Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Światło między pęknięciami - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 lipca 2026
24,99
2499 pkt
punktów Virtualo

Światło między pęknięciami - ebook

Chłopiec, który czuł za dużo, uczy się znikać - pod biurkiem, w grzeczności, pod wodą, gdzie nikt nie patrzy, a on jest najlepszy. Wiele lat później mężczyzna siedzi na tarasie w Madrycie i pyta sam siebie: czy to, co go tu przywiodło, było wyborem, czy ucieczką? Pomiędzy nimi jest wszystko: dom, w którym cisza miała dwa znaczenia, pierwszy pocałunek na klatce schodowej, świetliki w parku, osiem godzin pociągu do miłości i słowa, które czekały na swoją kolej dłużej, niż powinny. „Światło między pęknięciami" to poruszający debiut o dorastaniu, rodzinie i prawdzie, która przestaje być ciężarem, kiedy wreszcie wypowie się ją na głos. Intymna, czuła i miejscami zabawna opowieść o tym, że nowe życie nie zaczyna się na granicy - zaczyna się w dniu, w którym przestajesz uciekać przed sobą.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna polska
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 2,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1. Słońce, które spada

Wychodzę na taras ze szklanką piwa bezalkoholowego i od progu wiem, że to był błąd.

Jest po piątej po południu, a powietrze stoi nieruchomo, gęste i rozgrzane, jakby ktoś zostawił otwarte drzwiczki piekarnika wielkości miasta. Termometr przy aptece na rogu pokazywał dziś w południe trzydzieści dziewięć stopni i chyba sam w to nie wierzył, bo co chwilę mrugał.

Siadam mimo wszystko. Sofa, którą zbiliśmy z drewnianych palet, parzy przez szorty, więc przesuwam się na wielką miękką poduszkę – jest trochę za duża na tę przestrzeń, kupiliśmy ją kiedyś w przypływie entuzjazmu i teraz zajmuje pół siedziska jak rozpanoszony gość. Ale to właśnie przez nią ten kawałek betonu za drzwiami sypialni wygląda jak miejsce stworzone do odpoczynku, a nie jak taras w środku sierpniowego Madrytu, czyli patelnia.

Słońce tutaj nie świeci.

Ono spada. Całym ciężarem, pionowo, na dachy, na markizy, na doniczki z rozmarynem, który jako jedyny z naszych roślin nie traktuje tego osobiście.

Zawsze lubiłem ciepło. Lubiłem lato, długie dni, wieczory, które nie chcą się kończyć. Ale madrycki sierpień to nie jest ciepło do lubienia. To jest ciepło do przetrwania, odliczane od klimatyzacji do klimatyzacji, od cienia do cienia.

Wytrzymuję może dziesięć minut. Szkło w mojej ręce poci się szybciej niż ja, piwo robi się ciepłe, a cień parasola przesuwa się złośliwie w lewo, jakby i on miał mnie dość. Poddaję się.

Wracam przez wąskie drzwi prosto do sypialni, kładę się na łóżku i włączam klimatyzację. Sprężarka za oknem budzi się z niechętnym stęknięciem. Znam ten dźwięk tak dobrze, że latem słyszę go czasem we śnie.

Sypialnia jest mała. Mieści się w niej właściwie tylko łóżko, wąska szafka i miętowa lodówka na wino, która wygląda, jakby zabłądziła tu z mieszkania zupełnie innych ludzi – jakiejś pary, która mówi o winie „interesujące” i ma zdanie na temat tanin. My trzymamy w niej wino z supermarketu i, w najgorsze upały, czekoladę.

W podłodze jest otwór, a z niego schodzą w dół czarne metalowe schody, prosto do salonu połączonego z kuchnią. Całe mieszkanie to właściwie jedna pionowa kiszka z tarasem na czubku. Nie jest duże. Przez trzy lata nauczyliśmy się w nim mijać: kiedy dać drugiemu przestrzeń, kiedy przejść obok w ciszy, kiedy nie schodzić na dół, bo po odgłosie klawiatury słychać, że lepiej nie.

Teraz też go słyszę.

Michał siedzi piętro niżej przy biurku i pracuje. Klawisze idą seriami, potem cisza, potem znowu seria – od dwunastu lat wiem, że to znaczy, że coś mu nie działa i właśnie udowadnia komputerowi, kto tu rządzi. W takich momentach świat przestaje dla niego istnieć. Mógłbym zejść, stanąć mu za plecami i zdjąć koszulkę, a on powiedziałby „mhm” i dopisał średnik.

Ja mam dzisiaj wolne.

Pracuję jako kelner, a sierpień w tej branży oznacza, że pół miasta, które powinienem obsługiwać, leży teraz na plażach zupełnie innych miast. Restauracje poza centrum zamykają się na kilka tygodni, właściciele wieszają w drzwiach kartki z datą powrotu i z czystym sumieniem jadą nad morze. Madryt, który przez cały rok żyje głośno, szybko i do późna, nagle cichnie jak dom po wyjściu gości.

To dziwny widok. Miasto zwija się samo w sobie. Żaluzje sklepów opuszczone w biały dzień, autobusy jeżdżące prawie puste, sąsiedzi znikający jeden po drugim. Zostają turyści, gołębie i ci, którzy nie mieli dokąd albo po co jechać.

Wielu Polaków wraca w sierpniu do kraju. Kilka tygodni z rodziną, znajome ulice, sklep, w którym pani zza lady pamięta cię z czasów, kiedy sięgałeś jej do łokcia.

Ja też czasami tęsknię.

Za językiem, który nie wymaga ode mnie wysiłku. Za ludźmi. Za tym dziwnym poczuciem, że gdzieś istnieje miejsce, które kiedyś było całym moim światem i wciąż trzyma jego kształt, jak wgniecenie w starym fotelu.

Ale kiedy ktoś pyta – a pytają, Hiszpanie uwielbiają to pytanie – dlaczego właśnie tu, dlaczego Hiszpania, odpowiadam zwykle tym, czego oczekują. Słońce. Bary pełne ludzi. Kolacje o dziesiątej wieczorem. Rozmowy prowadzone na całą ulicę, jakby cisza była czymś, co wypada przerywać. Uśmiechy, które przychodzą łatwiej niż gdziekolwiek indziej.

I to wszystko prawda. Kocham ten kraj także za to.

Ale to nie był główny powód. Główny powód jest prostszy i trudniejszy do powiedzenia przy barze.

Przyjechałem tu, żeby móc żyć normalnie.

Od dwunastu lat jestem w związku z mężczyzną, którego kocham. Zbudowaliśmy przez ten czas wspólne życie – z dobrymi latami, z gorszymi, z całą tą codzienną stolarką, o której nie piszą piosenek. A jednak przez większość tych lat, tam, brakowało nam rzeczy tak małej, że większość ludzi nawet nie wie, że ją ma.

Swobody.

Możliwości złapania się za rękę na ulicy i myślenia w tym czasie o czymkolwiek innym. Pocałowania się na środku miasta bez błyskawicznego skanu otoczenia, którego nauczyliśmy się oboje tak dawno, że przestaliśmy go zauważać. Bycia parą bez tego cichego, nieustannego liczenia, kto patrzy i co z tym patrzeniem zrobi.

Hiszpania dała mi coś, czego jako dziecko nie umiałbym sobie nawet wyobrazić, bo nie miałem jeszcze na to słowa.

Spokój.

Drugim powodem była mama Michała, która mieszka tu od ponad dwudziestu lat. On sam mieszkał kiedyś w Madrycie, zna to miasto od podszewki, więc nasza przeprowadzka nie była skokiem w ciemność. Była raczej powrotem – jego powrotem, do którego ja się dosiadłem ze swoją walizką i swoim słownikiem hiszpańskiego, w którym najczęściej zaglądaną stroną była ta z czasownikami nieregularnymi.

Oczywiście nic nie było łatwe. Nowy kraj to nowy język, szukanie pracy dłużej, niż zakładał optymistyczny plan, i budowanie życia od śrubki. Sama decyzja o wyjeździe, która z daleka wyglądała jak meta, okazała się linią startu.

Kocham to miejsce. Naprawdę.

Ale czasami, w takie popołudnia jak to, kiedy miasto jest puste, piwo ciepłe, a zza podłogi dobiega stukot cudzej pracy, przychodzi pytanie, które umie wchodzić bez pukania.

Czy przeprowadzka tutaj była wyborem, czy ucieczką?

Pewnie trochę jednym i drugim. Tak sobie zwykle odpowiadam i zwykle to wystarcza, żeby pytanie sobie poszło.

Bo można zmienić kraj. Można zmienić mieszkanie, język, nazwę ulicy w formularzach. Ale są rzeczy, które podróżują razem z nami, upchnięte gdzieś między koszulkami, i żaden celnik ich nie znajdzie.

Wspomnienia nie potrzebują paszportu.

Klimatyzacja mruczy. Na dole Michał wygrywa albo przegrywa ze swoim kodem. A ja leżę na łóżku w mieście, w którym mogę wszystko, i myślę o chłopcu, który kiedyś nie mógł prawie nic.

O dziecku, które jeszcze nie znało słowa „akceptacja”.

Które znało za to inne rzeczy.

Na przykład to, że w mieszkaniu bywa taka cisza, od której trzeba się chować.2. Chłopiec pod biurkiem

Siedzę pod biurkiem.

Mam może osiem lat, kolana pod brodą, plecy przyciśnięte do zimnej ściany. Od spodu blat biurka wygląda inaczej niż od góry – surowe drewno, nieoklejone, z ołówkowym napisem fabryki, który nigdy nie był przeznaczony dla niczyich oczu. Znam ten napis na pamięć.

Za ścianą trwa awantura.

Nie wiem już, o co. Po tylu latach słowa się rozpuściły, zostały same kształty. Głos mamy, który idzie w górę. Głos brata, który idzie jej naprzeciw. Głos ojca, rzadszy, cięższy, jak mebel przesuwany po podłodze. Czasem wszystkie trzy naraz, splecione tak, że nie wiadomo, kto zaczął i po co.

Zakrywam uszy rękami.

To nie pomaga na dźwięk. Pomaga na coś innego – na to, że robię cokolwiek. Że mam zadanie: trzymać dłonie przy głowie, oddychać cicho, czekać.

Drzwi trzaskają tak, że czuję to w podłodze, przez piżamę, w kościach ud. Potem krzyk jeszcze raz, krótszy. Potem nic.

Cisza po awanturze ma swoją własną temperaturę. Jest jak powietrze po burzy, tylko odwrotnie: nic nie jest umyte, wszystko wisi. Siedzę w niej i nasłuchuję, czy to już koniec, czy dopiero przerwa. Nauczyłem się rozróżniać te dwie cisze po krokach: jeśli ktoś chodzi po kuchni i otwiera szafki, to koniec. Jeśli nikt nie chodzi wcale – to jeszcze nie.

Nikt mnie nie szuka. I dobrze. Nie chowam się po to, żeby mnie znaleziono.

Chowam się, żeby zniknąć – tak po prostu, technicznie, jak znika się z pola widzenia. Jest we mnie takie dziecięce, dosłowne pragnienie: być w miejscu, do którego nic nie dosięga. Pod blatem, pod kołdrą, pod wodą.

Pod wodą najbardziej.

Ale woda jest daleko – jest zimą, jest szkołą, jest miastem. Woda będzie dopiero latem.

Latem wszystko jest inaczej.3. Dno pustego basenu

Latem mieszkaliśmy na basenie.

Nie obok basenu. Na basenie. Rodzice brali na sezon posadę: ojciec kierownika obiektu, mama prowadzenia baru – czasem był to odkryty basen w mieście, czasem ośrodek nad jeziorem kawałek za miastem, gdzie plaża pachniała rybami i olejkiem do opalania. Zamieszkiwaliśmy wtedy w małym domku kierownika, wciśniętym między budkę kasową a magazyn z chemią, i przez dwa miesiące cały ten teren, po zamknięciu bramy o dziewiętnastej, należał do nas.

Domek pachniał ręcznikami, które nigdy do końca nie wysychały, i chlorem. Chlor wchodził wszędzie: w pościel, w ubrania, we włosy, w chleb, jeśli zostawiło się go odkrytego. Do dziś, kiedy mijam gdzieś otwarte drzwi pływalni, coś we mnie na sekundę wraca tam i ma osiem lat, i jest lipiec.

Rano budził mnie warkot kosiarki.

Stary spalinowy grat, którego ojciec odpalał za trzecim albo czwartym szarpnięciem sznurka, klnąc pod nosem na tyle cicho, żebym niby nie słyszał, i na tyle wyraźnie, żebym się nauczył. Trawa spod ostrzy szła w powietrze wilgotnym, zielonym zapachem, który mieszał się z chlorem i razem robiły z tego coś, na co do dziś nie znam lepszego słowa niż: lato.

Leżałem w łóżku i słuchałem, jak kosiarka jeździ tam i z powrotem wzdłuż niecki, a jej silnik cichnie i głośnieje jak fala. W domu, kilka kilometrów stąd, cisza znaczyła, że zaraz coś się stanie. Tutaj cisza znaczyła tylko tyle, że jest wcześnie, że brama zamknięta, i że woda – cała, ogromna, wygładzona przez noc – jest jeszcze przez godzinę wyłącznie moja.

Najbardziej ze wszystkiego lubiłem dni wymiany wody.

Raz na jakiś czas basen trzeba było spuścić. Woda schodziła powoli, przez całą noc, z basowym pomrukiem gdzieś w rurach pod płytą, a rano zostawała po niej niecka: ogromna, biała, obca. Jakby ktoś ukradł jezioro i zostawił samą dziurę. Na dnie, przy kratce odpływu, grzała się w słońcu ostatnia kałuża, a w niej odbijało się niebo, całe, na dwóch metrach kwadratowych.

Schodziłem po drabince na sam dół, tam, gdzie nikomu nie było wolno.

Kafle na dnie były śliskie od zielonkawego nalotu i ciepłe pod bosymi stopami. Szedłem pochylony, z nosem prawie przy ziemi, i szukałem tego, co przez całe lato wyślizgnęło się ludziom z rąk i opadło poza ich zasięg. Monety, pojedynczo i w małych konstelacjach przy drabinkach. Spinki do włosów. Kolczyk bez pary. Klucz, którego ktoś pewnie szukał do dziś. Raz zegarek – suszyłem go potem tydzień na parapecie i tak nie ruszył, ale nosiłem go jeszcze długo, bo zegarek, nawet stojący, dwa razy na dobę mówi prawdę.

Wszystko szło do kieszeni mokrych spodenek i obijało się o udo przy każdym kroku, ciężkie, dzwoniące. Mój skarb. Nikt mnie na tym dnie nie wołał, nikt nie pytał, gdzie jestem. Byłem dzieckiem, o które nie trzeba się martwić.

Dopiero dużo później zrozumiałem, że to zdanie działa w dwie strony. Że jak się nie sprawia problemów, to z czasem przestaje się też być widzianym – bo po co patrzeć tam, gdzie nic się nie dzieje.

Na dnie pustego basenu akurat mi to odpowiadało.

Potem przyjeżdżała cysterna albo po prostu odkręcano zawory, i niecka napełniała się z powrotem przez dwa dni, a ja siedziałem na brzegu i patrzyłem, jak moje królestwo znika pod wodą, centymetr po centymetrze, aż zostawał tylko błękit.

I wtedy zaczynało się drugie królestwo.

Bo w wodzie byłem kimś innym niż na lądzie.

Na lądzie biegałem za wolno, czerwieniłem się za łatwo, przejmowałem się rzeczami, którymi zdaniem wszystkich nie należało się przejmować. W wodzie żadna z tych rzeczy nie ważyła nic. Woda nie patrzyła. Woda tylko sprawdzała – jak długo wytrzymasz, jak daleko dojdziesz, zanim płuca postawią weto.

A ja wytrzymywałem długo.

Nauczyłem się schodzić tuż nad dno i płynąć wzdłuż kafli z rękami wyciągniętymi przed siebie, wypuszczając powietrze tak wolno, że nie słyszałem własnych bąbelków. Świat nad powierzchnią robił się wtedy daleki i pofalowany. Krzyki dzieciaków, gwizdek, radio grające przy barze mamy – wszystko zostawało na górze, zniekształcone, nieważne, a na dole był tylko szum krwi w uszach i błękit ciągnący się dalej, niż sięgał wzrok.

Przepływałem tak jedną długość. Potem obrót przy ścianie i drugą.

Nie robiłem tego na pokaz. Robiłem to, bo pod wodą nikt na mnie nie patrzył – a jednocześnie byłem tam lepszy niż wszyscy, którzy patrzeć by mogli. To był jedyny znany mi sposób znikania, który nie bolał. Więcej: który dawał radość, czystą i fizyczną jak sam ruch.

Wynurzyć się trzeba było zawsze.

Tego woda uczy od razu i bez dyskusji. Możesz oszukiwać płuca, spinać przeponę, targować się o jeszcze metr, jeszcze dwa. Ale przychodzi moment, w którym ciało decyduje za ciebie i wypycha cię w górę, na jasne, głośne, gorące powietrze, w którym znowu jesteś tylko chłopcem – tym konkretnym, z tą twarzą, z tym wszystkim.

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że trenuję.

Że nabieranie powietrza i schodzenie pod powierzchnię, płynięcie cicho, żeby nie robić fal, liczenie, ile jeszcze dam radę – że to wszystko przyda mi się na lądzie, na długie lata, w konkurencji, której nie ma na żadnych zawodach.4. Chłopiec, który czuł za dużo

Bo na lądzie byłem dzieckiem, które czuło za dużo.

Dzisiaj to zdanie brzmi prawie jak komplement. Mówi się tak o poetach i o ludziach z dobrym winem w ręku. Wtedy nie było komplementem. Wtedy było diagnozą, stawianą wzruszeniem ramion.

W świecie dzieci bardzo szybko można się nauczyć, które cechy są walutą, a które balastem. Chłopiec powinien być twardy. Nie przejmować się. Jak spadnie – otrzepać się i śmiać pierwszy, zanim zaśmieją się inni. Znałem te zasady na pamięć, tak jak zna się zasady gry, w którą się ciągle przegrywa.

Potrafiłem wrócić ze szkoły z zepsutym dniem, bo dostałem czwórkę.

Czwórkę. Nie jedynkę, nie uwagę, nie wezwanie rodziców. Czwórkę zamiast piątki. Szedłem do domu i ta czwórka rosła mi w tornistrze z każdym krokiem, aż na klatce schodowej ważyła tyle co cegła. Dzisiaj patrzę na tamtego chłopca i widzę dziecko, które po prostu rozpaczliwie chciało być dobre – chciało robić wszystko właściwie i usłyszeć od kogoś: dobrze sobie radzisz, wystarczysz. Ale wtedy nie umiałem tego tak nazwać. Widziałem tylko własne rozczarowanie, nieproporcjonalne, wstydliwe, niemożliwe do wytłumaczenia nikomu.

A inni widzieli przesadę.

Płaczka. Za delikatny. Za miękki.

Dzieci mają radar na wszystko, co odstaje od normy. Nie zawsze ze złości – czasem po prostu powtarzają słowa, których same jeszcze nie rozumieją, jak echo, które nie wie, co niesie. Ale słowa zostają. Zwłaszcza te, które trafiają w miejsce, którego sami w sobie jeszcze nie rozumiemy – bo wtedy nie umiemy ich nawet odeprzeć. Nie ma czym. Tarcza jest dokładnie tam, gdzie dziura.

Przez wiele lat byłem pewien, że moja wrażliwość to usterka. Że gdybym był bardziej obojętny, gruboskórny, wyluzowany, życie byłoby prostsze – i pewnie miałem rację, byłoby. Tak jak prostsza jest muzyka grana na jednej strunie.

I była jeszcze jedna rzecz. Wtedy bez nazwy.

Coś, co czułem tak, jak czuje się kamyk w bucie na długo przed tym, zanim się przystanie i go wytrząśnie: nieustannie, przy każdym kroku, nie wiedząc jeszcze, co to jest, wiedząc tylko, że jest i że uwiera.

Byłem inny. Nie umiałem powiedzieć w czym. Nie znałem słowa – znałem tylko przeczucie, że kiedy to słowo w końcu padnie, nie będzie moim sprzymierzeńcem.

Pamiętam modlitwy.

To może dziwne, bo nie byłem religijnym dzieckiem, a nasz dom nie był religijnym domem. Ale modlitwa była jedyną znaną mi instytucją, która przyjmowała zgłoszenia w sprawach niemożliwych. Więc wieczorami, pod kołdrą, składałem swoje.

Prosiłem, żeby coś we mnie zmieniło się w nocy, samo, bezboleśnie, jak mleczny ząb, który rano po prostu leży na poduszce. Żebym obudził się taki jak inni chłopcy. Żeby przestało uwierać.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij