-
nowość
-
promocja
Srebroń i ja - ebook
Srebroń i ja - ebook
Arcydzieło literatury hiszpańskiej! Srebroń i ja (drukowany w latach 1914-1917) Juana Ramóna Jiméneza uchodzi za jedno z najważniejszych dzieł noblisty z 1956 roku. Ten z pozoru uroczy i niewinny zbiór krótkich próz oddaje ducha Hiszpanii z początku XX wieku, ale przede wszystkim jest piękną opowieścią o przyjaźni między człowiekiem (poetą) a osiołkiem. W tej poetyckiej prozie, która może wydawać się nawet książką dla dzieci, odkryć można całą głębię myśli humanistycznych i dzięki niej na nowo można zadumać się nad najważniejszymi wartościami w życiu. Ale przede wszystkim jest to wzruszająca lektura (a w Hiszpanii w XX i XXI wieku również lektura szkolna). To wznowienie przekładu Floriana Śmiei zostało po latach przejrzane i poprawione.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
Spis treści
Spis treści
Słowo wstępne dla dorosłych,
którzy będą czytać tę książkę dla dzieci 7
I Srebroń 9
II Białe motyle 10
III Wieczorne zabawy 11
IV Zaćmienie 13
V Dreszcz 15
VI Przedszkole 16
VII Wariat 18
VIII Judasz 19
IX Wczesne figi 20
X Anioł Pański 22
XI Cmentarzysko 23
XII Cierń 25
XIII Jaskółki 26
XIV Stajnia 28
XV Wykastrowany źrebak 29
XVI Dom naprzeciwko 31
XVII Niewydarzony 33
XVIII Upiór 35
XIX Szkarłatny krajobraz 37
XX Papuga 38
XXI Taras 40
XXII Powrót 42
XXIII Zamknięta brama 44
XXIV Don José, proboszcz 46
XXV Wiosna 48
XXVI Cysterna 50
XXVII Parszywy pies 52
XXVIII Stojąca woda 53
XXIX Kwietniowa idylla 55
XXX Kanarek lata 56
XXXI Zły duch 57
XXXII Wolność 59
XXXIII Wędrowni Cyganie 60
XXXIV Narzeczona 62
XXXV Pijawka 64
XXXVI Trzy staruszki 66
XXXVII Wózek 67
XXXVIII Chleb 68
XXXIX Aglaja 69
XL Sosna olbrzym 70
XLI Darbón 72
XLII Chłopiec i woda 73
XLIII Przyjaźń 75
XLIV Piastunka 76
XLV Drzewo na dziedzińcu 77
XLVI Suchotnica 79
XLVII El Rocío 80
XLVIII Ronsard 82
XLIX Sprzedawca iluzji 84
L Kwiat przydrożny 86
LI Lord 87
LII Studnia 89
LIII Brzoskwinie 90
LIV Wierzgnięcie 92
LV Osłografia 94
LVI Boże Ciało 95
LVII Spacer 97
LVIII Koguty 98
LIX Zmierzch 100
LX Pieczątka 102
LXI Oszczeniona suka 104
LXII Ona i my 105
LXIII Wróble 106
LXIV Frasco Vélez 108
LXV Lato 109
LXVI Pożar w lesie 110
LXVII Strumyk 112
LXVIII Niedziela 114
LXIX Pieśń świerszcza 115
LXX Walka byków 117
LXXI Burza 119
LXXII Winobranie 121
LXXIII Nokturn 123
LXXIV Sarito 124
LXXV Ostatnia sjesta 125
LXXVI Ognie 126
LXXVII Park 128
LXXVIII Księżyc 130
LXXIX Radość 131
LXXX Przelatują kaczki 132
LXXXI Mała dziewczynka 133
LXXXII Pasterz 135
LXXXIII Kanarek umiera 137
LXXXIV Pagórek 139
LXXXV Jesień 141
LXXXVI Pies na łańcuchu 142
LXXXVII Żółw grecki 143
LXXXVIII Październikowy wieczór 145
LXXXIX Antonia 146
XC Zapomniane grona 148
XCI Admirał 150
XCII Winieta 152
XCIII Łuska 153
XCIV Pinito 155
XCV Rzeka 157
XCVI Owoc granatu 159
XCVII Stary cmentarz 161
XCVIII Lipiani 163
XCIX Zamek 165
C Stara arena walki byków 167
CI Echo 169
CII Strach 171
CIII Stare źródło 172
CIV Droga 174
CV Nasiona sosny 175
CVI Zbiegły byk 177
CVII Idylla listopadowa 179
CVIII Biała klacz 180
CIX Kocia muzyka 182
CX Cyganie 184
CXI Płomień 186
CXII Rekonwalescencja 188
CXIII Stare oślisko 189
CXIV Świt 191
CXV Kwiatuszki 192
CXVI Boże Narodzenie 194
CXVII Ulica Nadbrzeżna 196
CXVIII Zima 198
CXIX Mleko oślicy 199
CXX Czysta noc 201
CXXI Wieniec z pietruszki 202
CXXII Trzej Królowie 204
CXXIII Mons-urium 206
CXXIV Wino 208
CXXV Bajka 209
CXXVI Karnawał 211
CXXVII León 213
CXXVIII Wiatrak 215
CXXIX Wieża 216
CXXX Osiołki piaskarza 217
CXXXI Madrygał 218
CXXXII Śmierć 219
CXXXIII Nostalgia 220
CXXXIV Drewniany kozioł 221
CXXXV Melancholia 222
CXXXVI Do Srebronia w niebie nad Moguer 225
CXXXVII Srebroń z kartonu 229
CXXXVIII Do Srebronia, w jego ziemi 233
| Kategoria: | Literatura piękna obca |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8196-362-6 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Ta książeczka, w której radość i ból są jak bliźniacze uszy Srebronia, została napisana dla… skądże mam wiedzieć dla kogo!… Dla kogo piszemy my, liryczni poeci? Teraz, kiedy ta książeczka idzie do dzieci, nie dodają ani nie ujmują jej nawet przecinka. Jak to dobrze!
„Gdziekolwiek są dzieci – mówi Novalis – tam istnieje Wiek Złoty”. W tym Wieku Złotym, który jest jak wyspa duszy z niebios opadła, chodzi serce poety i tak się dobrze w nim czuje, że najdroższym jego marzeniem jest, aby tam na zawsze pozostać.
O wyspo łaski, ochłody i szczęścia, dziecinny Wieku Złoty; obym zawsze znajdował ciebie w moim życiu, w morzu boleści; oby wietrzyk od ciebie wiejący użyczał mi swej liry wysokiej i często nieodgadłej, jak śpiew skowronka w białym, porannym słońcu!
POETA
Madryt, 1914I
SREBROŃ
Srebroń jest mały, kosmaty, gładki, tak miękki w dotyku, że powiedziałbyś: cały z bawełny, że nie ma kości. Jedynie zwierciadła oczu z węgla są twarde jak dwa skarabeusze z czarnego kryształu.
Puszczam go luzem, a on odchodzi na łąkę pieścić ciepłymi nozdrzami, ledwo muskając, różowe, niebieskie i żółte kwiatki… Wołam go czule: „Srebroń?”, wtedy przychodzi do mnie tak pociesznym truchcikiem, jakby się śmiał dzwonieniem kryształowych dzwonków…
Je, co mu dam. Lubi mandarynki, winogrona muszkatelowe, całe z bursztynu, fioletowe figi o kryształowej kropli miodu…
Jest delikatny i grymaśny jak dziecko, jak mała dziewczynka… Ale wewnątrz jest silny i zwarty jak kamień. Kiedy w niedzielę wyjeżdżam na nim z ostatnich uliczek miasteczka, ubrani odświętnie, powolni chłopi przystają, aby mu się przypatrzeć.
– Ten to jest ze stali…
Jest ze stali. Ze stali, a także ze srebra księżyca.II
BIAŁE MOTYLE
Zapada noc, już mglista i fioletowa. Niewyraźne światła granatowe i zielone trwają jeszcze za wieżą kościoła. Droga wspina się pełna cieni, dzwonków, zapachu trawy, śpiewów, zmęczenia i tęsknoty. Nagle jakiś ciemny mężczyzna w czapce i ze szpilą oświetlił papierosem swą szpetną twarz i wyszedł ku nam z zapadłej chałupy, której nie było widać zza worków węgla. Srebroń się przestraszył.
– Co wieziecie?
– Patrz pan… Białe motyle…
Mężczyzna chce wbić swą żelazną szpilę w mój koszyk i nie mogę mu przeszkodzić. Otwieram sakwę przy siodle, a tamten widzi, że pusta. I pokarm duchowy swobodnie i jawnie przechodzi bez myta…III
WIECZORNE ZABAWY
Kiedy o zmierzchu Srebroń i ja, obaj zmarznięci, wchodzimy do miasteczka przez fioletowy mrok zapadłej uliczki wychodzącej na wyschniętą rzekę, ubogie dzieci bawią się w strachy i udają żebraków. Jedno zarzuca sobie na głowę worek, inne powiada, że nie widzi, trzecie udaje kulawego…
Potem, w nagłej odmianie kaprysu, dzieci myślą, że są książętami, ponieważ noszą buty i ubrania, a ich matki, one jedne wiedzą jakim sposobem, dały im coś do zjedzenia…
– Mój ojciec ma srebrny zegarek.
– A mój, konia.
– A mój, strzelbę.
Zegarek, który każe wstać o świcie; strzelba, co głodu nie zabije; koń, który zaniesie w nędzę…
Następnie biorą się za ręce. W gęstniejącym już mroku obca dziewczynka, siostrzenica Zielonego Ptaka¹, która mówi nie po tutejszemu, głosikiem wątłym niby cieknąca po ciemku nitka kryształu, śpiewa wyniośle jak księżniczka:
Ja jestem młoda wdooowaaa²
po hraaabim Orée…
…A tak, tak! Śpiewajcie, śnijcie, biedne dzieci! Tuż po świcie waszej młodości przerazi was wiosna, niby żebraczka, przebrana za zimę.
– Chodźmy, Srebroniu…IV
ZAĆMIENIE
Odruchowo włożyliśmy ręce do kieszeni, a na czole poczuliśmy delikatny trzepot chłodnego cienia, jak kiedy się wchodzi w gęsty sosnowy las. Kury poczęły się chować, jedna za drugą, na swoją bezpieczną drabinkę. Pola dookoła ożałobiły zieleń, jak gdyby skrywała je fioletowa zasłona z głównego ołtarza. Widać było białe, dalekie morze i migotanie kilku bladych gwiazd. Jakże biało mieniły się tarasy! My, cośmy na nich stali, mali i ciemni w ciszy ograniczonej zaćmieniem, wykrzykiwaliśmy różne bardziej czy mniej udane koncepty.
Patrzyliśmy na słońce przez wszystko: przez lornetkę teatralną, przez lunetę, przez butelkę, przez okopcone szkło; i to zewsząd: z balkoniku, ze schodów na podwórzu, z okna spichlerza, przez drzwi patia, przez ich purpurowe i błękitne szyby…
Kiedy się skryło słońce, co jeszcze chwilkę temu powiększało wszystko dwa, trzy, sto razy i upiększało swymi kombinacjami światła i złota, wszystko, nie licząc powolnego zachodu, zostawało opuszczone i ubogie, tak jakby zaćmienie najpierw zamieniło się w złote dukaty, a potem w srebro i miedziaki. Miasteczko było jak grosik, zaśniedziały i już nie do wymienienia. Jakże smutne i małe były ulice, skwery, wieża, drogi do zalesionych wzgórz!
Tam, na podwórzu, Srebroń zdawał się być osiołkiem mniej prawdziwym, odmiennym, z tektury; innym osiołkiem…V
DRESZCZ
Księżyc idzie z nami, wielki, okrągły, czysty. Na śpiących łąkach majaczą jakieś czarne kozy pomiędzy krzakami jeżyn… Ktoś się przyczaja na głos naszych kroków… Ponad ogrodzeniem ogromne drzewo migdałowe, śnieżne od kwiecia i księżyca, o wierzchołku nakrytym białym obłokiem, ocienia drogę przeszytą marcowymi gwiazdami. Przenikliwy zapach pomarańczy… Wilgoć i cisza… Wąwóz Czarownic…
– Srebroniu, jaki… ziąb!
Srebroń, nie wiedzieć, czy gnany własnym strachem czy moim, zaczyna kłusować, wchodzi do strumyka i depce księżyc, rozbijając go w kawałki. Robią one wrażenie roju jasnych róż z kryształu, uwikłanych u jego nóg, by go zatrzymać…
I Srebroń biegnie pod górę z podkurczonym zadem, jakby go ktoś gonił, czując łagodne, niemal nieosiągalne ciepło zbliżającego się miasteczka…VI
PRZEDSZKOLE
Gdybyś, Srebroniu, poszedł z innymi dziećmi do przedszkola, nauczyłbyś się abecadła i pisałbyś kulfony. Umiałbyś tyle, co ten osiołek wśród figur woskowych – przyjaciel Syrenki Morskiej³, w wianuszku ze szmacianych kwiatów, widoczny przez szkło, które ukazuje ją, różową całą, cielistą i złotą, w jej zielonym żywiole; Srebroniu, umiałbyś więcej niż doktor i proboszcz z Palos⁴.
Ale choć liczysz dopiero cztery lata, taki dryblas z ciebie i taka niezdara! Na jakim ty byś mógł usiąść krzesełku, na jakim stole pisałbyś, jaka kartka i jakie pióro by ci wystarczyły, powiedz, w jakim miejscu chóru śpiewałbyś Credo?
Nie. Doña Domicyla – w habicie Pana Jezusa Nazareńskiego, całym fioletowym i z żółtym sznurem, podobnie jak Reyes, sprzedawca leszczów – w najlepszym razie potrzymałaby cię na klęczkach w kącie dziedzińca platanów albo swoją długą, suchą trzcinką dałaby ci po łapach, albo zjadłaby ci pigwową marmoladę z podwieczorku, albo pod ogon by ci podłożyła zapalony papier i natarła ci uszu, że byłyby takie czerwone i gorące, jak uszy syna kołodzieja, kiedy na deszcz się zbiera…
Nie, Srebroniu, nie. Ty chodź ze mną. Ja ci pokażę kwiaty i gwiazdy. I nikt nie będzie śmiać się z ciebie, jak z niezdary; ani nie włożę ci, jakbyś był tym, co oni nazywają osłem, czapki z dużymi ślepiami obrysowanymi indygiem i ochrą, jak otwory barki na rzece, i uszami dwa razy dłuższymi niż twoje.VII
WARIAT
Jadąc na siwym, miękkim Srebroniu, w żałobnym odzieniu, z długą brodą Nazarejczyka i w czarnym kapelusiku, muszę przedstawiać niecodzienny widok.
Kiedy w drodze do winnic przejeżdżam ostatnimi uliczkami, białymi od wapna i słońca, oliwkowe i kudłate Cyganiątka o opalonych, wypiętych brzuchach wyzierających z zielonych, czerwonych i żółtych łachmanów, biegną za nami, wrzeszcząc przeciągle:
– Wariat! Wariat! Wariat!
…Przede mną rozciągają się pola już zielone. Na widok czystego ogromu płonącego jaskrawym granatem nieba oczy moje pełne godności otwierają się – daleko od moich słyszących uszu – i sycą swoją ciszę ową pogodą zgodną i boską, co mieszka w nieskończonych horyzontach…
A hen wysoko wśród dalekich pól unoszą się przeraźliwe okrzyki, zanikające, rwące się, zdyszane, znudzone:
– Wa-riat! Wa-riat!VIII
JUDASZ
Nie bój się, chłopie! Co z tobą? No, chodźmy, spokojnie… Po prostu Judasza zabijają, głuptasku.
Tak, zabijają Judasza. Mieli jednego w Monturrio, drugiego na ulicy Środkowej, trzeciego tam, przy Studni Rady Miejskiej. Widziałem ich wczoraj, jak zwisali na niewidzialnym w ciemnościach sznurze z balkonu, jakby umocowani na powietrzu przez siłę nie z tej ziemi. Cóż to za groteska – ta pstrokacizna starych cylindrów i zarękawek damskich, masek ministrów i krynolin pod spokojnymi gwiazdami! Psy ujadały na nich zapamiętale, a zestrachane konie nie chciały pod nimi przejść...
Srebroniu, oto dzwony oznajmiają, że u głównego ołtarza zerwano zasłonę. Nie ma chyba w miasteczku jednej strzelby, z której by nie gruchnięto w Judasza! Aż tutaj dolatuje swąd prochu. Znowu strzał! I znowu!
…Ale dzisiaj, Srebroniu, Judaszem jest poseł albo nauczycielka, albo prawnik, albo poborca podatków, albo wójt, albo położna; tego poranku Wielkiej Soboty każdy mężczyzna strzela niby nierozumne dziecko ze swojej tchórzowskiej strzelby do tego, kogo nienawidzi, do kozła ofiarnego swych ciemnych i niedorzecznych wiosennych urojeń.IX
WCZESNE FIGI
Jutrzenka wstała mglista i mroźna, doskonała do wyprawy na figi. Wybraliśmy się na nie o szóstej.
Noc jeszcze spała pod ogromnymi, wiekowymi figowcami, których szare pnie oplatały w zimnym cieniu, jakby pod spódnicą, swe okazałe uda, a szerokie liście – którymi okryli się Adam i Ewa – pokryte były misterną tkaniną z pereł rosy, od których bladła jej delikatna zieleń. Stamtąd widać było, wśród niskich, bujnych szmaragdów, świt, który różowił coraz wyraźniej bezbarwne zasłony wschodu.
…Biegliśmy szaleni, by przekonać się, kto dobiegnie pierwszy do każdego figowca. Rociillo razem ze mną chwyciła pierwszy listek pierwszego, pośród śmiechów i bicia serca. – Dotknij tutaj. I kładła moją rękę wraz ze swoją na sercu, a jej młoda pierś podnosiła się i opadała jak drobna, uwięziona fala. – Pyzata i mała Adela ledwo potrafiła biec i z daleka się złościła. Zerwałem dla Srebronia trochę dojrzałych fig i położyłem je na wgłębieniu starego pniaka, aby się nie nudził.
Strzelaninę zaczęła Adela, rozzłoszczona swoją niezdarnością, ze śmiechem na ustach a łzami w oczach. Rozbiła mi jedną figę na czole. Rociillo i ja poszliśmy za jej przykładem i więcej niż kiedykolwiek ustami, najedliśmy się fig oczami, nosem, rękawami, karkiem, z piskliwym i bezwzględnym krzykiem, który spadał razem z niecelnymi figami w chłodnych winnicach o świcie. Jedna figa trafiła Srebronia i natychmiast stał się celem szału. Ponieważ biedak nie umiał się bronić ani odpowiadać, ująłem się za nim; a miękka, błękitna ulewa szła przez czyste powietrze we wszystkie strony. Jak szybki karabin maszynowy.
Podwójny śmiech, z upadku i ze zmęczenia, sygnalizował z ziemi żeńskie poddanie się.X
ANIOŁ PAŃSKI
Spójrz, Srebroniu, ileż to wszędzie spada róż: róże błękitne, białe, bez koloru. Można by powiedzieć, że niebo osypało się różami. Spójrz, jakie pełne róż mam czoło, ramiona, ręce… Cóż pocznę z tyloma różami?
Czy ty może wiesz, bo ja nie, skąd się bierze ta krucha roślinność, co osładza co dzień krajobraz i czyni go miło różowym, białym i niebieskim – znów róże, więcej róż – jak płótno Fra Angélico, co malował niebiosa na kolanach?
Rzekłbyś, że z siedmiu krużganków Raju rzucają róże na ziemię. Jak gdyby w letniej, nieco kolorowej śnieżycy róże kładą się na wieży, na dachu, na drzewach. Spójrz: wszystko co mocne, staje się delikatne w ich ozdobie. Znowu róże, więcej róż, i jeszcze…
Zdaje się, Srebroniu, że jak długo dzwonią na Anioł Pański, życie nasze traci swoją siłę codzienną i siła inna, wewnętrzna, podnioślejsza, bardziej niezłomna i czysta, sprawia, że wszystko jakby wodotryskiem łaski wznosi się ku gwiazdom, które zapalają się już wśród róż… Nowe róże… Twoje oczy, których ty, Srebroniu, nie widzisz, i które podnosisz łagodnie ku niebu, to dwie, piękne róże.XI
CMENTARZYSKO
Jeśli ty, mój Srebroniu, umrzesz przede mną, nie powiozą cię wózkiem miejskim na rozległe żuławy, czy do wądołu obok ścieżki do lasu, tak jak inne biedne osiołki, jak konie i psy, których nikt nie kocha. Nie będziesz miał poszarpanych i rozkrwawionych przez kruki żeber, niby szkielet łodzi w purpurowym zachodzie. Nie będziesz obrzydłym widokiem dla faktorów jadących wozem o szóstej na stację San Juan⁵. Nie będziesz także, wzdęty i sztywny w wądole wśród zgniłych małż, straszył ciekawskich chłopców, którzy czepiając się zuchwale gałęzi, wychylają się za krawędź urwiska, kiedy jesienią w niedzielne popołudnia wychodzą do gajów sosnowych piec nasiona szyszek.
Żyj spokojnie, Srebroniu. Ja cię pogrzebię pod wielką, kulistą sosną w Ogrodzie Szyszek, który tak lubisz. Spoczniesz na skraju wesołego i pogodnego życia. U twego boku będą się bawili chłopcy, a dziewczynki będą szyły, siedząc na niskich stołkach. Będziesz poznawał wiersze, które mi przyniesie samotność i będziesz słyszał śpiew dziewcząt piorących w gaju pomarańczowym. Skrzypienie żurawia będzie radością i ochłodą twojego wiecznego spoczywania. I jak rok długi szczygły, dzwońce i czyżyki w czerstwej, wiecznozielonej koronie będą zawieszały misterny okap muzyki między twoim spokojnym snem a niezmiennym błękitem nieskończonego nieba nad Moguer.¹ „El Pájaro Verde” – przezwisko nadane samotnemu mężczyźnie, który mieszkał w domku przy alejce prowadzącej do domu rodziny Juana Ramóna na ulicy Nowej. Dom Zielonego Ptaka wspomniany jest jeszcze na początku XVI rozdziału. .
² Gra dla dziewczynek La viudita (Wdówka), uczestniczki w nieparzystej liczbie biegają, trzymając się za ręce, a jedna z nich, nazywana wdówką, znajduje się wewnątrz okręgu.
³ Syrenka Morska (La Sirenta del Mar) i Woskowe figury (Figuras de cera) – przedstawienia obwoźnych teatrów, uczestniczących w świętach małych miejscowości, o których w swoich wspomnieniach wspominał autor.
⁴ Palos de la Frontera – miasteczko oddalone o parę kilometrów od Moguer. To z jego dawnego portu 3 sierpnia 1492 roku Krzysztof Kolumb wyruszył w pierwszą wyprawę zakończoną odkryciem Ameryki.
⁵ San Juan – stacja kolejowa na linii Huelva–Sewilla.