-
nowość
Szukając Jane - ebook
Szukając Jane - ebook
Losy trzech pokoleń kobiet osnute wokół historii poruszającego listu i prób odnalezienia osoby, do której miał dotrzeć.
Inspirowana prawdziwymi wydarzeniami opowieść o różnych formach miłości macierzyńskiej i kobietach, które poświęciły wiele, by ich córki i wnuczki miały prawo wyboru.
Rok 2017. W antykwariacie, w którym pracuje, Angela Creighton znajduje stary list. Wyznanie kobiety skierowane do adoptowanej córki jest tak poruszające, że Angela postanawia odnaleźć adresatkę. Nie jest to jednak proste, bo opisane w liście wydarzenia miały miejsce kilkadziesiąt lat wcześniej.
Rok 1980. Nancy Mitchell wychodzi za mąż za mężczyznę, którego kocha. Jej szczęście burzy jednak odkrycie rodzinnej tajemnicy. To wtedy zaczyna działać w kanadyjskiej tajnej siatce pomagającej kobietom w ciąży, które nie mogą urodzić dziecka. Wystarczy, że zadzwonią i zapytają o Jane.
Rok 1971. Ewelyn i Maggie trafiają do Domu Świętej Agnieszki, umieszczone tam przez własne rodziny. Obie są w ciąży, a ich dzieci mają trafić do adopcji. Połączone wspólnym cierpieniem zaprzyjaźniają się i każda z nich na swój sposób znajdzie wyjście z beznadziejnej sytuacji. Jedna napisze list do swojej córki.
Kiedy ludzie pytają mnie: „A więc o czym jest twoja książka?”, w pierwszej chwili zawsze mam ochotę odpowiedzieć: „O aborcji”. Ale to nieprawda. „Szukając Jane” jest powieścią o macierzyństwie. O pragnieniu bycia matką, o niechęci do bycia matką i o wszystkich odcieniach szarości między jednym a drugim. - Heather Marshall (fragment posłowia)
27 tygodni na kanadyjskiej liście bestsellerów.
Finalistka GoodReads Choice Award w dwóch kategoriach: powieść historyczna i debiut.
Książka nagrodzona Awards for Debut and Historical Fiction 2023.
Sprzedane prawa do ekranizacji telewizyjnej.
Powieść oparta na prawdziwej historii feministycznego kolektywu o kryptonimie „Jane” – podziemnej organizacji aborcyjnej, która działała na początku lat 70. aż do momentu zalegalizowania aborcji. Autorka przybliża bulwersujące fakty z historii Kanady, której tematykę docenią z pewnością czytelnicy ceniący talent francuskiej noblistki Annie Ernaux oraz fani prozy Emmy Donoghue.
„Szukając Jane” to przenikliwa, ważna i pięknie napisana powieść o wyborach, których wciąż dokonujemy i o ich trudnych do przewidzenia skutkach – a także nieustannie aktualne przypomnienie trudnej drogi, którą kobiety musiały przejść nie tak dawno temu. - Kristin Harmel, autorka bestsellera „Księga utraconych imion”
Napisana z wrażliwością i współczuciem powieść o niszczycielskich konsekwencjach odmawiania kobietom autonomii w decydowaniu o ich własnych ciałach. - „Kirkus Reviews”
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna obca |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8439-109-9 |
| Rozmiar pliku: | 2,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
NOMINOWANA DO GOODREADS CHOICE AWARDS W DWÓCH KATEGORIACH: POWIEŚĆ HISTORYCZNA I DEBIUT.
OPOWIEŚĆ O SILE I SOLIDARNOŚCI KOBIET, KTÓRA ZACHWYCI CZYTELNIKÓW KSIĄŻEK ANNIE ERNAUX I EMMY DONOGHUE.
1971. Evelyn i Maggie trafiają do Domu Świętej Agnieszki, umieszczone tam przez własne rodziny. Obie są w ciąży, a ich dzieci mają trafić do adopcji.
1980. Nancy Mitchell wychodzi za mąż za mężczyznę, którego kocha. Odkrycie rodzinnej tajemnicy burzy jednak jej szczęście. Żeby uciec od problemów, Nancy rzuca się w wir działalności tajnej siatki, która pomaga kobietom pozbawionym możliwości wyboru. Wystarczy, że zadzwonią i zapytają o Jane.
2017. Angela Creighton znajduje napisany przed laty list, który trafił w niewłaściwe miejsce. Jest nim tak poruszona, że postanawia odnaleźć adresatkę. Będzie musiała pokonać wiele przeszkód, żeby do niej dotrzeć, ale jeśli jej się uda, być może dwie osoby odnajdą to, czego przez całe życie szukały.Heather Marshall
Kanadyjska pisarka. Zanim całkowicie poświęciła się swojej pasji – pisaniu – zajmowała się polityką i PR-em. Jej debiutancka powieść _Szukając Jane_ przez pół roku nie schodziła z list bestsellerów kanadyjskich gazet, a przez 5 tygodni zajmowała na nich najwyższe miejsca. Nominowano ją do Goodreads Choice Awards 2023 w kategoriach debiut i powieść historyczna. Została opublikowana w 17 językach w 21 krajach. Druga powieść autorki – _The Secret History of Audrey James_ – powtórzyła sukces pierwszej. Wkrótce w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych ukaże się trzecia: _Liberty Street_.
Heather Marshall mieszka w pobliżu Toronto z rodziną i wielkim golden retrieverem.2010
2010
• • • • •
Pewnego zwykłego dnia pewien niezwykły list trafił do niewłaściwej skrzynki.
Skrzynki były identyczne, umieszczone jedna obok drugiej i wykonane z takiego samego cienkiego, taniego metalu, teraz nieco zardzewiałego przy zawiasach. Tkwiły przywiercone do brązowej ceglanej ściany przy drzwiach wejściowych sklepu z antykami. Zawieszone nad drzwiami dzwoneczki podzwaniały rozkosznie – albo irytująco, zależy, kogo się zapytało – za każdym razem, gdy ktoś wchodził lub wychodził.
Skrzynka należąca do sklepu Antykwariat i Antyki Thompsona znajdowała się po lewej stronie i była opatrzona łuszczącą się złotą nalepką z numerem jeden. Skrzynka mieszkania nad sklepem wisiała po prawej i miała taką samą nalepkę, tyle że z numerem dwa. Obie właściwie niczym się nie różniły, a jednak w znacznym stopniu odmieniły życie Nancy Mitchell, która mieszkała nad sklepem i nie miała pojęcia o liście, którego nie otrzymała.
Nadawca nie sprecyzował, pod jaki numer należy dostarczyć list zaadresowany na stary budynek przy College Street, i tak oto koperta została bezceremonialnie wrzucona do skrzynki sklepu z antykami, a niczego nieświadomy listonosz pospieszył dalej swoją trasą.
List oczekiwał w napięciu przez trzy godziny, wciśnięty między pocztówkę od podróżującego po Francji syna kierownika sklepu a piątkowe reklamy, dopóki wracająca z przerwy na papierosa właścicielka sklepu nie wniosła go do środka. Niedbale rzuciła go na tackę wraz z całą korespondencją, którą później nieuważny pracownik posegregował – i list niefortunnie się zawieruszył.
Jego zawartość nie została odkryta przez kolejne siedem lat. A list na zawsze odmienił losy trzech kobiet.Rozdział 1
Angela
• • • • •
Toronto, styczeń 2017
Angela Creighton jest spóźniona do pracy.
W nocy siedziała do późna i rano budzi się z migreną. Ostrożnie, by nie obudzić żony, która w niedzielny poranek może dłużej pospać, idzie na palcach do kuchni, łyka tabletkę przeciwbólową i popija ją szklanką gęstego soku pomarańczowego, potem opieka bajgla i smaruje go grubą warstwą kremowego serka z czosnkiem. Ze śniadaniem w zębach naciąga czapkę, zawiązuje w pasie płaszcz w szkocką kratę, jak najciszej zamyka drzwi mieszkania i zbiega po schodach.
Wychodzi na ulicę i biegnie na przystanek autobusowy, jednocześnie pogryzając bajgla i próbując wyłowić z torby okulary przeciwsłoneczne. Normalnie cieszyłaby się słońcem, bo zimą pogodne dni należą do rzadkości, dziś jednak światło sprawia, że Angela się krzywi, a jej głowa pulsuje bólem, który umiejscowił się gdzieś za oczami.
Wczorajszy wieczór spędziła u Jenn, przyjaciółki, na comiesięcznym spotkaniu klubu książki, który – jak wiele innych klubów książki – od sześciu miesięcy bardziej przypomina klub miłośników wina. Piją za dużo taniego pinot grigio, pochłaniają wędliny i sery, niczym skazańcy w celi śmierci, z desperacją spożywający swój ostatni posiłek, i od czasu do czasu rozmawiają o książkach, które przeczytały.
Angela od kilku miesięcy nie brała udziału w żadnych imprezach z winem, ale zeszłego wieczoru postanowiła to zmienić. Była to jedyna – żałosna – korzyść wynikająca z poronienia i Angela wycisnęła ją jak cytrynę. Ona i Tina podejmą kolejną próbę zajścia w ciążę, kiedy jej ciało wystarczająco dojdzie do siebie, uznała więc, że tymczasem może sobie pofolgować. To drugie poronienie w ciągu roku i Angela czuje, że z każdą nieudaną inseminacją i straconą ciążą stawki są coraz wyższe. Alkohol sprawia, że przeszkody, które musi pokonać, wydają jej się nieco mniejsze, nawet jeśli to złudzenie trwa krótko.
Gdy autobus podtacza się pod chodnik, Angela wsiada, wrzuca żeton do metalowej szczeliny i znajduje wolne miejsce przy drzwiach. Sklep, którym kieruje – Antykwariat i Antyki Thompsona – znajduje się niecałe dziesięć przecznic dalej na zachód.
Wejście do sklepu mieści się tuż przy chodniku tętniącej życiem College Street, więc szukając kluczy, Angela przywiera plecami do drzwi, żeby nie blokować przejścia pieszym. Delikatnie napiera biodrem na stare, wypaczone drewno, wchodzi do środka i zamyka za sobą drzwi.
Lubi to miejsce. Ten specyficzny sklep, będący domem dla całego mnóstwa używanych książek, które to pojawiają się, to znikają, i zbieraniny antyków, które chyba w ogóle się nie sprzedają. W powietrzu unosi się zapach środka do pielęgnacji mebli, aromat kawy i woń zakurzonych starych książek, jednocześnie nieprzyjemna i niezwykle kusząca. Pomieszczenie jest nieduże, zajmuje powierzchnię skromnego mieszkania. Za kasą mieści się niewielki składzik, gdzie stoi kilka pokrytych kurzem, zapomnianych pudeł i tani ekspres do kawy, który Angela przyniosła w pierwszym tygodniu pracy.
Znajomy zapach nieco poprawia jej humor. Przez całe życie kochała książki, a do tego obie z Tiną lubią eklektyczny wystrój, więc dobrze się tu czuje. W miejscu takim jak to zawsze można znaleźć jakiś ukryty skarb.
Angela włącza światło, podchodzi do starego biurka służącego jako lada i stopą wsuwa pod nie torebkę. Uruchamia kasę fiskalną – najnowocześniejszy element w sklepie – po czym idzie do składziku, żeby zaparzyć dzbanek piekielnie mocnej kawy. Kiedy była w ciąży, piła jedynie bezkofeinową, przekonana, że podwójnie mocna pobudzi ją tak jak prawdziwa. Dziś jednak z ukłuciem goryczy w sercu parzy duży dzbanek czarnego naparu.
Z wyszczerbionym kubkiem w dłoni stara się oczyścić umysł i zabiera się do pracy. Sortuje nową dostawę i sprawdza zamówienia. Za nic w świecie nie potrafi zrozumieć, jakim cudem sklep nadal funkcjonuje, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę ceny nieruchomości w tej okolicy. Małe mieszkanie nad sklepem jest wynajmowane, odkąd budynek został kupiony przez ciotkę Angeli, Jo (która poślubiła dziedzica rodzinnej fortuny i nie musi pracować). Angela podejrzewa, że ciotka mogłaby sprzedać to miejsce za krocie, ale trzyma sklep tylko po to, żeby mieć o czym rozmawiać z eleganckimi przyjaciółkami podczas cotygodniowych wizyt w salonie piękności.
Zanim trafiła do Thompsona, Angela pracowała w różnych sklepach, ostatnio dla sztywnego menedżera w sklepie z drogimi butami. Chociaż nie mogła tego udowodnić, podejrzewała, że została zwolniona „w związku ze spadkiem sprzedaży”, kiedy szef dowiedział się o ciąży. Był pięćdziesięciokilkuletnim konserwatystą i homofobem i niemal na pewno należał do ludzi, którzy uważają, że urlop macierzyński to nic innego jak kłopot dla firmy. Angela, gdy już skończyły jej się pomysły na tłumaczenie swoich częstych wyjść do toalety, zwierzyła się koleżance z pracy, że jest w ciąży, i była pewna, że ta się wygadała.
Kiedy więc w wieku trzydziestu kilku lat została bez pracy, za to z kontem wyczyszczonym przez terapię leczenia niepłodności, uruchomiła wszystkie kontakty, żeby znaleźć zatrudnienie – jakiekolwiek zatrudnienie – dzięki któremu ona i Tina będą mogły opłacić czynsz i zbudować gniazdko dla swojej pociechy. Podczas obiadu w Święto Dziękczynienia ciotka Jo machnęła upierścienioną dłonią i zaproponowała Angeli posadę kierowniczki w sklepie, dzięki czemu ona będzie mogła „w końcu przejść na emeryturę”. Choć doświadczenie Angeli w kwestii antyków było w najlepszym razie znikome, nie mogła odmówić. Wiedziała też, że ciotka Jo nigdy nie zwolni siostrzenicy z powodu ciąży. Trzy dni później Jo wręczyła jej klucze.
W niedziele Angela jest w sklepie sama, ale niedziele to leniwe, senne dni, zwłaszcza jesienią i zimą, kiedy turystów jest jak na lekarstwo. Przejrzawszy nową dostawę, sprawdza towary nieodebrane. To jeden z najbardziej irytujących obowiązków na jej liście zadań. W ośmiu przypadkach na dziesięć meble rezerwuje jakiś podekscytowany zamiejscowy „łowca staroci” (zwykle samozwańczy), który przyjechał do Toronto, żeby poszastać pieniędzmi z bogatymi przyjaciółmi. Na myśl o zakupie aż się trzęsie z radości, po czym prosi o odłożenie towaru, zaklinając się, że wróci po niego odpowiednio dużym samochodem. Niemal za każdym razem tacy klienci ignorują telefony Angeli, aż w końcu rezerwacja wygasa, a niedoszły kupiec nie musi się tłumaczyć, że była to z jego strony nieprzemyślana decyzja. To oznacza, że Angela spędza znaczną część niedzielnych poranków, zdzierając różowe naklejki z przedmiotów, które wracają na swoje dawne miejsca, żeby czekać na kolejnego kupca, niczym starzejące się sieroty.
Pierwsza na liście jest niska komoda z trzema szufladami. Angela dokładnie wie, o jaki mebel chodzi, i idzie na tył sklepu. Już z daleka widzi jasnoróżową karteczkę przyklejoną do górnej szuflady. Zrywa ją jednym szarpnięciem, tak silnym, że komoda się przechyla, a szuflada wysuwa się nieznacznie.
– Auć! Cholera!
Kawa chlusta jej na rękę. Angela zlizuje ją, po czym zagląda do szuflady, w której chyba dostrzegła coś białego. Przez chwilę szuka miejsca, gdzie mogłaby odstawić kubek. Używa różowej karteczki jako podkładki, stawia kawę na półce z książkami i zaintrygowana, wysuwa szufladę.
Dokładnie w tej samej chwili rozbrzmiewają dzwoneczki nad drzwiami, co oznacza pojawienie się pierwszego w tym dniu klienta. Angela zamyka szufladę i wraca na przód sklepu, ostrożnie lawirując wśród leżących na podłodze stosów książek.
– Witam! – woła.
– Dzień dobry – odpowiada nastolatka o myszowatych włosach i nieco przygarbionych ramionach.
– Mogę w czymś pomóc? – pyta Angela i szczelniej otula się szalem.
Razem z dziewczyną do środka wpadł lodowaty podmuch, co irytuje Angelę. Wie, że jej złość jest irracjonalna, ale chce jak najszybciej zajrzeć do szuflady.
– Dziękuję. Tylko się rozglądam.
– Oczywiście – odpowiada Angela. – Daj mi znać, gdybyś czegoś potrzebowała.
Dziewczyna uśmiecha się słabo i odwraca w stronę najbliższej półki z książkami. To najsubtelniejsza forma lekceważenia, Angela cieszy się jednak, że może odejść. Wraca do komody i ponownie otwiera górną szufladę.
Wyjmuje ze środka ciężką marmurową szkatułkę i kładzie ją ostrożnie na zniszczonej drewnianej podłodze. To biały kamień przyciągnął jej uwagę. Niemal wszystkie antyki w sklepie zrobione są z drewna. Reszta to głównie mosiądz i srebro. Są tu zaśniedziałe ramy z wiktoriańskimi zdobieniami, lusterka ręczne, które przywodzą na myśl wymyślne fryzury i koronkowe czepki z czasów regencji, a także łyżeczki do herbaty z wytartym grawerunkiem i misternej roboty herbami rodowymi na trzonkach.
Odkąd rozpoczęła pracę u Thompsona, Angela nie widziała w sklepie żadnych marmurów, a ta piękna szkatułka z kamienia koloru kości słoniowej, z szarymi żyłkami, wygląda jak coś, czym mógłby się zainteresować niejeden łowca staroci. Zapomniawszy o letniej już teraz kawie, Angela niesie szkatułkę do biurka, przelotnie zerka na myszkującą wśród książek dziewczynę, po czym siada na wysokim taborecie i otwiera złote zapięcie.
W środku jest coś, co wygląda jak stosik pożółkłych papierów, ale kiedy wyjmuje pojedynczą kartkę, zauważa w górnym rogu koperty eleganckie pochyłe pismo.
To listy. Stosik listów. Angela wyciąga je, jeden po drugim. W sumie jest ich pięć. Wyglądają, jakby napisano je wiele lat temu. Nic dziwnego, w końcu to sklep z antykami, myśli. Poza tym nikt nie pisze już teraz listów. W dzisiejszych czasach ta sztuka jest zarezerwowana wyłącznie dla upartych, pachnących zbyt intensywnie perfumami starszych pań.
Podnosi jeden z listów do światła wpadającego przez witrynę. W przeciwieństwie do pozostałych, które wyjęto z kopert, przez co wyglądają jak wyciągi z banku, ten nadal jest zaklejony, choć przy sklejeniu papier delikatnie się wybrzuszył, jakby dostała się tam wilgoć. Znaczek wygląda współcześnie. W lewym górnym rogu widnieją napisane pochyłym pismem imię i nazwisko nadawcy: _Frances Mitchell_. List jest zaadresowany do Nancy Mitchell i patrząc na adres sklepu, Angela czuje w żołądku ukłucie niepokoju.
Litery wydają się nieco koślawe, ona wie jednak, że ten, kto napisał adres, miał niegdyś piękny, elegancki charakter pisma.
ŁUP!
Serce podchodzi jej do gardła. Ogląda się na dziewczynę o myszowatych włosach. Ta bąka przeprosiny i podnosi z podłogi opasłe tomisko. Angela zdobywa się na uśmiech, choć serce nadal wali jej jak szalone. Chwilę później dziewczyna rzuca mrukliwe „dziękuję” i wychodzi przy dźwięku dzwoneczków, wpuszczając do środka kolejny powiew mroźnego powietrza.
Zadowolona, że znowu jest sama, Angela muska palcami brzegi koperty, jakby zastanawiała się, co też kryje się w środku. Według daty odbitej czerwonym stemplem list nadano w 2010 roku. A jednak wciąż pozostaje zamknięty. Do kogo był skierowany? Czyżby nigdy nie dotarł do adresata? Ale nie, na kopercie widnieje przecież adres sklepu, podobnie jak tajemniczy odbiorca: _Nancy Mitchell_.
To tutaj miał trafić ten list.
Angela wie, że nie powinna otwierać cudzej korespondencji, ciekawość jednak bierze górę nad zasadami. Z pochlapanego atramentem słoika, pełnego długopisów i różnych drobiazgów, wyciąga mosiężny nożyk do listów, wsuwa końcówkę pod klapę koperty i rozcina papier. Wyjmuje list i trzyma go czubkami paznokci, jak gdyby bała się zostawić na nim obciążające odciski palców. Papier jest gruby i jasny. Drogi. Został kupiony przez kogoś, kto pisał dużo listów i dbał o to, by każdy z nich był ważny.
Zaintrygowana, zaczyna czytać; jej wzrok przemyka spod ciemnej grzywki po linijkach tekstu.
Droga Nancy!
Moją intencją jest, żeby ten list dotarł do Ciebie po tym, jak odejdę. Poinstruowałam swojego prawnika, pana Kleina, by nadał go po mojej śmierci. Wybacz mi, lecz mam ku temu powody. Chciałam również mieć pewność, że poznasz niektóre fakty dotyczące Twojej historii.
Nancy, kochałam Cię tak bardzo, jak tylko matka może kochać córkę. Starałam się z całych sił i byłam najlepszą matką, jaką mogłam być. Ale jestem tylko człowiekiem, a co za tym idzie, nie brakuje mi wad.
Nie ma innego sposobu, by Ci o tym powiedzieć, dlatego napiszę po prostu: Twój tata i ja nie jesteśmy Twoimi rodzicami biologicznymi. Adoptowaliśmy Cię, gdy byłaś dzieckiem.
Staraliśmy się przez lata, codziennie prosiliśmy Boga, żeby zesłał nam dziecko. Na próżno. Zaczęliśmy więc szukać dziewczynki, którą moglibyśmy adoptować, a lekarz rodzinny polecił nam zwrócić się do Domu dla Niezamężnych Matek Świętej Agnieszki, tutaj, w Toronto.
Urodziłaś się w dniu, który uważasz za dzień swoich urodzin: 21 kwietnia 1961 roku. Powiedziano nam, że Twoi biologiczni rodzice byli młodą parą, nastolatkami, którzy nie wzięli ślubu i się pogubili. Nie mieli pieniędzy i nie stać ich było na wychowywanie dziecka. Podobno matka oddała Cię do adopcji z ciężkim sercem i z nadzieją, że zapewnimy Ci lepszą przyszłość niż ta, którą mogłaby dać Ci ona – biedna młoda dziewczyna. Jej historia złamała nam serca, lecz dziękowaliśmy Bogu za jej bezinteresowność i za to, że ofiarowała nam ten najcenniejszy dar. Nasza radość była jej smutkiem.
Wychowywaliśmy i kochaliśmy Cię jak własne dziecko. Ksiądz i dyrektor z domu Świętej Agnieszki poradzili nam, byśmy nie mówili Ci o niczym i żyli tak, jakbyś była naszym dzieckiem, zesłanym nam przez Boga. Twierdzili, że tak będzie dla Ciebie korzystniej. Posłuchaliśmy ich. Wierzyliśmy, że wiedzą najlepiej. Ja jednak codziennie miałam wątpliwości co do tej decyzji.
Kiedy przywieźliśmy Cię do domu, w kocyku, którym Cię owinięto, znalazłam parę maleńkich żółtych bucików. Domyślałam się, że przysłała je Twoja mama, ale nie mogłam znieść ich widoku i zamknęłam je w szufladzie. Bałam się, że jeśli powiem Ci o Twojej prawdziwej mamie, zobaczysz mnie w innym świetle. I nie mogłam przestać myśleć, że ona jest gdzieś tam i strasznie za Tobą tęskni. Żeby uwolnić się od poczucia winy, każdego roku w dzień Twoich urodzin modliłam się za nią i zapalałam świecę w kościele.
Lecz teraz, mój skarbie… nadeszła pora, kiedy muszę Cię prosić z całego serca i duszy o przebaczenie.
Niedługo po Twoim ślubie Twój tata i ja odkryliśmy, że wbrew temu, co nam mówiono, nie oddano Cię do adopcji dobrowolnie. Okłamano nas, Nancy. A przez to my okłamaliśmy Ciebie.
W wiadomościach mówiono o dziewczętach, które szukały schronienia u Świętej Agnieszki, a tam zmuszano je groźbą – albo jeszcze gorzej – by oddały swoje dzieci. Dom został zamknięty niedługo po tym, jak się urodziłaś. Ludzie, którzy go prowadzili, wydawali się nam dobrzy. Rozpaczliwie pragnęliśmy dziecka i wierzyliśmy im. Nie mieliśmy powodu, by nie wierzyć. Nie wiedzieliśmy. Kiedy usłyszeliśmy tę historię, zajrzałam do szuflady i znalazłam liścik ukryty w jednym z żółtych bucików. Możesz przeczytać go sama, kochanie.
Twój tata nawet wtedy nie chciał wyjawić Ci prawdy. Później odszedł, a ja nadal trzymałam to w tajemnicy. Nie wiem, dlaczego Ci nie powiedziałam, chyba po prostu stchórzyłam. Przepraszam, Nancy. Jeśli ta historia czegoś mnie nauczyła, to tego, że nie można mieć sekretów. Są jak jątrzące się rany, które nie chcą się zagoić. Zostawiają blizny i wyniszczają człowieka, a ja pragnę dla Ciebie czegoś więcej.
Twoja mama nazywała się Margaret Roberts. Kiedy Cię urodziła, była znacznie młodsza ode mnie, możliwe więc, że wciąż żyje. Chciałabym, żebyś ją odnalazła, żebyś odnalazła pocieszenie po mojej śmierci i połączyła się ze swoją Drugą Mamą, jak przez cały czas nazywałam ją w myślach. Pragnę, byś żyła dalej, i mam nadzieję, że nie będziesz żywiła urazy do taty ani do mnie.
Kochałam Cię z głębi serca, skarbie. Dlatego domyślam się, jak ciężko było Twojej Drugiej Mamie, Margaret. Odkąd przeczytałam jej list, codziennie modliłam się o jej wybaczenie. Opiekowałam się jej dzieckiem, moim dzieckiem – naszym dzieckiem – z czułością i najlepiej, jak potrafiłam. Myślę jednak, że Bóg rozliczy się z nami tak, jak uzna za stosowne. Teraz wszystko spoczywa w Jego rękach.
Proszę, wybacz mi, skarbie. Modlę się, byśmy kiedyś, w dalekiej przyszłości, znów się spotkały.
Mama
Angela odkłada list na biurko i sięga po paczkę chusteczek, żeby otrzeć łzy, które napłynęły jej do oczu.
– Jezu Chryste.
Myśli o własnej rodzinie, o matce, którą zna jako mamę, i Sheili, kobiecie, która ją urodziła i którą w końcu poznała, pięć lat temu. Wydaje jej się dziwne i druzgoczące, że mogłaby przeżyć całe życie, nie wiedząc, że została adoptowana. Serce jej krwawi na myśl o trzech kobietach: córce o imieniu Nancy; Frances, jej matce, która tak długo skrywała tajemnicę, a gdy w końcu postanowiła wyjawić prawdę, jej wyznanie nie dotarło do adresatki; i Margaret Roberts, która w dziecięcym buciku ukryła wiadomość z informacją, że zmuszono ją, by oddała swoje dziecko do adopcji…
Wiadomość od Margaret…
– Gdzie ona jest? – pyta Angela, choć oprócz niej w sklepie nie ma nikogo.
Sprawdza biurko, po czym pochyla się i omiata wzrokiem podłogę. Kiedy potrząsa kopertą, skrawek papieru, wirując, opada na biurko niczym samotny płatek konfetti. Jest pożółkły i nieco pomięty. Jeden z brzegów jest okopcony, jakby ktoś próbował go spalić.
Angela czyta krótki, napisany odręcznie tekst. To tylko dwie linijki, kiedy jednak patrzy na ostatnie zdanie, łzy napływają jej do oczu.
Czyta to kilka razy, aż w końcu kładzie karteczkę na liście. Potrzebuje porady. Sięga po telefon i przez chwilę trzyma go w dłoniach, zastanawiając się, do kogo zadzwonić najpierw. Przewija listę kontaktów, po czym wybiera jeden, podnosi telefon do ucha i ociera łzę, która spływa jej po policzku.
– Mamo? Cześć, to ja. Możemy chwilę pogadać?Rozdział 2
Evelyn
• • • • •
Toronto, październik 1960
Kiedy Evelyn Taylor przyjeżdża do domu dla niezamężnych matek, którego patronką jest Święta Agnieszka, pierwszą jej myślą jest to, że będzie miała szczęście, jeśli wyjdzie stąd żywa.
Budowla wygląda jak opuszczony zamek, którego mieszkańcy dawno temu porzucili wszelką radość i przekazali klucze szczurom i płożącym się bluszczom. Kiedyś mogła to być piękna posiadłość: z ciemnobrązowej cegły, o łukowato zwieńczonych oknach na najwyższym piętrze, otoczona bujnymi drzewami. Kiedy jednak ojciec zatrzymuje się na poboczu ulicy przed tym budynkiem, Evelyn spogląda w górę i widzi jasne oczy obserwujące ją z okna na piętrze. Chwilę później zza zasłony wyłaniają się czyjeś ręce i odciągają dziewczynę od okna. Evelyn mruga i postać znika. Zastanawia się przez chwilę, czy w ogóle ktoś tam był, czy może tylko jej się zdawało. To miejsce emanuje posępną aurą i zanim jeszcze Evelyn otworzy drzwi samochodu, czuje, jak lodowaty strach ściska jej żołądek.
Ojciec siedzi nieruchomo za kierownicą, ze wzrokiem wbitym przed siebie, gdzieś w maskę samochodu. Evelyn zastanawia się, co chodzi mu po głowie. Wreszcie ojciec odchrząkuje i nie patrząc jej w oczy, mówi:
– Cóż, w takim razie do widzenia.
Evelyn sięga do klamki. Wysiada z samochodu, po czym otwiera tylne drzwi i wyciąga walizkę. Ojciec nie spieszy się z pomocą. Nawet nie wyłączył silnika.
Ledwie Evelyn zatrzaskuje drzwi, słychać zgrzytnięcie skrzyni biegów i samochód odjeżdża. Evelyn odprowadza wzrokiem czysty, lśniący zderzak i widoczny znad beżowego fotela czubek ojcowskiej głowy, dopóki auto nie zniknie za zakrętem.
Wciąż stoi przed budynkiem, w płaskich butach z klamerkami, i nie może się ruszyć, a jej umysł niemrawo stara się przetworzyć tę nową rzeczywistość, w której się znalazła. Po tym, jak matka wykonała telefon, ojciec Richard przyjechał na herbatę i zanim zdążył poprosić o drugą filiżankę orange pekoe, zapadła decyzja, by wysłać Evelyn do Świętej Agnieszki.
Z jednej strony jest wdzięczna, że znajdzie się z dala od oskarżycielskich spojrzeń matki i że dostanie swój własny mały pokoik, w którym będzie mogła czekać na rozwiązanie. Z drugiej – jest zrozpaczona i przerażona, że musi tu być, i boi się, co czeka ją za tymi ciężkimi drewnianymi drzwiami z dużą mosiężną kołatką. Nikt jej nie powiedział, czego może się spodziewać. Czuje się, jakby porwało ją tornado, jak Dorotkę w _Czarnoksiężniku z Krainy Oz_, i wyrzuciło w jakimś dziwnym miejscu daleko od domu. Wszystko wydaje się odwrócone do góry nogami, zniekształcone i nie takie, jak trzeba.
Czuje na karku spojrzenia sąsiadów, wyobraża sobie ich wścibskie różowe twarze przyciśnięte do okien, ich oczy patrzące na nową mieszkankę Świętej Agnieszki w całej jej haniebnej krasie.
Wie, że nie jest pierwsza i że nie będzie ostatnia. Być może do tej pory sąsiedzi zdążyli się przyzwyczaić. Może widok ciężarnych niezamężnych dziewcząt spowszedniał im już lata temu, na długo przed tym, jak Evelyn wysiadła z samochodu ojca na ten zniszczony chodnik przy Riverdale Avenue. Przez moment rozważa, czy stąd nie uciec, ale w końcu, zrezygnowana, odwraca się w stronę schodów prowadzących do drzwi wejściowych.
Chwyta ciężką kołatkę i trzy razy uderza nią w polerowane drewno, po czym pozwala, by opadła z głuchym odgłosem i ze skrzypieniem zawiasu. Czeka. Brązowe liście drzew przy ganku szeleszczą na wietrze. Nadciąga jesienna burza i powietrze jest gęste i naelektryzowane, a przetaczające się po niebie ciemne, skłębione chmury są ledwie widoczne ponad czubkami drzew i kominami starych szeregówek.
Evelyn słyszy dobiegające z wnętrza domu stłumione dźwięki. Gdzieś w środku trzaskają drzwi, jakaś kobieta krzyczy, a druga odpowiada jej niskim głosem. Czyjeś kroki zbliżają się do drzwi i Evelyn czuje, jak żołądek zwija jej się w supeł. Na dźwięk odciąganej zasuwki prostuje się i zadziera brodę.
Pierwsze, co widzi, to oczy kobiety pod kornetem, który zasłania większą część jej czoła. Są szare i zimne jak burzowe niebo na zachodzie – i jeszcze mniej przyjazne. Zakonnica otwiera drzwi na oścież i staje podparta pod boki. Na pasku obok różańca i czegoś, co jak podejrzewa Evelyn, może być biczem, ma zawieszony ręcznik kuchenny. Na jej piersi lśni krzyż.
– Ty musisz być Evelyn Taylor. – To nie jest pytanie. – Cóż, w takim razie wejdź, niech ci się przyjrzę.
Cofa się od drzwi i Evelyn przestępuje przez próg. Zimne oczy zakonnicy sprawiają, że dziewczyna odruchowo kładzie rękę na brzuchu, czego natychmiast żałuje.
– Nie zachowuj się jak mała zagubiona owieczka. Sama się w to wpakowałaś. – Ruchem głowy zakonnica wskazuje wciąż jeszcze płaski brzuch Evelyn. – A nikt tutaj nie ma ani czasu, ani ochoty się nad tobą użalać.
Evelyn opuszcza dłoń.
– Wejdź do pokoju dziennego. Jestem siostra Mary Teresa i zarządzam Świętą Agnieszką.
Zakonnica przechodzi przez jedne z bocznych drzwi, a Evelyn podąża za nią jak posłuszny szczeniak. Idąc pod sklepionym przejściem, zauważa naświetle z pięknym witrażem i zawieszony obok niego na ścianie krzyż. Pokój dzienny jest prosty, wyklejony żółtą kwiecistą tapetą. Choć jest dopiero późne popołudnie, wszystkie światła są już zapalone. Ciężkie brązowe zasłony szczelnie zakrywają duże okno od frontu i Evelyn musi się powstrzymać, żeby nie wrócić do drzwi wejściowych i nie wybiec na zewnątrz, na powietrze.
– Usiądź, proszę – mówi siostra Teresa i wskazuje spłowiały, podniszczony fotel uszak, w stylu królowej Anny, stojący naprzeciwko twardej kanapy.
Coś w tonie zakonnicy mówi Evelyn, że to bardziej polecenie niż zaproszenie. Przysiada na skraju fotela i powoli odchyla się na oparcie.
– Postura, panno Taylor. Postura to podstawa prezencji młodej kobiety, zwłaszcza jeśli jest w ciąży.
Evelyn siada prosto i wzdycha, bo jest jej niewygodnie. Co ta wieczna dziewica może wiedzieć o byciu w ciąży? – myśli.
– A zatem… – Siostra Teresa od razu przechodzi do rzeczy. – Jak to się stało, że zaszłaś w ciążę?
Najwyraźniej wie mniej, niż przypuszczałam, odpowiada sobie w duchu Evelyn.
– Nie zaszłam w nią sama – zaczyna. – Żeby zajść w ciążę, trze…
– Panno Taylor – przerywa jej zakonnica – musisz wiedzieć, że w tym domu nie tolerujemy bezczelności.
Evelyn kiwa głową.
– Przepraszam, siostro.
– Dobrze. A teraz opowiedz, jak to się stało, że jesteś w ciąży.
Siostra Teresa kładzie na kolanach podkładkę do pisania i z ołówkiem w dłoni spogląda na Evelyn znad okularów w drucianych oprawkach.
W przerwie, która nastaje po słowach siostry, Evelyn zauważa, że dom jest cichy. Spodziewała się hałasu, śmiechu, zgiełku rozmów, trzaskania garnków w kuchni.
– Panno Taylor?
Evelyn wraca wspomnieniami do nocy spędzonych z Leo i coś ściska ją w gardle. Czuje na sobie jego ciężar, to, jak wsuwał się w nią, szepcząc jej do ucha, że ją kocha i że nie robią nic złego, bo przecież wkrótce się pobiorą. Do głowy jej nie przyszło, że zajście w ciążę jest takie proste.
– Nie użyliśmy prezerwatywy – wydusza w końcu, czując, że twarz jej płonie.
Siostra Teresa zapisuje jej słowa.
– Wiesz, kto jest ojcem?
– Tak.
Odhacza coś na kartce.
– Jak długo go znałaś? Ile razy byliście na randce? Czy to był poważny związek?
– Był moim narzeczonym. Byliśmy zaręczeni i mieliśmy się pobrać.
– Czy to było twoje pierwsze zbliżenie? – pyta zakonnica.
Evelyn tłumi wspomnienia.
– Tak.
– Twierdzisz, że byliście zaręczeni i mieliście się pobrać? Czy domniemany ojciec interesuje się dzieckiem?
– Przepraszam… kto?
– Domniemany ojciec – powtarza siostra Teresa, podnosząc wzrok znad podkładki do pisania. – Chłopak, który rzekomo jest ojcem.
Równie dobrze mogłaby sięgnąć nad stolikiem i wymierzyć Evelyn policzek.
– To on jest ojcem. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości.
– Nazywamy tak wszystkich ojców.
– On naprawdę jest ojcem. Mówiłam już, kochaliśmy się i mieliśmy się pobrać.
– Co się z nim stało?
Evelyn się waha.
– Umarł… Dostał ataku serca i umarł. – Te słowa mają kwaśny smak.
Siostra Teresa zaciska usta i się krzywi.
– Przykro mi to słyszeć. Chociaż zapewne wiesz, że zbliżenia przed ślubem to grzech, nawet jeśli para jest zaręczona.
Evelyn mruga, starając się powstrzymać gorące łzy, które napłynęły jej do oczu. Zakonnica spogląda na podkładkę.
– Dobrze, jeszcze tylko kilka pytań i zaprowadzę cię do dormitorium. Czy oboje twoi rodzice żyją? Jeśli dobrze pamiętam, to twoja matka zadzwoniła, żeby umieścić cię w naszym domu.
– Tak, żyją.
Kolejne odhaczenie.
– Rodzeństwo?
– Mam brata.
– Jest żonaty? Młodszy? Starszy?
– Starszy i żonaty.
– Masz jakieś przyjaciółki?
– Hm… chyba tak. Kilka dziewczyn ze szkoły.
– I żadna z nich nie wie o twojej sytuacji?
– Nie.
– A twój brat?
– On wie. I jego żona też. Zastanawiałam się, czy może…
– Dobrze. – Siostra Teresa spogląda na Evelyn. – Zważywszy na twoją sytuację, najlepiej będzie, jeśli przygotujesz się na oddanie dziecka do adopcji. Mamy listę par, które chcą adoptować dziecko w najbliższych miesiącach. Cudowne małżeństwa. Pobożne, dobrze sytuowane, szanowane. Uczciwe. – Po ostatnim słowie robi wymowną pauzę. – Przed porodem zrzekniesz się praw do dziecka – dodaje i po raz ostatni odhacza coś na formularzu.
Evelyn milczy, oszołomiona. W głowie ma istną gonitwę myśli, panika ściska jej gardło, tak że nie może swobodnie oddychać. Dlaczego wszystkie okna są pozamykane?
– Czy to… to znaczy… że muszę oddać dziecko? Przed przyjazdem tutaj nie rozmawiałam o tym z rodzicami. Nie miałam żadnego planu.
Zimne oczy siostry Teresy spoglądają na nią znad okularów.
– Planu? Plan, panno Taylor, jest taki, że przeczekasz tutaj ciążę i urodzisz w dyskretnym, stosownym miejscu, a potem wrócisz do rodziny. Chyba sama rozumiesz, że tak będzie dla ciebie najlepiej. Tymczasem my oddamy dziecko jakiejś miłej parze, która je zaadoptuje.
– Ale to dziecko, moje dziecko… zostało poczęte z miłości. Przecież to musi coś znaczyć. Miałam poślubić jego ojca. Kochałam go – mówi Evelyn łamiącym się głosem. – Straciłam go. Czy muszę też stracić dziecko?
– Takie panują tu reguły – oznajmia siostra Teresa, jakby Evelyn nie otworzyła właśnie przed nią serca. Monotonnym, wyćwiczonym głosem ciągnie: – W tym domu używamy wyłącznie imion. Wyłącznie imion – powtarza z naciskiem. – Nasze dziewczęta i ich rodziny cenią sobie dyskrecję. Jak zapewne wiesz, większość rodzin wstydzi się kłopotliwego położenia, w jakim znalazły się ich córki, dlatego zapewniamy wszelką możliwą dyskrecję. Pilnuj swoich spraw i nie zadawaj pytań. Nie będziesz rozmawiała o swoim domu, rodzinie, przyjaciołach i doświadczeniach ani ze współlokatorkami, ani z nikim innym. Każda z was trafiła tu z jakiegoś powodu. Swój zachowaj dla siebie. Nie będziesz opuszczała domu bez pozwolenia, podchodziła do okien i odsłaniała zasłon. Nie mamy tu telefonu. Możesz pisać listy do bliskich, lecz nie do rzekomego ojca dziecka, choć naturalnie w twoim przypadku to i tak niemożliwe. W trosce o waszą prywatność i bezpieczeństwo przeglądamy całą korespondencję. Będziesz słuchała innych sióstr i ojca Leclerca, twojego nowego kapłana. W każdy niedzielny poranek będziesz przychodziła tutaj, do tego pokoju, na nabożeństwo. Będziesz również uczestniczyć w rozmaitych zajęciach, dzięki którym w przyszłości będziesz dobrą żoną i gospodynią. Są to między innymi lekcje gotowania, szycia, sprzątania, robienia na drutach, no i oczywiście czytanie Pisma Świętego. Po porodzie zostaniesz przeniesiona do dormitorium dla młodych matek. A gdy nasz lekarz uzna, że możesz znów przystąpić do pracy, przez trzy miesiące będziesz tu pracowała, by spłacić swój dług, po czym wrócisz do rodziny. To standardowe procedury w każdej takiej placówce.
Trzy miesiące, myśli Evelyn.
Zaciska pięści na kolanach, a siostra Teresa kończy przemówienie i wstaje.
– Chodźmy zatem, panno Taylor. Czy może raczej Evelyn, powinnam powiedzieć. Od tej chwili nie używasz nazwiska. Mamy napięty grafik, a zbliża się pora kolacji. Weź walizkę, zaprowadzę cię do dormitorium. Na razie będziesz dzieliła pokój z dwiema dziewczynami: Louise i Anne. Wasza czwarta współlokatorka, Margaret, przyjedzie jutro.
Evelyn zmusza się, żeby wstać z fotela.
– Tak, siostro Tereso – upomina ją zakonnica.
Evelyn spuszcza wzrok na rączkę walizki.
– Tak, siostro Tereso.