Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Surinamie, to ja - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 maja 2026
3518 pkt
punktów Virtualo

Surinamie, to ja - ebook

Współczesna klasyka literatury holenderskiej i zarazem pierwsza w historii powieść autorki z Surinamu, która ukazała się w Holandii.

Lata 50. XX wieku, holenderska kolonia na Karaibach, centrum społecznych i etnicznych zawirowań. Sita, młoda dziewczyna z Indii Wschodnich, zmaga się ze śmiercią matki i stara się chronić przed błędami ojca. Próbuje też opiekować się młodszym bratem i wykuwać własne życie w sztywnej, konserwatywnej kulturze. Codzienność dziewczyny w tropikalnym otoczeniu staje się jeszcze trudniejsza po odejściu jej najlepszej przyjaciółki i w obliczu niechcianej ciąży.

Powieść Bei Vianen to rzecz o dorastaniu młodej dziewczyny, ale przede wszystkim o dążeniu do tego, by móc decydować o sobie i swoim życiu i o ofiarach, jakie muszą ponosić kobiety w walce o własną tożsamość.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna obca
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788384320037
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

NUMERY

Rozpadający się drewniany mostek. Po obu stronach parę migdałowców o rozłożystych gałęziach, pnie nachylone ku kanałowi. Pasat delikatnie szarpie ciemnozielone owalne liście i kawałek papieru w jej ręce. Dziewczyna czyta adres, numery nędznych chatek przed nią i zaczyna się bać. To nieprawda. Ajodiadei nie istnieje. Nie, to sen, koszmar. Lepiej, żeby zawróciła, zapomniała o wszystkim, zostawiła to w spokoju. Ale nie potrafi. To nie jest senny koszmar. Oto jej ciało: ciemne, szczupłe, silne, niezmordowane. Słońce jest oślepiające. Upał wilgotny. Kropelki potu pod nosem, między skórzanym tornistrem a plecami. To nie zły sen. Oto adres, który dała jej Soenderdei, straganiarka. Numer 199. Z małym c po nim. Litery. Numery. Numer identyfikacyjny Janakyi to 199 QQ. Numery, cyfry, liczby, daty nie podlegają czasowi. 1951 to wczoraj, przeszłość. 1951 to dzisiaj, jutro. Teraz.

Stąpa po chybotliwych deskach. Wąski pas wzdłuż rynsztoku, zarośnięty trawą, rozłogami ziemniaków i szpinaku wodnego, jest czarny i podmokły. Znalazła się na posesji. Unosi się tu przenikliwy kwaśny opar. Ziemia jest gąbczasta. Wiatr roznosi żałosny smród biedy, smród z wychodków na tylnym podwórzu. Pleniąca się trawa o długich, agresywnych źdźbłach tu i tam, pozbawiona pięknego zielonkawego blasku, za sprawą którego pastwisko budzi taki zachwyt. Po lewej sześć marnych chatek, ściśniętych tuż obok siebie, jakby nawzajem kwestionowały krzyk nędzy i rozpaczy. Parę kamieni ułożonych jeden na drugim przed każdymi drzwiami. Przy wspólnym kranie, mniej więcej pośrodku podwórza, młoda bosonoga Hinduska. Myje swoje długie czarne włosy. Podnosi wzrok, patrzy z zaciekawieniem, przesuwając grzebieniem po głowie. S. idzie powoli w stronę kranu. Uśmiecha się nieśmiało, nerwowo. Czy znowu trafiła na niewłaściwą posesję?

– Kogo szukasz?

– Ajodiadei… Starej kobiety… Sprzedaje warzywa przy ulicy.

– Pod numerem c mieszka jakaś Ajodiadei. Ale nie wiem, czy to ta.

Patrzą w stronę c. S. podchodzi do środkowej chaty i puka. Farba na wąskich drzwiach oraz ścianach popękała od upału i prawie wszędzie zmył ją deszcz. To wszystko, o czym S. może myśleć. Jest zbyt podekscytowana.

– Musisz głośno zastukać! – woła kobieta. – Inaczej nie otworzy. Może znowu jest pijana.

Serce zaczyna jej walić. Znowu pijana? Matka mówiła coś niejasno, że ona pije. Przynajmniej…

– Głośniej! – woła kobieta.

Stuka ponownie i jeszcze raz. Rygiel powoli się odsuwa. W uchylonych drzwiach pojawia się nieufna twarz, oślepiona światłem. Kobieta mruga.

– Czego chcesz? Kogo szukasz? – Z jej ust dobywa się woń rumu.

– Czy ty jesteś Ajodiadei? – wybąkuje dziewczyna.

– A czego chcesz od Ajodiadei? Warzyw? Już nie ma. Słyszałaś? Nie ma!

– Koffiedjompo… Lelydorp… Radjkumarie… – odpowiada dziewczyna.

Kobieta próbuje zlustrować ją od stóp do głów, by móc porównać jej wizerunek z obrazami ze wspomnień. Jest jednak zbyt zamroczona, żeby dobrze ją widzieć.

– Hirjalie? Radjkumarie Hirjalie?

– Tak – odpowiada dziewczyna z zadowoleniem, a zarazem z pogardą.

– Jesteś dzieckiem Radjkumarie? – pyta ochryple.

S. przytakuje. Kobieta wpuszcza ją do środka.

Mrucząc pod nosem, z powrotem popycha drzwi, ale zostawia je lekko uchylone i kładzie za nimi duży nieobrobiony kamień, żeby się dalej nie otwierały.

Prostuje się, wygląda, jakby coś jej się przypomniało, coś jeszcze do zrobienia. Nie zwraca uwagi na dziewczynę, tylko patrzy wokół mętnym wzrokiem. Jej spojrzenie pada na kamień przy drzwiach. Teraz znowu wie, w którym kącie stoją garnki i inne sprzęty domowe. Pochyla się i z kąta za drzwiami wyjmuje białą emaliowaną miskę. Leży w niej pęczek szarłatu. Siada w kucki, czarną spódnicę naciąga na chude nogi. Cienkimi, pomarszczonymi palcami obrywa ospale małe okrągłe listki z różowych łodyżek.

Muszę mówić, myśli dziewczyna, muszę coś powiedzieć. W przeciwnym razie będzie tak siedziała, aż zrobi się późno i będę musiała wracać. Dlaczego mnie wpuściła? Czy poniewczasie do niej dotarło, co moje przyjście może dla niej oznaczać? Ale co mam powiedzieć? „Morderczyni”? „Wiedźma”? „Diablica”? „Przyszłam wydać na ciebie wyrok”? „Sprawić, żeby czas cię osądził”?

No już, musi się opanować. Nie może robić głupich rzeczy. A mimo to chciałaby mocno potrząsnąć kobietą, wylać jej na głowę wiadro wody, żeby ją obudzić. Chce znać prawdę. Siedzi tu przed nią – jedyna ocalała z dramatu, który rozegrał się między Harynarainem Hirjaliem a jego żoną Janakyą, jedyna wtajemniczona. Czy Harynarain Hirjalie kochał Janakyę? Dlaczego po upływie kontraktu wrócił do Indii? Czy naprawdę wrócił? A jeśli nie?

Stara kobieta niedbale rzuca oskubane do goła łodyżki na podłogę koło siebie. Dziewczyna zajmuje miejsce metr od niej, na podnóżku, jedynym przedmiocie, na którym można usiąść. Znowu jest spokojna.

– Znałaś mojego dziadka? – pyta.

– Co mówisz?

– Harynarain Hirjalie, mój dziadek. Znałaś go?

– Tak.

– Czy kochał moją babkę?

– Nie wiem.

Głos starej kobiety jest głuchy i roztargniony, jakby mówiła do siebie albo do pustki chaty. S. szukała jej ponad rok – kobiety, która opiekowała się jej matką, gdy ta była jeszcze dzieckiem. Istniały setki Ajodiadei. W biurze imigracyjnym nie było żadnych informacji na temat kurateli. Po śmierci Janakyi jej dziecko zaadoptowała prawdopodobnie jakaś inna kobieta. Czy stało się to już po wyjeździe dziadka z Surinamu? Czy wyjechał dopiero później? Nie może sobie wyobrazić, że jej dziadek mógłby powierzyć swoje dziecko tej dziwnej, wyobcowanej pijaczce. Soenderdei, straganiarka, nie umiała o niej powiedzieć nic dobrego, ale nie pamiętała też niczego z wcześniejszego życia Ajodiadei ani z młodości matki, Radjkumarie.

Matka rzadko mówiła cokolwiek o swoim dzieciństwie i latach młodości spędzonych w Lelydorp. Kiedy S. ją o to pytała, zwykle dostawała wymijającą odpowiedź, również później, gdy S. była trochę starsza i z jej posępnej, niezadowolonej twarzy można było wyczytać, że się zastanawia, jak funkcjonowała rodzina dziadka. Matka prawdopodobnie rozumiała, że S. przestała już wierzyć w jej dziecinne wyjaśnienia. Czy naprawdę nie zdawała sobie sprawy, co się z nią stało? Czy została ujarzmiona karami, brutalnym traktowaniem i brakiem miłości Ajodiadei? Uważała bycie sierotą za coś zwyczajnego? S. znowu nie potrafi sobie wyobrazić, że dziadek wydał córkę tej kobiecie, pozwolił, by źle ją traktowała, skazał ją na przyszłość bez przeszłości. Mimo to matka parę razy wracała do Koffiedjompo. Dlaczego to robiła? Dokuczała jej tęsknota? Niewykluczone. Być może nie mogła znaleźć słów, żeby wyrazić, co czuje. Może wszystko wiedziała. Dała mi życie, nie wiedząc, kim sama jest, myśli S. Czy również ona czasami tak myślała o swoich rodzicach, o Harynarainie i Janakyi? Czy kiedykolwiek miała im za złe, że zostawili ją samą? Czy stało się tak przez odejście ojca, śmierć matki? S. znowu błądzi po omacku. Przypuszczenia i wątpliwości się zlewają. Dlaczego matka tak wiele przed nią zataiła? O swoim życiu wśród krów na polach ryżowych. Mówiła, że miała cielaka. Kiedy o tym wspominała, jej oczy patrzyły w dal, a na twarzy odbijało się przygnębienie. Opowiadała o chatkach, które jako dziecko budowała z suchych gałęzi, o sumikach pancernych i innych rybach słodkowodnych, które łowiła rękami wśród źdźbeł zalanych pól ryżowych. Nie mówiła, z kim się bawiła. Nie padały żadne imiona. Z wyjątkiem Ajodiadei.

– Ile lat miała moja matka, gdy mój dziadek wrócił do Indii? – pyta zdesperowana.

Starucha rzuca drugą gołą łodyżkę na drewnianą podłogę.

– Nie pamiętam – odpowiada lodowato.

– Czy on naprawdę tam wrócił?

– Nie wiem.

– Kłamiesz! Kłamiesz! – Głos dziewczyny brzmi niemal płaczliwie.

– Odejdź!

S. siedzi dalej nieruchomo. Patrzy przez małe okno na zewnątrz. Chmury zachodzącego słońca wyglądają jak ogień piekielny. Taki sam żar krąży w jej krwi. Chciałaby udusić Ajodiadei. Stara jest jedną z winnych, którzy jeszcze żyją.

A S.? Nieistotny świadek _à charge_, który wchodzi do sali już po ogłoszeniu wyroku: nikogo nie zmuszano do podpisywania umowy. Ludzie sami tego chcieli. To, co działo się później, nie jest winą biura imigracyjnego. Przynajmniej jeśli się założy, że nie chodziło o ludzi, ale o parę kościstych szponów grzebiących w ziemi w upale złośliwego słońca. Tak sobie teraz myśli dziewczyna, bo w Indiach było tak samo gorąco. I kto ją zapewni, że w Kalkucie, skąd pochodzili jej dziadkowie, rodzinę Hirjalie dałoby się dokładniej zidentyfikować – na podstawie numerów i roku wyokrętowania w Surinamie?

Ajodiadei ujdzie to płazem, w świetle prawa jest niewinna. Zawsze może się powołać na nieodpowiedzialne zachowanie rodziców i na rejestr. To były czasy numerów. Każdy numer oznaczał o jednego kulisa więcej. A jeśli któryś umierał, było o numer mniej. Radjkumarie miała prawdopodobnie cztery i pół roku, kiedy oddano ją do chaty Ajodiadei w Lelydorp. Wtedy straciła swoją tożsamość. Stała się sierotą. Czy raczej: została zmuszona, żeby czuć się sierotą i nią być. Ajodiadei nigdy nie zadała sobie trudu, by zgłosić w biurze imigracyjnym rezygnację z kurateli. Dlaczego miałaby zaprzątać sobie głowę przyszłością dziecka Janakyi? Nie była jego matką. Kurateli mogła jednak odmówić.

Kobieta trzyma głowę pochyloną. Jej twarz niemal całkowicie zakryta jest flejtuchowatym białym woalem. Bluzkę ma równie brudną jak pościel i poszewki na łóżku z desek. Z lewego nozdrza wystaje jej cieniutki bambusowy patyczek. Srebrne bransoletki podzwaniają niemrawo za każdym razem, gdy Ajodiadei odrywa listek albo wyrzuca łodyżkę. W pobliżu kamienia przy drzwiach stoją dwa czarne żeliwne garnki na nóżkach, dwa miedziane talerze i miedziana miseczka do picia. Również te przedmioty stanowiły część ówczesnego życia. Lelydorp! Krowy! Trawa, talerze, ogień drzewny i parę samotniczych dziecięcych zabaw, ciągle przerywanych i zakłócanych przez senny, ochrypły głos pijanej kobiety przywołującej dziecko do porządku, do codziennego kieratu pracy: koszenia trawy, przebierania ryżu, czyszczenia warzyw.

– Kim byli inni ludzie z czasów mojej babki?

Głowa Ajodiadei kręci się przecząco i z niezadowoleniem.

– Czy nie powiedziałam ci już wszystkiego? Kto właściwie cię tu przysłał?

S. nie odpowiada. Czy ona myśli, że przysłała mnie moja matka, żebym ją przesłuchiwała? Na pewno nie wie, że Radjkumarie nie żyje. Nieważne zresztą, czy o tym wie. Prawdopodobnie wcale by jej to nie ruszyło. S. nigdy nie wyobrażała sobie tej kobiety inaczej niż jako łajdaczki. I dlatego nigdy nie rozumiała, czemu matka mimo wszystko wróciła do Koffiedjompo.

S. miała cztery lata, ale wyraźnie jeszcze pamięta iskry i swąd spalenizny z pociągu parowego, a także piękną melancholijną twarz matki, na której kolanach siedziała, kiedy w milczeniu jechali wzdłuż niżej położonych pól ryżowych. Co ją pchało albo ciągnęło do tego odległego kawałka puszczy, z kąsającymi moskitami, które chmarami nadlatywały z bagien, z jego atmosferą zacofania i biedy? Czy miała może nadzieję, że odziedziczy ziemię w ramach odszkodowania za baty?

S. podnosi wzrok. Im dłużej przebywa w chatce, tym robi się tam duszniej. Z jednej ze szczelin w murze wyłania się ciemnobrązowa głowa tłustego karalucha. Powoli wyswobadzają się skrzydła i robak rozpoczyna szeleszczącą wędrówkę po ścianie nad warzywami i garnkami. Jeśli człowiek chce się pozbyć jednego, musi wytępić je wszystkie, myśli. Obserwuje owada, dopóki ten nie zniknie w innym kącie ściany, w dziurze nad wezgłowiem łóżka.

W ciszy zapadającego wieczoru podzwaniają srebrne bransolety Ajodiadei. S. nasuwają się liczne pytania. Wciąż te same, na które nigdy nie otrzymuje odpowiedzi. Dlaczego właśnie ta kobieta zaadoptowała dziecko Janakyi? Czy nie było innych, które równocześnie z jej dziadkami wyruszyły z Indii? A może dziecko zostało podrzucone przez Harynaraina? Czy naprawdę nie było nikogo innego?

Kobieta dostaje ataku kaszlu. S. się wzdryga, emaliowana miska wyślizguje się z wątłych rąk Ajodiadei. Kobieta próbuje się podnieść. Niebieskawa krew wypełnia zmarszczki na jej policzkach. S. przygląda się temu ze stoickim spokojem. Strach i wahanie, zdenerwowanie, z jakim zastukała do drzwi, zmieniły się w trzeźwe spojrzenie i nieczułość. Wie, kogo ma przed sobą.

Odbiega myślami. Takiego samego wieczoru po raz ostatni słyszała kaszlącą matkę. Przez kilka godzin padało. Potem było chłodno. Światło pożegnało się z ludźmi na ulicy i w domach. Z zielenią palm, drzew mangowych i gujawy. Chmury w zachodzącym słońcu były krwistoczerwone. Pozdrowienie, którego nie zapomni. Znowu widzi pościel – jak przesiąka krwią wypluwaną przez matkę. W pobliżu nie ma żadnej pielęgniarki. Stoi przy ojcu i w swego rodzaju ekstazie patrzy, jak szybko dokonuje się ten proces. Pościel, tak, pościel, i co jeszcze? Twarz trudno nazwać twarzą. Serdeczność, delikatność i piękno zniknęły pod maską absurdalnej obojętności. Potulność, którą spotyka się u zbitego niemal na śmierć psa. Oczy zapadły się tak głęboko, że mogłaby w nie wsadzić palec, nie sprawiając bólu. Bujne czarne włosy przy skroniach przesiąkły lepką krwią. Krwią konającego człowieka. Matka otwiera usta. Chce coś powiedzieć, coś do niej. Próbuje to zrobić – najpierw paroma bezsilnymi ruchami palców w powietrzu, a potem na kawałku prześcieradła nad swoimi żebrami. Coś takiego może się wydarzyć tylko raz. Pierwszy raz jest zawsze najgorszy. Jest tylko jeden. Do widzenia, mamo, chce powiedzieć. Czy jest coś po śmierci, mamo? Nirwana, mamo? Gdzie nie będziesz numerem?

Kaszel Ajodiadei przywołuje ją do rzeczywistości. Zgięta wpół kobieta wlecze się do łóżka. Z rękami pod żołądkiem opada ostatkiem sił na brudną pościel. S. wstaje i podchodzi do okna. Jaskrawopomarańczowe chmury nad dachami i ciemną zielenią palm oraz innych drzew brązowieją na obrzeżach. Robi się wieczór. W innych chatkach trwają przygotowania do wieczornego posiłku. Za pomocą pracowitych wachlarzy i kawałków kartonu rozniecany jest ogień pod rusztami rdzawych garnków węglowych. Garnki stoją na szerokich parapetach. Jakieś dziecko płacze. Przy kranie stoją trzy kobiety.

Żywo ze sobą rozmawiają, ale milkną na moment, kiedy widzą, że dziewczyna na nie patrzy. S. czuje zakłopotanie i z powrotem siada. Na podłodze leżą rozrzucone listki. Kaszel Ajodiadei słabnie. S. znowu wstaje, przez chwilę chodzi w kółko, żeby przygotować następne pytanie.

W chacie ponownie zapadła cisza. Ajodiadei oddycha bardzo wolno. Wyczerpana, wpatruje się w nieheblowane, niepomalowane belki stropowe. Dopiero po dłuższej chwili rozluźnia się i szeroko otwiera oczy. Jej spojrzenie jest wrogie, pełne nienawiści, prawdopodobnie bardziej wobec siebie niż intruzki. W końcu pozostała numerem. Pijaczką. Nie ma nikogo. Nikogo, kto by jej pomógł.

– Odejdź – mówi. – Idź do swojego ojca.

– Aha, czyli znasz mojego ojca, tak?

– Skradający się… skradający się jak niewolnik – brzmi jej odpowiedź.

– Nie przyszłam cię pytać, kim jest mój ojciec. Chcę wiedzieć, dlaczego mój dziadek wyjechał sam.

– Czemu jego o to nie spytasz?

– Wiesz, że nie mam dla ciebie szacunku?

– Prosiłam cię o to?

– Nie, to prawda, nie prosiłaś.

Kobieta nie ma już ochoty niczego dodawać. S. kręci się trochę bezradnie po dusznym pomieszczeniu, znowu staje przy oknie. Z patelni na garnku węglowym z chatki obok unosi się słodki zapach ryżu. Ciemna ręka brudną ścierką podnosi pokrywkę. W drzewach na tylnym podwórzu piłują świerszcze. Nadlatują roje moskitów, zaczynają bzyczeć przy oknie. Kobieta zabija kilka na twarzy i z lekką fascynacją patrzy na własną krew. Potem się odwraca.

– Twoja babka – mówi bardzo powoli Ajodiadei. Nie kończy zdania, przystawia rękę do gardła i nagle wybucha śmiechem, aż wzdłuż jej zmarszczek spływają łzy. Okropny widok. Śmieje się i płacze jednocześnie.

– Co masz na myśli? – pyta S.

Kobieta ponownie unosi rękę do szyi. S. otwiera usta. Nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. Robi krok naprzód. Samobójstwo. Samobójstwo, przebiega jej przez głowę. Jest oburzona, zawstydzona.

– Ocet? – pyta niemal płaczliwym tonem.

Kobieta kręci głową, a z jej gardła wyrywa się wesoły starczy śmiech.

– Sznur?

– To nie wiesz tego? Ha, ha… Matka nigdy ci nie powiedziała?

Dziewczyna zagryza wargi, żeby się nie rozpłakać. Jest pokonana, czuje się ośmieszona, poniżona, gorsza od Ajodiadei. Dlaczego oczy tamtej lśnią? Nienawidziła Janakyi? A może była zakochana w dziadku? Czy dlatego babka popełniła samobójstwo? Ajodiadei śmieje się coraz głośniej. Ona zaraz zwariuje, myśli S. Zwariuje od wspomnień, które z biegiem lat przekształciły się w szpetne, mgliste urojenia, dręczyły ją i prześladowały, i odebrały jej wszelką serdeczność i przyjazne uczucia.

S. myśli o bliźnie na przedziałku we włosach matki. Gdy pytała, skąd blizna się wzięła, matka najpierw próbowała wywieść ją w pole. Po różnych wymijających odpowiedziach S. usłyszała, że Ajodiadei uderzyła ją kosą. Matka miała pięć lat i nie była dość silna, by jutowy worek ze skoszoną trawą umieścić na pochylonej głowie kobiety. Worek spadł, Ajodiadei się wściekła. Na wspomnienie tej historii S. zatrzymuje wzrok na pomarszczonych rękach starej. Tymi samymi rękami Ajodiadei próbowała udusić jej matkę. Pewnego dnia w czasie dużej pory deszczowej. Ajodiadei wróciła z targu. Matka nie usłyszała jej pukania.

– Chcesz wiedzieć jeszcze więcej? – pyta stara.

S. rzuca jej pogardliwe spojrzenie. Chciałaby podręczyć kobietę, żeby ta znowu dostała ataku kaszlu.

– Wiesz, co Soenderdei o tobie mówiła? Że śmierdzące ptaki cię wygrzebią.

– Odejdź, idź do swojego ojca – rzuca Ajodiadei i się podnosi.

– Zostanę tu tak długo, jak zechcę.

– Jesteś bardzo bezczelna. Twoja matka była całkiem inna.

S. podchodzi jeszcze krok bliżej. Jej palce napinają się na kształt szponów. Powoli nachyla się do przodu.

– Nie – błagalnie odzywa się kobieta. – Nie… Nie.

Palce dziewczyny się rozluźniają. Co ją opętało? W ten sposób niczego się nie dowie. Zdjęcia, myśli. Musi dać mi zdjęcia. Potem… Potem tyle będzie możliwe. Ale dlaczego S. miałaby sobie brudzić ręce, popełnić morderstwo? To bez sensu. Ta myśl ją uspokaja. Światło z galerii domu na przyległej posesji przebija się przez dziury w cynkowym ogrodzeniu, a następnie przez szczeliny chaty. Stara opada do tyłu na poduszki. Prawie w tym samym momencie odwraca się od niej i kładzie na boku, jej twarz zwrócona jest do światła, które wciska się do środka przez pęknięcia w ścianie.

„Twoja matka była całkiem inna”, dudni jej w głowie. Inna. To prawda. Ale właśnie dlatego S. jest tutaj – żeby o nią walczyć, ponieważ była taka bezbronna. Matka nigdy nie żyła. Nie mogła nigdy żyć, bo została nieodwracalnie zniszczona. Była martwa na długo przed śmiercią. Nawet wtedy, gdy jeszcze była zdrowa, lubiła mówić o śmierci: „Czy będę tu jeszcze, gdy dorośniesz?”, „Och, kiedy będziesz duża, mnie być może dawno już nie będzie”.

A kiedy zachorowała, nie zajmowała się niczym innym.

– Wrócisz. – S. próbowała ją wspierać.

– Nie… To nieuleczalne. Zawsze myślałam, że to się tak skończy.

– Ale jeśli zechcesz. Musisz wyzdrowieć… Potrzebujemy cię.

– Wrócę ze szpitala. W trumnie. – Miała trzydzieści trzy lata, kiedy to powiedziała.

Dziewczyna, zatopiona w myślach, podchodzi z powrotem do łóżka. Szorstko ciągnie Ajodiadei za rękaw.

– Czy mój dziadek już wyjechał, gdy Janakya…?

Kobieta otwiera usta, żeby krzyknąć. Rozmyśla się i znowu opada głową na poduszkę. S. czuje lekką ulgę. Żadnych scen, żadnych sąsiadów, o Boże, nie. To jest coś, co dotyczy tylko jej. Przesuwa ręką po swojej zmęczonej dziecięcej głowie, pełnej teorii z podręczników, pełnej wyobraźni, wystarczająco dużej, by rozwikłać zagadkę imigracji z 1916 roku.

– Czy mój dziadek już wyjechał, gdy babka umierała? – pyta z nadzieją.

– Nie.

– Nie?

Teraz S. zaczyna naprawdę wierzyć, że Ajodiadei odegrała jakąś rolę w miłosnym życiu jej dziadków. Czy może małżeństwo zostało zawarte w Indiach? Przymusowy związek?

– Czemu nie chcesz mi niczego powiedzieć? Wszystkiego?

Głowa starej gwałtownie się buntuje.

– Odejdź, idź do domu – mówi kobieta, wykonując ręką odmowny gest. Odchrząkuje i spluwa na podłogę obok łóżka.

Dziewczyna nie zwraca na to uwagi, schyla się, żeby postawić na nogi podnóżek, który w złości przewróciła. Potem siada.

Ajodiadei wstaje, przeklinając. Chwilę później jej stopy szurają po zapiaszczonych deskach. Podchodzi do bocznej ściany, naprzeciwko zanóżka posłania. Zapala lampę wiszącą na dużym zardzewiałym gwoździu. Dziewczynie przechodzą ciarki po plecach. Nagle boi się rąk Ajodiadei i szybko się odwraca. Kobieta przykręca trochę knot, a potem wysuwa go na odpowiednią wysokość, tak żeby płomyk nie kopcił. Z hukiem zamyka oba okna, jedno po drugim, popycha drzwi stopą i chwilę majstruje przy sporym zardzewiałym żelaznym haku. Idzie z powrotem w stronę łóżka, ku oknu, które dopiero co zamknęła. W surowej framudze na blaszanej podstawce stoi spiralna świeca na moskity. Ajodiadei zapala trującą świecę. Cicho szeleści czarna spódnica, cicho pobrzękują bransoletki. Wczesnowieczorna melodia. S. mięknie od tego na moment. Wydaje się, jakby stara zamierzała złożyć bogom ofiarę.

Jestem zmęczona, myśli S. Nienawidzę jej tak, jak bez wątpienia nigdy nie znienawidzę nikogo innego. Jestem tylko za bardzo zmęczona i zbyt ospała z głodu, żeby dać jej to jasno do zrozumienia. Jesteśmy same, Ajodiadei. Jest tak, jakbym przyszła do ciebie w odwiedziny. Za chwilę zapytasz mnie jeszcze, czy zjem trochę ryżu z _bhaji_. Za chwilę staniesz się gościnna. Ha, ha.

Kobieta stawia świecę na podłodze, blisko łóżka. Trująca woń powoli roznosi się po niskim pomieszczeniu. S. pragnie świeżego powietrza.

– Gdzie są zdjęcia? – pyta i uświadamia sobie, że to ostatnia próba uzyskania czegokolwiek.

Przez ciało kobiety przebiega lekki dreszcz. Nie udziela odpowiedzi, rusza z powrotem ku ścianie, na której wisi lampa. Zdejmuje ją z gwoździa i niesie wzdłuż półek, żeby emanujące z niej ciepło zabiło moskity. Czarne owady wpadają do trzymanej ukośnie wąskiej, zakończonej karbowaniem szyjki lampy i po chwili leżą już nieruchomo na szklanym dnie.

– Chcę zdjęcia – mówi S.

Stara kontynuuje tępienie moskitów i nie odwracając się, twierdzi, że nie jest w posiadaniu żadnych zdjęć. Okazuje oburzenie i wzywa niebiosa na świadka. S. jest przekonana, że kobieta kłamie. Bo skąd niby wie, że S. mówi o zdjęciach dziadka? Wymieniła jego imię, a nie babki. Dramat miłosny? Tak jak wcześniej myślała? Możliwe. Jest zmęczona dalszym zgadywaniem. Chce zdjęcia. Matka napomknęła coś o fotografiach Janakyi, zrobionych gdzieś w Indiach. Chciała je zabrać, kiedy odchodziła od Ajodiadei. Poza tym o zdjęciach nie było mowy. Pewnie zapomniano o nich, gdy uciekano w pośpiechu. Bo babka musiała przecież uciec? Takie okropne okoliczności. Dziwne, że zdjęcia nigdy nie trafiły do matki. Wiele razy wracała do Lelydorp, żeby odwiedzić starą. Czy robiła to również po to, by zdobyć zdjęcia swoich rodziców? S. nigdy nie odkryła, dlaczego nagle skończyły się nudne podróże pociągiem. Najpierw sądziła, że stara zmarła. Później przypuszczała, że ojciec był im przeciwny, a dużo później – że chodziło o zdjęcia, których Ajodiadei nie chciała oddać.

– Moja matka mówiła o zdjęciach. Chcę je odzyskać.

– Zdjęcia, co? Zdjęcia? Kto cię przysłał? – Ajodiadei spluwa na ziemię, idąc ku ścianie z garnkami.

– Mój ojciec mnie przysłał – kłamie dziewczyna niechętnie.

– Twój ojciec, tak… Pełzając… Pełzając w ciemności, co?

– Chcę zdjęcia – powtarza dziewczyna niecierpliwie.

Kobieta odwiesza lampę. Jej oczy lśnią.

– Dlaczego chcesz zdjęcia? – pyta z ręką na gardle. Przywołuje wspomnienie powrozu.

S. znowu się wstydzi, ale patrzy obojętnie na stojącą przed nią kobietę. Mijają sekundy.

– Dobrze – odzywa się stara. – Dam ci je, ale potem twoja stopa nie postanie już w moim domu. Zrozumiano?

S. nie odpowiada.

– Nie słyszałaś mnie?

– Słyszałam. Daj mi zdjęcia, a więcej nie przyjdę.

Ajodiadei mruczy pod nosem i podchodzi do łóżka. Pewnie przeklina, myśli S. – i nagle ogarnia ją strach, że jędza zmieni zdanie. Nerwowo śledzi jej ruchy. Stara zbiera na biodrach szeroką, długą spódnicę i z westchnieniem siada w kucki przy łóżku. Następnie wyciąga spod niego drewniany kufer z miedzianą kłódką. Przez ten ruch jej woal zsuwa się dalej do tyłu, odsłaniając głowę pełną czarnosiwych włosów, lśniących w blasku lampy. Pisk myszy wśród garnków i warzyw. Ajodiadei ogląda się za siebie, mamrocze. Zwierzę znika w dziurze, częściowo zatkanej kulką gazetowego papieru. Ajodiadei odwraca głowę, chwyta się za chudą pierś. Wyjmuje brudny woreczek z niebielonej bawełny. Rozsupłuje sznurek i wyciąga klucz. Potem otwiera kufer i niemal w tym samym momencie jej kościste palce zatapiają się między ubraniami. Próbuje przy tym zasłonić ciałem zawartość kufra. Znowu zaczyna mruczeć pod nosem, zamyka kufer na klucz, wpycha go z powrotem i się podnosi. Potem siada na brzegu łóżka i w podejrzliwy sposób otwiera małą brązową kopertę, którą trzyma w dłoni.

– Proszę – mówi. Wpycha S. do ręki parę pożółkłych zdjęć.

Dziewczyna chce je od razu obejrzeć, ale zdaje sobie sprawę, jak niedorzeczna stałaby się ta sytuacja. Jest w chacie kobiety, której nienawidzi. Wymuszona wizyta. Ta kobieta oznacza wspomnienie bólu, smutku, okrucieństwa. S. nie może tu dłużej siedzieć i oglądać zdjęć ludzi, których z kolei niewątpliwie nienawidziła Ajodiadei. Poza tym sama kobieta dała jej to wystarczająco wyraźnie do zrozumienia: odsunęła kamień i stanęła przy uchylonych drzwiach. Nie ma sensu dłużej drażnić jej swoją obecnością. Stara nie chciała powiedzieć ani słowa. S. doszła do ściany – ściany składu w Kalkucie, ściany przeszłości. Podnosi z podłogi tornister, wstaje i wsuwa kopertę ze zdjęciami do kieszeni spódnicy. Myśli z przygnębieniem: Piękny prezent urodzinowy.

Jest przy drzwiach, zatrzymuje się jeszcze, żeby posłać kobiecie ostatnie spojrzenie.

– Odejdź! No już! Już!

Śmierdzące ptaki wygrzebią cię już po pierwszym dniu, myśli S. Drzwi za nią zatrzaskują się z hukiem. Dźwięk otwieranego okna. Przez mrok podwórka rozbrzmiewa ochrypły krzyk starej:

– Jesteś dokładnie taka jak twój dziadek…! Słyszałaś mnie? Słyszałaś mnie?

Stoi na ulicy. Z rynsztoka wzbija się rechotanie i kumkanie żab oraz tłustych ropuch. Wśród ciemnych liści migdałowców syczy szarańcza. Gwiazdy bajecznie migoczą na ciemnym niebie. Ruch uliczny jest niewielki. Dwie rozmawiające kobiety przy następnym mostku. Rowerzyści, samochód, który gwałtownie omija leniwego białego psa. Na rogu wchodzi do sklepu Chińczyka. Chce wiedzieć, która jest godzina.KONTAKT:

[email protected]

Cymelia – seria przybliżająca kultowe dzieła literatury światowej: te niesłusznie zapomniane, które chcielibyśmy przywrócić do czytelniczego obiegu, i te, które nigdy nie doczekały się przekładu na język polski.

W serii ukazały się dotychczas:

- Henry Roth, _Nazwij to snem_, tłum. Wacław Niepokólczycki
- Kay Dick, _Oni_, tłum. Dorota Konowrocka-Sawa
- Juan Emar, _Wczoraj_, tłum. Katarzyna Okrasko
- Pierre Boulle, _Planeta małp_, tłum. Agata Kozak
- Marlen Haushofer, _Ściana_, tłum. Małgorzata Gralińska
- Dashiell Hammett, _Sokół maltański_, tłum. Tomasz S. Gałązka
- Walter Kempowski, _Wszystko na darmo_, tłum. Małgorzata Gralińska
- Dola de Jong, _Strażniczka domu_, tłum. Jerzy Koch
- Torgny Lindgren, _Legendy_, tłum. Tomasz Feliks
- Jacqueline Harpman, _Ja, która nie poznałam mężczyzn_, tłum. Katarzyna Marczewska
- Kjell Askildsen, _Ostatnie zapiski Thomasa F. dla ogółu. Nowele_, tłum. Maria Gołębiewska-Bijak
- Jens Bjørneboe, _Chwila wolności_, tłum. Karolina Drozdowska
- Thomas Pynchon, _49 idzie pod młotek_, tłum. Piotr Siemion
- Italo Svevo, _Zeno Cosini_, tłum. Zofia Ernstowa
- Juan José Saer, _Pasierb_, tłum. Barbara Jaroszuk
- Kingsley Amis, _Alteracja_, tłum. Przemysław Znaniecki
- Torgny Lindgren, _Przepis doskonały_, tłum. Dawid Jabłoński
- Robert W. Chambers, _Król w Żółci_, tłum. Tomasz S. Gałązka
- Pierre Boulle, _Most na rzece Kwai_, tłum. Jacek Giszczak
- Leonard Gardner, _Fat City_, tłum. Tomasz Antosiewicz
- Halldór Laxness, _Dzwon Islandii_, tłum. Jacek Godek
- Anna Kavan, _Lód_, tłum. Agata Ostrowska
- María Luisa Bombal, _Spowita całunem_, tłum. Mateusz Lamch
- Etienne Leroux, _Siedem dni u Silbersteinów_, tłum. Jerzy Koch
- Aleksandar Tišma, _Kapo_, tłum. Magdalena Petryńska
- Sven Holm, _Termush_, tłum. Iwona Zimnicka
- Walter Kempowski, _Prima sort_, tłum. Małgorzata Gralińska
- Thomas Pynchon, _Tęcza grawitacji_, tłum. Robert Sudół
- Jacqueline Harpman, _Orlanda_, tłum. Katarzyna Marczewska
- Adam Wiśniewski-Snerg, _Robot_
- Marlen Haushofer, _Zabijemy Stellę_ / _Piąty rok_, tłum. Małgorzata Gralińska
- Torgny Lindgren, _Biblia Dorégo_, tłum. Dawid Jabłoński
- Russell Hoban, _Riddley Walker_, tłum. Piotr Siemion
- Halldór Laxness, _Zuchwaliada_, tłum. Jacek Godek
- J.G. Ballard, _Wystawa okropności_, tłum. Maciej Płaza
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij