Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • promocja

Spotkajmy się, kiedy będzie ładna pogoda - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 lutego 2026
3519 pkt
punktów Virtualo

Spotkajmy się, kiedy będzie ładna pogoda - ebook

Bestsellerowy romans literacki z Korei.

Subtelna, poetycka opowieść o uzdrawiającej sile relacji i miłości po przejściach.

Czasem miłość przychodzi wtedy, gdy najmniej jej oczekujesz – i zostaje, nawet jeśli nie wiesz, jak ją nazwać.

Po serii osobistych porażek Hae-wŏn wraca z Seulu do rodzinnego miasteczka. W poszukiwaniu spokoju trafia do małej księgarni – miejsca, w którym ludzie spotykają się, by rozmawiać o książkach, marzeniach i życiu. Księgarnię prowadzi cichy, introwertyczny Ŭn-sŏp – ich ponowne spotkanie po latach staje się początkiem ciepłej, uzdrawiającej relacji, w której miłość nie potrzebuje wielkich słów.

„Spotkajmy się, kiedy będzie ładna pogoda” to subtelna i nastrojowa opowieść o samotności, przebaczeniu i emocjonalnym uzdrawianiu. Pochwała ciszy, prostoty i codziennych gestów, która koi i przywraca wiarę w ciepło międzyludzkich więzi.

Okładka książki przedstawia przytulną, zimową scenę w ciepłych, kontrastujących barwach. Na pierwszym planie widać dwie osoby siedzące przy okrągłym stoliku i czytają książki. Po prawej stronie znajduje się wysoka biblioteczka wypełniona książkami, a na jej boku widnieje pionowy napis w języku koreańskim.
W tle, za dużym oknem, rozciąga się zimowy krajobraz – ośnieżone góry i las iglasty pod pomarańczowym, zaśnieżonym niebem, które nadaje scenie ciepły, nostalgiczny ton. Dominują kolory pomarańczowy, zielony i biały, tworząc kontrast między ciepłem wnętrza a chłodem zimowego pejzażu.

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna obca
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8425-904-7
Rozmiar pliku: 9,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ORZECHOWY DOM

Autobus jechał przez oszronione pola Hyech’ŏn¹, wioski otoczonej górami. Słońce świeciło słabo, a sceneria za oknem była niemal bezbarwna, niczym wypłowiały kadr filmowy.

Oparta głową o szybę, Hae-wŏn wygasiła ekran smartfona, na który patrzyła. Pisano, że na Saharze spadł śnieg. Widoczne na stronie z wiadomościami wydmy białego piasku – a raczej ośnieżone wzgórza – może i wydawały się ciekawe, ale zima tego roku była tak wyjątkowo mroźna, że nawet wieści o śniegu na pustyni nikogo nie dziwiły.

Autobus minął zamarznięte pola ryżowe i dotarł do wioski Pukhyŏn. Na łąkach leżało coś, co wyglądało jak wielkie białe pianki. Były to beczki używane do fermentacji słomy po żniwach. Ale jak one się nazywały? Wydawało jej się, że kiedyś słyszała ich nazwę, ale nie mogła sobie jej przypomnieć. Przez chwilę nad tym rozmyślała, po czym skierowała wzrok na lodowisko zbudowane na polu ryżowym, widoczne w oddali. Następny przystanek.

Kiedy Hae-wŏn kilka dni wcześniej obudziła się o świcie, prawie się rozpłakała. Nie lubiła się denerwować ani wybuchać płaczem bez powodu. Emocjonowanie się w środku nocy wydawało jej się oznaką słabości. Nie – samo wyrażenie „denerwowanie się bez powodu” było błędne. Gdyby naprawdę zajrzała w swoje serce i przyjrzała się rzeczom z bliska, dostrzegłaby przyczynę tego smutku. Ale po prostu ją ignorowała. Nie chciała jej zaakceptować, dlatego wolała udawać, że nie wie.

Po ukończeniu studiów plastycznych Hae-wŏn pracowała jako nauczycielka w prywatnej szkole przygotowującej studentów do egzaminu wstępnego na akademię sztuk pięknych. Kiedy malowała, żadne rozpraszające myśli jej nie przeszkadzały i czuła się zrelaksowana. Lubiła też zapach farby i różne faktury każdej kartki. Ale pewnego dnia zdała sobie sprawę, że bardzo łatwo można wejść z kimś w konflikt z powodu zwykłego obrazu.

– Co ty tu robisz? Właśnie sprawdzałam twój obraz!

Zeszłej jesieni dziewczyna, która opuściła studio pod pretekstem pójścia do toalety, długo nie wracała. Hae-wŏn poszła jej szukać i przyłapała ją rozchichotaną, palącą z innymi dziećmi na dachu. Kiedy tylko uczennica ją zobaczyła, z irytacją wypluła słowa:

– Ach, niech pani po prostu sama go poprawi!

Hae-wŏn chciała zapytać, jaki jest sens poprawiania pracy uczennicy, która nie przejawia żadnego entuzjazmu. Potem było jej już wszystko jedno. Któregoś dnia podsłuchała, jak gówniara zwierza się koleżankom z klasy po konkursie.

– Nie szło mi, więc tak się wkurzyłam, że rozmazałam czarną pastelę na odwrocie swojej pracy. Typkowi obok mnie poszło naprawdę dobrze. Kiedy oddawałam swoją pracę zaraz po nim, położyłam ją rewersem na jego pracy i potarłam trochę.

– A, pewnie pomazała się na czarno?

– Pewnie, że tak!

Hae-wŏn impulsywnie podeszła do grupy uczniów, którzy się śmiali, i spytała:

– Co ty powiedziałaś? Co zrobiłaś, gdy oddawałaś swoją pracę?

Dziewczyna rzuciła jej kpiące spojrzenie i z dumnym uśmiechem na ustach powtórzyła:

– Powiedziałam, że rozmazałam trochę czarnej pasteli na odwrocie kartki i posmarowałam nią pracę leżącą pod moją.

Autobus wysadził Hae-wŏn na przystanku Pukhyŏn i pojechał dalej. Wiejący na polu lodowaty wiatr smagał jej policzki. Poprawiła kołnierz płaszcza, zawiązała szalik i zaczęła iść, niosąc swoją walizkę.

Zimową ciszę przerwał szum dochodzący z lodowiska. Co roku woda, którą pola ryżowe wypełnione są po każdych zbiorach, zaczyna zamarzać. Widok lodowiska, służącego za plac zabaw dla wiejskich dzieci, oraz pianek leżących na polach w końcu uświadomił jej, że wróciła.

Ze skrzyżowania trzech dróg dotarła do podnóża wzgórza. Sklep, który widziała pierwszy raz, sprawił, że zatrzymała się w pół kroku.

Księgarnia Goodnight

Ten stary _kiwajip_, czyli tradycyjny koreański dom z dachem pokrytym dachówką, stał w wiosce od dawna, ale jej wzrok przykuł nieznany szyld. Kiedyś mieszkało tu starsze małżeństwo. Czyżby w międzyczasie zmienili się właściciele?

– Księgarnia na takim odludziu…?

Rozsuwane drzwi były zamknięte na kłódkę. Hae-wŏn zajrzała przez przeszklone okno księgarni do zaciemnionego wnętrza. Słabe promienie słońca oświetlały sylwetki półek i długiego stołu. Nie wiedziała, czyj to był pomysł, ale ktoś miał dobrą inicjatywę. Nawet w Seulu lokalne księgarnie walczyły o przetrwanie – z pewnością nie jest łatwo prowadzić taki mały biznes na niszowym rynku.

Choć księgarnia i tak pewnie długo nie przetrwa, z jakiegoś powodu Hae-wŏn była zła na siebie, że w ogóle tak pomyślała. Niedbale odgarnęła potargane wiatrem włosy do tyłu i wspięła się na wzgórze.

Szła ulicą z torbą ekologiczną przewieszoną przez ramię, ciągnąc dużą walizkę.

Mok Hae-wŏn?

Ŭn-sŏp na moment stracił równowagę. Zataczając się, podjechał do krawędzi lodowiska. Zmrużył oczy. To zdecydowanie była ona. Myślał, że w tym roku już się nie pojawi.

– Wujku, już nie jeździsz?

Sŭng-ho, który ślizgał się po lodzie tuż za nim, zatrzymał się obok.

– Nie, po prostu wydawało mi się, że kogoś rozpoznałem.

– Kogo?

Ŭn-sŏp w końcu spojrzał na dziecko. Od kilku dni uczył je jeździć na łyżwach, trzymając cały czas za rękę. Mimo swego raczej powolnego refleksu chłopiec był teraz w stanie lepiej lub gorzej poruszać się po lodzie.

– Dawną… przyjaciółkę.

– Przyjaciółkę?

– Dobra, jedźmy dalej!

Lekko poklepał założony na wełnianą czapkę kask dziecka i popchnął jego drobne ciało w stronę lodowiska. Dziewięcioletni Sŭng-ho, niski i o drobnej budowie ciała, nie dogadywał się zbyt dobrze z innymi dziećmi w swoim wieku. Uważając, by nie wpaść na innych ludzi sunących po lodzie, chłopiec delikatnie się wysunął.

_Przyjaciółka_.

Ŭn-sŏp tak ją nazwał, ale czy ona odwzajemniłaby się tym samym? Być może, gdyby zdefiniować kolegów z gimnazjum i liceum jako „przyjaciół” w najszerszym znaczeniu tego słowa. W tym momencie Hae-wŏn zatrzymała się przed księgarnią i patrzyła przez jedno z okien. Jej ciało było lekko pochylone do przodu, jakby była zaciekawiona nowym lokalem.

Ŭn-sŏp wydał z siebie krótki jęk. Dlaczego, u licha, zjawiła się akurat w czasie, gdy księgarnia jest zamknięta? To wszystko wina jego wujka, który w zimie napełnia pole ryżowe wodą i je zamraża, a potem prowadzi w stojącej obok foliowej szklarni bar, sprzedaje zupę z plackami rybnymi _ŏmukt’ang_ i _ttŏkpokki,_ kluski ryżowe w ostrym sosie. Zawsze brakuje mu rąk do pracy, dlatego zaciąga do roboty Ŭn-sŏpa. To jest dopiero gospodarz pola, który zbiera plony dwa razy do roku!

Gdyby Ŭn-sŏp tylko mógł się teleportować, otworzyłby przed nią rozsuwane drzwi i powiedział: „Zapraszam do środka! Kopę lat!”. Ale to było niemożliwe, a poza tym zanim się zorientował, ona oddaliła się już z walizką w kierunku wzgórza.

Na poboczu drogi prowadzącej do Pensjonatu Orzechowy Dom leżało jeszcze trochę nieroztopionego śniegu. Wąska wiejska ścieżka wiodła w kierunku góry, którą dało się dostrzec za budynkiem. Dawniej była to Kwatera Pukhyŏn, prowadzona przez babcię Hae-wŏn ze strony matki, ale odkąd interes przejęła ciocia Myŏng-yŏ, przeistoczył się on w pensjonat. Stało się to wtedy, gdy piętnastoletnia wówczas Hae-wŏn przyjechała z nią do tej wioski.

Ciotka przygarnęła od sąsiada brązowego psa wabiącego się Orzech. Miała nadzieję, że zwierzak pomoże jej siostrzenicy zaaklimatyzować się na wsi. Sąsiad opiekował się nim od szczeniaka, więc kiedy go adoptowały, zwierzę nie było już młode. Mimo to pies żył długo i zdechł dopiero kilka lat temu. Orzecha już nie było, ale nazwa „Orzechowy Dom” pozostała.

– Ciociu, przyjechałam.

Zamarznięta podłoga tarasu skrzypiała pod jej stopami. Wykończone matowym szkłem metalowe drzwi wydały piszczący dźwięk przy otwieraniu. Niosąc walizkę, Hae-wŏn weszła na pierwsze piętro, ale ciotki nigdzie nie było widać.

Stara sypialnia Hae-wŏn w ogóle się nie zmieniła. Łóżko, biurko, komoda, dwudrzwiowa szafa z szufladami. Czerwona sofa, którą dostała w prezencie, gdy zaczynała liceum. Wszystkie rzeczy, których używała, wciąż tam były, nietknięte. Kilka razy mówiła ciotce, że spakuje je w pudła i zaniesie do schowka, żeby się nie kurzyły. Ciotka wolała jednak, by siostrzenica za każdym razem, kiedy przyjeżdża, zastawała swój pokój w takim samym stanie.

Hae-wŏn rozsunęła zasłony i wyjrzała przez okno. Parterowy, murowany budynek dla gości, bezlistne pnącza bluszczu i ścieżka prowadząca na górę za domem były tam, gdzie zawsze. Dom obok, którego podwórko było o rzut kamieniem, również się nie zmienił. Cały krajobraz wyglądał po prostu na starszy niż ostatnim razem, gdy tu była.

Wtedy zauważyła dwa dość wysokie budynki wznoszące się po drugiej stronie wzgórza. Jak by na to nie spojrzeć, te dwa kolorowe bliźniaki, wzniesione symetrycznie obok siebie, były… pensjonatami. Hae-wŏn westchnęła krótko. To dlatego Orzechowy Dom był opustoszały. Skoro nie ma gości, ciocia pewnie gdzieś wyszła.

Hae-wŏn znalazła czajnik elektryczny i zaparzyła sobie czarną kawę. Na półce nad zlewem stało jej zdjęcie z Orzechem w ramionach. Musiała mieć wtedy osiemnaście lat. W jednym z rogów widać było plecy jej babci podlewającej krzewy kwiatowe na podwórku.

Dopóki babcia nie zmarła, w Orzechowym Domu mieszkały kobiety z trzech pokoleń. Budynek z jakiegoś powodu przypominał coś w rodzaju trójkąta. Wydawał się spokojny… miejscami wąski, jakby przechylony pod jednym z kątów, a jednocześnie stabilny. Jego mieszkanki dbały o siebie nawzajem, a gdy któraś z nich była w nerwach, pozostałe uważały, by jej nie drażnić. W tak małym domu każda z nich starała się znaleźć własną przestrzeń.

Babcia, pozbawiona sił w dłoniach z powodu zaawansowanego wieku, zaczęła używać nożyczek do różnych celów. Ciasno zawiązane plastikowe torby trudno było otworzyć, więc brała nożyczki i ciach! Sznurek trzymający pęczek szpinaku? Ciach! Nożyczkami można było ciachnąć wszystko. Zawsze twierdziła, że nie ma siły w rękach, skąd więc wzięła energię na roztrzaskanie podwyższenia, na którym stały dzbany z przyprawami? Stare metalowe nożyczki wciąż zwisały z wieszaka pod półką.

Na starość babcia martwiła się o swoje córki. Chociaż świadomie starała się nie mówić nic o swoim najstarszym dziecku, mamie Hae-wŏn, czasami wyrażała swoje rozczarowanie i frustrację wobec młodszej córki, Myŏng-yŏ. Była to złość granicząca ze smutkiem. Ciocia Myŏng-yŏ była inteligentna i osiągała dobre wyniki w nauce. W młodości podróżowała po świecie. Pisała, opublikowała powieść i stała się autorką. Ale wszystko to straciło na znaczeniu w dniu, w którym oznajmiła, że zamierza porzucić pióro i wrócić do rodzinnej wioski, aby prowadzić pensjonat. Babci się to nie spodobało.

_Hau, hau!_

Hae-wŏn zdumiała się na dźwięk szczekania, które rozległo się od razu, gdy otworzyły się drzwi wejściowe. Orzech? Brązowy pies, który podbiegł do niej, wyglądał identycznie, ale to przecież było niemożliwe. Zwierzę ruszało nosem, podejrzliwie obwąchując nieznajomą.

– Hae-wŏn, czy to ty?

Myŏng-yŏ powiesiła czapkę na wieszaku i weszła do kuchni. Postawiła na stole owinięty w materiał garnek i uśmiechnęła się promiennie do siostrzenicy.

– Dopiero co przyjechałam. Co to za pies?

– Syn Orzecha.

– Orzech miał szczeniaki?

– Miał, zanim do nas trafił. Jego poprzedni pan zmarł, więc go przygarnęłam.

Ten brązowy futrzak, który skończył wąchać nowo przybyłą i zmierzał teraz na taras, był synem Orzecha. Hae-wŏn dziwnie czuła się z tą myślą.

– Jak się wabi?

– Kasztan.

Hae-wŏn zachichotała.

– Prawdziwie orzechowa rodzina.

Pies wyglądał już na starego i lekko utykał, prawdopodobnie z powodu bolącej łapy.

– Skoro byłaś samotna, mogłaś adoptować jakiegoś młodszego psa.

– Spodobał mi się, bo wygląda jak Orzech – odpowiedziała krótko Myŏng-yŏ, po czym rozwiązała materiał, którym owinięty był garnek. Ciocia długo cierpiała po stracie Orzecha, ale może już o nim zapomniała? Hae-wŏn się zastanowiła, ale nic już nie powiedziała. Zamiast tego wskazała na zdjęcie na półce.

– Patrzysz na mnie za każdym razem, gdy zmywasz naczynia, ciociu. To wzruszające.

– To zdjęcie tam było? Nawet nie wiedziałam. Kiedy coś stoi zawsze w tym samym miejscu, w końcu przestajesz zwracać na to uwagę.

Hae-wŏn prychnęła, ale wiedziała, że jej ciotka po prostu tak powiedziała. Proste, wyblakłe włosy Myŏng-yŏ były związane w kok, a ona sama miała na sobie workowate, watowane spodnie i pikowaną kamizelkę.

– Dlaczego tak na mnie patrzysz? Wyglądam staro?

– Cóż… troszkę.

– Bo widzimy się po raz pierwszy od dwóch lat. Ty też wyglądasz inaczej, odkąd stuknęła ci trzydziestka.

– Po prostu dojrzałam.

Myŏng-yŏ parsknęła kpiąco. Przeniosła garnek z kremem na kuchenkę gazową, a następnie rozpakowała zawiniętą w folię do pieczenia szarlotkę i wyłożyła ją na talerz.

– Poszłam do Su-jŏng, bo kiedy usłyszała, że przyjeżdżasz, zrobiła krem dyniowy i upiekła szarlotkę i miała je tu przywieźć. Poszłam po jedzenie, bo ona zawsze jest zajęta, ale podwiozła mnie samochodem z powrotem do domu. Bez sensu więc do niej szłam.

– Po prostu bądź jej wdzięczna. Ciocia Su-jŏng zawsze jest taka troskliwa.

Hae-wŏn oderwała kawałek ciasta z cienko pokrojonymi jabłkami i wzięła go do ust. Wciąż jeszcze ciepła szarlotka cierpko pachniała owocami.

– Jak długo zamierzasz zostać tym razem? Może chociaż z pięć dni?

– Nie wracam.

– Co?

– Zamierzam zostać na jakiś czas. Rzuciłam pracę. Będziesz musiała mnie utrzymywać, ciociu.

Myŏng-yŏ, która właśnie kroiła ciasto, zamarła. Hae-wŏn uśmiechnęła się do niej, ale ciotka tylko wpatrywała się w swoją ukochaną siostrzenicę.STARY ROBIN Z PORTINGALE

Gdy nastała noc, temperatura spadła, a liczby na termostacie bojlera przestały rosnąć. Po umyciu naczyń Hae-wŏn prowizorycznie zakleiła taśmą gumowy wąż doprowadzający wodę do kranu. Miał dziurę, z której kapało, ale ciotka chyba o tym nie wiedziała.

Myŏng-yŏ włączyła grzejnik elektryczny, założyła okulary do czytania i zasiadła na sofie pogrążona w lekturze, a na poduszce u jej stóp drzemał Kasztan. Za nią, wiecznym molem książkowym, na panelach ściennych wisiała drewniana tabliczka z wyrytymi słowami. Hae-wŏn, przechodząc obok niej niezliczoną ilość razy w czasach, gdy mieszkała w Orzechowym Domu, nauczyła się ich na pamięć.

Jeśli po przebudzeniu się z pierwszego snu zrobisz sobie filiżankę herbaty,
Gdy obudzisz się z następnego snu, twoje troski będą ukojone.

Był czas, kiedy ciocia Myŏng-yŏ często przywoływała wspomnienia z podróży do Szkocji, odległego kraju, w którym Hae-wŏn nigdy nie była. Edynburg, Glasgow, Aberdeen… Ciotka nie mogła zapomnieć widoków miast, których nazwy Hae-wŏn słyszała, ale nie potrafiła ich sobie wyobrazić. Na końcu pewnej alejki, w domu rodzinnym przekształconym w pensjonat, Myŏng-yŏ zobaczyła misternie haftowane litery.

Archaiczne słowa zdobiły postrzępiony obrus. Jako była studentka literatury angielskiej, Myŏng-yŏ zapytała właściciela przybytku o znaczenie wyhaftowanej frazy i dowiedziała się, że jest to fragment szkockiej ballady zatytułowanej _The Old Robin of Portingale_.

– Będą ukojone… Spodobały mi się te słowa. Wiesz, jak czasami budzisz się w środku nocy i nie wiadomo dlaczego ogarnia cię smutek? Jeśli zrobisz sobie wtedy filiżankę gorącej herbaty, gdy obudzisz się później, będziesz mniej smutna.

Myŏng-yŏ przepisała to zdanie, przetłumaczone na koreański, na małą kartkę papieru, którą przez długi czas trzymała w notatniku. Niczym mantra stanowiło dla niej pocieszenie podczas samotnych dni w obcych stronach.

Hae-wŏn lubiła patrzeć na pogrążoną w nostalgii ciotkę, kiedy ta przywoływała to wspomnienie. Jako nastolatka chciała lubić to samo co ona. Mama Hae-wŏn i Myŏng-yŏ różniły się jak ogień i woda. Podczas gdy pierwsza twardo stąpała po ziemi i była oschła, druga – ze swoim zamiłowaniem do wędrowania i wrodzonym luzem – wydawała się w tym samym stopniu wolna. Wszystko uległo zmianie, kiedy wraz ze swoją siostrzenicą wróciła do rodzinnej wioski.

– Nie jestem tak utalentowana, jak myślałam. Zaopiekuję się Hae-wŏn, dopóki nie dorośnie.

Tego dnia babcia roztrzaskała platformę pod dzbany z przyprawami. Myŏng-yŏ przyglądała się tej scenie z założonymi rękami, a serce Hae-wŏn biło szaleńczo. Dziewczyna sądziła, że nie jest tam mile widziana, ale następnego dnia babcia posprzątała bałagan i pozostawiła miejsce nieskazitelnie czyste. Wnuczce nie powiedziała ani jednego raniącego słowa.

Hae-wŏn zagotowała herbatę w elektrycznym czajniku. Nalała dwie filiżanki i powiedziała:

– Widziałam, że pojawił się nowy pensjonat. Właściwie to dwa.

– Yhm – mruknęła Myŏng-yŏ, przewracając kartkę.

– Może my też zawiesimy lampki na drzewach, żeby migotały?

– Bez sensu. Dla drzew też nie jest to dobre..

– Można powiesić choć w zimie.

Nie było odpowiedzi. Hae-wŏn wyczuła, że ciotka nie chce rozmawiać o prowadzeniu hotelu, piła więc herbatę bez słowa. Na grudniowej stronie kalendarza na biurku była zakreślona data, a obok niej słowa „przyjazd Hae-wŏn”. To sprawiło, że poczuła gorycz. Mogła zorganizować swój przyjazd w jakiś fajniejszy sposób, choć sama nie wiedziała, jak by to miało wyglądać. Pod datą, drobnym drukiem, widniała informacja o święcie.

– Ciociu… dzisiaj jest Dzień Pojednania w RPA, wiedziałaś o tym?

– Nie wiedziałam. Jest coś takiego?

Hae-wŏn odstawiła filiżankę i przejrzała wcześniejsze kartki kalendarza. Każdy miesiąc był pełen świąt: Międzynarodowy Dzień Kawy, Światowy Dzień Uśmiechu, Światowy Dzień Telewizji… Zachichotała na widok Światowego Dnia Mleka i Międzynarodowego Dnia Osób Leworęcznych. Jak można było wyszukać i wydrukować tak trywialne święta? Ten, kto to przygotował, musiał być albo jakimś żarliwcem, albo żartownisiem – w każdym razie był nudną osobą.

– Kto ci dał ten kalendarz? Ma zdjęcia krajobrazów Pukhyŏn.

– Mój sąsiad, Ŭn-sŏp. Prowadzi księgarnię.

Im Ŭn-sŏp?

Czy to on prowadzi księgarnię, którą widziała tego popołudnia? Niespodziewanie przypomniała sobie jego twarz. Był kolegą z klasy, który chodził do tej samej szkoły średniej w Hyech’ŏn co ona. Nie mówił zbyt wiele. Mimo że mieszkał tuż obok, to kiedy się spotykali, wymieniali jedynie pozdrowienia. Zdaje się, że rzucił liceum w połowie nauki. Czy jego zdjęcie było w roczniku? Nie mogła sobie przypomnieć.

– Dobrze mu idzie? Nawet w Seulu lokalne księgarnie się zamykają.

– Niech pomyślę. Otworzył ją ponad rok temu.

– Rozumiem. W sumie dobrze, że w wiosce jest księgarnia.

Myŏng-yŏ zdjęła okulary i zamknęła książkę.

– Nie martw się o sprawy innych ludzi, zamiast tego powiedz mi lepiej o swoich planach. Z czego ty zamierzasz żyć?

– Zamierzam żyć dobrze.

– Jak to dobrze?

– Wystarczy, że będę żyła jak ty, ciociu.

Choć Hae-wŏn powiedziała to żartobliwie, Myŏng-yŏ zmarszczyła lekko brwi.

– Lubisz się ze mnie nabijać? Może uczyłabyś rysowania? W okolicy powinny być jakieś kobiety lub dzieci, które chciałyby się nauczyć.

– Cóż… Czy tutejsze dzieci słuchają się nauczycielki?

– A czy dzieci muszą koniecznie robić, co im każesz?

Hae-wŏn westchnęła i powiedziała ze szczerością:

– Zdałam sobie z czegoś sprawę… Nie można nauczyć kogoś malować czy pisać. Jeśli ktoś ma talent, nie trzeba go uczyć, a jeśli nie, to bez sensu.

Być może, wbrew sobie, powiedziała to chłodniej, niż zamierzała. Myŏng-yŏ rzuciła Hae-wŏn pełne wyrzutu spojrzenie. Dziewczyna wzruszyła ramionami, lekko zakłopotana.

– Myślisz, że moje słowa były złośliwe? Nawet jeśli, to nie oblewaj mnie, proszę, gorącą herbatą!

– To nazywasz byciem złośliwym?

Mimo sarkazmu twarz Myŏng-yŏ złagodniała.

– Nie słyszałaś chyba nigdy kąśliwej uwagi. Jeśli chcesz taką usłyszeć, daj znać. Dam ci do wiwatu.

Kąśliwe uwagi… Hae-wŏn wiedziała aż za dobrze, co to znaczy. Kiedy jej matka i ciotka mieszkały niedaleko siebie, czasami była świadkiem ich sprzeczek. Kłóciły się tak zażarcie, jakby nigdy więcej miały się nie spotkać. Zdawało się, że gdy matka wbijała ciotce ostrą szpilę, ta jakby ciskała w nią kamieniami. Mimo jednak tych zaciekłych kłótni mijało kilka dni, a siostry znów wspólnie się śmiały, jadły, wymieniały się ubraniami i rozmawiały, co wprawiało małą Hae-wŏn w zakłopotanie. Ale to wszystko było już przeszłością.

– A twoja mama? – zapytała ciotka, jakby czytając jej w myślach.

– Pewnie ma się dobrze…

– Nie widujecie się?

– Widuję ją raz na kilka miesięcy. Jemy coś razem i pijemy kawę.

Ale matka i córka nie chadzały razem do domów towarowych ani na targ, nie siadywały też obok siebie i nie oglądały filmów. Kiedy zmieniała się pora roku, matka dzwoniła do córki i szły razem coś zjeść. Latem był to _naengmyŏn_, czyli makaron na zimno, a zimą jakieś gorące danie. Potem przez prawie godzinę siedziały w kawiarni i nadrabiały zaległości. A potem nie miały już sobie nic więcej do powiedzenia.

– Wiesz co…? Od dawna nie robię już portretów. Nie lubię malować ludzi.

Myŏng-yŏ oparła się na kanapie i obserwowała swoją siostrzenicę.

– Nie mam chyba kwalifikacji do uczenia kogokolwiek.

– No patrz, nie wiedziałam, że masz tak niską samoocenę.

– Nie, to nie to. Nie uważam, żeby czegoś mi brakowało, na przykład kompetencji. Po prostu istnieją ludzie, którzy są dobrzy w nauczaniu, ale ja do nich nie należę. Właśnie to sobie uświadomiłam.

– Może za bardzo ci zależy? Albo zbyt wiele oczekujesz od innych ludzi?

Czyżby? Hae-wŏn zastanowiła się chwilę. Nie. Od piętnastego roku życia nigdy niczego nie oczekiwała od nikogo. Jej własne umiejętności szybko ją rozczarowały i wcześnie zrozumiała swoje ograniczenia. Podobnie jak jej ciotka, która przestała pisać… Potrząsnęła głową, by odgonić te myśli.

Gdzieś w wiosce rozległo się szczekanie. Kasztan podniósł na chwilę głowę, po czym ponownie zasnął na swojej poduszce. Ciocia Myŏng-yŏ spała twardym snem w sypialni na dole.

Hae-wŏn nie mogła zasnąć, narzuciła więc na ramiona kardigan i wyszła na ciemny, drewniany taras. Dotyk lodowatych kapci na bosych stopach przyprawił ją o dreszcze, ale uwielbiała spokój wioski w nocnej ciszy. Na drzewach wokół pensjonatów na wzgórzu migotały girlandy świateł. Wyglądało to tak, jakby machały zapraszająco, sugerując, że w przeciwieństwie do podstarzałego Orzechowego Domu tam człowiek znajdzie oazę ciepła nawet w środku nocy.

Hae-wŏn kilkakrotnie wcisnęła włącznik ciężkiego pieca parafinowego na tarasie. Urządzenie zadrżało, jakby wybudzone z zimowego snu, aż w końcu zapłonęło. Wydobył się z niego słaby zapach parafiny.

– Malujesz z takim podejściem? Jak ktoś, kto myśli, że ma prawo niszczyć obrazy innych, miałby sam mieć prawo do malowania?

Patrząc wstecz, nie mogła zrozumieć, co w nią wtedy wstąpiło. Po co z tym wyskoczyła? W pracy zdarzały się jej gorsze sytuacje.

W prywatnej szkole istniały różne źródła stresu: placówka rozwijała się lub przechodziła okres spadku, nauczyciele odchodzili i przychodzili nowi, trzeba było się skupiać na wynikach egzaminów wstępnych na uniwersytet i liczbie zapisanych uczniów. W swojej pierwszej pracy dyrektor poprosił ją nawet, aby spędziła miesiąc w sąsiednim instytucie jako studentka i sprawdziła, jak uczą konkurenci oraz jaka panuje tam atmosfera. Nie podobała jej się rola szpiega, ale dyrektor zapewnił ją, że to jedynie działalność badawcza.

Po tygodniu nie miała już ochoty tam wracać. Pamiętała sytuację sprzed kilku miesięcy, gdy szła ze swoimi uczniami na _kimbap_, ryż z warzywami zawijany w wodorosty, i natknęła się na dyrektorkę sąsiedniej szkoły. Ta rzuciła jej nieprzyjemne spojrzenie, jakby rozpoznała w niej szpiega. Hae-wŏn długo nie mogła zapomnieć wyrazu jej twarzy.

Przetrwała wiele sytuacji, ponieważ była elastyczna, jednak tamtego dnia bez zastanowienia złapała uczennicę za ramię. Hae-wŏn chwyciła rękaw jej kurtki, więc gdy dziewczyna gwałtownie się wyswobodziła, materiał się rozerwał.

Hae-wŏn zapłaciła za uszkodzone ubranie. Następnego dnia matka uczennicy pojawiła się w pokoju nauczycielskim i zrobiła awanturę. Zażądała zwrotu czesnego i przeprosin. Dyrektor przeprosił w imieniu Hae-wŏn i oddał pieniądze, ale kobieta chwyciła stojące na podłodze naczynie i w akcie skrajnej arogancji ochlapała Hae-wŏn brudną wodą do mycia pędzli.

Wszyscy zapewniali, że to nic takiego, i radzili, by nie przejmowała się takimi drobiazgami, jeśli chce dalej pracować. Ale odtąd nic nie było już takie samo. Mimo rad, by przeszła nad tym incydentem do porządku dziennego, co się stało, to się nie odstanie. Gdyby się nad tym zastanowić, wina niekoniecznie leżała po stronie uczennicy. Wszystko narastało stopniowo i w końcu się przelało. Incydent po prostu zgrał się w czasie z tym momentem.

Brum!!! Ktoś zburzył głęboką ciszę nocy, przejeżdżając ścieżką na skuterze. Zaparkował pojazd pod latarnią pomiędzy Orzechowym Domem a sąsiednim budynkiem. Spojrzenie Hae-wŏn, przechadzającej się po tarasie z założonymi rękami, spotkało się ze spojrzeniem Ŭn-sŏpa, który zsiadł ze skutera. Dwa domy dzieliło zaledwie kilka metrów.

Ubrany w kurtkę Ŭn-sŏp zdjął kask i rękawice. Jego rozczochrane włosy lśniły w świetle lampy. Przez chwilę wahali się, czy się przywitać.

Hae-wŏn pierwsza przerwała niezręczną nocną ciszę.

– Cześć! Kopę lat!

– Cześć. Przyjechałaś dzisiaj, prawda?

– Skąd wiesz?

– Widziałem cię. Z lodowiska.

W chłodnym powietrzu unosiły się obłoki ich oddechów. Ŭn-sŏp spoglądał na Hae-wŏn, ubraną w różową piżamę, sweter i kardigan, z włosami dłuższymi niż dwa lata temu. Jej bose stopy w kapciach były blade.

– Jest zimno. Dlaczego tu stoisz?

– Nie mogłam spać, więc postanowiłam zaczerpnąć świeżego powietrza. Zaraz wracam do środka.

Piec parafinowy na tarasie usilnie starał się dawać trochę ciepła, ale to nie wystarczało. Z rękami wciąż skrzyżowanymi na piersi Hae-wŏn spytała:

– Słyszałam, że prowadzisz księgarnię.

– Tak.

Wahali się przez chwilę. Ŭn-sŏp wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował i się pożegnał.

– W takim razie… dobrego odpoczynku!

Kiedy zaparkował skuter i miał już wejść do domu, rozległ się głos Hae-wŏn:

– Hej, mam pytanie.

Ŭn-sŏp zatrzymał się.

– Pianki, tam na polach, kojarzysz, te beczki do fermentacji słomy. Wiesz, jak się naprawdę nazywają?

Na jego twarzy pojawił się dziwny wyraz. Wpatrując się w nią, powoli otworzył usta.

– Dokładnie to samo pytanie zadałaś mi trzy lata temu.

Była lekko zaskoczona.

– Naprawdę? Niejasno pamiętam, że ktoś mi to powiedział. Czyli to byłeś ty! Ale znowu zapomniałam.

– Nazywają się _konp’o_. Mówi się też na nie „kiszonka”.

– _Konp’o_… – mruknęła pod nosem Hae-wŏn. – Nie zapamiętałam tego słowa.

– Zapytaj mnie ponownie następnej zimy. Powiem ci jeszcze raz. Dobranoc.

Uśmiechnął się lekko drwiąco, pomachał jej krótko i wszedł do domu. Hae-wŏn znów została sama. Wyłączyła piec parafinowy i wpatrywała się w gasnącą poświatę.

Czyli prawdziwa nazwa tych pianek to _konp’o_. Pomyślała, że mimo wszystko dla niej to pewnie zawsze będą pianki. Nocny wiatr był zimny, a księżyc jasny.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij