Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Sprzedana. Historia prawdziwa. Tom 1 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
26 stycznia 2026
2720 pkt
punktów Virtualo

Sprzedana. Historia prawdziwa. Tom 1 - ebook

„Sprzedana” to prawdziwa historia młodej Rosjanki, która pada ofiarą handlu ludźmi. Urodzona w zapomnianej przez Boga wiosce, Natasza pragnie tylko jednego: żyć inaczej niż matka i babcia. Jednak jej bilet do wolności okazuje się gorszym koszmarem, niż kiedykolwiek mogła sobie wyobrazić. Wpada w ręce handlarzy ludźmi, którzy wielokrotnie ją sprzedają różnym mężczyznom. Nawet w nowoczesnej Europie – w Szwecji – czeka ją odkrycie, że niewolnictwo wciąż istnieje, a ludzkie życie nie jest nic warte.

Ta książka to wstrząsające świadectwo, które rzuca światło na mroczny, ukryty świat współczesnego niewolnictwa i handlu ludźmi. Historia Nataszy jest nie tylko opowieścią o traumie i bezwzględności, ale przede wszystkim o niesamowitej sile woli i niezłomnej determinacji do przetrwania. To lektura obowiązkowa dla każdego, kto chce zrozumieć, że koszmar prostytucji i wyzysku może dotknąć nawet najbardziej niewinne ofiary.

Vera Efron urodziła się w 1959 roku w syberyjskim mieście Novokuznetsk. Od 1989 roku mieszka w Szwecji. Pisarka i uczona prowadząca wydawnictwo Efron&Dotter.

Tłumaczy: Elżbieta Kobyzew-Gładzka

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna obca
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-67494-78-6
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP

Pokój jest mały i ciasny. Jego ściany pomalowano na kredową biel. Nad prostym łóżkiem wisi rycina w aluminiowej ramie przedstawiająca słoneczniki. Codziennie ścielę łóżko i przykrywam je białą, szydełkowaną narzutą. To wszystko, co robię. Nic więcej. Cały dzień siedzę na krześle przy oknie i wpatruję się w łóżko. Biała, szydełkowana narzuta. Moja babcia miała prawie identyczną w swoim domu, we wsi Trudoliubowka, gdzie mieszkałam przez pierwszych siedemnaście lat swojego życia. To była biała, szydełkowana narzuta z prostym wzorem.

Pamiętam, jak moja babcia się o nią bała. Nie pozwalała mi usiąść na łóżku, żeby jej nie zabrudzić. Kilka razy dziennie babcia wygładzała jakieś niewidoczne fałdy na kapie i z wyrzutem spoglądała na mnie, jakbym to ja miała dbać o jej nienaganny wygląd. Wieczorami zdejmowała i układała ją na drewnianej skrzyni obok łóżka.

Pościel również była biała. Babcia pracowała przy krowach w gospodarstwie i zawsze po powrocie do domu miała brudne ręce i stopy. W zagrodzie było mokro i błotniście, zwłaszcza gdy padał deszcz. Tak brudno, że babcia musiała czasem w środku tygodnia prać swoje robocze ubrania i kąpać się w bani. Jeśli się nie kąpała, to zawsze przed pójściem spać myła się dokładnie w kąciku z umywalką w kuchni. Dużą wagę przykładała do tego, aby nie pobrudzić pościeli i, rzecz jasna, narzuty.

Myślę o prześcieradłach, których używałam w Szwecji, i czuję, że zbiera mi się na wymioty, dławię się. Zamykam oczy, przykładam rękę do gardła i udaje mi się powstrzymać nudności. Pościel była poplamiona, brudna i śmierdząca. Och, jak ja nienawidzę tych mężczyzn. Znów czuję nasilające się mdłości.

– Nataszo, dobrze by było, gdybyś dała upust swoim uczuciom i zaczęła mi o nich opowiadać – powiedziała lekarka, która przyjęła mnie, gdy przyjechałam karetką do szpitala i która teraz miała pracować nad moją rehabilitacją.

Przez kilka pierwszych dni mojego pobytu w szpitalu przychodziła do mnie, zaglądała tylko, nie zatrzymując się na dłuższej. Dziś może uznała, że czas nawiązać dłuższą rozmowę. Ale nie chciałam rozmawiać ani z nią, ani z nikim innym.

– Jeśli chcesz płakać, to płacz – kontynuowała, nie przejmując się brakiem odpowiedzi.

Nie odpowiedziałam. Nie chciałam ani mówić, ani płakać. Nic nie chciałam. Pragnęłam tylko położyć się, zakopać w pościeli, schować pod nią głowę i zamknąć oczy. Ale nie mogłam leżeć w łóżku. Gdy tylko położyłam się w nocy, znów czułam ten obrzydliwy zapach, mieszaninę moczu, nasienia, potu i własnej krwi – odór, który prześladuje mnie, odkąd spędziłam rok w piekle.

Przez kilka dni łóżko pozostawało nietknięte. Spałam na krześle. Jest wygodne i ma wysokie oparcie, które odchyla się do tyłu. Stoi przy oknie i mogę w nim siedzieć przez cały dzień. Czasem siedzę też w nocy, kiedy nie mogę zasnąć.

Nadal śpię na podłodze. Rozkładam narzutę z łóżka i otulam się nią. W szydełkowanej, białej kapie mogę zamknąć oczy i zasnąć. Narzuta pachnie zwykłym nieperfumowanym mydłem, takim samym jak to, którego używała moja babcia do prania swojej pościeli. Zwykle ucierała trochę ciemnobrązowego mydła do blaszanego wiadra z wodą, a potem stawiała je na kuchni i gotowała zarówno pościel, jak i narzutę.

– Pościel zawsze musi być wygotowana, żeby była czysta – uczyła mnie babcia.

– Dlaczego moja mama tego nie robi? – zapytałam.

Babcia tylko westchnęła w odpowiedzi. Jej córka, a moja mama, pracowała w pobliskim mieście Krasnoje Sieło jako ekspedientka w sklepie monopolowym. Często wracała do domu późno pijana i po prostu rzucała się na łóżko, żeby tylko zasnąć. Spała na wierzchu, na narzucie, która była brudna i szara. Nie biała jak u babci.

– Nataszo… – spytała mnie wczoraj lekarka – czy rzeczywiście dasz radę wrócić do Sztokholmu, żeby zeznawać na rozprawie? To będzie dla ciebie bardzo obciążające psychicznie. Przecież dopiero od kilku dni w miarę dobrze śpisz. Możesz znów poczuć się gorzej, a powrót do zdrowia potrwa dłużej.

Nie odpowiedziałam. Nie rozumiałam, skąd mogła wiedzieć, czy spałam dobrze czy źle. Skąd mogła wiedzieć, jakie piekło noszę w sobie? Siedziałam w milczeniu. Może lekarka myślała, że mnie przekonała. Poklepała mnie po głowie jak małą dziewczynkę i kontynuowała:

– W porządku. Powiem, że zmieniłaś zdanie.

– Wcale nie zmieniłam – odparowałam krótko.

– Nataszko, maleńka. Dobrze się zastanów…

– Pojadę.

Tak się zmęczyłam, że nie miałam już siły nic więcej powiedzieć. Zamknęłam oczy i odchyliłam się w fotelu. Nie chciałam widzieć pięknej, zadbanej pani doktor, która próbowała wyglądać pociągająco, ponieważ chciała być atrakcyjna dla swojego męża i pewnie też dla innych mężczyzn. Na prawej ręce nosiła obrączkę. Nową i błyszczącą. Może kochała swojego męża i myślała, że on też ją kocha. Ale tak nie było. Miłość to coś wymyślonego przez kobiety. Głupia bajka dla prostych kobiet. Takich, jak ta lekarka.

– Czy twój mąż cię kocha? – spytałam ją.

– Tak, kocha mnie. – Spojrzała na mnie poważnym wzrokiem i po prostu odpowiedziała.

Parsknęłam. Była głupia, myśląc w ten sposób. Dla mężczyzn istniał tylko seks, seks i nic więcej.

– Jeśli masz zamiar pojechać i zeznawać na rozprawie, musisz być zdrowa. – Znów spojrzała na mnie swoimi mocno umalowanymi oczami.

– Mam zamiar pojechać. Nie ma znaczenia, czy jestem zdrowa, czy chora, bo i tak pojadę.

– W takim razie zwiększymy dawkę leków – odpowiedziała lekarka, notując coś w karcie choroby.

Nosiła naprawdę mocny makijaż. Jej oczy były obwiedzione miękkim szarym cieniem i podkreślone ciemnoszarą kredką. Nałożyła trochę różu na policzki, a wargi pociągnęła jasną szminką. Nie to co my; my musiałyśmy malować usta na jaskrawoczerwony kolor. Jak ja jej nienawidziłam! Była głupia i naiwna. Myślała, że może uzdrowić mnie swoimi tabletkami.

– Czy można wyleczyć nienawiść za pomocą tabletek? – spytałam z przekorą.

– Nie, nie można – odpowiedziała, udając, że ją to obchodzi. – Ale można przepracować nienawiść, pogodzić się z samą sobą i wybaczyć.

– Nigdy im nie wybaczę. Słyszysz, co mówię? – krzyknęłam albo raczej spróbowałam krzyknąć. Nie miałam siły krzyczeć, tak samo jak nie miałam siły już dłużej rozmawiać.

– Twój mąż jest taki sam jak inni mężczyźni. Nienawidzę mężczyzn i ciebie też – dodałam.

Spojrzała mi głęboko w oczy i odpowiedziała miękkim głosem:

– To dobrze, że zaczynasz reagować i odzyskujesz uczucia. Wcześniej byłaś po prostu obojętna. To znaczy, że zaczynasz zdrowieć, Nataszo. Może nie będzie aż tak źle, jeśli mimo wszystko, pojedziesz na rozprawę.

Ale teraz nie byłam już tego taka pewna. Perspektywa spotkania z Maratem i spojrzenia w jego zwierzęce oczy napawała mnie lękiem. Jego wzrok zawsze mnie paraliżował. Czułam się jak mała myszka, która wbrew swojej woli rzuca się w otwartą paszczę węża. Zwłaszcza kiedy nas wołał:

– Hej, ty, brudny szczurze, chodź no tutaj!

To tak zaczęło się całe to piekło. Nadal pamiętam wszystko: zapachy, piosenkę, która leciała w radiu, wszystkie szczegóły i ten jego obleśny głos, kiedy nas wołał.

– Hej, ty, brudny szczurze, chodź no tutaj!ROZDZIAŁ PIERWSZY

Wszystko zaczęło się od mojego dążenia do lepszego życia. Gdybym o nim nie marzyła i żyła jak wszyscy w naszej wiosce, to by mnie to nie spotkało. Wiem o tym. Ale nie chciałam żyć jak babcia ani – co gorsza – jak mama. Chodzić całymi dniami w brudnych, zabłoconych walonkach i uprzątać gnój po krowach jak babcia ani stać w sklepie, sprzedając gorzałę pijakom, a potem sama pić po pracy jak matka – tego nie chciałam. Chciałam mieć lepsze życie.

Na początku nie wiedziałam, co oznacza dla mnie lepsze życie, ale nie chciałam wieść nudnej, bezsensownej egzystencji. Tak postanowiłam już w pierwszej klasie. Pamiętam, jak przeczytałam pierwsze zdanie bukwara – elementrza, z którego wszystkie dzieci uczą się czytać i pisać: „Nauka jest światłem”. A potem: „Ignorancja jest ciemnością”.

Fajnie to się czytało. Kiedy litery, które początkowo były po prostu różnymi znaczkami, mogły już tworzyć słowa, byłam ciekawa, co jest dalej w książce. Wróciłam do domu po szkole i usiadłam do czytania. Cały elementarz przeczytałam w jeden dzień. Nie mogłam przestać, dopóki nie przewróciłam ostatniej strony.

– Dlaczego nie czytasz, babciu? – zapytałam, kiedy już wróciła od krów.

Nie miałyśmy w domu ani jednej książki, gazet też nie było. Miałyśmy jednak telewizor, który stał na smukłych nóżkach w kącie, przykryty szydełkowaną serwetą. Czasami, głównie w niedziele, mama zdejmowała ją i naciskała zielony przycisk. Aparat syczał przez chwilę i z małej jasnej kropki, która pojawiała się na środku ekranu, wyłaniał się obraz. To właśnie ta przemiana ciemności w światło podobała mi się najbardziej. Gdy nikogo nie było w domu, naciskałam czasem po kilka razy na przemian, zielony i czerwony przycisk. Wtedy gasło światło i znikał ten cały nieosiągalny świat. Ale ani babcia, ani mama nie pozwalały mi bawić się telewizorem, więc nie robiłam tego zbyt często.

Mieliśmy też w domu radio – małe brązowe pudełko pokryte z przodu żółtym, zakurzonym materiałem. To stamtąd dochodził dźwięk, piękne głosy mężczyzn i kobiet. Jednak ani babcia, ani mama nie słuchały radia zbyt często. Ich życie było monotonne i nudne. Obie wcześnie rano wychodziły z domu, każda do swojej pracy. Babcia po kilku godzinach wracała, żeby dać mi śniadanie, a potem znów szła do krów. Jakoś po południu wracała do domu i robiła coś do jedzenia.

Jedzenie było tak samo nudne, jak życie mojej babci. Najczęściej jadałyśmy ziemniaki i kefir. Mięso lub kurczaka miałyśmy tylko czasami. Wtedy babcia smażyła do tego ziemniaki z cebulą. Smażone ziemniaki z mięsem – to było moje ulubione jedzenie.

Przed rozpoczęciem nauki w szkole nie zwróciłam uwagi na to, że nie mieliśmy w domu żadnych książek. W naszej małej wiosce funkcjonowała szkoła podstawowa z pierwszymi czterema klasami. Potem wszystkie dzieci dojeżdżały autobusem do najbliższego miasta, Krasnego Sieła, gdzie pracowała mama. Ale i w naszej szkole mieliśmy małą bibliotekę, którą nauczycielka pokazała nam pierwszego dnia. Nigdy nie widziałam tylu książek. Cały pokój pełen książek!

– Po co komuś tak dużo książek? – zapytałam nauczycielkę, naszą sąsiadkę ze wsi.

– W książkach jest wiedza – odpowiedziała.

– Przeczytała pani te wszystkie książki? – nie kryłam zdziwienia.

– Tak – uśmiechnęła się. – I jeszcze wiele innych. Czytanie jest przyjemne.

Zrozumiałam, co miała na myśli, gdy w ciągu jednego dnia pochłonęłam cały elementarz.

– „Mama umyła ramę” – głosił podpis pod obrazkiem przedstawiającym atrakcyjną kobietę w pięknej sukni myjącą okno. Nigdy nie widziałam mojej mamy w tak eleganckiej sukni. Nawet kiedy ładnie się ubierała, żeby pójść do kina, nie zakładała tak pięknego stroju jak ta kobieta, kiedy myła okna. Może dlatego, że umiała czytać, a moja babcia ani mama chyba nie umiały.

Kiedy więc zapytałam babcię, dlaczego nie czyta książek, zapadła cisza.

– Umiesz czytać, babciu? – powtórzyłam pytanie.

Spojrzała na mnie w milczeniu, po czym przeszła do kącika z umywalką i zaczęła myć swoje wielkie, sękate dłonie. Namydliła je kilka razy dużą, brązową kostką mydła i spłukała zimną wodą ze starej umywalki. Nie miałyśmy wody doprowadzonej do domu. Nie było też toalety. Miałyśmy wychodek obok domu i małą banię na podwórku. Każdy w naszej wsi miał banię. Nowoczesnej sauny nie można porównać z prawdziwą rosyjską banią, opalaną drewnem brzozowym, w której chłoszcze się całe ciało brzozowymi witkami. Wtedy wszystkie pory skóry się rozszerzają, a brud i choroby opuszczają organizm. Po pobycie w bani człowiek czuje się jak nowo narodzony, zdrowieje.

Kąpiel w naszej bani jest tak samo wspaniała latem, jak i zimą. Latem, po solidnym wychłostaniu się brzozowymi gałązkami, wybiegasz na świeże powietrze, a całe ciało płonie, więc zanurzasz się w małym, wartkim strumieniu, w którym woda jest zawsze zimna, nawet w upalne dni. Ale jeszcze przyjemniej kąpać się w bani zimą. Wtedy gdy jest naprawdę zimno, zakładasz płaszcz, bierzesz ręcznik, wsuwasz stopy w stare gumiaki, a następnie biegniesz do gorącej bani. Otwierasz drzwi i ciepłe powietrze uderza cię w twarz. Rozbierasz się w przedsionku, w którym na wbitych w ścianę gwoździach wiszą pęki brzozowych witek, zdejmujesz jeden z nich i wchodzisz do drugiego pomieszczenia.

Najpierw trzeba przygotować pęk witek. Taka brzozowa trzepaczka powinna być rozsądnej wielkości i zachować małe, zielone liście nawet po dwu- lub trzykrotnym użyciu. Przyjemność z kąpieli w bani zależy, w dużej mierze, od jakości gałązek, którymi się chłoszczesz. Wykonanie odpowiedniego pęku to wielka sztuka. Gałązki brzozy należy łamać wczesną wiosną, gdy liście już wyszły, ale jeszcze nie mają więcej niż dwa, trzy centymetry. Dzięki temu, po wyschnięciu, najlepiej trzymają się gałęzi i nie odpadają, gdy się nimi uderzasz. Następnie trzeba je powiesić pod sufitem w dobrze wentylowanym, niezbyt nasłonecznionym pomieszczeniu. Moja babcia wieszała je w drewutni koło bani.

Wysuszone pęki witek są potem przenoszone do przedsionka łaźni, gdzie czekają na swoją kolej.

Tylko w bani babcia mogła porządnie domyć ręce, usunąć brud, który wchodził pod paznokcie oraz w głębokie zmarszczki i sprawiał, że jej dłonie wyglądały jak oplecione ciemną pajęczyną. Zawsze korzystała tylko ze zwykłego mydła.

Ale teraz, kiedy spytałam ją o książki, wydawało się, że chce wyszorować swoje wielkie, spracowane dłonie naprawdę do czysta. Stałam w milczeniu i czekałam, aż skończy.

Babcia umyła ręce, a potem osuszyła je dokładnie nowym ręcznikiem, który wyjęła z kuchennej komody.

Następnie przykucnęła przed komodą i wyciągnęła dolną szufladę. Obserwowałam ją bez słowa. Ona też nic nie mówiła, tylko westchnęła. Po chwili wygrzebała niewielką książeczkę oprawioną w starą, ciemnozieloną okładkę ze złotym napisem.

– Świadectwo dojrzałości – przeliterowałam.

– Co to znaczy? – zapytałam ją.

– Świadectwo oznacza zaświadczenie.

– Czy jest to świadectwo dojrzałości, że jest się dojrzałym, tak jak jabłko?

– Tak – westchnęła babcia, głaszcząc dłonią zieloną okładkę. – Wtedy byłam gotowa rozpocząć nowe życie, ale nie udało mi się.

– Mogę spojrzeć? – Wyciągnęłam ręce, żeby wziąć świadectwo, ale babcia nie chciała mi go dać.

– Idź i umyj najpierw ręce – powiedziała surowym głosem. – W przeciwnym razie zaplamisz je.

Umyłam dłonie dokładnie tak jak moja babcia. Kilkakrotnie je namydliłam i opłukałam zimną wodą. Potem dostałam małą zieloną książeczkę. Otworzyłam ją i ze zdumieniem odkryłam, że nazwisko babci wykaligrafowano tam atramentem.

– Maria Ivanovna Belikova, urodzona w tysiąc dziewięćset czterdziestym roku – przeczytałam na głos. – To ty, babciu!

– Tak, to ja.

– Ale co to jest?

– To moje świadectwo szkolne – znów westchnęła.

Jeszcze raz spojrzałam na książeczkę. Drukowany tekst wyliczał poszczególne przedmioty, przy których odręcznie wpisano oceny. Kontynuowałam czytanie na głos:

– Język rosyjski: pięć, literatura: pięć, algebra: pięć, trygonometria: pięć.

Fizyka, chemia organiczna, chemia nieorganiczna, geografia i wiele innych przedmiotów, których nazwy niewiele mi mówiły. Przy wszystkich stała ocena „pięć”.

– Ojej, babciu, potrafiłaś czytać! Chodzi mi o to, że umiesz czytać.

– Czytanie sprawiało mi przyjemność.

Widziałam, jak mała łza spływa po jej pomarszczonym policzku.

– Opowiedz mi o tym, babciu – poprosiłam ją. – Opowiedz mi o swojej szkole.

– Nie ma za bardzo o czym opowiadać. Urodziłam się rok przed rozpoczęciem Wielkiej Wojny Ojczyźnianej tu, na wsi. Ale już w czterdziestym drugim roku ewakuowano nas do Uralu. Pamiętam tylko, że jak przyjechaliśmy, było dużo śniegu. Tata poszedł na front, a mama, moja mama, została sama z trójką dzieci. Byłam najmłodsza z rodzeństwa. Tata zginął na wojnie, więc w zasadzie w ogóle go nie pamiętam. Ale mama po wojnie wróciła do Trudoliubowki i zaczęła pracować w kołchozie. To był ten sam kołchoz, w którym teraz pracuję.

– Czy chodziłaś do tej samej szkoły, co ja?

– Nie, stara szkoła była mała, teraz jest tam wiejski sklep. Waszą szkołę wybudowano później, w latach siedemdziesiątych. Twoja mama już do niej chodziła.

– Ale dlaczego nie czytasz książek, skoro umiesz? Czytanie sprawia tyle radości!

– W szkole dużo czytałam, jak widać, miałam piątkę z literatury. W dzieciństwie mogłam siedzieć w bibliotece i czytać przez cały dzień. Ale potem, gdy miałam dwanaście lat, zaczęłam pomagać mamie w gospodarstwie. Po szkole próbowałam dalej się uczyć, nawet pojechałam do Leningradu, ale nie dostałam się na studia. Zostałam więc w mieście i zaczęłam pracować nas budowie. To była ciężka praca, ale przyjemna. Potem spotkałam twojego dziadka i wróciliśmy do Trudoliubowki. Zdobycie mieszkania w tamtych czasach graniczyło z cudem. Zaczęliśmy razem pracować w gospodarstwie i w końcu zbudowaliśmy dom. To był piękny dom.

– Ten, w którym teraz mieszkamy?

– Nie – odpowiedziała, a ja zauważyłam, że bardzo posmutniała. – Tamten dom się spalił. Twoja mama była wtedy mała, udało mi się ją uratować, ale mój mąż spłonął w środku. Wraz ze wszystkimi książkami, które mieliśmy.

Babcia zamilkła. Ja też milczałem. Po prostu nie wiedziałam, co powiedzieć.

– Potem już nie czytałam – powiedziała w końcu babcia. – Nigdy nie miałam czasu. Twoja mama była mała, to był trudny czas. Dużo pracowałam, żeby związać koniec z końcem. W ciągu dnia w kołchozie, a potem w naszym warzywniaku. Trzeba było się przygotować i zgromadzić zapasy na zimę: ziemniaki, kapustę i inne warzywa. Zaraz po pożarze mieszkałyśmy u sąsiadów, ale potem zmarła starsza pani, która mieszkała w tym domu, więc mogłam się wprowadzić.

Głaskałam babcię po starych dłoniach z popękanymi opuszkami. Tak bardzo było mi jej wtedy żal! Jednak teraz, gdy myślę o tamtym czasie, żałuję, że nie zostałam w tej przeklętej dziurze, a zamiast tego skończyłam w Sztokholmie. Dlaczego dążyłam do lepszego życia, zamiast żyć jak moja matka i babcia?

Po ukończeniu szkoły wyjechałam do Petersburga jak moja babcia. I tak jak ona, ja też nie zdałam egzaminów wstępnych na studia. Te egzaminy rzeczywiście były koszmarne. Zdawał je tylko co dziesiąty kandydat. Niestety nie należałam do grona szczęśliwców, ale pewnie zniosłam to gorzej niż wielu innych. Przecież spieprzyłam sobie całą przyszłość i nie miałam pojęcia co dalej.

Podczas egzaminów mogłam mieszkać w akademiku, ale potem musiałam wyjechać.

– Z twoim wyglądem szybko znajdziesz mężczyznę – powiedziała moja współlokatorka. – To lepsze niż powrót i gnicie w tej dziurze, którą nazywasz Trudoliubowką.

– Nie sądzę, aby udało mi się znaleźć miłość życia w jedno popołudnie – odpowiedziałam żartobliwie.

– Jesteś naprawdę głupia, kto tu mówi o miłości? Chodzi mi o to, że w krótkim czasie możesz znaleźć mężczyznę, z którym mogłabyś zamieszkać, i nie musiałbyś potem pracować. Żaden mężczyzna nie oprze się twoim długim nogom i dużym piersiom.

– Chyba spróbuję znaleźć pracę – zaprotestowałam. – Pod warunkiem że będę tu mogła zostać jeszcze przez kilka dni, a ty nie powiesz dozorcy.

Całymi dniami biegałam po różnych biurach w poszukiwaniu jakiegoś zajęcia, ale było to trudne. Kilka razy dostałam propozycję pracy jako sekretarka, ale z pensji nie mogłabym opłacić nawet pokoju.

– Z twoim wyglądem najlepsza byłaby praca w klubie ze striptizem – przekonywała mnie współlokatorka. Dostała się na studia i teraz dobrze się bawiła.

– Nie wszystkie piękne osoby chcą pracować w tej branży.

– Nie udawaj niewinnej różyczki, takie jak ty dalej zajdą, korzystając ze swoich zgrabnych nóg niż z tego, co mają w głowie.

Nie odpowiedziałam. Była zazdrosna i z każdym dniem coraz bardziej uszczypliwa. Zrozumiałam, że czas wrócić do domu, do Trudoliubowki, albo szybko coś znaleźć. Tego wieczoru nie chciałam spędzać w akademiku, więc wyszłam. Ale dokąd miałabym pójść? Szłam ulicami i myślałam. Miasto było bardzo piękne, duże i wspaniałe. Całe pulsowało, samochody mknęły po ulicach, a ludzie wyglądali na szczęśliwych. Muzyka rozbrzmiewała z kawiarni i barów, których w centrum było mnóstwo. Gdybym miała wrócić do Trudoliubowki, musiałabym o tym wszystkim szybko zapomnieć.

Bo niby co tam było? Jedna długa ulica wysypana żwirem, która zaczynała się na przystanku autobusowym, a kończyła przy gospodarstwie? Mały wiejski sklepik, przy którym wieczorami zbierali się wszyscy młodzi ludzie, słuchali muzyki z magnetofonów, palili i pili? Piękne brzozy za każdym domem, z których gałązek robiło się pęki witek do bani? Nie chciałam wracać. Chciałam zostać tu, w tym wielkim, pięknym mieście, ponieważ czułam, że mi się tu poszczęści. Jednak żeby zostać, musiałam mieć gdzie mieszkać. Tego wieczoru zdradliwa myśl o znalezieniu mężczyzny wracała do mnie wiele razy. Ale gdzie go szukać? Zaaferowana własnymi myślami, kontynuowałam wędrówkę po mieście.

Mimo późnej pory było jeszcze całkiem jasno. Tego wieczoru pod koniec sierpnia powietrze było przyjemnie ciepłe. W ciągu dnia słońce nagrzało budynki i kostkę brukową, które teraz oddawały nagromadzone ciepło. Zdjęłam buty, żeby nie zedrzeć obcasów, wzięłam je do ręki i szłam boso. To była moja jedyna para butów i nie chciałam ich zniszczyć.

– Przepraszam – usłyszałam nagle ciepły męski głos. – Coś pani zgubiła?

Spojrzałam w górę. Nie zdawałam sobie sprawy, że szłam z pochyloną głową, wpatrując się w bruk, a teraz prawie wpadłam na jakiegoś mężczyznę. Podniosłam na niego oczy. Był bardzo przystojny, po czterdziestce, ze srebrnoszarymi skroniami. Patrzył na mnie szarymi oczami, nieco unosząc przy tym głowę, bo był trochę niższy ode mnie. Miał około stu siedemdziesięciu centymetrów wzrostu, ale wydawał się trochę wyższy ze względu na swoje szczupłe i wysportowane ciało. Moje serce zaczęło bić szybciej.

Przechyliłam głowę i uśmiechnęłam się.

– Nie, niczego nie zgubiłam, ale kogoś szukam. – Od razu zrozumiał moje zaproszenie.

– Nie masz nic przeciwko temu, żebym kupił ci filiżankę kawy? W pobliżu znajduje się kawiarnia.

– Wręcz przeciwnie – odparłam radośnie. – Właściwie to jestem trochę spragniona.

Wziął mnie pod ramię i przeszliśmy się wokół osiedla.

– Często chodzisz boso u siebie na wsi? – zapytał Siergiej, kiedy już mi się przedstawił.

Poczułam, że krew napływa mi do twarzy. Nagle pomyślałam, że obok tego eleganckiego mężczyzny w białej obcisłej koszulce polo i ciemnych błyszczących spodniach muszę wyglądać jak prosta chłopka. Oczywiście, współlokatorka okłamała mnie w kwestii tego, jak się prezentuję, prawiła mi komplementy tylko po to, by mnie zranić. Oczywiście, z moimi dużymi stopami i pełnymi piersiami byłam dla niego tylko wiejską prostaczką. Nie mogłam też sprawiać szczególnie eleganckiego wrażenia w prostej letniej sukience w kwiaty, która sięgała mi do kolan.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Poczułam łzy pod powiekami.

Siergiej zatrzymał się, odwrócił do mnie i spojrzał mi głęboko w oczy.

– Nie musisz się wstydzić, że pochodzisz ze wsi – powiedział niskim głosem. – Jesteś taka piękna.

– Nie chcę wracać do Trudoliubowki. – Rozpłakałam się jak małe dziecko.

– Do jakiej Trudoliubowki? Dlaczego miałabyś tam jechać?

Z trudem powstrzymałam łzy, ale znów zaczęłam szlochać. Siergiej wyjął z kieszeni chusteczkę i wytarł mi oczy.

– Załóż buty i chodźmy do tej kawiarni.

– Dziękuję, bardzo dziękuję – zaszlochałam ostatni raz i założyłam buty.

Weszliśmy do kawiarni Bezpański Pies, która mieściła się w piwnicy. Siergiej wyjaśnił mi, że była popularna już pod koniec XIX wieku i w okresie dekadentyzmu zbierali się tu rosyjscy poeci. Byłam pod wrażeniem jego wiedzy.

W środku panował półmrok i lekki chłód. Zadrżałam na myśl, że chyba wpadłam w jakąś otchłań, ale stłumiłam ją i uśmiechnęłam się do mojego towarzysza. Był tu chyba stałym bywalcem, bo kelner podbiegł do niego i przywitał się serdecznie.

– Jesteś głodna? – zapytał Siergiej.

Dopiero teraz poczułam ssanie w żołądku. Przez cały dzień nic nie jadłam, jedynie między wizytami w różnych firmach udało mi się wypić herbatę i zjeść kanapkę w jakimś tanim bistro. Przełknęłam ślinę, starając się ukryć głód. A co, jeśli kupi mi jedzenie, a potem będę musiała zapłacić za nie swoim ciałem?! Zesztywniałam na samą myśl o tym.

– Nie mam pieniędzy – wymamrotałam.

Zapewne Siergiej zauważył moje wahanie, bo się roześmiał.

– Ślicznotko, nikt nie każe ci płacić. Zapraszam cię.

Zawahałam się.

– Czuję się dziś taki samotny. Zrobiłem dobry interes i pomyślałem, że warto to uczcić. Ale moja dziewczyna wyjechała, więc nie mam z kim dzielić radości. Proszę, zostań i zjedz ze mną.

Ujął moje ręce w swoje dłonie i spojrzał na mnie wzrokiem przymilającego się szczeniaka. Uśmiechnęłam się.

– Okej, jestem naprawdę głodna.

Siergiej wybrał stolik w kącie, pod obrazem przedstawiającym bezpańskiego psa, od którego kawiarnia wzięła swoją nazwę. Kelner podszedł i podał nam dwie karty dań. Otworzyłam swoją i zaczęłam czytać. Co za smakołyki! Najśmieszniejsze było to, że nie podano cen.

– Ta karta jest dla pań – wyjaśnił Siergiej. – Żebyście, kiedy wybieracie danie, nie czuły się winne lub nie sugerowały się cenami. Panie nie powinny wybierać tego, co najtańsze, ale to, na co mają ochotę.

To było dość wydumane wyjaśnienie, ale chciałam wierzyć, że tymi słowami daje mi do zrozumienia, że jestem dla niego warta więcej niż pieniądze. Jak mogłam być tak naiwna!

Siergiej zamówił butelkę czerwonego wina i dwa duże steki. Byłam tak głodna, że w ciągu kilku minut pochłonęłam duży kawałek mięsa. Siergiej siedział i przyglądał mi się. Popijał wino i zdawał się nad czymś zastanawiać.

– Myślisz o swojej dziewczynie? – zapytałam, odsuwając pusty talerz. Nawet sos wytarłam kawałkiem chleba i zjadłam go z apetytem.

– Nie, myślę o tobie.

– Dlaczego?

– Napij się wina i opowiedz mi trochę o sobie, naprawdę wydajesz się mieć apetyt na życie. – Dolał wina do mojego kieliszka i wzniósł toast: – Za ciebie!

Uśmiechnęłam się.

– Także za ciebie!

Wino smakowało wybornie, ale uczucie przyjemnego ciepła, jakie dawało, było jeszcze lepsze. Odurzające ciepło powoli rozchodziło się wewnątrz mnie, wypełniając tęsknotą całe moje ciało. Tęsknotą za lepszym życiem. Tęsknotą za mężczyzną, którego mogłabym kochać i na którym mogłabym polegać. Tęsknotą za własnym domem z dzieckiem i mężem.

– Co mam ci powiedzieć? Sam powiedziałeś, że pochodzę ze wsi. To cała moja historia.

– Człowiek to trochę więcej niż imię, ale i same imiona mogą wiele powiedzieć.

– Na przykład co?

– Na przykład, że masz w rodzinie kogoś, kto jest dobrze wykształcony.

– Skąd wiesz?

– Nie dajesz dziewczynce imienia Natasza, jeśli jesteś, na przykład, ze wsi.

– Nie pomyślałam o tym, ale masz rację. Mój ojciec nie był ze wsi.

– A wieś, z której pochodzisz, też nie leży daleko od Petersburga.

– Skąd wiesz? – zapytałam z rosnącym zdziwieniem.

– Ja tylko zgadywałem – uśmiechnął się Siergiej. – Ale powiedz mi więcej.

– W moim życiu nie ma nic, o czym warto opowiadać.

– Jesteś taka nieśmiała – zaśmiał się. – Każdy człowiek jest wyjątkowy i niepowtarzalny.

– Nie jestem wyjątkowa – zaprotestowałam, choć bardzo pochlebiały mi jego słowa. – Mieszkam w wiosce o nazwie Trudoliubowka, która znajduje się zaledwie trzy godziny jazdy autobusem od Petersburga, a mimo to mam wrażenie, że to koniec świata.

– Jaka piękna nazwa – Trudoliubowka! Czy wszyscy mieszkańcy wsi są tak piękni jak ty? Jeśli tak, to pojadę tam już dziś!

Zrozumiałam, że ze mną flirtuje, ale i tak byłam szczęśliwa.

– Nie, babcia mówiła, że mój ojciec był wędrownym ptakiem i kozakiem. To po nim mam kasztanowe włosy i zielone oczy. Mama ma zwyczajne blond włosy i bezbarwne oczy.

– Więc może twoja mama jest o ciebie zazdrosna?

Wiedziałam, że żartuje. Westchnęłam i zastanowiłam się, czy powinnam mu powiedzieć, jak jest naprawdę, czy to przemilczeć. Ale Siergiej był tak miły, że postawiłam na prawdę.

– Moja mama chyba wypiła wszystkie swoje kolory, wygląda jak szara myszka.

– Przepraszam.

– Och – ciągnęłam, dopijając wino. – Nie mam na co narzekać. Wychowała mnie babcia.

– Nie masz innego rodzeństwa? – zapytał Siergiej, dolewając mi do kieliszka.

– Nie, moja matka uważała, że jedno dziecko jej wystarczy. A po moich narodzinach zaczęła pić. To nieszczęśliwa miłość, jak mi się kiedyś skarżyła, sprawiła, że nie chciała żyć z żadnym mężczyzną. Choć chyba nikt nie chciałby kobiety, która pije.

Nagle zdałam sobie sprawę, że właśnie w tej chwili ja to robię i poczułam się zawstydzona.

– Teraz znowu się rumienisz. – Siergiej pogłaskał mnie delikatnie po policzku. – Nie powinnaś się wstydzić za swoich rodziców. Poza tym nie wybierasz ich, prawda?

– Masz rację – przytaknęłam, sącząc kolejny łyk wina. – Nie zamierzam gnić w Trudoliubowce, jakkolwiek pięknie to by dla ciebie nie brzmiało.

– Co zamierzasz zatem zrobić?

– Podbiję świat!

– No, no!

Siergiej roześmiał się. Ja też zaczęłam się śmiać. Wszystko nagle wydało się takie proste. Opowiedziałam mu, jak oblałam egzaminy wstępne na studia, jak obrzydliwie zazdrosna była moja współlokatorka i jak szukałam odpowiedniej pracy, ale nie potrafiłam jej znaleźć.

– Myślę, że mogę ci pomóc – powiedział nagle Siergiej.

– Ty? W czym?

– W znalezieniu pracy.

– Kiedy? – zapytałam, czując zniecierpliwienie.

– Nie dzisiaj. – Siergiej uśmiechnął się czarująco. – Może to potrwać kilka dni.

– Jakiego rodzaju to praca?

– Wydaje mi się, że mam kontakt, który może pomóc ci w znalezieniu pracy za granicą, gdzieś w Unii Europejskiej.

– Co? Naprawdę?!

Och, jaka byłam szczęśliwa. Niemal rzuciłam się na niego i mocno go przytuliłam.

– Będziesz mi potem dziękować, nie teraz. Teraz weźmiemy taksówkę i odwiozę cię do domu.

Pomyślałam, że już nie mogę doczekać się kolejnego spotkania następnego wieczoru.

W nocy śniło mi się, że jestem motylem latającym z kwiatka na kwiatek i kąpiącym się w nektarze. To był wspaniały, cudowny sen.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij