Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Ten wielki Gatsby - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
17 czerwca 2026
1990 pkt
punktów Virtualo

Ten wielki Gatsby - ebook

Arcydzieło literatury amerykańskiej w nowym tłumaczeniu.

Lata 20. Czas szybkich karier i zdobywania ogromnych fortun, ale też prohibicji, rozwoju zorganizowanej przestępczości i upadku moralności. Takie tło historii ukazuje nam autor, tworząc historię o bogactwie, romansach i marzeniach. Fitzgerald, przedstawiciel „straconego pokolenia”, kreśli losy Gatsby’ego – zagubionego i zdesperowanego młodzieńca, który za wszelką cenę pragnie odzyskać miłość swojego życia.

Pomimo początkowego braku popularności, Wielki Gatsby stał się jedną z najważniejszych powieści XX wieku.

KANON W.A.B. to seria klasyki literatury, w której znajdziemy nieustannie odkrywane polskie i światowe dzieła, wciąż rezonujące z wyzwaniami współczesnego świata, przemawiające do emocji czytelnika, a jednocześnie stanowiące łącznik z przeszłością i naszym dziedzictwem. Seria obejmuje zarówno uznane tłumaczenia, jak i nowe przekłady.

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna obca
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8449-327-4
Rozmiar pliku: 5,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Za moich młodych lat, kiedy bardziej brałem sobie wszystko do serca, ojciec udzielił mi pewnej rady, którą od tego czasu zawsze mam na uwadze:

– Ilekroć najdzie cię ochota, by kogoś skrytykować, po prostu sobie przypomnij, że nie wszyscy ludzie na świecie cieszą się tak uprzywilejowaną pozycją jak ty.

Nie powiedział nic więcej, ale ponieważ zawsze komunikowaliśmy się w niezwykle powściągliwy sposób, od razu pojąłem, że mówiąc tylko tyle, miał na myśli znacznie więcej. W rezultacie nabrałem zwyczaju powstrzymywania się od pochopnych ocen i chociaż dzięki temu wiele interesujących osób otwiera przede mną swe serce, zdarza się, że padam ofiarą nudziarstwa jakiegoś starego gaduły. Chorobliwe umysły szybko wykrywają takie cechy u normalnych ludzi i lgną do nich, toteż w czasach studenckich bywałem niesłusznie posądzany o intryganctwo tylko dlatego, że różne nawiedzone typy wylewały przede mną swoje sekretne żale. W większości przypadków wcale sobie tego nie życzyłem, gdyż osobiste wyznania młodych ludzi, a przynajmniej sposób, w jaki ich dokonują, są zwykle nieautentyczne i skażone oczywistymi przemilczeniami. Dlatego kiedy pewne nieomylne dla mnie znaki wskazywały, że zanosi się na jakieś intymne zwierzenia, często uciekałem się do udawania senności, braku czasu albo wzgardliwego lekceważenia. Powstrzymywanie się od ocen to kwestia nieograniczonej nadziei. Nadal się nieco obawiam, że coś może mi umknąć, gdybym – jak snobistycznie sugerował mój ojciec, a ja równie snobistycznie powtarzam – zapomniał, iż elementarnego poczucia przyzwoitości nie rozdzielają przy narodzinach w równym stopniu.

Pochwaliwszy się w ten sposób swoją tolerancją, muszę przyznać, że ma ona granice. Można w życiu opierać się na twardej skale albo na grząskim bagnie, ale po przekroczeniu pewnego punktu podłoże przestaje nas obchodzić. Kiedy zeszłej jesieni wróciłem ze Wschodniego Wybrzeża, pragnąłem, aby świat już zawsze nosił mundur strażnika moralnego porządku. Nie życzyłem sobie żadnych buntowniczych wycieczek, dających przywilej wglądu w ludzkie serce. Wyjątek stanowił Gatsby, człowiek, od którego pochodzi tytuł tej książki i który uosabiał wszystko, wobec czego czuję niewzruszoną pogardę. Jeśli przyjąć, że na wybitną osobowość składa się nieprzerwane pasmo sukcesów, to Gatsby rzeczywiście miał w sobie coś olśniewającego, jakąś ponadprzeciętną wrażliwość na obietnice życia, jakby był spokrewniony z jednym z tych skomplikowanych mechanizmów, które rejestrują odległe o dziesiątki tysięcy mil trzęsienia ziemi. Wrażliwość ta w żaden sposób nie polegała na owej mdłej podatności na wpływy, którą szumnie określa się mianem „temperamentu twórczego”; był to wyjątkowy dar nadziei, romantyczny zapał, jakiego nigdy u nikogo nie napotkałem i już raczej nie napotkam. Nie – sam Gatsby w ostatecznym rozrachunku okazał się całkiem w porządku; to tylko to, co na nim żerowało, co ciągnęło się za nim niczym mętny kilwater jego marzeń, sprawiło, że na pewien czas straciłem zainteresowanie próżnymi smutkami i krótkotrwałymi wzlotami rodzaju ludzkiego.

Pochodzę z prominentnej, zamożnej rodziny, mieszkającej od trzech pokoleń w jednym z miast Środkowego Zachodu. Carrawayowie stanowią rodzaj klanu wywodzącego się, jak głosi tradycja, od książąt Buccleuch², ale rzeczywisty założyciel mojej linii, czyli brat mojego dziadka, przybył tu w roku 1851. Opłaciwszy człowieka, który zamiast niego poszedł na front wojny secesyjnej, założył hurtownię artykułów żelaznych, którą mój ojciec prowadzi po dziś dzień.

Nie zdążyłem wprawdzie poznać tego stryjecznego dziadka, ale mówią, że jestem do niego podobny, o czym ma świadczyć dość cyniczny w wyrazie portret, który wisi w gabinecie ojca. Skończyłem Yale w tysiąc dziewięćset piętnastym, dokładnie ćwierć wieku po ojcu, i wkrótce potem wziąłem udział w owej spóźnionej teutońskiej wędrówce ludów znanej jako Wielka Wojna. Nasza kontrofensywa tak mnie wciągnęła, że po powrocie nigdzie nie mogłem zagrzać miejsca. Środkowy Zachód nie wydawał mi się już zacisznym pępkiem świata, tylko jego szmatławym krańcem, toteż postanowiłem ruszyć na Wschód i spróbować sił w zawodzie maklera. Wszyscy moi znajomi tkwili już po uszy w tym biznesie, więc oczekiwałem, że jeden singiel więcej też się z tego utrzyma. Moje ciotki i wujowie obradowali nad tym tak, jakby chodziło o wybór stosownej dla mnie podstawówki, po czym kiwając poważnie głowami, orzekli z wahaniem: „Noo… W sumie może być…”. Ojciec zgodził się finansować mnie jeszcze przez rok i wreszcie, po różnych opóźnieniach, wiosną tysiąc dziewięćset dwudziestego drugiego wyruszyłem na Wschód, jak sądziłem, na stałe.

Rozsądek nakazywał, bym znalazł sobie kwaterę w sercu miasta, ale zrobiło się ciepło, a ja dopiero co opuściłem krainę rozległych trawników i przyjaznych drzew, kiedy więc kolega z biura zaproponował mi wspólne wynajęcie domu w sąsiedniej miejscowości, wydało mi się to świetnym pomysłem. Gdy już wyszukał dla nas odrapany, tandetny parterowy domek za osiemdziesiąt dolarów miesięcznie, firma w ostatniej chwili wysłała go do Waszyngtonu, toteż ostatecznie zamieszkałem tam sam. Miałem psa – przynajmniej przez kilka dni, bo potem mi uciekł – starego Dodge’a oraz fińską służącą, która ścieliła mi łóżko i robiła śniadanie, mamrocząc nad elektrycznym piecykiem swoje fińskie mądrości.

Czułem się dość osamotniony, dopóki po paru dniach facet, który sprowadził się tu później ode mnie, nie zaczepił mnie na drodze.

– Jak się stąd dostać do West Egg? – spytał bezradnie.

Poinformowałem go – i od razu zrobiło mi się raźniej. Zostałem przewodnikiem, pionierem, zasiedziałym mieszkańcem. I to on lekkomyślnie nadał mi ten status.

Tak więc, dzięki ciepłym promieniom słońca i liściom, które wybuchowo, w tempie przyśpieszonego filmu rozwijały się na drzewach, wróciło mi znajome przekonanie, że wraz z nadejściem lata życie zaczyna się na nowo.

Przede wszystkim miałem tak wiele do przeczytania i tyle cennego zdrowia do zaczerpnięcia z tego świeżego, życiodajnego powietrza! Na mojej półce stało teraz kilkanaście tomów na temat bankowości, kredytów oraz inwestycji. Całe w złocie i czerwieni, niczym nowiutkie pieniądze, obiecywały rozwinąć przede mną błyszczące sekrety znane tylko Midasowi, Morganowi i Mecenasowi. Żywiłem też niezłomny zamiar zapoznania się z mnóstwem innych książek. Na studiach interesowałem się literaturą, kiedyś nawet popełniłem serię bardzo pretensjonalnych i naszpikowanych truizmami wstępniaków do „Yale News”, a teraz szykowałem się do wprowadzenia tego wszystkiego na powrót do swojego życia, abym mógł znowu zostać najbardziej ograniczonym specjalistą, tak zwanym wszechstronnie wykształconym człowiekiem. I nie jest to żaden paradoks; w końcu na życie najlepiej jest patrzeć z jednego punktu widzenia.

Czystym zrządzeniem losu wynająłem dom na terenie zamieszkałym przez jedną z najdziwniejszych społeczności Ameryki Północnej. Stał na podłużnej, tętniącej życiem wyspie, ciągnącej się na wschód od Nowego Jorku. Do jej rozlicznych naturalnych osobliwości należą dwie niezwykłe formacje skalne. W odległości dwudziestu mil od miasta para ogromnych półwyspów w kształcie jaj, identycznych pod względem kształtu i rozdzielonych tylko wąskim pasem wody, przez grzeczność zwanym zatoką, wrzyna się w słone wody najlepiej zagospodarowanego akwenu na półkuli zachodniej, owego wielkiego mokrego podwórza cieśniny Long Island. Nie są idealnie owalne; podobnie jak słynne jajko Kolumba, mają spłaszczone końce, ale ich fizyczne podobieństwo musi nieustannie budzić niepokój krążących nad nimi mew. Natomiast uwagę istot bezskrzydłych bardziej przykuwa fakt, że mimo jednakowej wielkości i kształtu jaja te różnią się od siebie pod każdym innym względem.

Ja mieszkałem na West Egg³ – nie tak modnym, powiedzmy sobie, jak East Egg, chociaż ta zdecydowanie powierzchowna etykietka nijak nie oddaje dziwacznego i dość niesamowitego kontrastu między tymi dwoma tworami. Dom mój stał na samym czubku jaja, zaledwie pięćdziesiąt jardów od cieśniny, wciśnięty pomiędzy dwie wielkie rezydencje, których wynajęcie na sezon kosztowało od dwunastu do piętnastu tysięcy dolarów. Ta po prawej – budowla monstrualna pod każdym względem – stanowiła wierną imitację pewnego normandzkiego merostwa z boczną wieżą, której oślepiające nowością mury okrywał rzadki zarost z bluszczu. Przylegał do niej marmurowy basen oraz ponadczterdziestoakrowy trawnik i ogród. To była rezydencja Gatsby’ego, czy raczej – ponieważ go jeszcze nie znałem – pana Gatsby’ego. Mój domek wyglądał przy niej jak cierń w oku, ale cierń niezbyt uciążliwy i łatwy do przeoczenia, miałem więc widok na wodę i na część trawnika sąsiada, a także krzepiącą bliskość milionerów – to wszystko za osiemdziesiąt dolarów miesięcznie.

Po drugiej stronie tak zwanej zatoki błyszczały wzdłuż brzegu białe pałace wytwornego East Egg, a historia tego lata zaczyna się naprawdę w wieczór, kiedy pojechałem tam na obiad do Toma i Daisy Buchananów. Ona była moją daleką kuzynką, jego zaś poznałem jeszcze na studiach. Tuż po wojnie spędziłem z nimi dwa dni w Chicago.

Mąż Daisy, poza różnymi sportowymi sukcesami, zasłynął jako jeden z najpotężniejszych skrzydłowych drużyny futbolowej New Haven⁴ – był swego rodzaju bohaterem narodowym, jednym z tych osobników, którzy w dwudziestym pierwszym roku życia osiągają takie szczyty doskonałości w jakiejś wąskiej dziedzinie, że potem wszystko ma dla nich posmak degrengolady. Pochodził z niesamowicie bogatej rodziny – nawet w czasach studenckich swoboda, z jaką szastał pieniędzmi, budziła zastrzeżenia – teraz jednak opuścił Chicago i zjechał na Wschód w zapierającym dech w piersiach stylu; dość powiedzieć, że sprowadził sobie z Lake Forest cały tabun koni do gry w polo. To niemal nie do wiary, że ktoś z mojego pokolenia mógł sobie pozwolić na taki kaprys.

Dlaczego postanowili przenieść się na Wschód – nie mam pojęcia. Wcześniej bez szczególnego powodu spędzili rok we Francji, następnie zaś nosiło ich to tu, to tam, gdziekolwiek można było grać w polo i epatować bogactwem. Tym razem mieli osiąść już na stałe, jak zarzekała się Daisy przez telefon, ale jej nie uwierzyłem; nie miałem wglądu w jej serce, czułem jednak, że Tom nigdy nie zrezygnuje z tęsknego uganiania się za dramatycznymi turbulencjami jakiejś bezpowrotnie utraconej rozgrywki futbolowej.

Tak się zatem złożyło, że owego ciepłego, wietrznego wieczora wybrałem się do East Egg w odwiedziny do pary dawnych przyjaciół, których w zasadzie prawie nie znałem. Ich dom okazał się jeszcze bardziej okazały, niż myślałem. Była to wesoła czerwono-biała kolonialna rezydencja w georgiańskim stylu, z widokiem na zatokę. Trawnik zaczynał się przy plaży i biegł przez ćwierć mili ku frontowym drzwiom, przeskakując zegary słoneczne, ceglane ścieżki i płonące kolorami ogrody, aby dotarłszy do domu, wspiąć się siłą rozpędu na boczną ścianę jasnym dzikim winem. Fasadę przełamywał rząd szklanych drzwi, błyszczących teraz odbitym złotem i otwartych na ciepły popołudniowy wiatr. Na ganku stał na szeroko rozstawionych nogach Tom Buchanan w stroju do konnej jazdy.

Zmienił się od studenckich czasów. Był teraz krępym trzydziestoletnim mężczyzną o włosach koloru słomy, zaciętych ustach i wyniosłym sposobie bycia. W jego twarzy dominowały błyszczące arogancją oczy, przez co wyglądał, jakby cały czas wychylał się agresywnie do przodu. Nawet kobiecy szyk jeździeckiego stroju nie mógł ukryć olbrzymiej mocy tego ciała – potężne łydy zdawały się rozsadzać lśniące cholewy butów, napinając do granic wytrzymałości sznurowadła, a za każdym ruchem ramienia pod cienką kurtką przesuwały się wyraźnie węzły muskułów. Było to ciało zdolne do wywierania ogromnego nacisku… i do okrucieństwa.

Owo wrażenie arogancji potęgował dodatkowo ton jego głosu – szorstki, ochrypły tenor, z odrobiną protekcjonalnej pogardy nawet wobec osób, które lubił. W New Haven niektórzy koledzy wręcz go nie cierpieli.

„Tylko sobie nie myśl, że moja opinia przesądza sprawę wyłącznie dlatego, że jestem silniejszy i bardziej męski od ciebie” – zdawał się mówić. Na ostatnim roku należeliśmy do tego samego bractwa i chociaż nigdy nie przyjaźniliśmy się blisko, zawsze miałem wrażenie, że mnie ceni i na swój szorstki, bezczelny sposób pożąda mojej sympatii.

Zamieniliśmy kilka słów na słonecznym ganku.

– Miło tu u nas, co? – rzucił, strzelając wokoło oczami.

Obrócił mnie za ramię i szerokim gestem wskazał rozległą panoramę, włączając w nią włoski ogród w dole, pół akra wyzywających róż i tańczącą na fali przypływu motorówkę z zadartym dziobem.

– Kiedyś to należało do tego nafciarza Demaine’a. – Ponownie mnie obrócił, grzecznie, lecz zdecydowanie. – Chodźmy do środka.

Minęliśmy wysoki korytarz i znaleźliśmy się w jasnej różowej przestrzeni, połączonej z domem jedynie rzędami oszklonych drzwi po bokach. Otwarte na oścież, połyskiwały bielą na tle świeżej trawy, która zdawała się wpychać w głąb domu. Wiatr z jednej strony wciągał zasłony do środka, z drugiej zaś wydymał je na zewnątrz niczym blade chorągwie, to znów wykręcał w stronę plafonu podobnego do lukrowanego tortu weselnego. Marszczył przy tym dywan w kolorze wina, tworząc na nim cienie takie jak na morzu.

Jedynym całkowicie nieruchomym obiektem w tym pomieszczeniu była ogromna kanapa. Niczym na zakotwiczonym balonie unosiły się na niej dwie młode kobiety, których białe suknie marszczyły się i rozwiewały, jak gdyby dopiero co wylądowały tam po krótkim locie wokół domu. Chyba przez dobrą chwilę stałem bez ruchu, wsłuchując się w łopot zasłon i poskrzypywanie obrazu na ścianie. Potem trzasnęły zamknięte przez Toma tylne drzwi i uwięziony w ten sposób wiatr ucichł, a zasłony, dywany i obie młode panie spłynęły powoli na ziemię.

Młodszej z nich nie znałem. Spoczywała zupełnie nieruchomo, rozciągnięta na całą długość po swojej stronie kanapy, z uniesionym nieco podbródkiem, jakby balansowała na nim czymś, co lada chwila mogło spaść. Nawet jeśli widziała mnie kątem oka, to nie dała tego po sobie poznać i prawdę rzekłszy, z trudem powstrzymałem się od wymamrotania paru słów przeprosin, że swoim wtargnięciem zakłóciłem jej spokój.

Ta druga – Daisy – na mój widok wychyliła się lekko do przodu, usiłując się podnieść, po czym nagle wybuchnęła absurdalnym uroczym chichotem, na co ja roześmiałem się także i ruszyłem ku niej przez pokój.

– Aż mnie za… zamurowało ze szczęścia…

Zaśmiała się znowu, jakby właśnie powiedziała coś bardzo dowcipnego, i przytrzymując przez chwilę moją dłoń, popatrzyła mi w oczy z miną, która mówiła, że nikogo na świecie nie pragnęłaby bardziej widzieć niż właśnie mnie. Oto i cała Daisy. Mruknęła niewyraźnie, że dziewczyna z uniesionym podbródkiem nazywa się Baker (słyszałem, że Daisy celowo tak niewyraźnie mówi, aby słuchacze musieli się do niej nachylać – taka nieistotna złośliwość, która bynajmniej nie ujmowała jej wdzięku).

Tak czy inaczej, wargi panny Baker drgnęły, a ona sama ledwie dostrzegalnie skinęła mi głową, po czym znów odchyliła ją do tyłu – widocznie z obawy o to coś niewidzialnego na podbródku. Znów miałem na końcu języka jakiś rodzaj przeprosin. Niemal każdy objaw samowystarczalności wywołuje u mnie podziw i chęć złożenia hołdu.

Obejrzałem się na kuzynkę, która zaczęła zadawać mi pytania swoim niskim, rozwibrowanym głosem. Za tym rodzajem głosu ucho podąża to w górę, to w dół, jakby każda wypowiedź stanowiła niepowtarzalny układ nut. Miała śliczną, pełną smutku twarz, przykuwającą wzrok blaskiem oczu i połyskiem namiętnych ust, ale to właśnie jej głos swoim śpiewnym urokiem ekscytował mężczyzn, którym na niej zależało, i nie pozwalał o sobie zapomnieć. Kiedy szeptała: „Posłuchaj…”, kryła się w tym zapowiedź czegoś radosnego i fascynującego, czego właśnie dostąpiła i co już zaraz, za godzinę miało się powtórzyć.

Powiedziałem jej, że w drodze na Wschód zatrzymałem się na jeden dzień w Chicago i że kilkanaście osób przesyła jej pozdrowienia.------------------------------------------------------------------------

¹ Pseudonim literacki Francisa Scotta Fitzgeralda oraz postać z jego pierwszej powieści: Z tej strony raju. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

² Ród wywodzący się od Jamesa Scotta, księcia Monmouth, najstarszego nieślubnego syna króla Karola II Stuarta i jego metresy Lucy Walter.

³ West Egg – Jajo Zachodnie; East Egg – Jajo Wschodnie. Są to fikcyjne nazwy, których pierwowzory to półwyspy zatoki Manhasset: Great Neck i Cow Neck.

⁴ Czyli drużyny Uniwersytetu Yale.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij