marksistów. Znałem dobrze takich ludzi w środowisku otaczającym pismo publikujące _Splendor_ w odcinkach, lecz żadna z tych postaci nie przynosi wiernego portretu konkretnego człowieka. Czuję się w obowiązku określić tu ściśle ten typ polityczny (z miejsca rozpoznawany, z bezwiedną precyzją wiedzy wrodzonej, przez rosyjskiego inteligenta, podówczas głównego czytelnika moich książek), bo do dzisiaj nie mogę pogodzić się z faktem – który powinno się czcić w dorocznym pirotechnicznym popisie sarkazmu i pogardy – że propaganda bolszewicka zdołała tak zmanipulować intelektualistów amerykańskich, iż kompletnie zlekceważyli żywą obecność myśli liberalnej wśród emigrantów rosyjskich. (Zatem jest pan trockistą? – wysunął błyskotliwy domysł pewien wyjątkowo ograniczony lewicowy pisarz w roku 1940 w Nowym Jorku, kiedy stwierdziłem, że nie opowiadam się ani za sowietami, ani za carem).

Bohater _Splendoru_ nie bardzo jednak interesuje się polityką – to pierwsze z dwóch mistrzowskich posunięć ze strony czarodzieja, który stworzył Martina. Spełnienie stanowi motyw jego przeznaczenia, dominujący tu niczym temat fugi. Martin należy do wąskiej grupy ludzi, którym „marzenia się spełniają”. Lecz owemu spełnieniu niezmiennie towarzyszy przejmująca nostalgia. Wspomnienie dziecięcej zadumy miesza się z czekaniem na śmierć. Ryzykowna droga, którą w końcu Martin dociera do zakazanej Zoorlandii (nie mylić z Zemblą Nabokova!), wiedzie do nielogicznego końca baśniową ścieżką wijącą się przez malowany las z obrazka w pokoju dziecinnym. Kto wie, czy „spełnienie” nie nadawałoby się lepiej na tytuł: nie mogło bowiem umknąć uwagi Nabokova, że oczywisty przekład słowa _podwig_ to _exploit –_ „wyczyn”, i zaiste pod tym właśnie tytułem jego _Podwig_ figuruje u bibliografów; dość jednak dojrzeć w słowie _exploit_ wyzysk, by znikł _podwig_ jako czyn bezinteresownie chwalebny. Autor zatem wybrał okrężny „splendor” , który choć mniej dosłownie, lecz wiernie oddaje tytuł oryginalny ze wszystkimi jego naturalnymi odgałęzieniami widocznymi w spiżowym słońcu. Jest to splendor wielkiej przygody i ofiary złożonej z siebie; splendor tej ziemi z jej pstrym rajem; splendor osobistego męstwa; splendor opromienionego męczennika.

W obecnej dobie, już po dyskredytacji freudyzmu, autor z gwizdem zdumienia wspomina, że jeszcze nie tak dawno – powiedzmy do roku 1959 (czyli przed opublikowaniem pierwszego z siedmiu wstępów do jego zanglicyzowanych powieści) – dziecko rzekomo miało automatycznie doświadczać wewnętrznego rozdarcia w emocjonalnej reakcji na rozwód rodziców. Jednakże ich rozstanie nie wywarło takiego wpływu na psychikę Martina, tylko więc zdesperowanemu bęcwałowi udręczonemu koszmarnym przesłuchaniem ze złego snu wybaczyć by można śmiały wniosek, że Martin przedarł się do ojczyzny, bo stracił ojca. Niemniej karkołomny wydaje się argument, że, o dziwo, ukochana Martina nosi to samo imię co jego matka.

Moje drugie dotknięcie czarodziejskiej różdżki wygląda następująco: pośród wielu darów, jakimi obsypałem Martina, miałem przezorność oszczędzić mu talentu. Jakże łatwo bowiem byłoby uczynić go artystą, pisarzem; a jak trudno nie pozwolić mu nim zostać, wyposażając przy tym w nadwrażliwość, którą zwykle przypisujemy twórcom; jakże okrutny wydaje się zakaz znalezienia w sztuce – nie tyle „ucieczki” (bo prowadzi ona jedynie do schludniejszej celi na spokojniejszym piętrze), ile ulgi od oskomy na życie! Zwyciężyła pokusa, żeby poważyć się na własny skromny wyczyn w nimbie dotychczasowego dorobku. Efekt przypomina mi problem szachowy, który niegdyś skomponowałem. Jego piękno kryje się w paradoksalnym pierwszym ruchu: biała królowa ma do dyspozycji cztery pola, ale na każdym weszłaby w drogę (tak potężna figura, a jednak weszłaby „w drogę”!) jednemu z białych skoczków w czterech wariantach mata; innymi słowy, skoczek jako całkiem zbędny zawalidroga i balast na planszy, bez ruchu w dalszej grze, musi się schronić w neutralnym kącie za bezczynnym pionem i zaklinować tam w gnuśnym zapomnieniu. Piekielnie się namęczyłem przy stworzeniu owego problemu. Podobnie jak przy _Podwigu_.

Autor ufa, że mądry czytelnik powstrzyma się od gorączkowego wertowania jego autobiografii _Pamięci, przemów_, aby odnaleźć analogiczne wypadki bądź pokrewną scenerię. Urok _Splendoru_ leży gdzie indziej. Należy go szukać w echach i powiązaniach drobnych epizodów, ruchach naprzód i wstecz, które wywołują złudne wrażenie impetu – w dawnym śnie na jawie, kiedy gracz tuli zbawienną piłkę do piersi, albo w przelotnej migawce ukazującej rozpacz matki Martina wykraczającą poza ramy czasowe powieści, sięgającą abstrakcyjnej przyszłości, której czytelnik może się ledwie domyślać, nawet gdy połknie już ostatnie siedem rozdziałów, gdzie czyste szaleństwo zwrotów strukturalnych i maskarada wszystkich postaci wieńczą frenetyczny finał, choć w gruncie rzeczy niewiele się na samym końcu dzieje, ot, ptak przycupnie na furtce w szarudze dżdżystego dnia.

_Vladimir Nabokov_

_Montreux, 8 grudnia 1970_1

Chociaż może to kogoś dziwić, Edelweiss, dziadek Martina, był Szwajcarem, krzepkim jegomościem z sumiastym wąsem, który w latach sześćdziesiątych XIX wieku pracował jako guwerner dzieci petersburskiego dziedzica, niejakiego Indrikowa, i poślubił jego najmłodszą córkę. W dzieciństwie Martin uważał, że ów aksamitny biały alpejski kwiat, ulubieniec zielników, dostał swą nazwę na cześć jego dziadka. Później też zresztą nie porzucił do końca tego przekonania. Dobrze pamiętał dziadka, aczkolwiek tylko w jednej pozie i sytuacji – mianowicie jako zażywnego starszego pana, ubranego na biało, z siwymi wąsami, w panamie na głowie i pikowej kamizelce obwieszonej brelokami (z których najzabawniejszy miał kształt sztyletu wielkości paznokcia), jak siedzi na ławce przed domem w ruchomym cieniu lipy. Na tej samej ławce dziadek zmarł, trzymając w dłoni ukochany złoty zegarek z wieczkiem przypominającym złote lusterko. Gest przyszedł rychło w czas, bo dziadka trafiła apopleksja, a zgodnie z rodzinną legendą wskazówki stanęły w tej samej chwili co serce.

Przez wiele lat przechowywano dziadka Edelweissa w wielkim, skórzanym albumie; fotografie wykonywano podówczas ze smakiem oraz wnikliwą rozwagą. Przedsięwzięcie było niebagatelne, bo najpierw należało na długo unieruchomić delikwenta, a dopiero potem dać mu pozwolenie na uśmiech – tuż przed pstryknięciem zdjęcia. Wymyślność heliografii przesądzała o wadze i solidności męskich póz dziadka na tych cokolwiek bladych, lecz świetnych jakościowo fotografiach: dziadek za młodu ze świeżo upolowaną słonką u stóp; dziadek dosiada klaczy Daisy; dziadek na prążkowanej sofie werandowej z czarnym jamnikiem, który nie chciał siedzieć spokojnie i na zdjęciu wyszedł z trzema ogonami. Dopiero w roku 1918 dziadek Edelweiss znikł na zawsze, kiedy album poszedł z dymem, podobnie zresztą jak stół, na którym leżał, a także cały dwór spalony ze szczętem przez parobków z pobliskiej wsi. Nieroztropnie bowiem obrócili go w perzynę, zamiast wzbogacić się, spieniężając meble.

Ojciec Martina był dermatologiem, i to sławnym. Podobnie jak dziadek był tęgiej postury, miał bardzo jasną karnację, w wolnych chwilach uwielbiał łowić babki na wędkę, poza tym posiadał imponującą kolekcję sztyletów i szabli, a także długich, dziwnych pistoletów, za które użytkownicy bardziej nowoczesnej broni omal nie postawili go przed pluton egzekucyjny. Na początku roku 1918 opuchł, ociężał, jął tracić oddech, a umarł bodajże 10 marca w niejasnych okolicznościach. Jego żona Sofia wraz z synem mieszkała wtedy pod Jałtą: miastem, które przymierzało się raz do jednego, raz do drugiego reżimu i w swych fochach nie mogło się zdecydować.

Była młodą kobietą o różowych, piegowatych policzkach i jasnych włosach upiętych w wielki kok; miała wysokie brwi gęstniejące ku nasadzie nosa, prawie niewidoczne przy skroniach, oraz dziurki (choć obecnie nie nosiła kolczyków) przekłute w wydłużonych płatkach delikatnych uszu. Jeszcze do niedawna grywała ostro i zwinnie w tenisa na korcie ziemnym istniejącym od lat osiemdziesiątych w ich dworku na północy kraju. Jesienią dużo jeździła na czarnym rowerze marki Enfield alejkami ich parku po głośno szeleszczących kobiercach suchych liści. Albo ruszała pieszo sprężystym poboczem szosy i długo szła drogą, od dzieciństwa bliską jej sercu, z Olchowa do Woskresieńska, machając jak wytrawny piechur kosztowną laską z koralową główką. W Sankt Petersburgu uchodziła za anglofilkę i delektowała się tą sławą – rozprawiała elokwentnie na takie tematy jak skauci lub Kipling, a już szczególną rozkosz czerpała z częstych wizyt w Sklepie Angielskim Drewa, w którym jeszcze na schodach, pod wielkim afiszem (niewiasty pokrywającej głowę chłopcu grubą warstwą piany), klientów witał cudowny zapach mydła i lawendy z przymieszką czegoś, co przywodziło na myśl woń zwijanej gumowej wanny, europejskiej piłki futbolowej i okrągłego, ciężkostrawnego, szczelnie owiniętego celofanem ciasta __ bożonarodzeniowego. Dlatego pierwsze książki do czytania Martin dostawał w języku angielskim: matka nie znosiła rosyjskiego pisma dla dzieci „Zaduszewnoje Słowo” (Serdeczne słowo) i zaraziła go taką awersją do małych utytułowanych, smagłolicych bohaterek pani Czarskiej, że Martin długo potem unikał wszystkich książek napisanych przez kobiety, wyczuwając nawet w najlepszych dziełach, jakie wyszły spod damskiego pióra, nieświadome pragnienie niemłodych, zapewne też zażywnych niewiast, by otulić się pięknym imieniem i skulić na kanapie jak kotka. Sofia nie znosiła zdrobnień, bardzo się pilnowała, żeby ich nie używać, dlatego zawsze wpadała w irytację, gdy mąż mówił:

– Nasz synuś znów ma kaszelki. Zmierzmy mu temperaturkę.

W rosyjskiej literaturze dla dzieci roiło się od rozkosznego seplenienia, przeplatanego grzechem moralizowania.

Jeżeli nazwisko rodowe dziadka Martina kwitło w górach, to w tajemniczym nazwisku panieńskim babki pobrzmiewali dalekim echem różni Wołkowowie (Wilkowie), Kunicynowie (Kuniccy) i Biełkinowie (Wiewiórscy), a więc fauna rosyjskich baśni. Dawnymi czasy w naszym kraju grasowała wspaniała zwierzyna. Jednakże Sofia uważała, że rosyjskie baśnie są toporne, okrutne i odrażające, pieśni ludowe bzdurne, a zagadki idiotyczne. Nie bardzo wierzyła w słynną nianię Puszkina, twierdząc, że poeta wymyślił ją wraz z jej bajaniem, robótkami na drutach i zgryzotą. Dlatego Martin nie poznał we wczesnym dzieciństwie świata, który następnie, dzięki pryzmatycznej fali pamięci, mógłby dodać czaru jego życiu. Nie cierpiał wszakże na brak czaru ani nie ubolewał, że bynajmniej nie rosyjski błędny rycerz Rusłan, lecz jego zachodni brat od małego rozbudził w nim wyobraźnię. Jakie to jednak ma znaczenie, skąd pochodzi owo delikatne szturchnięcie, które wprawia duszę w ruch i popycha ją naprzód, aby nigdy już nie zaznała spoczynku?2

Na jasnej ścianie nad wąskim łóżkiem dziecinnym z bocznymi siatkami z białego sznurka i świętym obrazkiem w głowach (na którym widniała lakierowana śniada twarz świętego w aluminiowej ramie, na szkarłatnej aksamitnej podkładce nadgryzionej przez mole lub Martina) wisiała akwarela przedstawiająca gęsty las z krętą ścieżką niknącą w gąszczu. W angielskiej książce, jednej z czytanych mu przez mamę (jakże wolno i tajemniczo cedziła słowa, a przy tym jakże szeroko otwierała oczy, dochodząc do końca strony, po czym zasłaniała je drobną, lekko upstrzoną piegami ręką i pytała: – Jak sądzisz, i co się potem stało?), znajdowało się opowiadanie o takim obrazku z leśną ścieżką, wiszącym nad łóżkiem małego chłopca, który pewnej pięknej nocy, w samej koszuli nocnej, wprost z łóżka wdrapał się do obrazka i ruszył ścieżką ginącą w ostępach. Matka, roztrząsał z niepokojem Martin, może zauważyć podobieństwo między akwarelą na ścianie a ilustracją w książce; przestraszy się i zgodnie z jego rachubami ukróci nocne wędrówki syna, usuwając obrazek. Dlatego przy każdym pacierzu w łóżku przed zaśnięciem (najpierw odmawiał krótką modlitwę po angielsku: „Jezu Chryste wiecznie żywy, skieruj wzrok swój litościwy na Twe dziecię, czyste w świecie”, a potem „Ojcze nasz” w syczącej, sybillińskiej, jednym słowem słowiańskiej wersji), który odklepywał pośpiesznie, usiłując oprzeć kolana na poduszce – co matka uważała za niedopuszczalne ze względów ascetycznych – błagał Boga, żeby nie zauważyła owej kuszącej ścieżki tuż nad jego głową. Kiedy w młodości wspominał przeszłość, zastanawiał się, czy pewnej nocy rzeczywiście nie wyskoczył z łóżka wprost w ten obrazek, co zapoczątkowało pełną radości i udręk wędrówkę, w którą obróciło się całe jego życie. W pamięci majaczył mu chłodny dotyk ziemi, zielony półmrok lasu, zakola dróżki (z wystającymi gdzieniegdzie garbami wielkich korzeni), trzy pnie, które mignęły mu, gdy przeskakiwał je na bosaka, oraz dziwny, ciemny, rojący się fantastycznymi możliwościami przestwór.

Kiedy babka Edelweiss z domu Indrikow malowała za młodu akwarelami, pieczołowicie mieszając na porcelanowej palecie niebieski pigment z żółtym, nie mogła przypuszczać, że pewnego dnia jej wnuk zapuści się w głąb tej wykreowanej zieleni. Odkryty wówczas dreszcz emocji, który od tamtej pory w różnych przejawach i melanżach towarzyszył Martinowi całe życie, okazał się właśnie uczuciem, które matka miała nadzieję w nim obudzić, chociaż sama nie bardzo potrafiłaby je nazwać; po prostu wiedziała, że co wieczór musi wpajać synowi to, co wpoiła jej nieboszczka guwernantka, stara, mądra pani Brook, której syn zbierał niegdyś orchidee na Borneo, przeleciał balonem nad Saharą i zginął w łaźni tureckiej podczas wybuchu bojlera. Czytała, a Martin słuchał, klęcząc na krześle, oparty łokciami o oświetlony lampą okrągły stół, lecz bardzo trudno było przestać i zaprowadzić go do łóżka, bo zawsze błagał, żeby mu jeszcze poczytała. Czasem zanosiła go na barana na górę, do pokoju dziecinnego, co nazywano „składowaniem”. Przed snem dostawał angielskiego biszkopta z metalowego pudełka wyłożonego niebieskim papierem. Górną warstwę tworzyły przepyszne, pokryte cukrem, pod nimi znajdowały się imbirowe i kokosowe, a kiedy pewnej smutnej nocy dotarł na spód, musiał pogodzić się z trzecim rodzajem, zwykłymi ciastkami bez smaku.

Nic się u Martina nie marnowało – ani chrupiące angielskie ciastka, ani przygody rycerzy króla Artura. Cóż to była za czarowna chwila, gdy jakiś młodzian – czyżby kuzyn samego sir Tristrama? – po raz pierwszy wkładał na siebie kawałek po kawałku lśniącą, wypukłą zbroję płytową i ruszał na pierwszy bój! Były też owe dalekie, koliste wyspy, na których brzegu dziewica wypatrywała oczy, w szatach powiewających na wietrze, a na jej nadgarstku siedział zakapturzony sokół. I Sindbad z czerwoną chustą oraz złotym kolczykiem w uchu; i wąż morski, którego zielone dzwona tułowia sterczały z wody niczym połówki opon aż po horyzont. I mały chłopiec, który znalazł miejsce, gdzie tęcza styka się z ziemią. A wszystkie te cuda skupiał niejako w sobie i przywoływał wspaniały model sypialnego wagonu fornirowanego na brązowo w witrynie Société des Wagons-Lits et des Grands Express Européens na Newskim Prospekcie, którym poprowadzono chłopca na spacer w pewien pochmurny, mroźny dzień, przy czym ze względu na, niezbyt wprawdzie silne, zawieje śnieżne malec musiał na krótkie spodenki i pończochy włożyć czarne wełniane spodnie.3

Miłość matki do Martina była tak zaborcza, żarliwa i intensywna, że ściskała dosłownie serce. Po rozpadzie małżeństwa, gdy matka zamieszkała osobno z Martinem, w niedziele chłopiec odwiedzał ojca w ich dawnym mieszkaniu, gdzie myszkował wśród pistoletów i sztyletów, a niewzruszony ojciec czytał obok gazetę i tylko od czasu do czasu, nie podnosząc wzroku, rzucał w jego stronę: – Tak, nabity – albo: – Tak, zatruty. – Sofia prawie nie mogła wtedy usiedzieć w domu, targana niedorzeczną myślą, że jej gnuśny skądinąd mąż pokusi się jednak o to, żeby zatrzymać syna przy sobie. Martin był wobec ojca nad wyraz czuły i układny, mógłby więc pragnąć jak najbardziej złagodzić karę; wierzył bowiem, że ojciec został skazany na banicję za wybryk popełniony pewnego letniego wieczoru w ich dworku na wsi, kiedy to podszedł do fortepianu i wydobył z niego zgoła zdumiewający dźwięk, jak gdyby ktoś nastąpił mu na ogon, a nazajutrz wyjechał do Sankt Petersburga i nigdy nie wrócił. Zdarzyło się to w roku zamordowania arcyksięcia austriackiego w seraju. Martin bardzo wyraźnie wyobrażał sobie ów seraj z otomaną, arcyksięcia w kapeluszu z piórem, jak wywija mieczem, broniąc się przed półtuzinem spiskowców w czarnych pelerynach, toteż rozczarował się wielce, gdy jego błąd wyszedł na jaw. Grzmot spadł na klawiaturę fortepianu pod jego nieobecność. Chłopiec mył wtedy zęby w sąsiednim pomieszczeniu gęstą, pienistą, słodką pastą, szczególnie atrakcyjną dzięki napisowi po angielsku: „Skoro nie sposób ulepszyć zawartości, ulepszyliśmy tubę”. Istotnie, otwór miał kształt poprzecznej szpary, pasta więc nie wypełzała na szczotkę jak robak, lecz układała się jak wstążka.

W dniu, w którym wiadomość o śmierci męża dotarła w Jałcie do Sofii, ta przypomniała sobie ostatnią z nim rozmowę z najdrobniejszymi szczegółami i niuansami. Mąż siedział przy wiklinowym stoliku, wpatrzony w czubki swoich krótkich, rozcapierzonych palców, a ona mówiła mu, że dłużej tak żyć nie mogą, bo od dawna stali się sobie obcy, dlatego pragnie zabrać syna i odejść, choćby jutro. Na co mąż uśmiechnął się leniwie i odpowiedział cichym, nieco chrapliwym głosem, że ma, niestety, rację, ale to on odejdzie, znajdzie sobie mieszkanie na mieście. Jego cichy głos, jowialna otyłość, a nade wszystko pilnik, którym bez wytchnienia torturował swoje miękkie paznokcie, doprowadzały ją do szału, aczkolwiek przyjęłaby tę scenę jeszcze gorzej, gdyby omawiali separację pośród awantur i we łzach. W pewnej chwili wstał i nie przestając manipulować pilnikiem, zaczął chodzić po pokoju, rozprawiając przy tym z dobrodusznym uśmiechem o błahych szczegółach domowych ich przyszłego życia w separacji (w którym bezsensowną rolę grała dorożka). Raptem mijając otwarty fortepian, bez powodu rąbnął z całej siły pięścią w klawiaturę, która wydała dźwięk, jakby przez otwarte na chwilę drzwi wdarł się zgrzytliwy ryk. Następnie tym samym cichym głosem dokończył przerwane zdanie, a kiedy znowu mijał fortepian, zamknął starannie wieko.

Śmierć ojca, którego Martin niespecjalnie kochał, wstrząsnęła nim z tego samego powodu, z którego nie kochał go tak, jak powinien; ponadto nie mógł się otrząsnąć z myśli, że ojciec umarł w niesławie. Dopiero wtedy pojął, że życie ludzkie porusza się zygzakami, że właśnie pokonał pierwszy zakręt, a jego życie uległo zmianie z chwilą, gdy matka wezwała go z alei cyprysów na taras i oznajmiła nieswoim głosem:

– Właśnie przyszedł list od Ziłanowa. – Po czym przeszła na angielski: – Musisz być dzielny, bardzo dzielny. Chodzi o twojego ojca, którego nie ma już wśród nas.

Martin zbladł i uśmiechnął się z konsternacją. Potem długo się błąkał po parku Woroncowa, raz po raz powtarzając dziecinne określenie, jakie niegdyś nadał ojcu, i usiłował sobie wyobrazić – z serdeczną, marzycielską wiarygodnością – że ojciec jest tuż obok, przed nim, za nim, pod tamtym cedrem, na trawiastym zboczu, nieopodal, hen daleko, wszędzie.

Było parno, chociaż niedawno przetoczyła się straszna burza. Wokół, nad lśniącymi krzewami nieszpułki, bzyczały muchy mięsne. Po stawie sunął rozjuszony czarny łabędź, machając na boki dziobem, tak szkarłatnym, jakby był malowany. Z migdałowców opadły płatki i odcinały się teraz bladością od ciemnej ziemi na wilgotnej ścieżce niczym migdały w pierniku. Niedaleko olbrzymich cedrów libańskich rosła samotna brzoza z liśćmi opadającymi na bok w sposób właściwy tylko brzozom (jakby dziewczyna rozpuściła włosy, przełożyła je na jedną stronę do rozczesania i zastygła w bezruchu). W pobliżu śmignął paź żeglarz, rozkładając i składając ogonki. Roziskrzone powietrze, cienie cyprysów (starych drzew o rdzawym odcieniu i małych szyszkach na wpół ukrytych w pelerynach igliwia); czarna tafla stawu, w którym wokół łabędzia rozchodziły się koncentryczne kręgi; jaskrawy błękit, na którego tle wznosiła się ząbkowana Aj Petri w szerokim pasie karakułowych sosen – wszystko przenikała dojmująca błogość. Martinowi wydało się, że w tym rozdziale światła i cienia ojciec ma swój udział.

– Gdybyś miał dwadzieścia lat, a nie piętnaście – powiedziała matka wieczorem – gdybyś skończył już szkołę średnią, a ja bym nie żyła, to, oczywiście, mógłbyś… chyba nawet miałbyś obowiązek…

Urwała w pół zdania, bo na myśl o Białej Armii w oczach stanęły jej stepy południa Rosji, a w oddali jeźdźcy w kozackich czapach, wśród których usiłowała wypatrzyć Martina. Ale stał, chwała Bogu, przy niej, w rozchełstanej koszuli, krótko przystrzyżony, opalony na brąz, i tylko z kącików oczu rozchodziły mu się blade promyki.

– Gdybyśmy jednak wrócili do Sankt Petersburga… – ciągnęła w trybie przypuszczającym, a gdzieś na nieznanej stacji wybuchł granat i lokomotywa stanęła dęba. – Wszystko to pewno kiedyś się skończy – dodała po chwili milczenia. – Tymczasem musimy coś wymyślić.

– Idę popływać – wtrącił Martin pojednawczym tonem. – Wszyscy poszli się kąpać, Nicky, Lida.

– Oczywiście, idź – zachęciła go Sofia. – Przecież rewolucja kiedyś się skończy i będziemy ją wspominali z niedowierzaniem. Nasz pobyt na Krymie wybornie podreperował ci zdrowie. Dokończysz edukację w jałtańskim gimnazjum. Spójrz, jak ślicznie oświetlona jest ta skała.

Tamtej nocy ani matka, ani syn nie zmrużyli oka. Oboje myśleli o śmierci. Sofia próbowała myśleć o niej w skrytości ducha, czyli bez westchnień i szlochów (bo drzwi do pokoju syna były uchylone). Przeczesała skrupulatnie w pamięci wszystko, co doprowadziło ją do separacji z Edelweissem. Roztrząsając każdą chwilę, widziała wyraźnie, że w takich czy innych okolicznościach nie mogła była postąpić inaczej. Nadal jednak gdzieś się czaił błąd; gdyby nie ich rozstanie, on tak by nie umarł, sam w pustym pokoju, dusząc się, bezradny, być może wspominając ostatni rok szczęścia (inna sprawa, że nader względnego szczęścia), ich ostatnią wspólną podróż za granicę, do Biarritz, wycieczkę do Croix-de-Mouguère i małych galerii sztuki w Bayonne. Święcie wierzyła w siłę, która tak bardzo przypomina Boga jak dom człowieka nigdy przez nas niewidzianego, jego dobytek, szklarnia i pasieka, daleki głos właściciela, usłyszany przypadkiem na otwartej przestrzeni. Nie śmiałaby nazwać tej siły „Bogiem”, tak jak niejeden Piotr lub Iwan nie wymówi imienia „Pietia” czy „Wania” bez cienia żenady, podczas gdy inni, relacjonując długą rozmowę, potrafią wymienić swoje imię lub, co gorsza, zdrobnienie z rozkoszą dwadzieścia albo i więcej razy. Ta siła nie miała związku z Kościołem, nie niosła rozgrzeszenia ani kary za grzechy. Po prostu czasem Sofia czuła konsternację w obecności drzewa, chmury, psa lub powietrza obciążonych złym słowem dokładnie tak samo jak dobrym. Teraz zaś, chociaż myśląc o swoim niesympatycznym, niekochanym mężu i o jego śmierci, powtarzała wyuczone od dziecka słowa pacierza, musiała się bardzo wysilić – pokrzepiona kilkoma szczęśliwymi wspomnieniami pośród tej mgły, wielkich połaci przestrzeni, wszystkich rzeczy na wieki niepojętych – żeby zdobyć się na pocałowanie męża w czoło.

Nigdy nie poruszała z Martinem takich spraw otwarcie, ale zawsze odnosiła wrażenie, że dzięki ich wszystkim rozmowom na inne tematy, za sprawą jej głosu i miłości, nabrał tego samego poczucia boskości, jakie mieszkało w niej. Martin natomiast, leżąc w sąsiednim pokoju i udając, że chrapie, żeby matka nie podejrzewała, iż nie śpi, również przypominał sobie dramatyczne chwile, również próbował ogarnąć umysłem śmierć ojca i w mroku pokoju wykrzesać iskrę pośmiertnej czułości. Myślał o ojcu z całej duszy, posuwał się nawet do pewnych eksperymentów: jeżeli teraz zaskrzypi deska podłogi albo coś zastuka, to znaczy, że ojciec mnie słyszy i reaguje. Martin czekał ze strachem na pukanie. Doskwierała mu bliskość nocnego powietrza; słyszał łoskot fal; przeraźliwie bzyczały komary. Albo też nagle ukazywała mu się, z pełną wyrazistością, okrągła twarz ojca w binoklach, blond włosy przystrzyżone na jeża, mięsista brodawka przy dziurce nosa i błyszcząca spinka w kształcie dwóch złotych wężyków przytrzymująca węzeł krawata. Gdy wreszcie zasnął, przyśniło mu się, że siedzi w klasie, ma nieodrobioną pracę domową, a Lida drapie się bezwiednie w łydkę i wyjaśnia mu, że Gruzini nie jedzą lodów:

– _Gruziny nie jediat morożenogo_.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij