-
nowość
-
promocja
Sto cieni - ebook
Sto cieni - ebook
Uważaj, nie podążaj za cieniem…
Powieść koreańskiej pisarki Hwang Jungeun w intrygujący sposób eksperymentująca z językiem i konstrukcją jest jak niepokojący sen. Oniryczna narracja o parze zakochanych, spotykającej się w scenerii podupadającej seulskiej giełdy elektronicznej, miesza się tu z krytyką przerażających skutków ubożenia społeczeństwa i gentryfikacji. Widmo rozbiórki zubożałego, gigantycznego kompleksu budynków — domu dla właścicieli sklepików z elektroniką — wisi nad bohaterami jak złowrogi cień.
Sto cieni polecamy wszystkim współczesnym marzycielom, miłośnikom ciasnych uliczek i zagraconych sklepików, spacerów po zmroku i gry w badmintona przy księżycu, którzy wierzą, że literatura ma moc zmieniania świata na lepsze.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna obca |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-67034-62-3 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
W lesie ujrzałam cień.
Z początku nie zdawałam sobie sprawy, że nim jest. Dostrzegłszy sylwetkę przedzierającą się przez krzaki i wchodzącą w gąszcz, pomyślałam, że i z tamtej strony musi się znajdować ścieżka. Plecy postaci zdawały się zresztą znajome, dlatego za nią podążyłam. Las gęstniał z każdym kolejnym krokiem; im dalej szłam, tym bardziej mnie do niej ciągnęło.
– Eun-gyo.
Usłyszawszy nawoływanie, w jednej chwili obejrzałam się za siebie. Za mną stał Mu-jae.
– Dokąd idziesz? – spytał.
– Przed siebie.
– Ale dokąd?
– Szłam sobie za nią.
– Za kim?
– Za tamtą… – zaczęłam, ale gdy spojrzałam przed siebie, sylwetka zdążyła już zniknąć.
Mu-jae zbliżył się do mnie, odgarniając gałęzie, i zapytał, jak wyglądała tamta osoba. Już zbierałam się do odpowiedzi, kiedy uderzyło mnie, że widziana od tyłu postać nie miała w sobie nic, co jakoś specjalnie by ją wyróżniało. Rzuciłam więc, że jej głowa była mała, ramiona wąskie, a skóra dość ciemna.
– Jak ty?
– Właśnie.
Gdy tylko przyznałam mu rację, coś mnie tknęło. Przeniosłam wzrok na swoje stopy. Ich zarys pośród szyszek i wyschniętego sosnowego igliwia wbitego w miękką glebę był jakiś dziwny. Smukły cień skumulował się po prawej, tuż obok małego palca, i wąską strużką ciągnął się przed siebie, gdzieś ponad gąszcze.
A więc to był mój cień.
I wtedy zrozumiałam.
•
– Nie podążaj za żadnymi cieniami.
Sylwetka wypowiadającego te słowa Mu-jae wydała mi się dziwnie przymglona, zmrużyłam więc oczy i dostrzegłam strużki deszczu lejącego się ze słonecznego nieba, cienkie niczym pajęcze nici. Stałam w bezruchu, a moje moknące powieki zrobiły się ciężkie. Na opuszkach skierowanych ku ziemi palców zebrały się krople. Woda wdzierająca się do ust była słona. Trwałam tak przez pewien czas, pozbawiona sił.
– Wracamy? – spytał Mu-jae, obracając się na pięcie.
Ruszyłam za nim, przedzierając się przez szeleszczące przy każdym ruchu trawy. Krzaki były tak gęste, że zastanawiałam się, jakim cudem zdołaliśmy dojść tak daleko. Parłam przed siebie, odgarniając z drogi mokre od deszczu łodygi i gałęzie, które teraz zdawały się stawiać jeszcze większy opór. Moje spodnie i koszulka były wilgotne. Przetarłam oczy, by pozbyć się kropli spływających z brwi.
– Płaczesz?
– Wcale nie.
Szliśmy przez dłuższy czas, lecz nie mieliśmy pojęcia, z której strony znajduje się wyjście z głębokiego lasu.
– I co teraz?
Mu-jae przystanął i przyznał, że najwyraźniej się zgubiliśmy.
– Może powinniśmy iść dalej?
– Chyba nie mamy innego wyjścia.
– No nic, chodźmy.
Nasiąknięta deszczem wierzchnia warstwa ziemi stała się niezwykle śliska. Skóra na nogach zaszczypała mnie, więc spojrzałam w dół i odkryłam, że roi się na niej od nacięć spowodowanych przez trawy. Najdłuższe z nich splamione było intensywnie zielonym sokiem roślinnym. Gdy tylko zdałam sobie sprawę z zadrapań, zaczęłam odczuwać pieczenie przy każdym ruchu. Parłam przed siebie, uwiązana do nieskończenie długiego cienia. Z trudem podnosiłam stopy – raz lewą, a potem prawą. Zobaczywszy, że ledwie stawiam kroki i co chwila się zatrzymuję, Mu-jae zbliżył się, by przyjrzeć się moim ranom.
– Mu-jae, zimno mi.
– Nic dziwnego, skoro stoisz w miejscu.
– Zaraz zejdę.
– Co masz przez to na myśli?
– To, co słyszysz. Zaraz umrę.
– Nie powtarzasz tego przypadkiem zbyt często?
– Bo mam wrażenie, że naprawdę tak jest.
Mu-jae wytarł rękawem sok, po czym stanął prosto i spojrzał mi w oczy.
– Więc może umrzemy? – rzucił, dodając niemal bezgłośnie: „Tutaj”.
Te słowa przepełniły mnie lękiem. Wpatrywałam się w niego, jakby był kimś zupełnie obcym. On, nieco wyższy, spoglądał na mnie z góry. Nasze oczy dzieliła wysokość odpowiadająca mniej więcej połowie dłoni. Jego były czarne. Włosy Mu-jae, zwykle sterczące, jakby rozczochrane, oklapły delikatnie pod wpływem deszczu.
– Eun-gyo – zwrócił się do mnie. – Nie mów, że umrzesz, jeśli faktycznie nie masz takiego zamiaru.
– Dobrze.
– W takim razie chodźmy dalej – rzucił, ruszając przodem, a ja podążyłam za nim.
Oczy zaszły mi łzami. Mu-jae był bezduszny. Chciałam, żeby się oddalił i zostawił mnie samą, ale nie mogłam pozwolić na to w tym lesie, zwłaszcza w obecności cienia, więc szłam dalej, przecierając oczy.
– Płaczesz?
– Wcale nie.
Odbyliśmy krótką wymianę zdań, idąc naprzód. W jednej chwili atmosfera wokół zelżała. Mu-jae przystanął i wyciągnął dłonie przed siebie, kierując je zewnętrzną stroną ku niebu.
– Przestało padać.
– Prawda.
– Chcesz gumę?
– Tak.
Wyjął z kieszeni pognieciony pasek, przerwał go na pół i podał mi kawałek. Rozwinęłam lekko przemoczony papierek i skrywające się pod nim sreberko, a następnie włożyłam do ust gumę do żucia o smaku zielonych winogron. Była tak słodka, że szczęka niemal mi zdrętwiała od nadmiaru śliny gromadzącej się w buzi. Starannie złożyłam opakowanie i wsunęłam je do kieszeni. Maszerowałam niestrudzenie, żując. Za każdym razem gdy moja przemoczona stopa dotykała podłoża, ogarniało mnie zimno. Wyobrażałam sobie, że rozpuszczam się gdzieś pośród tego lasu i staję częścią jego chłodu. Grzyby o okrągłych kapeluszach rosły w sąsiedztwie odsłoniętych, przypominających ścięgna korzeni drzew, które przebijały się przez warstwę przegniłych liści.
– Mu-jae – zagaiłam. – Czy damy radę się stąd wydostać?
– Dobre pytanie.
– A co, jeśli nam się nie uda?
– Pewnie umrzemy, nie sądzisz?
– Umrzemy?
– Niezależnie od miejsca i tak nas to kiedyś czeka. Jeżeli nie znajdziemy wyjścia, przyjdzie nam wyzionąć ducha tutaj.
– Boję się.
– Boisz?
– A ty nie?
– Ja też.
– Naprawdę?
– Tak – odparł, sunąc przed siebie. – Mnie też ogarnia strach.
Przez pewien czas szliśmy w milczeniu. Może i przestało padać, ale wilgotność w nakarmionym deszczem lesie wręcz odbierała dech. Mimo że żwawo parłam przed siebie, w trzewiach wciąż czułam chłód. Rozmyślałam, co poczniemy, jeśli zastanie nas tu noc.
– Mu-jae – zagadnęłam, po czym raz jeszcze zwróciłam się do niego po imieniu. – Opowiedz mi coś.
– Co takiego?
– Cokolwiek.
– Nie znam żadnych historii.
– No proszę, tylko jedną.
– Hmm… – mruknął. – Może podzielę się z tobą opowieścią o cieniach?
– Czemu akurat o nich?
– Pasują do atmosfery.
– Nie chcę o nich słuchać.
– To jedyna opowieść, jaką znam.
– W takim razie mów.
– Na pewno?
– Tak, proszę.
– Hmm… – Mu-jae się zamyślił.
•