-
nowość
Taniec z przeszłością - ebook
Taniec z przeszłością - ebook
W noc pogrzebu prababci Aniela zaczyna mieć koszmary. Czuje, że te sny to opowieść o wydarzeniach z przeszłości. Gdy wśród rzeczy zmarłej odnajduje tajemniczy pamiętnik z syberyjskiego zesłania, Aniela czuje, że sama nie poradzi sobie z tym, co zdarzyło się kiedyś. Tymczasem na warszawskim Mokotowie zaczynają ginąć ludzie. Śmierć starej kobiety otworzyła bowiem drzwi oddzielające przeszłość i teraźniejszość. Nadchodzi czas wyrównania krzywd. Kto stoi za tajemniczymi zaginięciami? Co wydarzyło się sześćdziesiąt lat wcześniej? Czy szalona terapia ustawień rodzinnych Hellingera przywróci spokój umarłym? Komu przyjdzie ponieść karę? Niezwykle wciągająca opowieść o tym, przed czym nie da się uciec.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna polska |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788361473077 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Spienione fale rzeki Many toczyły swe wody z łoskotem. Ale tu, przy brzegu, było spokojnie, najlepsze miejsce na ryby. Mikołaj Błagadacki rozsiadł się w swej łódeczce. Zarzucił wędkę i czekając na zdobycz, zapatrzył się w nieokreślony punkt na horyzoncie. Myśli uciekały wtedy z głowy, a on sam stawał się jednością z tym wielkim rzecznym kołysaniem. Mógł tak trwać godzinami.
Kilka kilometrów dalej dwaj flisacy balansowali na tratwie, lawirując jak tancerze środkiem nurtu pomiędzy kłodami spławianych drzew, maleńcy jak żuki w szarych odmętach. Pierwszy, zwinny jak kot, widać, że już nie raz walczył z nurtem rzeki. Drugi poruszał się niezgrabnie. Na plecach przytroczony miał tobół z prowiantem, który dodatkowo krępował mu ruchy. Pracowali w milczeniu; raz na jakiś czas młodszy rzucał krótką komendę, dyrygując swoim towarzyszem. Dopiero gdy minęli kolejny łuk rzeki i wypłynęli na długi prosty odcinek, mieli chwilę, by odpocząć i porozmawiać.
Tratewka szybko pokonywała drogę. Już po chwili zamajaczyła na horyzoncie, dokładnie tam, gdzie dryfowało niewidzące spojrzenie Mikołaja Błagadackiego.
Jakieś odległe głosy niesione rzecznym nurtem wyrwały go z letargu. Przetarł oczy. Zdawało mu się, że dwa małe punkciki przemieszczają się szybko po kwadraciku tratwy jak mrówki na liściu. Mikołaj Błagadacki sięgnął do kieszeni po ostatniego papierosa.
Gdzież one się podziały?, myślał, gmerając w kieszeni w poszukiwaniu zapałek.
Głośny krzyk – ni to śmiech, ni to zawodzenie, poniósł się po wodzie. Wędkarz podniósł głowę na to wołanie. W oddali na tratwie, teraz już nieco bliżej, zobaczył maleńką postać.
Czy nie było ich dwóch? Widać wzrok mi się psuje, pomyślał. Zdawało mu się, że znajomy flisak wyciąga do niego rękę z pozdrowieniem. Uśmiechnął się i odmachał.
* * *
Warszawa, listopad 2011
Pogrzeb był skromny i w jak najbardziej pogrzebowym nastroju. Od samego rana siąpił deszcz, więc żałobnicy mokli w strugach wody nad trumną, modląc się bardziej niż o spokojne odpoczywanie o to, by jak najszybciej schronić się pod dachem. Stali jak stado zmokłych wron i jak zmokłe wrony, niemal bez słów, z furkotem czarnych skrzydeł płaszczy rozpierzchli się natychmiast po zakończeniu ceremonii.
Nie pamiętała nawet, kto składał jej kondolencje. Może oprócz Marcina, który został zaproszony na stypę. Nie miała o tym pojęcia, bo organizację całego przedsięwzięcia na szczęście wzięła na siebie Magda. To także było jej obojętne. W sumie nawet przyznała Magdzie rację. Marcin, jej były mąż, był ukochanym zięciem mamy. No i był też ojcem Magdy. Mama na pewno chciałaby go widzieć na swoim pogrzebie. Może nawet bardziej niż ją?
Chociaż to, że usadzono ich w restauracji obok siebie, uznała już za lekką przesadę. Nie chodziło o nią, jej było to obojętne. Jedyne, co teraz czuła, to pustka. Nie rozpacz, nie strach, nie szok, że oto została najstarszym członkiem swojej niewielkiej rodziny. Tylko pustka i obojętność. Ale Marcin czuł się w obowiązku zabawiać ją rozmową. Pod ostrzałem spojrzeń swojej córki straciła całkiem wenę do konwersacji, więc musiał się srodze namęczyć, a przecież nigdy nie był duszą towarzystwa. Niemal było jej go żal. Kiedy zaproponował, że odwiezie ją do domu, przyjęła to z ulgą. Drogę przebyli w całkowitym milczeniu, wsłuchani w skrzypienie wycieraczek.
A potem weszła do pustego mieszkania i nie zapaliwszy światła, usiadła na kanapie.
Była tu sama.
Jej matka właśnie została na cmentarzu.
Równie dobrze mogła tam zostać razem z nią.
Nie dlatego, że tak bardzo ją kochała.
W jej życiu wszystko się skończyło. Była starą kobietą, której życie polegało na opiekowaniu się schorowaną matką. Po tylu bezsensownych latach przy łóżku chorej, po takiej dawce rozczarowań, powinna czuć ulgę i radość, a nie smutek. Tyle że po co miała teraz żyć? Czuła się tak, jakby sens jej życia także poszedł do piachu.
* * *
Aniela weszła do mieszkania, byle jak rzuciła płaszcz na wieszak i chociaż słyszała, jak spada z szelestem na podłogę, natychmiast zatrzasnęła za sobą drzwi do swojego pokoju. Nastawiła ulubioną płytę, ale nawet zachrypnięty głos Chrisa Cornella nie mógł ukoić jej nerwów.
Nie chodziło o to, że prababcia zmarła. Wiadomo było, że tak się stanie.
Chodziło o tych beznadziejnych ludzi.
Mokła na cmentarzu, dygocąc z zimna, po raz ostatni, a do tego – o wstydzie! – pierwszy, próbując poznać tę osobę, którą właśnie żegnali. Ale nie mogła. Niewielki tłumek krewnych budził w niej odrazę. Przestępowali z nogi na nogę z ledwie ukrywanym zniecierpliwieniem. Odwalali obowiązek, szepcząc do siebie jakieś pierdoły, których strzępki docierały do jej uszu.
– …płyta z piaskowca…
– …piękny wieniec… od stowarzyszenia bibliotekarzy…
Skupcie się, do cholery, chciała wrzasnąć. Dla nich było to coś pomiędzy wyrzuceniem śmieci a obiadem u nieznośnej ciotki. Po ceremonii rozsypali się bezładnie jak koraliki zerwane ze sznurka, każdy w swoją stronę.
– Idę spać, kochana. – Drzwi pokoju uchyliły się nieco. – Jestem wykończona tym wszystkim.
– Dobranoc, mamo.
– Ty też się połóż, już po dziesiątej się zrobiło. Jutro o ósmej masz przecież lekcje.
– Dobra – powiedziała na odczepnego.
Ten pogrzeb nic dla nich nie znaczył. Małe, zgnuśniałe typki, myślała z pogardą, wpatrzona w czarny sufit pokoju. W tym, jak podchodzimy do zmarłych, widać całe nasze podejście do ludzi w ogóle.
Czuła do nich tak wielkie obrzydzenie, że zupełnie nie potrafiła się skoncentrować na pogrzebie. Wszystko popsuli.
A potem jeszcze ta stypa.
Co za koszmar.
A tak bardzo chciała pożegnać się na poważnie. Z szacunkiem, oddać cześć i tak dalej, bez szemrania kretynów za plecami.
Wciąż możesz to zrobić, pomyślała nagle.
Tak, wciąż mogę, odpowiedziała sama sobie. Za tydzień w niedzielę pojadę na cmentarz.
Nie musisz czekać do niedzieli. To dziś jest Święto Zmarłych.
Przewracała się z boku na bok, dyskutując sama ze sobą. W końcu usiadła na łóżku, kierowana jakimś dziwnym impulsem. Tak, właściwie, po co czekać tak długo, skoro powinnam to zrobić dziś?
Kiedy tylko podjęła decyzję, poczuła nagły przypływ energii. Nigdy dotąd nie miała takich pomysłów. Ale coś, jakiś wewnętrzny głos, nakazywało jej wstać, po cichutku odnaleźć niechlujnie rzucony płaszcz i po prostu wyjść.
Światło w pokoju matki było już zgaszone. Wymknęła się z domu i po prostu pojechała tam nocnym autobusem. Prosto na cmentarz.
* * *
Wcale nie okazał się straszny. Księżyc otulał drzewa i krzyże srebrzystą szarością; było tak cicho, że słyszała każdy swój krok chrzęszczący na żwirowej alejce. Deszcz ustał; w powietrzu wisiała przenikająca wszystko lodowata wilgoć. Tłumy odwiedzających już podreptały do domów, pozostawiwszy niezliczone światełka swojej pamięci, tlące się jeszcze gdzieniegdzie mimo ostrego wiatru. Wśród kolorowych lampionów zniczy łatwo było znaleźć świeży grób. Świeczki zapalone przez żałobników wciąż jeszcze migotały czerwonożółtymi punkcikami. Stosy kwiatów piętrzyły się jak romantyczny kurhan.
– Ale ty nie byłaś romantyczna, co?
Jej głos w ciemnościach brzmiał dziwnie, zbyt butnie, obco.
– Przyszłam się z tobą pożegnać – powiedziała ciszej, siadając na ławeczce przed grobem. Zimno było przenikliwe. Okutała się ciasno płaszczem, ale wilgoć bezlitośnie wnikała przez cienką wełenkę.
– Nic o tobie nie wiem. A przecież jesteśmy imienniczkami.
Dyskretny poszum drzew.
– Jaka byłaś w moim wieku? Taka sama? Nie wierzę. Dlaczego nigdy cię o to nie pytałam? Dlaczego byłaś zawsze taka zimna, taka surowa, taka zupełnie inna od babci Renaty? Co cię spotkało? Czy ty w ogóle byłaś kiedyś zakochana?
Deszcz siąpił i bezlitośnie przenikał przez płaszcz. Patrzyła na ciemny wzgórek kryjący trumnę i przemawiała do kobiety, której nie było już pośród nich. A może była?
Aniela zamknęła oczy i wsłuchała się w szmer nocy. Tam, po drugiej stronie, było coś więcej niż powietrze. Czuła to.
– Życzę ci, żebyś odnalazła tam spokój – powiedziała, kucając, by zapalić znicz, który zgasł pod dmuchnięciem wiatru.
Płomyk przywrócony do życia cmoknięciem zapalniczki zadygotał nieśmiało. Wiatr zakołysał koronami drzew i zdławił światełko. Mogłaby przysiąc, że poprzez ich szum słyszy ludzki szept: szszsz. Zupełnie jakby znów była malutka, a prababcia uspokajała ją przed zaśnięciem.
„Szszsz, niołku” – tak zawsze mówiła.
A może zbudziła kogoś jeszcze? Rozejrzała się nerwowo wokoło. Głupio zrobiła, że gadała tak na głos. A nuż ktoś się tutaj szlaja o tej porze?
Drzewa poruszyły się ponownie. Dopiero teraz usłyszała w ich szumie te setki stłumionych odgłosów czających się w ciemnościach – tu łopot skrzydeł, tam trzaśnięcie gałązki, a wokół szepty, tysiące szeptów, jakby przebudzone istoty zastanawiały się, co z nią zrobić za to nocne najście.
Płomyk znicza zatańczył znienacka ponownie, tocząc walkę o życie z wiatrem. I nagle – Aniela przetarła oczy – nagle oderwał się od knota i uniósł ponad ziemię. Rozrósł się, przeobrażając w złocistą poświatę. Powoli zbliżył się do niej, po czym wchłonął ją do wewnątrz niczym kokon.
Spróbowała dotknąć ścianki złotego balonika, a wówczas światło rozprysło się niespodziewanie na milion cząsteczek, jak bańka mydlana. I Aniela zorientowała się, że znajduje się w jakimś zupełnie innym miejscu.
A na dodatek – że chyba wcale nie jest już sobą.
A raczej, że jest sobą, lecz równocześnie zupełnie kimś innym, w zupełnie innym miejscu i czasie.
* * *
Wnętrze było niemal tak ciemne jak cmentarz nocą. Dyskretne światło rzucała jedynie lampka naftowa stojąca na kamiennym progu przy drzwiach. Pachniało słodkawo mlekiem ściekającym do wiaderka. Jej zwinne palce uciskały wymiona delikatnie i stanowczo, syk syk syk – tryskała ciepła biała ciecz.
Kim jestem?
A jednak wiedziała, co robić. Jej mózg wypełniły obce myśli, jakby nagle w jej ciele znalazły się dwie osoby – ona, Aniela, i ktoś inny.
Muszę się pośpieszyć. Po zmroku nie wolno się oddalać z domu. Ale dzisiaj muszę, po prostu muszę.
Jaśko się ze mną umówił.
Kim jest Jaśko?
Co to za sen?
Kim jestem?, pomyślała znowu Aniela. A potem pytanie umknęło, przepłoszone przemożnym uczuciem tęsknoty, kiedy znów w pełni stała się tamtą.
Serce biło jej jak młotem. Przyjdzie czy nie? A jeśli tak, sama nie wiedziała, jak to będzie.
Wszystko ją w nim pociągało.
Przyśpieszyła ruchy, w obawie, że nie zdąży na umówione spotkanie tuż po zmroku. Ależ ta krowa ma dzisiaj mleka, chyba nigdy się nie skończy, pomyślała ze złością. A kto wie, czy on będzie czekać.
Usłyszała jakiś szelest od drzwi. Pewnie kot, pomyślała, łasy na mleko. Odwróciła się, by przegonić łakomczucha, i podskoczyła, omal nie wylewając całego mleka.
W drzwiach stał on. Ciemno już było, tylko jego oczy błyszczały w mroku.
Odruchowo przygładziła chustkę na głowie. Była zła, bo nie zdążyła nawet poprawić włosów.
Błysnął tymi swoimi wilczymi zębami.
– Bałem się, że nie przyjdziesz. To sam przyszedłem.
Uśmiechnęła się nieśmiało.
– Jak cię tata nasz przyłapie, to będzie źle.
– Nie przyłapie. – Znów błysnął zębami w uśmiechu. – Tylko Tadzik wie. Ale on się nie odważy pisnąć nikomu, bo wie, że mu kości porachuję.
– Muszę mleko zanieść.
Złote oczy Jaśka patrzyły przyjaźnie, jakby się bał, że ją spłoszy.
– Zaczekam. Tam, gdzie zawsze przesiadujesz – odparł i zniknął równie cicho, jak się pojawił.
* * *
Drzwi od obory trzasnęły zbyt głośno i cała wizja znikła tak nagle, jak się pojawiła. Znowu siedziała na cmentarzu, zupełnie zdrętwiała z zimna. Musiała odczekać jeszcze dwa papierosy, odpalone jeden od drugiego, żeby dojść do siebie.
Co to było? Bo jeśli sen, to dlaczego tak sugestywny, jakby weszła w cudze ciało i pamięć?
Czy to ty, prababciu?
Chciała odezwać się jeszcze raz do tego świeżego grobu, ale straciła rezon. Szepty w ciemnościach osaczały ją coraz bliżej. Wydało jej się, że nawet kwiaty wplecione w grobowe wieńce bezgłośnie otwierają usta. Odwróciła się na pięcie i pobiegła na przystanek.
* * *
Za dnia z wyższych pięter apartamentowców ten teren wyglądał jak baśniowa kraina liliputów. Miniaturowe ogródki porośnięte zdziczałą roślinnością ciągnęły się aż po horyzont niczym mokotowski odpowiednik lasów deszczowych. Gdzieniegdzie spomiędzy drzew wystawały dachy krasnoludkowych chatynek, przygarbione pod ciężarem przerośniętych gałęzi dzikiego wina i bluszczu; ponad nielicznymi z nich unosiły się strużki dymu z palonych liści.
W nocy działki wyglądały jak królestwo złośliwych gnomów – ciemne, zarośnięte, niezbadane, przyjazne jedynie wybrańcom. Pokręcone konary starych drzew owocowych wyciągały w górę czarne paluchy gałęzi. Przez ogrodzenie sączył się zapach ziół i przegniłych liści.
I za dnia, i w nocy o tej jesiennej porze roku ogródki działkowe tonęły w ciszy. Nawet rośliny wydawały się pogrążone we śnie. Gawrony, buszujące na zmarzniętej ziemi w poszukiwaniu żuków i pędraków, hałaśliwie poderwały się do lotu, gdy na ścieżce pojawiła się czarna postać. W zanikającym już świetle dnia wysoki mężczyzna ciągnął za sobą wyładowany wózek. Przyglądał się mijanym domkom, oceniając stopień ich opuszczenia. W swoim długim płaszczu wyglądał jak zjawa z innej epoki.
W końcu jeden z domków zyskał jego akceptację. Mężczyzna przystanął przed wejściem na działkę, poddając oględzinom zapuszczony ogród i zardzewiałą furtkę. Rozejrzał się, jakby sprawdzał, czy nikt go nie śledzi. Po czym celnym kopniakiem otworzył bramkę.
Drzwi do domku potraktował tak samo obcesowo.
Z trudem, oganiając się od pół czarnego płaszcza, który krępował mu ruchy, uniósł wielki pakunek stojący na dwukołowej przyczepce i ostrożnie przeniósł go do maleńkiego domku. Zniknął na chwilę w środku, po czym wrócił po kolejną olbrzymią pakę. Pół niosąc, pół wlokąc, zataczając się pod jej ciężarem, dobrnął z trudem do domku.
Wyjął z kieszeni łańcuch z wielką kłódką i starannie zamknął swoją nowo nabytą posiadłość. Odgarnął włosy i znów podejrzliwie rozejrzał się wokoło.
Na szczęście nikogo nie było.
Zmęczony, z niechęcią spojrzał na ciężką przyczepkę i usiadł na ganku. Trzeba to będzie jakoś zatargać z powrotem. Zapalił papierosa, zbierając siły na powrót.
Był zadowolony.
Nareszcie znalazł odpowiednio ustronne miejsce. Ten złowrogi klimat był spełnieniem jego marzeń.
Nikt nie będzie go tutaj niepokoił. A on potrzebował izolacji.
Zapadający mrok wygonił kraczące ptaki i ściągnął ze sobą wieczorny ziąb. Mężczyzna otulił się ciaśniej płaszczem.
Było tu idealnie. Gdyby jeszcze nie było tak lodowato.
Ale i to miało swoje dobre strony.
* * *
Krzątali się bez słowa po kuchni. Mężczyzna wyciągnął z zamrażarki mlecznobiały flakon z napisem „Vodka Cavalli”. Kobieta, zręcznie unikając fizycznego kontaktu, postawiła obok niego na blacie bezcukrową colę i dwie szklaneczki do drinków; ascetyczne w formie cudeńko firmy Eva Solo, autorstwa duńskich projektantów. Mężczyzna fachowo odbił łokciem butelkę wódki, otworzył colę. Wlał do obu szklanek przezroczysty płyn, po czym zalał musującym rozcieńczaczem. Kobieta podeszła do kredensu. Na jego górnej półce, oprócz staroświeckiej pięknej wazy na zupę, stały ekskluzywne bibeloty: kosztowne porcelanowe miniaturki, ozdobne filiżanki, pamiątki z podróży. Pośrodku ślubne zdjęcie w robionej na zamówienie białej ramce z wygrawerowanym napisem: „Dianna i Tadeusz”.
Kobieta przestawiła białego porcelanowego niedźwiadka w stylu fabergé, ze złotymi pazurami i inkrustowanym czaprakiem – ich unikalną skarbonkę. Wrzucali do niej „karne” drobniaki – dwa złote za brzydkie słowo wypowiedziane przy dzieciach, pięć za bardzo brzydkie. Obok skarbonki siedział inny niedźwiadek, też polarny, ale pluszowy. Delikatnie wzięła go na ręce. Rozsunęła jego łapki i wyjęła z brzuszka małą kamerę.
– Już? – spytał mężczyzna.
Kiwnęła głową.
Usiedli w swoim barokowym salonie na kanapie chippendale, w identycznych pozach, które nabywa się wraz ze stażem małżeńskim, ale w bezpiecznej odległości od siebie, jakby się umówili, że wzajemny dotyk, nawet przypadkowy, szkodzi. Oboje trzymali w dłoniach szklanki z trunkiem w kasztanowym kolorze, którego barwa, jak skonstatowała z zadowoleniem kobieta, idealnie komponowała się z brązowym obiciem sofy. Poprawiła niewidoczne zagniecenie na aksamitnej poduszce ozdabiającej kanapę. W ciemnym ekranie wielkiej plazmy odbijały się ich sylwetki. Sielankowy obraz wzorowego małżeństwa, pomyślała kobieta, ale się nie odezwała. Już od dawna nie odzywali się do siebie bez potrzeby. Nieczęsto także zdarzało im się tak razem siedzieć. Ale dziś postanowili zewrzeć szyki. To, co za chwilę mieli oglądać, nie było wcale romantycznym filmem na dobranoc.
– Myślisz, że powinniśmy ją tak sprawdzać? – zapytała.
– Melsztyńscy też tak robili. Nie chciałabyś wiedzieć, komu płacisz? I dlaczego Teo chowa się do szafy, kiedy ona przychodzi?
Uspokojona tym usprawiedliwieniem, rozsiadła się wygodniej, zacisnąwszy ręce na drinku.
Na ekranie pokazał się lekko zamazany obraz. Przewinęli film do momentu, gdy w telewizorze ukazała się ludzka postać. Czarnowłosa kobieta, około czterdziestki, krzątała się po kuchni. Przy stole siedział jasnowłosy chłopczyk. Grzebał smutny w talerzu pełnym ziemniaków.
– Wiesz, co będzie, jak nie zjesz – powiedziała ostro kobieta.
Malec zgarbił się i wsadził do ust kawałek ziemniaka.
– Niedobre – poskarżył się.
– Zamknij się i jedz.
Kobieta na kanapie się wyprostowała. Jej mąż zesztywniał. Chłopczyk żuł posłusznie. Opiekunka stała nad nim jak kapo.
– Następny. Streszczaj się, zaraz wychodzimy – powiedziała.
Chłopczyk zaczął cicho płakać.
– Piciu…
– Sryciu – warknęła niania i znienacka uderzyła pięścią w stół.
Podskoczył chłopiec na ekranie, podskoczyło też małżeństwo na kanapie. Kobieta z sykiem sięgnęła po chusteczkę i zaczęła wycierać z kanapy plamę po drinku.
Głos z ekranu przeszedł w krzyk:
– Piciu będzie po jedzeniu! Ile razy mam ci powtarzać?! Albo zjesz, albo wiesz, co będzie! Mama się pogniewa, oj, bardzo pogniewa, jak nie zjesz!
Chłopczyk, przełykając łzy, powoli męczył obiad.
– Mnie już wystarczy – powiedziała słabo kobieta.
– Poczekaj, zobacz, co ona robi – odparł mężczyzna. Pochylił się w stronę telewizora.
Niania straciła zainteresowanie Teosiem. Podeszła teraz w stronę kamery. Na ekranie pojawiła się jej twarz, tak wielka, że można byłoby policzyć jej wszystkie zmarszczki. Ależ ma rozczochrane te brwi, a do tego zaskórniki przy nosie, naprawdę mogłaby coś ze sobą zrobić, skrzywiła się kobieta przed telewizorem. Niania przyglądała się, jakby stała przed wideodomofonem i czekała na wpuszczenie.
– Kuźwa, ona nas widzi… to znaczy kamerę – wyszeptała kobieta. – Zaraz nam coś powie…
Mąż nie odpowiedział. Czarnowłosa przybliżyła się jeszcze bardziej. Prawą dłoń wyciągnęła przed siebie.
– Zaraz wyłączy – powiedziała nerwowo kobieta.
Ale czarnowłosa sięgnęła po inkrustowaną skarbonkę. Po chwili jej postać lekko oddaliła się od kamery. Na tyle, by wyraźnie mogli zobaczyć w jej dłoniach misia fabergé. Otworzyła szkatułkę, zajrzała do środka i wyjęła trzy pięciozłotówki, a następnie schowała je do kieszeni. Po chwili jej twarz znów wypełniła cały ekran. Odstawiła skarbonkę i wróciła do chłopca.
– Nie chcesz jeść, to nie będziesz jadł – warknęła i jednym ruchem wyrwała mu talerz, po czym wyrzuciła jedzenie do śmieci.
Kobieta i mężczyzna siedzieli bez słowa.
W końcu mężczyzna wydukał:
– No to chyba znowu szukamy opiekunki.
Jakie szukamy, pomyślała szyderczo. Przecież ty nawet nie kiwniesz palcem.
Na myśl o kolejnym castingu na nianię zbierało jej się na wymioty.
* * *
Obudziła się jak zwykle wcześnie rano, przed szóstą. Dopiero kiedy wstała i zarzuciła na siebie szlafrok, by pójść nastawić wodę na herbatę do popicia leków, przypomniała sobie, że nie ma dla kogo tego robić. Nie ma już mamy, której trzeba podać lekarstwa na poranny rozruch. Nie usłyszy już rozkazującego: „Renata? Czy możesz mi podać herbaty? Czy możesz mi poprawić poduszki? Czy możesz mi zrobić kanapkę? Czy możesz…”.
Tyle lat trwał ten rytuał, że teraz, choć od pogrzebu minął już tydzień, wstawała nadal, wytresowana latami rygoru jak pies Pawłowa. I dopiero wchodząc do kuchni, uświadamiała sobie, że to już przeszłość.
Nie miało sensu znów kłaść się spać. I tak już by nie zasnęła. Włączyła radio, by jakoś zabić ciszę. W tej ciszy syk torebki zielonej herbaty, którą co rano sobie parzyła, brzmiał dziesięć razy głośniej.
W sumie to dziwne. Mama nie robiła hałasu. Robiła, owszem, zamieszanie, ten rodzaj zamieszania, jaki czyni wokół siebie człowiek przez całe życie niezależny i samodzielny, a ostatecznie skazany na innych. Żądania, prośby, rozkazy. Ale mama także nie lubiła szumu radia. Nie lubiła zakłóceń. W ich mieszkaniu zawsze panowała cisza.
A jednak teraz ta cisza była inna. Wszechwładna? Niezbita? Bezwzględna?
Usłyszała za plecami gwałtowny szelest tkaniny, zupełnie jak wtedy, gdy mama strzepywała w sąsiednim pokoju poduszkę.
To tylko ręcznik spadł z wieszaka.
Wciąż tak było. Jakby matka jeszcze nie do końca umarła – bez przerwy miała te złudzenia, że tutaj jest. A to brzęknęła doniczka przestawiana na parapecie w sąsiednim pokoju, a to czajnik sam się włączył wczoraj o osiemnastej, kiedy zwykle parzyła mamie ziółka.
Usiadła, mieszając odruchowo napar w filiżance.
Jak pozbierać swoje życie na nowo? Jakiemu porządkowi je poddać, kiedy rygor właśnie znikł?
Nie musiała nic.
Przez lata marzyła o takim dniu. Nie to, by życzyła mamie śmierci. Ale dzień nicniemuszenia to było jedno z jej marzeń. Teraz, kiedy marzenie się ziściło, czuła się tak, jakby cały świat rozpadł się na tysiące kawałeczków. Nie umiała poskładać ich na nowo.
Dzwonek telefonu zabrzmiał jak syrena alarmowa. Westchnęła zrozpaczona. Jeszcze jeden życzliwy? Nie chciała podnosić słuchawki. Miała dosyć nieustannych kondolencji. Te pytania: „Jak się czujesz?”, „Co teraz będziesz robić?”.
Tak jakby to kogoś obchodziło.
Tyle lat żyły z mamą w samotności, a teraz korowody żałobników postanowiły sobie o niej przypomnieć.
Telefon nie przestawał dzwonić. W końcu musiała odebrać.
– Cześć, mamo.
– Ach, to ty, Magdusiu.
– Jak się czujesz?
–Dobrze.
Cisza.
– Może wpadnę do ciebie, ja albo Aniela? Nie potrzebujesz niczego?
– Nie, nie, córciu.
Cisza.
– Co robisz?
– Teraz?
– Nie, mamo, tak w ogóle.
Ciężka ta rozmowa.
– A co ja, kochana, mogę robić? Trochę czytam. Muszę tu powoli posprzątać… Nie mogę jakoś zebrać sił.
– Myślałam, mamo, że powinnaś sobie znaleźć jakąś pracę dorywczą.
– Słucham?
– No wiesz. Wcześniej cały czas zajmowałaś się babcią. Miałaś zorganizowany czas… Poza tym bez emerytury babci będzie ci ciężko.
Magda. Superkonkret stąpający twardo po ziemi. Jak jej babcia.
– Pomyślę o tym.
– Mogę ci czegoś poszukać, mamo.
– Madziu… daj mi chwilę. Muszę się pozbierać.
– Tak, oczywiście. Jak się czujesz?
Już mnie pytałaś.
– Dobrze, kochanie. Nie podziękowałam ci. Piękny pogrzeb babci wyprawiłaś.
– Nikt inny by się tym nie zajął.
– Co tam w twojej pracy?
– No strasznie mam dużo tej pracy.
– A Aniela?
Westchnienie.
– Ach, Aniela. Twoja wnuczka się zakochała. W jakimś kretynie. I nic nie można jej wytłumaczyć.
Renata się uśmiechnęła.
– Przystojny?
– Iii tam. Zresztą nie o to chodzi, przecież wiesz. Boję się o nią. Wydaje się jej, że pozjadała wszystkie rozumy. Nie mogę się z nią dogadać.
– To może ja z nią pogadam?
– Ty zawsze trzymasz jej stronę, mamo. Ale w sumie to niezły pomysł, żeby cię poodwiedzała.
Odwiedza mnie. W przeciwieństwie do ciebie.
– Muszę kończyć, mamo.
– Jasne. To pa, córeczko. Nie pracuj tyle.
Podniosła się zdecydowanym ruchem.
Trzeba pojechać na cmentarz. Na pewno płyta już się zakurzyła. Posprzątać, podlać kwiaty.
Coś trzeba robić, żeby nie zapomnieć o oddychaniu.
* * *
All my heroes have now become ghosts
Sold their sorrow to the ones who paid the most
All my heroes are dead and gone
But they’re inside of me, they still live on
Wściekły werbel perkusji załomotał po raz ostatni. Zanim jej dźwięk wybrzmiał do końca, podniosła się zwinnie z łóżka, aż kruczoczarne włosy zatańczyły wokół twarzy. Jeszcze raz puściła piosenkę na pełen regulator. Dynamiczny bas gitary znikł pod zachrypniętym wokalem. All my heroes are dead and gone, but inside of me, they still live on. Shinedown świetnie to ujął, pomyślała Aniela, wszyscy moi bohaterowie są martwi, lecz żyją nadal we mnie. Twórca tej teorii psychologicznej, w którą właśnie się wgłębiała, zgodziłby się z tym w stu procentach.
Wciąż nie mogła się otrząsnąć z tego, co przydarzyło się jej tamtej nocy po pogrzebie prababki. Jeszcze teraz na samo wspomnienie przechodził ją dreszcz.
To właśnie od tego wieczora zaczęła się interesować tymi dziwnymi książkami, które mówiły, że ostra granica między żywymi a umarłymi, między życiem tu i teraz a śmiercią to wymysł współczesnej cywilizacji, pragnącej usunąć wszystko, co nienamacalne, co stare i przykre. Że rzeczywistość jest zupełnie inna, a granica między bytem a niebytem jest lekka jak ścianki tej świetlistej bańki mydlanej, która wchłonęła ją tamtej dziwnej nocy.
To było ciekawsze niż powtórka do matury.
Pozbierała rozrzucone kartki. Broszurka, poplamiona, pomazana, wyczytana do niemożliwości przez zainteresowanych kontrowersyjną terapią grupową, rozsypywała się w rękach. Aniela odegnała powracające z uporem wspomnienia i pochyliła się nad tekstem.
Podobało jej się to podejście. Na wszystkich dotychczasowych zajęciach, tych bardziej konserwatywnych, na które udało jej się wkręcić, psychoterapia traktowała człowieka jako oddzielną, suwerenną jednostkę. Człowiek jest panem swojego losu – lub powinien dążyć do tego, by nim być. Samotny biały żagiel. Żadna z teorii nie narobiła ludziom tyle krzywdy co ta na pozór szlachetna myśl. Tego Aniela była pewna. Przynajmniej od kilku dni. Człowiek jest częścią systemu – swojej rodziny, historii z przeszłości, niespełnionych miłości, zatartych zbrodni, przewinień i nadużyć. Jest jak chorągiewka na wietrze.
Ten fragment szczególnie jej się podobał. Zaznaczyła go na czerwono:
Jesteśmy energetycznie i emocjonalnie powiązani niczym jeden złożony żywy organizm: nie tylko z ojcem, matką, rodzeństwem czy dziadkami, lecz tak samo z tymi członkami rodziny, których istnienia wcale nie jesteśmy świadomi – z umarłymi przedwcześnie dziećmi, zaginionymi tragicznie wujkami, wydziedziczonymi czarnymi owcami, po których dawno zaginął słuch. Jednym słowem, każdy, kto przynależy do rodziny, wspólnie z innymi dzieli jej los, jaki by nie był. A wszelkie zapomniane, wykluczone Dusze prędzej czy później domagają się uznania i uhonorowania swojego losu i miejsca w rodzinie.
Ostatnie zdanie podkreśliła podwójnie. Aniela zamierzała się wybrać w przyszłym tygodniu do autorki tej broszury i twórczyni metody opierającej się na metodach Berta Hellingera. Dziewczyna widziała kiedyś ustawienie rodzinne – bo tak nazywano tę terapię. Wyglądało to jak połączenie seansu spirytystycznego i pokazu iluzjonisty. Wiedziała, że terapia jest odsądzana od czci i wiary. Na zajęciach fakultatywnych w jej liceum facet od psychologii grzmiał, że takie szarlatańskie obrzędy nie są stosowane w warunkach klinicznych, nie były przebadane pod kątem skuteczności i ryzyka dla ludzi poddających się terapii, a beztrosko rzucane diagnozy mogą wrażliwej osobie złamać życie.
Było to rzeczywiście dziwne. Szczególnie dlatego, że – jak powiedziała jej terapeutka przez telefon – ustawienie rodzinne nie wymagało bynajmniej obecności całej rodziny. Wystarczyła jedna jedyna osoba, by ułożyć na powrót rozsypane rodzinne puzzle. Spośród obcych osób obecnych na warsztatach wybiera się reprezentantów swojej rodziny, czyli rodziców, rodzeństwo, dzieci i dziadków oraz siebie, i ustawia ich w przestrzeni na sali. Wybrańcy, jak słyszała Aniela, mieli zaś odczuwać energię i emocje osób, które reprezentują.
Utwór się kończył. Aniela już miała wstać z tapczanu, by po raz enty puścić Heroes, ale drzwi pokoju otwarły się gwałtownie.
– Błagam… – Matka popatrzyła na nią wzrokiem zbitego psa. – Nie możesz na słuchawkach? Niedługo wywiozą mnie do Tworek.
– Okej, mamo – odparła Aniela, nie podnosząc wzroku znad kartek.
– Co robisz? Macie jakieś powtórzenie do matury?
– Tak.
Drzwi zamknęły się cicho, a Aniela pochyliła się nad broszurą.
To brzmiało na serio mocno. Ludzie, którzy jak wprowadzani w trans kontaktują się ze zmarłymi i odczuwają ich ból, uczucia, nieszczęście? To pachniało okultyzmem. W końcu pierwsza zasada opętań to zgoda na to, by obcy wtargnął w twoje ciało. Aniela się wzdrygnęła. Czy właśnie coś takiego jej się przydarzyło ostatnio? A może zdrzemnęła się po prostu?
Na szczęście te warsztaty były prowadzone przez dyplomowaną terapeutkę; ona na pewno wie, co robi – Aniela odegnała złe myśli.Znów pochyliła się nad tekstem.
Terapia uwalnia przepływ uczuć, aby miłość mogła płynąć i dawać siłę następnym pokoleniom. Na naszych warsztatach opieramy się bowiem również na starych słowiańskich wierzeniach. Nasi przodkowie spotykali się ze zmarłymi podczas Zaduszek, nazywanego w dawnych czasach Dziadami. Dwa razy do roku, 2 maja i 1 listopada, świętowali ponowne spotkanie, słuchali rad, a także witali tych, którzy wracali między żywych.
Czy wczoraj nie był właśnie pierwszy listopada? Aż się wyprostowała. Co za zbieg okoliczności…
Słowianie wierzyli, że elementów duchowych w człowieku jest więcej niż tylko jedna, niepodzielna dusza, a ich losy pośmiertne są różne. Jedna z części owej duszy, iskra boża, była reinkarnowalnym elementem życia. Po śmierci, poprzez Drzewo Przodków, znajdowała powrotną drogę na ten świat, by odrodzić się w innym ciele. Inny element ludzkiej duszy z kolei jednoczył się z przodkami w Nawii – słowiańskim odpowiedniku raju, świecie podziemnym, zamieszkiwanym przez duchy przodków. Jak widać zatem, według prastarych słowiańskich wierzeń dusza krążyła w kole życia i śmierci przez pokolenia.
Życie dla Słowian było zjawiskiem o wiele bardziej złożonym niż dla nas, współczesnych. Nie kończyło się tu i teraz, w chwili śmierci. A bliskie relacje z przodkami stanowiły istotną część relacji rodzinnych.
Aniela zamyśliła się znowu. Jakie dalekie to wszystko było dla tych, którzy pojawili się na pogrzebie prababci. Właśnie tam najwyraźniej to sobie uświadomiła.
Tyle że sobie też miała wiele do zarzucenia. Była jedyną osobą wśród swoich rówieśników posiadającą prababcię. I co? Dla Anieli prababcia była właściwie półmartwą istotą, budzącą niewytłumaczalną grozę osiemdziesięciopięcioletnią mumią zakonserwowaną w swoim łożu boleści, niezainteresowaną światem zewnętrznym, bo tak skupioną na walce z chorobą. Znajomi byli niezmiennie pod wrażeniem, że ma prababcię, ale ona nie zrobiła nigdy nic, by ją poznać.
* * *
Wieńce zdążyły już przywiędnąć. Płyta w sumie się nie zakurzyła. W końcu to tylko tydzień.
Mimo to przetarła ją płynem do kamienia.
– Cześć, mamo – powiedziała, nie wiadomo po co.
Tak jej się wyrwało. Bo znowu była u niej, a ona znowu wymagała troski i jej pary rąk. Może nie w sensie dosłownym, nie było to może to samo co aplikowanie leków i masaż przeciwko odleżynom. Ale pochylając się nad marmurowym grobem, Renata przeżyła déjà vu, jakby znowu były w swoim mieszkanku więzieniu, a ona jak co dzień weszła do sypialni matki, by poprawić jej poduszki i podać syrop na łyżce. Tyle że zamiast łyżki miała teraz w ręku zmiotkę i płyn do czyszczenia kamienia.
Aż się obejrzała, czy nikt jej nie słyszał. Ale nie – mówiła półgłosem, a dookoła same staruszki porządkowały nagrobki, pochłonięte bez reszty tymi prozaicznymi czynnościami, jakby dzięki nim wchodziły w kontakt z zaświatem.
– Spodobałaby ci się ta troska – wymruczała pod nosem. – Zawsze lubiłaś, jak sprzątam. Jak krzątam się wokół ciebie. I widzisz, dalej to robię.
Wokoło było pusto. Co kilkanaście grobów jakaś starsza osoba, dużo starsza niż Renata, porządkowała płytę lub siedziała zapatrzona w nagrobek, myślami w przeszłości. Nieruchome ciała, dusze w wehikułach czasu.
Zabrała się za kwiaty. Podgniłe, zamiast ozdabiać, szpeciły gustowną płytę, którą zafundowała babci Magda.
– Zawsze lepiej się rozumiałyście.
Śmietnik był kilkadziesiąt metrów dalej. Można się było naprawdę zasapać. Niby skromny pogrzeb, a jednak tyle kwiatów.
Wrzuciła wieńce do kontenera i dotarł do niej jakiś dobrotliwy śmiech. Nadstawiła uszu.
– No i wiesz, kochany, jaki on jest nerwus. Nic się nie zmienił, chociaż już stary byk. Mówię ci, rzucił tym biletem, jak wtedy tym samolocikiem. Nawet brwi mu się tak samo marszczą. Wiesz, wygląda teraz zupełnie jak ty, kiedy go przedrzeźniałeś.
Wyjrzała ostrożnie zza kontenera. Starsza pani siedziała przy grobie, chichocząc. Sama. Skończyła opowieść i kiedy przestała chichotać, zapatrzyła się niewidzącym wzrokiem na nagrobek, wzdychając co chwila, jakby zmęczona śmiechem. Renata widziała ją z profilu. Pogodna, zamyślona staruszeczka.
Drgnęła, kiedy tamta znów się odezwała:
– Tęsknię za tobą. Kiedy po mnie przyjdziesz? Po co mam żyć bez ciebie?
Renata zawstydzona schowała się znów za śmietnik. Czuła się tak, jakby przyłapała tamtą na jakiejś najintymniejszej czynności.
– Pa, kochany. Przyjdę niedługo. Chyba że mnie tu dowiozą w trumnie. Nawet nie wiesz, jak już bym chciała – usłyszała głos staruszki zwierzającej się konfidencjonalnym półgłosem kamiennej płycie.
Kucnęła, by ukryć się za dużym krzakiem przy kontenerze, jakby się bała, że tamta ją przyłapie. Staruszka minęła ją, nie zauważywszy wcale. Na jej ustach wciąż błąkał się melancholijny uśmiech.
Renata wróciła do grobu matki.
Dlaczego my nie umiałyśmy rozmawiać?
Nieśmiało podeszła do kamiennej ławeczki stojącej przy nagrobku i przysiadła.
– Tak, dobrze słyszałaś, powiedziałam ci przed chwilą „cześć”.
Sama nie wiedziała, co mogłaby jeszcze powiedzieć. Właściwie, uświadomiła to sobie teraz dotkliwie, nigdy nic do mamy nie mówiła. Tylko „cześć, mamo” i „tak, mamo”. Czyli: „jestem tu” i „skończ do mnie mówić”. Ale teraz nie musiała się obawiać tyrady.
Zamiast słów, które chciałaby wypowiedzieć, w jej głowie odtworzyła się jedna z taśm sprzed lat, której musiała wysłuchiwać.
Zobacz, jakiego dobrego męża masz, a jak o nas dba ten Marcinek. Jak on cię kocha. Widziałaś, jak sam z Madzią na spacer poszedł, sam bez proszenia? Taki mąż i ojciec to jak wygrana w totolotku. Tak, tak, już ty znowu głowę odwracasz, ja to widzę. Renata, żyj dniem dzisiejszym, na ziemię wróć i przestań się po latach na mnie dąsać. Ileż to można urazę chować! No tak, jak do ściany. Ty zawsze tylko o nim będziesz myślała, o tamtym. A ja ci mówię, ty mi jeszcze podziękujesz. Słyszysz? Nie odwracaj się, jak matka do ciebie mówi.
Ja wiem, ty żal masz do mnie, nie jestem ślepa. Ale posłuchaj mnie, Renata, powiem to znowu: to był zły wybór. To nie był dobry człowiek, ja się znam na ludziach. Marcin jest opiekuńczy i stara się, o Madzię dba. Doceń to wreszcie, zanim cię rzuci i sama zostaniesz!
Co przestań? Co przestań? To ty przestań. Jak cię zostawi, to będzie tylko twoja wina.
Tamten był dziki, nieodpowiedzialny był. Płakałabyś przez niego tylko, nie widziałaś tego, bo jesteś naiwna jak dziecko. A ja ci mówię, taka miłość się nie sprawdza w zwykłym życiu. Jeszcze będziesz mi wdzięczna, ja swoje wiem…
Zapaliła świeczkę i spojrzała w oczy czarno-białej twarzy na nagrobku.
– Jak mogę cię opłakiwać, skoro tyle we mnie żalu?
* * *
Spryskała się po raz ostatni perfumami. Limitowana Donna Karan, najnowszy hit. Obrzuciła się krytycznym spojrzeniem w lustrze. Było nieźle. Nowa fryzjerka wyczarowała jej na głowie blond nieład, jakiego nie powstydziłby się najlepszy stylista, a do tego kosztowało ją to naprawdę niewiele. Nowa sukienka leżała znakomicie, a lakier do paznokci w kolorze burgundu idealnie się z nią komponował. Wprawdzie ta druga kiecka w butiku bardziej jej się podobała, ale ta miała na metce nazwisko znanego projektanta, a tamta jakąś Basię Cośtam, więc Diana nie mogła być pewna, czy to nie jest jakaś podróbka znanej marki i czy na pewno jest w dobrym guście. Jak zwykle postawiła więc na znaną markę. I dobrze – skonstatowała zadowolona.
Kobieta w lustrze wyglądała dokładnie tak, jak powinna – dynamiczna, wyluzowana laska przed czterdziestką, z dobrym gustem i bogata. Zdecydowanie nie będzie odstawać od innych żon.
Straszna niania była u nich po raz ostatni. Jeszcze tego nie wiedziała, bo Diana postanowiła poinformować ją jutro, wręczając odprawę. Zgodnie stwierdzili, że tak nieuczciwej osobie nie należy mówić nic z wyprzedzeniem, żeby nie zdążyła ich okraść. Czuła lekki dyskomfort na myśl o tym, że ta wredna kobieta zostanie tu dzisiaj bez kontroli. Ale dzieci nie miały zwyczaju wychodzić z łóżeczek, więc właściwie jedyną jej rolą miało być grzanie ich kanapy chippendale. I zapewne grzebanie w skarbonce z drobniakami, pomyślała z przekąsem. Na wszelki wypadek wyjęła z niej pięciozłotówki, zostawiając samą drobnicę.
Niezbyt często udawało im się wychodzić do ludzi. A dzisiaj akurat byli umówieni ze świetnie wyselekcjonowanym zbiorem. Na taką pozycję towarzyską i takie grono znajomych pracuje się latami.
– Proszę się przygotować na długi wieczór. Jesteśmy dziś umówieni z naszymi przyjaciółmi prawnikami, więc zabawa może trochę potrwać – oświadczyła, zanim zamknęła drzwi.
Drogę w taksówce spędzili każde przy swoim oknie. Tedi siedział bez ruchu, Diana nanosiła ostatnie poprawki do swojego perfekcyjnego makijażu. Nie odezwali się słowem.
Dopiero przed wejściem do restauracji przywołali na twarz uśmiechy. Zgrabnie ominęli kłębiący się przy wejściu tłum i z minami ludzi, którzy właśnie wrócili z odprężających wakacji na Seszelach, weszli do sali dla VIP-ów.
Wszyscy już siedzieli i studiowali karty dań. Restauracja, znaleziona i zarezerwowana przez jedną z ich paczki, Edytthę – jak miała napisane na swojej wizytówce – słynęła z pysznej zmrożonej wódki i doskonałych zakąsek. Idealne miejsce na zabawę dla ustawionych warszawiaków.
– O, Tedi i Dajana, witamy spóźnialskich – roześmiała się Wiola z blond postrzępioną fryzurą, równocześnie taksując nową sukienkę Diany i niby machinalnie poprawiając zwiewną tunikę zsuwającą się z ramienia.
Diana błyskawicznie wyceniła w myślach jej giezło na minimum tysiaka. Chyba Kenzo? Widziała ją ostatnio w jakimś kobiecym piśmie. Z ulgą skonstatowała, że Wiola nie zdążyła sobie zrobić paznokci. Wiola także to zauważyła i schowała dłonie pod stół.
– Dzieci. – Diana rozłożyła ręce, błyskając swoim świeżym manikiurem i uśmiechem, świeżo wybielonym ortodontycznymi paseczkami. – Zawsze się przez nie spóźniamy.
– Chodźcie, siadajcie, bo już jedną kolejkę zamówiliśmy bez was. Polecam wam przepyszny gęsi pasztecik – dodała Wiola.
– Foie gras, myszko – poprawił ją dobrotliwie mąż Bazyli, otyły radca prawny.
– A jak fuagrá, to i flaszká – dodał trzeci mężczyzna przy stoliku, akcentując z francuska ostatnie sylaby, by zdanie zabrzmiało jak wierszyk.
– A my właśnie o dzieciach rozmawiamy. A raczej o nianiach, skaranie boskie – zachichotała jego żona Edyttha, również platynowa blondynka, której fryzura i sukienka do złudzenia przypominały to, co miała na sobie Diana. Jej rzęsy były niebotyczne.
Sztucznie zagęszczane, pomyślała Diana z zazdrością. Ona niestety nie miała na to ani kasy, ani czasu.
– Tak, szukam nowej opiekunki. Wyobraźcie sobie, ta nasza w ogóle nie chce prasować. A ostatnio powiedziała, że nie zostaje w weekendy. Bo studiuje, pinda durna – dodała Wiola.
– Tak? No, to my wam zaraz opowiemy nasza historię. – Do rozmowy włączył się Tadeusz, siadając na podsuniętym przez kelnera krześle. – Nasza niania chyba przebija wasze. – Uśmiechnął się swoim zawadiackim uśmiechem, od dawna zarezerwowanym na wyjścia publiczne, odrzucając po chłopięcemu przydługie włosy.
Diana też się uśmiechnęła. Co jak co, ale wyglądał najlepiej z facetów przy stole.
Rozmowa potoczyła się gładko, podlewana coraz bardziej suto przez kolegę Bazylka, który do każdej setki pochłaniał jeden gęsi pasztecik. O planowanych nartach we Włoszech, o leniwych nianiach, niechlujnych sprzątaczkach, o tym, jaką szkołę prywatną najlepiej wybrać dla dzieci. Następnie towarzystwo podzieliło się na część damską i męską. Faceci skupili się na biznesach i ostatnich głośnych przekrętach, a kobiety – na najnowszych przetestowanych zabiegach w spa. Diana brylowała, brylował Tedi, brylowali wszyscy. Co rusz patrzyła na niego, jak gestykuluje coraz żywiej w miarę jak zwiększała się ilość spożytego przez niego alkoholu, jak błyska swoim wilczym uśmiechem, i niemal znowu go lubiła. Był taki jak dawniej. Przez te kilka godzin.
Najszczerszy moment pojawiał się zawsze przy okazji zbiorowego damskiego wyjścia do toalety.
Tak było i tym razem.
Stały przy szerokim blacie, poprawiając makijaż. Demaskatorskie halogenowe światło podkreślało wszelkie niedoskonałości.
– Ale mam zmarchy, znowu muszę na botoks. – Wiola zbliżyła twarz do lustra. – Ale ty też, Dianka, i to mnie pociesza. – Puściła oko.
– Ech, martwię się ostatnio, bo Tedi coraz częściej wybywa. – Diana zdobyła się na szczerość.
Wiola parsknęła.
– Dziwię się, że dopiero teraz.
– Jak to? – nastroszyła się Diana.
– Kochana, wpływ kolegów. Mój bez przerwy znika. Tak już mają. Jak psy łańcuchowe, muszą się wybiegać, żeby wrócić do budy. – Edyttha machnęła ręką. – To jest ich sposób na młodość, ich, kuźwa, botoks.
– I to jest ta różnica. Im się wydaje, że są młodzi duchem, a nam, że jesteśmy młode ciałem – skwitowała Wiola. – Kuźwa, odbija mi się tym pasztetem z wódką, wam też?
Diana wyjęła błyszczyk. Otaksowała krytycznie trzy odbicia. Ze srebrzystej tafli patrzyły na nią trzy portrety Doriana Greya. Piękne, młode, gładkie twarze, tarcze osłaniające prawdziwe ja. Jednak sekret tkwił w oczach. Tych spojrzeń nie dało się odmłodzić.
A potem impreza się skończyła i rozeszli się do taksówek. Cisza, która nastąpiła po hucznym biesiadowaniu, aż dzwoniła w uszach, a im dalej byli od knajpy, tym bardziej huczało od tej ciszy w samochodzie. Diana w błogostanie, jaki zawsze ogarniał ją po tych kilku godzinach spektaklu „Jesteśmy ludźmi sukcesu”, przetrawiała kolejno wszystkie nowo zasłyszane ploteczki i domysły. Tedi spoglądał przez okno. Odezwał się dopiero, gdy taksówka zatrzymała się przed domem:
– Wracaj. Ja muszę jeszcze coś załatwić.
Została sama na ulicy. Patrzyła, jak taksówka odjeżdża, a w gardle rosła jej gula. Nie żeby to było coś nowego. Właściwie był to standard. Nie żeby się łudziła, że dzisiaj będzie inaczej. A jednak wciąż, za każdym razem, czuła się tak samo upokorzona.
Weszła do domu cichutko i pierwsze, co usłyszała, to brzęk tłuczonej porcelany. W kuchni, z głupią miną, stała niania. A pod jej stopami leżały resztki misia fabergé, którego nie zdążyła odstawić na miejsce. Diana bez słowa podała jej zmiotkę i spokojnie patrzyła, jak kobieta sprząta odłamki porcelany i drobniaki. Kiedy skończyła, Diana podeszła do półeczki i wyjęła z pluszaka kamerę.
– To wszystko zostało nagrane. Jesteś zwolniona – rzuciła cicho.
Kobieta patrzyła zaskoczona, nie wiedząc, jak się zachować.
– Nie słyszałaś? Wypierdalaj – powiedziała Diana niemal czule, wkładając w ostatnie słowo całą swoją frustrację.
* * *
Niania uciekła jak zmyta.
A Dianę czekał jeszcze jeden cichy, samotny wieczór.
Nauczyła się już błyskawicznie tłumić w sobie wkurwienie i nie martwić o niego. Jakby całą nieprzydatną żółć wlewała do butelki. Wściekłość i tak niczego nie może zmienić. Wiedziała, że on nikogo nie ma. Wyczułaby to. Tak przynajmniej myślała. Ale co robił, gdzie się szlajał, było jego tajemnicą. Z jednej strony dałaby wszystko, by wiedzieć, co on wtedy robi, ale z drugiej wolała tę nieświadomość. Zamiast tego, kiedy znikał, ona sprawiała, że wraz z nim ulatniały się z jej myśli problemy małżeńskie. Wiedziała, że kiedy wróci, ona znów wcieli się w Matkę Polkę, ale do tego czasu miała spokój.
Nic nie relaksowało jej tak jak samotne posiedzenie w salonie. Gasiła światła i zapalała jedynie mikroskopijne żaróweczki starodawnej willi dla lalek stojącej w rogu salonu. Siedziała, patrzyła na sielski widoczek krasnoludkowego wnętrza zamknięty w miniaturkach firmy Heidi Ott i jej myśli zaczynały się porządkować.